Początek u Kresu Drogi

31. Dzieją się rzeczy niezwykłe

Do Merwu dotarliśmy w dobrej kondycji, choć, nim wjechaliśmy na ziemie wokół niego, jazda przez poprzedzającą je pustynną  równinę mocno dała się nam we znaki. Fandak nakazał, by przed wjazdem do miasta zatrzymać się na dwa dni niedaleko osady nad małą rzeczką. wpadająca dalej do rzeki zwanej Murgab, płynącej przez miasto, do którego zmierzaliśmy. Na dobrych pastwiskach konie mogły spokojnie wypocząć pod opieką poganiaczy, by nabrać dobrego wyglądu i wigoru przed wystawieniem ich na sprzedaż. Ogarnęła mnie niejaka ekscytacja, gdyż oto po wielu miesiącach podróży wjechałem na ziemie baktryjskie, co było przecież głównym zamiarem mej wyprawy. Co prawda, według tego, co mi mówiono, do serca Baktrii nad Oksosem trzeba by iść jeszcze dwa czy trzy tygodnie, lecz w moim odczuciu nie miało to już takiego znaczenia. Okazało się, że Merw to nic innego jak Aleksandria Margańska, założona przez Macedończyka jako strategiczna warownia na szlaku jego wyprawy. Widać było  nawet resztki dawnych wałów, usypanych dla obrony przez atakami nomadów z północy, ale i dla osłony pól przed piaskami pustyni.

Strabon, choć sam nigdy do Margany nie dotarł, na podstawie cudzych opowieści pisał o niej z największym uznaniem, jak o krainie obdarzonej przez naturę niezwykłym pięknem i bogactwem żyznej ziemi. To tu w pierwszej kolejności osadzano rzymskich jeńców spod Carrhae, co okazało się dla nich błogosławieństwem, gdyż zyskali warunki do życia daleko lepsze, niż mogli się spodziewać gdzie indziej w swej jenieckiej niedoli. Historia raz po raz splątywała w Baktrii losy Rzymian, Greków i Persów w ciągłe wewnętrzne bunty i wojny, tyle że greckie królestwo baktryjskie dawno już przeminęło, a wszystkich pogodzili panujący tu od jakiego czasu Partowie. Z tego, co mówił Fandak wynikało, iż dzisiaj wszyscy pospołu łączą siły, by odpierać napór ludów ze wschodu, głownie Tocharów i Kuszanów.

Sytuacja jest tu jednak szalenie pogmatwana, tym bardziej, że coraz częściej dają znać o sobie Hanowie, czyli po naszemu tajemniczy, wręcz mityczny lud Serów. Mają oni ponoć wielkie cesarstwo za ogromnymi górami na wschodzie, skąd wychynęli ich kupcy ze swymi towarami, w tym z tak cennym u nas jedwabiem. Ich nagłe najazdy czasowo ustały, natomiast ruszył handel, i to na coraz większą skalę. O polityce niewiele tu kto co wie, mało zresztą ona kogo interesuje, zwłaszcza że wyobraźnię rozpalają teraz wizje wielkich zysków, jakie zaczęły płynąć z karawan, krążących coraz częściej ze wschodu na zachód, i odwrotnie. Wszystkiego tego dowiadywałem się stopniowo od Fandaka, który z wyczuciem, godnym kupca większego, niż w rzeczywistości był, znakomicie orientował się w tych grach o towary i złoto. Twierdził, że jego Sogda, leżąca na styku dwóch światów, zyska tu niebawem wielkie przewagi jako jedyny liczący się miedzy nimi pośrednik i przewoźnik.

Moja tycjanowska wiedza hamowała nieco jego entuzjazm, gdyż tłumaczyłem mu, że bez zakładania dużych banków i faktorii, bez weksli, listów zastawnych i udziałów, nie ma co planować i urządzać naprawdę poważnych interesów. Dawałem mu na to przykłady rzymskie, fenickie, nawet greckie i żydowskie. Musi też być jakiś jeden, a dobry pieniądz na dużych przestrzeniach, żeby dawało się prowadzić rachunki między pośrednikami, bez wykładania od razu złota na stół. Tymczasem, przy takim jak tu rozdrobnieniu władzy między małych, lokalnych despotów, każdy z nich liczy po swojemu, bije własną monetę, ma własne cła, trudno jest rozeznać się, co, gdzie, i ile jest warte.. Kupcy, choć trzymają się własnych zasad, są zdani na siebie, a nie na prawo, choćby i niedoskonałe. Sama tylko wymiana towarów, przy rozdrobnieniu sił,  nie daje zbyt wielkich zysków.

Fandak kręcił nosem, mówił o ryzyku, ale pojął wreszcie, że kupcy bez banków daleko nie zajdą.  Uważnie przemyśliwał te sprawy, wątpiłem jednak, czy spróbuje przełożyć je na swoje interesy. Cóż, powszechnie wiadomo, że przyzwyczajenie jest silniejsze od gotowości do wprowadzania nowości. Może gdyby te ziemie zjednoczył jakiś rozumny władca,  twardą ręką zaprowadził ład i zapewnił spokój na dłuższy czas, rzeczy uległyby zmianie, z korzyścią dla ludzi odważnych i z dobrymi pomysłami.

Stanęliśmy tuż pod miastem, na rozległych polach targowych, rozbito obóz, zagrodzono konie.  Fandak wysłał kilku ludzi na przeszpiegi, by rozeznali się, gdzie kto zjechał, i z czym. Miał umówionego wcześniej handlarza, zajął się swoimi sprawami, mnie zaś pozwolono czas jakiś pozostać u nich ze swoim namiotem, dopóki nie rozejrzę się, i postanowię, co czynić dalej. Prawdę mówiąc, byłem w pewnej rozterce.  Czy jechać dalej, w głąb Baktrii, czy skończyć tu wyprawę, i zbierać się do powrotu?  Fandak zaproponował, bym poczekał, aż dobije swych interesów, kupi towary i ruszy do Sogdy. Oferta kusząca, lecz oznaczała kolejne dwa lub trzy miesiące drogi, która wywiodła by mnie zbyt już daleko.

W istocie zdałem sobie sprawę, ze sam nie wiem, gdzie dokładnie ma być kres mej wędrówki. Wcześniej widziałem rzecz całą w ogólności, teraz przekonałem się, ze właściwie nie sposób go oznaczyć w jakimś jednym, konkretnym miejscu. Zadanie, jakie postawił mi ojciec wypełniłem, chociażby w Beroi, potem poznałem przydatne dla nas zwyczaje w dalekich krainach, teraz zawiązałem nić dobrej przyjaźni z sogdyjskim kupcem, tyle że, nie mając pojęcia, jak w praktyce, przy takich odległościach, dałoby się ją podwiązać wprost pod nasze interesy. Tu trzeba by mieć długą sztafetę małych faktorii, lub przynajmniej pewnych  pośredników i strażników, a na miejscu kogoś zaufanego, kto krążyłby miedzy nimi i doglądał całości. Przy nieustannych zamieszaniach, walkach między rozmaitymi ludami i  małymi królestwami, w warunkach niejasności i niepewności, byłoby to niemożliwe..

Patros uświadomił mi, że Rzym nie ma tu żadnego oparcia, więcej mają go liczni  Grecy, nawet mało widoczni Żydzi, jeśli nawet niezbyt widoczni, to jednak wszędzie obecni, i na stałe tu mieszkający. Szczerze i uczciwie mówiąc, tu, i w przyległych krainach, głównymi graczami byli, są i będą greccy potomkowie wojsk Aleksandra, Persowie i Partowie, my zaś możemy tylko układać się z nimi, a i to na ich warunkach. Są jeszcze Sogdowie, chętni wcisnąć się miedzy nich, a przykład Fandaka pokazuje, że kto wie, jak wiele mogą namieszać w tutejszym handlu.

Zadane mi zalecenia cesarskie dotyczyły głownie rozeznania sytuacji w Syrii, a w miarę możliwości w stolicy partyjskiej, dokąd planowałem trafić w drodze powrotnej. Z pierwszych zdałem raport listem z Antiochii, wykonanie drugich miało jeszcze poczekać. Przyjazd do Baktrii był moim własnym pomysłem, hołubionym jeszcze od dzieciństwa, i teraz, gdym się tu znalazł, czułem satysfakcję, że dopiąłem swego. Lecz co dalej? Poznałem szmat świata, lecz z tego, czegom się już wywiedział, to ledwie jego część, prawda że dotąd mało nam znaną, niemniej jednak tylko znikomą. Dalej, we wszystkie strony, rozciągały się ogromne krainy, na poznanie których trzeba by wielu lat – jeśli nie całego życia, na wędrówce, która łatwo zamieniłaby się w samotniczą tułaczkę dla niej samej, bez wyraźnego celu. Ani Tycjan, ani Festus nie znajdował sensu dla takiego wyboru, dla którego trzeba by i wielkiej desperacji. Miałem się za badacza, a co komu z badań, jeśli nic by po nich nie zostało.

Gdy któregoś wieczora podzieliłem się swymi rozterkami z Fandakiem, zamyślił się, po czym z dziwnie tajemniczym uśmieszkiem rzekł, iż moje wcześniejsze z nim rozmowy nasunęły mu pewne pomysły, i może będzie miał dla mnie ciekawą propozycję. Nic więcej nie chciał zdradzić, tylko stwierdził, że doszły go pewne, krążące słuchy, które, jeśli okażą się prawdziwe, dadzą okazję do sprawdzenia moich nauk o interesach, jakich mu wcześniej udzielałem. Jeśli uzbroję się w cierpliwość, wówczas, kto wie, może znajdzie się rozwiązanie dla moich wątpliwości.

Idąc za jego radą, odłożyłem podjęcie decyzji na czas jakiś, i oddałem się poznawaniu miasta, jego osobliwości, i zwyczajów tutejszych ludzi. A było tego wiele. Merw, powstałe jako jeszcze jedna Aleksandria,  zostało potem przemianowane na tutejszą Seleucję, wreszcie na Antiochię Margańską, co wskazywało, jak wiele tu się musiało dziać w czasie dawnych wojen, opisanych u Strabona na podstawie licznych, znanych mu przekazów. Zanim na dobre nastali Partowie, o panowanie, ze zmiennym szczęściem, walczyli Persowie z baktryjskimi Grekami. Jak to zwykle bywa, zmienność fortuny władców,  przynosząc wielkie uciążliwości zwykłym ludziom, nie była w stanie osłabić ich naturalnej żywotności, zwłaszcza przy rosnącym znaczeniu handlu. Nawet najgłupszy, chwilowy despota rozumie, że nie należy niszczyć miejsc, przez które przepływają strumienie złota i towarów. Jeśli tylko choć trochę miarkuje okrucieństwo, oraz chciwość własną i swych sług, wówczas rzeczy dają się jakoś układać, co nie znaczy że bezboleśnie.

W swej podróży widziałem wiele takich miejsc, gdzie ludność posiadła niezwykłą  wręcz umiejętność trwania i przetrwania najgorszego nawet łupiestwa kolejnych władców.  Merw nie był wyjątkiem od tej reguły, a szczególne położenie całej Baktrii powodowało, że tak naprawdę to handel w niej rządził władzą, a nie odwrotnie. W istocie, to miastem nie partyjskie, nie perskie, ale kupieckie. To kupcy mają najbardziej tu okazałe pałace, własne straże, własne familie. Jak mi powiedziano, tak urośli w siłę, że nawet Partowie, choć niby rządzą, muszą się im okupywać, jeśli chcą przeprowadzać tędy, albo sprowadzać większe wojska. Dziwna jest, zaiste, ta dwoistość władzy, lecz tak dzieje się wszędzie, gdyż na całym świecie złoto i siła są ściśle ze sobą splątane, i od siebie zależne, choć może nie zawsze tak jawnie i bezceremonialnie..

Na każdym kroku dostrzegałem również inną miejscową osobliwość. Przybysz z Rzymu, przywykły do nagromadzenia u siebie wszystkiego, co cesarstwo przejmuje od podbitych narodów, nie może nie zauważyć, jak wielkie jest w mieście pomieszanie ludów, obyczajów, budowli i świątyń. Grecy, zamieszkujący od pokoleń Baktrię, choć w ogólności pozostali wierni swej tradycji, nie oparli się jednak wpływom Persów, Partów, nawet dalekich Indów, czy sąsiednich Sogdów. Sąsiadują tu ze sobą posągi bogów olimpijskich, perskich – Mazdy, Anahity i Aszti, czyli naszej Fortuny, miejscowe bóstwa  żywiołów wody i ziemi, w otoczeniu ściennych rzeźb licznych, dobrych duchów opiekuńczych, i złych demonów każdego chyba plemienia, jakie się tędy przewija. Przed trzema wiekami przybył tu z dwoma sogdyjskimi kupcami w ogóle nieznany nikomu kult Indów, a posążki ich siedzącego boga  znaleźć można nawet na zwykłych straganach. Miejscową rzekę Murgab, podobnie jak daleki Oksos, oddano w opiekę greckiemu Sylenowi, a podobnych zestawień znalazłem bez liku. Najmniej jest śladów Egiptu, choć w dwóch miejscach dostrzegłem wizerunki Izydy. Ta mnogość bogów nikogo nie dziwi, nie ma też chyba żadnych swarów, ani między nimi, ani między ich wyznawcami.

