Początek u Kresu Drogi

28. A jednak Tycjan

Jak dotąd moja wiedza z kronik i ksiąg sprawdzała się dość dobrze, teraz jednak wkraczałem na ziemie prawie wcale nie opisane. Stare zapisy dotyczyły pradawnych wojen z Medami, głównie perskich i partyjskich, bratobójczych walk o tron, wreszcie epizodu greckiego z czasu wielkiej bitwy Aleksandra, kiedy to Macedończyk rozgromił nad Tygerem  dziesiątki tysięcy żołnierzy Dariusza, sam ponosząc niewielkie tylko straty. Tak pomścił krzywdy wyrządzone niegdyś Grekom w czasach wcześniejszych wojen perskich. Z tamtych czasów pozostała jeszcze legenda o straszliwej królowej Peristatis, która swymi morderstwami dla zemsty rodzinnej i dla władzy dopuszczała się okrucieństw, zgoła  niewyobrażalnych nawet u nas, czy w Egipcie. Lecz wszystko to była historia i polityka, a nie geografia, czy opisy ludów i ich obyczajów, bardziej przydatne w podróży niż krwawe dzieje miejscowych władców. Jedno jest pewne – teraz panują tu Partowie, ale rządy są niespokojne, jak to na ziemiach granicznych. Obcemu trudno rozeznać się w gmatwaninie zaszłości, i mnogości tak wielu ludów – już to tych dzikich, już to tych ogładzonych przez rozmaitych władców.

Swego czasu nawet Strabon pogubił się w natłoku plemion, które tu pojawiały się i znikały, niewiele po sobie zostawiając. Pisał o Scytach, zwanych dahajskimi, ale gdy kiedyś go wypytywałem o rozmaitości z najdalszych, znanych mu krain, ciągle mylił nazwy. Raz mówił o Dahach, raz o Partach, resztę miał za Scytów, chociaż zdawał sobie sprawę, że jest ich wiele odmian. Byli jeszcze Sakowie, którzy dotarli do Armenii, ponoć aż z Baktrii, i przemieszali się z innymi narodami. Po drugiej stronie morza, ku północy osadził Kadusów i jeszcze trzy inne plemiona, w tym Kaspiów, od których wywiódł inną tego morza nazwę. Ale ludy te, wielce tajemnicze, rozpłynęły się chyba w pomroce dziejów, i trudno powiedzieć, czy są tu jeszcze jakieś ich ślady.

Gdy czyta się książki w bibliotekach, wszystko wydaje się poukładane i wyraźnie podzielone. Lecz to, co dotąd widziałem po drodze, przekonało mnie, że co innego manuskrypty, a co innego życie. Tu jest ciągła zmienność, w której wszystko może się zdarzać, są walki królów, wzajemne zabijanie, jedni drugich najeżdżają, grabią, wypierają z ziemi i dobytku. Ale w czas spokoju zwyczajni ludzie pospołu ze sobą handlują, wymieniają nie tylko towary, ale i kobiety, wydeptują wspólne szlaki. Przy okazji rodzą się mieszańcy, którzy nieraz sami nie wiedzą  kim są, a plemiona się przenikają, rozdzielają, lub łączą w nowe gromady. Chyba nawet bogowie są w kłopocie, bo ciągle im kogoś przybywa, albo ubywa.  Musiałem więc szukać własnego klucza do rozróżniania tego, co sam oglądałem. A co mnie czeka dalej?

Ukradkiem obserwowałem Aszę, ciekaw, co też zamierza zrobić. Częściej niż zwykle rozmawiała teraz z bratem na osobności, kilkakrotnie zauważyłem, że sama z siebie zasięga języka u miejscowych, gdy zatrzymywaliśmy się na postój w osadach. Najwyraźniej wypatrywała znaków, po jakich rozpozna, że zbliżamy się do znanych jej ziem. Nic jednak mi nie mówiła, jechaliśmy więc jakby nigdy nic, wciąż na wschód, mając morze po lewej ręce. Po długich tygodniach podróżowania po górskich wertepach, teraz jazda była nie tylko łatwiejsza, ale i bardziej przyjemna.

Uroda i bogactwo natury tej krainy między wielkimi górami, a wielką wodą, niezwykłe robiły wrażenie. Asza nadal polowała, ale karmiliśmy się głównie rybami i owocami, których obfitość i różnorodność przechodzi tu wszelkie wyobrażenie. Wedle mojej rachuby czasu był już początek wiosny, czuło się to w cieple powietrza i słońca. Naszło nas nie tyle rozleniwienie, ile pewne rozluźnienie nastroju, a przez to i spowolnienie jazdy. Robiliśmy dłuższe postoje dla odpoczynku, dokładnego oporządzania i siebie, i dobytku, wreszcie dla wytchnienia koni, które dzielnie zniosły przeprawę przez góry. Jednakże uśpienie czujności, naturalne w tych okolicznościach i stanie ducha, omal nie skończyło się dla nas tragicznie. Szczęściem uszliśmy cało z opresji, a zdarzenie, jakie się nam przytrafiło, miało i ten jeszcze dodatkowy skutek, że rozstrzygnęło moje uczuciowe wahania i wątpliwości, związane z Aszą, i przyszłością  naszych stosunków.

Przez wszystkie minione miesiące ani razu nie znaleźliśmy się w prawdziwym niebezpieczeństwie. Na ziemiach syryjskich, głównych dróg skutecznie strzegą patrole legionowe, zaś w górach, dzięki przygodzie ze szkłem fenickim, wieść o kapłanie słońca  niosła się przed nami, i robiła swoje. Przyjmowani życzliwie, byliśmy przez jakiś czas niejako pod ochroną mojej powagi, może dlatego górskie bandy zostawiały nas w spokoju. Potem, za jeziorem Spauta, wtopiliśmy się w ludzkie mrowie, jako obcy, ale zwyczajni, wędrowni kupcy. Ja sam, w owych spodniach, podróżnym kaftanie, i z owiniętą głową, z powodzeniem uchodziłem za partyjskiego mieszańca, mającego na służbie greckiego siłacza, który samą swą posturą odstraszał drobnych awanturników. Scytyjskie rodzeństwo budziło większą już ciekawość, głównie nieufność, rzadko jednak kiedy otwartą wrogość. Zdarzały się przez nich  drobne scysje, ale w sumie niegroźne, głównie w miasteczkach, nie na drogach.

Dolan ze swoim złodziejskim doświadczeniem, czujnie wyłapywał zawczasu chętnych nas podejść i okraść. Sam zaniechał łotrzykowskiego procederu, choć zdawało mi się nieraz, że podłapywał to czy owo na targowiskach, bardziej jednak by nie wyjść z wprawy, niż z potrzeby. Poznawałem to zawsze po jego łobuzerskim spojrzeniu i zadowolonej minie. Asza pilnowała go uważnie, i nie raz, nie dwa strofowała na boku, gdy tylko powzięła podejrzenie, że chłopakowi mogłoby przylepić się niepotrzebnie coś do rąk. Nie, żeby miała na względzie hołdowanie cnocie uczciwości, rozumiała jednak lepiej od niego, że nie potrzeba nam dużych kłopotów z byle przyczyny. Dla nich branie łupów – nawet drobnych – to rzecz normalna, miarkowana nie tyle wyższą uczciwością, ile zachowaniem bezpieczeństwa w ich zdobywaniu.  Barbarzyńcy trzymają się tej samej, odwiecznej zasady, jaką rządzą się ludzie najbardziej nawet możni, wielcy, i oświeceni – zawsze i wszędzie.

Było tak. Pewnego dnia po zejściu z gór, około południa, jechaliśmy zwolna, we trzech przodem, z luzakami, natomiast Asza kręciła się po okolicy, i została trochę w tyle. Wtem z pobliskiego lasu wypadło kilku jeźdźców, otaczając nas, wymachując bronią, z wyraźnym zamiarem wszczęcia walki. Dobyliśmy z Agisem mieczy, jaki kto miał, Dolan wyjął swój długi nóż, lecz i tak przewaga była po stronie napastników. Wyglądało to niezbyt obiecująco. Naraz jeden z nich zachwiał się w pędzie, i spadł z konia, ze strzałą w piersiach. Nie minęły dwie chwile, gdy to samo spotkało następnego. Agis, bez namysłu ruszył miedzy dwóch innych, i w kilku ruchach zakończył ich mizerny żywot. Wieloletnie wyćwiczenie potężnego legionisty z łatwością wystarczyło na szybkie uporanie się z impetem niezbyt rosłych i mniej doświadczonych napastników. Mnie udało się obalić kolejnego na ziemię, a tam już czekał chłopak, i szybkim ruchem poderżnął mu gardło. Dał się wreszcie słyszeć świst jeszcze jednej strzały – z równie śmiertelnym skutkiem jak przy dwóch pierwszych. Pozostali trzej bandyci zawrócili, i rzucili się do ucieczki. Najwolniejszego z nich dopadł jeszcze Agis, dwaj ocalali zdążyli umknąć do lasu.

Na ziemi leżało pięć trupów, nie wiadomo skąd, z jakiego plemienia. Trzy obce konie uciekły, dwa stały z boku, jakby zdziwione całą tą sytuacją. Wszystko odbyło się błyskawicznie, nad wyraz sprawnie, i – co najważniejsze – skutecznie. Działaliśmy odruchowo, w obronie, lecz to Asza pierwsza, jeszcze z oddalenia, zainicjowała atak, wyprzedzając w tym bandytów, i wprowadzając miedzy nich zamieszanie. Teraz, spinając konia, objeżdżała leżące ciała, z tryumfującą miną, a Dolan obszukiwał je, sprawdzając czy nie okazują jeszcze oznak życia. Wreszcie zeskoczyła z konia, i pochylając się nad ofiarami zaczęła wyjmować z nich strzały. Z niepomiernym zdumieniem spostrzegłem, że za każdym razem maczała palce w ranach, oblizując je potem z wielkim ukontentowaniem. To samo nakazała czynić bratu. Obydwoje dopełnili tego rytuału bez słowa, z pewnym namaszczeniem, niczym para zwycięskich drapieżników, kontentujących się zdobyczą.

Widok ten poruszył mnie, aż do obrzydzenia. Czytałem, że Scytowie piją krew pokonanych wrogów, lecz co innego lektura, a co innego naoczne świadectwo owego barbarzyńskiego obrządku. Dobrze, że obyło się bez obcinania głów, i ich oprawiania! Wiara w to, że pastwienie się nad trupem zabitego wroga ma jakiś wyższy sens, jest dla mnie oznaką niepohamowania w dzikości. Wiem, że taki jest obyczaj, zdarza się nawet u nas, ale coś się we mnie przeciwko niemu buntuje. Walka jest wpisana w ludzkie życie, zabijamy się każdego dnia, pojedynczo i zbiorowo, ale znęcanie się nad martwymi ciałami – to już zapamiętanie w okrucieństwie, dla którego nie ma chyba żadnego uzasadnienia, nawet w woli bogów.

Przyglądałem się tryumfującej Aszy z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony czułem podziw dla jej waleczności, i wdzięczność za uratowanie nam życia, z drugiej – narastającą niechęć wobec tak mi niemiłej obrzydliwości. Spojrzeliśmy na siebie – ona jeszcze z błyskiem w oku, ja z mimowolnym grymasem niedowierzania – i to wystarczyło, by pojąć, że coś się właśnie miedzy nami zmieniło. Ja nie byłem w stanie dzielić jej radości, ona nie odnalazła we mnie ani zrozumienia, ani tym bardziej aprobaty dla jej tryumfalnego obyczaju. Zwycięska potyczka, choć odniesiona wspólnie, w efekcie przywróciła stan sprzed rozpoczęcia podróży. Znów byłem rzymskim patrycjuszem na swojej fantazyjnej wyprawie, ona zaś barbarzyńską kobietą, powracającą do swego dzikiego ludu. Zrodzona przez czas wędrówki magia bliskości dwojga kochanków ponad tym podziałem ulotniła się.

Dolan poszedł po stojące nieopodal zdobyczne konie, ja zaś podziękowałem Aszy i Agisowi za ich dzielność i opanowanie w niebezpieczeństwie. Nie dało się ustalić, kim byli napastnicy, lecz zgodnie uznaliśmy, że lepiej jak najprędzej oddalić się z pobojowiska. Zebrawszy dobytek, szybko puściliśmy się w drogę. Nie zatrzymując się aż do wieczora, znaleźliśmy w końcu dogodne, dość ustronne miejsce, nieco z boku drogi, między drzewami. Nie rozstawiliśmy namiotów, żeby być w gotowości na wypadek jakiej niespodzianki. Z pewnego względu było to nawet dla mnie wygodne, gdyż nie wiedziałbym, jak się zachować wobec Aszy, gdyby przyszło nam spać razem. Nazajutrz jechaliśmy jeszcze tak samo, aż wreszcie kolejnego dnia, ku swemu zaskoczeniu, ujrzeliśmy okazałe i piękne miasto. Dojechawszy tam znaleźliśmy –  z niemałym wszelako trudem – dom podróżny, gdzie zgodzono się nas przyjąć. Dano nam jedną marną izbę, lepiej od nas miały konie w całkiem przyzwoitej stajni.

Zastanawiałem się, co też to za miejsce. W znanych mi zapisach są różne nazwy, Strabon pisze co innego, Polibiusz co innego, a i tak jest to wiedza z drugiej ręki, nadto dotyczy dawnych czasów wojen Aleksandra i Mitrydata. Skłaniałem się ku wersji mojego nauczyciela, według której powinna to być Karta, albo Tapa, czy, jak chciał Polibiusz – Taga. Wedle ich przekazu, byłaby to stara stolica hyrkańska, niegdyś wzięta we władanie przez Persów, potem przez Greków, a teraz zapewne pozostająca pod rządami Partów. Jeśli tak, to miałbym powody do dumy, gdyż jako pierwszy, zbadałbym te ziemie dokładniej z własnego oglądu i doświadczenia. Sprzyjałaby temu moja niezła już znajomość języka perskiego, jak i mowy różnych plemion, jakich wyuczyłem się po drodze na tyle, że niepotrzebny mi byłby tłumacz.

