Początek u Kresu Drogi

CZĘŚĆ IV

  1. Obiecujące początki

Rano, skoro świt, zebrawszy się wszyscy przy bramie, zaraz za murami miasta, uformowaliśmy zwarty rząd i ruszyliśmy w drogę. Przyglądała się temu spora grupa miejscowych, chętnych obejrzeć śmiałków, wypuszczających się w tak daleką podróż. Pojawił się też Fandak z Menandrem, by osobiście dojrzeć, jak rozpoczyna się wyprawa, którą po równi z obawą, ale i determinacją puścili w ruch. Darowaliśmy sobie długie pożegnania, obyło się też bez wróżebnych rytuałów, czy składania błagalnych ofiar. Trwało oczekiwanie, kto też da znak do wymarszu. Fandak, ze swoim nieco drwiącym uśmieszkiem, spojrzał wymownie na mnie z ukosa i w końcu wyszło tak, że to ja stanąłem z przodu i, wezwawszy przewodnika, uniosłem rękę, kierując konia na zachodnią drogę. Obok mnie jechał Idas z Patrosem, zwierzęta z towarami i obozowym dobytkiem rzędem za nami, po bokach szło trochę luzaków, zaś dokoła dreptali konni zbrojni w małych grupkach. Babur jechał w środku kolumny, Hanowie trzymali się razem, Sangren miał swojego kamelosa, podobnie jego tajemniczy towarzysz, obarczony wieloma równie tajemniczymi pakunkami. Agis spokojnie krążył między nami, mając baczenie na to, co się dokoła dzieje.

Przebyłem tysiące stadiów, by rozeznać się w szlakach karawan, lecz nigdy ani mi do głowy nie przyszło, że pewnego dnia sam będę z taką wracał, na dodatek, wiodąc ją z woli wszystkich jej uczestników. Wszelako najważniejszy był teraz przewodnik, z którym postanowiłem się dokładniej rozmówić, co do sposobu i czasu jazdy, postojów, pogody, warunków, nawet zagrożeń, jakie mogą nas czekać. Najął go Menander, ręcząc za jego rzetelność, o której miał ponoć okazję nieraz się przekonać. Nie widziałem powodu, by w to wątpić, niemniej chciałem wywiedzieć się jak najwięcej szczegółów, by móc zawczasu, na ile dam radę, jak najlepiej pojąć, co też nas czeka. Taka nauka to bezcenna rzecz dla kogoś, kto o wschodnich karawanach tylko słyszał, lub czytał, ale nigdy nie widział żadnej na oczy, a tym bardziej nie doświadczył na własnej skórze, jak się nią wędruje.

Przewodnik zwał się Sulik, ale z jakiego się wywodził ludu – orzec było trudno. Miał nas doprowadzić do miasta, zwanego przez niego Subzawur, odległego od Merwu o miesiąc jazdy. Niewiele mi to mówiło, podejrzewałem, ze może idzie o Hekatompylos, owo miasto tysiąc bram, o którym czytałem u naszych historyków. Ale pewności nie miałem, prócz tej, że to krainy chorasańskie, przez które niegdyś przeszły wojska Aleksandra, a którymi potem zawładnęli Partowie. Wcześniej, idąc do Baktrii przez Hyrkanię, ominąłem je od północy. Teraz będzie okazja, by przyjrzeć się temu, co opisali nasi kronikarze, i na własne oczy przekonać, czy trafnie i rzetelnie. Niezależnie od tego, jak wypadnie porównanie, pewności siebie dodawała mi możność orientowania się, z pewnym, oczywiście, przybliżeniem, gdzie jesteśmy i będziemy co do miejsc i odległości.

Uspokojony z obaw o sam szlak, pozostawiłem rzeczy swojemu biegowi, zamierzając dokładniej poznać i włączyć do pamięci to, co mijaliśmy. Wędrując śladami historii, przypatrywałem się, co też po niej zostało. Sulik znał mnóstwo tutejszych legend, a widząc we mnie wdzięcznego słuchacza opowiadał je chętnie, tak, jak je rozumiał i potrafił. Pojąłem z nich i to, com już wcześniej sobie wyrozumował z własnych obserwacji w innych miejscach, a mianowicie, że zmieniali się tu władcy, maszerowały tędy różne wojska, lecz zwykli ludzie jak żyli po swojemu, tak żyją nadal. Radzą sobie niezgorzej, mimo iż od dawna płacą wiele za nieustanne zmiany wiatrów historii. Niemniej handel ma wciąż swoją wagę i nic nie jest w stanie na długo powstrzymać ruchu na jego szlakach.

Sulik umiał się dogadywać po trosze w różnych językach, tego wymagała jego praca. Znał ludzi po wsiach i osadach, wiedział też, gdzie czyhają bandy i ile trzeba im się okupić. Wart był swojej ceny, co szczególnie pokazało się niedługo po wyruszeniu z Merwu. Gdy wjechaliśmy na pustynny step, nakazał oszczędzanie wody, gdyż, jak twierdził, do następnego wodopoju dojedziemy dopiero za dwa dni. Gdy nadszedł ów czas, wszyscy wypatrywaliśmy jakiegoś strumienia, ludzie byli już mocno zmęczeni i spragnieni, lecz jak okiem sięgnąć nic nie wskazywało na to, że gdzieś tu może być jakie źródło, albo studnia. Zapanował niepokój, wszyscy spoglądali na przewodnika, w obawie, czy aby się nie pogubił, on tymczasem zachowywał się jakby nigdy nic.

Pierwsze zwietrzyły coś konie, szarpiąc jeźdźcami, a po kilku chwilach, w oddali, miedzy wzniesieniami, poczęły wyłaniać się jakieś ciemne plamy, na które wskazał ręką, nakazując jazdę w tamtym kierunku. Kilku jeźdźców nie wytrzymało i puściło się pędem, za nimi reszta, tylko kamelosy udało się prowadzić dalej swoim krokiem. Gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że trafiliśmy do małej oazy z oczkiem wodnym, przy jednej z tych podziemnych rzeczek, które w swym biegu tu i ówdzie wybijają się na powierzchnię. Stanęliśmy tam na noc, mało może wygodnie, ale bezpiecznie, przy skąpych krzakach i drzewach, które dawały jaki taki cień. Od tego zdarzenia, gdy Sulik nakazywał jakieś ograniczenia w drodze, nikt już nie kaprysił na jego podróżne zalecenia.

Jazda była monotonna, nużąca, z czasem pojawiało się coraz więcej wsi, nawet większych osad. Podobne do siebie, takie same jak wszędzie. Ludzie skromni, raczej przyjaźni, rzadko niechętni, ale zawsze ciekawi, zwłaszcza że nieczęsto widywali tak duże tabory, nie mówiąc już o całkiem nieznanych im hanijczykach. Co jakiś czas, w co lepszej okolicy, robiliśmy dwudniowy postój na odpoczynek i oporządzenie siebie i zwierząt. Zbrojni i słudzy mieli zabronione łupiestwo wśród miejscowych, choć bez swawoli się nie obywało. Agis trochę zajmował się strażnikami, ja zaś szukałem sposobności, by poznać się bliżej z Hanami, zwłaszcza z owym towarzyszem Sangrena.

Zastanawiająca to była figura. Trzymał bowiem tylko ze swoimi, a podczas przerw w podróży wiele z nimi rozmawiał, siedząc przed namiotem, ni to pisząc, ni malując coś na małych, drewnianych tabliczkach. Szybko zorientowałem się, że najzwyczajniej w świecie robi notatki, nawet rysunki. Potwierdzało to wcześniejsze przypuszczenia, iż musi być kimś w rodzaju wywiadowcy, spisującego wszystko, co uzna za ważne po drodze. Miał swego osobnego sługę, pomocnika, który okazał się po trosze i tłumaczem, gdyż umiał porozumiewać się z innymi spoza ich grona.

Bardzo mnie to ekscytowało, aż wreszcie postanowiłem przy pierwszej okazji poprosić Sangrena, by nas ze sobą poznał. Skoro tamten był człowiekiem piśmiennym, edukowanym, więc i trochę uczonym, mógłby, jeśli zechce, użyczyć mi nieco wiedzy o swoim świecie. Prawda, zaniechałem dalszej wędrówki na wschód, zresztą, nie wiem, czy dotarłbym w ogóle do ich krainy, chyba że trawiąc na to lata życia. A tu nadarzała się okazja, by wywiedzieć się o niej wielu rzeczy, i to z pierwszej ręki. Los sam mi ją podsunął, błędem byłoby więc z niej nie skorzystać.

Rozmówiłem się z naszym hanijskim wspólnikiem, a ten, choć z pewnym ociąganiem, przystał na moją prośbę. Przy prezentacji zdziwiło mnie, że zachowuje się wobec swego rodaka bardzo uniżenie, co by oznaczało, ze ów człowiek ma nad nim jakąś przewagę. Nie wnikałem w to – dopóki nie ma kłopotów, ich sprawa, kto jest u nich kim i dlaczego. Skłoniliśmy się sobie, sługa przyniósł drugą matę, ja zaś, zaproszony nieco wyniosłym gestem, usiadłem naprzeciw niego. Tłumacz, stojąc pokornie, ciągle w ukłonach, począł przekładać nasze słowa z dużym mozołem, przez co rozmowa toczyła się powoli, z pewnym nawet namaszczeniem, które, jak już zdążyłem się przekonać, oni tak bardzo lubią.

– Wybacz, panie, zuchwałą ciekawość, lecz widzę, żeś człowiek uczony, a ja mam wielki szacunek dla wiedzy, i tych, którzy są w niej biegli – zacząłem grzecznie, tłumacząc moje nagabywanie. – Jest rzeczą niezwykłą spotkać kogoś takiego wśród skromnych kupców na szlaku, więc zrozumiałe ci się chyba wyda, że rad jestem poznać tak niezwykłą w naszych okolicznościach osobę.

– Jeszcze rzadziej spotkać można, nie tylko miedzy wędrownymi kupcami, osoby obdarzone tak niezwykłymi talentami, jak ty, panie, który nam tu przewodzisz – odparł pochlebstwem, ale nie wolnym od uwagi, pokazującej, iż ma baczenie na nasze układy ze wspólnikami. Tłumacz co i raz zacinał się, usiłując jak najdokładniej wyłożyć w mieszaninie słów greckich i perskich sens naszych zawiłych nieco zdań. Miałem trudność w rozmowie, gdyż nie potrafiłem połączyć tego, co mówił, z odczytywaniem wyrazu twarzy, a bez tego nie sposób wyłapać tonu wypowiedzi i intencji, jakie skrywają.

– Przesadzasz w swej łaskawości, panie – odparłem, wcale niezaskoczony, iż dał świadectwo swego zmysłu obserwacji. – Nikomu nie przewodzę, pomagam tylko w drodze, gdyż o taką pomoc mnie poproszono.

– Kto dobrze patrzy, ten widzi więcej, niż ten, kto dostrzega tylko pozory – nie cierpię takich okrągłych, sentencjonalnych ni to pochlebstw, ni to aluzji, lecz mój rozmówca nie mógł lepiej dać do zrozumienia, że nie da się zbyć gładką mową.