W mieście znalazłem ślady czegoś na podobieństwo agory, gimnazjonu, nawet teatru i akropolu z okazałym pałacem. To pozostałości po greckim panowaniu, tyle że teraz pozbawione tamtego znaczenia. Obrosły ulicami i uliczkami, bez ładu i składu, z setkami zaułków, małych domków, warsztatów, kramów, tyle że najważniejsze miejsca to place targowe, mniejsze w samym mieście, większe tuż za murami. Wielkie rezydencje stoją w oddaleniu, bliżej rzeki, wśród gajów, gdzie nie ma nieznośnego fetoru i brudów, jakie zalegają w miejscach publicznych. Ku mojemu zadowoleniu, dostrzegałem kilka niedużych łaźni, co podobno jest w baktryjskich miastach częste, a to dlatego, że perska tradycja niezwykłą wagę przywiązuje do czystości ciała i odzienia.

Dzięki jakiej takiej swobodzie w używaniu języków, wdawałem się w rozmowy z ludźmi różnych stanów, choć, oczywiście, do bogaczy dostępu nie miałem. Gdy mnie kto pytał, skąd jestem, odpowiadałem że z dalekiej Romy, co wzbudzało niejaką konfuzję, gdyż  dokładniejsza wiedza o nas tak daleko nie sięga, a o dawnych jeńcach, rozproszonych przez dziesięciolecia po sąsiednich krainach, mało kto pamiętał. Dopiero gdym wspominał, że jestem z rodu kupców, ten i ów nastawiał uszu, lecz ułyszawszy, ze nie mam nic na sprzedaż, ani że nic nie zamierzam kupować, tracił  zainteresowanie.

Szukałem oznak uczoności na naszą modłę, już to u ulicznych nauczycieli, już to u kapłanów, lecz nie zawiązałem żadnej ciekawej znajomości. Najbardziej tu się liczy umiejętność rachunków. Historia pomieszana jest z poetyczną legendą w pieśniach o herosach, retoryki nie znają, bo i na co ona komu potrzebna bez prawa i trybunałów, o filozofii pojęcie mają żadne, zwłaszcza o systematycznej etyce. O tym, co dobre, a co złe decydują nakazy chwili, dla których zawsze znajdzie się jakieś uzasadnienie, czy to w monecie, czy w sile władzy, jakakolwiek by ona była. Bogów i ich nakazów mają wiele, składają im ofiary, lecz najwięcej hołdują praktyczności, i to dla niej szukają u nich wsparcia.

Dawno już nie czułem się tak obco, niczym ktoś zbędny, i mało użyteczny. Żadnych planów jeszcze nie robiłem, czekając na zapowiedzianą przez Fandaka propozycję. Kręciłem się więc po mieście, podziwiając niezwykłą różnorodność mieszkańców i wystroju, ale też uważając, by mnie kto nie okradł, albo napadł. Tam, gdzie dużo bogactwa, tam też dużo  łobuzerii i zwykłych naciągaczy, węszących za ofiarami. Żałowałem, że nie ma ze mną Dolana, który przedtem był na ulicy moim niezastąpionym uchem i okiem. Nareszcie pewnego wieczora Sogdyjczyk oznajmił, że niebawem zabierze mnie na umawiane właśnie  spotkanie, które bez wątpienia mnie zainteresuje, jako że omawiany będzie pomysł, bliski temu, o czym wcześniej rozmawialiśmy. Szczegółów nie ujawnił, tylko tajemniczo się uśmiechał. Nie rozpalił tym zbytnio mej wyobraźni, niemniej rad byłem, że coś może sobie wyjaśnię w sprawie dalszej podróży.

Wszelako następny dzień przyniósł wydarzenie, które wzbudziło poruszenie, nie tylko wśród kupców, ale w ogóle w całym mieście, odmieniając i mój stan ducha. Oto około południa rozeszła się wieść, że od wschodu zbliża się karawana – ni mniej, ni więcej, tylko samych Hanów! Widuje się ich tu niezwykle rzadko, gdyż przybywają z bardzo daleka, a jeśli już pojawiają się w Baktrii, to kończą swą podróż wcześniej, w sporo stąd oddalonej stolicy, Marakandzie. Skoro zdecydowali się zajść aż tutaj, to znaczy, że coś się za tym musi kryć.

Wśród miejscowych, przywykłych do obecności różnorodnych przybyszów, Hanowie uchodzili za osobliwość nader szczególną, nie tylko z powodu niezwykłości  przywożonych towarów, lecz także dla  odmienności ich samych. Byli nieodstępni, z nikim nie wdawali się w bliższe znajomości, nikt zresztą nie umiał się tu z nimi rozmówić, i gdyby nie tłumacze, jakich ze sobą wozili, nijak nie dawałoby się z nimi porozumieć, ani targować. Uważano ich za niebywałą atrakcję, mimo obcości, nieprzystępności, zwłaszcza, że zachowywali się ponoć grzecznie, a i interesy dawało się z nimi robić nienajgorsze. Słowem, szykowało się widowisko, o którym będzie co mówić.

I mnie udzielił się nastrój oczekiwania, jako że miałem poznać ludzi z narodu, o którym u nas krążyły tylko najdziksze legendy, a których nikt nigdy nie widział na oczy. Są wzmianki Herodota i Strabona o Serach, ale czy to właśnie o Hanów szło, czy też mieliby oni być odmianą Saków, bądź dalekich, wschodnich Scytów, powiedzieć na podstawie tych zapisów nie sposób. Zdążyłem się przekonać, że im dalej od nas, tym nasze pojmowanie rozmaitości ludów i plemion w dalekiej i głębokiej Azji jest nie tylko zawodne, ale wręcz nieprawdziwe i bardzo mylące.

Wiadomo jedynie, iż to tam właśnie kryją się tajemnicę jedwabiów, nieznane reszcie świata. Znają ją chyba znani nam Indowie, ale i to nic pewnego, a oni sami z tym się nie zdradzają. Z tamtych stron docierały do Rzymu nie tylko cenne przyprawy, ale i dziwne przedmioty z nieznanych u nas materii, lecz co, gdzie, jak, i skąd się biorą – o tym też w moim świecie nikt nie ma najmniejszego pojęcia. Myśl, że byłbym pierwszym Rzymianinem, który dowiedziałby się czegoś o tych sprawach u samego źródła, budziła we mnie szaloną ciekawość, także i zadowolenie z możliwości zostania pierwszym, który by spisał rzeczy nikomu dotąd w cesarstwie niewiadome!

Wczesnym popołudniem, pół miasta zebrało się u wschodniej bramy, żeby oglądać wjazd nowych przybyszów. Darowałem sobie wycieczkę w tamtą stronę, gdyż nie lubię być gapiem w tłumie, niemniej dowiedziałem się co nieco o tym wydarzeniu od jednego z ludzi Fandaka, wysłanego specjalnie, by potwierdzić wcześniejsze wieści, Sogdowie już nieraz spotykali Hanów, więc jego opowieść pozbawiona była szczególnej ekscytacji. Ot, przyjechali, rozstawili namioty i straż, zajęli się oporządzaniem siebie i zwierząt, wyjście do miasta w interesach odłożyli na następny dzień. Było ich wielu, kupiec, ze dwie dziesiątki zbrojnych, służba, przewodnicy, jakieś osoby nieznanego przeznaczenia, dwóch tłumaczy. Karawana, jak wiele innych, tyle że z dalekiego kraju.

Choć Hanowie z obcymi się nie zadają, to przecież handlować trzeba, a to oznaczało, że raczej prędzej niż później ruszą do miasta, by poszukać chętnych do targów, także  kupić  rzeczy, niezbędne w codziennym prowadzeniu obozu. Sam nie miałem nadziei na przypadkowe spotkanie kogo z nich, a już tym bardziej na poznanie się z nimi zwykłym sposobem, czyli pójście do nich z zaproszeniem do rozmowy. Spytałem więc Fandaka, obytego z miejscowymi kupcami, czy mógłby mi wskazać kogoś, kto z nimi będzie robił interesy. Sogdyjczyk pokiwał głową, wciąż z tym swoim tajemniczym uśmiechem, obiecał pomoc, ale znów zalecił cierpliwość, mówiąc, że ma coś na widoku, lecz że to musi chwilę potrwać. Ta chwila przeciągała mu się aż nadto, lecz nareszcie pewnego wieczora rzekł, bym nazajutrz był gotowy do pójścia z nim na owo zapowiedziane, interesujące spotkanie, które mnie pewnie zadziwi, ale może okaże się przydatne w podjęciu decyzji o dalszej podróży.

Rankiem wyszliśmy z obozu we dwóch, jedynie w asyście Agisa i Patrosa, i, klucząc miedzy uliczkami, wyszliśmy daleko poza miejską ciżbę, zatrzymując się na koniec przed wcale okazałym domem ze sporym, gustownym ogrodem. Fandak uprzedził mnie, że idziemy do znacznego, miejscowego kupca, z którym od lat pozostaje w dobrych stosunkach, tak handlowych, jak i osobistych. To Part, ale z greckim pochodzeniem, osiadły w Baktrii, skąd wywodzi się rodzina  zarówno jego matki, jak i obecnej żony. Taka kombinacja to nic tu niezwykłego, natomiast jego bliska zażyłość z Sogdyjczykiem nieco mnie zaskoczyła. Widać ich wzajemna wiarygodność we wspólnych zyskach, więcej ważyła niż odmienność plemienna.

Oczekujący przed rezydencją sługa wprowadził  nas  do środka, a następnie wskazał wejście do dużego, ogrodowego perystlu z małym basenem,, tyle że pięknie urządzonego, i ozdobionego na modłę perską. Tam, pod drzewami, między gustownymi rzeźbami i kolumanami, stał duży stół, przy którym siedziało czterech mężczyzn, zajętych ożywioną rozmową. Na nasz widok jeden z nich podniósł się, i powitał Fandaka z ostentacyjną wręcz wylewnością.

– Drogi przyjacielu, witam cię wraz z twym towarzyszem, o którym tak wiele mi opowiadałeś –  przyjazny ton świadczył o dużej miedzy nimi bliskości. – Panie – zwrócił się do mnie w całkiem niezłej greckiej mowie – ilość dobrych słów, jakie o tobie usłyszałem, dorównuje chyba tylko wielkości i niezwykłości drogi, jaką przebyłeś ze swego kraju aż tu, pod mój dach.

– Wielu ludzi w niej spotkałem, lecz niewielu aż tak mi życzliwych jak twój przyjaciel. Z wdzięcznością przyjmuję, iż zechciał wprowadzić mnie do domu, którego okazałość dorównuje grzeczności jego gospodarza – nie wiedziałem, co mu naopowiadał Fandak, więc przyjąłem pochlebstwo ostrożnie, bardziej jako Tycjan, niż Festus. –  Postaram się, panie, sprostać wysokim wymaganiom, jakie postawili mi bogowie, dając sposobność poznania tak zacnych osób –  słowna dyplomacja niewiele kosztuje, a pozwala powoli rozeznać się w  sytuacji, o której nic zawczasu nie wiadomo.

 Nie miałem pojęcia, jaki ma być cel tego spotkania, czułem jednak, że idzie o coś więcej, niż tylko o towarzyską rozmowę. Utwierdziłem się w tym, gdy dokonaliśmy wzajemnej prezentacji. Gospodarz , kupiec o imieniu Menander, przedstawił swego syna Idasa, najmłodszego w tym gronie, Fandak zaś – drugiego miedzy nami Sogdyjczyka, swego wspólnika, niejakiego Babura.  Było to więc spotkanie ludzi interesów, zatem o nie musiało tu chodzić. Dlaczego więc zaproszono mnie, skoro nie miałem nic do zaoferowania w ich ewentualnych kalkulacjach? Czy tylko jako ciekawostkę z dalekich stron?

Zasiedliśmy do stołu na małych, wygodnych sofach, niewolnicy zastawili stół owocami, winem, i chłodną wodą z jakimiś aromatami. Agisa i Patrosa grzecznie zaproszono na poczęstunek gdzieś indziej, z czego wnioskowałem, że będziemy rozmawiać bez świadków, zatem o sprawach chyba poważniejszych niż moje opowieści z podróży. Rzecz zaczęła się trochę wyjaśniać, gdy Menander wspomniał, iż Fandak opowiedział mu to, co usłyszał ode mnie o rzymskich zwyczajach handlowych z udziałem banków. Ciągle jednak mało było w tym konkretów, same tylko dopytywanie o szczegóły. Moja tycjanowska wiedza pobudziła rozmówców do dyskusji, w której wyczuwało się pomieszanie prawdziwego zainteresowania z obawami o pewność zysku w łączonych przedsięwzięciach. Chwilami czułem się trochę jak nauczyciel wśród uczniów, prawda, że bardzo pojętnych, lecz jednak sceptycznych co do treści, jakie im się wykłada.