Na razie przyszło jednak zająć się sprawami praktycznymi. Konieczność uporania się z nimi odsuwała też na później rozmowę z Aszą – tak o naszych stosunkach, jak i o dalszej wędrówce. W pierwszej kolejności sprzedaliśmy zdobyte konie i nieco drobnych łupów, jakie Dolan pozdejmował z zabitych bandytów. Najpierw ostrożnie rozeznaliśmy się w tutejszym pieniądzu, żeby nie dać się oszukać. W tym niezastąpiony okazał się nasz mały spryciarz, który przez dwa dni myszkował po targowiskach i między sklepami, wywiadując się co do cen i zwyczajów handlowania. Następnie znaleźliśmy niezłego kupca – czyli umiarkowanie tylko chciwego, tyle że trudnego w targu. Zysk okazał się i tak spory, a wyliczony w monetach złotych i srebrnych, miał swoją wagę. Część zapłaty odebraliśmy w towarach, które wybraliśmy jako zabezpieczenie na późniejszy handel wymienny w drodze do Sogdy. W sumie wyszło na to, że nie tylko odbiliśmy sobie koszty dotychczasowej podróży, ale i powiększyliśmy to, z czym wyruszyliśmy jeszcze z Nisbis. Nie byłbym Tycjanem, gdybym nie poczuł z tego powodu ogromnego, kupieckiego zadowolenia.

W trakcie tej krzątaniny przy porządkowaniu i uzupełnianiu dobytku, zauważyłem, że Asza odkłada pewne rzeczy w osobne juki. Był to dla mnie znak, że chyba podjęła już decyzję o naszym rozstaniu, i że teraz sposobi się do niego, nawet się z tym zbytnio nie kryjąc. Rozmawialiśmy niewiele, głównie o codziennych sprawach, także o mieście, które trochę obeszliśmy z samej tylko ciekawości. Uznałem, że nie ma co popędzać losu, gdyż rzecz cała i tak wyjaśni się już niebawem, gdy przyjdzie jechać w dalszą drogę. Zresztą, pojawiła się i inna przyczyna, dla której moje myśli skupiały się na zgoła innych sprawach.

Krążąc po mieście, szukałem nie tylko śladów dawnej historii, ale zachodziłem do świątyń wielu bogów, w nadziei, że spotkam jakiego kapłana, który byłby kimś więcej niż tylko strażnikiem swojego ofiarnego ołtarza. Od wyjazdu z Pafos nie miałem okazji poznać człowieka większej wiedzy i głębszej mądrości, kogoś, kto mógłby – gdyby tylko zechciał – odpowiedzieć na wiele nurtujących mnie pytań o tutejszy, całkiem nieznany mi świat. Przez to, że od miesięcy przebywałem jedynie wśród ludzi prostych i nieokrzesanych, żyjąc trudami wędrówki, mój umysł popadł w swego rodzaju uśpienie. Oczywiście, gromadziłem w pamięci wszystko, co widziałem, i czego doświadczałem, by później spisać to w należytej formie, niemniej brakowało mi tego rodzaju rozmów, które pozwalają spojrzeć na wszystko niejako z dystansu, osadzić w szerszym kontekście, i przydać temu bardziej ogólnego znaczenia i sensu. Krótko mówiąc, brakowało mi kogoś – jeśli nie światłego, to przynajmniej zdolnego do owej wymiany myśli, która sprzyja dociekliwości rozumu, a nie tylko przeliczaniu monet.

W mych poszukiwaniach znajdowałem tropy greckie i syryjskie, ale szczególnie rozglądałem się za tym, co perskie, a zwłaszcza – ze zrozumiałych względów – za miejscami kultu Mitry. Dla nas, Rzymian, był on bogiem na wzór Merkurego, Marsa i Jowisza jakby zebranych razem, lecz przenikniętego tajemnym, boskim dobrem, dostępnym tylko wybranym. Czy jednak nasze pojmowanie go było właściwe? Czy dostatecznie głębokie, czy może tylko powierzchowne, i przeinaczone na rzymską modłę?  Tak to już bywa, że ekscytujemy się tym, co dalekie i zagadkowe, ulegając wyobraźni, i przypisując mu więcej, niż w sobie zawiera. Tak, jak najzdrowsze są ponoć potrawy własnej ziemi, tak najsłuszniejsze jest pozostawanie przy własnych bogach, a nie szukanie wrażeń i opieki u obcych. Liczyłem na to, że może tu znajdę jakąś na to odpowiedź. Ta kraina, nieco na uboczu znanego nam świata, była przez wieki perska, a Partowie, którzy nią obecnie władali, choć żadni kuzyni swych poprzedników, to przecież mogliby przejąć ich wierzenia. Moje przypuszczenia sprawdziły się szybciej, niż sądziłem.

Po sprawieniu się z potrzebami dalszej podróży, samotnie krążyłem po mieście, już tylko dla własnej ciekawości, z chęci poznania wszystkiego, co tylko mi wpadnie w oczy. Podczas jednej z takich wycieczek, natrafiłem na sporą budowlę, w kształcie rotundy, z ołtarzem w środku, na którym płonął ogień, dziwnym sposobem, bez drzewa, lecz z podłużnego naczynia. Gdy podszedłem, by mu się przyjrzeć, z boku zbliżył się do mnie człowiek w szatach prostych, ale ze znakami kapłańskimi, ze szpiczastą czapą na głowie.

– Wybacz, panie, mam nadzieje, że nie zakłócam spokoju i powagi tego miejsca – odezwałem się w perskiej mowie, nieco kulawej, lecz poprawnej, trochę już  przećwiczonej w ostatnim czasie.

Kapłan – bo za takiego go uznałem – schylił lekko głowę w powitaniu, i przez dłuższą chwilę milczał, bacznie mi się przyglądając. Speszyłem się nieco, nie wiedząc co robić dalej.

– Witam cię, przybyszu z dalekiego Rzymu – ku mojemu zdumieniu rzekł te słowa po grecku, z twardą nieco wymową, ale jak najbardziej poprawnie. Rozpoznał skąd jestem, choć nie miałem pojęcia, po czym.

– Przenikliwość zawsze budzi podziw, zechciej jednak objaśnić, skąd to przypuszczenie – przeszedłem na grekę, zadowolony, że łatwiej będzie mi się wysławiać. Wszelako zdumienie, jakie we mnie wzbudził, było zaiste niezwykłe.

– Wystarczy uważnie patrzeć, i dobrze odczytać to, co się widzi – odparł z irytującą wyższością w głosie, wyraźnie zadowolony z trafności swego sądu, i wrażenia, jakie wywarł.

– Mógłbyś mnie oświecić, po czym tak sądzisz?

– Jesteś mieszanej krwi – zaczął po chwili, jak nauczyciel, wykładający lekcje. – To oczywiste. Nie Persem, może trochę Partem. Nie Syryjczykiem, nie Medem, nikim spośród okolicznych plemion. Masz za ostre rysy jak na Greka. Postawa i spojrzenie dowodzą dumy i ogłady. Mówisz grzecznie, choć nie układnie. Znasz nasz język, słabo, ale wystarczająco, myślę, że także i kilka innych – to znienacka wtrącił po aramejsku – zatem otrzymałeś dobre wykształcenie.

– To jeszcze o niczym nie przesądza – wszedłem mu w słowo, również w tym samym  języku.

– To prawda – wrócił do greki – Lecz widzę jeszcze inne znaki. Jesteś od dawna w podróży, ubranie masz znoszone, ale porządne, nie biedne. Sakwa podróżna z dobrej skóry, nie z tkaniny, jest mocno wytarta, długo w użyciu, ale ma nowy rzemień, więc stary się wytarł od długiego noszenia. Kryjesz za pasem krótki miecz, którym chyba nieźle władasz. Lecz nie wyglądasz na żołnierza, ćwiczyłeś się więc tylko w jakiejś szkole. Czyli masz staranne wychowanie.

– To wciąż nie świadczy o moim pochodzeniu – dalej próbowałem złapać go na jakimś błędzie.

– Czuć w tobie pewność siebie, choć znalazłeś się z daleka od domu. Nie jesteś ubogi, ale chcesz wyglądać dla ludzi zwyczajnie, i dla ostrożności starasz się miedzy nimi nie wyróżniać. Jednak kupcem raczej nie jesteś. Ich interesują targowiska, a nie świątynie, zwłaszcza obcych bogów. Może jeszcze domy uciechy. Zatem musisz być kimś ciekawym rzeczy i świata.

– Lecz nawet i to nie prowadzi jeszcze do Rzymu

– Jesteś czysty i zadbany. Zapewne byłeś w łaźni, choć nasze nie są zbyt wykwintne. Zatem dbasz i o to, co dowodzi, iż masz taki zwyczaj. A to rzadkie u ludzi pospolitych.

– Nic nie ujdzie twemu oku – roześmiałem się. – Rzeczywiście, tego w podróży bardzo brakuje. Ale od łaźni daleko jeszcze do wniosku aż tak dalekiego.

– Dodajmy dwa do dwóch. Gdy wyeliminujesz jedno, zostaje drugie. Mam przed sobą młodego człowieka, którego stać na dalekie podróże, wyedukowanego, odważnego, gotowego na trudy, ciekawego świata. Powody takiej wyprawy mogą być trzy – szpiegostwo, zysk, albo wiedza. Najpewniej wszystkiego po trochu.

– Mogę być zbiegiem, uciekać przed wrogami.

– Wtedy zaszyłbyś się gdzieś, a nie chodził na widoku.

– Niezbyt pewny argument.

– Szukanie wiedzy o dalekich krajach to właściwość narodów rozumnych, albo zdobywczych. Nie powoduje tobą przymus, bo szybko byś się go w podróży pozbył. Nikt cię przecież nie sprawdzi. Zatem jest w tym własna chęć, jakaś potrzeba, konkretny cel.

– I co z tego? Dlaczego miałbym być właśnie z Rzymu?

– To już domysł, ale chyba trafny. Mam cię za rzymianina, z dobrego domu, w czyjejś służbie, nie wolnego od pewnej uczoności. Wypełniasz jakąś misję, i masz na nią wiele czasu i środków. Prędzej idzie o handel, niż wojnę, bo tu za daleko dla waszego wojska – ostatnie słowa wypowiedział z nieskrywana pogardą.

Wykładał to spokojnie, niczym badacz, pokazujący uczniom ciekawy okaz zwierzęcia,  albo tłumaczący dzieło sztuki. Ale patrzał na mnie z niechęcią, podobnie zresztą jak ja na niego. Nie szło mi nawet o to, co mówił, lecz w jakim  tonie. Rozumował dobrze, choć trochę  na wyrost, dając przy tym odczuć, że nisko mnie ceni. Chciał wzbudzić podziw, nie skrywał próżności. Wspomniałem Marosa z Cypru, który też przecież doszedł, kim jestem, lecz mimo gorzkich słów, jakie wypowiadał pod adresem Rzymu, okazał mi życzliwość jako człowiekowi.  Po tym tu kapłanie niczego takiego spodziewać się nie należało.

– Skąd możesz wiedzieć, na co stać, albo nie stać rzymskie wojska? – należało mu dać odpór, bez wdawania się w długie dysputy. – Jeśli taka będzie wola cesarza, pójdą tam,  gdziekolwiek zechce, choćby i tu.

– Buta nie zawsze popłaca, zwłaszcza gdy nie docenia sił, drzemiących w przeciwniku – zrezygnował już nawet z pozorów grzeczności. – Był już kiedyś taki, który się o tym przekonał. Przyszedł, i zniknął. Bo łatwiej wejść, trudniej zostać. Wielkich narodów nie da się pognębić jedną wojną. Rozważ to dobrze, Rzymianinie, gdy wrócisz do domu, jeśli w ogóle wrócisz – zabrzmiało to niemal jak groźne ostrzeżenie.

 Coraz mniej się mitygował w swojej wyniosłości, co zwolna zaczęło mnie drażnić. Ale nie chciałem odejść jak pouczany natręt.

– Trudno nazwać cię gościnnym gospodarzem, kapłanie.

– Chętniej gościmy tych, których sami zapraszamy.

– Czy masz na myśli Partów? – chce złośliwości, to będzie ją miał!

– To obcy, którzy odejdą, tak jak odeszli Grecy.

– Ale bardzo lubią to, co greckie?

– Polityka i pieniądze opłacają się tylko możnym, również władcom, mniejszym, czy większym. Ale w ludziach jest tu bardzo zła pamięć o Grekach.

– Jednak wiele zostało. Widziałem świątynie Zeusa, Apollina.

– Niewiele tu znaczą. Są dla nielicznych, głownie dla partyjskich wielmożów. Mamy własnych bogów. O wiele starszych. Nie tak dzikich i kapryśnych, wiecznie w kłótniach i sporach..

– Chyba jednak przesadziłeś.

– Sam pomyśl. Zeus włada gromami, żeby karać. Mazda daje światło, a więc i życie. Który żywioł jest bliższy ludziom?

– A wiedza? Sztuka?

– Jesteśmy dziedzicami Babilonu i Chaldei, nawet Egiptu. Gdy tam już czytano z ruchu gwiazd, badano tajemnice natury i człowieka, Grecy pasali jeszcze owce. A nasze  budowle w niczym nie ustępują tamtym.

– Nie widziałem żadnych pomników.

– Bogowie ich nie potrzebują, zresztą pomniki tylko ich pomniejszają. Czcimy ich po swojemu. A ludzie niekoniecznie na nie zasługują. Mamy obrazy, poezję, księgi, piękno i mądrość, o jakich wam się nawet nie śni. Powiedz sam, czyje pismo jest starsze?

– Mowę grecką znasz.