– Masz, panie, bardzo wyostrzony wzroki i umysł, a to dowodzi wielkiej przenikliwości, której nic nie umyka. Lecz, jak zapewne wiesz, przewodzić mogę tylko sam sobie, gdyż idę tu bez żadnego towaru i interesu. Po prostu, wracam do swego kraju.

– Wielka siła i zdecydowanie, z jakim zmierzasz do tak dalekiego celu, pociągają innych, a to wystarcza, by widzieli w tobie przewodnika – najwyraźniej wywiedział się, skąd jestem i co mnie wiąże z pozostałymi w naszej grupie..

– Każdy tu ma swój cel, równie ważny, jak mój. Ty, panie, też chyba nie jesteś tu przypadkiem– wskazałem ręką na leżącą przed nim deseczkę z dziwnymi znakami – bez powodu na tyle ważnego, by wędrować taki szmat drogi.

– Tylko wypełniam swój obowiązek, jaki mi powierzono – taka otwartość nieco zbiła mnie z tropu. Skoro nie zajmował się handlem, to kim był?

– Zatem kupcem raczej nie jesteś?

– Na szczęście nie muszę parać się tak marnym zajęciem – nie trzeba było rozumieć słów, by wyczuć pogardę, z jaką je wypowiedział. Bardzo się to nie spodobało mej tycjanowskiej dumie.

– A co takiego ci się w nim nie podoba?

– Kupcy żyją tylko kosztem innych. Z cudzej pracy. Służą cudzej przyjemności, słabości, albo próżności, ale najbardziej własnej chciwości – niezwykłe irytująca była jego wyniosła maniera mówienia. Nie tyle rozmawiał, raczej oznajmiał, jak ktoś nawykły do posłuchu.

– Chyba się mylisz, panie. Pochopnie oceniasz ludzi, uważam, że nawet niesprawiedliwie. – Wskazałem ręką w stronę namiotów wspólników. – Nie zaprzeczysz, ze wszyscy tu bardzo się trudzą.

– To prawda. Ale tylko noszą to, co zrobili, albo zdobyli inni. Kto, według ciebie, jest więcej wart? Ten, kto umie zrobić piękną szatę, czy ten, kto tylko ją nosi dla własnej ozdoby?

– Sama do niego nie trafi. Nawet do króla, który, przyznasz, zwykle jest wiele wart, choć sam też jej nie utkał.

– Ten, kto go w nią ubiera, jest jedynie sługą – prychnął w odpowiedzi ze wzgardą, zaznaczoną machnięciem ręki..

– Dziwnie mówisz, panie. U nas nie tak to rozumiemy. Twoje słowa bardzo mnie dotykają. Wiedz bowiem, że jestem z rodu kupców i wcale nie mam się za niczyjego sługę.

– Może i jesteś z rodu kupców, ale sam nim nie jesteś.

– A ty, panie? Skoro też nim nie jesteś, to kim? Niczego nie przenosisz, ale jak twierdzisz, wykonujesz jakieś obowiązki. Zatem i ty komuś służysz.

– Ty również nie masz swoich towarów – spojrzał z ukosa, unikając odpowiedzi, lecz aluzja była aż nadto czytelna. – Co nie znaczy, że nie masz nic na wymianę – słowa te padły znienacka, niczym jakaś nieokreślona, niedopowiedziana propozycja.

– Zdumiewasz mnie, panie – odparłem po dłuższym namyśle. – Mam tylko siebie, a to nie podlega targom.

– Mądrzy ludzie mogą wymieniać się tym, co mają najcenniejszego, a czego nie wozi się w jukach – rzekł spokojnie, patrząc mi w oczy. – Jeśli tylko zechcą.

– Co masz na myśli?

– Wiedzę.

– Mówił mi kiedyś pewien rozumny człowiek, że należy bardzo uważać, komu się ją oferuje. W niegodnych rękach łatwo prowadzi do zguby.

– Ostrożność nie oznacza niechęci, lecz słuszną rozwagę. Co nie wyklucza porozumienia.

– Czyżbyś chciał wymieniać się tym, co jednak wozisz w jukach? – wskazałem na deseczkę.

– Nie ma w nich nic, czego byś sam nie wiedział. To zwykłe zapiski z podróży, którą przecież odbywamy razem. Nie o takiej wiedzy mówię.

– A o jakiej?

– O tej, którą nosimy w sobie. Z którą tu przybyliśmy.

– Jest bardzo cennym towarem, choć trudno go liczyć.

– Nie inaczej.

. Nigdy też nie wiadomo, co dla kogo przy wymianie może być zyskiem, a co stratą. I kiedy?

– Niemniej spróbuj rozważyć, co proponuję.

– A dokładniej?

– Mnie ciekawi twój świat, ciebie, jak sądzę, ciekawi mój. Czyż nie warto skorzystać z okazji, że się spotykamy w tak niezwykłych okolicznościach? – zabrzmiało to już bardziej zwyczajnie, bez pokrętnych aluzji. Cóż, niezależnie od tego, kim był, w tym akurat miał rację.

Przywykłem już do przekonania, iż nic nie dzieje się przypadkiem. Skoro bogowie wybrali tak niezwykłe miejsce i czas, by dać mi sposobność poznania rzeczy tajemniczych, nieznanych, dalekich, to rezygnacja ze skorzystania z niej byłaby dla nich wręcz obrazą. A że lubią być niekiedy mściwi, więc lepiej z nimi nie zadzierać. Co prawda, kiepskie to usprawiedliwienie dla folgowania niepohamowanej ciekawości, niemniej moje zastrzeżenia, czy wyćwiczona, odruchowa ostrożność przed cudzym szpiegowaniem, wydała mi się być bardzo na wyrost, by nie rzec – w ogóle pozbawiona sensu. Bo i co miałby tu wyszpiegować?

– Oferta, przyznam, zachęcająca – odparłem, wstając. – Długa przed nami droga, może warto ja wypełnić czymś więcej, niż tylko codziennym mozołem. Umysł też domaga się swego – zaśmiałem się na pożegnanie..

– Mądre słowa, panie – oddał mi pokłon.

Wracając do siebie, i rozglądając odruchowo po obozie, uprzytomniłem sobie, że było w naszej rozmowie coś zgoła nierealnego, jakby ze specjalnie napisanego dramatu dla teatru, tylko nie wiadomo, czy dobrego, czy złego. Oto dwóch ludzi, z dwóch krańców świata, spotyka się gdzieś pośrodku dzikiej krainy, przed wędrownym namiotem, by przepytywać jeden drugiego o swoje sprawy. Nie znają żadnego wspólnego języka, są z narodów, które prawie nic o sobie nie wiedzą, nigdy się nie spotkały i pewnie długo jeszcze nie spotkają. Obydwaj są zwiadowcami, idącymi – choć zapewne z rożnych powodów – w jednej karawanie kupieckiej, tyle że mało zajmują się samym handlem i nadzieją zysków, jaka ją pchnęła w tak daleką drogę. Jeden spisuje to, co poznaje, na drewnianych deseczkach, drugi zaś składa to samo w pamięci, by potem zebrać w księgach. Dokoła stepy, góry, trud, brud i znój wędrówki, niepewność jutra, a oni urządzają sobie pogawędkę, próbując przechytrzyć się nawzajem na słowa. Zdumiewające, zaiste, jakie bogowie wyczyniają sobie z nami brewerie. Ale tak chyba wysnuwają się w historii przedziwne nitki, które z czasem, gdzieś, kiedyś, może zwiążą się w jakiś niezwykły węzeł.

  1. Hanowie

Do Subzawaru dojechaliśmy w niecały miesiąc, bez większych kłopotów i żadnych strat w ludziach i dobytku. Miasto, choć dość okazałe, nie było jednak wypatrywanym przez mnie Hecatompylos. Niczym szczególnym się nie wyróżniało, tyle że znaleźliśmy w nim sposobność do wygodnego odpoczynku po długich dniach spędzonych na grzbietach zwierząt i na wietrznych równinach Chorasanu. Skorzystaliśmy z tego skwapliwie, jak kto chciał i potrafił, wszelako z zachowaniem należytego porządku w obcowaniu z miejscowymi. Tutaj też kończył swą posługę Sulik. Przed odebraniem zapłaty, zgodnie z umowa, przedstawił zmiennika, mającego nas prowadzić do wielkiego miasta Rej.

Człowiek ów, tutejszy Pers, pewny siebie, choć nie zarozumiały, mniej gadatliwy niż poprzednik, zabierał w drogę młodego syna, którego od małego przyuczał na swego następcę. Tak jak wszędzie na świecie, rodzinne przysposabianie do zawodu to zwyczajna praktyka, nie tylko wśród przewodników. Domówiliśmy się szybko, pomógł nam w uzupełnieniu zapasów, doradzając, w co się wyposażyć. Nieco zdziwiło mnie, że przy poznaniu bacznie mi się przyjrzał, co przypisałem ciekawości dla kogoś, kto wydał mu się między nami ważną osoba, niż jakimś nieznanym mi powodom. Hanów nigdy wcześniej nie widział, więc ze zrozumiałych względów oglądał ich z wielkim zainteresowaniem, szukając też zbliżenia z ich tłumaczem.

Następna część podróży trwała około dwudziestu dni, i wiodła na zachód, w pewnym oddaleniu od gór, oddzielających nas – jak się okazało – od ziem hyrkańskich, którymi wcześniej szedłem po tamtej ich stronie do Baktrii. Wiedząc więc mniej więcej, gdzie jestem, czułem się pewniej co do położenia, choć bynajmniej nie bezpieczniej w samej wędrówce. Byliśmy już zgraną drużyną, przynajmniej co do podziału obowiązków, niemniej w drodze dochodziło niekiedy do zatargów miedzy poszczególnymi grupami, zwłaszcza strażników. Na szczęście, Agis, mający duży wśród nich posłuch, łagodził je z właściwą sobie spokojną stanowczością. Z pomocą Patrosa mocno trzymał w ryzach ich narowy, nie pozwalając, by zatruwały stosunki między uczestnikami karawany.

Podczas jazdy obserwowałem okolice, starając się zapamiętywać to, co ciekawsze i ważne dla mych przyszłych opisów, natomiast podczas postojów gawędziłem z kim tylko się dało, i kto, mimo zmęczenia, miał na to siłę i ochotę. Dużo obiecywałem sobie po rozmowach z owym zagadkowym hanijskim kronikarzem wyprawy – tak bowiem nazwałem go w myślach. Rzecz jasna, bez wahania podjąłem propozycje, jaką mi był uczynił – licząc, że uda mi się bliżej poznać ten jakże tajemniczy dla nas naród, a także, przy okazji, czemu i komu mają służyć jego zapiski.

Już na samym początku pojawił się kłopot, a to stąd, iż zrazu trudno przychodziło mi rozumieć sens wielu używanych przezeń terminów i nazw, jako że w ich mowie, a już tym bardziej w piśmie, nie przypominają niczego nam znanego. Mam niejakie zdolności do języków, lecz do końca wspólnej podróży nie uchwyciłem zasady rozróżniania hanijskich wyrazów, ani nawet ich wymowy, czy budowania z nich zdań. Wyuczyłem się jedynie pewnej ich ilości, lecz przez zwykłe naśladowanie, co bywało zawodne, gdyż u nich te same dźwięki co innego znaczą w zależności od sposobu ich wymawiania, czy wzajemnych miedzy nimi związków. Mowa ich jest chrapliwa, raz jakby krótko wykrzykiwana, innym znów razem ciągła, ale w melodii dla mnie nie do uchwycenia.

