Początek u Kresu Drogi

CZĘŚĆ IV

  1. Obiecujące początki

Rano, skoro świt, zebrawszy się wszyscy przy bramie, zaraz za murami miasta, uformowaliśmy zwarty rząd i ruszyliśmy w drogę. Przyglądała się temu spora grupa miejscowych, chętnych obejrzeć śmiałków, wypuszczających się w tak daleką podróż. Pojawił się też Fandak z Menandrem, by osobiście dojrzeć, jak rozpoczyna się wyprawa, którą po równi z obawą, ale i determinacją puścili w ruch. Darowaliśmy sobie długie pożegnania, obyło się też bez wróżebnych rytuałów, czy składania błagalnych ofiar. Trwało oczekiwanie, kto też da znak do wymarszu. Fandak, ze swoim nieco drwiącym uśmieszkiem, spojrzał wymownie na mnie z ukosa i w końcu wyszło tak, że to ja stanąłem z przodu i, wezwawszy przewodnika, uniosłem rękę, kierując konia na zachodnią drogę. Obok mnie jechał Idas z Patrosem, zwierzęta z towarami i obozowym dobytkiem rzędem za nami, po bokach szło trochę luzaków, zaś dokoła dreptali konni zbrojni w małych grupkach. Babur jechał w środku kolumny, Hanowie trzymali się razem, Sangren miał swojego kamelosa, podobnie jego tajemniczy towarzysz, obarczony wieloma równie tajemniczymi pakunkami. Agis spokojnie krążył między nami, mając baczenie na to, co się dokoła dzieje.

Przebyłem tysiące stadiów, by rozeznać się w szlakach karawan, lecz nigdy ani mi do głowy nie przyszło, że pewnego dnia sam będę z taką wracał, na dodatek, wiodąc ją z woli wszystkich jej uczestników. Wszelako najważniejszy był teraz przewodnik, z którym postanowiłem się dokładniej rozmówić, co do sposobu i czasu jazdy, postojów, pogody, warunków, nawet zagrożeń, jakie mogą nas czekać. Najął go Menander, ręcząc za jego rzetelność, o której miał ponoć okazję nieraz się przekonać. Nie widziałem powodu, by w to wątpić, niemniej chciałem wywiedzieć się jak najwięcej szczegółów, by móc zawczasu, na ile dam radę, jak najlepiej pojąć, co też nas czeka. Taka nauka to bezcenna rzecz dla kogoś, kto o wschodnich karawanach tylko słyszał, lub czytał, ale nigdy nie widział żadnej na oczy, a tym bardziej nie doświadczył na własnej skórze, jak się nią wędruje.

Przewodnik zwał się Sulik, ale z jakiego się wywodził ludu – orzec było trudno. Miał nas doprowadzić do miasta, zwanego przez niego Subzawur, odległego od Merwu o miesiąc jazdy. Niewiele mi to mówiło, podejrzewałem, ze może idzie o Hekatompylos, owo miasto tysiąc bram, o którym czytałem u naszych historyków. Ale pewności nie miałem, prócz tej, że to krainy chorasańskie, przez które niegdyś przeszły wojska Aleksandra, a którymi potem zawładnęli Partowie. Wcześniej, idąc do Baktrii przez Hyrkanię, ominąłem je od północy. Teraz będzie okazja, by przyjrzeć się temu, co opisali nasi kronikarze, i na własne oczy przekonać, czy trafnie i rzetelnie. Niezależnie od tego, jak wypadnie porównanie, pewności siebie dodawała mi możność orientowania się, z pewnym, oczywiście, przybliżeniem, gdzie jesteśmy i będziemy co do miejsc i odległości.

Uspokojony z obaw o sam szlak, pozostawiłem rzeczy swojemu biegowi, zamierzając dokładniej poznać i włączyć do pamięci to, co mijaliśmy. Wędrując śladami historii, przypatrywałem się, co też po niej zostało. Sulik znał mnóstwo tutejszych legend, a widząc we mnie wdzięcznego słuchacza opowiadał je chętnie, tak, jak je rozumiał i potrafił. Pojąłem z nich i to, com już wcześniej sobie wyrozumował z własnych obserwacji w innych miejscach, a mianowicie, że zmieniali się tu władcy, maszerowały tędy różne wojska, lecz zwykli ludzie jak żyli po swojemu, tak żyją nadal. Radzą sobie niezgorzej, mimo iż od dawna płacą wiele za nieustanne zmiany wiatrów historii. Niemniej handel ma wciąż swoją wagę i nic nie jest w stanie na długo powstrzymać ruchu na jego szlakach.

Sulik umiał się dogadywać po trosze w różnych językach, tego wymagała jego praca. Znał ludzi po wsiach i osadach, wiedział też, gdzie czyhają bandy i ile trzeba im się okupić. Wart był swojej ceny, co szczególnie pokazało się niedługo po wyruszeniu z Merwu. Gdy wjechaliśmy na pustynny step, nakazał oszczędzanie wody, gdyż, jak twierdził, do następnego wodopoju dojedziemy dopiero za dwa dni. Gdy nadszedł ów czas, wszyscy wypatrywaliśmy jakiegoś strumienia, ludzie byli już mocno zmęczeni i spragnieni, lecz jak okiem sięgnąć nic nie wskazywało na to, że gdzieś tu może być jakie źródło, albo studnia. Zapanował niepokój, wszyscy spoglądali na przewodnika, w obawie, czy aby się nie pogubił, on tymczasem zachowywał się jakby nigdy nic.

Pierwsze zwietrzyły coś konie, szarpiąc jeźdźcami, a po kilku chwilach, w oddali, miedzy wzniesieniami, poczęły wyłaniać się jakieś ciemne plamy, na które wskazał ręką, nakazując jazdę w tamtym kierunku. Kilku jeźdźców nie wytrzymało i puściło się pędem, za nimi reszta, tylko kamelosy udało się prowadzić dalej swoim krokiem. Gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że trafiliśmy do małej oazy z oczkiem wodnym, przy jednej z tych podziemnych rzeczek, które w swym biegu tu i ówdzie wybijają się na powierzchnię. Stanęliśmy tam na noc, mało może wygodnie, ale bezpiecznie, przy skąpych krzakach i drzewach, które dawały jaki taki cień. Od tego zdarzenia, gdy Sulik nakazywał jakieś ograniczenia w drodze, nikt już nie kaprysił na jego podróżne zalecenia.

Jazda była monotonna, nużąca, z czasem pojawiało się coraz więcej wsi, nawet większych osad. Podobne do siebie, takie same jak wszędzie. Ludzie skromni, raczej przyjaźni, rzadko niechętni, ale zawsze ciekawi, zwłaszcza że nieczęsto widywali tak duże tabory, nie mówiąc już o całkiem nieznanych im hanijczykach. Co jakiś czas, w co lepszej okolicy, robiliśmy dwudniowy postój na odpoczynek i oporządzenie siebie i zwierząt. Zbrojni i słudzy mieli zabronione łupiestwo wśród miejscowych, choć bez swawoli się nie obywało. Agis trochę zajmował się strażnikami, ja zaś szukałem sposobności, by poznać się bliżej z Hanami, zwłaszcza z owym towarzyszem Sangrena.

Zastanawiająca to była figura. Trzymał bowiem tylko ze swoimi, a podczas przerw w podróży wiele z nimi rozmawiał, siedząc przed namiotem, ni to pisząc, ni malując coś na małych, drewnianych tabliczkach. Szybko zorientowałem się, że najzwyczajniej w świecie robi notatki, nawet rysunki. Potwierdzało to wcześniejsze przypuszczenia, iż musi być kimś w rodzaju wywiadowcy, spisującego wszystko, co uzna za ważne po drodze. Miał swego osobnego sługę, pomocnika, który okazał się po trosze i tłumaczem, gdyż umiał porozumiewać się z innymi spoza ich grona.

Bardzo mnie to ekscytowało, aż wreszcie postanowiłem przy pierwszej okazji poprosić Sangrena, by nas ze sobą poznał. Skoro tamten był człowiekiem piśmiennym, edukowanym, więc i trochę uczonym, mógłby, jeśli zechce, użyczyć mi nieco wiedzy o swoim świecie. Prawda, zaniechałem dalszej wędrówki na wschód, zresztą, nie wiem, czy dotarłbym w ogóle do ich krainy, chyba że trawiąc na to lata życia. A tu nadarzała się okazja, by wywiedzieć się o niej wielu rzeczy, i to z pierwszej ręki. Los sam mi ją podsunął, błędem byłoby więc z niej nie skorzystać.

Rozmówiłem się z naszym hanijskim wspólnikiem, a ten, choć z pewnym ociąganiem, przystał na moją prośbę. Przy prezentacji zdziwiło mnie, że zachowuje się wobec swego rodaka bardzo uniżenie, co by oznaczało, ze ów człowiek ma nad nim jakąś przewagę. Nie wnikałem w to – dopóki nie ma kłopotów, ich sprawa, kto jest u nich kim i dlaczego. Skłoniliśmy się sobie, sługa przyniósł drugą matę, ja zaś, zaproszony nieco wyniosłym gestem, usiadłem naprzeciw niego. Tłumacz, stojąc pokornie, ciągle w ukłonach, począł przekładać nasze słowa z dużym mozołem, przez co rozmowa toczyła się powoli, z pewnym nawet namaszczeniem, które, jak już zdążyłem się przekonać, oni tak bardzo lubią.

– Wybacz, panie, zuchwałą ciekawość, lecz widzę, żeś człowiek uczony, a ja mam wielki szacunek dla wiedzy, i tych, którzy są w niej biegli – zacząłem grzecznie, tłumacząc moje nagabywanie. – Jest rzeczą niezwykłą spotkać kogoś takiego wśród skromnych kupców na szlaku, więc zrozumiałe ci się chyba wyda, że rad jestem poznać tak niezwykłą w naszych okolicznościach osobę.

– Jeszcze rzadziej spotkać można, nie tylko miedzy wędrownymi kupcami, osoby obdarzone tak niezwykłymi talentami, jak ty, panie, który nam tu przewodzisz – odparł pochlebstwem, ale nie wolnym od uwagi, pokazującej, iż ma baczenie na nasze układy ze wspólnikami. Tłumacz co i raz zacinał się, usiłując jak najdokładniej wyłożyć w mieszaninie słów greckich i perskich sens naszych zawiłych nieco zdań. Miałem trudność w rozmowie, gdyż nie potrafiłem połączyć tego, co mówił, z odczytywaniem wyrazu twarzy, a bez tego nie sposób wyłapać tonu wypowiedzi i intencji, jakie skrywają.

– Przesadzasz w swej łaskawości, panie – odparłem, wcale niezaskoczony, iż dał świadectwo swego zmysłu obserwacji. – Nikomu nie przewodzę, pomagam tylko w drodze, gdyż o taką pomoc mnie poproszono.

– Kto dobrze patrzy, ten widzi więcej, niż ten, kto dostrzega tylko pozory – nie cierpię takich okrągłych, sentencjonalnych ni to pochlebstw, ni to aluzji, lecz mój rozmówca nie mógł lepiej dać do zrozumienia, że nie da się zbyć gładką mową.

– Masz, panie, bardzo wyostrzony wzroki i umysł, a to dowodzi wielkiej przenikliwości, której nic nie umyka. Lecz, jak zapewne wiesz, przewodzić mogę tylko sam sobie, gdyż idę tu bez żadnego towaru i interesu. Po prostu, wracam do swego kraju.

– Wielka siła i zdecydowanie, z jakim zmierzasz do tak dalekiego celu, pociągają innych, a to wystarcza, by widzieli w tobie przewodnika – najwyraźniej wywiedział się, skąd jestem i co mnie wiąże z pozostałymi w naszej grupie..