– Ty również. Ale wy jesteście z nich zrodzeni, więc musicie. My jesteśmy sami z siebie, więc korzystamy z tego, co obce, tylko wtedy, gdy nam to wygodne.

– Duch Grecji jednak sięgnął dalej niż wasz. A to coś znaczy.

– Im dalej, tym go mniej, sam się o tym przekonasz. Bo mniemam, że idziesz w świat, żeby to sprawdzić.

– Idę, żeby go poznawać. Nie wiem, co znajdę.

– Dam ci radę, rzymianinie. Patrz uważnie, odrzuć własne uprzedzenia, własną  pychę. Dla was wszystko, co poza waszym zasięgiem, to barbarzyństwo. To prawda, jest go dokoła wiele, za wiele. Znajdziesz go aż nadto. Proś swoich bogów, by cię przed nim strzegli. Ale to, co perskie, doskonale się przed tym broni. Przetrzymamy i Partów. Oni są dla nas jak wy dla Greków.

– Śmiałe porównanie.

– Nie sądź po chwilowych przewagach. Przeminą, a my zostaniemy, bo nigdy stąd nie odeszliśmy. Mają  siłę, wy też ją teraz macie. Ale zadławią się nią, tak jak wy zadławicie się swoją. Nad kim siła zdobędzie władzę w jego duszy, ten w końcu przegra, bo nie rodzi nic, prócz śmierci. W twoim świecie Rzym upadnie, w naszym Persja się odrodzi.

– Mówisz, jakbyś znał koniec dziejów. Kto mógłby nas pokonać?

– Inna siła. I wcale nie musi to być siła oręża, czy państwa. To sprawa ducha. Kto nie ma własnego, kto go nie doskonali, ten obumiera. Kto wie, czy u was, lub obok was, nie zaczyna już wyrastać coś wielkiego, choć teraz jest maleńkie, jak ziarno w ziemi?

– A jakie ty możesz mieć pojęcie o Rzymie?! – podniosłem głos, bo nie wytrzymałem już tego nadętego gadulstwa. – O tym, co w nim wyrasta, i skąd? Co ci daje prawo to takich sądów?

– Mamy swoje wieści, swoją wiedzę. Nie tylko wy bacznie rozglądacie się po świecie. My jeszcze patrzymy w gwiazdy.

Przypomniał mi się księgarz Makryn z Antiochii, który wspominał, iż między jego klientami, interesującymi się historią i mapami, trafiali się również Persowie. Musieli to być ludzie dobrze wyedukowani, którzy mieli jakiś swój cel w tych zakupach. Czyżby słowa kapłana nie były tylko czczą przechwałką? Czyżby oni tu rzeczywiście coś knuli, prawdziwie, lub w tylko swych fantazyjnych urojeniach

– Kimże ty jesteś? Chyba nie tylko zwykłym strażnikiem ognia? – spytałem spokojniej, powściągając złość.

– Nie musisz tego wiedzieć – nie ustępował w swej wyniosłości.

– Też umiem  patrzeć, słuchać, i składać dwa do dwóch – postanowiłem nie być dłużny pyszałkowi za jego mentorstwo. – Owszem, jesteś kapłanem, ale we własnym mniemaniu także osobliwym zarządcą resztek dawnej świetności, próbującym zachować je w nadziei na powrót swoich królów. Samozwańczym, albo naznaczonym depozytariuszem minionej władzy, która w ukryciu czeka, by kiedyś powrócić – mówiłem tak, jak cesarski wysłannik do prowincjonalnego utracjusza, gotów wysłuchać petenta.– Ale to mrzonki, imaginacja, zrodzona z żalu za utraconą przeszłością.

– Nic nie jest utracone, bo dawność trwa w teraźniejszości. A ona rodzi przyszłość – jego pompatyczność przekraczała już granice dobrego smaku.

– Brzmi ładnie, ale historia nie ogląda się za siebie. Rachuje poniesione straty, i  planuje przyszłe zyski po swojemu, nie naszą miarą. Owszem, Klio, jak to kobieta, bywa kapryśna. Ale nie liczyłbym na to, że uda się ją uwieść dla własnych celów.

– Cóż za greckie pomieszanie taniej poetyczności z prostym kupiectwem! Wychodzi z tego prostacki fatalizm! Jakoś mi nie pasuje do rzymskich podbojów.

– Brak argumentów zbywasz mało zgrabną ripostą.

– Chciałem jedynie zauważyć, że siłą kieruje wola.

– Zwycięska tylko wtedy, gdy rozważnie miarkowana wedle praw boskich. I zdrowej kalkulacji.

– Czyżbyś podejrzewał, że brakuje nam rozwagi, albo roztropności?

– Nie mnie sądzić o waszych sprawach. Ale zechciej, proszę, przyznać, że mam prawo widzieć rzeczy po swojemu. Bez filozofii, za to praktycznie – odparłem pojednawczo, gdyż naraz przyszedł mi do głowy pewien pomysł. – Może cię to zainteresuje? – zawiesiłem dwuznacznie głos.

– Każda rozsądna opinia może okazać się cenna – kapłan zdawał się wyczuć, że zmierzam do czegoś więcej, niż tylko szukania przewagi na słowa.

W trakcie podróży skrzętnie zbierałem w pamięci wszystko, co wynikało z powinności  cesarskiego agenta, mającego rozeznać się w rzeczach przydatnych dla rzymskiej polityki w Azji. Przygotowany do prowadzenia stosownych rozmów, w pierwszym rzędzie z możnymi i bogatymi, w wielkich miastach i stolicach, nie przypuszczałem jednak, że nadarzy się po temu okazja przy ołtarzu prowincjonalnej świątyni w dalekiej Hyrkanii. Wątpiłem, że dowiem się tu czegoś przydatnego dla mojej misji. Dziwna ta rozmowa, w dziwnym miejscu, na nieznanym nam krańcu świata, dawała do myślenia, ale niewiele chyba mogła wyjaśnić. Niemniej, spróbować zawsze warto, zwłaszcza że nawet drobiazgi mogły okazać się znaczące dla zrozumienia sensu oglądanego, acz mało czytelnego obrazu świata, w jakim się znalazłem.

Moja wiedza o nim była dość ograniczona. Z dochodzących do Rzymu wieści, wyrywkowych, i opatrywanych sprzecznymi komentarzami, wynikało, że królestwo Partów to zbieranina rozmaitych, rządzących się po swojemu rodowych państewek. Im dalej od stolicy, tym więcej zamętu i intryg, zamienianych w osobne sojusze. Ze słów kapłana można było wnosić, że stoją za nimi także przyczajone siły perskie, szukające sposobności, żeby powoli rozsadzać to niepewne imperium od środka, i przywrócić dawną władzę. Dla nas mogłaby to być ważna przesłanka w rozgrywaniu spraw partyjskich, także z bliższą nam Armenią. Choć nie tylko.

Z Persją mało kiedy nam się dobrze udawało. Stała miedzy nami Syria, obok Armenia, a kolejne próby przejścia dalej kończyły się na trudnych walkach z Partami, którzy na dobre rozsiedli się nad  Eufratem, i urośli w siłę. Zaczął jeszcze Sulla, ze zmiennym szczęściem. Lukulls stanął nad perską granicą, chciał iść dalej, ale został odwołany do Rzymu pod ciężkim oskarżeniem. Pompejusz ułożył się pokojowo na granicach, a za jego namiestnictwa nie było żadnych zatargów ani z Persami, ani z Armenami.  Niestety, potem doszło do straceńczej wyprawy Krassusa, która pohańbiła rzymskie legiony. W kilka lat po nim, Antoniusz wszedł do Medii, nieudanie ugrzązł pod Pratą, by w końcu zarządzić niesławny odwrót znad jeziora Van. Dobrze że choć na honorowych warunkach. Dwie kolejne jego wyprawy również zakończyły się klęską. Na szczęście August dał sobie spokój z wojnami, i bardziej zawierzył posłom, niż wodzom, skupiając się na królewskim dworze w Ktezyfonie. Chytrość i intrygi przyniosły wiele korzyści, ale wszystko pozostawało chwiejne, gdyż w Partii ciągle wrzało, zarówno między licznymi kandydatami na władców, jak i miedzy dawnymi rodami perskimi.

W partyjskiej stolicy rządził teraz osadzony przez wielkie rody dawny władca Medów, Artaban, co ciekawe – sam z Dahów. Wypędził Wononesa, Augustowego protegowanego, i zaczął sprawiać nam same kłopoty, aż do chwili, gdy Germanik zawarł z nim pakt w imieniu Tyberiusza. Spokoju jednak nie było, gdyż co i raz wyrzynał w pień różne rody książęce, czym zasłużył sobie na szczerą nienawiść i swoich, i Persów. W państwie panowała przemoc, chaos pogłębiał się z roku na rok. Swoje białe rączki przykładały do tego liczne królewskie żony i kochanki, liczące na sukcesję dla swej progenitury. Dzięki nim, ich miksturom i uwodzicielskim zabiegom, trupów na dworze było więcej niż myszy w pałacowej kuchni, co tylko pogłębiało rozpad władzy.

To musiało zachęcać rodowitych Persów do szukania sposobności pozbycia się obcych panów. Być może, przypadkiem natknąłem się właśnie na odprysk owych knowań, a mój kapłan miał w tym jakiś swój udział? Jeśli było w tym coś na rzeczy,  to warto wybadać co, i jak. Zapewne nie poznam żadnych szczegółów, ale może choć dowiem się, czy takie zamysły mają w ogóle jakiś sens i przyszłość.

– Wiedz więc, że myślę, iż zza tego ołtarza działasz w jakichś spiskach, według jakiegoś planu, prawdziwego, lub urojonego. Nie tylko służysz swemu bogu, ale chciałbyś też prowadzić grę o bardziej ziemskie sprawy – zacząłem nazbyt może otwarcie, lecz uznałem, że lepiej od razu wyłożyć swój zamysł, niż przerzucać się zbędnymi słowami.

– To nie żaden praktyczny wniosek, tylko twoje wrażenie – spuścił z tonu, lecz podjął wątek. – Może być zwodnicze – wyczułem czujność, ale i gotowość do dalszej rozmowy.

– Powiedzmy. Ale i ja coś ci poradzę. W takich grach lepiej szukać sojuszników, niż mieć wszystkich za wrogów – była to ostrożna zachęta do tego, by w swych kalkulacjach patrzył dalej, niż na własne podwórko. Choćby i w stronę Rzymu.

– To rada, czy oferta?

– Za mało wiem, i za mało mogę, żeby cokolwiek oferować. Ale tak podpowiada rozum i wiedza.

– Na rozumie ci nie zbywa, na wiedzę trzeba zasłużyć – kiepsko i nazbyt butnie, ale jednak dawał do zrozumienia, że nie jest od tego, by przyjąć moje słowa za dobrą monetę.

– Nie zwykłem o cokolwiek prosić. I to nie ja tu miałbym na coś zasługiwać –  aluzje powinny mieć jakieś granice rozsądku.

– Nie byle kim musiałby być ktoś, kto tak stawia sprawy – odparł po dłuższej chwili,  okazując wątpliwość, czy z jego punktu widzenia rozmowa ma jakikolwiek sens.

– I nie byle kim musiałby być ten, z kim warto by je rozważać – odparłem pewniejszym głosem, widząc, że połknął przynętę. Próżność to niezwykła, archimedesowa dźwignia dla poruszania ludzką naturą.

– Obydwaj znamy siłę pochlebstwa – nawet się uśmiechnął. – Ale nie przeceniajmy się wzajemnie.

– Doskonale. Czym zatem mógłbyś mnie przekonać do swoich racji?

– Przypomnieniem praw natury.

– A dokładniej?

– Partowie są kolosem na glinianych nogach – zaczął. – Król panuje w stolicy, ale im dalej od niej, tym jego władza słabsza – potwierdzał moje przypuszczenia – Ma ambitnych synów, którzy niebawem skoczą sobie do gardeł i zaczną domowe wojny. Rozegranie jednych  przeciw drugim, i wzmożenie chaosu, da sposobność, by dalekie prowincje, choćby takie jak nasza, utworzyły własne sojusze, dając  początek nowym układom. Same w sobie są jeszcze za słabe, żeby zagrać o duże stawki, ale wzmocnione, stanowiłyby dużą siłę. Czy wyrażam się jasno?

– Jak najbardziej. Ale każde wsparcie ma swoją cenę. Potrzebne są gwarancje.

– Ludzie rozsądni zawsze mogą się porozumieć.

– Trzeba mieć z kim.

– O to się nie martw. To, co teraz pozostaje w cieniu, ma niebagatelną wartość. Nie do przecenienia.

– Trudno szukać po omacku.

– Kto prawdziwie zechce, znajdzie drogę.

– Przyznasz, że niezbyt dokładna to wskazówka.

– Daruję ci szczegóły. Ale wspomnij to, gdy wrócisz do  Rzymu.

– To rada, czy oferta? – zaśmiałem się, odwracając pytanie.

– Wedle uznania.

– Zapamiętam.

– I przekaż, jeśli znajdzie się kto chętny, by tego wysłuchać.

– Sam decyduję, co zechcę powiedzieć, i komu.

Nie było moim zadaniem wiązać się słowem w żadnych sprawach, tylko patrzeć i słuchać. Ale to rzecz godna zastanowienia. Mało kto u nas coś takiego rozważa, bo wiedza o tak dalekich miejscach jest niewielka, a i niepewna, nie wolna od uprzedzeń. Czy nie warto tego zmienić?

– Chcę wierzyć, że znajdziesz ciekawych słuchaczy – jakby czytał mi w myślach. – Życzę i tobie, i sobie – dodał po chwili – by tak się stało.

– Nieprędko będę miał taką sposobność. Ale obiecuje, że ich poszukam.

– Niech więc bogowie doprowadzą cię zdrowo z powrotem do domu – na tym skończył, w bardziej już przyjaznym tonie. Dotąd krążyliśmy wokół ołtarza, teraz gospodarz skierował się ku wyjściu.