Pierwsze, co uczyniliśmy, to wyjaśniliśmy sobie imiona, pod jakimi tu występowaliśmy. Ja podałem swój przydomek wędrowca, on zgodził się na miano Tanwena, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało po ichniemu nie tyle wywiadowcę, ile obserwatora. Okazało się, że jest urzędowym wysłannikiem niższej rangi dla sporządzania jak najdokładniejszych opisów i map ziem, przez które szliśmy. I tu pojawiła się pierwsza odmienność, niezwykle ważna dla tego rodzaju zajęcia, która skłoniła mnie do pewnych głębszych przemyśleń.

Otóż u nich do każdej wyprawy, bliskiej, czy dalekiej, u siebie, czy u obcych, czy to wojennej, czy handlowej, dołącza się specjalnie wyedukowanego kronikarza, geometrę i geografa w jednej osobie, który sporządza raport z tego, co widział, zmierzył, policzył i sprawdził na własne oczy. Składa go potem w osobnym cesarskim urzędzie, na dowolny użytek, jaki przyjdzie do głowy władcy, jego służbom, także wodzom. Tym sposobem wiedzę o świecie, bliższym i dalszym, zbiera się u nich systematycznie i zapobiegliwie, niczym zboże w magazynach, czy złoto na rozmaite cele, wszelako pod nadzorem specjalnie po temu powołanej prefektury. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak bardzo to jest pożyteczne dla interesu państwa, nie tylko w sprawach wojennych, ale i dla dobrego nim zarządzania.

U nas kronikarzami, historykami, czy geografami są ludzie prywatni, z zamiłowania, tylko z rzadka przyjmujący wprost podobne zlecenia; zresztą nie ma tak wydzielonego posługiwania publicznego. Robią to bez mocy urzędowej, choć, oczywiście, ich praca bywa wykorzystywane dla państwowych celów. Prawda, są tacy, co pisują kroniki dla poklasku, lub wkupienia się w łaski możnych tego świata, upodabniając się do poetów, schlebiających swym protektorom, nawet szerszej gawiedzi. Ale rzetelnych autorów mamy niewielu, i nie są oni na niczyjej służbie. Rozbawiła mnie myśl, iż Strabon, czy niegdyś Herodot, mieliby wyliczać się ze swych studiów przed jakimś gryzipiórkiem. Uczony lub badacz to człowiek wolny, co nie znaczy, że nie powinien wspomagać swego kraju, gdy zachodzi potrzeba skorzystania z jego wiedzy. Jednak decyduje tu roztropności, gdyż godzić się na taką pomoc należy tylko po rozważeniu sensu owych potrzeb i intencji, jakie im towarzyszą.

Ja sam też na swój sposób wypełniałem zlecenia cesarskie, lecz przecież nie jako najemny sługa. Czyniłem to niejako przy okazji, idąc według własnych, po trosze i rodzinnych planów, dla mnie dalekich od polityki. Być pomocnym, a być najmitą, to dwie różne rzeczy. Sam pomysł handlowania własnym rozumem, bez ważenia racji, tylko dla zysku, wydaje mi się obmierzły. Poznawanie świata na rozkaz trąci szalbierstwem, rodzącym nieraz wielkie oszustwa, gdyż szuka się głównie tego, co chciałby widzieć ten, co rozkazuje i płaci, a pomija, lub ukrywa to, co mogłoby być dla niego niewygodne. Kto tak czyni z własnej woli, poddaje się zniewoleniu, ulegając nadziei zysków, podszytej własnymi słabościami, chciwością, lub pychą. Umysły sprzedajne nie mają ani szacunku dla siebie, ani poważania u innych. Nie znaczy to bynajmniej, że trudno takie znaleźć.

Zastanawiając się na tymi sprawami, czułem jednak, że gdzieś na dnie duszy czai się we mnie obłuda. Nie ma chyba potrzeby szczególnie wyjaśniać, że w pojęciu rozumnego człowieka, wolny umysł, interesownie zaprzedany władzy, wręcz przekupny, to coś sprzecznego z uczciwością, nadto szalenie niebezpiecznego. Wspominałem fenickiego mistrza szkła, Nartasa, i jego sąd o wiedzy, której nie należy pochopnie oddawać w niegodne ręce, gdyż prowadziłoby to do nieobliczalnych skutków. Lecz czyż sam nie oponowałem wtedy twierdząc, że każda wiedza, nawet ta skrzętnie skrywana, prędzej czy później wylatuje na wolność, niczym ptak z klatki, a kto ją złapie, to jego zysk?

Choć puściłem się w wędrówkę z własnej woli, z pragnienia poznawania świata, to przecież i dla szukania sposobności pomnażania rodzinnej fortuny. Czy chcę tego, czy nie, wszystko, czego się dowiaduję, zostanie użyte dla zdobycia przewagi nad innymi. Zatem jest w tym interesowność, i to nie byle jaka – a w przypadku Tycjanów także i wielka polityka. Nadto zgodziłem się zbierać obserwacje dla Korbulona, prawda, że prywatnie, ale nie bez pewnej kalkulacji, nadto doskonale wiedząc, że zechce ją wykorzystać przy kolejnej wojnie, chociażby z Armenią. Jakkolwiek więc bym spekulował, to zawsze wyjdzie mi, że niezależnie od przekonania o własnej wolności, w tym, co robię, kryje się uwikłanie w późniejsze pożytkowanie przez innych wiedzy, jaką zdobywam, i jaką potem im przekażę. Nie mam nad sobą pana, nie pobieram żadnego żołdu, lecz czyż nie oszukuję się, utrzymując, iż o mym życiu i jego owocach decyduję tylko ja sam, kierując się w nim wyłącznie chęcią poznania, którą mam za najważniejszą dla siebie wartość?

Każda rozmowa z Tanwenem dawała asumpt do podobnych, i innych jeszcze rozmyślań. Natomiast mój rozmówca w ogóle nie zaprzątał sobie głowy takimi wątpliwościami. Był tylko urzędnikiem, a nie żadnym demonicznym agentem, czy szpiegiem w naszym rozumieniu. Nie wysłano go na żadną sekretną misję, nie wiózł listów polecających, cokolwiek komukolwiek nakazujących, lub do czegokolwiek upoważniających. Nie trapiły go żadne rozterki, wypełniał obowiązki, za które mu płacono z państwowej kasy. W pewnym sensie był dobrze sporządzonym, żywym narzędziem, bezwolnym, nie roztrząsającym do czego jest używane. Co z początku brałem za szpiegowską chytrość wyższego rodzaju, okazało się tylko szukaniem okazji do jeszcze lepszego wykonania swego czysto kronikarskiego zadania.

Zdumiewało mnie, że wywiązywał się z niego z sumiennością, ale bez własnego o nim sądu, bez cienia zastanowienia nad wartością, obecną czy przyszłą, tego, co gromadził na swych tabliczkach. Wiedza jako taka niespecjalnie go ciekawiła, jej ocenę zostawiał tym, którym ją po powrocie dostarczy. Jego panowie mogliby go wysłać gdziekolwiek bądź, nawet na księżyc, gdzie równie beznamiętnie stawiałby te swoje dziwaczne znaki, bez poruszania wyobraźni, bez szukania większego sensu dla tego, co spostrzega i spisuje. Z trudem pojmowałem tę osobliwość umysłu, przykrojonego do wykonywania czynności, a nie do wnikania w ich istotę i sens. Nie znam się dobrze na filozofii, ale na jego przykładzie pojąłem, co miał na uwadze Arystoteles, odróżniając w człowieku umysł bierny od czynnego. Tanwen był żywym dowodem na to, że można zadowalać się tylko tym pierwszym i mieć się z tym bardzo dobrze.

Zaczynaliśmy od rzeczy prostych, a niezbędnych dla wzajemnego rozumienia miar czasu, odległości, wagi i wszystkiego, co daje się przeliczać dla porządku spraw codziennych i państwowych. Potem stopniowo przeszliśmy do zwyczajów, zasad ułożenia państwa, trochę do historii. Wrócił temat kupców, i tu wyjaśniło się, jakie oni mają stosunki miedzy różnymi grupami ludzi, i dlaczego. Otóż, jeśli wyłączyć same urzędy, to najbardziej cenią chłopów, na których stoi powszechna pomyślność. Wyedukowani urzędnicy wszystkim rządzą wedle woli cesarza i zgodnie z przyjętym porządkiem rzeczy, tamci jednak wszystkich żywią. Dlatego te dwie grupy ludzi cieszą się u nich największym poważaniem, choć dokładnie są od siebie oddzielone. Dalej idą ci pożyteczni przez dobra, jakie wytwarzają pracą rąk i praktycznymi zdolnościami. Poważane jest wyrabianie wszystkiego, co potrzebne w życiu, budowanie, naprawianie. Cała reszta niejako żeruje na cudzym dorobku, jeśli tylko poprzestaje na korzystaniu z niego, nie dając nic w zamian.

Te podziały nieco mnie dziwiły, lecz me zdumienie niepomiernie wzrosło, gdy dowiedziałem się, jak nisko wśród ludzi wolnych stoją u nich żołnierze. Dopiero szersze wyjaśnienie ich życiowej filozofii uzmysłowiło mi, jak wielkie są miedzy nami różnice, z których to wynikało. Otóż za podstawę w państwie przyjmują pracę i pokój wewnętrzny, a dopiero potem szukanie zdobyczy wojennych na zewnątrz. Zatem wojsko, choć ważne, służy najpierw do obrony, a nie do najazdów i szukania łupów na innych. Jest więc przede wszystkim zaporą, nie taranem. Lecz jeszcze jedna okoliczność sprawia, że wojenne rzemiosło nie jest u nich w cenie, a ma ona związek z ciekawym pojmowaniem tego, co dzieje się z człowiekiem za życia i po śmierci.

Otóż, zawsze i we wszystkim najważniejsza jest u nich rodzina i przywiązanie do swego miejsca. Kto umiera, musi być pogrzebany w rodzinnej miejscowości, nadto trafia w zaświatach do swych przodków, którzy mogą go do siebie dołączyć, albo i nie. Na złączenie się z nimi nie ma szansy ten, kto ginie gdzieś daleko od domu, albo straci w walce jakie członki, włącznie z głową. Taki nieszczęśnik skazany zostaje na sromotę i samotność za grobem, a to w hanijskim rozumieniu jest gorsze, niż u nas wieczne potępienie. Oni w ogóle nie pojmują, że można być wyłączony z jakiejkolwiek wspólnoty żyjących, czy umarłych. Dlatego nie ma chętnych do ryzykowania w służbie wojskowej, więc gdy przychodzi potrzeba, zaciąga się do niej niewolników, włóczęgów, nawet więźniów.