– Każdy tu ma swój cel, równie ważny, jak mój. Ty, panie, też chyba nie jesteś tu przypadkiem– wskazałem ręką na leżącą przed nim deseczkę z dziwnymi znakami – bez powodu na tyle ważnego, by wędrować taki szmat drogi.

– Tylko wypełniam swój obowiązek, jaki mi powierzono – taka otwartość nieco zbiła mnie z tropu. Skoro nie zajmował się handlem, to kim był?

– Zatem kupcem raczej nie jesteś?

– Na szczęście nie muszę parać się tak marnym zajęciem – nie trzeba było rozumieć słów, by wyczuć pogardę, z jaką je wypowiedział. Bardzo się to nie spodobało mej tycjanowskiej dumie.

– A co takiego ci się w nim nie podoba?

– Kupcy żyją tylko kosztem innych. Z cudzej pracy. Służą cudzej przyjemności, słabości, albo próżności, ale najbardziej własnej chciwości – niezwykłe irytująca była jego wyniosła maniera mówienia. Nie tyle rozmawiał, raczej oznajmiał, jak ktoś nawykły do posłuchu.

– Chyba się mylisz, panie. Pochopnie oceniasz ludzi, uważam, że nawet niesprawiedliwie. – Wskazałem ręką w stronę namiotów wspólników. – Nie zaprzeczysz, ze wszyscy tu bardzo się trudzą.

– To prawda. Ale tylko noszą to, co zrobili, albo zdobyli inni. Kto, według ciebie, jest więcej wart? Ten, kto umie zrobić piękną szatę, czy ten, kto tylko ją nosi dla własnej ozdoby?

– Sama do niego nie trafi. Nawet do króla, który, przyznasz, zwykle jest wiele wart, choć sam też jej nie utkał.

– Ten, kto go w nią ubiera, jest jedynie sługą – prychnął w odpowiedzi ze wzgardą, zaznaczoną machnięciem ręki..

– Dziwnie mówisz, panie. U nas nie tak to rozumiemy. Twoje słowa bardzo mnie dotykają. Wiedz bowiem, że jestem z rodu kupców i wcale nie mam się za niczyjego sługę.

– Może i jesteś z rodu kupców, ale sam nim nie jesteś.

– A ty, panie? Skoro też nim nie jesteś, to kim? Niczego nie przenosisz, ale jak twierdzisz, wykonujesz jakieś obowiązki. Zatem i ty komuś służysz.

– Ty również nie masz swoich towarów – spojrzał z ukosa, unikając odpowiedzi, lecz aluzja była aż nadto czytelna. – Co nie znaczy, że nie masz nic na wymianę – słowa te padły znienacka, niczym jakaś nieokreślona, niedopowiedziana propozycja.

– Zdumiewasz mnie, panie – odparłem po dłuższym namyśle. – Mam tylko siebie, a to nie podlega targom.

– Mądrzy ludzie mogą wymieniać się tym, co mają najcenniejszego, a czego nie wozi się w jukach – rzekł spokojnie, patrząc mi w oczy. – Jeśli tylko zechcą.

– Co masz na myśli?

– Wiedzę.

– Mówił mi kiedyś pewien rozumny człowiek, że należy bardzo uważać, komu się ją oferuje. W niegodnych rękach łatwo prowadzi do zguby.

– Ostrożność nie oznacza niechęci, lecz słuszną rozwagę. Co nie wyklucza porozumienia.

– Czyżbyś chciał wymieniać się tym, co jednak wozisz w jukach? – wskazałem na deseczkę.

– Nie ma w nich nic, czego byś sam nie wiedział. To zwykłe zapiski z podróży, którą przecież odbywamy razem. Nie o takiej wiedzy mówię.

– A o jakiej?

– O tej, którą nosimy w sobie. Z którą tu przybyliśmy.

– Jest bardzo cennym towarem, choć trudno go liczyć.

– Nie inaczej.

. Nigdy też nie wiadomo, co dla kogo przy wymianie może być zyskiem, a co stratą. I kiedy?

– Niemniej spróbuj rozważyć, co proponuję.

– A dokładniej?

– Mnie ciekawi twój świat, ciebie, jak sądzę, ciekawi mój. Czyż nie warto skorzystać z okazji, że się spotykamy w tak niezwykłych okolicznościach? – zabrzmiało to już bardziej zwyczajnie, bez pokrętnych aluzji. Cóż, niezależnie od tego, kim był, w tym akurat miał rację.

Przywykłem już do przekonania, iż nic nie dzieje się przypadkiem. Skoro bogowie wybrali tak niezwykłe miejsce i czas, by dać mi sposobność poznania rzeczy tajemniczych, nieznanych, dalekich, to rezygnacja ze skorzystania z niej byłaby dla nich wręcz obrazą. A że lubią być niekiedy mściwi, więc lepiej z nimi nie zadzierać. Co prawda, kiepskie to usprawiedliwienie dla folgowania niepohamowanej ciekawości, niemniej moje zastrzeżenia, czy wyćwiczona, odruchowa ostrożność przed cudzym szpiegowaniem, wydała mi się być bardzo na wyrost, by nie rzec – w ogóle pozbawiona sensu. Bo i co miałby tu wyszpiegować?

– Oferta, przyznam, zachęcająca – odparłem, wstając. – Długa przed nami droga, może warto ja wypełnić czymś więcej, niż tylko codziennym mozołem. Umysł też domaga się swego – zaśmiałem się na pożegnanie..

– Mądre słowa, panie – oddał mi pokłon.

Wracając do siebie, i rozglądając odruchowo po obozie, uprzytomniłem sobie, że było w naszej rozmowie coś zgoła nierealnego, jakby ze specjalnie napisanego dramatu dla teatru, tylko nie wiadomo, czy dobrego, czy złego. Oto dwóch ludzi, z dwóch krańców świata, spotyka się gdzieś pośrodku dzikiej krainy, przed wędrownym namiotem, by przepytywać jeden drugiego o swoje sprawy. Nie znają żadnego wspólnego języka, są z narodów, które prawie nic o sobie nie wiedzą, nigdy się nie spotkały i pewnie długo jeszcze nie spotkają. Obydwaj są zwiadowcami, idącymi – choć zapewne z rożnych powodów – w jednej karawanie kupieckiej, tyle że mało zajmują się samym handlem i nadzieją zysków, jaka ją pchnęła w tak daleką drogę. Jeden spisuje to, co poznaje, na drewnianych deseczkach, drugi zaś składa to samo w pamięci, by potem zebrać w księgach. Dokoła stepy, góry, trud, brud i znój wędrówki, niepewność jutra, a oni urządzają sobie pogawędkę, próbując przechytrzyć się nawzajem na słowa. Zdumiewające, zaiste, jakie bogowie wyczyniają sobie z nami brewerie. Ale tak chyba wysnuwają się w historii przedziwne nitki, które z czasem, gdzieś, kiedyś, może zwiążą się w jakiś niezwykły węzeł.

  1. Hanowie

Do Subzawaru dojechaliśmy w niecały miesiąc, bez większych kłopotów i żadnych strat w ludziach i dobytku. Miasto, choć dość okazałe, nie było jednak wypatrywanym przez mnie Hecatompylos. Niczym szczególnym się nie wyróżniało, tyle że znaleźliśmy w nim sposobność do wygodnego odpoczynku po długich dniach spędzonych na grzbietach zwierząt i na wietrznych równinach Chorasanu. Skorzystaliśmy z tego skwapliwie, jak kto chciał i potrafił, wszelako z zachowaniem należytego porządku w obcowaniu z miejscowymi. Tutaj też kończył swą posługę Sulik. Przed odebraniem zapłaty, zgodnie z umowa, przedstawił zmiennika, mającego nas prowadzić do wielkiego miasta Rej.

Człowiek ów, tutejszy Pers, pewny siebie, choć nie zarozumiały, mniej gadatliwy niż poprzednik, zabierał w drogę młodego syna, którego od małego przyuczał na swego następcę. Tak jak wszędzie na świecie, rodzinne przysposabianie do zawodu to zwyczajna praktyka, nie tylko wśród przewodników. Domówiliśmy się szybko, pomógł nam w uzupełnieniu zapasów, doradzając, w co się wyposażyć. Nieco zdziwiło mnie, że przy poznaniu bacznie mi się przyjrzał, co przypisałem ciekawości dla kogoś, kto wydał mu się między nami ważną osoba, niż jakimś nieznanym mi powodom. Hanów nigdy wcześniej nie widział, więc ze zrozumiałych względów oglądał ich z wielkim zainteresowaniem, szukając też zbliżenia z ich tłumaczem.

Następna część podróży trwała około dwudziestu dni, i wiodła na zachód, w pewnym oddaleniu od gór, oddzielających nas – jak się okazało – od ziem hyrkańskich, którymi wcześniej szedłem po tamtej ich stronie do Baktrii. Wiedząc więc mniej więcej, gdzie jestem, czułem się pewniej co do położenia, choć bynajmniej nie bezpieczniej w samej wędrówce. Byliśmy już zgraną drużyną, przynajmniej co do podziału obowiązków, niemniej w drodze dochodziło niekiedy do zatargów miedzy poszczególnymi grupami, zwłaszcza strażników. Na szczęście, Agis, mający duży wśród nich posłuch, łagodził je z właściwą sobie spokojną stanowczością. Z pomocą Patrosa mocno trzymał w ryzach ich narowy, nie pozwalając, by zatruwały stosunki między uczestnikami karawany.

Podczas jazdy obserwowałem okolice, starając się zapamiętywać to, co ciekawsze i ważne dla mych przyszłych opisów, natomiast podczas postojów gawędziłem z kim tylko się dało, i kto, mimo zmęczenia, miał na to siłę i ochotę. Dużo obiecywałem sobie po rozmowach z owym zagadkowym hanijskim kronikarzem wyprawy – tak bowiem nazwałem go w myślach. Rzecz jasna, bez wahania podjąłem propozycje, jaką mi był uczynił – licząc, że uda mi się bliżej poznać ten jakże tajemniczy dla nas naród, a także, przy okazji, czemu i komu mają służyć jego zapiski.

Już na samym początku pojawił się kłopot, a to stąd, iż zrazu trudno przychodziło mi rozumieć sens wielu używanych przezeń terminów i nazw, jako że w ich mowie, a już tym bardziej w piśmie, nie przypominają niczego nam znanego. Mam niejakie zdolności do języków, lecz do końca wspólnej podróży nie uchwyciłem zasady rozróżniania hanijskich wyrazów, ani nawet ich wymowy, czy budowania z nich zdań. Wyuczyłem się jedynie pewnej ich ilości, lecz przez zwykłe naśladowanie, co bywało zawodne, gdyż u nich te same dźwięki co innego znaczą w zależności od sposobu ich wymawiania, czy wzajemnych miedzy nimi związków. Mowa ich jest chrapliwa, raz jakby krótko wykrzykiwana, innym znów razem ciągła, ale w melodii dla mnie nie do uchwycenia.

Pierwsze, co uczyniliśmy, to wyjaśniliśmy sobie imiona, pod jakimi tu występowaliśmy. Ja podałem swój przydomek wędrowca, on zgodził się na miano Tanwena, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało po ichniemu nie tyle wywiadowcę, ile obserwatora. Okazało się, że jest urzędowym wysłannikiem niższej rangi dla sporządzania jak najdokładniejszych opisów i map ziem, przez które szliśmy. I tu pojawiła się pierwsza odmienność, niezwykle ważna dla tego rodzaju zajęcia, która skłoniła mnie do pewnych głębszych przemyśleń.