– Czeka mnie jeszcze daleka droga – zmieniłem temat, widząc, że nie ma co dalej ciągnąć tego dialogu.

– I niebezpieczna.

– Radziłem sobie dotąd, poradzę i dalej.

– Strzeż się. Czeka cię kilka dni przeprawy przez ziemie wilków i demonów. W drugie możesz nie wierzyć, choć to mało roztropne, lecz pierwsze są aż nadto prawdziwe, by je lekceważyć.

– Dziękuję za ostrzeżenie.

– Dalej są strażnice i mury obronne, po Grekach. Siedzą w nich Partowie. Tam są ciągłe walki.

– Z kim?

– Dahowie. Ludy północy. Scytowie. Idź na wschód, ale bardziej ku południu, to ich ominiesz.

– Będę pamiętał.

– Bardziej na północ są Sugudowie. Ich kupcy wędrują do nas z towarami, mają mocne eskorty. Groźne. Lubią sobie poszaleć.

– I tak się na nich natknę. Nie tu, to dalej.

– Domyślam się, że zmierzasz do Baktrii.

– Czemu tak uważasz?

– To chyba oczywiste. Oprócz wiedzy jest jeszcze złoto. I karawany na zachód. Tam biorą swój początek.

– Nie jestem kupcem.

– Kto wie, kim naprawdę jesteś? Rzym nie wysyła w takie wędrówki byle kogo.

– Nie musisz tego wiedzieć – znów oddałem mu jego własne słowa.

Wyszliśmy poza obręb świątyni, pora była się pożegnać.

– Nie spotkamy się już więcej – znów popadł w swój mentorski ton. – Chcę jednak wierzyć, że to spotkanie nie zatrze się w twojej pamięci. Może nawet przyniesie dobre owoce.

– Zapewniam cię, że pamięć mam nienajgorszą. Skorzystam z niej, gdy nadejdzie stosowna chwila.

Na zakończenie znów mnie zaskoczył, tym razem uwagą, która świadczyła o tym, że pojawianie się nieznanych, a dziwnych przybyszów bacznie jest tu obserwowane. A już tak niezwykły ich skład wzbudzać musi wzmożoną ciekawość.

– I jeszcze jedno. Uważaj na Scytów. Mimo wszystko – podkreślił znacząco – są wrogami, i dla was, i dla nas. Błędem byłoby sadzić, że dają się obłaskawiać – nader spostrzegawczy i skuteczni musieli być jego szpiedzy..

– Potraktuję twe słowa jako dowód, że jesteś kimś więcej, niż tylko kapłanem przy swoim ołtarzu – skwitowałem jego aluzję z uznaniem.

– Takiej odpowiedzi się spodziewałem – roześmiał się, zadowolony, że okazał swoją przewagę. – Żegnaj, rzymianinie. Moje dobre myśli pójdą przed tobą. Tam, gdzie dotrą, nic złego cię nie spotka. – Skłonił się, odwrócił, i szybko zniknął w głębi dziedzińca.

Ostatnie słowa zabrzmiały niczym swego rodzaju obietnica, osobliwa gwarancja bezpieczeństwa. Już wcześniej przekonałem się, że wyprzedzające wieści z dobrym

przesłaniem więcej znaczą w obcym kraju, niż złoto, czy dary. Czyżby dał mi do zrozumienia, że ktoś tu weźmie mnie pod ochronę? Rozsądek podpowiadał, że nie ma co liczyć na tak złudne nadzieje. Dobrze, jeśli odprawi za mnie modły, lub złoży jaką ofiarę.

Wracając, zastanawiałem się, jak wielką pułapką dla rozumu bywa nasza próżność, zdolna zaćmiewać widzenie właściwej miary rzeczy. Czy naszą rozmowę, choć ciekawą, nie należało aby uznać za chwilową ekscytację lichych statystów historii, którym przez chwilę wydało się, że odrywają w niej ważne role? Czy w swym  zadufaniu, zrodzonym z gry wyobraźni, w chęci pokazania się, nie odegraliśmy teatru dwóch kiepskich aktorów, którzy po rozejściu się wracają do szarej rzeczywistości? Myśli te wzbudziły w mej duszy niejakie rozbawienie, gdym wspomniał, jak bardzo chcieliśmy wydać się sobie ważni, nawet wpływowi. I jak bardzo chcieliśmy, choć przez moment, wierzyć, ze tak jest naprawdę. Obcy wędrowiec w wytartym ubraniu, i prowincjonalny kapłan przy małym ołtarzu, gdzieś na obrzeżu świata, rozprawiali o wielkiej polityce, jakby to od nich cokolwiek w niej miało zależeć. Zdało mi się to niemal groteskowe, lecz – jako że nic w naszym życiu nie dzieje się przez przypadek – pewnie i to zdarzenie musiało mieć swój sens. Ale jaki? – doprawdy nie miałem pojęcia.

29. Znów sam

Dwa dni później, skoro świt, wyjechaliśmy z Karty. Dobrze zaprawieni już w podróżnej praktyce, wszystkie niezbędne sprawunki załatwiliśmy szybko i bez zbytniego deliberowania. Wywiedzieliśmy się też dokładnie o drogę w stronę strażnic, o których mówił kapłan. Jechaliśmy spokojnie, zgodnie, jakby nigdy nic, lecz każde z nas, na swój sposób czuło, że wisi między nami niedopowiedzenie w sprawie dalszych planów. Jakaś decyzja zapaść w końcu musiała. I w rzeczy samej, stało się to prędzej, niż przypuszczałem, bo już tego samego wieczora, gdy rozbiliśmy namioty i uszykowaliśmy się do nocy.

Pomny ostrzeżenia przed wilkami nakazałem trzymać ogień większy niż zwykle. Ustaliliśmy kolejność wart, zadbaliśmy też o konie, słowem – wszystko odbyło się według utartego porządku. Jednakże Asza zwlekała z wejściem do namiotu, ja zaś czekałem tam z mieszanymi uczuciami. W mieście spaliśmy wszyscy w jednej izbie, lecz teraz znów, po staremu, mieliśmy być sami w naszym legowisku.

Po przygodzie z bandytami, kiedy na krótką chwilę objawiła się jej dzika natura, nieskoro mi było do dawnej bliskości. Z jednej strony brakowało mi jej, z drugiej, coś mnie przed nią wstrzymywało. Od tamtego wydarzenia zapanowało pewne skrępowanie, ulotniła się swobodna otwartość, owa naturalna szczerość, dzięki której można wiele powiedzieć wprost, bez szukania wykrętów, i bez obawy o wzajemne ranienie się słowami. Tak to jest, gdy ludzie nie wyjaśniają sobie rzeczy dla nich ważnych od razu, gdy się dzieją, pozwalając,  by z czasem imaginacja przydała im przeinaczonych znaczeń i barw.

Weszła do środka, usiadła koło mnie bez słowa, pochyliła głowę. Palcami przebierała zawieszony na szyi mały sznur kolorowych kamyków, który jakiś czas temu, w odruchu serdeczności, kupiłem jej dla ozdoby na jednym z odwiedzanych targowisk. Trwało to dłuższą chwilę, zanim wreszcie przerwała milczenie.

– Na nas już czas.– oznajmiła krótko, bez żadnego wstępu. – Jutro ruszamy do swoich.

Spodziewałem się tego, niemniej trochę mnie zaskoczyła zdecydowaniem swego stwierdzenia. Nie pytała o zdanie, po prostu oznajmiła podjętą decyzję. Cicho, spokojnie i rzeczowo, ale kategorycznie.

– Tak postanowiłaś?

– Tak być musi.

– Jesteś pewna, ze to już tu?

– Jestem pewna, że teraz.

– To nie to samo.

– Na jedno wychodzi.

– Szkoda.

– Ale tylko trochę, prawda?

– Czemu tak uważasz?

– Nie jest już tak, jak było. I nigdy nie będzie.

– Jest inaczej. Trudniej. Sam już nie wiem.

– Ale ja wiem. Zobaczyłeś, że jestem inna, niż ci się zdawało. Nie spodobało ci się to.

– Nie za bardzo.

– Ale tak jest. I nic tego nie zmieni. Dobrze to wiesz.

– Wiem – odparłem, i zamilkłem.

Padły krótkie słowa, bez dodatkowych wyjaśnień, bez żadnego tłumaczenia. Niezależnie od tego, co które czuło, doskonale rozumieliśmy, że rozstanie jest nie tylko konieczne, ale naturalnie oczywiste. Każde z nam, po swojemu czuło i wiedziało, że należymy do aż nadto odmiennych światów, że żadne nie potrafiłoby zrezygnować ze swego, i nie dałoby rady na dłużej żyć cudzym powietrzem. Połączyła nas wspólnota wędrówki, ale nie celu i planów na życie. Dzieliło wszystko inne, co w trudnej drodze nie miało aż takiego znaczenia, lecz co dałoby o sobie znać, i okazało się ważące w osiadłym życiu rodzinnym. W istocie, gdyby nie bliskość, zrodzona z uczucia i namiętności, taka rozmowa nie miałaby sensu, ani w ogóle miejsca. Ot, dwoje ludzi, którzy spotkali się na szlaku i wspierali czas jakiś, w pewnej chwili rozjeżdża się, każde w swoją  stronę, bez wzajemnych zobowiązań, może nawet z dobrą o sobie pamięcią. Wolni, skoro nie czynią sobie zła, nie muszą się z niczego tłumaczyć, ani przed nikim.

W naszym przypadku wolności tej mogłoby stanąć na przeszkodzie pragnienie  wspólnej przyszłości, ale przy tak zasadniczej naszej odmienności, nawet gdyby przemknął miedzy nami jej cień, byłaby ona pozbawiona szans na spełnienie, jakiejkolwiek racji bytu. Czyż nie jest paradoksem, że owo nielogiczne uniesienie, zwane przez poetów miłością, by trwać i owocować, też musi być jakoś logiczne. Chyba ze staje się całkowitym oddaniem, wręcz zapamiętaniem, i zatraceniem samego siebie? A to nigdy dobrze się nie kończy, może tylko wtedy, gdy jest uczuciem matki do ukochanego dziecka. Ale i z tym różnie bywa, czego dowiódł tragiczny los Medei.

Dopiero teraz zrozumiałem, jak wielkim poświęceniem był przyjazd do Rzymu mojej prababki z dalekiej Partii. Gdyby nie urodził się był tam syn, którego Lucjusz od razu zgodził się uznać za swego prawowitego potomka, zapewne nie zdecydowałaby się na taki krok. To tylko przypuszczenie, lecz chyba słuszne. Zresztą, córka dworskiego medyka, kobieta nieźle  wykształcona, z greckim wychowaniem, nie ryzykowała znów tak wiele. Nie zmieniała całego swego świata, tylko miejsce zamieszkania. Nie musiała iść przeciw własnej naturze, nie była barbarzyńskim odmieńcem, raczej interesującą cudzoziemką o tych samych, co my korzeniach. Dzięki swym przymiotom miała ułatwione zadanie, choć i tak trudne ze względów prawnych, ale to zostało uładzone dzięki akceptacji rodziny, także pozycji i sporym pieniądzom Tycjanów.

Przypomniał mi się też Maes, i tamta prosta, szalona i stara dziś kobieta w dalekiej Batnei. Jeśli nawet prawdą miałaby być opowieść owego Gety, to przecież brat Artusa nie poszedł za przykładem swego ojca, nie znajdując żadnej wspólnoty z tamtymi ludźmi. Dochował przyzwoitości wspierając ich pieniędzmi, lecz ani mu do głowy nie przyszło czynić ze swej miłosnej przygody nowej rodzinnej awantury. Zresztą, życie wiecznego wędrowca nie sprzyja zakładaniu gniazda, nawet z kimś bardziej do tego odpowiednim, i godnym włączenia do rodziny. Swój szuka swego i nie powinien od tego odstępować, nawet jeśli czuje jakieś sentymenty. Mają one krótki żywot, a gdy słabną, odmienność zamienia się w obcość, a wzajemne przyciąganie – we wzajemne odpychanie. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę przepowiednia kapłanki Afrodyty o uczuciowym niespełnieniu. Czy chciałbym teraz zatrzymać czas za wszelką cenę? Przecież i tak niewiele by z nich zostało.

Nie było więc co dalej roztrząsać sprawy, rozstawaliśmy się z pewnym smutkiem, ale i spokojnie, bez wzajemnych żalów. Obydwoje dotrzymaliśmy niepisanej umowy z Antiochii. Ja pomogłem im wyrwać się z niewoli, oni pomagali mi w drodze swoją umiejętnością wędrowania i radzenia sobie w nieznanych mi warunkach i nieoczekiwanych okolicznościach. Wiele się przy nich nauczyłem, oni wiele zyskali. Rachunki zostały wyrównane, nie było już żadnych długów do spłacenia. A uczucia? Cóż, tego wcześniej żadne z nas nie brało pod uwagę. Jakkolwiek trudne, nawet bolesne było to dzisiejsze rozstanie, to przecież nie było w nim nic niespodziewanego, gdyż obydwoje mieliśmy od samego początku własne, jasno wytyczone cele, i tylko one się liczyły.

Asza zamilkła, jak też nie kwapiłem się do głębszych wynurzeń. Zresztą, czemu miałyby służyć? Gdy pojmuje się konieczność i nieuchronność zdarzeń, nie ma co z nimi dyskutować. Przeszliśmy więc do spraw porządkowych. Było oczywiste, że wezmą dla siebie konie i to, co niezbędne, także jeden namiot i potrzebną broń. Nie traktowałem tego jako hojność wielkiego pana, zabierali, co im się należy. Tak też ostało to odebrane, zwyczajnie, bez wylewności i zbędnych słow. Nie było już wspólnej drogi, nie było więc i  planów na kolejne dni. Rozjeżdżając się w różne strony, zrywaliśmy raz na zawsze więź, jaka między nami powstała, skrywając w sobie to, co komu pozostanie z niej w duszy i pamięci. Co prawda, bogowie miewają dziwne pomysły, lecz nawet i oni chyba nie przewidywali, że mielibyśmy się jeszcze kiedyś spotkać.

