Początek u Kresu Drogi

26. Wydarzyło w górskiej dolinie…

Przejście pierwszych górskich trudności, i dojście do okolic jeziora Spauta zajęło nam niemal trzy tygodnie, pełne wrażeń, ale i szczególnych wydarzeń. Poczyniłem w tym czasie wiele obserwacji, które stopniowo, acz znacząco dopełniały moje rozumienie świata, a najbardziej chyba siebie samego.

Przez cały ten czas nie spotkaliśmy nie tylko żadnych wojsk, ale w ogóle śladów jakiejkolwiek władzy obcej, ponad tę, jaką tu ludzie sami sobie ustanowili. Dawni Medowie przed wiekami ulegli Persom, których z kolei wiele lat później, niedaleko stąd, rozgromił Aleksander. Ostatnimi czasy zwierzchność na tych ziemiach przechodzi raz na Partów, innym znów razem na Armenię. Ale nie ma tu niczyjego panowania na stałe, prócz własnego, nie ma też państwa takiego, jak my je pojmujemy. Ludy te granic nie znają, za swoją  ojczyznę mają całe góry, i żyją rozproszone wśród nich, w małych gromadach rodowych i plemiennych, z wyjątkiem większych miast, pozostałych po dawnych czasach perskiej, a i wcześniejszej świetności. Tam, rzeczywiście, jeszcze widzi się resztki starożytności, dawne budowle, nawet świątynie, w których od setek lat płoną te same święte ognie. Własnego pisma, ani szkół czy nauki, nie mają, więc ich wiedza i tradycja to obyczaje, także legendy, śpiewane w mowie, pomieszanej ze słów perskich, aramejskich, nawet greckich, z dodaniem własnych, dla nikogo niepojętych. Porozumieć się można, ale już nie porozmawiać, chyba że mocno wspierając gestami i mimiką.

Są niezwykle gościnni, ale też dumni, i dzielni na swój sposób. Kto w zmienności historii zechciał rościć sobie prawo do panowania nad nimi, pojawiał się czasem z dużą siłą, by zagrabić, co się da, ale szybko się wycofywał. Miejscowi nie tyle pokonywali go w bitwach, ile wyniszczali po kawałku w górskich przemarszach. Poddać ich sobie jest niemożliwością, nie mówiąc już o nasłaniu im jakich urzędów. Po tygodniach wędrowania przez te ziemie zrozumiałem, czemu wyprawa Antoniusza musiała skończyć się niepowodzeniem. Wejść z armią tu można, ale utrzymać się, bić na naszą modłę, czy zaprowadzać rzymskie porządki, to zadanie niewykonalne. Jeśli kto chełpi się, że zdobędzie  tę ziemię dla siebie, i na zawsze, musi być wielkim pyszałkiem, bez znajomości rzeczy i wyobraźni.

W wielu miejscach ludzie nie stawiają zabudowań, lecz mieszkają w jaskiniach i grotach górskich, doskonale przysposobionych ze wszystkim do życia. Gdzieniegdzie kilka takich niby osad połączonych jest ukrytymi korytarzami, ma wspólne pomieszczenia, wspólne źródła wody. Podobnie jest ponoć i w naszej Kapadocji, gdzie tym sposobem zebrały się liczne plamiona, nawet z własnymi, podziemnymi świątyniami. Jakże teraz wchodzić w takie labirynty z wojskiem, i skutecznie walczyć z ludem, który za ochronę ma niedostępną przyrodę, tak zmyślnie wykorzystaną dla własnych celów.

Większe miasta zbudowano na szczytach gór, co robi duże wrażenie. Ma to sens wojenny dla strategii, ale powoduje, że każde z nich jest odrębną społecznością, rządząca się własnymi prawami. Ponieważ natura ludzka wszędzie jest ta sama, więc i tu są bezwzględne podziały na biednych i bogatych, silniejszych i słabszych, mądrzejszych i głupszych w rozumie i życiu. Te same władają ludźmi namiętności, tyle że gwałtowniej może przeżywane i okazywane. Tak jak w górach, i tu wszystkim zarządzają, i nad wszystkim sprawują sądy, rodowe rady starszych, a od ich decyzji nie ma odwołania.

To odwieczny porządek, niemniej tak urządzony naród nie ma zwartego państwa. Po pierwsze jest to niemożliwe przy wielkim jego rozproszeniu i różnorodności pochodzenia, a po drugie – specjalnie do niczego nie jest mu ono potrzebne. Nie ma więc urzędów i urzędników, ani dworaków, są klienci i strażnicy co możniejszych rodów, ale nie cierpi się  darmozjadów. Przy zagrożeniu z zewnątrz, mężczyźni łączą się do walki, ale potem znów  rozchodzą do swoich wsi i osad. Brakuje jednak czegoś, co by ludzi tych wydźwignęło ze stanu pospolitego bytowania. W osobliwy sposób przypominało to Grecję w samych początkach jej wielkości. Niegdyś również była podobnie rozczłonkowana, tyle że za jakąś niepojętą przyczyną zrodził się w niej duch daleko wyższej próby, który zapłodnił rozum do głębszego poznawania istoty człowieka, jego doskonalenia, a także przeobrażania świata.

Z obserwacji i wiedzy, jaka tu posiadłem, wysnułem wnioski, osobliwie zbieżne z tym, o czym mówił Maros na Cyprze. Otóż wyszło mi, że duże i spójne państwo powstanie  tylko wtedy, gdy w jakimś narodzie – po tym, jak już jakoś ułoży się sam ze sobą – powstaje pęd do zawłaszczania innych ponad miarę, z potrzeby panowania nad nimi, i grabienia słabszych. Zaczyna wtedy tworzyć siły do tego niezbędne, i wszystko podporządkowywać temu właśnie celowi. Za dobro wspólne uznaje jedynie to, co służy pomnażaniu zdobyczy, i wywyższaniu się kosztem cudzej słabości, a nie własnej doskonałości. Grecja, gdy sama już okrzepła, też podbijała świat, wszelako zaczynając u siebie od siły swego rozumu i ducha. Jest coś symbolicznego w tym, iż najpierw był Arystoteles, dopiero potem Aleksander, a wodzami i przywódcami nieraz bywali filozofowie i uczeni. Niestety, potem Macedończykowi zabrakło mądrości swego nauczyciela, największy zdobywca w dziejach świata zatracił miarę, a rozum przegrał w nim z pychą. Może dlatego, że podczas wojen na wschodzie nadmiernie słuchał fałszywego pochlebcy z Abdery. Cóż, władca upadł, ale to, co z greckiego ducha poniósł w świat, żyje do dziś.

Bez równowagi nie ma wielkości. U nas pierwszy zrozumiał to chyba dopiero August, ale też miał on za przyjaciela i mentora mądrego Kananitę, którego, jeśli nawet nie we wszystkim słuchał, to jednak się radził. Dlatego przewyższył Cezara, gdyż ten wiecznie zwycięski wódz, choć miał żelazną wolę walki, owładnięty był żądzą władzy, a w czas pokoju mniej rozmyślał, a bardziej się wymądrzał, głównie dla poklasku, próżnej chwały i zysków. Gdy nie mógł pokonać Katona na racje, po prostu go uwięził. Z kolei, gdy rozsądny Bibulus ważko argumentował przeciw jego pomysłom, pohańbił go publicznie, i zmusił do zamilknięcia na długie miesiące. Swoją drogą, ciekawe, jak ten bóg wojny dałby sobie radę ze swą armią w takich jak te górach. Zwyciężał w Bitynii i Hiszpanii, ale tam nie ma takich przestrzeni, a już na pewno takiej tradycji i determinacji narodu.

Dotarłem też do miasta, uchodzącego za najpierwsze gniazdo dawnych Medów, wzniesione na dwóch wzgórzach, miedzy głębokimi dolinami, wysokimi szczytami i wodospadami. Tak jak wszędzie w tej krainie, miejscowi sami są sobie panami, a wielu wśród nich żyje Persów, dawnych sojuszników, którzy znaleźli tu schronienie przed Partami. Dalej, na południe od jeziora Spauta, jest jeszcze jedno podobne miasto, nie tak warowne, stolica dawnego, królestwa Mitanii, o którym czytałem u Strabona. Gdym tak oglądał te miejsca, przez które wędrowałem, myślałem z zadumą, że Rzym, ze swoją  historią, jest ledwie dzieckiem w rodzinie narodów, które wyrosły i dojrzały na długo, nim my w ogóle przyszliśmy na świat. Słusznie szczycimy się potęgą – ale czy ona kiedyś sięgnie i tu? Czy sama natura, a i tradycja, nie postawiłyby nam barier nie do pokonania?

Oprócz niezwykłości nieznanego świata, jakie tu poznawałem w trakcie   wędrowania, zaszły też zdarzenia i okoliczności, które nadały naszej wyprawie znaczenia dla mnie zgoła niespodziewanego, głęboko odmieniając mą duszę. I to w tym samym czasie i miejscu, jakby bogowie, zostawiając mnie dotąd w spokoju, wręcz zasadzili się tam ze swymi niespodziankami! Zaiste, miał rację Maros, mówiąc, iż me poszukiwania zapewne uwieńczy sukces w dotarciu do zamierzonego celu, lecz ważniejsze będzie to, co wydarzy się, i co spotkam, na wiodących ku niemu drogach.

Idąc wzdłuż podnóża wysokich gór, jednego razu weszliśmy w niewielką dolinę, gdzie na skraju zagnieździła się spora osada, licząca sobie około setki domostw z przyległościami, nie licząc pewnej ilości grot. Urzekła mnie uroda okolicy, z drzewami na zboczach, i niewielkim, przepływającym z boku strumieniem. Mieszkali tu ludzie zwyczajni, głównie pasterze, sadząc po sporej ilości zwierząt. Choć dochodziło ledwie południe, postanowiłem, że zatrzymamy się obok nich, może nawet na dwa-trzy dni, gdyż dolina, osłonięta od wiatru, zachęcała  do odpoczynku po tygodniu szybkiego wędrowania. Asza z Dolanem stanęli na uboczu, by zająć się końmi, ja zaś z Agisem ruszyliśmy ku oddalonym, mizernym siedzibom tutejszych mieszkańców. Jechaliśmy niespiesznie, by pokazać, że nie mamy złych zamiarów. Z domów wyległo kilka osób, przyglądając się nam bardziej ciekawie, niż wrogo. Było wśród nich dwóch uzbrojonych mężczyzn, więc zsiedliśmy z koni, i podeszliśmy do nich, uznając, że to z nimi należy rozpocząć rozmowy o pozostaniu na ich ziemi.