Otóż u nich do każdej wyprawy, bliskiej, czy dalekiej, u siebie, czy u obcych, czy to wojennej, czy handlowej, dołącza się specjalnie wyedukowanego kronikarza, geometrę i geografa w jednej osobie, który sporządza raport z tego, co widział, zmierzył, policzył i sprawdził na własne oczy. Składa go potem w osobnym cesarskim urzędzie, na dowolny użytek, jaki przyjdzie do głowy władcy, jego służbom, także wodzom. Tym sposobem wiedzę o świecie, bliższym i dalszym, zbiera się u nich systematycznie i zapobiegliwie, niczym zboże w magazynach, czy złoto na rozmaite cele, wszelako pod nadzorem specjalnie po temu powołanej prefektury. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak bardzo to jest pożyteczne dla interesu państwa, nie tylko w sprawach wojennych, ale i dla dobrego nim zarządzania.

U nas kronikarzami, historykami, czy geografami są ludzie prywatni, z zamiłowania, tylko z rzadka przyjmujący wprost podobne zlecenia; zresztą nie ma tak wydzielonego posługiwania publicznego. Robią to bez mocy urzędowej, choć, oczywiście, ich praca bywa wykorzystywane dla państwowych celów. Prawda, są tacy, co pisują kroniki dla poklasku, lub wkupienia się w łaski możnych tego świata, upodabniając się do poetów, schlebiających swym protektorom, nawet szerszej gawiedzi. Ale rzetelnych autorów mamy niewielu, i nie są oni na niczyjej służbie. Rozbawiła mnie myśl, iż Strabon, czy niegdyś Herodot, mieliby wyliczać się ze swych studiów przed jakimś gryzipiórkiem. Uczony lub badacz to człowiek wolny, co nie znaczy, że nie powinien wspomagać swego kraju, gdy zachodzi potrzeba skorzystania z jego wiedzy. Jednak decyduje tu roztropności, gdyż godzić się na taką pomoc należy tylko po rozważeniu sensu owych potrzeb i intencji, jakie im towarzyszą.

Ja sam też na swój sposób wypełniałem zlecenia cesarskie, lecz przecież nie jako najemny sługa. Czyniłem to niejako przy okazji, idąc według własnych, po trosze i rodzinnych planów, dla mnie dalekich od polityki. Być pomocnym, a być najmitą, to dwie różne rzeczy. Sam pomysł handlowania własnym rozumem, bez ważenia racji, tylko dla zysku, wydaje mi się obmierzły. Poznawanie świata na rozkaz trąci szalbierstwem, rodzącym nieraz wielkie oszustwa, gdyż szuka się głównie tego, co chciałby widzieć ten, co rozkazuje i płaci, a pomija, lub ukrywa to, co mogłoby być dla niego niewygodne. Kto tak czyni z własnej woli, poddaje się zniewoleniu, ulegając nadziei zysków, podszytej własnymi słabościami, chciwością, lub pychą. Umysły sprzedajne nie mają ani szacunku dla siebie, ani poważania u innych. Nie znaczy to bynajmniej, że trudno takie znaleźć.

Zastanawiając się na tymi sprawami, czułem jednak, że gdzieś na dnie duszy czai się we mnie obłuda. Nie ma chyba potrzeby szczególnie wyjaśniać, że w pojęciu rozumnego człowieka, wolny umysł, interesownie zaprzedany władzy, wręcz przekupny, to coś sprzecznego z uczciwością, nadto szalenie niebezpiecznego. Wspominałem fenickiego mistrza szkła, Nartasa, i jego sąd o wiedzy, której nie należy pochopnie oddawać w niegodne ręce, gdyż prowadziłoby to do nieobliczalnych skutków. Lecz czyż sam nie oponowałem wtedy twierdząc, że każda wiedza, nawet ta skrzętnie skrywana, prędzej czy później wylatuje na wolność, niczym ptak z klatki, a kto ją złapie, to jego zysk?

Choć puściłem się w wędrówkę z własnej woli, z pragnienia poznawania świata, to przecież i dla szukania sposobności pomnażania rodzinnej fortuny. Czy chcę tego, czy nie, wszystko, czego się dowiaduję, zostanie użyte dla zdobycia przewagi nad innymi. Zatem jest w tym interesowność, i to nie byle jaka – a w przypadku Tycjanów także i wielka polityka. Nadto zgodziłem się zbierać obserwacje dla Korbulona, prawda, że prywatnie, ale nie bez pewnej kalkulacji, nadto doskonale wiedząc, że zechce ją wykorzystać przy kolejnej wojnie, chociażby z Armenią. Jakkolwiek więc bym spekulował, to zawsze wyjdzie mi, że niezależnie od przekonania o własnej wolności, w tym, co robię, kryje się uwikłanie w późniejsze pożytkowanie przez innych wiedzy, jaką zdobywam, i jaką potem im przekażę. Nie mam nad sobą pana, nie pobieram żadnego żołdu, lecz czyż nie oszukuję się, utrzymując, iż o mym życiu i jego owocach decyduję tylko ja sam, kierując się w nim wyłącznie chęcią poznania, którą mam za najważniejszą dla siebie wartość?

Każda rozmowa z Tanwenem dawała asumpt do podobnych, i innych jeszcze rozmyślań. Natomiast mój rozmówca w ogóle nie zaprzątał sobie głowy takimi wątpliwościami. Był tylko urzędnikiem, a nie żadnym demonicznym agentem, czy szpiegiem w naszym rozumieniu. Nie wysłano go na żadną sekretną misję, nie wiózł listów polecających, cokolwiek komukolwiek nakazujących, lub do czegokolwiek upoważniających. Nie trapiły go żadne rozterki, wypełniał obowiązki, za które mu płacono z państwowej kasy. W pewnym sensie był dobrze sporządzonym, żywym narzędziem, bezwolnym, nie roztrząsającym do czego jest używane. Co z początku brałem za szpiegowską chytrość wyższego rodzaju, okazało się tylko szukaniem okazji do jeszcze lepszego wykonania swego czysto kronikarskiego zadania.

Zdumiewało mnie, że wywiązywał się z niego z sumiennością, ale bez własnego o nim sądu, bez cienia zastanowienia nad wartością, obecną czy przyszłą, tego, co gromadził na swych tabliczkach. Wiedza jako taka niespecjalnie go ciekawiła, jej ocenę zostawiał tym, którym ją po powrocie dostarczy. Jego panowie mogliby go wysłać gdziekolwiek bądź, nawet na księżyc, gdzie równie beznamiętnie stawiałby te swoje dziwaczne znaki, bez poruszania wyobraźni, bez szukania większego sensu dla tego, co spostrzega i spisuje. Z trudem pojmowałem tę osobliwość umysłu, przykrojonego do wykonywania czynności, a nie do wnikania w ich istotę i sens. Nie znam się dobrze na filozofii, ale na jego przykładzie pojąłem, co miał na uwadze Arystoteles, odróżniając w człowieku umysł bierny od czynnego. Tanwen był żywym dowodem na to, że można zadowalać się tylko tym pierwszym i mieć się z tym bardzo dobrze.

Zaczynaliśmy od rzeczy prostych, a niezbędnych dla wzajemnego rozumienia miar czasu, odległości, wagi i wszystkiego, co daje się przeliczać dla porządku spraw codziennych i państwowych. Potem stopniowo przeszliśmy do zwyczajów, zasad ułożenia państwa, trochę do historii. Wrócił temat kupców, i tu wyjaśniło się, jakie oni mają stosunki miedzy różnymi grupami ludzi, i dlaczego. Otóż, jeśli wyłączyć same urzędy, to najbardziej cenią chłopów, na których stoi powszechna pomyślność. Wyedukowani urzędnicy wszystkim rządzą wedle woli cesarza i zgodnie z przyjętym porządkiem rzeczy, tamci jednak wszystkich żywią. Dlatego te dwie grupy ludzi cieszą się u nich największym poważaniem, choć dokładnie są od siebie oddzielone. Dalej idą ci pożyteczni przez dobra, jakie wytwarzają pracą rąk i praktycznymi zdolnościami. Poważane jest wyrabianie wszystkiego, co potrzebne w życiu, budowanie, naprawianie. Cała reszta niejako żeruje na cudzym dorobku, jeśli tylko poprzestaje na korzystaniu z niego, nie dając nic w zamian.

Te podziały nieco mnie dziwiły, lecz me zdumienie niepomiernie wzrosło, gdy dowiedziałem się, jak nisko wśród ludzi wolnych stoją u nich żołnierze. Dopiero szersze wyjaśnienie ich życiowej filozofii uzmysłowiło mi, jak wielkie są miedzy nami różnice, z których to wynikało. Otóż za podstawę w państwie przyjmują pracę i pokój wewnętrzny, a dopiero potem szukanie zdobyczy wojennych na zewnątrz. Zatem wojsko, choć ważne, służy najpierw do obrony, a nie do najazdów i szukania łupów na innych. Jest więc przede wszystkim zaporą, nie taranem. Lecz jeszcze jedna okoliczność sprawia, że wojenne rzemiosło nie jest u nich w cenie, a ma ona związek z ciekawym pojmowaniem tego, co dzieje się z człowiekiem za życia i po śmierci.

Otóż, zawsze i we wszystkim najważniejsza jest u nich rodzina i przywiązanie do swego miejsca. Kto umiera, musi być pogrzebany w rodzinnej miejscowości, nadto trafia w zaświatach do swych przodków, którzy mogą go do siebie dołączyć, albo i nie. Na złączenie się z nimi nie ma szansy ten, kto ginie gdzieś daleko od domu, albo straci w walce jakie członki, włącznie z głową. Taki nieszczęśnik skazany zostaje na sromotę i samotność za grobem, a to w hanijskim rozumieniu jest gorsze, niż u nas wieczne potępienie. Oni w ogóle nie pojmują, że można być wyłączony z jakiejkolwiek wspólnoty żyjących, czy umarłych. Dlatego nie ma chętnych do ryzykowania w służbie wojskowej, więc gdy przychodzi potrzeba, zaciąga się do niej niewolników, włóczęgów, nawet więźniów.

Tak u nas ceniony honor żołnierski, sława wojenna, nawet pośmiertna, dla prostego wojaka nie ma u nich znaczenia. Docenia się jedynie wodzów, ale tylko zwycięskich. Kto przegrywa daje głowę, bo nie wypełnił zleconego mu obowiązku. Najważniejszy nawet dowódca jest tylko cesarskim sługą, rzadko kiedy doradcą, ale nikim więcej. Ambicja prywatna to podejrzana wada, jeśli ją kto ujawni, może mieć poważne kłopoty. Wszystko jest służbą i podległością, a sama tylko myśl, by sprzeciwić się władcy, czy wręcz podnieść przeciwko niemu bunt, to karygodne bluźnierstwo. Han z niedowierzaniem słuchał gdym mu opowiadał o naszej historii, w której może rządzić kilku wodzów, nadto ze sobą skłóconych i zwykle starających się wzajemnie zniszczyć.

Nie znaczy to, że Hanowie nie biją się miedzy sobą jak inni, zawsze i wszędzie, gdzie idzie o władzę, ale czynią to zwykle w waśniach rodzinnych. Tanwen opowiadał trochę o ich bratobójczych walkach, ale szybko pogubiłem się kto, kiedy i kogo na dobre wysadził z siodła. Tyle tylko spamiętałem, że panuje teraz nowy cesarz, ponoć wspaniały, mądry i bardzo troszczący się o pomyślność państwa. Interesowało mnie nie tyle skąd się wziął, lecz kim jest i jak układa sprawy publiczne.