Na koniec ułożyliśmy się spać, nawet nie próbując zbliżenia, a w nocy pilnowaliśmy swej kolejności straży przy ogniu. Gdy obudziłem się o świcie, rodzeństwo było już gotowe do odjazdu, czekając, aż wstanę. Podczas krótkiego pożegnania tylko Dolan jakby się ociągał, zwłaszcza gdy wielki Agis objął go na osobności, i coś szeptał mu do ucha. Poczciwy wojak pokochał chłopaka jak swego, przez minione tygodnie w wolnych chwilach uczył go walki mieczem i nożem, opowiadał o bitwach i legionowych obyczajach. Był dla tego barbarzyńskiego młodzika tym samym, czym kiedyś Strabon dla mnie – trochę mentorem, trochę nauczycielem i opiekunem, Dawny złodziejaszek zniknął, wykluł się z niego bystry młodzieniec, nadal sprytny, zwinny, ale i poważniejszy. I ja uściskałem go serdecznie, ciesząc się, że wraca do swoich, że udało mu się dopełnić swej przysięgi wobec siostry, na koniec wreszcie że nie pomyliłem się do niego, gdym, wbrew ostrzeżeniom Melosa, zajął się nim w syryjskiej stolicy.

Wskoczyli na przygotowane już konie, spięli je w pożegnalnym piruecie, i pędem ruszyli ku północy. Po dłuższej chwili dwie malejące sylwetki rozpłynęły się w oddali miedzy pagórkami i drzewami. Zabraliśmy się z Agisem do zwijania naszego małego obozu, i posiliwszy naprędce, podjęliśmy swoją wędrówkę, tyle że na wschód.

– Chyba żal ci było rozstawać się z chłopakiem – zagadnąłem Agisa, gdyśmy już wyjechali na trakt.

– Polubiłem go. Dzika natura, mocna. Nie przepadnie.

– Trochę będzie nam ich brakowało –  pokrętnie oddałem swój stan ducha po rozstaniu z Aszą. Jeśli nawet racje rozumu biorą górę nad uczuciami, to przecież ich nie gaszą. Musi upłynąć jakiś czas, by wrócił spokój ducha.

– Co robić. Przywykniemy – mój towarzysz trafnie podsumował sytuację. Dotychczas nigdy, ani słowem, ani gestem nie okazał, że go cokolwiek dziwiło w naszych układach ze scytyjskim rodzeństwem. Jego zadaniem było chronienie mnie w drodze, baczenie na zagrożenia, a nie ocenianie, czy osądzanie moich poczynań z kobietą, z która przyszło nam wędrować. Lubił ją, nawet cenił za waleczność, ale do spraw uczuciowych odnosił się nie tyle obojętnie, ile z męskim zrozumieniem dla okoliczności, w jakich się znalazłem. Jego krótkie stwierdzenie kwitowało ten wątek naszej podróży, nigdy też później już do niego nie wracaliśmy.

Im bardziej oddalaliśmy się od morza hyrkańskiego, tym bardziej przekonywałem się, że wiedza, wyczytana w uczonych księgach, na niewiele mi się przydaje. Przede wszystkim musiałem zdawać się na własną ocenę odległości, a tym samym czasu, potrzebnego na dotarcie do Baktrii. Wyliczyłem, że do tej pory przybyliśmy około dziesięciu tysięcy stadiów od Antiochii, lecz ile ich jeszcze zostało do pokonania, tego określić nie byłem w stanie. Ogromu tutejszych przestrzeni nie sposób ogarniać naszą miarą. Przez dwa tygodnie  jechaliśmy dość szybko, mając po prawej stronie ciągnące się góry, z wielką ilością spływających z nich rzek i strumieni. Nie ryzykowałem zapuszczania się w ich doliny, gdyż można było dalej pobłądzić, więc, idąc za  radą perskiego kapłana podążaliśmy wzdłuż linii strażniczych fortów, łączonych zwartym murem.

Był ów mur ogromną budowlą obronną, ciągle powiększaną, tyle że nieregularnie. Pomysł i początek dał jeszcze Aleksander, od którego imienia zwą go niektórzy, opatrując  barwną nazwą czerwonego węża, a to od koloru dużych bloków ceglanych, z których jest składany. Potem przejęli go Persowie, teraz na dobre wzięli się za niego Partowie. To zapora przeciwko barbarzyńcom z północy, przy okazji broniąca dostępu do przełęczy górskich, którymi najeźdźcy mogliby wdzierać się w głąb kraju. Wielkie znaczenie ma ciągnący się obok kanał wodny, ciągle odnawiany, i dobrze utrzymany.  Ku mojemu zdumieniu, wyszło na to, że cały ten pas ziemi liczy sobie niemal tysiąc stadiów, co robi imponujące wrażenie, bo nie ma chyba w całym świecie tak wielkich, zwartych fortyfikacji.

Kraj jest gęsto zaludniony rozmaitymi, plemionami, głownie perskimi i medyjskimi, pospołu obsługującymi zabudowy, i osadzane wokół nich wojsko. Miejscowi znajdują tu zajęcie i niezły zarobek, bo przecież garnizony trzeba obsłużyć, karmić, poić, oporządzać, gdzieś rozlokować, nawet zabawiać. Nie ma osady, gdzie nie stałby piec do wypalania cegły. Ale jest tu też żerowisko dla spekulacji, wszelkiej łobuzerii i występku, tyle że wielkich band nie widać, gdyż zbyt dużo kręci się wszędzie żołnierzy. Nie są oni jednak niezawodnym gwarantem spokoju, gdyż brak im jednego dowództwa, osobne oddziały stoją na najemnikach i niewolnikach, więc i waśni miedzy nimi bywa wiele. Teraz roboty kulały, widocznie coś się gdzieś zacięło, najpewniej rozkradziono pieniądze, jak to zwykle bywa w granicznych prowincjach. Partowie nie byli mistrzami porządku, rządzili lokalni urzędnicy, dodatkowo rywalizujący z wojskowymi. Niby więc budowano, panowała jednak samowola, kto mógł, urządzał sobie tu własne interesy. Nihil novi sub sole.

Bardzo uważnie przyglądałem się temu wszystkiemu, notując w pamięci każdy szczegół, a to ze względu na obietnicę, złożoną Korbulonowi. Podczas przypadkowych rozmów w drodze i w kiepskich gospodach, starałem się wywiadywać o co się dało, udając podróżnika, zachwyconego wspaniałością krainy, i rozmachem w tworzeniu tego  gigantycznego, warownego muru. Raz nawet udało mi się na niego wejść, i obejrzeć, jak jest  urządzony. Szczególną pomocą był mi Agis, który ze znajomością rzeczy i uznaniem ocenił jego przydatność dla prowadzenia walki. Niestety, nie miałem możności obejrzenia od wewnątrz żadnej strażnicy, gdyż we wszystkich – a naliczyłem ich ponad dwadzieścia – stały małe oddziały partyjskich zbrojnych, niechętnych odwiedzinom nieznajomych.

Wzdłuż muru, w pewnym od niego oddaleniu, wiedzie szlak miejscowych handlarzy, których spotykaliśmy wielu, i z którymi poznawaliśmy się, całkiem nieraz przyjaźnie. Dużej wojny akurat nie prowadzono, wielka polityka toczyła się gdzieś daleko, więc ludzie skupiali się na własnych sprawach, wojując ze sobą tak, jak wszędzie wojuje się o lokalne przewagi i zyski, czyli bezwzględnie, chytrze, nawet krwawo. Gdzie spory ruch, tam i sporo chętnych, by na nim ugrać coś dla siebie. Kolejny raz przekonywałem się, że ludzką naturą wszędzie rządzą nieodmiennie te same siły i namiętności, nie ważne, czy to barbarzyński nomada, czy zwykły chłop, czy rzymski senator. Różni ich jedynie forma życia, rodzaj potrzeb, a przede wszystkim skala możliwości i środków działania.

Szanse spotkania tu kogoś, kto od tej reguły odstaje, była właściwie żadna. Ludzi uczonych brak, kapłani, jakich poznawałem w rozmaitych małych świątyniach, swym umysłem pozostawiali wiele do życzenia. Wszelako miałem podstawy przypuszczać, że jakoweś wieści o mnie biegły przed nami, chyba za sprawą owego kapłana z Karty. Otóż w  nielicznych rozmowach ze strażnikami ołtarzy ognia, których nawiedzałem pod drodze,  wyczuwałem jakby ciche zrozumienie dla mojej tu obecności. Być może to tylko imaginacja, lecz dziwić musiało, że nie dotknęły mnie żadne oznaki wrogości ani od nich, ani od nikogo od Persów w miejscach publicznych, gdzie się zatrzymywałem. Na szlaku bywało różnie, ale i tam obywało się bez groźnych utarczek.

Przypisywałem to po części dość już sprawnej znajomości języka perskiego, dzięki której zawsze jakoś udawało mi się zażegnywać nieporozumienia, jeśli do takowych dochodziło. Nie bez znaczenia było i to, że przez cały czas starałem się poznawać trochę obcych słów między miejscowymi plemionami, przynajmniej na tyle, by nie być wśród nich całkowitym niemową. Dzięki wyuczeniu się mowy Scytów szło mi to niezgorzej, gdyż odnajdowałem podobieństwa językowe, bardzo nieraz ciekawe. Postanowiłem sobie, że gdy bezpiecznie wrócę do Rzymu, spiszę kiedyś w osobnej rozprawie te doświadczenia, ku pożytkowi innych, chętnych do wyprawiania się w te strony.

Po niecałych dwóch tygodniach jazdy wzdłuż linii murów i fortów, skręciliśmy w jedną z przełęczy, kierując się ku miastu, o którym wiele zdążyłem już tu usłyszeć. Na szczęście nie jechaliśmy sami. Przyłączyliśmy się bowiem do pewnego handlarza koni, który wraz z synami i sługami pędził spore stado na wielki targ zwierząt, jaki odbywał się gdzieś daleko dwa razy do roku. Przejechawszy góry, znaleźliśmy się na wysoko położonej równinie, wygodnej do podróży, pięknej, choć nie tak już przyjaznej jak ta, po stronie morza. Gdyby bogowie nie zesłali mi tego kupieckiego przewodnika i całą jego gromadę, nie wiem, czy jadąc tędy sami, nie przepadlibyśmy w tej dzikiej krainie z kretesem. Handlarz pewnie prowadził swój dobytek dużymi dolinami, omijając lasy, pełne dzikich zwierząt, nawet węży. Za sprawą tych zagrożeń doszło po drodze do zdarzenia, które przysporzyło mi chwały wśród mych towarzyszy, a którego skutki okazały się wielce dla mnie pożyteczne w dalszej podróży.

Pewnego dnia jeden z synów właściciela stada, przez nieuwagę podrażnił żmiję gdzieś  między krzewami, gdzie się nieopatrznie zapuścił. Młodzieńca starano się ratować, oczyszczając nożem ukąszone miejsce, niemniej nie dawano mu zbyt dużych szans na przeżycie. Wiedziony odruchem postanowiłem wypróbować na nim leki, jakiem był dostał od greckich kapłanów na Cyprze. Rozpaczającemu ojcu zaoferowałem pomoc, a ten, w desperacji, przystał na nią, na wiele jednak nie licząc, gdyż takie ukąszenie traktowano właściwie jak wyrok śmierci. Kazałem ranę obmyć, po czym nasmarowałem ją owym mazidłem, które zalecono mi stosować przy ranach, nadto dając półprzytomnemu do wypicia dwie krople przeciwko truciznom i jadom. Oznajmiłem, że moc tych leków, powinna zadziałać w dwa, lub trzy dni, po czym z niepokojem w sercu zdałem się na los i wiarę w grecką naukę.

Było to z mojej strony wielkie ryzyko, bo od tej chwili brałem odpowiedzialność za tego człowieka, wystawiając na wielki hazard życie własne i Agisa. Jeśli młody umrze, wszystko skrupi się na mnie. Wolałem nawet nie myśleć, co mnie wtedy spotka ze strony tych ludzi. Zawiedziona nadzieja rodzi bowiem nieobliczalne i gwałtowne skutki. Wstrzymano pochód, rozłożono obóz, wszyscy czekali, bacznie przyglądając się, gdym co czas jakiś powtarzał swe zabiegi. Pierwszej nocy przyszła duża gorączka, następny dzień nie przyniósł  poprawy, chory trwał w odrętwieniu – ale wciąż żył, co już samo w sobie było dobrym znakiem.

Wreszcie trzeciego dnia, o świcie, do naszego namiotu wbiegł sam handlarz, wymachując rękami, i krzycząc coś, z czego zrozumiałem, że jego syn wrócił do przytomności. Poszedłem zaraz do chorego, któremu gorąco ustąpiło, ledwo dychał, ale jednak dychał! Podniósł się rwetes,  poczęto zanosić modły do tutejszych bogów w podzięce za cudowne ocalenie. Kamień spadł mi z serca, byłem już bezpieczny. Z niejaką zadumą myślałem, jak wielkie przewagi daje wiedza, nawet jeśli objawia się w dziwacznej zawartości małego, niepozornego pudełeczka.