Tak u nas ceniony honor żołnierski, sława wojenna, nawet pośmiertna, dla prostego wojaka nie ma u nich znaczenia. Docenia się jedynie wodzów, ale tylko zwycięskich. Kto przegrywa daje głowę, bo nie wypełnił zleconego mu obowiązku. Najważniejszy nawet dowódca jest tylko cesarskim sługą, rzadko kiedy doradcą, ale nikim więcej. Ambicja prywatna to podejrzana wada, jeśli ją kto ujawni, może mieć poważne kłopoty. Wszystko jest służbą i podległością, a sama tylko myśl, by sprzeciwić się władcy, czy wręcz podnieść przeciwko niemu bunt, to karygodne bluźnierstwo. Han z niedowierzaniem słuchał gdym mu opowiadał o naszej historii, w której może rządzić kilku wodzów, nadto ze sobą skłóconych i zwykle starających się wzajemnie zniszczyć.

Nie znaczy to, że Hanowie nie biją się miedzy sobą jak inni, zawsze i wszędzie, gdzie idzie o władzę, ale czynią to zwykle w waśniach rodzinnych. Tanwen opowiadał trochę o ich bratobójczych walkach, ale szybko pogubiłem się kto, kiedy i kogo na dobre wysadził z siodła. Tyle tylko spamiętałem, że panuje teraz nowy cesarz, ponoć wspaniały, mądry i bardzo troszczący się o pomyślność państwa. Interesowało mnie nie tyle skąd się wziął, lecz kim jest i jak układa sprawy publiczne.

Mimo dziwnego dla nas podejścia do żołnierki, Hanowie trzymają trzy wielkie armie, bo do spraw wojskowych przykładają jednak niemałą wagę. W prowincjach stoją osobne garnizony, największe pilnują stolicy i samego cesarza, pełniąc także rolę miejskiej prefektury porządkowej. Oddziały na granicach, z wolnego poboru, służą przede wszystkim do obrony, także przeciw wewnętrznym buntom, niekiedy do wypraw zewnętrznych, jeśli nadarza się okazja tanim kosztem zająć czyjeś sąsiednie ziemie. Służba trwa dwadzieścia pięć lat, ale można się od niej w każdej chwili wykupić. Wolne od niej w ogóle są rodziny urzędnicze wyższych rang. Przestępcy, zaciągnięci z więzienia, mogą liczyć na to, że, zostaną wolnymi osadnikami tam, skąd uda się wyprzeć jakie plemię, albo przy niektórych publicznych zajęciach, jak chociażby pilnowanie stacji kanałów wodnych. W oczywisty sposób nic, ani nikt nie ma prawa się u nich marnować.

Przy okazji dowidziałem się o pewnej osobliwości ich gospodarzenia, u nas w ogóle nieznanej i niepraktykowanej. Otóż wiele urządzeń i magazynów trzymają pod ziemią, budując tak całe labirynty dla swych zasobów. Wykorzystują podziemne rzeki, groty, stawiając nad nimi wejścia i stacje, pilnowane dla ich zabezpieczenia i pożytkowania tego, co ukryte. W razie zagrożenia może tam skryć się także miejscowa ludność, niezwykle utrudniając stamtąd życie każdemu napastnikowi, który zechciałby najechać ich ziemie. Wolą się więc bronić, niż samemu atakować, biorąc tym samym wrogów na wyniszczenie.

Wysłuchując tych opowieści, lepiej rozumiałem niezadowolenie Agisa, utyskującego wciąż na hanijskich strażników, których próbował przysposabiać do żołnierskiego rzemiosła na naszą modłę.

– Oni w ogóle nie myślą. Są jak bezwolne zwierzęta, przyuczone do narzędzia. Każesz iść w prawo, idą w prawo, każesz w lewo, idą w lewo, nawet jeśli jest tam przepaść. Posłuch musi być, to jasne, ale żeby aż tak? W walce bywa, że czasem trzeba umieć też kombinować po swojemu, a oni bez rozkazu ani rusz. Jak im zabić dowódcę, to się pogubią i uciekną, nawet gdy będą w przewadze. Marni z nich żołnierze.

Z obserwacji hanijskiej grupy wyrozumiałem, że trudno pojąć u nich różnicę między służeniem, karnością, a służalczością. Ciągle się sobie kłaniają, wedle rangi, jaką mają, nie tylko we własnej grupie, ale w ogóle w państwie. Wobec nas są wyzywająco układni, a wszystko bierze się z dziwacznej obyczajności, który nazywają etykietą. To jakby powszechna zasada grzeczności, ułatwiającej wzajemne obcowanie, niezależnie od tego, co kto do kogo czuje. Tego bowiem nie ujawniają, chyba że przez zapomnienie lub nieostrożność, z czego potem się tłumaczą w dwójnasób. Nigdy nie wiesz, co taki jeden z drugim o tobie myśli, bo nijak nie da tego po sobie poznać. Podejrzewam, że gdyby dostał rozkaz wbić ci nóż w plecy, najpierw by ci się uprzejmie skłonił, a potem zadźgał z przepraszającym uśmiechem na ustach.

Na ową etykietę składa się zbiór reguł we wzajemnych stosunkach, ćwiczonych od dziecka. Na swój sposób przypomina w praktyce to, co u Żydów jest zestawem przepisów na każdą okoliczność życiową, domową i publiczną. Wszystko ma być jak należy, wedle stosownej reguły, żadnych własnych pomysłów, żadnego okazywania własnej osoby, własnych odruchów, własnego pomyślenia. Czy oni w ogóle wiedzą, co to takiego wolna wola? Samodzielna decyzja, czy własny, niezależny wybór, choćby i na przekór innym? Własne zdanie, co dobre, a co złe? Takie samo mrowisko, tyle że na drugim krańcu świata, także podobna niechęć do obcych, przekonanie o własnej nad nimi wyższości. Powiedziałbym, że taka sama nawet wobec nich pogarda, tyle ze Żydzi okazują ją głośno i jawnie, a Hanowie skrycie, w uśmiechach i ukłonach. Ciekawe, co się będzie działo, gdy kiedyś te dwa narody się zejdą przy jakichś sprawach!

Przy okazji przemyśliwania czynionych obserwacji, wracało nieraz pytanie o to, czy narody mają duszę. Przyglądając się bowiem obydwu tłumaczom przy Hanach, zastanowiło mnie czy zachowali w sobie coś z ducha rodzin, w jakich się zrodzili i chowali jako dzieci. Jeden był z pochodzenia baktryjskim Grekiem, drugi, też z grecką, może nawet i rzymską domieszką, pochodził z Sogdy. Jako młodzi chłopcy trafili – każdy w innych okolicznościach – do hanijskiej niewoli, i wywiezieni do swych panów dorastali już w obcym dla nich świecie. Oczywiście, wyuczyli się nowego języka, lecz przecież nie zapomnieli własnego, co uznano za wielce przydatne.

Ponieważ nic tam nie może się marnować, więc gdy dorośli, dołączono ich do miejscowej społeczności tak, by wykorzystać tę ich umiejętność z jak największym pożytkiem. Pozostali niewolnikami, lecz bardzo cennymi, zwłaszcza że u Hanów zaczął się coraz większy ruch w handlu, i to w obie strony. Nadto przybywały do nich i znaczniejsze figury polityczne, z bliska i z daleka, a do rozmaitych wypraw, także wojennych, dołączali specjalni urzędnicy, sporządzający ich opisy i mapy, do czego potrzeba przecież kogoś pomocnego w rozumieniu obcej mowy. I tak to, różnymi drogami, jeden znalazł się u kupców, którzy go sobie wypożyczali, a drugi wśród urzędów, przy służbie państwowej.

Przez lata niewolniczej tresury upodobnili się do swych panów, lecz trudno było orzec, czy tylko w mowie, zachowaniu i obyczaju, co zrozumiałe, czy też w umyśle i duszy? Dzikie zwierzę, gdy je schwytać i posadzić w klatce, przecież zachowuje swoją naturę i narowy, choć każą mu je powściągać pod groźbą bata. Tłumacz Tanwena miał lepiej, bo służył także trochę jako sekretarz i pomocnik, a to czyniło zeń osobę już bardziej użyteczną, a przez to lepiej traktowaną. Natomiast ten od Sangrena trzymany był krótko, tylko do posługi, także przy najgorszych zajęciach obozowych.

Pierwszy przypominał więc domowego pieska, w sumie zadowolonego ze swego losu, drugi natomiast konia, zaprzęgniętego do orki. Pierwszy na dobre zamienił się w Hana, drugi w jakimś stopniu pozostał chyba tym, kim był z urodzenia, tyle że w pętach, które go uwierały, ale których zerwać nie miał jak. Tak to sobie wyobrażałem, zwłaszcza że dostrzegałem w jego oczach zamyślenie, gdy spoglądał z boku na żołnierzy, ćwiczących pod komendą Agisa i Patrosa. Co by się stało, gdyby znalazł dobrą szansę na wyrwanie się z tych sznurów? Czy w ogóle chętny byłby jej szukać? Czy, gdyby się nadarzyła, skorzystałby z niej, idąc za duchem narodu, z jakiego się zrodził?

Przypomniałem sobie moich Scytów, rodzeństwo, wyrosłe w wolnym plemieniu. Dolan uciekł przy pierwszej okazji i na swój złodziejski sposób pędził żywot małego drapieżnika, natomiast Asza przyczaiła się tylko, by przetrwać czas niewoli. Gdy los zesłał jej pomoc w mojej osobie, szybko odzyskała dawny wigor młodej Amazonki. W podróży okazało się, że nic nie złamało ich natury, pozostali dzikimi barbarzyńcami, bez cienia zniewolenia w duszy. Czy w tym przygiętym do ziemi baktryjczyku o greckim rodowodzie, też odzywa się jeszcze duch wolności, czy został skutecznie zabity przez obcy świat? Czy tli się w nim jeszcze pod przykrywką strachu, czy już w ogóle zgasł?

Pytać wprost o to nie mogłem, bo byłoby to niestosowne, tak wobec niego, jak i wobec Sangrena, lecz niekiedy w przelotnych rozmowach na boku próbowałem wyczuć, czy coś z podobnych myśli chodzi mu po głowie. Gdy raz czy drugi czyniłem w tym kierunku jakieś aluzje, byłem pewny, że je rozumie. Niemniej milczał, nie podejmując tematu. Mówiąc o tym, zadawałem mu zagadkę na jego własny temat, lecz nie wiedziałem, czy rozważał szukanie jej rozwiązania. Zauważyłem jednak, że nie tylko coraz chętniej ze mną rozmawiał, ale przy tłumaczeniu podczas spotkań z jego panem, czy w rozmowach z innymi, jakby unikał nazbyt już ostentacyjnej uniżoności. A może mi się tylko tak zdawało?