Mimo dziwnego dla nas podejścia do żołnierki, Hanowie trzymają trzy wielkie armie, bo do spraw wojskowych przykładają jednak niemałą wagę. W prowincjach stoją osobne garnizony, największe pilnują stolicy i samego cesarza, pełniąc także rolę miejskiej prefektury porządkowej. Oddziały na granicach, z wolnego poboru, służą przede wszystkim do obrony, także przeciw wewnętrznym buntom, niekiedy do wypraw zewnętrznych, jeśli nadarza się okazja tanim kosztem zająć czyjeś sąsiednie ziemie. Służba trwa dwadzieścia pięć lat, ale można się od niej w każdej chwili wykupić. Wolne od niej w ogóle są rodziny urzędnicze wyższych rang. Przestępcy, zaciągnięci z więzienia, mogą liczyć na to, że, zostaną wolnymi osadnikami tam, skąd uda się wyprzeć jakie plemię, albo przy niektórych publicznych zajęciach, jak chociażby pilnowanie stacji kanałów wodnych. W oczywisty sposób nic, ani nikt nie ma prawa się u nich marnować.

Przy okazji dowidziałem się o pewnej osobliwości ich gospodarzenia, u nas w ogóle nieznanej i niepraktykowanej. Otóż wiele urządzeń i magazynów trzymają pod ziemią, budując tak całe labirynty dla swych zasobów. Wykorzystują podziemne rzeki, groty, stawiając nad nimi wejścia i stacje, pilnowane dla ich zabezpieczenia i pożytkowania tego, co ukryte. W razie zagrożenia może tam skryć się także miejscowa ludność, niezwykle utrudniając stamtąd życie każdemu napastnikowi, który zechciałby najechać ich ziemie. Wolą się więc bronić, niż samemu atakować, biorąc tym samym wrogów na wyniszczenie.

Wysłuchując tych opowieści, lepiej rozumiałem niezadowolenie Agisa, utyskującego wciąż na hanijskich strażników, których próbował przysposabiać do żołnierskiego rzemiosła na naszą modłę.

– Oni w ogóle nie myślą. Są jak bezwolne zwierzęta, przyuczone do narzędzia. Każesz iść w prawo, idą w prawo, każesz w lewo, idą w lewo, nawet jeśli jest tam przepaść. Posłuch musi być, to jasne, ale żeby aż tak? W walce bywa, że czasem trzeba umieć też kombinować po swojemu, a oni bez rozkazu ani rusz. Jak im zabić dowódcę, to się pogubią i uciekną, nawet gdy będą w przewadze. Marni z nich żołnierze.

Z obserwacji hanijskiej grupy wyrozumiałem, że trudno pojąć u nich różnicę między służeniem, karnością, a służalczością. Ciągle się sobie kłaniają, wedle rangi, jaką mają, nie tylko we własnej grupie, ale w ogóle w państwie. Wobec nas są wyzywająco układni, a wszystko bierze się z dziwacznej obyczajności, który nazywają etykietą. To jakby powszechna zasada grzeczności, ułatwiającej wzajemne obcowanie, niezależnie od tego, co kto do kogo czuje. Tego bowiem nie ujawniają, chyba że przez zapomnienie lub nieostrożność, z czego potem się tłumaczą w dwójnasób. Nigdy nie wiesz, co taki jeden z drugim o tobie myśli, bo nijak nie da tego po sobie poznać. Podejrzewam, że gdyby dostał rozkaz wbić ci nóż w plecy, najpierw by ci się uprzejmie skłonił, a potem zadźgał z przepraszającym uśmiechem na ustach.

Na ową etykietę składa się zbiór reguł we wzajemnych stosunkach, ćwiczonych od dziecka. Na swój sposób przypomina w praktyce to, co u Żydów jest zestawem przepisów na każdą okoliczność życiową, domową i publiczną. Wszystko ma być jak należy, wedle stosownej reguły, żadnych własnych pomysłów, żadnego okazywania własnej osoby, własnych odruchów, własnego pomyślenia. Czy oni w ogóle wiedzą, co to takiego wolna wola? Samodzielna decyzja, czy własny, niezależny wybór, choćby i na przekór innym? Własne zdanie, co dobre, a co złe? Takie samo mrowisko, tyle że na drugim krańcu świata, także podobna niechęć do obcych, przekonanie o własnej nad nimi wyższości. Powiedziałbym, że taka sama nawet wobec nich pogarda, tyle ze Żydzi okazują ją głośno i jawnie, a Hanowie skrycie, w uśmiechach i ukłonach. Ciekawe, co się będzie działo, gdy kiedyś te dwa narody się zejdą przy jakichś sprawach!

Przy okazji przemyśliwania czynionych obserwacji, wracało nieraz pytanie o to, czy narody mają duszę. Przyglądając się bowiem obydwu tłumaczom przy Hanach, zastanowiło mnie czy zachowali w sobie coś z ducha rodzin, w jakich się zrodzili i chowali jako dzieci. Jeden był z pochodzenia baktryjskim Grekiem, drugi, też z grecką, może nawet i rzymską domieszką, pochodził z Sogdy. Jako młodzi chłopcy trafili – każdy w innych okolicznościach – do hanijskiej niewoli, i wywiezieni do swych panów dorastali już w obcym dla nich świecie. Oczywiście, wyuczyli się nowego języka, lecz przecież nie zapomnieli własnego, co uznano za wielce przydatne.

Ponieważ nic tam nie może się marnować, więc gdy dorośli, dołączono ich do miejscowej społeczności tak, by wykorzystać tę ich umiejętność z jak największym pożytkiem. Pozostali niewolnikami, lecz bardzo cennymi, zwłaszcza że u Hanów zaczął się coraz większy ruch w handlu, i to w obie strony. Nadto przybywały do nich i znaczniejsze figury polityczne, z bliska i z daleka, a do rozmaitych wypraw, także wojennych, dołączali specjalni urzędnicy, sporządzający ich opisy i mapy, do czego potrzeba przecież kogoś pomocnego w rozumieniu obcej mowy. I tak to, różnymi drogami, jeden znalazł się u kupców, którzy go sobie wypożyczali, a drugi wśród urzędów, przy służbie państwowej.

Przez lata niewolniczej tresury upodobnili się do swych panów, lecz trudno było orzec, czy tylko w mowie, zachowaniu i obyczaju, co zrozumiałe, czy też w umyśle i duszy? Dzikie zwierzę, gdy je schwytać i posadzić w klatce, przecież zachowuje swoją naturę i narowy, choć każą mu je powściągać pod groźbą bata. Tłumacz Tanwena miał lepiej, bo służył także trochę jako sekretarz i pomocnik, a to czyniło zeń osobę już bardziej użyteczną, a przez to lepiej traktowaną. Natomiast ten od Sangrena trzymany był krótko, tylko do posługi, także przy najgorszych zajęciach obozowych.

Pierwszy przypominał więc domowego pieska, w sumie zadowolonego ze swego losu, drugi natomiast konia, zaprzęgniętego do orki. Pierwszy na dobre zamienił się w Hana, drugi w jakimś stopniu pozostał chyba tym, kim był z urodzenia, tyle że w pętach, które go uwierały, ale których zerwać nie miał jak. Tak to sobie wyobrażałem, zwłaszcza że dostrzegałem w jego oczach zamyślenie, gdy spoglądał z boku na żołnierzy, ćwiczących pod komendą Agisa i Patrosa. Co by się stało, gdyby znalazł dobrą szansę na wyrwanie się z tych sznurów? Czy w ogóle chętny byłby jej szukać? Czy, gdyby się nadarzyła, skorzystałby z niej, idąc za duchem narodu, z jakiego się zrodził?

Przypomniałem sobie moich Scytów, rodzeństwo, wyrosłe w wolnym plemieniu. Dolan uciekł przy pierwszej okazji i na swój złodziejski sposób pędził żywot małego drapieżnika, natomiast Asza przyczaiła się tylko, by przetrwać czas niewoli. Gdy los zesłał jej pomoc w mojej osobie, szybko odzyskała dawny wigor młodej Amazonki. W podróży okazało się, że nic nie złamało ich natury, pozostali dzikimi barbarzyńcami, bez cienia zniewolenia w duszy. Czy w tym przygiętym do ziemi baktryjczyku o greckim rodowodzie, też odzywa się jeszcze duch wolności, czy został skutecznie zabity przez obcy świat? Czy tli się w nim jeszcze pod przykrywką strachu, czy już w ogóle zgasł?

Pytać wprost o to nie mogłem, bo byłoby to niestosowne, tak wobec niego, jak i wobec Sangrena, lecz niekiedy w przelotnych rozmowach na boku próbowałem wyczuć, czy coś z podobnych myśli chodzi mu po głowie. Gdy raz czy drugi czyniłem w tym kierunku jakieś aluzje, byłem pewny, że je rozumie. Niemniej milczał, nie podejmując tematu. Mówiąc o tym, zadawałem mu zagadkę na jego własny temat, lecz nie wiedziałem, czy rozważał szukanie jej rozwiązania. Zauważyłem jednak, że nie tylko coraz chętniej ze mną rozmawiał, ale przy tłumaczeniu podczas spotkań z jego panem, czy w rozmowach z innymi, jakby unikał nazbyt już ostentacyjnej uniżoności. A może mi się tylko tak zdawało?

 

  1. Nieuchwytne echa na wielkich przestrzeniach

Droga do Egbatany zajęła nam niecałe trzy miesiące, wiodąc przez kolejne miasta, bardzo stare, licznie rozrzucone na dużych przestrzeniach Chorasanu. Wcześniej królestwo Medii, potem Persji, ciągnęło się na wysoko położonych równinach, wzdłuż północnego skraju rozległej pustyni. Teraz rządzili tu Partowie, co zaznaczało się tym wyraźniej, im dalej na zachód się posuwaliśmy. Odnalazło się końcu i owe rzekomo tysiąc bram, tyle że miejsce to zwie się teraz Komesz – choć niekiedy używa się starszej nazwy Damgan, co w tutejszej mowie wykłada się jako miasto magów. Aleksander nadał mu wielkie znaczenie na swoim szlaku, i jest w istocie ciekawe, tyle, ze tych bram jest ledwie trochę więcej, niż zwyczajowe cztery, jak wszędzie. Uchodzi za jedną ze stolic osobnych prowincji partyjskich i perskich, gdzie od zawsze rządzili samodzielni, mali despoci, wyduszając, każdy swoim zwyczajem, ile się dało ze swoich poddanych.

Podobno Komesz jest niezwykle starożytne, tyle że wciąż jakby przesuwa się ku północnym wzgórzom, zastawiając wcześniejsze, niżej położne części napierającym od południa piaskom pustyni. Zachowały się jeszcze resztki starego zamku, używane jako warownia dla wojska, ale i one pewnie z czasem znikną. Zaiste, dziwnie urządzili się tu ludzie, mając po jednej stronie żyzne pola i lasy, z licznymi wodami, spływającymi z pobliskich gór, a zaraz po drugiej – niszczącą martwotę pustyni, której nie są w stanie przeciwstawić się nawet wysokie mury. Cztery dni drogi dalej jest kolejne miasto, co pospołu z wieloma wsiami i osadami między nim a Komeszem tworzy ogromne zbiorowisko ludzi, złączone pod jedną władzą. Nie miałem czasu na to, by w tak szybkiej podróży rozeznawać się w miejscowych stosunkach, zresztą, prawdę mówiąc, nie miałem na to specjalnej ochoty, zadając się na przypadek, który podsunąłby mi jakąś po temu sposobność. I, w rzeczy samej, los zdarzył, że przydarzyła się nam osobliwa niespodzianka, która niepomiernie zdumiała nie tylko mnie samego, ale i mych towarzyszy.