Gdy słońce wzeszło dostatecznie wysoko, rozpaliłem ogień fenickim szkłem, oznajmiając, że trzeba raz jeszcze oczyścić ranę specjalnie oczyszczonym w nim, rozpalonym  nożem. Przyznaję, że zrobiłem to z próżnego wyrachowania, by dopełnić obrazu niezwykłości własnej osoby. Oczywiście, sztuczka ta wzbudziła niebywały podziw, a zebrani wokół małego płomienia wpatrywali się we mnie z wielkim szacunkiem, nawet z niejakim lękiem. Po raz ostatni opatrzyłem chorego, czyniąc przy tym wiele niby rytualnych gestów, co zostało przyjęte niemal z nabożną czcią. Tak oto znów wróciłem do roli kapłana, nadto jeszcze uzdrowiciela. Wiedziałem, ze może mi się to opłacić, gdyż wieść o sprawie na pewno rozniesie się daleko, co zapewni nam w drodze ludzką przychylność i jakie takie bezpieczeństwo.

Nazajutrz zwinięto obóz, i ruszyliśmy z wielkim pośpiechem, by nadrobić dwa dni wymuszonego postoju. Chory miał się już nieźle, radził sobie z pomocą towarzyszy, mnie zaś wszyscy traktowali z niebywałą atencją Po trzech dniach na równinie pojawiły się gęsto zbite, liczne osady, które pospołu tworzyły coś jakby rozległe miasto, zwane tu miastem koni. Handlarz nie chciał nawet słyszeć, żebym szukał domu podróżnego, tylko dołączył mój namiot do swego obozu około osobnej, wielkiej zagrody, gdzie zapędzono stado. Kilka następnych dni spędziłem krążąc po targowiskach, obserwując kupieckie obyczaje, poznając ludzi, wreszcie podziwiając rozmaite odmiany koni, których spędzono tu nieprzebrane ilości. Przedstawiany wszem jako wędrowny kapłan-cudotwórca mógłbym wręcz pławić się w okazywanym mi podziwie, lecz wolałem nie kusić losu ani nadużywać łaskawości i cierpliwości bogów nadmiernym folgowaniem swej próżności. Panowała tu gorączka złota, toczono spory, dochodziło do bójek. Na szczęście nie musiałam znów uciekać się do popisów medycznych, choć dwukrotnie rozpalałem ogień swoim sposobem, nieodmiennie wywołując  okrzyki niedowierzania i zachwytu.

Pewnego dnia, w dalekim mieście koni, między obcymi ludźmi, doszło do spotkania, jakiego nie wymyśliłby największy nawet poetycki fantasta. Mogło się to wydarzyć tylko za sprawą bogów, którzy najwyraźniej zabawiali się moją podróżą, podrzucając znaki, o zgoła zaskakujących znaczeniach, splatające w jeden węzeł dawne wątki dziejów zarówno Rzymu, jak i Tycjanów. Zwykle wydaje się nam, ze niezwykłości, jakie szykuje los, powinny się objawiać w zaskakujących, wręcz dramatycznych okolicznościach, a nie w zwyczajności przypadkowych z pozoru zdarzeń. Tymczasem tu wszystko zaczęło się od niewinnej chwili odpoczynku przy winie w kiepskiej karczmie, gdzie przybysze i miejscowi ochoczo przepijali pieniądze ze swoich zysków z targowisk. Co więcej, głównym bohaterem owego zdarzenia stał się Agis

Siedzieliśmy przy jednym ze stołów, rozstawionych na dworze, spokojnie obserwując rozbawionych już dobrze gości, i rozważając dalsze plany podróży. Wtem nadeszło kilku młodych ludzi, którym przewodził rosły osiłek, bardzo pewny siebie, i wyraźnie zaznaczający swe wielkie znaczenie. Wyróżniali się odzieniem, wyglądem,  również mocnym uzbrojeniem. Ich dowódca rozejrzał się dokoła, wreszcie zatrzymał wzrok na nas, i z niemiłym uśmieszkiem poprowadził swych kompanów w naszą stronę. O nic nie pytając, dosiadł się po drugiej stronie stołu, reszta rozlokowała się obok, gdzie kto mógł. Zapadła cisza, wszyscy czekali na to, co się wydarzy. Będzie albo pokój, albo awantura. Milczałem, nie chcąc sprowokować przybyszów jakim nieopatrznym słowem czy gestem.

Podszedł służący, spytał, co ma podać. Rozmawiali z nim w nieznanej mi mowie, nie zwracając na nas uwagi. Pozornie wszystko wyglądało zwyczajnie, jak to bywa w takich miejscach i sytuacjach, lecz czułem, że czeka nas jakaś niespodzianka. Zachowywali się bowiem wyzywająco, najwyraźniej szukając zaczepki. Uznałem, że nie ma co kusić losu, dałem znak Agisowi, by dopić wina, a gdy pojawił się znów sługa, niosąc zamówienie dla przybyłych mężczyzn, odliczyłem zapłatę, i wstałem, dając znak do odejścia. W tym momencie przywódca grupy podniósł się, i stanął naprzeciw Agisa, przegradzając mu drogę. Było to wyzwanie, którego nie można było nie podjąć.

Grek spokojnie wytrzymał spojrzenie intruza, po czym powoli odłożył swą broń, dając do zrozumienia, ze wyzwanie przyjmuje, ale proponuje walkę wręcz. Tamten pokiwał głową, również się rozbroił. Zrobiono miejsce, ustawił się krąg gapiów, ciekawych widowiska. I ja stanąłem z nimi, nie dając poznać po sobie, jak bardzo jestem zaniepokojony. Takie obyczaje są dość powszechne miedzy pospólstwem, kiedy idzie nie tyle o zabicie przeciwnika, ile o pokazanie, kto na danym terytorium jest najważniejszy. Kto wygra? Obydwaj byli słusznego wzrostu, silni, Agis nieco górował budową ciała, tamten jednak był o wiele młodszy i chyba zwinniejszy. Doświadczenie i wyćwiczenie dawnego legionisty, stawało naprzeciw młodości i zapalczywości nieznanego wojownika.

Walka nie trwała długo. Zrazu zdawało się, że mój sługa ulega impetowi wielkiej siły, lecz szybko okazało się, że bardziej skuteczna jest wyuczona, i sprawdzona przez lata zręczność w używaniu różnych zapaśniczych sztuczek. Agisowi udało się wreszcie złapać rozpędzonego przeciwnika chytrym chwytem, obalić na ziemię, i przytrzymać na czas dziesięciu uderzeń serca. Widzowie zaczęli głośno odliczać, aż wyszło na to, że mój sługa  wygrał!

Zaszło jednak coś dziwnego. Otóż gdy tak trwali w uścisku, obcy wysapał mu do ucha jakieś słowa, zapewne przekleństwa, a Agis nie pozostał mu w tym dłużny. Gdy wstali, nie rozeszli się, lecz trwali tak, patrząc na siebie, ale bardziej z nieufnym zdziwieniem, niż złością, a po chwili, ku zaskoczeniu zebranych, zaczęli cicho rozmawiać, ale już bez oznak wrogości! Gdy towarzysze pokonanego podbiegli z wyraźnie groźnymi zamiarami, ten powstrzymał ich wymownym gestem, nakazując zachowanie spokoju. Rozochoceni widzowie, spostrzegłszy, że nie będzie dalszej bijatyki, trochę rozczarowani, porozchodzili się do swoich stołów, ja zaś czekałem, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Nareszcie Agis, odszukawszy mnie wzrokiem, ruszył w moją stronę, prowadząc ze sobą osiłka, z którym przed chwilą tak zaciekle walczył.

– Panie, ten człowiek mówi, że chciałby cię poznać – rzekł, gdy już zatrzymali się  obydwaj przede mną. – Zna grecką mowę, i chciałby o coś wypytać – dodał, jakby się tłumacząc z tego dziwnego zachowania, co jeszcze bardziej wzmogło moje zdumienie całą tą sytuacją. Agis był przecież uważny, ostrożny, nieskory do pochopnych poczynań, musiało więc zajść coś szczególnego, co skłoniło go do okazania nieznajomemu aż takiej przychylności.

Krótki opis zdarzenia nie oddaje, oczywiście, jego dramatyzmu, kiedy to niebezpieczny prolog, i zaciekła wojowniczość akcji, zamieniły się w pokojowy finał. Zaciekawiony, nie okazałem niepokoju, mimo że obawiałem się jakieś chytrości ze strony obcego wojownika. Ponownie zasiedliśmy, tym razem we trzech, reszta kompanii, na rozkaz swego przywódcy, odeszła na bok, mając jednak nas cały czas na widoku. Rozpoczęła się rozmowa, jedna z tych bardziej niezwykłych na szlaku mej wędrówki, kiedy okazuje się, że to, co mamy za przypadek, staje się znaczącym znakiem w biegu zdarzeń.

Przedstawił się imieniem Patros, był dowódcą oddziału strażników, chroniących kupca, przybyłego tu, by wymienić znaczną ilość wschodnich towarów na konie. Sogdyjczyk z urodzenia, wywodził się jednak w dalekim pokoleniu z tych dawnych, rzymskich legionistów, którzy po bitwie pod Karrami, jako jeńcy trafili akurat do Baktrii. Jego przodkowi zaproponowano wówczas wstąpienie do wojska miejscowego satrapy, co przyjął, niejako z konieczności, gdyż w przeciwnym razie czekałaby go mizerna przyszłość przy ciężkich robotach. Wyzwolony po jakimś czasie za zasługi, ożenił się z tamtejszą Greczynką, dając początek rodowi wolnych zabijaków, najmujących się do służby u różnych panów. Ojciec Patrosa wyjechał do Sogdy, gdzie żyli inni potomkowie owych pojmanych jeńców, tam już został, przekazując synowi żołnierską wiedzę i tradycję rodzinną, w której osobliwym nakazem było poślubianie kobiet o greckim rodowodzie.

Niegdyś baktryjscy Grecy, potomkowie osadników Aleksandra, wiele znaczyli na tych ziemiach. Opanowawszy tutejsze ludy, stworzyli nawet swoje królestwo, które długo panowało, tocząc nieustanne wojny z Partami. Strabon pisał, że ulegli w końcu ludom Azjów i Tocharów, ponoć też i Saków, czyli tej odmianie Scytów, o których niewiele wiadomo. Część z nich zapuściła się do krain Indów, i tam osiedliła na dobre, próbując tworzyć małe, ale znaczące  księstwa. Wiemy o nich jednak mało, wyrywkowo, bez ładu i składu, nie tylko z braku jakichkolwiek zapisów, ale i wiarygodnych przekazów nielicznych podróżników i kupców. Dlatego z dużą ochotą wdałem się w znajomość z Patrosem, który, choć człowiek prosty, był przecież jako tako obeznany z tutejszą historią. Z tradycji rodzinnej wyniósł znośną znajomość greckiej mowy, tyle że w dawnym brzmieniu, a także nieco naszych słów i zwrotów, które traktował jako dziwaczną  pozostałość swego pochodzenia.

Moje wcześniejsze obserwacje okazały się nader trafne. Gdy Agis obalił go w walce, tamten zaczął odruchowo szpetnie kląć po grecku, i bardzo się zadziwił, że przeciwnik odpowiada mu równie soczystymi wyzwiskami w tym samym języku. Potem, od słowa do słowa, mimo początkowej wrogości, porozumieli się, a on sam, dowiedziawszy się, że jesteśmy przybyszami z kraju jego przodków, wielce się zapalił do bliższej znajomości. Zgodziłem się, acz z pewna rezerwą, więc zasiedliśmy do rozmowy, w której o sobie opowiedział, zadając też sam wiele pytań.

Tak to poznałem człowieka, dzięki któremu dalsza moja podróż przybrała niespodziewany obrót. Oczywiście, nie miałem wątpliwości, że ta sama ręka któregoś z bogów, która prowadziła mnie przez wiele miesięcy, ponownie nakierowała los ku memu pożytkowi. Takiego bowiem zbiegu okoliczności nie sposób sobie inaczej tłumaczyć, jak tylko działaniem siły wyższej.

Fakt, iż mój przodek walczył pod Karrami, niezwykle poruszył Patrosa, gdyż na jakiś sposób czyniło to z nas wspólnikami jednej przeszłości, która zdawała się tu odnaleźć swą jakże nieoczekiwaną kontynuację. Nie powiedziałem, z jakiego jestem rodu, po prostu wspomniałem jedynie o naszej żołnierskiej tradycji. Ostrożnie omijaliśmy drażliwy temat strasznej porażki legionów, zresztą nie miałoby to teraz żadnego sensu. Minął bez mała wiek od czasu wyprawy Krassusa, a nasze przekazy rodzinne, i sądy w nich zawarte, rzecz jasna, bardzo od siebie musiały się różnić.

W tym momencie dla mnie ważniejsze było co innego. Przybyli na targ Sogdowie niebawem zbierali się w drogę powrotną, a mnie zaświtała myśl, czy nie dałoby się skorzystać z okazji, i zabrać z nimi, przynajmniej na czas przejścia do wielkich równin, leżących za pobliskimi górami. Dowiedziałem się zawczasu, że tak właśnie przyjdzie wędrować, więc dobrze byłoby się z nimi umówić w tej sprawie. Mieli swoich przewodników, znających przejścia dla mnie nieznane, miałbym więc pewność, że się nie pogubię, ani nie zatracę, zwłaszcza gdyby przyszło napotkać jakieś wrogie plemiona.

Nie zdradzając się od razu z tym zamiarem, wyraziłem chęć spotkania z jego panem, pod pretekstem ciekawości poznania osoby z sogdyjskiego stanu kupieckiego, gdyż sam, należąc do podobnego w Rzymie, wiele mógłbym dowiedzieć się o ich zwyczajach handlowych. Patros obiecał, że się wywie, jak to ułożyć, wiec obiecaliśmy sobie, że niebawem zejdziemy się, by to domówić. Gdy oddalił się ze swymi kompanami, obydwaj z Agisem rozpamiętywaliśmy jeszcze niedawne zdarzenie, nie mogąc się nadziwić tak niebywałemu zbiegowi okoliczności, wszelako zgadzając się, iż był w nim jakiś zamysł bogów.