 

  1. Nieuchwytne echa na wielkich przestrzeniach

Droga do Egbatany zajęła nam niecałe trzy miesiące, wiodąc przez kolejne miasta, bardzo stare, licznie rozrzucone na dużych przestrzeniach Chorasanu. Wcześniej królestwo Medii, potem Persji, ciągnęło się na wysoko położonych równinach, wzdłuż północnego skraju rozległej pustyni. Teraz rządzili tu Partowie, co zaznaczało się tym wyraźniej, im dalej na zachód się posuwaliśmy. Odnalazło się końcu i owe rzekomo tysiąc bram, tyle że miejsce to zwie się teraz Komesz – choć niekiedy używa się starszej nazwy Damgan, co w tutejszej mowie wykłada się jako miasto magów. Aleksander nadał mu wielkie znaczenie na swoim szlaku, i jest w istocie ciekawe, tyle, ze tych bram jest ledwie trochę więcej, niż zwyczajowe cztery, jak wszędzie. Uchodzi za jedną ze stolic osobnych prowincji partyjskich i perskich, gdzie od zawsze rządzili samodzielni, mali despoci, wyduszając, każdy swoim zwyczajem, ile się dało ze swoich poddanych.

Podobno Komesz jest niezwykle starożytne, tyle że wciąż jakby przesuwa się ku północnym wzgórzom, zastawiając wcześniejsze, niżej położne części napierającym od południa piaskom pustyni. Zachowały się jeszcze resztki starego zamku, używane jako warownia dla wojska, ale i one pewnie z czasem znikną. Zaiste, dziwnie urządzili się tu ludzie, mając po jednej stronie żyzne pola i lasy, z licznymi wodami, spływającymi z pobliskich gór, a zaraz po drugiej – niszczącą martwotę pustyni, której nie są w stanie przeciwstawić się nawet wysokie mury. Cztery dni drogi dalej jest kolejne miasto, co pospołu z wieloma wsiami i osadami między nim a Komeszem tworzy ogromne zbiorowisko ludzi, złączone pod jedną władzą. Nie miałem czasu na to, by w tak szybkiej podróży rozeznawać się w miejscowych stosunkach, zresztą, prawdę mówiąc, nie miałem na to specjalnej ochoty, zadając się na przypadek, który podsunąłby mi jakąś po temu sposobność. I, w rzeczy samej, los zdarzył, że przydarzyła się nam osobliwa niespodzianka, która niepomiernie zdumiała nie tylko mnie samego, ale i mych towarzyszy.

Byliśmy już w drodze do najstarszego ponoć miasta na tutejszym szlaku, zwanego Rej. Trudno mi orzekać o jego wieku, gdyż wszystko tu dokoła było tak stare, jak sam chyba świat, pamiętając czasy z legend Babilonii. Wcześniej nie działo się nic szczególnego, jeśli nie liczyć pierwszych hanijskich prób handlowania z kupcami w Komeszu i dalszym Semnanie. Wszędzie, gdzie się zjawialiśmy, Hanowie, dotąd znani głównie ze słyszenia, budzili zrozumiałe zainteresowane, nie tylko przez oryginalność w wyglądzie, ale i przez ciekawość towarów, jakie wieźli. Gdy tylko rozkładaliśmy się gdzie obozem, zaraz pojawiali się widzowie, żeby ich oglądać jak jakie dziwo. Nie brakowało i handlarzy, węszących za zarobkiem, chętnych do kupowania jedwabiu i rzadkich korzeni, czy ozdób. Sangren czuł się nieswojo, gdyż nie za bardzo wiedział, jak sobie z nimi radzić. Umiał liczyć i wiedział, że im dalej dowiezie swój dobytek, tym więcej zyska, lecz nie był od tego, żeby i w drodze to i owo sprzedać.

Niepokoiło to pozostałych wspólników, gdyż woleli, żeby nie uszczuplał swoich zapasów przed ostatecznymi rachunkami. Sami z kolei handlowali tym co mieli, wymieniając jedne towary na drugie, by ugrać na krótszych przewozach ile tylko się da. Pośredniczyłem w ich rozmowach, starałem się łagodzić niesnaski, lecz nie wtrącałem się do tych targów, pilnując tylko, by się wzajemnie nie oszukiwali. Wspólna wędrówka zbliżyła ich do siebie, ale nie aż tak, by po cichu nie szukali własnych zysków. Z trudem radzili sobie z przeliczaniem swojego na udziały, jakie miała każda ze stron, kręcili, kluczyli, lecz koniec końców godzili się, gdy wkraczałem jako arbiter, rozsądzający sprawy zgodnie z zawartą w Merwie ugodą. Zyskiwałem dzięki temu spore uznanie, a Hanowie na osobności dziękowali mi za pomoc, twierdząc, poniekąd słusznie, że sami pogubiliby się w zupełnie obcych dla nich warunkach. Moja pozycja jeszcze bardziej umocniła się dzięki zdarzeniu, w którym, ku memu zaskoczeniu, niezwykłym echem powróciło pewne spotkanie, jakie miałem kilka miesięcy temu.

Na drugi dzień po wyjeździe z Samnanu, gdy jechaliśmy spokojnie, równym rytmem miedzy wysokimi wzgórzami, naraz w oddali pojawiła się duża grupa konnych, niespiesznie zbliżając się w naszą stronę. Trudno było powiedzieć, jakie mieli zamiary, wiec Agis z Patrosem szybko ustawili naszych zbrojnych w wyćwiczony wcześniej sposób, by nie dać się zaskoczyć jakimś nieprzyjaznym manewrem ze strony nadjeżdżającej gromady. Gdy zbliżyli się, dostrzegłem na ich czele człowieka w perskim stroju, który wyglądał mi na ich przywódcę. Ponieważ nie dostrzegłem oznak gwałtowności, wiec dałem znak, by zatrzymać zwierzęta, po czym, wraz z Idasem, powoli ruszyłem na spotkanie zbliżających się jeźdźców, unosząc rękę w powszechnie przyjętym geście pokoju. Stanęli i oni, a po krótkiej chwili podjechaliśmy na tyle blisko, by pozostawać razem w zasięgu głosu.

Nie wyglądali na pospolitych bandytów, wręcz przeciwnie – dowódca, sądząc po ubiorze, musiał być kimś znacznym, a jego dumna postawa świadczyła o niejakiej pańskości, właściwej lepszemu urodzeniu. Także żołnierze nie sprawiali wrażenia zbrojnej hałastry, lecz karnie wykonywali to, co nakazywał nawet krótkimi spojrzeniami.

– Pozdrawiam cię, panie, który stanąłeś na drodze naszej kupieckiej karawany – odezwałem się pierwszy w perskiej mowie. – Chcę wierzyć, że kieruje tobą jedynie ciekawość, za którą nie kryją się żadne złe zamiary.

– Ty tu przewodzisz? – spytał bez zbytnich wstępów, ale i bez agresywności.

– To wolni kupcy, każdy przewodzi sam sobie – odparłem spokojnie.

– Czy są wśród was Partowie?

– Nie ma – pokiwałem głową. – Są Sogdowie, Baktrowie, nadto ludzie, których zwą Hanami. To przybysze z bardzo daleka.

– Nie wyglądasz na kogoś z tych, których wymieniłeś.

– Nie jestem kupcem, tylko samotnym wędrowcem, który do nich dołączył.

– To czemu wysuwasz się na czoło?

– Ktoś musi. Może dlatego, ze mam najmniej do stracenia. – Wskazałem ręką na jego ludzi, którzy otoczyli nas szerokim półkolem. – Chcę wierzyć, że nie macie złych zamiarów – wyczuwałem, że nie idzie tu o żadne bandyckie pomysły, co nie znaczyło wcale, że jesteśmy bezpieczni. – Nie wyglądasz, panie, na kogoś, kto tak musiałby zdobywać fortunę.

– Nie brak ci śmiałości, człowieku – lekko się uśmiechnął, z wyższością wpatrując się we mnie jak pan na swego poddanego.

– Mam swój honor, panie – odparłem stanowczo – i szukam go u innych. – Zwłaszcza u tych, którzy zdają się wyrastać ponad pospolitość – spojrzałem mu prosto w oczy.

Chce wyniosłości, to będzie ją miał! Przez cały czas starałem się zachowywać grzecznie, jednocześnie zastanawiając, kim jest, i co robi z dużą grupą zbrojnych na szlaku wędrownych handlarzy. Przecież żadnej wojny tu nie ma, chyba że jakieś prywatne waśnie miedzy miejscowymi wielmożami. Skoro nie był zwykłym łobuzem, a wskazywała na to wyraźna pańskość jego obycia, to można było żywić nadzieję, ze nasze spotkanie skończy się tylko na rozmowie. Trzeba jednak ostrożności, by go nie rozdrażnić, co nie znaczy, by okazywać zbytnią uległość. Lecz co miało oznaczać owo pytanie o Partów?

– Nie jesteśmy rabusiami, ani żadnymi rozbójnikami – zaśmiał się – a ty, mimo tego nędznego ubioru, nie wyglądasz mi na zwyczajnego wędrowca w kupieckiej karawanie. Skąd jesteś? – Jakże to irytujące, takie wypytywanie! Przecież nie wyróżniałem się tu niczym szczególnym, więc czymże wzbudziłem tę ciekawość? Chyba tylko tym, że nie umierałem ze strachu na jego widok.

– Z bardzo daleka..

– To żadna odpowiedź.

– Czy to ma znaczenie? Jeśli szukasz Partów, tu ich nie znajdziesz – spróbowałem tym sposobem wydobyć z niego sens wcześniejszego pytania.

– To wasze szczęście. Nie będziemy was zatrzymywać – nadal jednak stał przed mną, bacznie mi się przyglądając.. – Ale nie dostałem odpowiedzi na moje pytanie, kim jesteś, i skąd?.

Nie dał się zbyć, więc nie mogłem tak po prostu pożegnać się i wrócić do swoich. Coś mnie tknęło i podkusiło do zaryzykowania ostrożnej otwartości.

– Jestem obywatelem rzymskim i przebywam tu w prywatnej podróży. Teraz wracam do domu. Czeka mnie droga długa i trudna. Ale liczę na szczęśliwy powrót. – Spojrzałem na niego znacząco. – Pewien kapłan przy ołtarzu ognia niedawno przepowiedział mi, że będą mi w tym sprzyjać i bogowie, i ludzie..

Sam nie wiem, czemu przyszło mi do głowy, że ów wystawny perski jeździec, to ktoś z tutejszego, możniejszego rodu, w którym, być może, żywi się tę samą złudną nadzieję, o jakiej usłyszałem w hyrkańskiej Karcie. Niejawnie więc odwołałem się do wyrażonego wówczas mgliście zapewnienia o wieści, jaka miałby mnie wyprzedzać i chronić w podróży przez te ziemie. Było to z mojej strony kuszenie losu, z niewiadomym skutkiem, lecz ryzyko nie aż tak wielkie w sytuacji, gdy nic nam już chyba nie zagrażało. Przy tak rozległych przestrzeniach, i po tak długim czasie, tamto spotkanie sprzed miesięcy mogło dzisiaj nic nie znaczyć. Niemniej, niczym niewprawny łucznik, wystrzeliłem na oślep w niebo, licząc, iż szczęśliwym trafem ustrzelę jaką zdobycz. Szansa powodzenia była właściwie żadna, ale cuda czasami się zdarzają.