Byliśmy już w drodze do najstarszego ponoć miasta na tutejszym szlaku, zwanego Rej. Trudno mi orzekać o jego wieku, gdyż wszystko tu dokoła było tak stare, jak sam chyba świat, pamiętając czasy z legend Babilonii. Wcześniej nie działo się nic szczególnego, jeśli nie liczyć pierwszych hanijskich prób handlowania z kupcami w Komeszu i dalszym Semnanie. Wszędzie, gdzie się zjawialiśmy, Hanowie, dotąd znani głównie ze słyszenia, budzili zrozumiałe zainteresowane, nie tylko przez oryginalność w wyglądzie, ale i przez ciekawość towarów, jakie wieźli. Gdy tylko rozkładaliśmy się gdzie obozem, zaraz pojawiali się widzowie, żeby ich oglądać jak jakie dziwo. Nie brakowało i handlarzy, węszących za zarobkiem, chętnych do kupowania jedwabiu i rzadkich korzeni, czy ozdób. Sangren czuł się nieswojo, gdyż nie za bardzo wiedział, jak sobie z nimi radzić. Umiał liczyć i wiedział, że im dalej dowiezie swój dobytek, tym więcej zyska, lecz nie był od tego, żeby i w drodze to i owo sprzedać.

Niepokoiło to pozostałych wspólników, gdyż woleli, żeby nie uszczuplał swoich zapasów przed ostatecznymi rachunkami. Sami z kolei handlowali tym co mieli, wymieniając jedne towary na drugie, by ugrać na krótszych przewozach ile tylko się da. Pośredniczyłem w ich rozmowach, starałem się łagodzić niesnaski, lecz nie wtrącałem się do tych targów, pilnując tylko, by się wzajemnie nie oszukiwali. Wspólna wędrówka zbliżyła ich do siebie, ale nie aż tak, by po cichu nie szukali własnych zysków. Z trudem radzili sobie z przeliczaniem swojego na udziały, jakie miała każda ze stron, kręcili, kluczyli, lecz koniec końców godzili się, gdy wkraczałem jako arbiter, rozsądzający sprawy zgodnie z zawartą w Merwie ugodą. Zyskiwałem dzięki temu spore uznanie, a Hanowie na osobności dziękowali mi za pomoc, twierdząc, poniekąd słusznie, że sami pogubiliby się w zupełnie obcych dla nich warunkach. Moja pozycja jeszcze bardziej umocniła się dzięki zdarzeniu, w którym, ku memu zaskoczeniu, niezwykłym echem powróciło pewne spotkanie, jakie miałem kilka miesięcy temu.

Na drugi dzień po wyjeździe z Samnanu, gdy jechaliśmy spokojnie, równym rytmem miedzy wysokimi wzgórzami, naraz w oddali pojawiła się duża grupa konnych, niespiesznie zbliżając się w naszą stronę. Trudno było powiedzieć, jakie mieli zamiary, wiec Agis z Patrosem szybko ustawili naszych zbrojnych w wyćwiczony wcześniej sposób, by nie dać się zaskoczyć jakimś nieprzyjaznym manewrem ze strony nadjeżdżającej gromady. Gdy zbliżyli się, dostrzegłem na ich czele człowieka w perskim stroju, który wyglądał mi na ich przywódcę. Ponieważ nie dostrzegłem oznak gwałtowności, wiec dałem znak, by zatrzymać zwierzęta, po czym, wraz z Idasem, powoli ruszyłem na spotkanie zbliżających się jeźdźców, unosząc rękę w powszechnie przyjętym geście pokoju. Stanęli i oni, a po krótkiej chwili podjechaliśmy na tyle blisko, by pozostawać razem w zasięgu głosu.

Nie wyglądali na pospolitych bandytów, wręcz przeciwnie – dowódca, sądząc po ubiorze, musiał być kimś znacznym, a jego dumna postawa świadczyła o niejakiej pańskości, właściwej lepszemu urodzeniu. Także żołnierze nie sprawiali wrażenia zbrojnej hałastry, lecz karnie wykonywali to, co nakazywał nawet krótkimi spojrzeniami.

– Pozdrawiam cię, panie, który stanąłeś na drodze naszej kupieckiej karawany – odezwałem się pierwszy w perskiej mowie. – Chcę wierzyć, że kieruje tobą jedynie ciekawość, za którą nie kryją się żadne złe zamiary.

– Ty tu przewodzisz? – spytał bez zbytnich wstępów, ale i bez agresywności.

– To wolni kupcy, każdy przewodzi sam sobie – odparłem spokojnie.

– Czy są wśród was Partowie?

– Nie ma – pokiwałem głową. – Są Sogdowie, Baktrowie, nadto ludzie, których zwą Hanami. To przybysze z bardzo daleka.

– Nie wyglądasz na kogoś z tych, których wymieniłeś.

– Nie jestem kupcem, tylko samotnym wędrowcem, który do nich dołączył.

– To czemu wysuwasz się na czoło?

– Ktoś musi. Może dlatego, ze mam najmniej do stracenia. – Wskazałem ręką na jego ludzi, którzy otoczyli nas szerokim półkolem. – Chcę wierzyć, że nie macie złych zamiarów – wyczuwałem, że nie idzie tu o żadne bandyckie pomysły, co nie znaczyło wcale, że jesteśmy bezpieczni. – Nie wyglądasz, panie, na kogoś, kto tak musiałby zdobywać fortunę.

– Nie brak ci śmiałości, człowieku – lekko się uśmiechnął, z wyższością wpatrując się we mnie jak pan na swego poddanego.

– Mam swój honor, panie – odparłem stanowczo – i szukam go u innych. – Zwłaszcza u tych, którzy zdają się wyrastać ponad pospolitość – spojrzałem mu prosto w oczy.

Chce wyniosłości, to będzie ją miał! Przez cały czas starałem się zachowywać grzecznie, jednocześnie zastanawiając, kim jest, i co robi z dużą grupą zbrojnych na szlaku wędrownych handlarzy. Przecież żadnej wojny tu nie ma, chyba że jakieś prywatne waśnie miedzy miejscowymi wielmożami. Skoro nie był zwykłym łobuzem, a wskazywała na to wyraźna pańskość jego obycia, to można było żywić nadzieję, ze nasze spotkanie skończy się tylko na rozmowie. Trzeba jednak ostrożności, by go nie rozdrażnić, co nie znaczy, by okazywać zbytnią uległość. Lecz co miało oznaczać owo pytanie o Partów?

– Nie jesteśmy rabusiami, ani żadnymi rozbójnikami – zaśmiał się – a ty, mimo tego nędznego ubioru, nie wyglądasz mi na zwyczajnego wędrowca w kupieckiej karawanie. Skąd jesteś? – Jakże to irytujące, takie wypytywanie! Przecież nie wyróżniałem się tu niczym szczególnym, więc czymże wzbudziłem tę ciekawość? Chyba tylko tym, że nie umierałem ze strachu na jego widok.

– Z bardzo daleka..

– To żadna odpowiedź.

– Czy to ma znaczenie? Jeśli szukasz Partów, tu ich nie znajdziesz – spróbowałem tym sposobem wydobyć z niego sens wcześniejszego pytania.

– To wasze szczęście. Nie będziemy was zatrzymywać – nadal jednak stał przed mną, bacznie mi się przyglądając.. – Ale nie dostałem odpowiedzi na moje pytanie, kim jesteś, i skąd?.

Nie dał się zbyć, więc nie mogłem tak po prostu pożegnać się i wrócić do swoich. Coś mnie tknęło i podkusiło do zaryzykowania ostrożnej otwartości.

– Jestem obywatelem rzymskim i przebywam tu w prywatnej podróży. Teraz wracam do domu. Czeka mnie droga długa i trudna. Ale liczę na szczęśliwy powrót. – Spojrzałem na niego znacząco. – Pewien kapłan przy ołtarzu ognia niedawno przepowiedział mi, że będą mi w tym sprzyjać i bogowie, i ludzie..

Sam nie wiem, czemu przyszło mi do głowy, że ów wystawny perski jeździec, to ktoś z tutejszego, możniejszego rodu, w którym, być może, żywi się tę samą złudną nadzieję, o jakiej usłyszałem w hyrkańskiej Karcie. Niejawnie więc odwołałem się do wyrażonego wówczas mgliście zapewnienia o wieści, jaka miałby mnie wyprzedzać i chronić w podróży przez te ziemie. Było to z mojej strony kuszenie losu, z niewiadomym skutkiem, lecz ryzyko nie aż tak wielkie w sytuacji, gdy nic nam już chyba nie zagrażało. Przy tak rozległych przestrzeniach, i po tak długim czasie, tamto spotkanie sprzed miesięcy mogło dzisiaj nic nie znaczyć. Niemniej, niczym niewprawny łucznik, wystrzeliłem na oślep w niebo, licząc, iż szczęśliwym trafem ustrzelę jaką zdobycz. Szansa powodzenia była właściwie żadna, ale cuda czasami się zdarzają.

– Chyba coś takiego obiło mi się o uszy – odparł Pers po dłuższej chwili milczenia i przyglądania mi się z uwagą. Strzała chyba jednak dopadła celu! –. Słyszałem o kimś, kto ponoć ciekawie rozprawiał z kapłanem przy ołtarzu ognia o sprawach wielkiego świata. Wędrował w bardzo dziwnym towarzystwie, ale nie aż takim – wskazał ręką na nasza spora karawanę, stojąca w pewnym oddaleniu.

– Byłem wówczas sam, z jednym tylko sługą, jeśli nie liczyć scytyjskiej kobiety i jej małego brata. – Jeśli miałem być wiarygodny, to należało mówić prawdę. – Rozstałem się z nimi już dawno temu. Zatoczyłem krąg, a teraz wracam inną nieco drogą.

– Może więc, rzeczywiście, jesteś tym człowiekiem, który rozmawiał z kapłanem przy ołtarzu ognia? – sprawdzenie wypadło pomyślnie.

– Może i ja lepiej teraz rozumiem pytanie o Partów? – rozmowa przy użyciu pytań, trochę na żydowską modłę, bywa niekiedy szalenie wygodna. Nie wdając się w wyjaśnienia, wiedzieliśmy obaj, o co idzie.

– Skoro tak, to uszanuję kapłańskie słowa.

– Wielka jest twoja przenikliwość, panie – skłoniłem głowę – co przyjmuję z ogromną ulgą.

– Szukałeś honoru, więc go znalazłeś.

– I zachowam w dobrej pamięci.

– Oby ci dobrze służyła w przyszłości.

– Zawsze dotrzymuję danego słowa.

– Zatem ruszajcie. Niech bogowie wam sprzyjają.

Wymieniliśmy pokłony, Pers dał znak swoim ludziom, i w kilka chwili już ich nie było. Gdy wracaliśmy do oczekujących nas towarzyszy, Idas, który cały czas przysłuchiwał się tej wymianie słów, nic z niej, oczywiście, nie pojmując, kręcił tylko głową z pewnym niedowierzaniem.

– Nie podoba mi się to. Zbyt gładko się obeszło. Czy aby nie urządzą nam gdzie jakiej pułapki?

– Zapewniam cię, Idasie, że nic nam nie grozi. Przynajmniej od Persów.

– Co to za sprawa z tym kapłanem?

– To dłuższa opowieść. Kiedyś ci wyjaśnię, w czym rzecz. Na pewno ci się przyda.

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? Wszystko, co nas spotyka, nawet niby przypadkiem, splata się w sposób zgoła nieprzewidywalny, gdy się tego najmniej spodziewamy. Największą chyba sztuką w życiu jest umieć uchwycić i zrozumieć, co i kiedy jest czego skutkiem, a czego jednocześnie może być przyczyną. Tego drugiego odczytywać na bieżąco się nie da, bo nie ma takiego umysłu, który by potrafił przeniknąć głębszy i dalszy sens w czymś, co zdaje się być jedynie ulotnością chwili, potraktowanej z niedbałością dla szczegółu i pozornym brakiem związku z tym, co nas w danym momencie najbardziej zajmuje. Ileż to rzeczy mamy na widoku, a ich nie doceniamy, nawet nie chcemy spostrzegać, biorąc je w ogólności za tło zdarzeń i poczynań, które uznajemy za ważne? Dopiero poniewczasie przychodzi zrozumienie – jeśli w ogóle przychodzi – jak się wszystko łączy się i przenika.