Miałem już niejaką wprawę w takich spotkaniach, więc, zbliżywszy się, powitałem ich w tutejszej mowie, bardzo nieporadnie, gdyż zdążyłem się jej wyuczyć ledwie na tyle, żeby powiedzieć kim jesteśmy, i czego chcemy. O znalezieniu dachu nad głową mowy raczej nie było, więc poprosiłem, by nam pozwolono gdzieś tu rozłożyć się z namiotami na czas postoju, a także dać koniem popas. Trochę słowami, więcej gestami spytałem, czy użyczą nam jakiego jedzenia i picia – oczywiście za zapłatą. Nie byli ani zdziwieni, ani zaskoczeni naszym przybyciem, z czego wniosłem, iż przejezdni goście nie są dla nich czymś niezwykłym. Dopiero później okazało się, że wieść o tym, kim jesteśmy i skąd przybywamy, wyprzedziła nas, tak jak zakładała to Asza, gdy wyjeżdżaliśmy z odległego stąd Zachu.

Dopełniwszy obyczaju, i otrzymawszy przyzwolenie, wróciliśmy do rodzeństwa, które zdążyło już zacząć przygotowania do postoju. Jak to zwykle bywa w takich okolicznościach, towarzyszyła nam gromada dzieci, ciekawych niecodziennych atrakcji. Za nimi pokazały się też jakieś kobiety, na zwyczajowo wścibskie, babskie przeszpiegi nowinek w okolicy. Cała ta eskorta rozsiadła się w pewnym oddaleniu, gapiąc uporczywie, gdy stawialiśmy namioty i oporządzali dobytek.

Przy bezchmurnym niebie było tak ciepło, że z gorąca zdjąłem trochę ubrania. Asza, zamyślając przygotować jedzenie, wysłała brata do lasu na zboczu po drzewo, by rozpalić potrzebny jej do tego ogień. Gdy wrócił, coś mnie podkusiło – chyba z wesołości i uczucia odprężenia – by pokazać przyglądającej się nam dzieciarni magiczną sztuczkę. Wyjąłem z sakwy fenickie szkło, po czym, dla większego wrażenia, uniosłem je ku słońcu w geście jakby rytualnym, mamrocząc przy tym coś po nosem. Potem, zwolna pochyliwszy się ku ziemi, niepostrzeżenie uchwyciłem promień, i w dwie chwile podpaliłem ułożony stos suchych gałęzi, wszelako udając, że czynię to gołymi rękami.

Czemu to zrobiłem? Sam do dziś nie wiem. Chyba to bogowie musieli mnie do tego natchnąć, jako że sam z siebie nigdy w życiu nie miałem skłonności do tanich popisów przed kimkolwiek, a już tym bardziej przed zgrają małych dzikusów. Biorąc pod uwagę, jak niezwykłe okazały się  następstwa tego żartu, z czasem nabrałem pewności, że był w tym jakiś wyższy, niepojęty dla mnie zamysł owego poruszenia mej woli.

Uczyniło się bowiem wielkie zamieszanie, kobiety z hałasem zagarnęły dzieciarnię, i wszyscy szybko pobiegli z powrotem do siebie. Ale nie tylko ich zdumiał mój wybryk. Asza stała bez ruchu, wpatrując się we mnie dziwnym wzrokiem, ni to z przestrachem ni to podziwem. Nigdy wcześniej nie wyjmowałem szkła, ani nie pokazywałem, do czego służy. Jeśli nawet wspomniał jej coś o tym brat, świadek mego zakupu w Antiochii, to przecież co innego o czymś usłyszeć, a co innego zobaczyć, jak działa. Uzmysłowiłem sobie w tym momencie, że co dla mnie było użytecznym wytworem fenickiej wiedzy i kunsztu Nartasa, ludziom prostym, a już zwłaszcza barbarzyńcom, musiało zdawać się znakiem mocy bogów, panów żywiołów. Dla nich, tylko ktoś szczególnie naznaczony ma zdolność przyzywania jej, i prawo używania wedle własnego uznania.

W oczach widzów tego zdarzenia, i w ich rozumieniu rzeczy, w jednej chwili obcy, ale przecież zwyczajny przybysz, zamienił się w kapłana ognia! A może słońca? Kto ich wie, do czego mnie przypisali? Może wydałem im się jakimś wysłannikiem demonów, których tak  się boją? Wedle wschodniej tradycji, jest tu ich tyle, że nie sposób wszystkich zliczyć. Nieco mnie to zaniepokoiło, gdyż zdałem sobie sprawę, że gdy dzieci i kobiety zaniosą tę wieść do osady, przekażą ją niezwykle ubarwioną, i wyolbrzymioną przez strach i wyobraźnię – z nieprzewidywalnym dla nas skutkiem. Co pomyśli sobie Asza nie obchodziło mnie zbytnio, gdyż uważałem, że miała chyba dość własnego rozumu, żeby po tylu tygodniach wędrówki  przyszło jej do głowy mieć mnie za kogoś innego, niż ten sam człowiek, którego zdążyła już poznać.

Machnąłem wiec tylko, ręką, Agis pokiwał głową z rozbawieniem, Dolan uśmiechnął się łobuzersko – i na tym dla nas sprawa się skończyła. Zajęliśmy się sobą, zwierzętami, rozstawianiem namiotów, zadowoleni, że na dłużej rozprostujemy kości po ciągłym siedzeniu w siodle. Ale nie było nam dane zbyt długo cieszyć się spokojem. Po południu ujrzeliśmy, jak od osady zbliża się ku nam większa grupa miejscowych, z dwoma starszymi mężczyznami na czele. Zauważyłem pewną dostojność tego orszaku, co mogła oznaczać, że nie idą do nas w złych zamiarach, tylko chcą porozmawiać o czymś dla nich ważnym. Nie myliłem się, gdyż w pewnej chwili, na znak, dany przez jednego z przewodników, ludzie stanęli. Podniosłem się, ci dwaj podeszli do mnie nisko się pokłonili, i trochę słowami, trochę gestami, wyjaśnili, że  zapraszają mnie do jednej ze swych chat. Gdym już zrozumiał, o co im chodzi, zgodziłem się  i skinąłem na Agisa, by poszedł ze mną. Znów przytomnością umysłu wykazała się Asza, która weszła do mego namiotu, pokazując wzrokiem, bym i ja to zrobił.

– Weź ze sobą swój amulet, panie – rzekła w środku, podając mi ubranie. – To ważne.

– Tak uważasz?

– Przyszli tu dla ciebie, ale i dla niego – odparła z powagą, pokazując na sakwę, w której trzymałem schowane swoje fenickie szkło.

Ponieważ wiedziałem już, że lepiej ode mnie wyznaje się na tutejszych obyczajach, ani nie spytałem, o co chodzi, ani się nie sprzeciwiłem, tylko wyjąłem mój szklany nabytek, nie mając jednak pojęcia, jak mam go ze sobą nieść. Asza przyjrzała mu się, rozejrzała dokoła z wahaniem, wreszcie dała znak, bym poczekał, następnie szybko wyszła, a po chwili wróciła czymś w ręku.

– Zawieś go na szyi, ale na początku trzymaj pod ubraniem – rzekła, podając mi krótki skórzany rzemyk.

Gdy pokazałem, żeby pomogła mi go przewlec przez ucho w oprawie, stanowczo odmówiła.

– Tylko tobie wolno go dotykać – kiwnęła głową. – Ma wielką moc, która może zabić – dodała stanowczo.

Nie było czasu na wyjaśnienia, wiec zrobiłem, jak doradziła, i wyszedłem przed namiot. Zebrani, czekający cierpliwie, na mój widok rozstąpili się, puszczając nas przodem. Agis szedł nieco za mną, i – mimo pozornego spokoju – bacznie rozglądał się na boki. Tak oto, w orszaku miejscowego plemienia, dotarłem do sporego domostwa, gdzie wprowadzono mnie do dużej, ciemnej izby, rozświetlonej jednie przez słaby ogień dymiącego smrodliwie paleniska. W kącie, na stercie rozłożonych skór, siedział bardzo stary człowiek. Z zachowania towarzyszących mi osób należało wnosić, że to persona ważna, i powszechnie szanowana. Wskazał mi miejsce naprzeciwko siebie, pozostałych wyprosił gestem na zewnątrz, oprócz owych dwóch, którzy przyszli do mnie z zaproszeniem. Tym nakazał usiąść za sobą pod ścianą – po czym zapadło milczenie.

Nie da się oddać w zwykłym zapisie rozmowy, jaka wtedy się odbyła. Z powodu trudności językowych porozumiewaliśmy się na różne sposoby, niemniej szybko pojąłem, czemu zostałem poproszony. Oprócz zwyczajowego okazania gościnności, poszło jeszcze o coś, co w normalnych okolicznościach uznałbym za kiepski teatr. Otóż starzec, tutejszy senior, wyznał, że ich święty ogień, jaki od lat podtrzymywali w pobliskiej grocie skalnej, zgasł, i nie było prawdziwego kapłana, który by im go na nowo przywrócił. Zapalić go ot tak sobie nie wolno – na to musi być szczególna, ofiarna uroczystość. Sztuczką, jaką wykonałem ku uciesze dzieci, w jego mniemaniu dowodziła, iż jestem kimś w rodzaju wysłannika ich boga, zdolnego to uczynić!

Przyznam, że dotąd rzadko zdarzało mi się w życiu tracić głowę, lecz gdym wreszcie zrozumiał, o co temu człowiekowi chodzi, nie wiedziałem, co rzec, i jak postąpić. Przemknęło mi tylko przez myśl, że Asza znów dobrze odczytała, co się może wydarzyć, i że bez jej pomocy nie wybrnę z tego kłopotu. Trzeba mi było jednak pogodzić się z tym, co nakazywały okoliczności. Idąc więc za jej radą, wysunąłem ukryty dotąd amulet, tak by wszyscy mogli zobaczyć, jak połyskuje na mej szyi w świetle paleniska. Uczyniło to ogromne na nich wrażenie, coś mówili do siebie, i kiwali głowami.

Zgodnie z tradycją rodzinną zostałem poświęcony perskiemu Mitrze, tyle że był to wybór szczególny i symboliczny, wszelako dopuszczalny o tyle, o ile nie umniejszał oddawania rzymskim bogom należnej im czci. Mamy Panteon, wzniesiony przez Augusta, gdzie w zgodzie czuwają oni nad pomyślnością cesarstwa i jego obywateli, jako dawcy losu i strażnicy praw – zarówno życia, jak śmierci. Każdy ma prawo wybrać sobie spośród nich własnego protektora, ale nie wolno mu zapominać o innych, gdyż może się to dla niego źle skończyć, jako że potrafią być w gniewie porywczy, nawet okrutni. Taki był, jest, i będzie porządek rzeczy, w każdym miejscu, czasie, i w każdym narodzie.