Trwało to już czas jakiś, bez żadnych konkretów, gdy naraz do gospodarza podszedł jeden z niewolników, i coś mu szepnął do ucha. Menander pokiwał głową, uśmiechnął się, po czym wstał, oznajmiając, że przybył pewien gość, po którego wcześniej wysłał sługę, a który niewątpliwie bardzo nas sobą zainteresuje. Zaraz potem do persytylu wprowadzono dwoje ludzi, a jeden z nich, idący przodem, musiał być chyba Hanem! Wygląd, rysy, kolor skóry, oczy, ubiór – wszystko składało się na obraz człowieka, jakiego nigdy jeszcze dotąd nie widziałem miedzy poznanymi dotąd ludami i plemionami. Ten, który za nim szedł, choć  odziany w strój również oryginalny, acz mniej ozdobny, mógł być kimkolwiek, Persem, Baktrem, Sogdem, nawet Grekiem, może jakimś mieszańcem, ale na pewno nie zwykłym  współplemieńcem tego pierwszego.

Przy całkowitym zaskoczeniu zebranych – z wyjątkiem Fandaka –  Menander, jakby nigdy nic, wstał, by powitać nowego gościa. Obydwaj wymienili głębokie ukłony, zaczęła się prezentacja. Okazało się, że ów towarzysz Hana jest tłumaczem, całkiem sprawnie mówiącym po persku.

– Mój pan prosi uniżenie, byś zechciał przyjąć gorące podziękowanie za to, że pozwoliłeś mu dostąpić zaszczytu zawitania w twym wspaniałym domu – ceremonialna grzeczność wydała mi się nieco przesadna, ale zdawała się być miła dla ucha gospodarza.

– Wielką radość sprawia mi możliwość goszczenia w moich skromnych progach tak czcigodnego przybysza z jakże dalekich stron – odparł Menander w podobnym duchu. – . Poczytuję sobie to za wielkie wyróżnienie, które nie każdego przecież spotyka – w tym pochlebstwie kryła się aluzja do wręcz niebywałej ponoć ostrożności Hanów w nawiązywaniu stosunków z obcymi. Handel, handlem, ale, jak mi mówiono, prywatnych spotkań unikają.

– Mój pan prosi o pozwolenie ofiarowania ci, panie, tego skromnego upominku na znak przyjaźni, w nadziei, że znajdzie on uznanie w twych oczach – rzekł tłumacz, wręczając rozmówcy mały, gustowny koszyczek, nakryty piękną chustą z najcieńszego jedwabiu, jaki w życiu widziałem.

Menander odsłonił jego zawartość, i naszym oczom ukazały się dwie małe czarki z niemal przezroczystego kamienia, zdobionych delikatnym malowidłem, wraz z podobnie pomalowanym, małym dzbanuszkiem do napoju z ziół. Był to podarunek zaiste niezwykły nie tylko dla swej urody i ceny, lecz i przez to, że zaznaczał uhonorowanie dla domu i rodziny, gdyż jedwabna chusta, sama w sobie też przecież cenna, wyraźnie przeznaczona była dla kobiety.

Uradowany gospodarz i jego gość poczęli prześcigać się w dalszych uprzejmościach, którym nie było końca, tym bardziej, ze wymiana zdań toczyła się przez tłumacza. Wreszcie Menander przedstawił Hanowi pozostałych obecnych przy stole, zapraszając go, by usiadł i zechciał się raczyć poczęstunkiem. Tłumacz stanął za nim i sprawnie pełnił swa powinność, za każdym razem kłaniając się osobie, której słowa wykładał. Pierwsze wrażenie niezwykłości sytuacji, i zrozumiała w tych okolicznościach rezerwa, szybko ustąpiły swobodniejszej wymianie zdań i opinii na tematy handlowe. Dopiero teraz zaczęło się  wyjaśniać, co oznacza to nasze spotkanie, jak niezwykłe jest w swym zamyśle, i dlaczego zostałem na nie zaproszony.

Okazało się, że wszyscy zebrani już wcześniej spotkali się z Fandakiem na osobności dla omówienia pewnego pomysłu, który Sogdyjczyk umyślił sobie, mając na uwadze moje z nim rozmowy w drodze do Merwu. Szło o zebranie karawany do medyjskiej Egbatany, w której udziały mieliby mieć zarówno kupcy miejscowi, jak i Hanowie. Najpierw wybadał każdego z osobna, a gdy wyrazili zainteresowanie, zwołał to spotkanie u Menandra, którego również  przekonał, iż rzec warta jest próby. Mnie poproszono tu, bym wyłożył im dokładnie, jak to się robi u nas, zwłaszcza jakie dajemy sobie gwarancje, żeby uniknąć oszustw przy rozliczeniach we wspólnych interesach, i w długim czasie. W jednej rozmowie trudno  wszystko objaśnić, tym bardziej że takie rzeczy, jak powszechne prawo handlowe i bankowe, to dla tutejszych ludzi materia obca i niepojęta. Zrobiłem jednak co w mojej mocy, by dać im jakie takie wyobrażenie o rzymskich praktykach handlowych.

Tu, owszem, przestrzega się obyczajów kupieckich, ,lecz przez prywatne zaufanie, własną tradycję, bez spisywania umów, czy gwarancji depozytowych, na pożyczki bądź udziały. Pisać mało kto umie, dokumentami mało kto się przejmuje, więc warte one mniej, niż pergamin, na jakim się je sporządza. Dlatego szczególne zdziwienie budziły dwie rzeczy, które jednak wymagają takiego porządku. Pierwsza to księgi różnej rangi i rodzaju, i ich szczegółowe prowadzenie na bieżąco, do wglądu, nawet jako dowody sądowe. Druga to nasze towarzystwa pieniężne, i ponoszenie w nich wspólnej odpowiedzialność  za  straty, jeśli  takowe się przytrafiają.

Tu ludzie trzymają złoto przy sobie, obnoszą się z nim, ale nie pozwolą, by ktokolwiek zaglądał im do mieszka. Jawność obrotu pieniądza napawa obawą przed rabunkiem, albo groźbą haraczu, zwłaszcza urzędowego. Bez jednego prawa, i jednej miary pieniądza, nie sposób rozwijać skrzydeł w interesach, a przez to tworzyć własną siłę, która, zebrana we wspólnotę, znaczy tyle samo, co wielka armia. Pieniądz i władza zawsze się splatają, ale równowaga miedzy nimi panuje tylko przy odpowiedniej między nimi polityce. Ale by to wszystko pojąć potrzeba sporej wyobraźni, wykraczającej poza ogrodzenie placu targowego, choćby i największego w całym kraju. Gdy władcy wciąż zmieniają się, i wedle własnego uznania łupią wszystkich bez wyjątku, trudno mieć wielkie wizje i robić dalekosiężne plany.

Nie pouczałem ich, jak mają prowadzić swój handel, ale pokazywałem korzyści, jakie daje łączenie w nim mniejszych udziałów dla dużych zysków. Uważnie słuchali, marudzili, kiwali głowami, ale widziałem, że budzi się w nich chęć, by tego spróbować. Największy spokój zachowywał Han, choć, gdyby doszło co do czego, to on miałby wieźć najwięcej towarów, tyle że przez ziemie całkiem dla niego obce. Chyba to właśnie skłaniało go do szukania wspólników, by zwiększyć szanse przejścia przez nie bezpieczniej, niż gdyby szedł sam.

Pozostali mieli mniej swego do zaoferowania, a więc i do stracenia, ale dołożenie się do takiej wyprawy mogłoby pomnożyć ich wkłady. Poza tym mieliby na wszystko oko, co bez spisanej ugody gwarantowałoby rozeznanie w późniejszych rachunkach. Nieufność mieszała się więc z silnym pragnieniem zarobku, a w młodym Idasie wyczułem nadto bratnią duszę chętnego do przygody i poznawania świata. Po długich deliberacjach doszli w końcu do momentu, w którym trzeba było albo podjąć decyzję o wspólnej karawanie, albo rozejść się w zgodzie, choć bez żadnego efektu.

Zapadła dłuższa cisza, nikt nie chciał pierwszy nazwać rzeczy po imieniu. Wtem Han, rzuciwszy spojrzenie w moją stronę, począł szeptać coś tłumaczowi w swoim chrapliwym języku. Ten, skłoniwszy się wszystkim, przełożył nam jego słowa, wprawiając mnie w niemałe zmieszanie.

– Mój pan pozwala sobie zapytać, czy ten tu szlachetny przybysz z dalekiego kraju,  zechciałby posłużyć nam swą niezwykłą mądrością, i sporządził, na próbę, dokładny plan takiej ugody. Gdy go poznamy, dowiemy się, co może nas czekać , na co moglibyśmy liczyć i pod jakimi warunkami.

Zebrani właściwie jakby na to czekali. Fandak pierwszy uśmiechnął się szeroko, co wzbudziło  moje podejrzenie, że już wcześniej podsunął pozostałym taki pomysł, lecz wolał poczekać z wyjawieniem mi go do czasu, gdy zbiorą się wszyscy zainteresowani. Menander, jako gospodarz, podjął się roli rzecznika swych gości.

– Wielka roztropność jest w tych słowach, szlachetny panie – zwrócił się do Hana – i mam nadzieję, że obecny tu z nami mądry Festus z Romy nie odmówi nam pomocy w ułożeniu się z nader  ciekawym konceptem, do którego tak bardzo nas zachęca – część swej aż nadto kwiecistej perory skierował już wprost do mnie.

Znalazłem się w głupim położeniu. Co innego rozprawiać o interesach, a co innego je urządzać. Przy stole siedziało grono wytrawnych kupców, a każdy doskonale znał się na swoim rzemiośle. Zapewne już wcześniej rozważyli własne racje, jednakże żaden nie chciał podjąć odpowiedzialności za innych. Tak to już jest, że gdy dochodzi do wspólnych działań, musi znaleźć się ktoś, kto nimi będzie kierował, jawnie czy tylko umownie, ale jednoznacznie.

Part i Sogdyjczyk mogliby dogadać się i beze mnie, lecz tu w grę wchodziła wielka niewiadoma w osobie Hana. Ale to on właśnie wystąpił z propozycją uczynienia mnie swego rodzaju mężem zaufania, gdyż to ja miałbym układać im rachunki, a przecież bez wiedzy o możliwościach każdego z udziałowców nic takiego nie byłbym w stanie sporządzić. Gdyby wszystko udało się w miarę gładko, wówczas zdobędą swoje zyski, i wrócą do siebie wielce zadowoleni.. Lecz gdyby coś poszło nie tak, wtedy ich złość skrupiłaby się na mnie, i nie wiadomo czy wyszedłbym z tego cały i zdrowy. Poza tym, jak zobowiązać ich do jakiej takiej wzajemnej przyzwoitości? Gdy w grę wchodzi złoto, kończą się miłe słówka, a zaczynają kalkulacje i podstępy, bez względu na sentymenty.

– Nie wiem, czy zdołam dopasować moja wiedzę do waszych oczekiwań, także do waszych zwyczajów – nie odmówiłem, lecz odparłem ostrożnie, o niczym jeszcze nie przesądzając. Poczęła mi bowiem świtać w głowie pewna myśl o własnym interesie, nie tylko liczonym w pieniądzach.

Fandak nie byłby wytrawnym kupcem, gdyby tego nie wyczuł. On jeden wśród zebranych wiedział, że w mej wędrówce znalazłem się w martwym punkcie, rozważając, czy aby nie ruszyć z powrotem do domu. Pomysł na wspólną karawanę mógłby rozstrzygnąć moje wahania, gdybym tylko zyskał pewność, że do niej dołączę. Nie miałem towaru, ani pieniędzy na udział, ale mogłem stać się im wszystkim jakoś potrzebny, choćby jako powiernik ich interesów, stale obecny rozjemca, świadek i gwarant rzetelności liczenia zysków. Może udałoby mi się zyskać sojusznika do tej sprawy w Hanie, który pierwszy zaproponował, bym zajął się sporządzeniem planu takiej wyprawy? Pozostali wiedzieli, co kto jest wart, dobrego i złego, on zaś, czując się najmniej pewnie, gotów byłby mi zaufać, tym bardziej, że miałem tylko samego siebie, i nie szukałbym okazji do oszustwa.

Dziwny to był człowiek, małomówny,  ale uważny, szybko chwytający sprawy, lecz  nie pokazujący, co o nich sądzi. Z początku nie wiedziałem, co w nim najpierw intryguje, aż wreszcie pojąłem, że trzyma odruchy na wodzy tak, iż bez specjalnej uwagi  nie sposób nic wyczytać z jego twarzy, czy najdrobniejszych nawet gestów. Ponieważ mnie w tym szkolono, więc udało mi się raz czy dwa wychwycić to, co skrywał jakby pod maską niewzruszoności w zachowaniu. Dawałem wtedy mu do zrozumienia, że nie jest tak nieprzenikniony, jakby chciał, co go chyba zastanowiło, może nawet wzbudziło pewne uznanie. Pod koniec rozmowy wyraźnie zwracał się głównie do mnie, niczym do arbitra. Dlatego gdy Menander wyszedł ze swoją propozycją, nie odmówiłem wprost, lecz czekałem kolejnego sygnału, by nie wyjść na kogoś, kto zbyt pochopnie zgodzi się na owo zadanie, nie tylko ryzykowne, a i niewdzięczne.

– Myślę, drogi Viatusie – odezwał się chytry Fandak, osobliwie porozumiewawczym tonem  – że twoja tu obecność jest najlepszym dowodem, iż potrafisz sprostać największym nawet wyzwaniom, nie tylko w każdej drodze, ale i w tym, jak się do niej przygotować, i ją przejść z korzyścią dla dobrych zamiarów – nie można było chyba bardziej otwarcie wyłożyć sprawy, bez zdradzania treści znanych mu moich wątpliwości. Jego słowa świadczyły o dużej dla mnie życzliwości, wszelako  podszytej własnym interesem.