Rozum nie ogarnia wszystkiego, co się dzieje, bo to się, po prostu, nie da, zatem wyciąga wnioski tylko cząstkowe co do przyczyn i skutków w biegu naszego życia. Skupiony na jakimś zadaniu, dostrzega głównie to, co z nim jest związane, resztę mając za mało ważny dodatek. A przecież w owych pomijanych drobinach dziejących się zdarzeń kryć się mogą – i zwykle tak właśnie bywa – zalążki rzeczy, decydujących za czas jakiś o naszym losie. Co więcej, nie wiadomo, jak, i kiedy do tego dojść może.

Jakże bowiem podczas niegdysiejszego spotkania w Karcie, a i zaraz po nim, mógłbym przewidywać, kiedy i gdzie spotka mnie takie jego następstwo, jakie właśnie się wydarzyło, i to w tak dziwacznej postaci? Bo że dwa te zdarzenia się ze sobą wiązały, to oczywistość, którą spostrzegłem dopiero w chwili, gdy w rozmowie naszło mnie przypomnienie tamtych słów kapłana, a za tym nagła myśl, iż coś takiego jest w ogóle możliwe. Gdy się to przed chwila potwierdziło, wszystko ułożyło się w logiczną całość.

Czym zatem są nasze starania przeniknięcia logiki zdarzeń, skoro nie umiemy ogarniać ukrytych w nich przesłanek dla skutków, które w najgłębszym przekonaniu zdają się nam być przypadkami? Owszem, pewne rzeczy dostrzegamy, rozważamy, budujemy na nich plany, składamy z nich obraz własnego życia. Lecz jeśli umysł i zmysły zanadto zajęte są bieżącą chwilą, nadto gdy zaciemnia je wyobraźnia, przenikają pragnienia, namiętności, najrozmaitsze fantazje, wówczas wiele z tego, co się nam przytrafia, mamy za kaprysy bogów, losu, zwykłe przypadki. Im dłużej jednak wędruję, tym mniej wierzę już w zwykłe i niezwykłe zbiegi okoliczności, choć żadną miarą nie umiem znaleźć zasady, jaka rządzi ich układaniem się w łańcuchy przyczyn i skutków. Zresztą, nie lubię sofizmatów, wolę ujmować rzeczy praktycznie.

Czy jednak, jako praktyk, mogłem zawczasu założyć, że tak się to ułoży? Gdybym nawet uważał, że tamte słowa kapłana o wyprzedzającej mnie wieści nie są z jego strony tylko czczą obietnicą, podszytą urojeniami o domniemanej, własnej roli w nadawaniu biegu tutejszej historii, to przecież byłbym szaleńcem, licząc na ich sprawczą moc w każdej chwili mej wędrówki przez te ziemie. Wszelako z drugiej strony nie mogłem zaprzeczyć doświadczeniom z podróży w górach medyjskich, i tego, o czym przekonywała mnie wówczas Asza przy okazji naszych spotkań w tamtych miasteczkach i osadach. Dziwne i wręcz niesamowite wydało mi się teraz uzmysłowienie, iż na tych ogromnych przestrzeniach krąży coś nieuchwytnego, ulotnego, a przecież jak najbardziej rzeczywistego, co jest moim znakiem rozpoznawczym wśród tych, którzy potrafią go dostrzec.

Zatem, przez to, co robimy i co nam się przytrafia, stajemy się obecni, nawet wówczas, gdy dzieje się coś mimo naszej woli. Pozostawiamy ślady swej obecności, choć nie wiemy, jakie będą jej skutki, nieraz nawet nie zastanawiając się, kto, i w jakich okolicznościach je odczyta. Niekiedy przybierają one postać ulotnej wieści, przenoszonej przez ludzką pamięć, kiedy indziej bywają bardziej trwałe, wręcz wielce osobliwe, jak chociażby ten, który pozostawił po sobie Maes w Batnei!

Czy mój awanturniczy przodek, folgując sobie dla przyjemności, mógł przewidzieć, czym mogą okazać się po latach, następstwa jego prywatnych uciech? Szalenie rozbawiła mnie myśl, że to, czego nie udało mu się dokonać wieloletnią przebojowością na szlakach handlowych, w dwa pokolenia po nim wypełni się, być może, dzięki kilku chwilom wytchnienia w objęciach pospolitej dziewczyny, przygodnie spotkanej gdzieś w podłej, syryjskiej gospodzie. Do tego, oczywiście, potrzeba było i przyjścia na świat mojej osoby, mego wychowania i edukacji, przemiany dziecięcych marzeń w azjatycką wyprawę, tycjanowskich planów, nadto dobrej jeszcze setki niezależnych od siebie powodów i przyczyn, które pospołu złożyły się na pamiętne spotkanie w z owocem tamtych igraszek.

Gdy planowaliśmy z ojcem moją podróż, nieraz wspominaliśmy Maesa i jego doświadczenia, lecz tego rodzaju okoliczność, nikomu nawet nie przychodziła wtedy do głowy, nawet w żartach. A tu proszę, jakiego los spłatał nam figla! Przez chwilę przemknęła mi przez głowę niespokojna myśl, czy aby przygoda z Aszą nie będzie miała gdzieś, kiedyś podobnych następstw. Czy mogłem mieć pewność, że przy rozstaniu scytyjska wojowniczka nie poniosła ze sobą do swego plemienia zalążka aż nadto konkretnej pamiątki naszej miłostki? Szybko jednak otrząsnąłem się z tych rozmyślań, uznając, że zbytnio ponosi mnie fantazja, niepotrzebnie psując dobre samopoczucie po pomyślnie zakończonej przygodzie z perskim oddziałem zbrojnych.

  1. Życie w teorii i praktyce

Moi towarzysze, nieco zaskoczeni tym, jak szybko uporałem się z przeszkodą na drodze, wypytywali o szczegóły spotkania, lecz zbyłem ich kilkoma ogólnikami. Idas też niewiele im wyjaśnił, niemniej podsycił aurę tajemniczości, powiadając, że perski dowódca uznał chyba we mnie kogoś, o kim wiedział coś dobrego, dzięki czemu nie nastawał na wtrącanie się w bieg karawany i zostawił nas w spokoju. Nie zaprzeczałem, niemniej niczego bliżej nie tłumaczyłem. Prawdy domyślił się jedynie Agis, przed którym nie miałem tajemnic. Rozpytywany na boku przez innych, trzymał się jednak roli prostego sługi i rozkładał ręce na znak, że nie ma pojęcia o żadnych ważnych sprawach swego pana. Tak czy owak, przygoda ta przydała mi aury pewnej niezwykłości, a moja pozycja w grupie bardzo się umocniła. Gdym zapewnił – trochę może na wyrost – że ze strony Persów nic nam grozić już nie będzie, przyjęto to z ulgą i zadowoleniem, jako oczywistość, nawet nie dopytując się skąd ta pewność.

Wszelko Hanowie próbowali podchodzić mnie pytaniami, jeśli nie wprost, to aluzyjnie, gdyż nie mając pojęcia o tutejszych stosunkach, dziwili się, że człowiek obcy, z dalekiego kraju, bez złota, towarów, czy oznak władzy, układa się jak równy z równym z kimś, kto, wedle ich domysłów, najwyraźniej ma tu pewne znaczenie. Tanwen raz po raz starał się dociec, kim naprawdę jestem, ponieważ nie mieściło mu się w głowie, że bez określonego przydziału w społeczności i bez wysokiej w niej pozycji, można mieć taki posłuch między ludźmi, i to jeszcze nie w swoim państwie. Oczywiście, widział to po swojemu, więc nie pojmował, że nie wszędzie ludzie żyją wedle praw mrowiska, w którym każdemu wolno tylko tyle, ile mu zostanie zadane. U nich liczy się nie osoba, lecz to, co kto robi, a i to z jedynie z urzędniczego nadania. Jeśli robi wiele, to nie z własnej woli, ciekawości czy samodzielnego pędu do działania, lecz dlatego, że takie jej przyznano prawo i przydzielono zadania. Wywiódł sobie, że muszę być kimś znacznym, kto wykonuje poważne obowiązki, zlecone przez zwierzchność. Tak to sobie tłumaczył i do końca podróży uparcie się tego trzymał, nie będąc w stanie pojąć, że nie wszędzie są mrowiska, uznające ludzi tylko według nadanej im rangi. A już w ogóle nie mieściło mu się w głowie, że ktoś spoza takiego roju może mieć posłuch tylko przez to, kim jest sam z siebie przez swe zalety.

Gdym próbował trawić jego opowieści, uzmysłowiłem sobie, że w gruncie rzeczy w hanijskim ułożeniu państwa jest coś z Platona. Ludziom, poukładanym w kręgi, przypisane są pozycje, wyznaczane wedle zakresu ich użyteczności dla ogółu. Każdy ma swoje miejsce, zna swoje powinności, wie, co wolno, kogo ma słuchać, co myśleć i co robić. Zamiast cesarza jest grono mędrców, które rządzi absolutnie wszystkim bez wyjątku, nawet tym, kto z kim ma płodzić potomstwo, kiedy i w jakiej ilości. Co u greckiego filozofa jest teorią, ciekawą, acz nieco odpychającą, u Hanów jest praktyką, która nie przypadła mi do gustu.

Wielbiciele rzekomej doskonałości platońskiej idei powinni bliżej poznać Hanów, by przekonać się, że jej przełożenie na zwykłe życie i ludzką niedoskonałość, prowadzić musi do zwyrodnienia natury. Za tą rzekomą szlachetnością i dążeniem do utopijnej harmonii w ludzkiej zbiorowości kryje się zagrożenie zniewalaniem ducha wolności i umysłu. Kto z życia próbuje robić matematykę, zawsze potknie się na jakichś liczbach, które nie dadzą się wtłoczyć w wymyśloną czy pożądaną regułę. A wtedy biada tym, których zawiedziony rachmistrz zacznie karać za to, że nie przystają do jego gładkich wzorów. W imię poprawności swych wyliczeń gotów jest usuwać to, co im przeczy, i – przechodząc od teorii do praktyki – zabrać się za łamanie kości, lub wręcz obcinanie głów.

Nie przypadkiem Platon wygonił ze swego państwa artystów. Ci bowiem niesforni wybrańcy Muz, nie poddają się mrowiskowym rygorom, lecz idą za swą naturą, bardzo nieraz porywczą, niekiedy wielce nieobyczajną, nie uznając w tym żadnego wędzidła. Bywają okropni, próżni, kapryśni, mają liczne wady, lecz wszystko to okupują pięknem, jakie tworzą. Co więcej, w swych dziełach potrafią dowieść, iż rozumieją świat nie gorzej, niż uczeni mężowie na swych pomnikowych cokołach. Czym przenikliwość młodego Lucjusza z Antiochii jest gorsza w postrzeganiu ludzkiej natury od rozważań filozofów? A on przynajmniej nikogo nie poucza, ani nie przydziela roli, jaką ma pełnić ten, kogo portretuje.

Tanwen uparcie powtarzał, że nadmiar wolności tylko psuje ludzi i państwo. Według niego pojedynczy człowiek, nikomu niepodporządkowany, bez swego przydziału, to osobnik wręcz niebezpieczny. Nie rozumiał, co ja tu robię i po co wędruję z dala od domu, a już całkiem głupiał z tego, że tak swobodnie sobie poczynam wedle własnej woli.