Świat wywodzi się z żywiołów, nad którymi bogowie sprawują pieczę, a rządząc nimi, rządzą też ludzkim życiem, które stworzyli. Rzeczy wielkie i małe nie mogą się obejść bez ich woli, a i łaskawości, lub niechęci. Nie zawsze jednak panuje wśród nich harmonia, bo są między nimi gry tych większych, i ambicje tych pomniejszych. Często więc toczą swary, nawet drobnostkowe, wciągając w nie i nas, co przekłada się na kapryśną zmienność i burzliwość naszych losów. Nigdy nie wiemy, co zamierzają, ale strzeżemy się, by ich nie rozgniewać czynami niegodnymi, lub przeciwnymi naturze. Szukamy u nich rady i sprawiedliwości, wsparcia w miłości i zdrowiu, opieki w domu, w walce i w interesach, składając ofiary, by zapewnić sobie ich przychylność we wszystkim, co nas dotyczy. Kto zechce im się sprzeciwiać, albo z nich drwić, tego spotka los Prometeusza, czy jakże wielu, którzy tułają się w Tartarze, i, dręczeni przez Erynie, przeklinać mają do końca świata swą butę i nieposłuszeństwo wobec praw ludzkich i boskich.

Mitra, któremu powierzyli się Tycjanowie, to dobry bóg ludzi uczciwych, prawych, ale też dzielnych, łączący w sobie dobro z walecznością przeciw złu. Odnajduje się w nim zarówno wzniosłość ducha, jak i konieczność borykania się z oporną mizerią codzienności. To bardziej przyjaciel i powiernik, niż władca. Zna nasze postępki, rozsądza spory, wszelako nie ma w sobie  nadmiernej surowości wobec naszych słabości. Jest bogiem słońca, nie mroku, bardziej nagrody, niż kary. Nie nagina zawczasu ludzkiej woli, ale po śmierci sądzić nas będzie z naszych uczynków. Zatem daje prawo wyboru, ale i przymusza do odpowiedzialności za to, co wyniknie z podjętych decyzji. To właśnie jest mi szczególnie bliskie, gdyż przydaje wielkiej wagi dla rozumu, jakim winniśmy się w życiu kierować, łącząc wiedzę z cnotą. Czyż nie tego nauczali również Grecy, z których przecież wyrastamy, i którym hołdujemy? I czyż nie wymaga zastanowienia, że krąg boskich praw osobliwie obejmuje daleko więcej, niż tylko znany nam świat?

W sytuacji, w jakiej mnie postawiono, dopatrzyłem się dziwnego splątania woli wielu bogów, z różnych światów, co by oznaczało, że jest chyba miedzy nimi jakieś powinowactwo. Moje szkło powstało, bez wątpienia, przy wsparciu fenickiego Kuszara, poczciwego pana umiejętności. Ale to przecież nasza Minerwa łączy naukę i rzemiosło w jedno, przydając im znamion mądrości praktycznej. Mojej wyprawie patronuje Merkury, i to on przywiódł mnie do krainy, gdzie Persowie i Partowie czczą swego, i również mego rodowego opiekuna, Mitrę. Ten bowiem niegdyś ochronił przed zgubą Tycjanowego przodka, przecież Rzymianina, syna Lucjusza – ale przecież dzięki greckiej sztuce Hipokratesa. A czyż egipska Izyda nie trzyma w dłoni słonecznego dysku?! Jakże niezwykle da się to wszystko – przy odrobinie wyobraźni – zebrać w jeden ludzki los? Tylko czy wolno? Czy aby w grach nadmiernie swobodnych, rozumowych skojarzeń, fantazja nie wywodzi człowieka na manowce nadmiernej poufałości z bogami? Czy ma to w ogóle jakiś sens?

Zgodnie z rodzinną tradycją, dostąpiłem niższych wtajemniczeń, do stopnia żołnierza, ale nie oddawałem się nadmiernie rytuałom, uważając, że boskich praw należy przestrzegać raczej w życiu, niż w ofiarach. Mój bóg jest dla mnie panem zobowiązań, co przekładam sobie na roztropną przyzwoitość, ale i na rozumność, wywodzoną z filozofii platoników i stoików. Ale Mitra to także Słońce i światło, co dotąd traktowałem jako figurę symboliczną, oznaczającą dążenie do doskonałości.

Nigdy nie miałem pomysłu na kapłaństwo, raczej na godne życie. Lecz oto stanąłem wobec wyzwania, któremu powinienem sprostać, chociażby dla bezpieczeństwa naszej dalszej wędrówki. Gdybym odmówił, wówczas – zgodnie z tym, o czym przekonałem się, że tak się tutaj rzeczy mają – wieść o tym szła by przede mną. Jeśli nawet uszedłbym stąd cały i zdrowy, to nie wiadomo, co by nas czekało w drodze przez góry. Godząc się spełnić prośbę starca, nie stawałem się oszustem, gdyż na pewien pokrętny sposób wolno mi było uczynić, o co prosił. Tyle że w duszy czułem, iż bez wewnętrznego przekonania, jedynie z wyrachowania, dokonam sporego nadużycia. Lecz, czyż złapany w pułapkę konieczności, miałem jakiś wybór?

Zgodnie z miejscowym obyczajem, a i nakazem obowiązującego mnie prawa, przygotowania do planowanej uroczystości trwały kilka dni, wypełnionych wielkim zamętem, ale i podniosłością wśród miejscowych. Ku memu zdumieniu, pojawili się w dolinie wysłannicy z sąsiednich, górskich osad, zwołani przez gospodarzy. Było oczywiste, że skutkiem tego wydarzenia będzie umocnienie ich pozycji w bliższej i dalszej okolicy, jako że staną się dysponentami i strażnikami ołtarza boskiej łaskawości i opieki. Wszyscy odnosili się do mnie z wielkim szacunkiem, karmili nas, dbali o wygody, także i o konie, na których wyznają się jak mało kto. Dolan, z właściwym sobie wścibstwem, kręcił się dokoła i szpiegował, znosząc wieści o tym, co się dzieje, zaś Agis raz po raz wzbudzał powszechny podziw swą siłą i pokazami władania różną bronią. Najbardziej zdumiewające było zachowanie Aszy, która wolne chwile spędzała z tutejszymi kobietami, wracając potem w wielce tajemniczym nastroju zamyślenia.

Warunkiem udanej ceremonii była, oczywiście, bezchmurna pogoda, gdyż szkło, bez jasnego słońca, nie spełniłoby swego zadania. Taki dzień wreszcie nastał i – jak się potem okazało – miał pozostać w mej pamięci na całe życie, a to dla przyczyny zgoła dla mnie nieoczekiwanej. Nic nie zapowiadało czegokolwiek, co nie było wcześniej ustalone.

Wczesnym rankiem, wyruszyłem w wielkim orszaku mężczyzn w stronę pobliskiej góry. Kobiety szły w dużym oddaleniu, a w pewnej chwili zatrzymały się, gdyż nie wolno im  zanadto zbliżać się do miejsca rytualnego uświęcenia. Po dłuższym kluczeniu między skałami, wyszliśmy na ogromną półkę skalną, i doszliśmy do dużej ni to groty, ni to pieczary, gdzie w głębi, za wejściem, ustawiony był płaski głaz, z uformowanym, sporym zagłębieniem na mający tu płonąć ogień. Tuż przed grotą ułożono pokaźnych rozmiarów stos drzewa, specjalnie wybranego zawczasu przez najdzielniejszych młodzieńców, z udziałem Dolana, którego – ze względu na mnie – dopuszczono do tego zaszczytu. Chłopak wiedział, jak się rzeczy mają, więc – choć bardzo przejęty w swej barbarzyńskiej duszy – czujnie dopilnował, by było ono odpowiednio suche.

Nie mam pojęcia, jak z ubrań, które mieliśmy ze sobą, udało się Aszy przygotować mi – w krótkim przecież czasie – tak ozdobną szatę, nadto z wymalowanym, dobrze widocznym znakiem Słońca, Rzeczywiście, wyglądałem w niej niczym dostojny kapłan. Bez wątpienia, pomogły jej w tym miejscowe kobiety, które tak często odwiedzała. Wiszące na mej piersi szkło fenickie czyniło niemałe wrażenie, jako zagadkowy amulet, znak wielkiej mocy i władzy. Tuż za mną, po obydwu bokach, szło dwóch mężczyzn, wyznaczonych przez starszyznę – i z moim namaszczeniem – na późniejszych opiekunów ołtarza. Wszystko odbywało się w milczeniu, pieśni miały zabrzmieć dopiero z chwilą rozpoczęcia obrzędu. Stopniowo udzielił mi się nastrój powagi, ale i pewnego uniesienia, które starałem się jednak powściągać, mając na względzie, by nie utracić panowania rozumu nad tym, co najważniejsze, czyli nad udanym zapaleniem ognia, i nadaniem temu właściwej i godnej oprawy.

W pewnym oddaleniu od wejścia do groty stanęliśmy w dużym kręgu, ja zaś, unosząc szkło ku słońcu, zamarłem, po czym po aramejsku, z dodaniem znanych mi słów perskich,  wygłosiłem śpiewnie wezwanie o łaskawe zesłanie ognia dla zebranego tu ludu. Było w tym wiele teatru, jaki znałem z rzymskich ceremonii świątynnych, resztę dopełniłem własną inwencją, by uczynić zadość oczekiwaniu widzów. Następnie podszedłem do stosu i, ustawiwszy się właściwie, nachyliłem nad nim, kierując fenicki promień na drzewo. Ku memu zadowoleniu, i niemałej uldze, zajęło się ono niemal natychmiast, a w kilka chwil mały płomyk strzelił w górę imponującym ogniem. Rozległy się okrzyki, rozbrzmiały bębny i piszczałki, zaintonowano chóralnie jakąś pieśń. Podano mi małą pochodnie, którą odpaliłem od stosu, po czym, pokłoniwszy się z wielką czcią przed słońcem, zaniosłem powoli do głazu  wespół z dwoma przyszłymi jego strażnikami. Tam nakazałem gestami, by i oni ją uchwycili, i tak, we trzech, zapaliliśmy ogień na odpowiednio przygotowanym kamiennym ołtarzu. Poczułem zapach jakichś domieszanych kadzideł, mężczyźni stanęli przy nim, ja zaś wycofałem się tyłem, a po wyjściu z groty wykrzyknąłem na cztery strony świata słowa podziękowania bogu za okazaną łaskę. Na koniec zwróciłem się do zebranych, i w łamanej mowie z wielu różnych słów, nakazałem, by pod groźbą boskiego gniewu, strzegli tego, co właśnie otrzymali.

Ta część ceremonii odbyła się niezwykle uroczyście, z należytą ilością gestów, pokłonów i zaklęć. Wszelako teraz czekało mnie jeszcze kapłańskie uczestniczenie w złożeniu rytualnej ofiary krwi, szczęściem tylko w roli obserwatora. Z tyłu doprowadzono kilka zwierząt, ja zaś jedynie podałem nóż do spełnienia tego niemiłego obrządku. Widywałem podobne w naszych świątyniach, także i w rzymskim mitreum, lecz – mimo iż rozumiałem ich znaczenie i sens – za  każdym razem napawały mnie one wielką niechęcią. Tu odbyło się to niezwykle gwałtownie, z dzikim wręcz zapamiętaniem, wyrażającym wielką radość z powrotu znaku boskiej opieki. Nie dziwiło mnie to, niemniej okazywana dzikość w zachowaniu ludzi, i ich szalonej muzyce, wzbudzała wręcz obrzydzenie.