– Chyba coś takiego obiło mi się o uszy – odparł Pers po dłuższej chwili milczenia i przyglądania mi się z uwagą. Strzała chyba jednak dopadła celu! –. Słyszałem o kimś, kto ponoć ciekawie rozprawiał z kapłanem przy ołtarzu ognia o sprawach wielkiego świata. Wędrował w bardzo dziwnym towarzystwie, ale nie aż takim – wskazał ręką na nasza spora karawanę, stojąca w pewnym oddaleniu.

– Byłem wówczas sam, z jednym tylko sługą, jeśli nie liczyć scytyjskiej kobiety i jej małego brata. – Jeśli miałem być wiarygodny, to należało mówić prawdę. – Rozstałem się z nimi już dawno temu. Zatoczyłem krąg, a teraz wracam inną nieco drogą.

– Może więc, rzeczywiście, jesteś tym człowiekiem, który rozmawiał z kapłanem przy ołtarzu ognia? – sprawdzenie wypadło pomyślnie.

– Może i ja lepiej teraz rozumiem pytanie o Partów? – rozmowa przy użyciu pytań, trochę na żydowską modłę, bywa niekiedy szalenie wygodna. Nie wdając się w wyjaśnienia, wiedzieliśmy obaj, o co idzie.

– Skoro tak, to uszanuję kapłańskie słowa.

– Wielka jest twoja przenikliwość, panie – skłoniłem głowę – co przyjmuję z ogromną ulgą.

– Szukałeś honoru, więc go znalazłeś.

– I zachowam w dobrej pamięci.

– Oby ci dobrze służyła w przyszłości.

– Zawsze dotrzymuję danego słowa.

– Zatem ruszajcie. Niech bogowie wam sprzyjają.

Wymieniliśmy pokłony, Pers dał znak swoim ludziom, i w kilka chwili już ich nie było. Gdy wracaliśmy do oczekujących nas towarzyszy, Idas, który cały czas przysłuchiwał się tej wymianie słów, nic z niej, oczywiście, nie pojmując, kręcił tylko głową z pewnym niedowierzaniem.

– Nie podoba mi się to. Zbyt gładko się obeszło. Czy aby nie urządzą nam gdzie jakiej pułapki?

– Zapewniam cię, Idasie, że nic nam nie grozi. Przynajmniej od Persów.

– Co to za sprawa z tym kapłanem?

– To dłuższa opowieść. Kiedyś ci wyjaśnię, w czym rzecz. Na pewno ci się przyda.

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? Wszystko, co nas spotyka, nawet niby przypadkiem, splata się w sposób zgoła nieprzewidywalny, gdy się tego najmniej spodziewamy. Największą chyba sztuką w życiu jest umieć uchwycić i zrozumieć, co i kiedy jest czego skutkiem, a czego jednocześnie może być przyczyną. Tego drugiego odczytywać na bieżąco się nie da, bo nie ma takiego umysłu, który by potrafił przeniknąć głębszy i dalszy sens w czymś, co zdaje się być jedynie ulotnością chwili, potraktowanej z niedbałością dla szczegółu i pozornym brakiem związku z tym, co nas w danym momencie najbardziej zajmuje. Ileż to rzeczy mamy na widoku, a ich nie doceniamy, nawet nie chcemy spostrzegać, biorąc je w ogólności za tło zdarzeń i poczynań, które uznajemy za ważne? Dopiero poniewczasie przychodzi zrozumienie – jeśli w ogóle przychodzi – jak się wszystko łączy się i przenika.

Rozum nie ogarnia wszystkiego, co się dzieje, bo to się, po prostu, nie da, zatem wyciąga wnioski tylko cząstkowe co do przyczyn i skutków w biegu naszego życia. Skupiony na jakimś zadaniu, dostrzega głównie to, co z nim jest związane, resztę mając za mało ważny dodatek. A przecież w owych pomijanych drobinach dziejących się zdarzeń kryć się mogą – i zwykle tak właśnie bywa – zalążki rzeczy, decydujących za czas jakiś o naszym losie. Co więcej, nie wiadomo, jak, i kiedy do tego dojść może.

Jakże bowiem podczas niegdysiejszego spotkania w Karcie, a i zaraz po nim, mógłbym przewidywać, kiedy i gdzie spotka mnie takie jego następstwo, jakie właśnie się wydarzyło, i to w tak dziwacznej postaci? Bo że dwa te zdarzenia się ze sobą wiązały, to oczywistość, którą spostrzegłem dopiero w chwili, gdy w rozmowie naszło mnie przypomnienie tamtych słów kapłana, a za tym nagła myśl, iż coś takiego jest w ogóle możliwe. Gdy się to przed chwila potwierdziło, wszystko ułożyło się w logiczną całość.

Czym zatem są nasze starania przeniknięcia logiki zdarzeń, skoro nie umiemy ogarniać ukrytych w nich przesłanek dla skutków, które w najgłębszym przekonaniu zdają się nam być przypadkami? Owszem, pewne rzeczy dostrzegamy, rozważamy, budujemy na nich plany, składamy z nich obraz własnego życia. Lecz jeśli umysł i zmysły zanadto zajęte są bieżącą chwilą, nadto gdy zaciemnia je wyobraźnia, przenikają pragnienia, namiętności, najrozmaitsze fantazje, wówczas wiele z tego, co się nam przytrafia, mamy za kaprysy bogów, losu, zwykłe przypadki. Im dłużej jednak wędruję, tym mniej wierzę już w zwykłe i niezwykłe zbiegi okoliczności, choć żadną miarą nie umiem znaleźć zasady, jaka rządzi ich układaniem się w łańcuchy przyczyn i skutków. Zresztą, nie lubię sofizmatów, wolę ujmować rzeczy praktycznie.

Czy jednak, jako praktyk, mogłem zawczasu założyć, że tak się to ułoży? Gdybym nawet uważał, że tamte słowa kapłana o wyprzedzającej mnie wieści nie są z jego strony tylko czczą obietnicą, podszytą urojeniami o domniemanej, własnej roli w nadawaniu biegu tutejszej historii, to przecież byłbym szaleńcem, licząc na ich sprawczą moc w każdej chwili mej wędrówki przez te ziemie. Wszelako z drugiej strony nie mogłem zaprzeczyć doświadczeniom z podróży w górach medyjskich, i tego, o czym przekonywała mnie wówczas Asza przy okazji naszych spotkań w tamtych miasteczkach i osadach. Dziwne i wręcz niesamowite wydało mi się teraz uzmysłowienie, iż na tych ogromnych przestrzeniach krąży coś nieuchwytnego, ulotnego, a przecież jak najbardziej rzeczywistego, co jest moim znakiem rozpoznawczym wśród tych, którzy potrafią go dostrzec.

Zatem, przez to, co robimy i co nam się przytrafia, stajemy się obecni, nawet wówczas, gdy dzieje się coś mimo naszej woli. Pozostawiamy ślady swej obecności, choć nie wiemy, jakie będą jej skutki, nieraz nawet nie zastanawiając się, kto, i w jakich okolicznościach je odczyta. Niekiedy przybierają one postać ulotnej wieści, przenoszonej przez ludzką pamięć, kiedy indziej bywają bardziej trwałe, wręcz wielce osobliwe, jak chociażby ten, który pozostawił po sobie Maes w Batnei!

Czy mój awanturniczy przodek, folgując sobie dla przyjemności, mógł przewidzieć, czym mogą okazać się po latach, następstwa jego prywatnych uciech? Szalenie rozbawiła mnie myśl, że to, czego nie udało mu się dokonać wieloletnią przebojowością na szlakach handlowych, w dwa pokolenia po nim wypełni się, być może, dzięki kilku chwilom wytchnienia w objęciach pospolitej dziewczyny, przygodnie spotkanej gdzieś w podłej, syryjskiej gospodzie. Do tego, oczywiście, potrzeba było i przyjścia na świat mojej osoby, mego wychowania i edukacji, przemiany dziecięcych marzeń w azjatycką wyprawę, tycjanowskich planów, nadto dobrej jeszcze setki niezależnych od siebie powodów i przyczyn, które pospołu złożyły się na pamiętne spotkanie w z owocem tamtych igraszek.

Gdy planowaliśmy z ojcem moją podróż, nieraz wspominaliśmy Maesa i jego doświadczenia, lecz tego rodzaju okoliczność, nikomu nawet nie przychodziła wtedy do głowy, nawet w żartach. A tu proszę, jakiego los spłatał nam figla! Przez chwilę przemknęła mi przez głowę niespokojna myśl, czy aby przygoda z Aszą nie będzie miała gdzieś, kiedyś podobnych następstw. Czy mogłem mieć pewność, że przy rozstaniu scytyjska wojowniczka nie poniosła ze sobą do swego plemienia zalążka aż nadto konkretnej pamiątki naszej miłostki? Szybko jednak otrząsnąłem się z tych rozmyślań, uznając, że zbytnio ponosi mnie fantazja, niepotrzebnie psując dobre samopoczucie po pomyślnie zakończonej przygodzie z perskim oddziałem zbrojnych.

  1. Życie w teorii i praktyce

Moi towarzysze, nieco zaskoczeni tym, jak szybko uporałem się z przeszkodą na drodze, wypytywali o szczegóły spotkania, lecz zbyłem ich kilkoma ogólnikami. Idas też niewiele im wyjaśnił, niemniej podsycił aurę tajemniczości, powiadając, że perski dowódca uznał chyba we mnie kogoś, o kim wiedział coś dobrego, dzięki czemu nie nastawał na wtrącanie się w bieg karawany i zostawił nas w spokoju. Nie zaprzeczałem, niemniej niczego bliżej nie tłumaczyłem. Prawdy domyślił się jedynie Agis, przed którym nie miałem tajemnic. Rozpytywany na boku przez innych, trzymał się jednak roli prostego sługi i rozkładał ręce na znak, że nie ma pojęcia o żadnych ważnych sprawach swego pana. Tak czy owak, przygoda ta przydała mi aury pewnej niezwykłości, a moja pozycja w grupie bardzo się umocniła. Gdym zapewnił – trochę może na wyrost – że ze strony Persów nic nam grozić już nie będzie, przyjęto to z ulgą i zadowoleniem, jako oczywistość, nawet nie dopytując się skąd ta pewność.

Wszelko Hanowie próbowali podchodzić mnie pytaniami, jeśli nie wprost, to aluzyjnie, gdyż nie mając pojęcia o tutejszych stosunkach, dziwili się, że człowiek obcy, z dalekiego kraju, bez złota, towarów, czy oznak władzy, układa się jak równy z równym z kimś, kto, wedle ich domysłów, najwyraźniej ma tu pewne znaczenie. Tanwen raz po raz starał się dociec, kim naprawdę jestem, ponieważ nie mieściło mu się w głowie, że bez określonego przydziału w społeczności i bez wysokiej w niej pozycji, można mieć taki posłuch między ludźmi, i to jeszcze nie w swoim państwie. Oczywiście, widział to po swojemu, więc nie pojmował, że nie wszędzie ludzie żyją wedle praw mrowiska, w którym każdemu wolno tylko tyle, ile mu zostanie zadane. U nich liczy się nie osoba, lecz to, co kto robi, a i to z jedynie z urzędniczego nadania. Jeśli robi wiele, to nie z własnej woli, ciekawości czy samodzielnego pędu do działania, lecz dlatego, że takie jej przyznano prawo i przydzielono zadania. Wywiódł sobie, że muszę być kimś znacznym, kto wykonuje poważne obowiązki, zlecone przez zwierzchność. Tak to sobie tłumaczył i do końca podróży uparcie się tego trzymał, nie będąc w stanie pojąć, że nie wszędzie są mrowiska, uznające ludzi tylko według nadanej im rangi. A już w ogóle nie mieściło mu się w głowie, że ktoś spoza takiego roju może mieć posłuch tylko przez to, kim jest sam z siebie przez swe zalety.