W głębi duszy przyznałem, że nader zmyślnie zagrał na mej dumie tycjanowskiego znawcy interesów, jednocześnie pokazując szansę na znalezienie lekarstwa na trapiące mnie rozterki. Nikt przecież niczego jeszcze nie przesądzał, a od mojej rozwagi i handlowej wiedzy zależałoby teraz, czy pomysł, wsparty kalkulacjami, okaże się wart rozpatrzenia na tyle, by zachęcić zebranych do podjęcia decyzji o wspólnej wyprawie. Postanowiłem więc rozegrać tę partię, zarówno jako dobra, kupiecka głowa, jak i polityk, szukający najlepszego dla siebie wyjścia w dość sporym kłopocie.

Z pewnym ociąganiem, jak to jest w zwyczaju  miedzy targującymi się stronami, wyraziłem gotowość przygotowania projektu ugody, i przedstawienia jej pod rozwagę, do decyzji wszystkich tu zebranych. W końcu Tycjan nie powinien rezygnować z nadarzającej się okazji do ubicia dla siebie jakiegoś targu. W domu sam nie zajmowałem się interesami, lecz, choć praktycznego doświadczenia miałem niewiele, to przecież asystując nieraz ojcu i bratu wiele się nauczyłem..

Przyjęto to z zadowoleniem, a po krótkiej wymianie zdań stanęło na tym, że w ciągu dwóch czy trzech dni odwiedzę każdego z nich z osobna, by dowiedzieć się, co, i ile kto zechce włożyć do wspólnego interesu. Wiedziałem z rodzinnej edukacji, jak trudno prowadzi się takie rozmowy, gdyż wielka jest nieufność kupców, gdy idzie o zawierzanie innym swego złota, nadto przy handlu na duże odległości, i długim oczekiwaniu na zysk. Z drugiej strony niezwykle ekscytująca była myśl o  bliższym poznania ich obyczajów, charakterów, nawet sztuczek handlowych. Szczególnie dotyczyło to Hana, który zgodził się przyjąć mnie u siebie w obozie, co uznano za niezwykłe odstępstwo od znanej przecież powszechnie ich niechęci do zadawania z obcymi, bez wyższej konieczności. Już samo to wskazywało, że ów dziwny kupiec traktuje rzecz poważnie, co napawało nadzieją na nawiązanie z nim bliższych kontaktów. Gdy po grzecznych pożegnaniach rozeszliśmy się w swoje strony, Fandak wyraził zdumienie takim obrotem sprawy.

– Gdy się poznaliśmy, od razu wyczułem, Viatusie, że masz w sobie talent do zjednywania ludzi. Ale żeby to działało nawet na Hanów – zaśmiał się – no, no! To wręcz niebywałe.

– A Menander? Przecież to on go wyszukał i zaprosił.

– Co innego Hanów poznać, nawet zapraszać, a co innego do czegoś takiego przekonać. Sam nieraz prowadziłem z nimi interesy, ale bez żadnej prywatności.

– Myślisz, ze może być w tym jakiś niecny zamiar? – spytałem dla pewności. – Podstęp?

– Uważam,  że jesteśmy mu potrzebni, i że szuka wsparcia.

– W czym?

– Chce iść aż do Medii, do Egbatany, nieprawdaż? – zaczął zastanawiać się na głos. –  Po co? Mógłby tu sprzedać swój towar i spokojnie wrócić do domu.

– Ale tam, za jedwab, dostanie pięćdziesiąt razy tyle. To chyba mocny argument.

– W takiej drodze łatwo wszystko stracić. Nie ma pojęcia o tamtych stronach,, nie umie się tam poruszać, nie mówi w żadnym ludzkim języku. Jest obcy, więc jakby co, nikt nie stanie w jego obronie.. A z nami będzie mu bezpieczniej. Dlatego tak się do tego zapalił, choć nic nie daje po sobie poznać.

– A wy? Może się to opłacić, ale ryzyko duże.

– Nie raz szliśmy w grupie, choć to nie takie proste. Żeby się opłaciło, trzeba dużo towaru, a nie każdego na to stać.

– Chyba że się zbierze sporo chętnych.

– Tyle że wtedy trudno o zgodę.  Za dużo wspólników.  Każdy pilnuje tylko swego. A koszty takiej wyprawy też niemałe.

– Han nie jest głupi, musi sobie z tego zdawać sprawę. A mimo to szuka chętnych.

– Otóż to. Coś tu jeszcze jest chyba na rzeczy.

– Jeśli jest, jak mówisz, to tu nie tylko o handel iść musi – naszła mnie ciekawa myśl.. – Zastanów się. Chce iść do Egbatany, nieprawdaż?

– Tak mówi.

– To samo serce Medii, a i letnia stolica partyjskiego króla. Dobrze mówię?

– Prawda.

– Może więc nie o samo miasto idzie, ale o drogę do niego.

– Co też przyszło ci do głowy? – Fandak przystanął, spoglądając  na mnie ze zdumieniem. – Szpieg?! – rzucił po chwili. – Myślisz, że to szpieg?

– Raczej zwiadowca. Handel to jedno, ale drogi to drugie. Mogą nimi iść towary, to   mogą i wojska.

– Czy to też taka wasza rzymska praktyka w interesach? – rzucił nie bez złośliwości.

– Mówisz tak, jakbyś sam tego nie wiedział – roześmiałem się, – Taki obrotny człowiek jak ty? Fandaku, nie udawaj niewinnego.

– Chyba cię jednak nie doceniłem, Viatusie – pokręcił głową. – Myślę sobie, ze może lepiej pomóc ci wracać do domu, niż brać ze sobą do Sogdy. Tak na wszelki wypadek.

– Szukam wiedzy, a nie polityki, Fandaku – odparłem, rozumiejąc, co chciał mi powiedzieć.

– Wiedza to jedno, a jej użytek dla wojska to drugie – oddał mi moje własne słowa.

– Co robić, tak już jest ułożony ten świat – odrzekłem sentencjonalnie. – Ale zapewniam cię, że choć wywodzę się z rodziny handlowców i bankierów, i nieobca mi jest polityka, to teraz jestem tylko wędrownym uczonym. Za daleko stąd do rzymskich legii.

– Han też zaszedł daleko od domu. I chce iść jeszcze dalej. – Naraz wybuchnął śmiechem. – A ty? Jak to mówią, chyba wyczuł swój swego, co? Dobrze mówię?

– Niech ci będzie, jak tam sobie chcesz to widzieć. Nie spierajmy się o słowa. Zrobię, co wam przyrzekłem. Sami prosiliście, sami podejmiecie decyzję.

– Skoro domyślasz się, co zamierza, to tak zakręcisz sprawy, ze wyjdzie na jego. A przy okazji i na twoje.

– A ty? Wycofasz się?

– Nie. Ale pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Od nas pójdzie z wami Babur. Za mnie, i za siebie. Ma swój towar, ja też dam go trochę, ale głównie udział. Jest też jeszcze tu kilku naszych chętnych. Sporo się uzbiera. Ale Han odsprzeda mi trochę jedwabiu i drobiazgów po niższej cenie. Wrócę z tym do domu i dobrze na tym zarobię. Jeśli nawet wyprawa się nie powiedzie, wyjdę na swoje. A z Baburem i z innymi, i tak mam swoje rachunki.

– A Menander?

– Tak samo. Tyle że wyśle syna. Chłopak rwie się w świat.

– Dlaczego mam wrażenie, że umyśliliście to sobie we dwóch, jeszcze przed dzisiejszym spotkaniem?

– Viatusie, nie tylko ty jesteś, jak to powiadasz, obrotny.

– Chyba i ja cię nie doceniłem.

– To jesteśmy kwita. Zważ dobrze.  Wszyscy dostana, co chcą – podniósł rękę zaczął wyliczać na palcach. –  Han ruszy w swoja podróż, na wielki zarobek, ale i po to, żeby wypełniać to, co zamyśliwuje. To nas nie dotyczy. My z Baburem dostaniemy, co się da wycisnąć z tej sytuacji. Menander też będzie miał swój zysk. Ty wracasz domu, tanim kosztem, może nawet dostaniesz jaką zapłatę, jako gwarant naszej ugody. Nawet przewodnik i tłumacz, bo znasz języki. Idas też będzie miał korzyść, bo nabierze doświadczenia, i pozna szlak do Partów.

– A za wszystko po większej części zapłaci Han?

– Sądzę, że, tak czy owak, ma to dobrze wykalkulowane. Twoja rzecz wszystkiego się wywiedzieć, a potem ułożyć z nim o koszty tego wspólnego interesu. Jestem przekonany, że jeśli jest tak, jak o nim myślisz, to dużo ustąpi z ceny..

– Wiesz, Fandaku, jest jeszcze coś, co będzie dla mnie znaczyło więcej, niż te wasze zyski – zezłościła mnie jego pewność siebie chytrego kupca, który wszystko mierzy złotem.

– Tak, tak,. Domyślam się. Poznasz bliżej Hanów, żeby to później opisać i zyskać sławę uczonego. No, i dobrze sprzedasz wiedzę, z której może kiedyś twoja Roma skorzysta dla swej polityki.

– Przebiegły z ciebie człowiek, Fandaku.

– Dlatego jeszcze żyję.

– Ale jednak nie wszystko pojmujesz. Może i wiesz, ale nie doceniasz.

– Nie moja to rzecz, uczoność. Zajmuję się tym, na czym się znam. Wystarczy mi, co wiem bez wielkich mądrości z tajemnych ksiąg, których zresztą i tak nie potrafię czytać..

– A nie wystarcza ci to, co już masz?

– I kto to mówi?! Znasz kogoś, kto ma dość? Sam rzekłeś, tak już ułożony jest świat.

Rozmowa urwała się, gdyż doszliśmy już do obozu, i mój towarzysz poszedł do swoich zajęć. Zostałem sam, z myślami, niezbyt dla mnie pochlebnymi. Czułem się nieswojo, gdyż wyszło tak, iż oto dałem się wplątać w sytuację, którą sprokurowali inni, choć zdawało mi się, że to ja sam byłem jej sprawcą. Z jednej strony złościło mnie, że nie poznałem się w porę na tej kombinacji, z drugiej jednak cieszyłem się na taki obrót spraw. Jeśli powstanie ta karawana, ruszę z powrotem, nie sam, w miarę bezpiecznie, o ile w ogóle można tu mówić o jakiejkolwiek pewności bezpieczeństwa. Nie bez znaczenia było i to, że w Egbatanie mógł stać  dwór królewski, więc gdybyśmy zdążyli na czas, zyskałbym sposobność rozeznania się w partyjskich układach władzy. Choć przed Fandakiem udałem, że nie interesuje mnie polityka, to przecież warto byłoby wykorzystać okazję, by jakoś wywiązać się z zadań cesarskiego wysłannika. Ciekawe,, czy mój sogdyjski gospodarz, w swym lisim umyśle, przewidział i taką możliwość?

32. Interesy

Po pewnym namyśle uznałem,  że pierwszą wizytę złożę Menandrowi, który tak ochoczo poparł projekt wspólnej karawany do Egbatany. Choć wiedziałem już od Fandaka, jakie  postawi warunki, przecież to on był gospodarzem naszego wczorajszego spotkania, więc chyba jemu należało się pierwszeństwo w planowanych przez mnie rozmowach. Wybrałem się do niego z samego rana, i zastałem powitany w dobrym nastroju, i pełnej gotowości do rozpoczęcia stosownych pertraktacji.

Szybko zorientowałem się, że jest w jego domu, i w nim samym, coś z ducha Tycjanów. Na swój sposób, i na tutejszą miarę, był tu chyba postacią bardzo znaczną, nie tylko przez widoczne bogactwo, ale też wpływy i pozycję w samym mieście. Czuło się w nim swobodę  człowieka pewnego siebie, acz niezbyt skłonnego do przechwałek, czy próżnego wystawiania się na pokaz. Rzeczowy, konkretny, ale i wyrachowany, wręcz przebiegły, miał w sobie coś z pająka, tkającego swe niewidzialne sieci interesów. Nie orientując się w  miejscowych układach władzy, nie byłem w stanie ocenić, jak mocno był w nich osadzony, niemniej tycjanowskie wyczucie i doświadczenie podpowiadało mi, że nitki jego pajęczyny sięgają daleko, i wysoko. Raz czy dwa dałem mu do zrozumienia, że dobrze się na tym wyznaję, co przyjął ze zrozumieniem, i naturalnie, jakbym mówił o oczywistości.

– Od razu zorientowałem się, że jesteś człowiekiem, który wie, co to rozmach w interesach – skwitował moje aluzje. – Tego nie można się wyuczyć w szkołach, to ma się z domu – dodał.. – Domyślam się, że bardzo ważnego, nie tylko w handlu, i obracaniu złotem.

– Niewiele chyba da się przed tobą ukryć, Menandrze – cóż miałem rzec na takie dictum? Nie chciałem zanadto kręcić, ale też i zwierzać się z udziału naszej rodziny w rzymskiej polityce. Zresztą, i tak zapewne niewiele o niej wiedział, i niewiele by pojął z moich wyjaśnień.