Po krwawej jatce, wróciliśmy na dół do osady, gdzie zaczęło się wielkie świętowanie. Myliłem się sądząc, że w zbiorowym zamęcie, jaki począł narastać, uda mi się od tego wymówić. Czekała mnie bowiem niespodzianka, która okazała się prawdziwie wymyślnym figlem bogów, aż nadto chyba rozbawionych moim wyczynem. Czy była to ich zemsta, czy nagroda za tak bezczelną śmiałość? Tego nie wiem, i nie dowiem się już nigdy.

Poprowadzono mnie do owego starca, od którego wszystko się zaczęło, a który czekał  przed swym domostwem na rozłożonych dla niego skórach między miejscową starszyzną i przybyłymi z gór gośćmi. Gdy zasiadłem, poczęto roznosić jakiś napitek, co wzbudziło poruszenie wśród zebranych, gromadzących się dokoła domów. Zostałem i ja nim uraczony – jako pierwszy, gdyż najważniejszy tu dziś człowiek. Z wielkim ukontentowaniem patrzono jak piję, wielu uśmiechało się, i dawało sobie jakieś znaki. Wymienialiśmy wiele dobrych słów, pełnych szacunku, aż wreszcie starzec oznajmił mi na pół słowami, na pół gestami, że jego lud chce mi wynagrodzić wielką łaskę, jaka im uczyniłem. Zrozumiałem tylko tyle, że w dowód ich przyjaźni niebawem poznam pewne tajemne miejsce, niedaleko stąd, które jest dla nich – jak się wyraził – źródłem wody życia.

Zmęczenie powoli ustępowało uczuciu narastającej ekscytacji otoczeniem, ludźmi, także pięknem otaczających nas gór. W popołudniowym słońcu wszystko dokoła było w ruchu, poranna podniosłość zamieniała się w powszechną radość. Porzuciłem zgromadzenie przed domem starca, gdyż czułem się tam już zbędny, tym bardziej, że nie za bardzo mogłem uczestniczyć w ich rozmowie. Miejscowa starszyzna, korzystając z okazji, z ożywieniem rozprawiała z przybyłymi gośćmi o swych sąsiedzkich interesach i wzajemnych układach, całkowicie mi obcych i obojętnych..

Krążyłem wśród gwarnej zabawy, trochę bez celu, nie chcąc jednak – a nawet nie mogąc, z racji mej tu roli – wracać do namiotu. Dojrzałem Dolana, popisującego się przed młodzieżą, także Agisa, nieodmiennie wzbudzającego wielkie zainteresowanie – tym razem także i kobiet. Wyczuwałem gęstniejącą aurę zbiorowego podniecenia, z czego zrodziło się we mnie podejrzenie, że szykują tu jakieś miejscowe bachanalia. O dziwo, wcale mnie to nie zdziwiło, ani zgorszyło. U nas dawno ich zakazano, ale i tak odprawiano, tyle że nie publicznie, jawnie, i zbyt licznie.

W pewnej chwili pojawiła się obok mnie Asza, która – jak kobiecie przystało – podczas ceremonii trzymała się na uboczu głównych wydarzeń. Zwykle wobec mnie powściągliwa, teraz odrzuciła postawę dumnej wojowniczki, i uśmiechała się zwyczajnie, bardzo po kobiecemu.

– Wielkiej rzeczy dokonałeś – odezwała się, lekko pochylając głowę, ale patrząc mi w oczy, czego dotąd raczej unikała. – Nie byle kim jesteś, panie, tylko nie chcesz tego okazywać – zaskoczyła mnie, gdyż pierwszy raz pozwoliła sobie na tak otwarte wygłoszenie sądu na mój temat.

– Jestem tym, kim jestem, i nikim więcej. To wiem, i to mi wystarcza – nie wiedzieć czemu odparłem ostro i oschle, choć przecież wyraźnie mi pochlebiła.

– Nie złość się, proszę. Nie chciałam cię obrazić – powiedziała cicho, jakby kuląc się w sobie.

– Dajmy już temu spokój – widząc jak przygasła, uśmiechnąłem się ugodowo. – Jestem, po prostu, zmęczony, i tyle – westchnąłem, rozkładając ręce. – Wielki tu szum,  najchętniej bym stąd uciekł – rzekłem zrezygnowanym głosem, rozglądając się dokoła.

Staliśmy przez chwilę w milczeniu, obserwując, jak powszechna wokół wesołość staje się coraz bardziej hałaśliwa, chyba już nawet ponad miarę zwykłej zabawy. Dobrze  wiedziałem, co to oznacza. Jeszcze trochę, a zacznie się zbiorowe misterium swawoli i rozpasania. Szum w głowie wzmagał się, z trudem zbierałem myśli.

– Czy pozwolisz, panie, żebym ci coś pokazała?  – słowa Aszy zabrzmiały dziwnie łagodnie. – To niedaleko – dodał szybko, bojąc się, że mogę jakoś opacznie ją zrozumieć.

– Co takiego?

– Jedno ciekawe miejsce. Mówiły mi o nim kobiety. Powiedziały, gdzie jest, i jak tam iść  – ręką  wskazała zbocze góry, obok płynącego strumienia.

Zawahałem się, ale przeważyła chęć wyrwania się z otaczającego mnie gwaru, który wciąż narastał, i zapewne niebawem zamieni się w zbiorowe szaleństwo. Wszystko mi jedno, byle jak najdalej stąd!

– Niech ci będzie, prowadź – skinąłem głową, i po chwili ruszyłem za nią.

Doszliśmy na skraj doliny, a przy strumieniu poczęliśmy się wspinać ledwo widoczną, niezbyt stromą ścieżką wzdłuż jego biegu. Nie trwało długo, gdy dotarliśmy do skalnej ściany, u podnóża której ujrzałem prawdziwe dziwo. Wypływała z niej woda, lecz przed opadaniem w dół, pieniła się w sporym zagłębieniu małej polany, tworząc jakby basen wśród skał. Dokoła gęsto rosły drzewa, krzewy, trawa. Uroda tego miejsca była zaiste niezwykła, lecz to nie ona przykuła moją uwagę. Dokoła unosił się opar mgły, jakby pary wodnej, co oznaczało, że woda jest tu bardzo ciepła, albo wręcz gorąca. W powietrzu dał się czuć lekko słonawy zapach, gdzieniegdzie na kamieniach mieniły się różnokolorowe kryształki.

Dłuższą chwilę staliśmy bez ruchu, podając się urokowi miejsca, także naszym odczuciom. W pewnej chwili spojrzeliśmy na siebie, po czym naraz, bez słowa, jakby wiedzeni tym samym odruchem, zrzuciliśmy ubrania, i, podtrzymując wzajemnie, powoli ześlizgnęliśmy się do pienistej wody. Jej ciepło rozgrzało nas, nurt omywał ciała z brudu i zmęczenia, a one, zwolna, same z siebie, wiedzione odwiecznym prawem natury, poczęły wzajemnie się przyciągać. Zrazu ostrożnie poznawały się, potem splotły, na koniec wreszcie zespoliły – gwałtownie, i w niezwykłym zapamiętaniu.

Później wielokrotnie zastanawiałem się, co też spowodowało, że wydarzyło się to, co się wydarzyło. Czy niezwykłość otoczenia? Czy owa nieuchwytna bliskość, niepostrzeżenie narastająca między nami podczas długich tygodni wspólnej wędrówki? Czy ten dzień, pełen mocnych  wrażeń? Czy pragnienie zapomnienia o trudach podróży? Czy prosta potrzeba natury? Czy wreszcie ów zagadkowy napój, który mącił rozum, i podstępnie budził zmysły? Może  wszystko razem, zmieszane niczym w retorcie zielarza? A może jeszcze coś więcej? U mnie – chyba jeszcze przemiana, jaką w sobie już wcześniej dostrzegałem, a która na dobre uwolniła wreszcie nowego człowieka spod pozłoty, nawyków i osądów rzymskiego pana i bogacza? Ale co u Aszy?

Podczas minionych tygodni, wszędzie tam, gdzie znajdowałem choćby najlichsze łaźnie, korzystałem z nich nie tylko dla czystości ciała. Tamte ulotne przyjemności – atrakcje, jak je nazywał Melos – dawały krótkie chwile wytchnienia, i nic poza tym. Były niczym rytuał spłacania naturze należnej jej daniny. Od wyjazdu z Nisbis nie miałem okazji tego czynić, więc domagała się swego. Lecz takie tłumaczenie wydało mi się zbyt łatwe, by nie rzec – prostackie. Zresztą nie wyjaśniało daleko głębszych uczuć, jakie się we mnie objawiły w tym, co zaszło.

A przecież wydarzyła się rzecz niesłychana, która jeszcze niedawno zdała by się być niepodobieństwem. Oto ja, Tycjan, po trosze uczony, po trosze cesarski szpieg, a w całości wyniosły, rzymski patrycjusz, ku swemu zdumieniu, ale i radosnemu ożywieniu serca, ujrzałem i uznałem w barbarzyńskiej wojowniczce, na czas jakiś niewolnicy, kobietę mi bliską i drogą. Chłodny, szukający stoickiej równowagi umysłu i życia, człowiek z najwyższych sfer, uległ czemuś, co dotąd miał za słabość, której należy się wystrzegać.

Inna sprawa, że nie doszłoby do tego, gdyby nie Asza i jej przemyślność. Wszak to  ona okazała się sprawczynią tej sytuacji. Gdy wracaliśmy doliną, zapytałem przekornie, skąd wziął się pomysł zwabienia mnie do owego strumienia, wyznała, że to za sprawą kobiet z osady.

– One szybko podpatrzyły, że jesteś dla mnie ważny. Nie potrzebowały słów.

– Musiałaś się z tym jakoś wydać.

– To się wie, widzi. Powiedziały jeszcze, że ja dla ciebie też jestem ważna. Tylko że się przed tym bronisz.

– Może to i racja?  Chyba tak jest.

– Ja to czułam, wtedy, po naszej wyprawie na pole bitwy. Ale jak miałam sprawdzić?

– Sama mówisz, że to się wie..

– Nie zawsze, nie z każdym. Jesteśmy z innych światów. Zresztą, wy macie kobiety za nic, chociaż one i tak robią z wami, co chcą. Stąd twój strach.

– Nie wziął się znikąd.

– To z oszustwa. U was nie ma uczciwości miedzy mężczyzną i kobietą.

– Skąd to możesz wiedzieć?