– U nas nie jest możliwe, by kto obcy, bez powodu, swobodnie panoszył się po kraju. Gdyby nawet miał na to zezwolenie, musiałby mu towarzyszyć specjalny przewodnik cesarski ze stosownym pismem. Ale i tak nikt by z nim nie rozmawiał, ani go nie słuchał.

– Nawet gdyby znał waszą mowę?

– Tym bardziej byłby podejrzany.

– A swoich wolnych wędrowców nie macie?

– Chyba tylko kapłani. Ale to cesarz decyduje, które świątynie jakie mają znaczenie i co z tego wynika.

Teraz ja się pogubiłem, gdyż stopniowo wydało się, jak oni traktują prawa. Jedynym prawodawcą, o mocy niemal boskiej, jest cesarz, jakby najwyższy pater familias. Wszelako to, co spisane na jego rozkaz, jako obowiązujące dla urządzenia i działania władzy, dla ogółu pozostaje nieznane. Postępować należy wyłącznie w zgodzie z naturalnym nakazem moralnym. Kto by znał kodeksy, mógłby te nakazy przekraczać, albo obchodzić, gdyż tam, gdzie prawo czego nie zabrania, można by, chytrze spekulując, swobodnie czynić to, na co się ma ochotę. Nadto uważają oni, że przy powszechnej znajomości praw, lud mógłby ośmielać się kwestionować wyroki jako niesprawiedliwe, a to z kolei podważyłoby autorytet władzy. Samodzielne myślenie na własny użytek, okazywanie własnej woli, w ogóle jest u nich nie do wyobrażenia.

Ponieważ u Hanów najważniejsza pozostaje rodzina, wiec wszędzie strażnikiem obyczaju jest jej głowa, i to ona feruje wyroki wedle swego uznania. Nabierają jednak mocy dopiero po zatwierdzeniu przez specjalnych urzędników, którzy łączą w jednej osobie role sędziego, prokuratora i obrońcy. Ojciec może skazać syna na śmierć, ale na egzekucję trzeba cesarskiej zgody ze stolicy, uzyskiwanej drogą urzędową. Zdumiało mnie, że taki wyrok nie może być wykonany w sprzeczności z rytmami natury, chociażby wiosną, kiedy wszystko budzi się do życia, ani też podczas urzędowo nakazanych świąt. Zostawała więc jesień i zima.

Najciekawsze jednak jest to, że egzekwować prawo można na kimś zastępczym, bo sądzi się czyn, a nie osobę! Ukarane ma być samo przestępstwo, a niekoniecznie ten, kto je popełnił! To już nie mieściło się w rozumie, choć Tanwen usiłował wyjaśniać mi skomplikowana filozofię takiego procederu. Zrozumiałem z tego tylko tyle, że najważniejsza jest nie sama wina, lecz intencja, a kara ma przede wszystkim przywracać harmonię świata, którą dany czyn naruszył. A kto ją odbędzie, to już inna rzecz. Ta oczywista niedorzeczność bardzo mnie poruszyła. Spytałem, czy gdyby kto zabił jego matkę, to czy zadowoliłoby go ukaranie nie mordercy, lecz jakiejś figury, podstawioną za stosowną cenę? Czy nie czułby w sercu sztuczności takiego rozwiązania sprawy? Czy to sprawiedliwe?

– Co liczy się bardziej, słuszność cesarskich praw, czy jakaś niejasna sprawiedliwość? Czy u was zawsze, to, co sprawiedliwe, jest słuszne dla ogółu? – odparł pokrętnie, nie okazując cienia poruszenia uczuć. Oni w ogóle, chyba ich nie mają, jakby nie byli z krwi i kości. Na wszystko jest jakiś przepis, więc chyba i wzajemnie kochają się wedle tego, co im każe ta ich etykieta.

Dałem sobie spokój z dociekaniem, co kryje się za jego mętną sofistyką. Równowaga żywiołów, o jakiej mi przy tym mówił, to jedno, a żywy człowiek, to drugie. Co mają żywioły do wyrzynania całych rodzin i rodów, praktykowanego zresztą z lubością i u nas, niekoniecznie tylko podczas zwrotów historii, czy w zgodzie z jakąś filozofią? Wszędzie silniejszy i tak robi co chce, nieważne, jakimi podpiera się argumentami. Idzie jednak o to, by miarkować niepotrzebne, często zapamiętałe okrucieństwo, nie dawać mu się panoszyć, jak u dzikich barbarzyńców. Nigdy nie rozumiałem, skąd bierze się żądza mordu, zwłaszcza na niewinnych ludziach w czas wojny. Co innego impet bitewny wobec żołnierzy wroga, a co innego dorzynanie kobiet i dzieci w już pokonanych miastach. Zemsta w gorączce i afekcie da się jeszcze jakoś wytłumaczyć, ale podcinanie gardeł na zimno, z wyrachowaniem, to już dzikość, jakiej nie znajduje się nawet u zwierząt.

Tak oto rozmyślałem sobie, jadąc równym rytmem na swoim kamelosie, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić, polubiwszy nawet siedzenie na nim i obserwowanie z wysoka nie tylko drogi i mijanych okolic, ale także towarzyszy podróży. Co i raz z satysfakcją przekonywałem się, że opowieści Tanwena o hanijskiej filozofii życia w mrowisku niekoniecznie przystają do rzeczywistości. Patrząc na niego i na Sangrena spostrzegałem, jak urzędnicza ograniczoność umysłu przegrywa z zaradnością kupca, starannie pilnującego swego interesu. W miarę jak cesarski skryba i geograf coraz bardzie mnie rozczarowywał, nabierałem coraz większego uznania dla bystrości drobnego Hana, szybko uczącego się radzenia sobie w nieznanym mu świecie. Choć może i niższy rangą w rodzinnym kraju, rozumem zdecydowanie przewyższał swego przemądrzałego rodaka, choć, oczywiście, nie dawał nic po sobie poznać, a w rozmowach z nim trzymał się oficjalnej uniżoności, jaką nakazywała mu ich etykieta.

Już na samym początku udzieliłem im obydwu kilku lekcji o naszych pieniądzach, ich rodzajach, odmianach greckich, perskich, nawet armeńskich. Tanwen dokładnie to spisał, i na tym poprzestał, natomiast Sangren błyskawicznie nauczył się wyceniać w nich swoje towary, koszty wyprawy, ceny wszystkiego, co w drodze potrzebne, co na wymianę, nawet wielkości koniecznych opłat miejskich, czy haraczy, jakie przyszło nam po drodze dwa czy trzy razy zapłacić. Gdybym miał porównać te dwie głowy, to rzekłbym, że jeden miał w swej tylko składowane deseczki, drugi natomiast duży abakus w ciągłym użyciu.

Co więcej, Sangren potrafił swobodnie spekulować o ryzyku i decyzjach, jakie miał podejmować. Stać go było na samodzielność myślenia, bez instruktywności, i wyraźnie mu się ta praktyka udawała. Oczywiście, gdy trzeba było, trzymał się hanijskich reguł, zwłaszcza wobec swych sług, którym kilkakrotnie wymierzał – wedle ich zwyczaju – kary lekkiej chłosty za drobne przewinienia, na co miał zezwolenie Tanwena, jako cesarskiego urzędnika. Niemniej za tymi rytuałami skrywał zdrowy rozsądek i silną wolę człowieka, który, jak każdy dobry kupiec, wie czego chce i zmierza do swego celu, należycie dostosowując się do okoliczności.

Jeśli Hanowie chcą wejść do dużego handlu z obcymi, musza to zrobić nie za pomocą etykiety, lecz chytrością, sprytem i bezwzględnością. A do tego potrzeba ludzi takich jak właśnie Sangren, z otwartymi głowami i przebojowością, której nie da się ująć w karby cesarskich przepisów. Może oni u siebie mają swoją ulubioną harmonię świata, ale w targowaniu się idzie nie o równowagę, ale o niepewność w grach na przewagi, i to tym większą, im znaczniejsze mają być zyski. Ludzkiej natury nic nie zmoże, więc jestem dziwnie spokojny, że z czasem doskonale się tego wyuczą. Przy ich mrowiskowej karności może się jeszcze okazać, że pod wodzą coraz to liczniejszych kupców w rodzaju Sangrena staną się groźnymi dla innych przeciwnikami.

Porównywałem też dwóch innych wspólników wyprawy, Babura i Idasa. Sogdyjczyk od początku niezbyt mi się podobał, gdyż miał w sobie małostkową chytrość, bez rozmachu, choć trzeba przyznać, że skrupulatnie pilnował powierzonych mu przez Fandaka spraw. W drodze co i raz szukaliśmy okazji do handlowania przez wymianę towarów od miasta do miasta na mniejsze odległości. Babur z zadziwiającym sprytem wywiadywał się u kolejnych przewodników co i gdzie się w tym opłaci, a choć były to zyski małe, to przecież zawsze wychodził na swoje. Idas nie miał do tego głowy, a choć również czynił podobne interesy, to jednak liczył głównie na rozliczenia w Egbatanie. Niemniej, na swój sposób, po cichu skrzętnie zbierał wiadomości o tym, co na szlaku warto przewozić, skąd i dokąd.

Babur był małym straganiarzem, skutecznym, ale bez polotu, natomiast Baktryjczyk widział szerzej i dalej. Czuło się w nim ducha jego ojca, patrzącego za korzyściami nie tylko doraźnymi, ale i na przyszłość. Świadczyło o tym i to, że chętnie poznawał obyczaje miejsc, jakie mijaliśmy, a mimo trudności językowych nawiązywał przydatne, prywatne znajomości nie tylko w największych miastach, ale i w mniejszych osadach. Mając w sobie przyrodzoną ciekawość świata, bacznie go obserwował, by się w nim odnajdować, gdy przyjdzie do kolejnych wypraw, jakie już teraz planował. Wiele rozmawialiśmy, wypytywał o moje doświadczenia, nawet o historię i politykę krain, przez które jechaliśmy. Polubiłem go, bo czułem w nim bratnią duszę urodzonego wędrowca i poszukiwacza przygód, wręcz z pewną skłonnością do brawury. Skłonny byłem nawet widzieć w nim jakby baktryjskiego Maesa, o którym zresztą mu kiedyś opowiedziałem, ku jego ogromnej uciesze.

W dwa miesiące przebyliśmy większą cześć drogi do Egbatany, zatrzymując się na dłuższy postój w mieście, zwanym Raga, skąd do końca naszej podróży było już tylko dwa tygodnie jazdy. Dotarliśmy więc do dawnej Medii, teraz pod rządami Partów, których zaczęło się pojawiać coraz więcej. Dotąd wśród zwykłych ludzi przeważali Persowie i Medowie, także inne pomniejsze plemiona, teraz mieszały się z nimi rodziny osadników partyjskich, wtopione w codzienność życia własną pracą, a nie tylko przewagą zdobywców. Dziwnie jednak to się układało, gdyż szukali oni przyjaźni głównie z Grekami, których było tu wielu. Z racji zaszłości historycznych skazywało to ich na jeszcze większą perską do nich niechęć, mimo że sami z siebie, prywatnie nie czynili przecież nikomu żadnej krzywdy. Tak to już jest, że między pospólstwem, wrośniętym od pokoleń w swoją ziemię i tradycję, niełatwo znikają podziały na swoich i obcych, nawet w czasach spokojniejszych. Grecy i Partowie to dla Persów narody, które ich podbiły, więc życzliwości do nich nie ma, co niejako naturalnie skłania tamtych do szukania wzajemnego wsparcia.