Patros słowa dotrzymał, i na trzeci dzień zaprowadził nas do swego obozu, gdzie w dużym, dobrze urządzonym namiocie przedstawił gospodarzowi, jako podróżników z wielkiego, dalekiego cesarstwa Romy, wędrujących dla poznania świata. Dodał też, że moja osoba cieszy się miedzy tutejszymi wielką estymą, jako ktoś  w rodzaju kapłana i uzdrowiciela. Najwidoczniej rozeszła się tu wieść o pomocy, udzielonej niedawno synowi handlarza koni, a także o moich sztuczkach z fenickim szkłem. Sogdyjczyk powitał nas grzecznie, acz z umiarkowanym zainteresowaniem. Na tle widocznego dostatku nie prezentowałem się zbyt okazale, nadto rozmowa mało się kleiła, gdyż porozumiewaliśmy się mieszaniną jego kiepskiej greki i mojej mowy perskiej, co nie dawało możności wysławiania się zbyt okazale i dokładnie. Wprawdzie Patros wspierał mnie jako tłumacz, lecz pierwsze  wrażenia z tego spotkania były raczej niezbyt obiecujące.

Ponieważ gospodarz nie kwapił się do wylewności, nie wspomniałem o moim pomyśle dołączenia do ich grupy w drodze powrotnej. Zamiast tego, ostrożnie rozpytywałem o sprawy handlowe, o karawany ze wschodu, o bezpieczeństwo na ich szlakach. Opowiedziałem mu, jak wielkim powodzeniem cieszą się wschodnie towary w moim kraju, jak wiele ludzie chcą za nie płacić, i jak trudno je zdobywać. Nie byłby dobrym kupcem, gdyby nie dał się wciągnąć w rozmowę o cenach, zyskach, pośrednikach, wreszcie o wartości pieniędzy. Tak też się stało, co dało początek naszym lepszym później stosunkom, choć, z oczywistych względów, nie wyznawałem mu swego mego prawdziwego imienia. Od słowa do słowa, umówiliśmy się na kolejne spotkanie, co uznałem za dobry omen, upatrując w tym szansy na sukces swych planów.

Trwało to czas jakiś, lecz w kilka dni później udało mi się w końcu napomknąć moim nowym, sogdyjskim znajomym o chęci towarzyszenia im w drodze na równiny za górami. Kupiec, przychylniej już do mnie usposobiony, przystał na to dość chętnie, pomny opinii, jaką miałem między ludźmi. Zyskiwał tym kogoś, kto, w jego mniemaniu, może w razie czego być użyteczny, poza tym nie był od tego, by w wolnych chwilach porozmawiać o możliwościach prowadzenia handlu na tak wielkich odległościach, jakie dzieliły Sogdę od Syrii, a dalej od Rzymu i Grecji. Trzeba przyznać, że swym kupieckim zmysłem wyczuwał przyszłość dla wielkich interesów na tych szlakach, choć brakło mu wyobraźni i wiedzy, jak można by je urządzać w praktyce. Oni u siebie nie znali zasady bankowych udziałów w dużych projektach handlowych, każdy działał na własną rękę, co ograniczało skalę ich działań. Z wielkim zainteresowaniem wypytywał o rodzaj rządów rzymskich, szybko też dostrzegł, że wielkie imperium stwarza równie wielkie możliwości dla gromadzenia pieniędzy.

Koniec końców, zgodził się na moją obecność w swej drodze powrotnej,  oddając na ten czas pod opiekę Patrosowi. Agis miał wesprzeć strażników, trochę ich poduczyć żołnierskiego rzemiosła, ja zaś, na prawach gościa, miałem towarzyszyć mu w spędzaniu wolnych chwil na wymianie opowieści o naszych krajach i obyczajach, a w razie potrzeby służyć swymi ozdrowieńczymi lekami. Powściągliwy, zrazu nieco wyniosły Sogdyjczyk, dał tym dowód pewnej ogłady, choć daleki był od nadmiernej serdeczności. Przez kilka dni, dzielących nas od wyjazdu, odwiedziłem go jeszcze dwukrotnie, wiele z tych wizyt wynosząc  wiedzy o krainie, która niebawem miałem zobaczyć na własne oczy.

Gdym powiadomił mego dotychczasowego gospodarza o odjeździe, spotkała mnie miła niespodzianka. W podzięce za uratowanie syna, obdarował mnie wspaniałym koniem nesajskim ze swego stada. Był to gest wielkiej hojności, nad wyraz honorowy, który przyjąłem z podziękowaniem, nadto z cichym ukontentowaniem, jako że wzbogacił nasz mocno już uszczuplony dobytek w pieniądzach i towarach na wymianę. W razie konieczności, za cenę tego zwierzęcia mógłbym przeżyć – skromnie, bo skromnie, ale jednak – kilka miesięcy dalszej podróży, a to miało niebagatelne znaczenie w sytuacji, gdy ledwo sobie wyobrażałem, jak dalej się ona potoczy, i ile jeszcze potrwa. Nasze rozstanie odbyło się z wielkim szumem, pokłonami, wzajemnymi życzeniami pomyślności, wręcz gorąco i hucznie. Udzielono mi też wielu rad i wskazówek co do drogi, czego się wystrzegać, na co zwracać szczególne baczenie. Jednym słowem, pożegnano mnie jak dobrego przyjaciela i dobroczyńcę.

30. Wśród obcych

I tak niebawem ruszyłem wraz z dużą grupą sogdyjczyków w dalszą podróż, tym razem na ziemie, o których pojęcie miałem ledwie szczątkowe i mgliste. Szczęście mi sprzyjało nad wyraz, gdyż miałem iść z nimi aż do samej Baktrii. Fandak – tak bowiem zwał się mój kupiec – pędził stado do miasta, zwanego Merw, gdzie spodziewał się sprzedać je z wielkim zyskiem wysłannikom baktryjskich władców, na użytek ich wojsk. Potem wracał już do siebie, tym razem z towarami, przeznaczonymi dla rodzimych wielmożów. Był doskonałym przykładem na słowa Melosa, który tłumaczył mi, że ludzie to tylko tragarze, na czyich grzbietach wędrują rzeczy, zmierzające do swych przyszłych właścicieli.

Z opowieści Fandaka wywnioskowałem, że krążył miedzy Sogdą, a wschodnią Hyrkanią, zmieniając tylko zawartość swych kupieckich bagaży. Jeden taki obrót podróżny zajmował mu kilka miesięcy, przynosząc wielki dochód.  I choć był już bogaty, to przecież nie spoczywał na laurach, nie oddawał się miłemu lenistwu, lecz po jednej zakończonej wyprawie zaraz planował następną. Taka już jest natura prawdziwych kupców, którzy nie potrafią usiedzieć na miejscu, lecz wiedzeni po równo chciwością, ale i potrzebą ruchu, czy wręcz przygody, także chęcią wybicia na jak największą pozycję, puszczają się raz po raz na hazard, stanowiący sam w sobie sens ich życia.

Jako Tycjan doskonale to pojmowałem, on zaś czuł, że ma we mnie pełne zrozumienie dla swej życiowej postawy. Różniło nas w istocie tylko to, ze ja dodawałem do tycjanowskiego pędu za zyskiem jeszcze poszukiwanie wiedzy, co daleko wykraczało poza praktyczny aspekt wypraw handlowych. Gdym oględnie wspomniał mu co nieco o naszej pozycji i handlowej tradycji rodzinnej, niezbyt dowierzał mym zapewnieniom o znaczeniu ciekawości poznawania świata.. Miał to za kaprys bogacza, twierdząc, nie bez pewnej racji, że to tylko pretekst, kryjący cele handlowe, a może i szpiegowskie, jakie mnie tu przygnały. W jego przekonaniu gromadzenie wiedzy ma sens tylko o tyle, o ile czyni z niej narzędzie, przydatne w interesach, czy polityce. Na pierwszych znał się doskonale, oczywiście na swoją miarę, druga interesowała go na tyle, na ile pomagała, lub utrudniała zdobywanie i gromadzenie zysków.

– Nie ważne, kto rządzi, byle za bardzo ze mnie nie zdzierał, i nie przeszkadzał w wolnym handlowaniu – tak wykładał mi swoją prostą filozofię obywatelską. – Każdej władzy trzeba się opłacać. Jeśli zanadto nie dusi, i zachowuje umiar, niech sobie robi, co chce. Byle pamiętała, że kto chce dostawać złoto, musi zapewniać bezpieczeństwo tym, którzy jej zdobywają.

– A wojny? – spytałem? – Zbyt wojowniczy władca może wpędzać kraj w kłopoty, nawet biedę.

– Wojny były, są i będą, i nieźle daje się nich zarabiać, byle schodzić z widoku, i nie pchać się na bohatera. Płaci każdy. I ten, co chce wygrywać, ale i ten, co przegrywa. Złoto nie ma przyjaciół, ni wrogów, po równo przechodzi z rak do rąk.– Naraz zaśmiał się. – Jednemu się do nich klei, drugiemu nie. Jak komu je posmarowano miodem po urodzeniu.

– Nie rozumiem

– To taki nasz obyczaj. Dziecku smaruje się tak dłonie, żeby były lepkie przez całe życie. Niektórym to się przydaje, innym nie.

Przez dwa z górą tygodnie wędrówki z sogdyjskim kupcem, wiele się dowiadywałem  o dziejach i życiu w tych krainach. W swej pamięci założyłem osobny kącik dla gromadzenia tej wiedzy, by później ją  należycie uporządkować w księgach, jakie zamierzałem napisać po powrocie do Rzymu. Zbierało się tego sporo, tyle że wyrywkowo i w kawałkach, gdyż Sogda,  choć kraj ogromny, to jednak rozdrobniony na małe ludy i królestwa, często ze sobą zwaśnione, i bezlitośnie łupiące poddanych. Każde ma swoją historię, swoje osobliwości, nigdy jednak nie udało się ich połączyć w jedno wielkie, silne państwo. Dlatego zawsze ulegali obcym. Przed wiekami całą ich krainą rządzili Persowie, później została zdobyta przez Aleksandra, i wcielona do jego imperium. Przechodziła z rak do rąk, od Greków baktryjskich, znów do Persów, teraz  po części podległa jest Partom, z którymi wspólnie broni się przed naporem ludu Kuszanów.

Lecz, jak to bywa na tak rozległych przestrzeniach, zdobywcy ściągają daniny z podbitych ludów, ale nie wtrącają się zbytnio do ich wewnętrznych spraw. Tym sposobem, Sogda, która właściwie nie ma stałych granic, gdyż nie wiadomo gdzie się zaczyna, a gdzie kończy, w polityce nie istnieje jako całość, za to staje się potęgą w handlu. Ma dwie główne siły żywotne, żyzność i bogactwo ziemi, oraz kupiecką ruchliwość i przemyślność, dzięki którym zawdzięcza swą pomyślność. Fandak należał do tych, obdarzonych szczególnym talentem zamieniania jednego i drugiego na złoto, niezależnie od zmienności kaprysów historii. Jedyne, co go w nich interesowało, to bezpieczeństwo jego samego, i jego interesów. Był kupcem średniego formatu, nie z największych, ale i nie z najmniejszych. Społeczność jemu podobnych spajała Sogdę niewidzialnymi więzami silniej, niż wojska rodzime, czy obce.

Niezwykle zainteresowało go urządzenie naszych stosunków, zwłaszcza spisane prawo, obowiązujące wszystkich obywateli, i pozwalające zachować całkiem udany ład w społeczności tak ogromnego imperium, jak rzymskie. Szczególnie trudno mu było pojąć zasadę, iż dla dobra wspólnego narzuca ono rygory, uniemożliwiające samowolę nawet najbogatszych i najsilniejszych. Słusznie jednak zauważył, że sądy trybunałów i tak muszą być jakoś przekupne, choć przyznał, że lepsze to, niż całkowita dowolność w rozstrzyganiu sporów. Szczególnie zdumiało go, że dochodzić swego można gdziekolwiek bądź, gdyż prawo obowiązuje jednako wszędzie w państwie, na czym też zasadza się idea wspólnoty jego obywateli we wszystkich prowincjach. Spodobało mu się to, niemniej stwierdził, że u nich byłoby to niemożliwe, gdyż każde królestwo, mniejsze czy większe, rządzi się po swojemu. Tyle że kupcy, niezależnie skąd są, i pod kim żyją, mają swoje własne, niepisane reguły, i sami rozsądzają się we własnych interesach, gdziekolwiek by nie trafili, tyle, że i tak zwykle decyduje waga złota, a nie siła racji.

Choć wędrówka do Merwu trwała wiele dni, czas mijał szybko, a to dzięki rozmowom z Fandakiem, także z Patrosem, a nade wszystko wrażeniom, jakie wynosiłem z poznawania miejsc, o których mało kto miał u nas jakiekolwiek pojęcie. Niestety, ku memu rozczarowaniu, nie udało mi się zobaczyć sławnej Nisy, znaczącego miasta z wielką, partyjską twierdzą, gdyż ominęliśmy ją, zmierzając w kierunku wschodnim, bardziej na południe, by wyjść bliżej traktów w stronę baktryjską. Mieliśmy dwóch przewodników. Pierwszy, najęty spośród miejscowych, wywiódł nas na drugą stronę gór, prowadząc drogami wzdłuż małych rzek, gdzie trzykrotnie zatrzymywaliśmy się w tylko jemu znanych dolinach, zdatnych na obozowiska dla ludzi i dużej ilości koni. Otrzymawszy zapłatę, zawrócił z powrotem, jego zaś zadanie przejął człowiek z drużyny Fandaka, ni to Sogdyjczyk, ni Baktryjczyk perskiego pochodzenia, który ziemie, dzielące nas od Merwu, znał jak swoje pięć palców.