– W niewoli nie traci się wzroku, ani słuchu. Widziałam, i słyszałam.

– I tak to sobie przetłumaczyłaś?

– Wy uważacie się za lepszych. A nas macie za dzikich. Nie wiedziałam, co robić.

– Chcesz powiedzieć, że gdyby nie przypadek z przyjazdem do tej osady, nic by się nie stało?

– Nie wiem. Ale stało się. Tak zdecydowali moi bogowie. Twoi chyba też.

– Nie mieszajmy ich do tego. Oni chyba nawet się ze sobą nie znają – rozbawiła mnie myśl o takiej boskiej komitywie. – Zresztą co im do tego.

– Nie masz racji – sprzeciwiła się z wielkim przekonaniem.

– Przecież nie oni pokazali ci drogę do strumienia. I nie oni kazali mi iść za tobą.

– Ale wysłali do kogo było trzeba. A kobiety już pokazały, jak iść. Radziły, żebym spróbowała. Powiedziały, że będzie dobrze, bo haoma czyni cuda.

– Haoma?

– To ten ich napój.

– A jednak! – aż mnie wbiło w ziemię. – Czułem, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Myślałem, że to ze zmęczenia, po całym dniu pilnowania, żeby czegoś nie zepsuć.

– Uszykowali napój, bo to dla nich wielkie święto. Tylko wtedy im wolno. Ale sam widzisz, że jest dla wszystkich – wskazała na ognie w oddali.

– Zaraz, zaraz! Ale oni wiedzą, czym to się kończy. Sama popatrz!. Słyszysz? – aż tu  dolatywały okrzyki powszechnej zabawy. – Dlatego tak mi się przyglądali, kiedy piłem to w domu starca. Oczywiście, wiedzieli! Miałem poznać wodę życia! Wszystko było ukartowane! Też wiedziałaś! – rzekłem z wyrzutem, czując się oszukany.

Przepełniające mnie radosne uniesienie, teraz zmąciła wątpliwość, czy aby nie zostałem wykorzystany przez tę dziwną kobietę, której właśnie gotów byłem zawierzyć  siebie i swoje uczucia. Tylko, po co? Bo przecież nie o samo tylko zaspokojenie ciała tu szło. Tego byłem pewny.

– Poszedłeś ze mną, bo sam chciałeś. Mogłeś nie iść – nie było w tym wyrzutu, złości, kobiecej fanaberii, czy zalotności. Po prostu, stwierdzenie faktu.

– Prawda. Choć bez takich zamiarów. Chciałem uciec od tego gwaru.

– Żałujesz? – nie spytała, czy jestem zły, czy o coś ją obwiniam, czy zechcę ją ukarać. Zresztą, jak miałbym ją karać? I za co?

– Ależ nie! Ani trochę. Ale po tym, co powiedziałaś, nie mogę zebrać myśli.

– Zbierzesz. Jesteś mądry – ostrożnie położyła mi rękę na ramieniu. – Nie tylko tak, jak ci się wydaje, że jesteś  – dodała cicho, ale stanowczo. Zabrzmiało to pokrętnie, jakby bez sensu. Jeśli był jakiś, to nie na mój rozum. Skąd u niej takie słowa? Co ona może o mnie wiedzieć?

Naraz przypomniał mi się młody Lucjusz z Antiochii. W ogóle mnie nie znał, a przecież w swoim rysunku pokazał, że przejrzał mnie, zajrzał w duszę. No, ale to da się wytłumaczyć –  ma dar artysty. Dzięki niemu zobaczył, co skrywam nie tylko przed światem, ale i sam przez sobą. Wiem, czym jest pragnienie uczuć, ale staram się do tego nie przyznawać. Niejasne porywy duszy mam za słabość, jaka nie przystoi mężczyźnie. A teraz Asza – ona też już wie. Czy także ma dar? Skąd? Jest prostą kobietą, z barbarzyńców. Skoro więc ona go ma – to czy każdy może mieć? Na pewno ma dar Maros, to przecież kapłan, lekarz, przenikliwy grecki mędrzec. Ale scytyjska wojowniczka?

Pytanie goniło pytanie, tyle że nie znajdowałem odpowiedzi, które by je ze sobą pogodziły. Nie składały się w jedną całość, bo co i raz wychodziły sprzeczności albo paradoksy. Grecka logika naprzeciw zagadkowej, scytyjskiej kobiety – i nic się nie zgadza.

Podobnych rozmów było potem wiele, zrazu ostrożnych, potem coraz bardziej otwartych, serdecznych, wesołych. Także sprzeczek, bo jak świat światem, nie może być tak, żeby ich nie było. Najpierw jednak oswajaliśmy się z tym, co się wydarzyło, z myślą, że nie tylko jedziemy, ale i jesteśmy razem. Obydwoje chcieliśmy tego, więc nie było co udawać, ani na co czekać. Doskonale poznaliśmy wzajemnie w drodze i siebie, i swoje nawyki, i  słabości, przywykliśmy do wspólnej codzienności i obecności, tym trudniejszej, że bez chwili odosobnienia.

Zaraz po zejściu z góry, sprawy dopełniły się najprościej, jak było możliwe. Gdy wróciliśmy do namiotów, Asza po prostu przeniosła swoje rzeczy do mojego, a rzeczy Agisa do tego, który zajmowała z bratem. Żaden z nich jeszcze nie wrócił z osady, więc obyło się bez zbędnych wyjaśnień. Zapadł wieczór, z oddali dobiegały odgłosy zabaw, ogniska rozświetlały dolinę. Skrzesałem i ja dla nas ogień na noc, zasiedliśmy przy nim milcząc, gdyż żadne z nas nie czuło potrzeby słów. Potem poszliśmy spać – i stało się tak, że szybko zapomniałem o zawiłościach logiki.

W cieple naszych ciał ulotnił się niepokój, przyszło uspokojenie. Ale na koniec, w miłym półśnie, naraz odezwała się we mnie tycjanowska natura.

 – Co to za trucizna? Ta haoma? – mruknąłem z zaciekawienia, zadowolony z tego, jakie dała skutki.

– Żadna trucizna. Robią go z jednej górskiej rośliny.

– W Rzymie zbiliby na niej majątek!

27. Idylla – nie bez wątpliwości

Następnego dnia poczęliśmy zbierać się do wyjazdu z gościnnej doliny. Dolan i Agis przyjęli nową sytuację w naszej grupie naturalnie, i bez zbędnych pytań. Zresztą, oni także chyba ulegli wczoraj sile owego napoju, gdyż wyraźnie zdawali się być nieco zakłopotani. Zwłaszcza chłopak, zwykle gadatliwy, teraz odpowiadał półsłówkami i uciekał wzrokiem w bok. Spoglądał co chwila na siostrę, jakby szukając w niej oparcia i zrozumienia, ona zaś tylko wesoło kręciła głową, aż w końcu obydwoje wybuchnęli śmiechem. Podeszła do niego, w odruchu, po kobiecemu opiekuńczym, zmierzwiła mu włosy i coś szepnęła do ucha.

– Dobrze się stało. Była już pora – oznajmiła z satysfakcją w głosie. Powiedziała to zwyczajnie, bez dodatkowych aluzji, bez komentarzy, uznając rzecz całą za najnormalniejszą w świecie. Przywykłem już, że oni biorą rzeczy takimi, jakie są, bez zbytniego krygowania się, roztkliwiania, ale i bez złośliwości. To niekiedy kłopotliwe, lecz pozwala unikać niedomówień, które w wielu sprawach, czy to dużych, czy drobnych, nawet drażliwych i bolesnych, potrafią – zwłaszcza gdy zbierze się ich nadmiar – czynić wspólne życie nieznośne, nieraz ponad wszelkie wyobrażenie. Jest to ten rodzaj uczciwej szczerości, która oczyszcza stosunki miedzy ludźmi, a nie zagęszcza. Dlatego Dolan, choć nieco się zmieszał, wzruszył dla pozoru ramionami, ale z zadowoleniem przyjął jej słowa, uważając, że jest już zwolniony z dalszych wyjaśnień. Wiedziałem, że gdy przetrawi to doświadczenie, swoim zwyczajem rozgada się i wszystko opowie.

Agis też robił dziwne miny, i cały ranek znacząco uśmiechał się pod nosem. Trudno sobie wyobrazić, żeby poprzedniego wieczora i on nie uległ bachicznemu nastrojowi w osadzie, zważywszy, jak pożądliwie uwijały się wokół niego miejscowe kobiety. Z kolei Asza i ja zachowywaliśmy powściągliwość, lecz przecież nie udawaliśmy, że nic się nie stało. Wszyscy czuliśmy się trochę jak wspólnicy jednej intrygi, która przyniosła pełny sukces. Może i nie świętowaliśmy go z nadmierną ostentacją, każde z nas przeżywało go na swój sposób, lecz wyjeżdżaliśmy stąd w doskonałych humorach.

W południe poszedłem do osady, żeby rozmówić się z gospodarzami, zwłaszcza ze starcem, osobą tu najważniejszą. Pokłonili mi się głęboko, ja zaś, znów mieszaną mową i gestami, podziękowałem za gościnę, wyrażając przekonanie, że to, co się wydarzyło, stało się z woli bogów, którzy okazali nam wszystkim swą łaskawość. Poproszono mnie, bym zechciał wrócić tu jeszcze raz po południu wraz z całą drużyną, gdyż mieszkańcy chcieliby godnie się z nami pożegnać.

Odbyło się to z wielkimi dla nas honorami. Ku memu zaskoczeniu, wręczono nam wspaniałe dary, z zachowaniem należytej powagi. Ubrany, jak należy, z fenickim amuletem na widoku, odbierałem je, okazując duże ukontentowanie. Z naszych zaś zapasów po raz kolejny ubył jeden sztylet, któremu nadałem znaczenie rytualne, oraz dwa woreczki soli, które Asza ze znaczącym uśmiechem wręczyła grupce kobiet, stojących za kręgiem siedzących  mężczyzn. Wyposażono nas w piękne i mocne, skórzane pasy, ciepłe kurtki, czapy i buty z miękkiej ale grubej skóry, niezastąpione w wędrówce przez zimne o tej porze góry. Nadto, przy aplauzie zebranych, Asza i ja dostaliśmy wspólnie osobliwy, duży, składany wór do spania, wyłożony w środku krótkim futrem, doskonały na chłodne noce.

– Mężczyzna i kobieta, gdy razem poznali wodę życia, nie powinni spać osobno – tak zrozumiałem to, co sentencjonalnie oznajmił po swojemu starzec, gdy go odbierałem. Najwyraźniej, od samego początku naszego tu pobytu, za oczywistość uznano, iż jesteśmy sobie przeznaczeni. Takie oto są skutki babskich spisków. Nieważne, czy Rzym, czy dzikie góry na końcu świata, wszędzie kobiety myślą tylko o jednym. Niebywałe, jak są w tym wytrwałe i skuteczne. Asza, może i jest scytyjską wojowniczką, ale, zgodnie ze swą naturą,  umie walczyć nie tylko z łukiem w rękach.