– Zatem nie bardzo się pomylę, jeśli uznam, że twoja tu obecność nie jest tak całkiem przypadkowa? – było to ni pytanie, ni stwierdzenie faktu.

– Powiedzmy, że szczęśliwie prowadzą mnie bogowie, wspierając w dobrej sprawie, która ma wiele wątków, prawda, nie tylko handlowych – rzekłem wymijająco, ale nie zaprzeczając wprost jego domysłom.

– Otóż to! – zaśmiał się. – Przeczucie nigdy mnie nie zawodzi. Ale nie moja to rzecz, oczywiście, o ile twoje, jak to byłeś łaskaw rzec, wątki, w niczym nie zaszkodzą naszym wspólnym planom – powiedział ze szczególną nutką w głosie, co zabrzmiało jak wyraźna przestroga.

– Uwierz, proszę, że w tej chwili jedynym moim celem jest znaleźć się jak najszybciej w drodze powrotnej do mego kraju. Wszystko inne nie ma teraz znaczenia. Plany te pod każdym względem są mi na rękę, i uczynię wszystko, by się powiodły.

– Skoro tak, to przedstawię ci, jak ja je widzę – uniósł ręce w geście zgody.

Przystąpiliśmy więc do omawiania owej kombinacji, o której wspomniał mi wcześniej Fandak. Menander mówił nie tylko we własnym imieniu, lecz również kilku innych, baktryjskich kupców, którzy, chcąc pozostawać w cieniu, gotowi byli jednak wyłożyć niewielkie udziały, tyle że to na niego scedowali swoją wolę do zawarcia ugody. Nie było w tym nic osobliwego, gdyż tak się często robi, wciągając mniejszych graczy, nieraz nawet spoza bractwa kupców, w większe interesy, których sami nie byliby w stanie robić. Wnoszą mało, więc ryzykują niewiele, ale przy sukcesie mogą zyskać nie ruszając się z miejsca. Menandrowi udało się zachęcić kilku co odważniejszych do wyłożenia pieniędzy na ten hazard, ustalając z nimi własne zasady rachunków miedzy sobą. Nie była to moja sprawa, niemniej dowiedziałem się, na co można razem liczyć u nich w planowaniu wyprawy.

Moje zadanie sprowadzało się do zorganizowania ugody z Hanem, czyli do przekonania go, iż mu się taki układ opłaci na tyle, by nie zrezygnował z pomysłu pójścia w tak daleką i niebezpieczną drogę. Fandak z Menenanderem stawiali warunki dla niego niezbyt korzystne. Prawdę mówiąc, musiałby zrezygnować ze sporej części zysków na ich koszt, sprzedając im tu na miejscu część towaru za ćwierć ceny, jaką mógłby dostać w Egbatanie. Czy był gotów ponieść taką stratę za wsparcie w dotarciu do samego serca królestwa Partów? Zresztą, czy o same zyski tu chodziło?

– Skoro chce jechać aż tak daleko przy naszej pomocy, to musi za to zapłacić – rzekł bez ogródek mój rozmówca, gdy wyraziłem wątpliwość, czy Han pójdzie na takie targi. – Prawda, mógłby sam nająć więcej straży, przewodników i tłumaczy, ale to niepewna rzecz. Na obcym gruncie dobrze mieć nie tylko najemnych pomocników do samej drogi, bo ci mogą zdradzić za pierwszym zakrętem, ale i wspólników do przyszłych zysków. A to musi kosztować.

– Jeśli wyliczy, ze mu się to nie opłaci, zrezygnuje – odparłem, studząc nieco jego kalkulacje. – Może wybrać mały zysk na miejscu, ale pewny i bezpieczny.

– Mówił ci Fandak, ze wydaje się nam, iż nie o samo złoto tu chodzi? – przerwał moje spekulacje, ale wyraził to, co i mnie kołatało się w głowie. – Już samo to, że w ogóle zaczął koło tego chodzić świadczy, iż musi tu być coś  jeszcze. Hanowie nigdy takich ofert nie składali, w ogóle nie wdają się z nikim we wspólne sprawy. Nie słyszałem, by kiedykolwiek zapuszczali się aż tak daleko. Ta sytuacja to jakaś nowość. Dopóki ma handlowy sens, możemy ją rozważyć.

– Domysły to jeszcze mało, żeby podejrzewać ich o niecne zamiary.

– A kto mówi, co jest niecne, a co nie? Jego rzecz, nie nasza. Ale wiedz, że mam podstawy uważać, że nie on jeden tu decyduje.

– Mógłbyś wyrażać nie nieco jaśniej?

– Jest u nich w obozie pewien człowiek, który wydaje się być zagadką. Nie żołnierz, nie służący, nie poganiacz od zwierząt. A nasz gość bardzo go chyba słucha. Nie uważasz, ze to zastanawiające?

– Skąd to wiadomo?

– Mam swoje sposoby, żeby podejrzeć to i owo – zaśmiał się chytrze. – Komu, jak komu, ale tobie chyba nie trzeba tłumaczyć, że tak się robi, i dlaczego – spojrzał na mnie wymownie. –  Przecież powinienem wiedzieć, co się dzieje w moim mieście. Powiedzmy, ze

z ostrożności i  przezorności – zatoczył ręką krąg, pokazując swoją posiadłość.

– Spróbuję się wywiedzieć, czy masz rację. Ale rozmawiać będę wyłącznie o interesach. Bez nacisków.

– Jeśli jesteś tym, za kogo cię uważam, znakomicie sobie z tym poradzisz. On, z jakichś powodów, przyznam, niezrozumiałych, uznał cię za godnego zaufania, albo wartego wykorzystania. Tak czy owak, to u Hana dziwne. Ale bądź  uważny..

– Menandrze, dajże już spokój aluzjom. Robię to i dla swojej sprawy, więc nie musisz mnie pouczać – odparłem dość ostrym tonem. – Ale dziękuje za ostrzeżenie – dodałem już pojednawczo. – Podaj tylko wasze wyliczenia, resztę zostaw mojej roztropności.

Zabraliśmy się za liczby, rachunki, liczenie kosztów, ewentualnych zysków, i ile trzeba by zapłacić za samą wyprawę i jej obsłużenie. Wyszła z tego pokaźna suma, do podziału na wspólników, stosownie do ich udziałów. Wreszcie przyszło do ceny, jaką Han miałby zapłacić za owo wspólnictwo. Stanęło na pewnej ilości jedwabiu, z tym, że część  sprzeda im tu, na miejscu, a resztę w Egbatanie, tyle że niewiele wyższej niż tu cenie. Menander chciał podzielić to pół na pół, ale przekonałem go, że opłaci się nawet przy podziale jeden do dwóch, w łącznym rozliczeniu miedzy niego, a ich dwóch. Choć bardzo się krzywił, targował niczym przekupka na straganie o dwa garnki, w końcu jednak przyjęliśmy taki właśnie zakres swobody dla planowanych pertraktacji.

– Niech będzie moja strata – westchnął z udanym żalem, gdyśmy zakończyli te targi.

– Menandrze, skoro masz mnie za kogoś, o kim myślisz, to co myślisz, to nie mów, że źle radzę. Obydwaj wiemy, że nie jest to zły układ. Niezależnie od tego, co się za nim kryje.

 –  Ciężki z ciebie człowiek, rzymianinie – kręcił głową. – Dobrą masz szkołę. I doświadczenie chyba nie tylko handlowe – dodał znów znacząco. Wierzę, że sobie poradzisz  Byleś tylko nie dał poznać, że czegoś się domyślamy.

– A czy my się czegoś domyślamy? – skwitowałem to pytaniem, robiąc udatnie żartem głupio zdziwioną minę..

Roześmieliśmy się wstając, i pożegnali w całkiem dobrych humorach. Wróciłem do

obozu, dając sobie spokój z dalszym dziś wizytowaniem innych kandydatów do wyprawy. Gdy pojawił się Fandak, opowiedziałem mu, com ustalił z Menandrem. Uznał to za słuszne, i dał zgodę na przyjęte warunki, także w imieniu drugiego Sogdyjczyka, obecnego na wczorajszym spotkaniu. Ów Babur był bardziej jego klientem, niż samodzielnym wspólnikiem, a nie było moją sprawą, jakie mają oni ze sobą umowy. Z tego, com ów zaobserwował, ów człowiek sprawiał wrażenie sprytnego, lecz tylko w pomocy, a nie w samodzielnym rozważaniu i podejmowaniu decyzji. Mając zatem jasność co do zamiarów po stronie partyjskiej i sogdyjskiej, postanowiłem przygotować się do rozmowy z Hanem. Udało się w okolicy znaleźć pewnego skrybę, który za drobną opłatą użyczył przyborów do pisania, więc tak wyposażony zabrałem się do wstępnych rachunków.

Najpierw jednak odbyłem dłuższą rozmowę z Agisem i Patrosem, by poznać ich zdanie na temat eskorty, jak będzie nam potrzebna, także obsługi zwierząt, wyposażenia i broni. Czułem się z tym wszystkim nieco dziwnie, trochę jak wódz, planujący małą, ale daleką wyprawę wojenną. Co prawda, nie wiedzieliśmy ilu jest Hanów, lecz skromnie licząc wyszło na to, że w drogę ruszy w sumie dobre kilka dziesiątek ludzi, kamelosy i konie, także całkiem spory juczny tabor. To już nie samotna wędrówka, gdzie można sobie pozwolić na   dowolność w ruchu, kierunku, i czasie. Zastanawiałem się też, jak długa to może być droga. Z tego, com pamiętał z ksiąg, jak i z własnego już doświadczenia, liczyć powinna nie mniej jak siedem do ośmiu tysięcy stadiów, co, razem z postojami, dawało około trzech miesięcy wędrowania, oczywiście, jeśli nie zajdą jakie nieprzewidziane okoliczności. Rzecz więc była niebagatelna, ale i wyzwanie ogromne, choć niezwykle dla mnie ciekawe i obiecujące.

No, i jeszcze rzecz bodaj czy nie najważniejsza, czyli przewodnicy. Nie było chyba tu nikogo, kto znałby całą drogę, czy miał w ogóle o niej jakiekolwiek pojęcie, więc należało przyjąć, że będziemy ich zmieniać co jakiś czas, przechodząc przez kolejne miasta, nawet osady. W Merwie Menander ma na pewno kogoś zaufanego, lecz na ile nam go wystarczy? Jak to wszędzie bywa, tworzą oni coś na podobieństwo bractwa, jakby rozstawioną sztafetę na największych nawet odległościach. Lecz bardzo to niepewna sprawa, gdyż nie wiadomo, czy aby który nas gdzie nie zdradzi, albo nie wyprowadzi na manowce, i wyda bandytom. Ze zrozumiałych względów miałem na uwadze chociażby przykład Krassusa spod Carrhae. Nie było co jednak teraz roztrząsać tego tematu, bo i tak niczego się przecież z góry nie da przewidzieć. Tyle tylko, że skoro dla nas była to poważna kwestia, to co dopiero mówić o Hanie, który poruszałby się po tych ziemiach bezradny, jak małe dziecko. Jego zgoda na wspólną wyprawę, tak dla wszystkich niezwykła i zaskakująca, miała więc swój sens, który tłumaczył się tylko tym, że nie samo kupiectwo kryło się w jego własnych planach.

Nazajutrz, poszedłem do ich obozu, ze spisem liczb i spraw, przygotowanym tak, jak to robi się w naszych rodzinnych interesach. Obwarowani własnymi strażnikami, pilnowali, by nikt obcy nie kręcił się między nimi, chyba że za osobnym przyzwoleniem. Stanąłem przed dwoma niezbyt rosłymi żołnierzami w dziwnych strojach, bezradnie usiłując dać im gestami do zrozumienia, że jestem tu oczekiwany przez samego ich przywódcę, lecz nie znając jego prawdziwego imienia, nie mogłem wskazać o kogo mi chodzi. Nareszcie jeden z nich gdzieś poszedł, po czym wrócił ze znajomym mi już tłumaczem, a ten, skłoniwszy się grzecznie, przeprowadził przez straże w stronę całkiem okazałego namiotu po drugiej stronie obozu, gdzie u wejścia czekał już nasz kupiec. Po powitaniach, niezwykle ceremonialnych, weszliśmy do środka. Tak zaczęła się moja przygoda z hanijskimi przybyszami, która, jak się potem okazało, miała trwać przez najbliższe miesiące, i przynieść wiele niezwykłych doświadczeń.

Usiadłszy na ziemi, na rozłożonych małych matach, po kilku wstępnych uprzejmościach rozpoczęliśmy rozmowę. Wyjąłem zawczasu spisany pergamin, co uczyniło na nim wielkie wrażenie, gdyż nie spodziewał się chyba takiej formy mego przygotowania do naszych pertraktacji. Tłumacz cały czas stał obok, i po kolei wykładał, co mówiliśmy, tyle ze nie byłem w stanie stwierdzić, jak wiernie oddawał  nie tyle treść, ile sens moich wywodów. Mimo ciągłych powtórek, dodatkowego wyjaśniania słów, wspieranego gestami i liczeniem na palcach, powoli dogadywaliśmy się co do przyszłego układu. W końcu liczby, to liczby, a te przecież wszędzie są takie same.