Gdym próbował trawić jego opowieści, uzmysłowiłem sobie, że w gruncie rzeczy w hanijskim ułożeniu państwa jest coś z Platona. Ludziom, poukładanym w kręgi, przypisane są pozycje, wyznaczane wedle zakresu ich użyteczności dla ogółu. Każdy ma swoje miejsce, zna swoje powinności, wie, co wolno, kogo ma słuchać, co myśleć i co robić. Zamiast cesarza jest grono mędrców, które rządzi absolutnie wszystkim bez wyjątku, nawet tym, kto z kim ma płodzić potomstwo, kiedy i w jakiej ilości. Co u greckiego filozofa jest teorią, ciekawą, acz nieco odpychającą, u Hanów jest praktyką, która nie przypadła mi do gustu.

Wielbiciele rzekomej doskonałości platońskiej idei powinni bliżej poznać Hanów, by przekonać się, że jej przełożenie na zwykłe życie i ludzką niedoskonałość, prowadzić musi do zwyrodnienia natury. Za tą rzekomą szlachetnością i dążeniem do utopijnej harmonii w ludzkiej zbiorowości kryje się zagrożenie zniewalaniem ducha wolności i umysłu. Kto z życia próbuje robić matematykę, zawsze potknie się na jakichś liczbach, które nie dadzą się wtłoczyć w wymyśloną czy pożądaną regułę. A wtedy biada tym, których zawiedziony rachmistrz zacznie karać za to, że nie przystają do jego gładkich wzorów. W imię poprawności swych wyliczeń gotów jest usuwać to, co im przeczy, i – przechodząc od teorii do praktyki – zabrać się za łamanie kości, lub wręcz obcinanie głów.

Nie przypadkiem Platon wygonił ze swego państwa artystów. Ci bowiem niesforni wybrańcy Muz, nie poddają się mrowiskowym rygorom, lecz idą za swą naturą, bardzo nieraz porywczą, niekiedy wielce nieobyczajną, nie uznając w tym żadnego wędzidła. Bywają okropni, próżni, kapryśni, mają liczne wady, lecz wszystko to okupują pięknem, jakie tworzą. Co więcej, w swych dziełach potrafią dowieść, iż rozumieją świat nie gorzej, niż uczeni mężowie na swych pomnikowych cokołach. Czym przenikliwość młodego Lucjusza z Antiochii jest gorsza w postrzeganiu ludzkiej natury od rozważań filozofów? A on przynajmniej nikogo nie poucza, ani nie przydziela roli, jaką ma pełnić ten, kogo portretuje.

Tanwen uparcie powtarzał, że nadmiar wolności tylko psuje ludzi i państwo. Według niego pojedynczy człowiek, nikomu niepodporządkowany, bez swego przydziału, to osobnik wręcz niebezpieczny. Nie rozumiał, co ja tu robię i po co wędruję z dala od domu, a już całkiem głupiał z tego, że tak swobodnie sobie poczynam wedle własnej woli.

– U nas nie jest możliwe, by kto obcy, bez powodu, swobodnie panoszył się po kraju. Gdyby nawet miał na to zezwolenie, musiałby mu towarzyszyć specjalny przewodnik cesarski ze stosownym pismem. Ale i tak nikt by z nim nie rozmawiał, ani go nie słuchał.

– Nawet gdyby znał waszą mowę?

– Tym bardziej byłby podejrzany.

– A swoich wolnych wędrowców nie macie?

– Chyba tylko kapłani. Ale to cesarz decyduje, które świątynie jakie mają znaczenie i co z tego wynika.

Teraz ja się pogubiłem, gdyż stopniowo wydało się, jak oni traktują prawa. Jedynym prawodawcą, o mocy niemal boskiej, jest cesarz, jakby najwyższy pater familias. Wszelako to, co spisane na jego rozkaz, jako obowiązujące dla urządzenia i działania władzy, dla ogółu pozostaje nieznane. Postępować należy wyłącznie w zgodzie z naturalnym nakazem moralnym. Kto by znał kodeksy, mógłby te nakazy przekraczać, albo obchodzić, gdyż tam, gdzie prawo czego nie zabrania, można by, chytrze spekulując, swobodnie czynić to, na co się ma ochotę. Nadto uważają oni, że przy powszechnej znajomości praw, lud mógłby ośmielać się kwestionować wyroki jako niesprawiedliwe, a to z kolei podważyłoby autorytet władzy. Samodzielne myślenie na własny użytek, okazywanie własnej woli, w ogóle jest u nich nie do wyobrażenia.

Ponieważ u Hanów najważniejsza pozostaje rodzina, wiec wszędzie strażnikiem obyczaju jest jej głowa, i to ona feruje wyroki wedle swego uznania. Nabierają jednak mocy dopiero po zatwierdzeniu przez specjalnych urzędników, którzy łączą w jednej osobie role sędziego, prokuratora i obrońcy. Ojciec może skazać syna na śmierć, ale na egzekucję trzeba cesarskiej zgody ze stolicy, uzyskiwanej drogą urzędową. Zdumiało mnie, że taki wyrok nie może być wykonany w sprzeczności z rytmami natury, chociażby wiosną, kiedy wszystko budzi się do życia, ani też podczas urzędowo nakazanych świąt. Zostawała więc jesień i zima.

Najciekawsze jednak jest to, że egzekwować prawo można na kimś zastępczym, bo sądzi się czyn, a nie osobę! Ukarane ma być samo przestępstwo, a niekoniecznie ten, kto je popełnił! To już nie mieściło się w rozumie, choć Tanwen usiłował wyjaśniać mi skomplikowana filozofię takiego procederu. Zrozumiałem z tego tylko tyle, że najważniejsza jest nie sama wina, lecz intencja, a kara ma przede wszystkim przywracać harmonię świata, którą dany czyn naruszył. A kto ją odbędzie, to już inna rzecz. Ta oczywista niedorzeczność bardzo mnie poruszyła. Spytałem, czy gdyby kto zabił jego matkę, to czy zadowoliłoby go ukaranie nie mordercy, lecz jakiejś figury, podstawioną za stosowną cenę? Czy nie czułby w sercu sztuczności takiego rozwiązania sprawy? Czy to sprawiedliwe?

– Co liczy się bardziej, słuszność cesarskich praw, czy jakaś niejasna sprawiedliwość? Czy u was zawsze, to, co sprawiedliwe, jest słuszne dla ogółu? – odparł pokrętnie, nie okazując cienia poruszenia uczuć. Oni w ogóle, chyba ich nie mają, jakby nie byli z krwi i kości. Na wszystko jest jakiś przepis, więc chyba i wzajemnie kochają się wedle tego, co im każe ta ich etykieta.

Dałem sobie spokój z dociekaniem, co kryje się za jego mętną sofistyką. Równowaga żywiołów, o jakiej mi przy tym mówił, to jedno, a żywy człowiek, to drugie. Co mają żywioły do wyrzynania całych rodzin i rodów, praktykowanego zresztą z lubością i u nas, niekoniecznie tylko podczas zwrotów historii, czy w zgodzie z jakąś filozofią? Wszędzie silniejszy i tak robi co chce, nieważne, jakimi podpiera się argumentami. Idzie jednak o to, by miarkować niepotrzebne, często zapamiętałe okrucieństwo, nie dawać mu się panoszyć, jak u dzikich barbarzyńców. Nigdy nie rozumiałem, skąd bierze się żądza mordu, zwłaszcza na niewinnych ludziach w czas wojny. Co innego impet bitewny wobec żołnierzy wroga, a co innego dorzynanie kobiet i dzieci w już pokonanych miastach. Zemsta w gorączce i afekcie da się jeszcze jakoś wytłumaczyć, ale podcinanie gardeł na zimno, z wyrachowaniem, to już dzikość, jakiej nie znajduje się nawet u zwierząt.

Tak oto rozmyślałem sobie, jadąc równym rytmem na swoim kamelosie, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić, polubiwszy nawet siedzenie na nim i obserwowanie z wysoka nie tylko drogi i mijanych okolic, ale także towarzyszy podróży. Co i raz z satysfakcją przekonywałem się, że opowieści Tanwena o hanijskiej filozofii życia w mrowisku niekoniecznie przystają do rzeczywistości. Patrząc na niego i na Sangrena spostrzegałem, jak urzędnicza ograniczoność umysłu przegrywa z zaradnością kupca, starannie pilnującego swego interesu. W miarę jak cesarski skryba i geograf coraz bardzie mnie rozczarowywał, nabierałem coraz większego uznania dla bystrości drobnego Hana, szybko uczącego się radzenia sobie w nieznanym mu świecie. Choć może i niższy rangą w rodzinnym kraju, rozumem zdecydowanie przewyższał swego przemądrzałego rodaka, choć, oczywiście, nie dawał nic po sobie poznać, a w rozmowach z nim trzymał się oficjalnej uniżoności, jaką nakazywała mu ich etykieta.

Już na samym początku udzieliłem im obydwu kilku lekcji o naszych pieniądzach, ich rodzajach, odmianach greckich, perskich, nawet armeńskich. Tanwen dokładnie to spisał, i na tym poprzestał, natomiast Sangren błyskawicznie nauczył się wyceniać w nich swoje towary, koszty wyprawy, ceny wszystkiego, co w drodze potrzebne, co na wymianę, nawet wielkości koniecznych opłat miejskich, czy haraczy, jakie przyszło nam po drodze dwa czy trzy razy zapłacić. Gdybym miał porównać te dwie głowy, to rzekłbym, że jeden miał w swej tylko składowane deseczki, drugi natomiast duży abakus w ciągłym użyciu.

Co więcej, Sangren potrafił swobodnie spekulować o ryzyku i decyzjach, jakie miał podejmować. Stać go było na samodzielność myślenia, bez instruktywności, i wyraźnie mu się ta praktyka udawała. Oczywiście, gdy trzeba było, trzymał się hanijskich reguł, zwłaszcza wobec swych sług, którym kilkakrotnie wymierzał – wedle ich zwyczaju – kary lekkiej chłosty za drobne przewinienia, na co miał zezwolenie Tanwena, jako cesarskiego urzędnika. Niemniej za tymi rytuałami skrywał zdrowy rozsądek i silną wolę człowieka, który, jak każdy dobry kupiec, wie czego chce i zmierza do swego celu, należycie dostosowując się do okoliczności.