Nazajutrz, tuż po świcie, szybko uwinęliśmy się z namiotami i dobytkiem, po czym szybko opuściliśmy dolinę, odprowadzani okrzykami górali. Tym razem nie jechaliśmy sami. Towarzyszył nam wojownik z niedalekiego sąsiedztwa, wcześniej przybyły tu na ceremonię przywrócenia świętego ognia. Przez wiele następnych dni jechaliśmy jakby sztafetą, od osady, do osady, przekazywani kolejnym gospodarzom i podobnym przewodnikom. Miano mnie wszędzie za ważnego kapłana, a ja utwierdzałem ich w tym przekonaniu, kilkakrotnie rozpalając ogniska tajemniczym dla nich amuletem. Dzięki tej ciągłej asyście, jechaliśmy ścieżkami, znanymi tylko miejscowym, przez co w kilkanaście dni przebyliśmy niespodziewanie duży szmat drogi. Lecz ta wygoda w końcu się skończyła – gdy wyjechaliśmy poza ziemię gościnnego ludu, zostaliśmy sami, ale, wcześniej przez nich pouczeni, wiedzieliśmy którędy najlepiej kierować się ku morzu.

W mijanych miasteczkach, gdzie zatrzymywaliśmy się na krótkie postoje, przeważali Persowie i Medowie, niemniej widać już było coraz więcej ludzi innej krwi. Rozeznać się w tym nie sposób, gdyż w istocie żyje tu wiele plemion, nadto podzielonych na osobne rody i rodziny. Są wzajemnie pomieszane, i rozmaicie się ze sobą układają. Coraz bardziej przekonywałem się, że nazwy, nadawane im przez Strabona, czy innych historyków, to tylko umowność, gdyż wszystko tu jest w ciągłym ruchu i zmienności. Samych tylko Medów naliczyłem kilka odmian. Jedni koczują, inni osadzają się i zakładają swoje wsie i miasta, ale jednej władzy, ani wspólnej, wielkiej siły nie trzymają.

 Niegdyś mieli krótko własne państwo, potem pokonali ich Persowie, po nich przyszli Grecy, Armenowie, teraz są Partowie. Ale było to, i jest, panowanie tylko z nazwy, gdyż, choć raz do roku płacą daniny temu, kto akurat jest górą, życie od wieków toczą wedle własnych zasad. Ogromnych przestrzeni, trudno z zewnątrz dostępnych, nie upilnuje żadne obce wojsko, ani nie ogarną żadne nasłane urzędy. Tutejsze bogactwo to ziemia, wraz z tym, co rodzi, i czym karmi, a wywieźć tego przecież się nie da.

Budują też po swojemu, choć widać, że obcy odcisnęli niejakie piętno na kształcie i wystroju co bardziej okazałych domostw i świątyń, a nawet na wielkości obronnych murów. Ale nie ma tego wiele, gdyż wielcy królowie, złodziejscy zarządcy, czy pyszni namiestnicy nie wznoszą przecież wspaniałych pałaców i rezydencji w dalekich, górskich dolinach, na uboczu głównych szlaków wojsk i handlu. Zresztą cóż by tu robili, czym zajmowały by się stada ich próżniaczych dworaków i kochanek? Wystarczy, że od czasu do czasu przyjedzie trochę wojska, nagrabi, spali kilka domów, zgwałci kilka kobiet, zabije kilku ludzi, po czym wróci, skąd przybyło. Potem życie wraca w swoje koleiny.

Ludy te, zajęte sobą, pozostają ciemne – jak wszędzie, mało kto wie tu coś ponadto, co potrzebne do obrabiania siebie i własnego dobytku. Umiejętności nielicznych, a cenionych rzemieślników od skór, broni, kamienia i drewna, pozostają w rodzinach, i przechodzą z ojca na syna. Większą wiedzę gromadzą kapłani i czarownicy, tyle że zazdrośnie jej strzegą, uważnie dobierając sobie adeptów do szkolenia. Mają dużą władzę, a kto chce tu rządzić, musi się z nimi liczyć, jako że pilnują przestrzegania praw bogów, zapewniając karność pospólstwa, i porządek w powszechnym obyczaju. Ludziom to wystarcza, niczego więcej im nie trzeba, co wytłumaczyć się da brakiem wyższego ducha, i stępieniem umysłów, skupionych jedynie na praktyczności życia.

Mowa ich to rozmaite mieszanki słów wielu języków, a im dalej na wschód, tym mniej w nich aramejskich, a najwięcej perskich i greckich, poodmienianych na własną modłę. Naszego nie znają w ogóle, zresztą Rzym to dla nich to samo, co oni dla nas, a nawet mniej, gdyż opowieści o nim nie budzą zbytniej ciekawości, czy ekscytacji. Tutejsi wojownicy idą czasem na wielkie wojny, tyle że na cudzym żołdzie, licząc tylko na łupy, nie ważne, z kogo zdjęte. Nijak ich nie obchodzi, czy jest jaki wyższy zamysł, lub cel tych wypraw. Dobrze pamiętają, jak Persów wygonił stąd Aleksander, czas pozacierał wspomnienia dawnej świetności, i ponakładał jedne na drugie z panowania co i raz zamieniających się władców z dalekich stolic.

Jadąc czas jakiś wzdłuż długiej doliny, napotkaliśmy kilka osad osobnego plemienia, które samo zwało się Sagartami, a o którym czytałem u Herodota. Prawdę pisał o ich umiejętności posługiwania się długimi biczami, którymi z dużej odległości łapali konie i ludzi. Bardzo to przydatne w walce, i równie niebezpieczne, jak zwykła broń. Asza nawet chciała spróbować tej sztuki, ale potraktowali ją bardzo niegrzecznie, gdyż poznali w niej kobietę ze Scytów, z którymi niezbyt się lubią. Gdyby nie stanowcza nasza postawa, a zwłaszcza siła Agisa, mogłoby się ta przygoda źle dla nas skończyć. Uszliśmy cało, lecz zaniechaliśmy na dobre wchodzenia z nimi po drodze w jakiekolwiek dalsze znajomości.

Przez to doświadczenie nabraliśmy większej czujności, gdyż z gościnnością nie było tu najlepiej. O ile mnie i Agisa z osobna traktowano znośnie, bez jawnej wrogości, o tyle inaczej miały się sprawy z rodzeństwem. Scytowie od dawien dawna uchodzą tu – chyba nie bez powodu – za krwiożerczych wojowników, rozbójników, a z legend jawią się jako wszelkie ludzkie zło, budzące strach i przerażenie. Niegdyś sojusznicy Medów, potem zostali przez nich przepędzeni za góry, na ziemie nad morzem hyrkańskim, daleko na północ. Było, minęło. Obydwa ludy nigdy się nie wymieszały, dzisiaj jedynie z rzadka handlują, a i to z wielką rezerwą i ostrożnością.

Plemion scytyjskich jest wielka różnorodność, tyle że teraz żyją daleko stąd, i nikt tu nie bawi się w rozróżnienia, które z nich lepsze, a które gorsze. Historycy ponazywali je po swojemu, ale nie oddaje to prawdziwego obrazu podziałów w tych krainach. Jest chyba jakaś inna jeszcze, niewidzialna granica miedzy obydwoma tymi światami. Po zastanowieniu doszedłem do przekonania, że Scytowie mają w sobie więcej z Grecji, Medowie zaś – z Persji. Utwierdziło mnie w tym porównywanie odmienności mowy, co mi się nieźle udawało, jako że dobrze znam grecką, trochę perską, a także i tę, jakiej wyuczyłem się od Aszy i Dolana. Byłem bardzo ciekawy, czy moje przypuszczenia sprawdzą się, gdy przejdziemy na wschodnią stronę gór.

Cóż, tak jak w przeszłości obydwie dawne potęgi walczyły ze sobą na śmierć i życie, tak i dziś stara wrogość trwa w pamięci i tradycji zwykłych ludzi. Jeśli nawet nieco wygasła, to i tak pozostaje w zaznaczaniu wzajemnej obcości. Macedończyk w tradycji przechował się jako okrutny zdobywca, niszczyciel miast, i wszystkiego co perskie, nie przepuścił nawet świątyniom. Od tamtej pory wiele się tu pozmieniało, lecz takich rzeczy się nie zapomina, nawet po wiekach. Pozostałości po Grekach są wyraźne, zwłaszcza że dzisiejsi partyjscy panowie wystawiają się jako ich wielbiciele, ale lud ma je za obce. Ciekawe, co by na to powiedział Maros? Jego sądy nie ze wszystkim są chyba prawdziwe. Lecz jak to jest, że w jednym się potwierdzają, ale w tym akurat okazują się być chybione?

Uważam, że w trwałości rozdzielenia ludów musi być jakaś zasada, którą trudno pojąć nawet wytrawnemu uczonemu. Bo czyż nie jest tak samo i gdzie indziej? Czyż nie czujemy niechęci do Germanów, a wielkiej odmienności z Arabami czy Żydami? Nie idzie nawet o wojny. Podbiliśmy Grecję, niemniej ludy greckie są nam jakoś bliższe, niż tamte, podobnie jak Fenicjanie czy Kreteńczycy. Oni, zdaje się, czują podobnie. A może jest tak, że narody łączą się wedle innych zgoła reguł wzajemnego przyciągania, niż by to wynikało z wojennych przewag lub porażek, polityki, i zagarniania ziem? Nie przychodziło mi do głowy żadne sensowne tego wyjaśnienie, lecz do dziś jestem pewny że musi być w tym coś więcej, niż sama tylko geografia, historia czy nawet złoto, które przecież dzieli, albo wiąże ludzi po swojemu.

Te, i podobne obserwacje, oraz przemyślenia nie zwalniały jednak od zadbania o najbliższą przyszłość. Zdani jedynie na siebie, musieliśmy przecież jakoś wybrać drogę ku morzu. Jedyne, co udało się wywiedzieć, to sposoby dotarcia do kilku pomniejszych rzek, spływających między górami do morza. Potem wystarczyło tylko jechać wzdłuż jednej z nich, by w kilka dni zejść na nadmorską równinę, skąd można szybko i bez większych przeszkód przedostać się dalej na wschód.

W rozmowie z jednym z nielicznych, bardziej nam tu życzliwych ludzi –  drobnym handlarzem, wszelako szerzej znającym okoliczny świat – dowiedziałem się, że można też iść w stronę Sogdy nie schodząc do morza, lecz dalej wyżyną, wśród gór. Odradzał jednak taki wybór twierdząc, że droga to mniej pewna, gdyż trudniejsza, i chyba dłuższa. Wiedziałem tylko tyle, że wszędzie tam jest kraina, zwana niegdyś Hyrkanią, ale niejasność znanych mi o niej zapisów nie pozwalała wyrobić sobie zdania, co też może nas tam czekać. Zresztą, zaprzątała mnie troska nie tylko o czas, czy łatwość drogi. Nadchodziła bowiem chwila, gdy musiała zapaść decyzja o losie Aszy i Dolana – o ich dalszej ze mną wędrówce, lub naszym rozstaniu. Lecz kiedy by to miało nastąpić? I gdzie?