Czy aby nie dzieje się tak samo w krainach, podbijanych przez Rzym? Przychodzimy, zdobywamy, zostawiamy swoich osadników, zaprowadzamy własne porządki, ale przychylności w prostym ludzie nie mamy. Możni i bogaci układają się ze zwycięzcami, bo im to wygodne dla własnych interesów, zachowania pozycji i gnębienia sług, ale oni dla tych powodów gotowi zawierać przymierza z każdym, byle nie naruszał ich spokoju i zysków. To samo czynią kupcy, uznający każdą władzę, która nie będzie ich zanadto łupić. Wielka polityka sobie, a zwykłe życie toczy się własnym rytmem, bo tak być musi. Jedyne, co może wzburzyć ten stan rzeczy, to narzucanie cudzych bogów przeciwko miejscowym, na których stoją ich prawa, zwyczaje, legendy i zwyczaje. Kto tego próbuje, źle na tym wychodzi, bo ma w podbitych prowincjach wieczne niepokoje, chociażby takie jak my w Judei.

Rzym podbił Greków, Partowie podbili Persów, i choć to dwa całkiem osobne światy, to przecież każdy powinien radzić sobie wśród zwyciężonych nie tylko z pomocą siły, lecz rozumności w panowaniu nad nimi. Czerpać korzyści to jedno, ale trzeba choćby trochę do siebie przekonać i zachęcić, a to nie takie proste, bo trudno oferować narodom o wielkiej tradycji coś nowego i przyciągającego. My stopiliśmy się z Grekami w jedno, ale Partowie nie potrafią chyba znaleźć klucza do perskiej duszy, a i sami niewiele z niej chcą brać, wiec prędzej czy później przegrają. Choć umieją się zebrać do walki w polu, to przy rozbiciu się na małe królestwa nie mają jednej, mocnej ręki, która by trzymała całość w karności i porządku.

Nasze wojny domowe bywały krwawe i bolesne, ale zapewniły w końcu jedynowładztwo, prawda że trudne i nie każdemu się podobające, lecz zbawcze dla jedności i siły cesarstwa. Republika się nie sprawdziła, bo za dużo w niej było pola dla prywaty i gry ambicji. August brutalnie rozegrał bratobójcze waśnie, lecz znalazł w końcu sposób na zapewnienie wewnętrznego pokoju, wszelako trzymanego pewnie jedną ręką. Dobry woźnica wie jak powozić zaprzęgiem wielu koni tak, by wszystkie pospołu ciągnęły wóz w jedną stronę, bez wywrotki. Każdy szarpie po swojemu, ale w odpowiednim momencie przywoływany zostaje do porządku i dla bezpieczeństwa jazdy hamuje swoje zapędy. Cesarz był rozumnym człowiekiem, więc miał posłuch, nawet u wrogów, ale co dalej? W Tyberiuszu jest zbyt dużo dzikości, zapiekłości za doznane krzywdy, nie ogarnia całości, a historia z Sejanem, choć skończyła się szczęśliwie, to znak, że ową augustową budowlę łatwo może wywrócić byle drapieżnik, od jakich roi się Rzym.

Te moje rozmyślania przywracały wspomnienie o rozmowie z Marosem na Cyprze. Przekonałem się już byłem w drodze, że i my jesteśmy dla innych barbarzyńskimi zdobywcami, budzącymi niechęć, nawet wrogość. Nie da się nieść pięknych i szlachetnych idei na legionowych mieczach, niemiłosiernie rabując, nadto bez rozumienia i poszanowania odrębności tych, których się pokonuje. Jeśli rzecz cała ma sprowadzać się do zdobywania łupów, wówczas ci, z których się je zdejmuje, nie dostając niż w zamian prędzej czy później podniosą bunty i przegonią zdobywców. A co mogą zaoferować idący za wojskami urzędnicy? Prawda, powstają budowle, odeony, tu i ówdzie nawet akademie i inne, imponujące ozdobności, ale czy formą da się pokryć brak płynącej z ducha głębszej treści w panowaniu, którego podstawą jest przyzwolenie na zwykłe łupiestwo?

Przygoda w Hyrkanii, a potem jej echo w spotkaniu z dowódcą perskiego oddziału zbrojnych, przekonały mnie, że pod widzialną rzeczywistością drzemią ukryte siły, wywodzące się z najstarszych tradycji podbitego tu narodu. Zdławione, ale przyczajone, tak długo będą szukały sposobności do ujawnienia się, aż w końcu ją odnajdą i wezmą odwet za miniony czas zniewolenia. Ciekawe, czy w naszych prowincjach dzieje się podobnie? Czy wędrowni kupcy, kapłani, nawet zwykli grajkowie i bajarze, nie przenoszą w swych opowieściach pamięci o minionych czasach, mimowolnie podtrzymując nadzieje na powrót rodzimych królów? Tego nie da się sprawdzić, bo i jak? Lecz że tak jest w Partii przekonałem się nie tylko przy hyrkańskim ołtarzu ognia i w krótkiej rozmowie na szlaku, lecz i w dziwnych uwagach nowego przewodnika, mającego nas prowadzić z Ragi już do samej Egbatany.

Utarło się, że zmieniając ich co kilka miast, za każdym razem braliśmy kogoś zaufanego na dalszą podróż z poręki poprzednika. Tworzą oni jakby osobne bractwo, rozproszone, lecz na swój sposób trzymające się razem. To bardzo popłatne zajecie, trudne, wymagające wielkiego doświadczenia, także licznych znajomości w drodze. Nie przypadkiem większości z nich towarzyszą młodzi synowie, szykowani przez ojców do tego fachu. Z pozoru zwyczajni, nierzucający się w oczy, wywodzą się z miejscowych, i choć nieraz trudno orzec z jakiej mieszanki, to jednak należało uznawać ich za Persów. Zauważyłem, że odnosili się do mnie z cichą atencją, co przypisywałem dotąd temu, iż w karawanie uważano mnie za nieformalnego przywódcę. Wszelako, gdy przy zapłacie poprzednik przedstawiał mi swego następcę, usłyszałem od tego drugiego dziwne słowa.

– Cieszę się, ze będę mógł ci pomagać, panie. Powiadają, że jesteś nie byle kim – rzekł, grzecznie się kłaniając.

– Skąd miałbyś co o mnie wiedzieć? – spytałem, zdziwiony, że obcy, niepozornie wyglądający człowiek mógłby cokolwiek słyszeć ponad to, że należę do karawany, budzącej tu pewne zainteresowanie.

– Różne chodzą wieści po świecie, panie. Kto umie słuchać, ten usłyszy to, co powinien wiedzieć – odparł ezopowym sposobem, spoglądając przy tym znacząco na swego kompana, który nam dotąd towarzyszył.

– Musisz mieć zatem szczególnie wyostrzony słuch, człowieku.

– Nienajgorszy. Zwłaszcza na to, co ważne.

– Mam nadzieję, że równie dobre okażą się twoje umiejętności przewodnika.

– Nie obawiaj się, panie. Słyszałem, jak cenne jest to, co idzie z tą wyprawą. I że powinno bezpiecznie dojść de celu.

– Chcesz jeszcze podbić cenę?

– Dajecie godziwą zapłatę. Jest jak się należy. Ale mój słuch podpowiedział mi, że powinienem mieć szczególne na was baczenie.

– To przez te wieści?

– To ty rzekłeś, panie – odparł, unosząc ręce w górę. – Wiem, ile powinienem wiedzieć, i wypełnię swoją powinność. Reszta to już nie moja rzecz.

Nie padły żadne wyjaśnienia dla tych aluzji, ale jasne było dla mnie, że w tych słowach pobrzmiewało echo owego zapewnienia, jakiego udzielił mi hyrkański kapłan, a które zapewne zapewniło przychylność spotkanych w drodze Persów. Dawało to niejaką nadzieję na spokojny przejazd do Egbatany – czy jednak aby nie złudną? Ile warte są obietnice, budowane na rojeniach fantastów, nawet jeśli przydają im aury prawdziwości? Nie miałem pojęcia, kim była dla nich moja osoba, jeśli w ogóle nadawali jakiego znaczenia dla swoich mrzonek. Czy mogłem ulec tej mistyfikacji?

Dobrze jest czuć się kimś ważnym, choćby i cudzego nadania, lecz należy mieć na względzie ulotność takich opinii, podszytych oczekiwaniami, w których więcej jest wyobrażeń i domysłów, niż trzeźwego sądu. Czy oni aby nie chcą widzieć we mnie jakiegoś swego tajnego posłańca w grach, które sobie uroili? Nie lubię być aktorem w teatrze, pisanym nie dla mnie, nie przez mnie, ani za moją zgodą. Prawda, nie da się żyć całkowicie poza nim, lecz należy mieć zawsze możność zrzucenia kostiumu i maski, gdy zaczną uwierać przez fałsz, śmieszność, lub niegodziwość. Gdy kto przez własną próżność zapamięta się w pięknej roli, jaka mu zostanie przydzielona, szybko się w niej zatraca, zapominając, kim właściwie jest.

Czułem się teraz podobnie, jak wówczas, gdym odgrywał kapłana ognia miedzy prostymi ludźmi z gór. Tyle ze wtedy używałem fenickiego szkła, które trzymałem we własnych rękach, i na swój sposób byłem panem sytuacji. Jeśli nawet było w tym oszustwo, to przecież dawało widzialny efekt, przydający mu znamion prawdziwości, choć jedynie w mniemaniu tych, którzy go mogli namacalnie sprawdzić. W rozmowie z hyrkańskim kapłanem padały tylko słowa, bez efektownych popisów, bez konkretów, bez widoków na ich sprawdzalność, a przecież skutki ich wypowiedzenia okazywały się aż nadto realne. Persowie wywiązywali się ze swych obietnic, bez pewności, że ja wywiążę się ze swoich. Zresztą, co miałoby to w ogóle oznaczać, gdybym nawet przedstawił ich sprawę mojemu cesarzowi?

Wiadomo, że nawet mały kamyk może poruszyć wielką i niszczycielską lawinę, lecz trzeba być niespełna rozumu, by przypisywać sobie takie znaczenie. Z drugiej jednak strony, przeszłość uczy, że niejednemu statyście udawało się wyjść przed szereg i, wydawszy z siebie cienki pisk, tak zakręcić kołem historii, ze w swym pędzie odmieniało ono losy świata. Lecz czy rzeczywiście sami z siebie byli demiurgami, świadomymi tego, co powodują, czy tylko mniej lub bardzie bezwolnymi narzędziami w rękach bogów? Czy spotkanie przy ołtarzu ognia, nieprzewidziane, z pozoru niemające nic wspólnego z celem mojej wyprawy, było tylko zbiegiem okoliczności, tak dla mnie, jak i dla tamtego człowieka? Ale przecież zawiązało dwie osobne nitki losu w jakiś mały węzeł, łączący ludzi z dwóch odległych, jakże odmiennych krain. Czy mógł on, przy ich udziale, jakkolwiek odmienić kształt wzoru na tkaninie dziejów świata, jaką wyplatały jakieś niewidzialne dla nas dłonie?

Od jakiegoś czasu przestałem wierzyć w przypadki, próbując – jeśli nawet nie od razu, to po jakimś czasie – doszukiwać się głębszego sensu w zdarzeniach nieoczekiwanych, niespodziewanych, nieraz błahych. Jeśli w tej awanturze kryły się jakieś znaki, to jak należałoby je odczytać? Próżność podsuwała myśli nader podniosłe, rozwaga nakazywała powściągliwość – ale co się stanie za czas jakiś? Brakło mi tu konceptu, więc nie chcąc dłużej mamić się górnolotną grą wyobraźni, zrezygnowałem z rozstrzygania tego dylematu. Niemniej cieszyło mnie, że – za sprawą już to niepojętych sił boskich, już to ludzkich marzeń – moja droga do domu, choć w tej jej części będzie bezpieczniejsza, niż gdyby to wszystko się nie zdarzyło.