Na samym początku przedstawiłem się jako Viatus z dalekiej Romy, wyjaśniając, co też to oznacza w moim języku, po czym poprosiłem, by podał mi imię, jakim mam się do niego zwracać. Brzmiało ono w naszej wymowie Sangren, co, jak wyjaśnił tłumacz, oznacza po prostu kupca. Zrozumiałem, że, tak jak i ja, posługuje się tu jedynie przydomkiem, zostawiając w ukryciu nazwanie własne i rodowe. Nie miało to żadnego znaczenia, zresztą żadnemu z nas pełne nazwy czy tytuły niczego by bliżej nie wyjaśniały.

Spotkanie, przedłużające się z powodu  zrozumiałych trudności językowych, zakończyło się nad wyraz pomyślnie. Sangren targował się o mniejszy okup za wspólnictwo w karawanie, lecz bardziej dla zasady, niż z zawziętości kupca, wykłócającego się o każdego denara. To tylko utwierdziło mnie w przypuszczeniach, że jego determinacja do tej wyprawy musi mieć inne powody, niż tylko sam handel i zysk. Udawałem, że bardzo jestem rad ze swej chytrości, on zaś udawał, że nie zostaje mu nic innego, jak zgodzić się na nasze warunki. Chyba jednak domyślał się, że przejrzałem jego zamiary, gdyż po skończonych targach, i umówieniu terminu następnego spotkania z pozostałymi wspólnikami, by rzecz całą przypieczętować, pożegnał mnie z lekkim, ale wymownym uśmiechem.

– Rzadko kiedy spotyka się tak znakomitego rozmówcę, który umie słyszeć i rozumieć słowa nawet niewypowiedziane – kwieciście wyraził swe domysły. – Wielka to mądrość, panie, której nie ukryje pozorna skromność, w jaką się przyobleka – tłumacz wyraźnie miał  sporo kłopotu, by oddać dokładnie tę zawile ułożoną myśl.

Pierwszy raz zetknąłem się z ową szczególną, hanijską ozdobnością mowy, zasadzającej się na dość zawiłej wieloznaczności. Wyuczony w posługiwaniu się aluzjami, podchwyciłem ten ton z niejaką wyniosłością światowca.

– Sztuka pozorów jest nader użyteczna, o czym musisz wiedzieć, panie, jako jej wytrawny znawca – odparłem bez namysłu. – Czy pomylę się, jeśli stwierdzę, że i ty doskonale wiesz, jak, i kiedy się nią posługiwać?

– Tylko wtedy, gdy to konieczne – tym razem odparł wprost, bez ogródek.

– W ataku, czy obronie?- i ja odstąpiłem od zbyt zawiłych niedomówień.

– Zawsze w dobrze pojętym swoim interesie.

– Tak się składa, że interesy mamy teraz wspólne. Do pewnego stopnia – dodałem znacząco.

– Czuję się zaszczycony, że tak wiele nas teraz może połączyć w tym obcym dla nas obydwu świecie – uwagą tą dał do zrozumienia, że liczy na cichy, osobny ze mną sojusz w grupie przyszłych wspólników do wyprawy.

– Uznając, jak i ty, panie, prawa konieczności – odrzekłem ostrożnie, acz zdecydowanie, nie chcąc go ani płoszyć, ani mu niczego obiecywać – wyznaję jednak zasadę wzajemnej przyzwoitości, której nigdy nie łamię bez wyraźnego powodu. – Niech wie, że nie jestem do kupienia. – Jeśli nawet będę miał korzyść, to przecież nie  liczoną w zyskach. To mi daje dużą swobodę wyboru działania.

Tłumacz, który świetnie sobie radził przy liczbach i konkretach, teraz co i raz się zacinał, co odbierało rozmowie owej płynności, przydającej urody wymianie myśli, kiedy to słowa są tylko pretekstem do prowadzenia gry dwóch umysłów. Rozstaliśmy się, umawiając, iż nie później jak za dwa dni powiadomimy go o spotkaniu, przeznaczonym dla podjęcia ostatecznych decyzji.

Wracając przez obóz Hanów spostrzegłem przed innym namiotem człowieka, który przy naprędce skleconym stoliku coś pisał na drewnianej tabliczce. Mijając go wymieniłem z nim spojrzenia i krótkie, grzecznościowe ukłony. Zaintrygował mnie, gdyż jako osoba piśmienna, a więc wyedukowana, nie należał ani do straży, ani do służby. Dotąd nie brał udziału w naszych rozmowach, ale to niczego jeszcze nie przesądzało. Może to ktoś z rodziny Sangrena, albo jego cichy wspólnik, trzymający się w cieniu? A może jakiś wysłannik, lub właśnie wywiadowca, który robi swoje pod przykryciem kupieckiej wyprawy? Choć korciło mnie, by wypytać o niego odprowadzającego mnie tłumacza, to jednak wstrzymałem się, czekając z wyjaśnieniem tej zagadki do czasu, gdy już wszyscy znajdziemy się w drodze.

33. O tym, co nieuchronne

Sprawy potoczyły się teraz szybko, i bez najmniejszych zatrudnień. Dwa dni później spotkaliśmy się znów u Menandra, już bez wystawności, lecz zwyczajnie, dla przypieczętowania ugody i omówienia szczegółów podróży. Nie wdawałem się w ich kupieckie targi, choć cała czwórka, z niezrozumiałych dla mnie powodów uznała, iż to ja mam być gwarantem rzetelności ich rozliczeń, i ewentualnym rozjemcą w razie jakich nieporozumień. Niepokoiło mnie to drugie zadanie, gdyż przez trzy albo i cztery miesiące przybywania ze sobą trzech, jakże odmiennych grup ludzi, o zatargi nietrudno. Przyszedł mi go głowy pewien mglisty nieco pomysł, który na razie zachowałem jednak dla siebie. W tym momencie co innego bowiem zaprzątało moje myśli.

Choć było oczywiste, że zabiorę się z nimi w drogę, to przecież nie wiedziałem, na jakich warunkach. Dla pojedynczego wędrowca taka wyprawa to kosztowna rzecz, a ja musiałem już bardzo rozważnie liczyć każdą sztukę srebra. Oprócz resztek soli, i kilku drobiazgów, miałem na wymianę trzy zdobyczne konie, pozostałe po potyczce z bandytami w Hyrkanii. Wyzbywając się ich już teraz, ryzykowałbym na przyszłość, w której nie wiadomo, co mnie czeka. Sprawę delikatnie rozwiązał Fandak, oznajmiając, iż wraz z Menandrem pomogą mi uzupełnić wyposażenie na drogę. Sangren również dał do zrozumienia, że i on mnie wesprze,  co w sumie oznaczało, że biorą mnie oni niejako wspólnie na żołd, jako swego doradcę.

Wystawiało to tycjanowską dumę na niełatwą próbę, lecz dawało zabezpieczenie nieuchronnie topniejących zasobów. Cóż, w ciągu nieco ponad pół roku zdążyłem już być wojskowym skrybą, porywaczem niewolnic, medykiem, kapłanem ognia, czemuż więc nie zostać najemnym pomocnikiem w cudzych interesach? Wciąż nie rozumiałem, skąd ta przychylność do mnie, co ich skłania do wciągania kogoś tak obcego do swych spraw, ale skoro tak się ułożyło, dla mnie bardzo nawet pomyślnie, rozważania na ten temat odłożyłem na inny czas.

Ustalono, ze ruszymy zaraz po tym, jak wspólnicy załatwią z Sangrenem pierwsze wymiany, zbiorą swoje towary, udziały i środki, potrzebne w drodze. Powstał pewien kłopot, gdyż Hanowie używają monet z jakiegoś metalu, który u nas nie ma żadnej wartości. Pierwszym wiec zadaniem było uporanie się ze stosownymi rachunkami, co przy okazji dało mi asumpt do wykazania, jaką korzyścią w interesach jest jeden pieniądz. Przeliczanie cen w srebrze złocie, przy odmienności wag monet baktryjskich, sogdyjskich i perskich, i nie wiadomo jakich hanijskich miarach, okazało się sporą łamigłówką, którą udało się w końcu rozwiązać za zgodą zainteresowanych. Było to konieczne, zwłaszcza mając na widoku późniejsze, ostateczne rozliczenia w Egbatanie.

Pisemnej ugody nie sporządzono, gdyż nie miałaby na to żadnego sensu. Nikt tu nie był specjalnie biegły w piśmie, ani własnym, a już zwłaszcza my w hanijskich, dziwnych znakach, jakie na próbę obejrzeliśmy. Nie znają tu tego handlowego obyczaju, a zresztą gdzie szukać sądów, które w razie czego wszyscy uznawaliby za jednako wiarygodne.  Wyszło na to, że to mnie powierzono rolę arbitra, co z jednej strony zadowalało moją próżność, ale z drugiej – stawiało w trudnym położeniu trzymania się w równym dystansie wobec każdego ze wspólników.

Oprócz Hanów, ze strony sogdyjczyków miał jechać Babur, w imieniu swoim i Fandaka, Menander zaś wysyłał syna. W duchu cieszyłem się, że będzie i rzymska obecność w mojej osobie, jeśli nawet nie handlowa, to na pewno symboliczna. Uzupełniał ją Agis, z syryjskich Greków, ale przecież legionowy żołnierz. Fandak dawał grupę swoich zbrojnych pod komendą Patrosa, strażnicy Sangrena mieli własnego przywódcę, u Baktrów wszystkimi ich ludźmi miał zarządzać Idas. Zebrano więc dużą karawanę, która, po oporządzeniu zwierząt i dobytku, powinna ruszyć nie później jak za tydzień,  Gdybyż to królowie i wodzowie, zamiast toczyć ciągłe wojny, i pędzić ludzi na rzeź, umieli tak się dogadywać, jak my tu w Merwie! Cóż, handel był, jest, i będzie zawsze poza nimi, co ich może drażni, lecz mogliby przynajmniej nie przeszkadzać.

Jeśli nawet moja rola była w tej wyprawie tylko dodatkowa, to przecież udział w niej  dawał sposobność poznania wielkiego szlaku, o którym nikt w Rzymie nie miał najmniejszego pojęcia, poza nielicznymi, przypadkowych wędrowcami, z ich niepewnymi, nieraz fantazyjnymi opowieściami. Wiedza, jaką spodziewałem się zebrać, na pewno okaże  się dla Tycjanów skarbem nie do przecenienia na przyszłość. Zapisy z uczonych ksiąg to jedno, ale praktyczna znajomość warunków, pogody, dróg, zagrożeń, różnych ludów, towarów, potrzeb, to zupełnie inna rzecz. Notatki Maesa kończyły się na partyjskich stacjach, tyle że nie sięgających aż tak daleko na wschód. Jeśli nawet nie od razu po moim powrocie uda się przełożyć mych doświadczeń na handlowy zysk, to za kilka lat może da się je spożytkować z wielką dla nas korzyścią, o ile znajdzie się ktoś na miarę chociażby Melosa. Nadto nadarzy się też okazja do jako takiego rozeznania w tutejszej polityce, czymkolwiek ona jest na tych ogromnych przestrzeniach. Czułem więc cichą satysfakcje, iż przeżywając przygody, tak dla mnie prywatnie niezwykłe, wypełnię powinności, jakie mi zadano. Oczywiście, nie mogłem się z nikim podzielić tym uczuciem, wspomniałem o nim  jedynie Agisowi, który przyjął je z dużym zrozumieniem.

Na dwa dni przed wyjazdem odbyłem długą rozmowę z Fandakiem. Najpierw jednak czekała mnie z jego strony niespodzianka w postaci propozycji wymiany trzech naszych koni na jednego baktryjskiego kamelosa z wyposażeniem do jazdy! Wywiązał się więc ze złożonej wcześniej obietnicy, i to nader hojnie. Była to bowiem zamiana korzystna, tym bardziej, że moje  hyrkańskie zdobycze należały raczej do pośledniejszej rasy. Kłopot polegał na tym, że nie za bardzo umiałem jeździć na takim bydlęciu. My znamy je jedynie jako zwierzęta juczne dla wojska. albo ledwie jako ciekawostkę na pokaz. Widywałem je po drodze, trochę w Syrii, a już zwłaszcza w Medii i Hyrkanii. Tutaj używa się ich też do jazdy wierzchem, zwłaszcza przez ziemie pustynne, gdyż bardzo są do tego wytrzymałe. Niezwyczajni, nie za bardzo wiedzieliśmy jak się z takim obchodzić, więc Agis pobrał kilka stosownych nauk u miejscowych poganiaczy. Stanęło na tym, że dopóki nie będzie to konieczne, kamelos poniesie nasz dobytek, my zaś pozostaniemy przy swoich koniach. Niemniej, ów cenny nabytek nabrał dużego znaczenia w ogólnym rachunku moich zasobów.

Podczas  rozmowy spytałem wreszcie Fandaka, czemu zawdzięczam przyznanie mi tak ważnej roli w ich kupieckim planie. Wszak jestem obcy, nie wnoszę swego wkładu, a rady, jakich udzielałem, to dla nich ryzykowna nowość.

– Przecież świetnie sobie radzicie z własnymi interesami – dodałem. – Do czego potrzebny wam dodatkowy doradca od rachunków?