Mimo opowieści, jakich mi nie skąpili w drodze po wyjeździe z Antiochii, nie byłem w stanie dokładniej się rozeznać, po której stronie morza koczuje ich lud. Rozumiałem tylko tyle, że osada, z której ich porwano, znajdowała się daleko od reszty plemienia, które po większej części wędrowało – z tego, co mówili – chyba na północ. To też niewiele wyjaśniało. Były dwie możliwości. Albo po przejściu gór od razu ruszą ku swoim, albo  rozejdziemy się później, dalej na wschodzie. Zdany byłem w tym na ich orientację podług im tylko wiadomych znaków, po których poznać mieli swoją krainę. Nieuczeni, nie znający geografii, kierować się potrafili taką jedynie znajomością świata..

Już dawno zostawiliśmy za sobą szlak, jakim ich prowadzono do Syrii. Musiał pokrywać się z trasą wojsk Antoniusza, wiodącą dokoła innego jeziora niż Spauta. Szliśmy zatem już nie według ich pamięci – prawda, również do morza, lecz pomiędzy innymi górami. Liczyłem i na własne wyczucie, tyle że niepewne, gdyż w znanych mi zapisach nie było zbyt wiele praktycznych wskazówek co do szczegółów tutejszych miejsc. Więcej w nich barwnych opisów, niż wiadomości, użytecznych w tak dalekiej podróży. Niezbyt dokładnie oznaczono  ogromne odległości, a ponieważ wszystko tu strasznie jest pomieszane, więc i nazwy, jakie spisano, mało były pomocne. Zresztą, te w książkach, inaczej brzmią w tutejszej mowie, i różnych jej odmianach. Bardziej więc przydawała się pomoc, okazywana przez co życzliwszych nam ludzi – przynajmniej w tym, co naprowadzało na właściwy kierunek poza góry, ku nadmorskiej równinie.

Lecz nie tylko zawiłości geograficzne napawały mnie wewnętrznym niepokojem. Te zawsze przecież dają się rozwikłać, pomyłki poprawiać, ścieżki prostować. Nic się przez nie ani zamyka, ani kończy. Gorzej, jeśli skutki wyborów w czymś są nieodwracalne. A tak jawiła mi się rzecz z przyszłym postanowieniem Aszy. Każde rozwiązanie tego dylematu kryło w sobie wielką niewiadomą na przyszłość. Rozstanie byłoby bolesne, zaś pójście razem – nieobliczalne w skutkach, zważywszy, iż po zakończeniu podróży nie pozostawało by mi chyba nic innego, jak zabrać ją ze sobą do Rzymu. Jednego nie chciałem, do drugiego nie byłem przekonany. I nie tylko o uczucia tu szło.

Przez kilka miesięcy wspólnego wędrowania przeszliśmy od niechęci, wzajemnej nieufności i ostrożności, do życzliwego wspierania się w codziennych trudach, potem do otwartości w rozmowach, wreszcie do serdecznej bliskości, tak niezwykle zwieńczonej tamtego pamiętnego dnia w górskim strumieniu. Niepostrzeżenie, lecz całkiem naturalnie, coraz uważniej przyglądaliśmy się sobie, spojrzenia się spotykały, uśmiechy stawały się cieplejsze, a gesty coraz bardziej znaczące. Nauka scytyjskiej mowy, też robiła swoje, gdyż dawała sposobność do swobodnego opowiadania sobie o rzeczach zwyczajnych, a przy tym  poznawania się w drobiazgach, sporach, wymianie opinii – w każdym razie nie z tego, jak kto  stara się przedstawiać, lecz jaki jest.

Była jeszcze wycieczka na pole pod Karrami kiedy to –  za sprawą kobiecego zrozumienia moich odczuć – zawiązała się miedzy nami cieniutka nitka przyjaźni. Zrodziła się wtedy więź, z czasem coraz silniejsza  –  choć, prawdę mówiąc, nie dopuszczałem do siebie myśli, że może być ważna. Nie przydawałem jej bowiem znaczenia większego, ponad wdzięczne przywiązanie do kobiety, z którą dzieliłem trudy wędrówki. Jak na nasze zwyczaje, to i tak więcej, niż wcześniej gotów byłbym dopuścić w swoim rzymskim rozumieniu prywatności z barbarzyńską wojowniczką.

Rozmawialiśmy szczerze, ale nie padały żadne wyznania o wzajemnej bliskości. Wychowany w tradycji i rygorze słowa, ostrożny w mowie, uważam, że dopóki rzecz między ludźmi nie zostaje nazwana, dopóty pozostaje tylko domysłem, lub ledwie możliwością jakiegoś miedzy nimi stosunku. Gdy coś zostaje powiedziane, nie ma odwrotu, chyba że kłopotliwym wykrętem, wyraźnym odwołaniem, lub zaprzeczeniem. W życiu prywatnym nie lubię niedomówień, choć umiem dobrze się nimi posługiwać w interesownych grach na przebiegłość i przewagi. Wtedy słowa służą bardziej do ukrywania intencji i prawdy, a nie ich wyjaśniania czy głoszenia. Znając się na tej sztuce, stosuję ją jednak tylko w konieczności, nigdy dla pustego popisu. Gdy nie mogę sobie pozwolić na szczerość, wolę milczeć.

Stąd brała się moja powściągliwość wobec kobiet. Nie umiałem być zalotny w szczebiotliwych pogawędkach, czego się domagają, zaś otwartości oduczyły mnie bezwzględnością swej sztuki wabienia dla uzyskiwania rozmaitych korzyści fałszywą bliskością. Zaspokojenie natury to rzecz normalna, lecz otwieranie przy tym duszy i umysłu jest wysoce nieroztropne, i zwykle nader niefortunne. A już za nieznośne uważam marnotrawienie czasu na czcze z nimi rozmowy, zwłaszcza salonowe, gdzie trzeba je podziwiać, gdy udają, że się na czym znają. Ta pusta ozdobność do dziś mnie nudzi, przedkładam nad nią użyteczność wzajemnych stosunków – czy to chwilowych, czy wynikających z powinności życiowych i rodzinnych. Pierwszych nie unikam, na drugie nie mam ochoty, zwłaszcza że ciągnie mnie w świat, i do dalekich podróży.

Jestem raczej niespokojnym duchem, nie osiadłym człowiekiem stadnym, wolę ruch i zmiany, niż moszczenie gniazda. Czy zdecyduję się kiedyś na założenie rodziny? Nie wiem. Jestem w tym względzie odmieńcem, nie kwapię się bowiem do prowadzenia życia publicznego, a już tym bardziej do wybierania sobie kobiety wyłącznie dla rodzinnego obowiązku. To samo, co wygnało mnie w świat, jednocześnie zniechęcało do godzenia się na stałe obcowanie z kimś, z kim łączyłyby mnie więzy jedynie koniecznej powinności.

Tycjanowska tradycja nakazuje, by rozumna żona była gospodynią w domu, doglądała opieki nad dziećmi, i zarządzała służbą. Lojalna i uczciwa, dobrze, jeśli nie gadatliwa, nie powinna przysparzać zgryzot rozrzutnością, ni obmową. W odróżnieniu od tego, co się dziś pleni w Rzymie, w naszej rodzinie panują surowe obyczaje. Kobietom okazuje się należne im względy, ale też i wiele od nich wymaga. Trzyma z dala od spraw publicznych i interesów, zezwalając jednak, by miały swój krąg towarzyski, dyskretnie co jakiś czas  sprawdzany. Tycjanowie od dawien dawna uczestniczą w wielkiej polityce, muszą więc uważać, by nic z tego, co się dzieje się w sekrecie pod ich dachem, nie wychodziło poza ściany ich domów.

Nasza rodzina, rozległa i nad wyraz wpływowa, jest czymś w rodzaju wspólnoty interesów, a to nakłada na wszystkich jej członków określone zasady w życiu i zachowaniu. Kto ich nie przestrzega, zostaje odsunięty – tyle że po cichu, bez publicznych skandali, acz z właściwą surowością. W tym nie ma pobłażania. Słowo głowy rodu jest prawem, zaś jego żona czuwa, by było respektowane. Ogarnia też swym okiem sprawy praktyczne, łagodzi niektóre spory, jest ważnym arbitrem przy dobieraniu małżeństw. Jeśli wypełnia swoje obowiązki, ma u męża poważanie i wsparcie, niekiedy nawet serdeczną przyjaźń. Tak było w przeszłości, tak jest i teraz. Dlatego też cieszymy się od dawna szacunkiem i zaufaniem, należnym ludziom obyczajnym, zaufanym i wiarygodnym.

W całej historii rodziny Tycjanów kobiety pozostawały w cieniu swych mężów i synów. Tylko jedna zaznaczyła się szczególną niezwykłością, dzięki której zachowała się pamięć jej imienia. Była to owa żona Lucjuszowego syna, przybyła do Rzymu wraz z wykupionym z niewoli żołnierzem Krassusa, i ich małym synkiem. W połowie Greczynka, w połowie Partyjka, o wielkim sercu, rzadkiej odwadze i oddaniu, wiedziała, że czeka ją niepewny los w obcym świecie, niepewność przyszłej pozycji, nawet odrzucenie z mocy prawa. Przyjęta z oporami, z woli głowy rodziny zyskała uznanie i szacunek, a to dzięki stanowczości charakteru, i umiejętności zjednywania sobie ludzi. Dotąd nie zdarzało się u nas, by kobieta, z racji własnych przymiotów, wybiła się na taką wyrazistość i niezależność w rodzinie.

Nie bez znaczenia było i to, że nieźle wyedukowana, jako córka medyka miała sporą wiedzę lekarską. Użyczała jej uczynnie i skutecznie, czym zaskarbiła sobie wdzięczność nawet tych, którzy zrazu krzywo na nią patrzyli, lecz w potrzebie szukali jednak u niej pomocy. Otaczała swe dzieci – zwłaszcza mego dziadka i Maesa – niezwykłą opiekuńczością, okazując im więcej ciepła i serdeczności, niż to wynikało z rodzicielskiej tradycji, zgodnie z którą dzieci niezbyt rozpieszczano, uważając, że nadmierna uczuciowość psuje charakter.