Tu trzeba było zarówno dużej wiedzy, jak i doświadczenia, gdyż szliśmy skrajem  wielkiej pustyni, wciskającej się co i raz w równinę, wiodącą ku miastom Baktrii. Najważniejsze, to znać miejsca, gdzie jest woda i choćby najlichsze pastwiska dla stada koni. Trafia się tu mnóstwo małych strumieni, które co i raz znikają pod ziemią, by gdzieś dalej znów wypływać na wierzch. Znajomość tych, i innych jeszcze tutejszych osobliwości, na swój sposób,  przypominała mi to, co widziałem u dobrych żeglarzy na otwartym morzu, którzy, chcąc pewnie prowadzić statek do celu, muszą umieć rozpoznawać najdrobniejsze znaki na niebie, w wodzie i powietrzu, także mieć wyczucie czasu i odległości. Przewodnik prowadził nas bez wahania, choć niekiedy trudno było dociec, czym kierował się w wyborze kierunku na szerokiej przestrzeni.

Lecz nie tylko znajomość drogi była ważna, ale i wiedza o rozmaitych bandach  miejscowych plemion, chętnych napadać handlarzy, grabiąc ich, a niekiedy nawet zabijając. Dobry przewodnik bywa więc i pośrednikiem w opłacaniu haraczu na modłę pustynnych ludów, nieraz nawet samemu czerpiąc z tego swój cichy zysk. Kto nie przestrzega tego obyczaju, marnie na tym wychodzi. W dwa czy trzy dni po wyjeździe napotkaliśmy taka dużą grupę uzbrojonych ludzi, która otoczyła nas, w oczekiwaniu na decyzję swego przywódcy. Można było, oczywiście, wdać się w walkę, lecz nie wiadomo, czym by się ona skończyła.

Doszło jednak do ugody, bandyci dostali tyle, ile nakazywał zwyczaj, po czym  puścili  nas wolno. Fandak, obeznany z tym porządkiem rzeczy, nie protestował, co było zrozumiałe, gdyż miał zbyt wiele do stracenia. Nieco później uświadomił mi, że taki haracz wlicza w koszty, co dobrze rozumiałem, gdyż ta praktyka nie jest obca Tycjanom w interesach, nie tylko miedzy obcymi, ale nawet i swoimi. Opłacenie się bandzie – nie tylko obdartusów na dzikich stepach, ale i wystawnych urzędników w ich biurach! – zwalnia z podobnych przygód w dalszej drodze, gdyż wieść o tym przekazywana jest dalej, co przez innych, im podobnych,  uchodzi za wypełnienie obowiązującego, niepisanego, a osobliwie złodziejskiego prawa. Jak oni wszyscy się potem miedzy sobą liczą, pozostaje ich tajemnicą, której lepiej nie dochodzić. Tak czy owak, nasz przewodnik okazał się być użyteczny nie tylko dla swej znajomości drogi, ale i tego kogo się na niej spotyka.

Miał ze sobą syna, młodziutkiego chłopca, którego przyuczał na swego następcę, jako że w jego rodzinie zajęcie to dziedziczy się z pokolenia na pokolenie. Wyrostek przypominał trochę Dolana, był równie obrotny, bystry i szybki, lubili go wszyscy bez wyjątku. Także Agis, który w wolnych chwilach na postojach ćwiczył trochę strażników w różnych rodzajach walki, znajdował czas na ustawianie mu ręki do małego miecza. Mnie samego ujmował tą samą bezceremonialnością, jaką zaskakiwał tamten mały Scyta, a która uchodziła mu jednak płazem, mimo iż niekiedy nazbyt swawolnie mielił ozorem. Gdym przyglądał się, jak radzi sobie pod okiem ojca, jak swobodnie uwija się po okolicy, między ludźmi i końmi, wracało wspomnienie nie tylko Dolana, lecz i jego siostry, przywołując uczucia, skryte głęboko w zakamarkach pamięci. Otrząsałem się z nich, nie chcąc przyznać nawet sam przed sobą, jak bardzo brak mi jej obecności. Częściej niż bym chciał, zastanawiałem się, czy  odnalazła drogę do swoich, jak została z bratem powitana, gdzie obydwoje są, i co robią.

Co i raz dawało o sobie znać owo rozdwojenie miedzy dawnym Tycjanem, a nowym Festusem, jakie dostrzegałem w sobie od dłuższego już czasu. W stosunkach z Fandakiem silnie odzywała się natura rzymskiego kupca i bankiera, przystająca do treści naszych rozmów, i sprzyjająca wzajemnemu zrozumieniu w  wielu sprawach, związanych prowadzeniem interesów w ciągle niespokojnym świecie. Sogdyjczyk szybko zorientował się, że znam się na rzeczy, że pochodzę z kręgów o dużym znaczeniu i silnej pozycji wśród swoich. Przypisywaną mi rolę kapłana i uzdrowiciela  przyjmował za prawdziwą, lecz przyznawał, iż ma ja za swego rodzaju pozór, za którym kryją się zgoła inne powody, dla których podjąłem się tak dalekiej wyprawy. Swym handlowych zmysłem wyczuł, że jeśli nawet poszukuję wiedzy, to głównie takiej, która ma służyć przyszłym, rodzinnym zyskom.. Sceptycznie jednak odnosił się do moich pomysłów na interesy w tej części Azji, nie bez racji twierdząc, ze przy tak ogromnych odległościach nie ma gwarancji ich sukcesów. Żałowałem, że nie ma ze mną Melosa  z jego praktycznym geniuszem handlowym, gdyż bez wątpienia nie tylko znalazłby argumenty przeciwko tym zastrzeżeniom, ale i namówiłby Fandaka do jakiejś współpracy.

Wszelako zza owej tycjanowskiej postawy wyzierał duch Festusa, wędrowca, człowieka patrzącego na świat i ludzi innymi nieco oczami. Przesadą może byłoby twierdzić, że nabrałem wobec niego więcej pokory, niemniej nauczyłem się studzić swe oceny i sądy, nie dzieląc już wszystkiego i wszystkich miarą rzymskiego patrycjusza. Przekonałem się, że  naturalna duma i przymioty ducha, mogą być przyobleczone w proste szaty i objawiać się w kimś zgoła niepozornym, nawet wśród tych, których skłonni jesteśmy mieć za barbarzyńców. Że sztuczna wyniosłość bywa śmieszna, a uczoność nie zawsze idzie w parze z życiową  mądrością. Że więcej pożytku jest w umiejętności radzenia sobie ze zwyczajną codziennością, niż w rozwlekłych, a wyniosłych dociekaniach o jej prozaiczności. Że można kontentować się tylko tym, co niezbędne, i że w niczym nie pozbawia to radości życia. Nade wszystko jednak Festus polubił wielkie przestrzenie, wolność w ich przemierzaniu, gotowość stawiania czoła wyzwaniom, jakie niosą. Gdy czasami wspominałem krążenie po rzymskich salonach i czas, spędzany na towarzyskich zabawach, czy dysputach, ogarniał  mnie pusty śmiech na myśl o jałowości tamtych zajęć.

Jedyne, co pozostawało niezmienne, to pragnienie wiedzy, ciekawość świata, chęć ogarniania umysłem jego tajemnic, różnorodności i bogactwa. Stopniowo dochodziłem do przekonania, że choć studiowanie ksiąg jest w tym koniecznością, to jednak bez własnego doświadczenia ich zawartość pozostaje zbiorem beznamiętnych zapisów, które ciekawią i uczą, lecz przecież dają ledwo skąpe wyobrażenie o tym, co się za nimi kryje. Co więcej, teraz, gdym na własne oczy obejrzał wiele z tego, o czym czytałem od dzieciństwa z zapartym tchem, i co przyjmowałem jako pewniki, zorientowałem się, że jest w tych lekturach sporo  przeinaczeń i wymysłów imaginacji autorów. Nie, żebym kwestionował ich dobrą wolę, czy nawet ich własne spostrzeżenia, lecz moja wiara w ostateczność i jednoznaczność wniosków, jakie sugerowali, mocno została nadwyrężona, zwłaszcza w tym, co się tyczy losów i obyczajów różnych ludów. Historia nie zawsze wygląda tak, jak piszą ja wielcy, zwycięzcy, nawet uczeni, czy chętni na to, by nimi być.

Równie ważne, co owo nabranie dystansu do minionego życia i do wyuczonej wiedzy, wydało mi się umocnienie w pewności siebie. Rozważną. tycjanowską powściągliwość coraz częściej, nie tylko w razie nagłej konieczności, zastępowała odruchowość, wręcz żywiołowość zachowania, zwłaszcza wtedy, gdy nie było czasu na ważenie racji. Nauczyłem się ufać swym odruchom, nawet jeśli kryło się za nimi ryzyko popełnienia błędu. Nabrałem tez śmiałości do wchodzenia między ludzi, bez zakładania z góry, kim są, lub być mogą. Nie znaczy to, że zaniechałem rozumnej ostrożności, raczej wyzbyłem się uprzedzeń wobec widocznych oznak ludzkiej odmienności, czy niedoskonałości, także mniemań, jakie mogły budzić. Nie wstydziłem się przy tym prosić o naukę i radę tych, których kiedyś uważałbym za gorszych czy głupszych od siebie. Przestałem też skrywać słabostki własnej natury, by wystawiać się lepszym i układniejszym, niż w istocie jestem. Niezwykłe okazało się, jakie  zadowolenie daje, i jaką przynosi ulgę, zaprzestanie udawania, także nabieranie ufności we własne siły i odkrywane w sobie możliwości.

Nadal jednak tkwiła we mnie zadra, której na imię było Asza. Wciąż jeszcze uważałem, że stało się tak, jak stać się musiało, niemniej nie miałem do końca pewności, czy było to dobre, po równo dla niej, dla mnie, jak i dla nas obojga. Za słuszne przyjąłem ze wszech miar logiczne rozwiązanie Tycjana, niemniej Festus czuł niejasny żal za niespełnionym uczuciem. Przepowiedziała mi to kapłanka Afrodyty, lecz czy owo fatum wynikało z konieczności, czy tylko z uksztaltowania charakteru i umysłu? Czy tycjanowska rozwaga nie uczyniła z Festusa zwykłego tchórza? Czy to, co bierzemy za życiową roztropność, nie jest aby zmyślnym usprawiedliwianiem słabości, i lęku przez odpowiedzialnością? Czy była to ostrożność, czy już obłuda?

Wędrowanie przez wielkie przestrzenie, jakkolwiek uciążliwe i niekiedy nużące, ma tę  zaletę, iż daje dużo czasu do obserwacji i samotnych przemyśleń. Sogdyjczycy byli bardzo zajęci pilnowaniem stada i całodziennymi obowiązkami, więc w ciągu dnia rzadko kiedy miałem okazję do dłuższych rozmów. Wieczorami, Fandak i Patros zmęczeni doglądaniem porządku, wdawali się w krótkie pogawędki, ale i tak dopiero po tym, jak szczegółowo ustalili z przewodnikiem plany na następny dzień. Trafiały się po drodze większe osady, gdzie zatrzymywaliśmy się na dłuższy popas, i tylko wtedy nadarzała się sposobność do poważniejszej wymiany myśli, i rozpytywania o rzeczy dla mnie najbardziej zajmujące, czyli o osobliwości tych krain, ich dzieje i zwyczaje.

Spytałem kiedyś Patrosa,, w jaki stopniu czuje się potomkiem Rzymian i Greków, a w jakim ma się za Sogdyjczyka. Czy nie przychodziła mu do głowy myśl, że warto by kiedyś wrócić do ziemi przodków? Bardzo go to zdziwiło, tylko się roześmiał, mówiąc, że nie za bardzo rozumie, o czym mówię.

– Czego miałbym szukać w obcym świecie? Tu jest mój dom, moje życie. A tam co? Tu wiem, kim jestem. A tam kim miałbym być? To nie ma sensu.

– Przecież macie rodzinną tradycję, po ojcach, i po greckich matkach. To tylko obyczaje, czy coś więcej?

– Legendy, lepsze, gorsze, ale tylko legendy. Czasami się je wspomina, raczej od święta, a i to bez zbytnich sentymentów. Owszem, nasze pochodzenie jakoś nas tu wyróżnia, niekiedy nawet na korzyść. Ale nie znam, Viatusie, nikogo z takich rodzin, kto chciałby szukać dla siebie przyszłości w snach o przeszłości. Zresztą, po co miałby to robić

– Przyjęto by was z otwartymi ramionami.

–  I co? Skończyłoby się  na uściskach, potem pokazywaliby nas jak dziwolągi, wreszcie zostawili samych sobie.

– Jesteś młody, silny, znasz żołnierkę. Mógłbyś wstąpić do legionów, walczyć.

– Chyba żartujesz?. Wojsko nie dla mnie. Jestem wolny, sam decyduję kiedy, i z kim walczę. I za ile. Tu jest dużo miejsca dla każdego. I dużo okazji do zdobywania sławy i pieniędzy.

Więcej do sprawy nie wracałem. Patros, choć człek prosty, swój rozum miał, tyle że praktyczny, nastawiony na własne potrzeby. Jeśli nawet zdarzało mu się wypytywać o Rzym, to bardziej dla wyjaśnienia sobie okoliczności wojny, w jaką zaplatał się jego przodek, niż szukania wiedzy o kraju, z jakiego się wywodził. Wolał rozmowy i ćwiczenia z Agisem, w których poznawał wiele przydatnych umiejętności z wojskowego rzemiosła, sposobów prowadzenia walki, rozmaitych sztuczek z bronią i w polu. Dobrze popamiętał lekcje, jakiej onegdaj Grek udzielił mu w walce.

 Zastanawiałem się, czy gdybym i ja wyjechał na stałe w obce kraje, i miał tam dzieci, to wykorzeniłbym się z przeszłości, zostawiając potomkom po sobie tylko legendy, wyzute z tęsknoty za porzuconą ojczyzną. Lecz czemu miałbym to zrobić? Chyba z konieczności, ze zrządzenia losu, bo na pewno nie z wyboru. Co ciekawe, takie wizje niezwykle studziły moje wątpliwości, związane z Aszą. Znów logika brała górę nad mglistą uczuciowością. Cóż, tak źle, i tak niedobrze.