– To prawda, sami też umiemy rachować. A powody? Jak dla mnie, są cztery, Viatusie – wyznał. –  Przyjazd Hanów, nadzieje na przyszłość, ciekawość, wreszcie twoje rzymskie doświadczenie i i wiedza – wyliczył na palcach.

– Rozumiem trzy pierwsze, lecz ten ostatni, to chyba przesada. Nie powiesz, że tak wytrawnym kupcom podobne pomysły nigdy nie przychodziły do głowy?

– Może i przychodziły, ale tu każdy myśli o sobie. Iść samemu tak daleko to rzecz trudna. Niezbyt się opłaca.

– A w większej grupie?

– Ludzie niezbyt sobie ufają. Kłócą się. Zwłaszcza przy rachowaniu kosztów. Niełatwo je rozliczać – powtarzał to samo, co wcześniej mówił Menander.

– A teraz?

– Teraz jesteśmy razem, naprzeciwko Hanów.

– Nie razem z nimi?

– Gdyby sami zaszli tak daleko, to nas wyprzedzą. Zrobi się ciasno.

– Byli chyba tacy, co wypuszczali się nawet do Syrii czy Armenii? Zwłaszcza Partowie.

– Stąd mało kto. Wielu nie wróciło. W pojedynkę szanse są niewielkie. I nikt nie chce się dokładać.

– Więc skąd ta zmiana? Nawet udziały u miejscowych, którzy sami nie pójdą?

– Na mój nos, tu chyba zaczynają się wielkie sprawy. Inni też to czują. Prędzej czy później ktoś się na nie porwie. Więc czemu nie my? Niektórzy nam zaufali. Trzeba próbować.

– Z Hanami?

– A czemu nie? Zresztą, sami się napraszają. Inna sprawa, dla jakich powodów. Ale czemu nie wykorzystać okazji?

– Tylko co ja mam z tym wspólnego?

– Jeśli się uda, to także dzięki tobie.

– Niezbyt rozumiem.

– To trochę tak, jak z dobrą potrawą. Żeby się udała, trzeba nie tylko najważniejszych składników, ale i szczypty przyprawy dla nadania jej właściwego smaku.  Gdy budujesz mur, potrzebne są nie tylko cegły, ale i to, co je dobrze zwiąże.

– Niezbyt to odkrywcza myśl.

– Umiesz przekonywać ludzi. Zjednywać, nawet okręcać wokół palca  – zaśmiał się. – To niebywałe, jak cię słuchają, choć nie szukasz posłuchu. Poza tym nie myśl, że my tu nic nie wiemy o dalekim świecie.

– A jaśniej?

– Persowie, teraz Partowie, ale i Grecy, niejedno mówią, jak to Roma wyrosła na wielkie państwo. Nie wzięło się to znikąd. Nie tylko z samej siły, czy rabunku, ale i z handlu. A ty? – Naraz zmienił ton. –  Przecież rozmawialiśmy przez całą drogę. Umiesz dobrze opowiadać, ale ja umiem jeszcze lepiej słuchać. Domyśliłem się, kim jesteś, albo możesz być. Na pewno nie zwykłym wędrowcem. I nie zwykłym rzymianinem. Na polityce się nie znam, ale na złocie nie najgorzej. A ciebie czuć wielkimi pieniędzmi, aż nadto dobrze wiesz, jak się je robi. – Chciałem mu przerwać, ale mi nie dał. –  Nazwij to przeczuciem, czy jak tam sobie chcesz. Jeśli ich nawet nie masz ze sobą, to masz je za sobą. Skoro więc ktoś taki zadał sobie tyle trudu, by dojść aż tu, to o czym to świadczy? Czego może szukać? Nie na dziś, ale na jutro? Warto z tobą trzymać, bo wierzę, że któregoś dnia, w przyszłości, nasze złoto się zejdzie, jak nie tu, to u was. Albo i tu, i tam.

– Fandaku, zdumiewasz mnie – jego wyznania prawdziwie mnie zaskoczyły. Mówił już nie jak zwykły kupiec, ale wytrawny strateg.

– Pozwól, jeszcze nie skończyłem. Gdyby nie Hanowie, nie byłoby tej całej sytuacji. O nich też sporo wiemy, choć mało kto ich widział. Teraz mają nowego króla, podobno mądrego, wyrastają na potęgę. Od dawna prą naprzód. A my stoimy im na drodze.  Możemy na tym przegrać, albo wygrać. Dla ich wojska to chyba trochę za daleko, zresztą są jeszcze miedzy nami Kuszanie, bardzo bitni, którzy tu próbują zakładać własne królestwo. Ale kto wie, co będzie? Tak, czy owak, zostaje wojna na handel. A do tego trzeba się na nim znać  chyba trochę inaczej, niż my. Więcej ogarniać. Dlatego ktoś taki, jak ty bardzo się przyda, żeby spróbować wygrywać.

– Przeceniasz moje możliwości, a nie doceniasz  własnego rozumu – zdumienie rosło, w miarę jak przedstawiał swoje myśli. Wcześniej ani słowem nie dawał poznać po sobie, że stać go na takie spekulacje.

– Jeśli mamy stawić im czoła, musimy się zebrać do kupy. Twoje pomysły, przyznam, trochę dla nas niebezpieczne, mogą stać się tym, czego dotąd brakowało, co nas zwiąże w jeden mur. Więc nie sądź, że powoduje nami tylko bezinteresowna życzliwość. Chcemy twojej pomocy w nauce na przyszłość, i zapewniam cię, że masz nasze pełne wsparcie. Zwróci się, i nam, i tobie.

– Wciąż twierdzisz, że nie znasz się na polityce?

– Bo nie znam. Ale znam się na ludziach – wycelował palec w moją stronę.

– Skoro tak, to co sądzisz o Hanie? Skąd u niego taka gotowość do współpracy.

– To właśnie jest polityka. Chytrość. Pójdzie na układ, bo jeśli nawet co straci teraz, to odbije sobie potem. Jak nie on sam, to inni, którzy pójdą za nim przetartym szlakiem.

– Czemu akurat mnie zaproponował mnie jako arbitra?

– Trafiłeś mu się tak samo, jak nam. Prawda, to dziwne zrządzenie losu, że tak się złożyło.

– Albo wola bogów?

– Dajmy spokój bogom. Twoim i moim. Mają chyba ważniejsze, albo i ciekawsze  sprawy na głowie. Ale wyszło, jak wyszło. Tylko nie wierz pozorom. On udaje niewiniątko, niby nic u nas nie pojmuje, ale też ma dobre oko. Jesteś bardzo wygodny, bo nie masz własnego udziału, ani w towarach, ani w złocie, więc i w zyskach. Niemniej szybko zorientował się, ile jesteś wart. No, i wie, że masz dobry powód do tej wyprawy.

– Niby skąd?

– Gdym się z nim spotkał po raz pierwszy, wspomniałem mimochodem o moim towarzyszu z dalekich stron, który zamierza wracać do domu. Uważnie nadstawiał ucha.

– Jak go wypatrzyłeś? Przecież oni nie wychodzą do ludzi.

– Nie prywatnie, ale przecież rozpytują o różne rzeczy. I tak się zdarzyło, żeśmy się spotkali.

– Wybacz, ale ci nie wierzę. Sam szukałeś do tego okazji.

– Szukałem, czy nie szukałem, ale ją znalazłem. Pierwszy stanąłem mu drodze. Powiedzmy, że obwąchaliśmy się jak dwa psy, które spotkały się na ulicy. Z dobrym, jak widzisz, skutkiem.

– Ciekawe, kto tu kogo przechytrzył?

– Gra dopiero się zaczęła.

– Z moim osobliwym udziałem?

– Z twoją pomocą.

– Szczerość, za szczerość. Otóż wiedz, iż dał mi do zrozumienia, że widziałby we mnie cichego wspólnika przeciw wam?

– No, proszę!. Oni, zdaje się, też mają jakieś rozeznanie o Rzymie, chyba nawet lepsze, niż nam się wydaje. A ty masz teraz komplet ofert – dodał z rozbawieniem.

– Na handlu może się znam, ale sobą nie handluję. Z nikim!

– Nie złość się.

– Nie o złość idzie, choć przyznasz, że mogę mieć powody do niejakiej irytacji. Nie lubię, jak kto mną próbuje obracać, zwłaszcza bez mojej wiedzy i zgody.

– Nie udawaj, że to, co mówię, szczególnie cię zaskoczyło? Też umiesz kalkulować.

– Niech ci będzie – machnąłem ręką. – Dobrze, podjąłem się zadania, i je wypełnię, niezależnie od tego, kto z was w co zechce grać.

– To w pewnym stopniu i twoja gra, chyba nie tylko o powrót. Wszyscy tu o coś gramy. Choć trochę po omacku, na wyczucie. Ale czujnie.

– Zatem wyprawa zwiadowców?

– Wszyscy pójdą razem, ale każdy będzie starał się przechytrzyć innych.

– Ciekawa kombinacja.

– Czy nie mówiłem, że idzie też o ciekawość? – zaśmiał się.

– Cóż, to wy więcej ryzykujecie. Ja nie mam nic do stracenia.

– Myślę, że to nie do końca prawda. Jeśli my przejdziemy w obydwie strony, a ty dotrzesz do domu, to nawet brak zysku może w przyszłości dać i tobie, czy komu tam jeszcze, duże korzyści.

– Także Hanom.

– Oni mają dalej, i trudniej. Wyprzedzimy ich.

– Przecież tu jest miejsce dla wszystkich.

– Kto pierwszy, ten potem stawia warunki.

– Mają jedwab, rzadkie klejnoty, przyprawy. A tego nie przebijesz.

– Ale to nasze ziemie. I nasze drogi. Swojego też sporo mamy. Więc jeszcze się okaże, co, i jak. Powoli, po kolei.

– Fandaku, jesteś okropny. Zastanów się, czy chcesz być tylko kupcem.

– Po co mi więcej? Kto ma wpływ na złoto, ten ma dobrze przy każdej polityce. Podejrzewam, że kto, jak kto, ale ty doskonale o tym wiesz.

Rozeszliśmy się w niezłym nastroju, choć przyznam, że pewna irytacja we mnie pozostała. Zwolna jednak ustępowała, w miarę, jak rozważałem to, com usłyszał. Fandak nie był żadnym filozofem, ale miał umysł giętki i otwarty, był niczym chytry, szczwany lis, gotów wyjść ze swej nory, by szukać łupu dalej, niż tylko wokół niej. Swym praktycznym, kupieckim rozumem ogarniał więcej, niż niejeden wytrawny polityk, a nawet uczony historyk. Rozmowa z nim więcej mi odkryła o tutejszym stanie rzeczy, niż gdybym sam był w stanie je poznać w możliwym dla mnie oglądzie miejsca i ludzi.

Na swój sposób przypominał Marosa, nieco pomieszanego z Melosem, tyle że jego rozumność z innych wyrastała korzeni. Nie – jak u pierwszego – z wiekowego gromadzenia wiedzy, z nauki, także ze swobodnej spekulacji i szukania duchowej istoty naszej natury, lecz z dobrze przetrawionego doświadczenia w ciężkich bojach o własne bytowanie. Niemniej podziwiać należało jego przenikliwość i obrotność jak u naszego faktora, wyćwiczoną przez ciągłą czujność wobec codziennych wyzwań i zagrożeń w interesach. Było w tym też i coś z drapieżności moich Scytów, tyle że bez ich zwierzęcej dzikości, zapamiętania w pogoni za zdobyczą, i używaniem życia, także wiele z ich bezwzględności, lecz bez skłonności do odruchowego okrucieństwa. Coś pośredniego miedzy dobrem wyższym, a złem koniecznym, ujętym jednak w karby zimnej kalkulacji, rozsądku, i obyczaju.

W mej pamięci dołączyłem Fandak do grona tych, spotkanych podczas wędrówki ludzi, których uznałem za osoby dla mnie znaczące przez to, jak bardzo zmieniali mnie samego, i moje rozumienie świata. Skonstatowałem przy tym, że choć w nowych zaskakujących okolicznościach, znów miałem być Tycjanem, to przecież z tego, co mówił  Sogdyjczyk, wróciłem do tej roli postrzegany bardziej może jako Festus, jakim stawałem się przez te długie miesiące mej wyprawy. A to dopiero połowa przygody. Kim więc się stanę, gdy pokonam – oby szczęśliwie – drogę powrotną?

34. Dowódca mimo woli

Przygotowania do wyjazdu dobiegły końca. Dokonano pierwszych rozliczeń z Sangrenem, zebrano wszystkie towary, oporządzono dobytek i zwierzęta, rozmówiono się z przewodnikiem. Dzień wcześniej zebraliśmy się w obozie, by domówić szczegóły podróży. Postanowiłem przedstawić im pewien pomysł, który wcześniej przyszedł mi do głowy. Dotyczył on towarzyszących nam zbrojnych, w liczbie dobrze ponad trzydziestu. Najwięcej miał Han, Partowie i Sogdowie wystawili też swe grupy. Każda miała własnego przywódcę, co czyniło z nich raczej zbieraninę wojaków, niż zwarty oddział pod jedną komendą.