Staranność w przestrzeganiu rodzinnego ładu nakazuje u nas dużą surowość w wychowaniu, zwłaszcza chłopców. Więcej w nim dyscypliny życia i umysłu, niż wylewności uczuć. Zalecana jest powściągliwość w ich okazywaniu, także baczenie, by nie dać się zanadto nimi powodować. Co dobre jeszcze u córek, u synów uchodzi za naganne. Wyrabiano więc w nich opanowanie i wytrwałość, by w przyszłości nie poddawali się przeciwnościom, nie ulegali słabościom. Także dbano o cnoty moralne – lecz z tym różnie bywa. Jedni mają do nich większą skłonność, inni lekce je sobie ważą już od małości.

Różnie można o tym sądzić. Komu później łatwiej w życiu – trudno orzec, zwłaszcza patrząc, jak układają się losy i jednych, i drugich. Niestety, sprawiedliwość bowiem nie wymierza się tylko podług przymiotów, nawet zasług. Temida może i ma przewiązane oczy, ale – co tu kryć – ukradkiem podgląda spod swojej opaski co też leży na szalach jej wagi. Wystarczy mały ruch dłonią, a przechyla ją w tę stronę, po której więcej złota, zaszczytów, i zwykłej siły. Wszem znana jest ta jej skłonność, wszyscy do niej już przywykli – wręcz dziwią się, gdy bogini zdarzy się zapomnieć, i orzec coś wedle prawidłowej miary. Czyż to nie Krassus głosił, że sądy są dla głupich i biednych, a sprawiedliwość dla bogatych i sprawujących władzę? Zwykła przyzwoitość nielicznych uchodzi dzisiaj za heroizm.

W życiu unikałem czułostkowości, mając ją za oznakę zniewieścienia. Nie przystoi  mężczyźnie, gdyż czyni go śmiesznym, a niekiedy wręcz żałosnym. Pomny własnych doświadczeń, wiem, jakie to upokarzające. Dlatego zrodzone odczucia wobec Aszy bardzo mnie niepokoiły, gdyż ich siła skłaniała rozum do traktowania ich jako zagrożenie dla stałości mego charakteru. Z drugiej jednak strony budziły doznania, jakich dotąd nie znałem, a które nie tylko sprawiały mi wielką przyjemność, lecz łagodziły także dotychczasową niechęć do nazbyt bliskich więzi z kobietami.

Zresztą, nie sam tylko zamęt uczuciowy sprawiał, że nie za bardzo wiedziałem, co myśleć o przyszłości naszych stosunków. Biorąc rzecz całą na rozum, znajdowałem same sprzeczności, których pogodzenie wydawało się niemożliwe. Każde z nas zmierzało do własnego celu, nadto należeliśmy do całkowicie odmiennych światów. Trudno sobie wyobrazić, by scytyjska wojowniczka mogła znaleźć dla siebie miejsce w Rzymie. Z kolei, dla mnie barbarzyńscy nomadzi to tylko ekscytująca ciekawostka – prawda, że godna poznania i opisu, niemniej obca we wszystkim, bez wyjątku. Połączyła nas wspólna wędrówka, lecz niepodobieństwem chyba byłoby jakiekolwiek wspólne życie po jej zakończeniu. Co dziwne – nie tyle z racji odmienności krwi, umysłu, przysposobienia do życia, czy tradycji, ile z podobieństwa charakterów. Było oczywistością, że obydwoje nade wszystko cenimy sobie wolność, i żadne z nas nie zechciałoby się naginać do czegoś, co mogłoby być sprzeczne z własną naturą, zwyczajem, nawet przekonaniem. A przecież to z nich wyrastają pragnienia, zachowania, szukanie dla siebie sposobu życia wedle własnej woli.

Na czas jakiś złączyła nas droga, pokonywanie napotykanych przeciwności, lecz to, co w tym było dla mnie jedynie środkiem, dla niej – celem samym w sobie. Obydwoje szukaliśmy wielkich dla siebie przestrzeni, lecz innego rodzaju. Mnie ciągnęła niezmierzona kraina wiedzy, ją – bezkresne pola wędrówki i walki. Tyle tylko, że ja, po najdłuższej wyprawie, mógłbym zaszyć się w bibliotece na długie nawet miesiące, ona natomiast obumierałaby w domowym spoczynku. Jedyny bezruch, jaki uznawała, to pełnienie nocnej warty przy ognisku, albo czajenie się na wroga, łup, lub zwierzynę. Co prawda, życie w Rzymie, jak zresztą chyba wszędzie, też w dużej mierze na tym właśnie polega, lecz my robimy to zupełnie inaczej. Tam, gdzie trzeba życiowej ogłady, konwenansu, rozwagi, niekiedy długiego czasu, zabiegów chytrości i przemyślności, chłodnej rozwagi, nie sposób rozstrzygać spraw tylko szybkimi, celnymi strzałami z łuku. Co nie znaczy, że w naszych grach nie padają trupy, nawet w sporej obfitości.

Zdawałem sobie sprawę , iż pierwotnej dzikości dorosłej, wojowniczej kobiety nie da się okiełznać żadnymi pętami, nawet z jedwabiu. Będzie je rwała tak długo, aż się z nich wyzwoli i ucieknie. Dobrze, jeśli przy okazji nie spali pałacu, w którym by ją trzymano – choćby i w największych luksusach i ogrodach. Sama świadomość ograniczeń byłaby dla niej nie do zniesienia, i pobudzałaby wolę do ich unikania i pokonywania – chyba że przyjęłaby je z własnego wyboru. Ale w imię czego miałaby robić cokolwiek wbrew samej sobie? Prosty umysł nie potrafi spekulować, ważyć racji, patrzeć daleko i wysoko, lecz poddaje się odruchom chwili. To właściwość zwierząt, dla których każde działanie jest albo atakiem, albo obroną. Odpoczywają z rzadka, w przerwach miedzy polowaniem, lub ucieczką, gdy do ruchu pobudza ich albo głód, albo strach.

Prawda, jest jeszcze poszukiwanie lub walka o przewagi, by płodzić młode, i wspólnie je chronić, dopóki same nie zaczną dbać o siebie. Ale to trwa krótko, bez konsekwencji, bez trwałych więzi miedzy rodzicami, a potomstwem. Gniazda i legowiska zakładają tylko na tę okoliczność, reszta to wojowanie, by przetrwać. Kto słaby, ten ginie w wiecznych igrzyskach  natury, gdzie nagrodą i dobrem jest samo tylko trwanie, a złem to, co mu zagraża. Tyle, że te igrzyska to nie olimpiada – bo i nie ma tu Olimpu.

A my sami? Czyż nie to miał na myśli Maros, zarzucając nam, że żyjemy tylko siłą, walką, i przejadaniem łupów? Czyżbyśmy byli jak zwierzęta – w ludzkich postaciach i różnorodnej ozdobności form? Zaiste, wiele mamy z nimi wspólnego – ale przecież nimi nie jesteśmy! Mamy jeszcze rozum, duszę, ducha poszukiwania czegoś więcej, niż tylko strawa i panowanie nad innymi. Bogowie dali nam prawa, które miarkują to, co w nas dzikie, pod groźbą kary wiecznego potępienia. Tylko skąd wiadomo, czym jest owa wieczność? Zresztą, skoro ludzka sprawiedliwość jest przekupna, to może i boski gniew też daje się jakoś uładzać ofiarnymi datkami?

Składają je od wieków wszyscy bez wyjątku, nawet najdziksze plemiona. Scytyjskie rodzeństwo nieustannie odprawiało drobne, codzienne rytuały, a niekiedy zanosiło krótkie modły ma postojach, czy to w górach, czy w otwartym polu. Gdy pewnego razu rozpytywałem Aszę o ich bogów, zaskoczyła mnie odpowiedzią – i co ciekawe, osobliwie przystającą do moich rozmyślań.

– My czcimy Api, panią ziemi. – Na chwilę zamilkła. – Ty jesteś oddany słońcu – dodała. – My patrzymy nisko, ty z wysoka.

– Słońce pomaga ziemi, by rodziła owoce – odparłem utartym zwrotem, nie widząc ani potrzeby, ani w ogóle sensu rozprawiania o równowadze żywiołów z kimś, komu za wiedzę o świecie wystarczają przesądy, mity i własne doznania. Nic na to nie poradzę, że od pamiętnego dnia w dolinie uparła się widzieć we mnie kogoś więcej, niż tylko wędrownego kupca i uczonego.

– Ale może ją spalić – usłyszałem odpowiedź cichą, ale stanowczą. – Wtedy nic nie urodzi. Zostanie pustynia. Nie da się żyć – rzuciła te krótkie słowa, patrząc przed siebie z lekkim grymasem na twarzy. Czy tak właśnie dawała mi do zrozumienia, że i ona rozmyśla po swojemu nad naszą przyszłością? Zawsze była otwarta i szczera – a tu taka aluzyjność?

Próbowałem czasami – nie wprost, ale jakimś sposobem – wywiedzieć się, co ostatecznie zamierza zrobić, gdy dojedziemy już do morza.  Czy jest zdecydowana wracać do swoich? Czy zechce pójść ze mną w dalszą podróż? Jeśli to drugie – to czemu? Czy może na coś liczy? Takim rozmowom najlepiej sprzyjały chwile bliskości, gdy nocami grzaliśmy się w namiocie wzajemnym ciepłem i intymnością. W miłym odprężeniu łatwiej o szczerość, nawet w sprawach trudnych. Przekomarzanie się zadowolonych kochanków zwykle wolne jest od czujności, a wypełnione oddechem, dotykiem ciała, wymowną bliskością, miłą żartobliwością.

– Chyba jednak coś ci się jednak pomyliło?- rzuciłem przekornie w leniwym półśnie.

– Niby co?

– Podobno u was kobieta idzie za wojownikiem, którego sobie wybiera.

– Bo tak jest. Tak ma być.

– Ja wojownikiem nie jestem.

– Nie idę za tobą. Idę z tobą.

– Na razie leżysz obok mnie.

– Nie podoba ci się? – uniosła się na boku, napierając na mnie z udawaną groźną miną.

Roześmiałem się. Dzika, czy nie dzika – każda kobieta tak umie się wywinąć w rozmowie, że trzeba jej jeszcze z czegoś się tłumaczyć! Wypytywanie szybko skończyło się na niczym, zwłaszcza że w chwilę potem przeszliśmy od słów do kolejnych, miłych atrakcji.

Niedopowiedzenie wciąż pozostawało, ja zaś dałem sobie już spokój, czekając na dalszy rozwój wypadków. Do morza było niedaleko, drogą wzdłuż dużej rzeki, przebijającej się zakolami przez góry. Przejście jej najtrudniejszego odcinka zajęło nam sporo czasu, jak na niecałe  pół tysiąca stadiów. Po tygodniu zeszliśmy już w nizinę, jakże odmienną powietrzem, obfitością zieleni i zwierząt w licznych osadach i wsiach. Brakło tu większych miast, a od dawnej hyrkańskiej stolicy na wschodzie dzieliło nas jeszcze dobre trzy tygodnie jazdy morskim wybrzeżem.