Patrosa poznałem już jako dobrego zabijakę, Idas wydawał się również dzielnym człowiekiem, znającym się na walce równie dobrze, co na kupiectwie Nie wiedzieliśmy jednak, ani ja, ani inni, co warci są hanijscy strażnicy, z którymi w razie jakiej awantury trudno byłoby nawet porozumieć się w polu. Należało więc zawczasu zastanowić się, jak to połączyć w jedną całość. Ale jak pogodzić ambicje każdego z dowódców, żeby nie dochodziło miedzy nimi do sporów?

Przedstawiłem rozwiązanie ugodowe, trochę dziwne, ale według mnie pod każdym względem korzystne. Otóż zaproponowałem, by pieczę nad żołnierzami powierzyć Agisowi, czyniąc zeń nie tyle formalnego komendanta, ile doradcę w sprawach prowadzenia walki. W wolnych chwilach przećwiczyłby Hanów, przysposabiając ich do naszych sposobów walki, pokazał  jak korzystnie ustawiać się w różnych szykach, i jak ze sobą w nich współdziałać. Prawda, miał już swoje lata, lecz znał się na sprawdzonym rzymskim rzemiośle wojskowym,, nadto wzbogaconym o znajomość partyjskiego i scytyjskiego sposobu prowadzenia walki, przyjętego po tym, jak kiedyś boleśnie, niestety,  przekonaliśmy się o jego skuteczności. Agis zachował sprawność i siłę, miał ogromne doświadczenie, pewność ręki do broni, nadto nie szukałby wywyższenia wśród obcych wojowników.

Patros, z którym polubili się po drodze do Merwu, chętnie przystał na ten koncept, zgodził się tez i Idas, zadowolony, że przy okazji on sam, a i jego ludzie, nauczą się może czegoś  nowego. Najtrudniej było z Hanami, gdyż do agisowych nauk potrzebna była obecność tłumacza, nadto ich dowódca nie wyglądał ani na zbyt rozgarniętego, ani  wojowniczego. Lecz Sangren zgodził się na taki układ, i wydał swoim stosowne polecenia. Ucieszyło mnie to nie tylko z powodu zapewnienia zwartości naszej ochrony, ale i zapewnienia spokoju w drodze, a zwłaszcza na postojach, kiedy to żołnierze zwykli szukać szybkich i mocnych uciech. Harce i swawole, zwyczajne w takich okolicznościach, łatwo przeradzają się wtedy w bójki, nawet krwawe, jeśli zaczynają się niesnaski, albo głupie ambicje w prostackim rywalizowaniu o dziewki i pijaństwo, nawet o jakieś małe łupy z pokątnego myszkowania. Gdy poczują jako taką wspólnotę, łatwiej będą się dogadywać, co nie zagwarantuje całkowitego spokoju, ale jednak jakoś ograniczy swary.

– A nie mówiłem, że ludzie się ciebie słuchają – rzekł mi Fandak,  gdy wszyscy już  opuścili jego namiot, w którym dobyło się spotkanie. – Niezłej dokonałeś sztuki, Viatusie, z tą strażą.

– To nie żadna sztuczka, tylko zwyczajny, zdrowy rozsądek – odparłem, wzruszając ramionami.

– Sztuką jest przekonać do niego wcześniej, niż potem szukać go w kłopotach, których można zawczasu uniknąć – rzekł sentencjonalnie. – Dobrą odebrałeś edukację. Ale nie każdy tak umie przemawiać do ludzi.

– Jeśli, jak mówisz, tak słuchają, to dlatego, że nie widzą we mnie konkurenta do interesu. Nie węszą podstępów, więc ważą argumenty, a nie swoje podejrzenia, które zaćmiewały by ich rozumienie..

– Nazywaj to sobie, jak chcesz, ja i tak wiem swoje. Przyjęliśmy cię za arbitra, ale przekonasz się, że będziesz przewodził w drodze. To wyjdzie samo z siebie. Już wychodzi.

– Fantasta z ciebie, Fandaku – poklepałem go przyjacielsko po ramieniu – powinieneś układać pieśni dla ludu, złaknionego opowieści o herosach.

– Skąd wiesz, czy ktoś, kiedyś, tego nie zrobi? W moim przekonaniu, ta wyprawa do duża rzecz, choć wydaje się tylko kupiecką awanturą. Jeśli się uda, zacznie się tu duży ruch, i będzie o czym opowiadać.

– Jeśli i ja kiedyś to opiszę, to zapewniam, że znajdzie się tam o tobie dużo dobrych słów. Wiele ci zawdzięczam, i nigdy tego nie zapomnę.

– Nie popadajmy w sentymenty – skrył zadowolenie za szorstkością obycia. – Wdzięczność to rzadki towar, Viatusie, a kupcy rzadko się przyjaźnią. Zachowajmy więc ostrożność

Ku memu zaskoczeniu, na zakończenie wręczył mi spory i ciężki mieszek, w którym wyczułem monety. Nie wiedziałem, co rzec, więc spojrzałem na niego w oczekiwaniu wyjaśnienia.

– Obaj z Menandrem wiemy, że nie masz za dużo pieniędzy. Nie wiadomo, co was spotka po drodze. Nieraz dwie sztuki złota albo srebra więcej mogą, niż oddział żołnierzy. Z tym będzie ci łatwiej pilnować naszych interesów – zmyślnie wyprzedził moje obiekcje przed przyjęciem jakiejkolwiek zapłaty, wykładając sens tego daru jako wsparcie dla wspólnej wyprawy.

– Skoro tak to widzisz, to zgoda – odparłem. Była to już nasza ostatnia rozmowa, co było do powiedzenia, zostało powiedziane. Wyciągnąłem rękę do pożegnania – Sądzę, Fandaku, ze już więcej się nie spotkamy. Ale wiedz, że pozostaniesz w mej najlepszej pamięci dopóty, dopóki będzie mi dobrze służyć.

Wróciłem do namiotu, gdzie Agis właśnie zbierał i porządkował nasz dobytek. Zapadał zmierzch, a ja poddałem się nastrojowi zadumy. Oto moje wędrowanie w głąb Azji zakończyło się, tu, w Merwie, na skraju Baktrii, na jej styku z Chorasanem. Czy powinienem pójść dalej? Co by mi to dało? Czy warto poświęcać życie na samo tylko zaspokajanie ciekawości, na szukanie coraz to nowych doznań i doświadczeń? Już nie byłem dawnym dzieckiem, wsłuchującym się zachłannie w opowieści Strabona, marzącym o zwiedzeniu całego świata. Po rocznej wędrówce, coraz lepiej pojmowałem, że taki zamysł, to bieg bez końca. Za jednym miastem jest kolejne miasto. Za jednym plemieniem mieszka kolejne plemię. Za każdą równiną są kolejne góry, i znów równina. Można je kolekcjonować we wspomnieniach, tak, jak zbiera się drogie klejnoty, książki, czy piękne dzieła sztuki. Lecz z czasem zaczyna to nużyć, gdyż nie samo ich posiadanie w dużej liczbie czyni z nas tym, kim się stajemy. Wszystkiego zebrać się nie da, zresztą, nie wiadomo, czym owo „wszystko” miałoby być. W ciągłym pędzie za nowością kryje się pułapka pozoru rozumienia życia przez zapamiętanie się w samym tylko ruchu. Wtedy łatwo dostać zadyszki, i paść bez czucia.

Z drugiej jednak strony, wielość poznawanych miejsc i ludzi bardzo jest pouczająca, aczkolwiek w tej różnorodności z czasem zaczyna się dostrzegać podobieństwa treści, mimo odmienności form, w jakie bywają obleczone. Pewne rzeczy pozostają niezmienne niejako ze swej natury. Siły jawne, lub ukryte, jakie nami powodują, są w swej najgłębszej istocie takie same, niezależnie od tego kim jesteśmy. Miasta budowane są wedle takich samych wzorów, dla tych samych konieczności i praktycznych korzyści, niezależnie od tego, jaki lud je stawia. Świat kręci się wokół gry namiętności, gromadzenia i władania, wokół bogactwa, siły, lub pozycji, i korzystania z nich dla własnej przyjemności, albo z potrzeby wyróżniania się nad innych. Ludzie łączą się, walczą ze sobą, lub rozchodzą, nie dla swych cnót, lecz dla pomnażania zysków i zdobywania szacunku za to, co mają, co mieć chcą, lub co mieć się spodziewają.

Coraz wyraźniej rozumiałem już, że w  owym ciągłym ruchu, w jakim żyją, sami i w gromadach, musi być jakaś stała reguła, jak w geometrii, czy archimedesowym prawie równowagi sił. Każdy kształt da się rozłożyć na trójkąty, o tych samych zasadach ich budowy. Znając je, łatwo już policzyć, co kryje w sobie wszelki kształt z nich utworzony. Podobnie musi być z ludźmi i z narodami, nawet z ich historią, która chyba przebiega wedle tego, na jaką figurę zostały stworzone. Ale jak przekładać jedno na drugie?. Gdyby jednak dało się wydzielić i nazwać właściwości, które w nas tkwią, można by wtedy pojąć, co wybija człowieka z równowagi, do takiego, lub innego działania, i czym ona w ogóle może być. Grecki podział na cztery temperamenty ma więc sens, ale zdaje się chyba być dalece do tego niewystarczający.

Czy jednak taki pomysł na składanie człowieka, niczym statku z osobnych kawałków, da się jakoś obronić? Chyba tak, gdyż okręt może być on przecież być duży albo mały, ale by nim się stał, trzeba go złożyć z części takich samych co do rodzaju, choć innych co do wielkości. U ludzi też da się zauważyć, pewną stałą, a ciekawą prawidłowość. Umysł sprawny, acz powolny, potrzebuje na zrozumienie czegoś, czy na wykonanie swego zamiaru więcej czasu i mozołu, niż ten prędki i obrotny, który pojmie, co trzeba, lub zrobi to samo w mig. Skutek taki sam, ale różne siły, dzięki którym zaistniał. Moje przypuszczenia nie były więc chyba pozbawione sensu.

Prawda, ci sami Grecy mówili jeszcze o duszy, którą dali nam bogowie  jakoby w osobnym tchnieniu, która wespół z rozumem odróżnia nas od każdego innego stworzenia, i czyni istotami wyjątkowymi. Powiadali, że za jej to przyczyną mamy nie ustawać w poszukiwaniu porządku w świecie, i stawać się lepszymi, niż jesteśmy z natury. Dziwne to, i dla mnie niepojęte. Nigdy nie przepadałem za filozofią, zwłaszcza za takimi karkołomnymi spekulacjami, które trudno przełożyć na praktyczność. Duszy nikt nie widział, choć ponoć objawia się właśnie w cnotach. Ma ją każdy, ale przecież mało kto się cnotami wyróżnia. Jakże więc to jest? Może, choć niewidoczna, daje takie odmienności w charakterach, nawet i narodom, że jedni pną się w górę, a inni tylko pełzają po ziemi? Ale czy naród może mieć duszę? Same zagadki, sprzeczności, nawet niepodobieństwa dla tak zwykłego umysłu, jak mój.

Pobyt w Merwie wiele dał mi do myślenia. Przez dwa z górą tygodnie zdążyłem wiele tu  obejść i obejrzeć, całkiem dokładnie, jak na ten czas. To duże miasto, bogate, kolorowe, gdzieniegdzie szare, o tysiącach domów, ulic i uliczek, dziesiątkach języków, z dobrą setką  świątyń, i ołtarzy dziesiątków bogów. Ma swoje zapachy i smaki, swój handel, swoich kuglarzy, ulicznych grajków, tancerki i złodziei, swoje powietrze, dogodności i niewygody. Po miesiącach wędrówki, , mimo obowiązków z kupcami, nieco się rozleniwiłem. Ochoczo korzystałem z dobrego jedzenia, wygód, choćby z łaźni i atrakcji, jakie oferowały, łącznie z tymi wiadomej natury. Spodobało mi się tu, choć cały czas czułem swą obcość człowieka z innego świata.. Przyszło wreszcie niejakie znużenie tymi ciekawostkami, ponieważ były  osobliwościami tylko w formie, ale nie w treści, nawet jeśli dostrzegałem ich wielką dla mnie niezwykłość.

Fandak twierdzi, że Merw jest ledwie cieniem tego, co Marakanda, a nawet kilka innych jeszcze miast w dolinach, ciągnących się daleko na wschód. Że jest tam bogactwo niezmierne, wręcz nie do wyobrażenia, mnogość ludów, wielkie interesy. Czy wiele stracę, jeśli ich nie obejrzę? Dla mej przyszłej kroniki na pewno tak, dla palmy pierwszeństwa w ich opisaniu również, lecz czy aby tak wiele dla mnie samego? Gdybym nawet tam dotarł, to przecież za nimi są kolejne miejsca, warte poznania, kto wie, czy jeszcze nie wspanialsze. Lecz pytania i wątpliwości wciąż pozostałyby te same,  gotowe co i raz przyćmiewać radość z napotykania coraz to kolejnych  nowości. Czy to już owa zadyszka, czy zwykłe zmęczenie, a  może brak woli?

Takie oto myśli krążyły mi po głowie, gdym kładł się spać na ostatnią noc przed wyruszeniem w podróż do domu. Czy były jedynie usprawiedliwieniem dla odwrotu, czy może uzasadnieniem dla wyboru, którego sens bardziej wyczuwałem, niż w pełni ogarniałem rozumem? W każdym razie, miałem pewność, że postępuję słusznie.

cdn…