Jeśli Hanowie chcą wejść do dużego handlu z obcymi, musza to zrobić nie za pomocą etykiety, lecz chytrością, sprytem i bezwzględnością. A do tego potrzeba ludzi takich jak właśnie Sangren, z otwartymi głowami i przebojowością, której nie da się ująć w karby cesarskich przepisów. Może oni u siebie mają swoją ulubioną harmonię świata, ale w targowaniu się idzie nie o równowagę, ale o niepewność w grach na przewagi, i to tym większą, im znaczniejsze mają być zyski. Ludzkiej natury nic nie zmoże, więc jestem dziwnie spokojny, że z czasem doskonale się tego wyuczą. Przy ich mrowiskowej karności może się jeszcze okazać, że pod wodzą coraz to liczniejszych kupców w rodzaju Sangrena staną się groźnymi dla innych przeciwnikami.

Porównywałem też dwóch innych wspólników wyprawy, Babura i Idasa. Sogdyjczyk od początku niezbyt mi się podobał, gdyż miał w sobie małostkową chytrość, bez rozmachu, choć trzeba przyznać, że skrupulatnie pilnował powierzonych mu przez Fandaka spraw. W drodze co i raz szukaliśmy okazji do handlowania przez wymianę towarów od miasta do miasta na mniejsze odległości. Babur z zadziwiającym sprytem wywiadywał się u kolejnych przewodników co i gdzie się w tym opłaci, a choć były to zyski małe, to przecież zawsze wychodził na swoje. Idas nie miał do tego głowy, a choć również czynił podobne interesy, to jednak liczył głównie na rozliczenia w Egbatanie. Niemniej, na swój sposób, po cichu skrzętnie zbierał wiadomości o tym, co na szlaku warto przewozić, skąd i dokąd.

Babur był małym straganiarzem, skutecznym, ale bez polotu, natomiast Baktryjczyk widział szerzej i dalej. Czuło się w nim ducha jego ojca, patrzącego za korzyściami nie tylko doraźnymi, ale i na przyszłość. Świadczyło o tym i to, że chętnie poznawał obyczaje miejsc, jakie mijaliśmy, a mimo trudności językowych nawiązywał przydatne, prywatne znajomości nie tylko w największych miastach, ale i w mniejszych osadach. Mając w sobie przyrodzoną ciekawość świata, bacznie go obserwował, by się w nim odnajdować, gdy przyjdzie do kolejnych wypraw, jakie już teraz planował. Wiele rozmawialiśmy, wypytywał o moje doświadczenia, nawet o historię i politykę krain, przez które jechaliśmy. Polubiłem go, bo czułem w nim bratnią duszę urodzonego wędrowca i poszukiwacza przygód, wręcz z pewną skłonnością do brawury. Skłonny byłem nawet widzieć w nim jakby baktryjskiego Maesa, o którym zresztą mu kiedyś opowiedziałem, ku jego ogromnej uciesze.

W dwa miesiące przebyliśmy większą cześć drogi do Egbatany, zatrzymując się na dłuższy postój w mieście, zwanym Raga, skąd do końca naszej podróży było już tylko dwa tygodnie jazdy. Dotarliśmy więc do dawnej Medii, teraz pod rządami Partów, których zaczęło się pojawiać coraz więcej. Dotąd wśród zwykłych ludzi przeważali Persowie i Medowie, także inne pomniejsze plemiona, teraz mieszały się z nimi rodziny osadników partyjskich, wtopione w codzienność życia własną pracą, a nie tylko przewagą zdobywców. Dziwnie jednak to się układało, gdyż szukali oni przyjaźni głównie z Grekami, których było tu wielu. Z racji zaszłości historycznych skazywało to ich na jeszcze większą perską do nich niechęć, mimo że sami z siebie, prywatnie nie czynili przecież nikomu żadnej krzywdy. Tak to już jest, że między pospólstwem, wrośniętym od pokoleń w swoją ziemię i tradycję, niełatwo znikają podziały na swoich i obcych, nawet w czasach spokojniejszych. Grecy i Partowie to dla Persów narody, które ich podbiły, więc życzliwości do nich nie ma, co niejako naturalnie skłania tamtych do szukania wzajemnego wsparcia.

Czy aby nie dzieje się tak samo w krainach, podbijanych przez Rzym? Przychodzimy, zdobywamy, zostawiamy swoich osadników, zaprowadzamy własne porządki, ale przychylności w prostym ludzie nie mamy. Możni i bogaci układają się ze zwycięzcami, bo im to wygodne dla własnych interesów, zachowania pozycji i gnębienia sług, ale oni dla tych powodów gotowi zawierać przymierza z każdym, byle nie naruszał ich spokoju i zysków. To samo czynią kupcy, uznający każdą władzę, która nie będzie ich zanadto łupić. Wielka polityka sobie, a zwykłe życie toczy się własnym rytmem, bo tak być musi. Jedyne, co może wzburzyć ten stan rzeczy, to narzucanie cudzych bogów przeciwko miejscowym, na których stoją ich prawa, zwyczaje, legendy i zwyczaje. Kto tego próbuje, źle na tym wychodzi, bo ma w podbitych prowincjach wieczne niepokoje, chociażby takie jak my w Judei.

Rzym podbił Greków, Partowie podbili Persów, i choć to dwa całkiem osobne światy, to przecież każdy powinien radzić sobie wśród zwyciężonych nie tylko z pomocą siły, lecz rozumności w panowaniu nad nimi. Czerpać korzyści to jedno, ale trzeba choćby trochę do siebie przekonać i zachęcić, a to nie takie proste, bo trudno oferować narodom o wielkiej tradycji coś nowego i przyciągającego. My stopiliśmy się z Grekami w jedno, ale Partowie nie potrafią chyba znaleźć klucza do perskiej duszy, a i sami niewiele z niej chcą brać, wiec prędzej czy później przegrają. Choć umieją się zebrać do walki w polu, to przy rozbiciu się na małe królestwa nie mają jednej, mocnej ręki, która by trzymała całość w karności i porządku.

Nasze wojny domowe bywały krwawe i bolesne, ale zapewniły w końcu jedynowładztwo, prawda że trudne i nie każdemu się podobające, lecz zbawcze dla jedności i siły cesarstwa. Republika się nie sprawdziła, bo za dużo w niej było pola dla prywaty i gry ambicji. August brutalnie rozegrał bratobójcze waśnie, lecz znalazł w końcu sposób na zapewnienie wewnętrznego pokoju, wszelako trzymanego pewnie jedną ręką. Dobry woźnica wie jak powozić zaprzęgiem wielu koni tak, by wszystkie pospołu ciągnęły wóz w jedną stronę, bez wywrotki. Każdy szarpie po swojemu, ale w odpowiednim momencie przywoływany zostaje do porządku i dla bezpieczeństwa jazdy hamuje swoje zapędy. Cesarz był rozumnym człowiekiem, więc miał posłuch, nawet u wrogów, ale co dalej? W Tyberiuszu jest zbyt dużo dzikości, zapiekłości za doznane krzywdy, nie ogarnia całości, a historia z Sejanem, choć skończyła się szczęśliwie, to znak, że ową augustową budowlę łatwo może wywrócić byle drapieżnik, od jakich roi się Rzym.

Te moje rozmyślania przywracały wspomnienie o rozmowie z Marosem na Cyprze. Przekonałem się już byłem w drodze, że i my jesteśmy dla innych barbarzyńskimi zdobywcami, budzącymi niechęć, nawet wrogość. Nie da się nieść pięknych i szlachetnych idei na legionowych mieczach, niemiłosiernie rabując, nadto bez rozumienia i poszanowania odrębności tych, których się pokonuje. Jeśli rzecz cała ma sprowadzać się do zdobywania łupów, wówczas ci, z których się je zdejmuje, nie dostając niż w zamian prędzej czy później podniosą bunty i przegonią zdobywców. A co mogą zaoferować idący za wojskami urzędnicy? Prawda, powstają budowle, odeony, tu i ówdzie nawet akademie i inne, imponujące ozdobności, ale czy formą da się pokryć brak płynącej z ducha głębszej treści w panowaniu, którego podstawą jest przyzwolenie na zwykłe łupiestwo?

Przygoda w Hyrkanii, a potem jej echo w spotkaniu z dowódcą perskiego oddziału zbrojnych, przekonały mnie, że pod widzialną rzeczywistością drzemią ukryte siły, wywodzące się z najstarszych tradycji podbitego tu narodu. Zdławione, ale przyczajone, tak długo będą szukały sposobności do ujawnienia się, aż w końcu ją odnajdą i wezmą odwet za miniony czas zniewolenia. Ciekawe, czy w naszych prowincjach dzieje się podobnie? Czy wędrowni kupcy, kapłani, nawet zwykli grajkowie i bajarze, nie przenoszą w swych opowieściach pamięci o minionych czasach, mimowolnie podtrzymując nadzieje na powrót rodzimych królów? Tego nie da się sprawdzić, bo i jak? Lecz że tak jest w Partii przekonałem się nie tylko przy hyrkańskim ołtarzu ognia i w krótkiej rozmowie na szlaku, lecz i w dziwnych uwagach nowego przewodnika, mającego nas prowadzić z Ragi już do samej Egbatany.

Utarło się, że zmieniając ich co kilka miast, za każdym razem braliśmy kogoś zaufanego na dalszą podróż z poręki poprzednika. Tworzą oni jakby osobne bractwo, rozproszone, lecz na swój sposób trzymające się razem. To bardzo popłatne zajecie, trudne, wymagające wielkiego doświadczenia, także licznych znajomości w drodze. Nie przypadkiem większości z nich towarzyszą młodzi synowie, szykowani przez ojców do tego fachu. Z pozoru zwyczajni, nierzucający się w oczy, wywodzą się z miejscowych, i choć nieraz trudno orzec z jakiej mieszanki, to jednak należało uznawać ich za Persów. Zauważyłem, że odnosili się do mnie z cichą atencją, co przypisywałem dotąd temu, iż w karawanie uważano mnie za nieformalnego przywódcę. Wszelako, gdy przy zapłacie poprzednik przedstawiał mi swego następcę, usłyszałem od tego drugiego dziwne słowa.

– Cieszę się, ze będę mógł ci pomagać, panie. Powiadają, że jesteś nie byle kim – rzekł, grzecznie się kłaniając.

– Skąd miałbyś co o mnie wiedzieć? – spytałem, zdziwiony, że obcy, niepozornie wyglądający człowiek mógłby cokolwiek słyszeć ponad to, że należę do karawany, budzącej tu pewne zainteresowanie.

– Różne chodzą wieści po świecie, panie. Kto umie słuchać, ten usłyszy to, co powinien wiedzieć – odparł ezopowym sposobem, spoglądając przy tym znacząco na swego kompana, który nam dotąd towarzyszył.

– Musisz mieć zatem szczególnie wyostrzony słuch, człowieku.

– Nienajgorszy. Zwłaszcza na to, co ważne.

– Mam nadzieję, że równie dobre okażą się twoje umiejętności przewodnika.

– Nie obawiaj się, panie. Słyszałem, jak cenne jest to, co idzie z tą wyprawą. I że powinno bezpiecznie dojść de celu.

– Chcesz jeszcze podbić cenę?

– Dajecie godziwą zapłatę. Jest jak się należy. Ale mój słuch podpowiedział mi, że powinienem mieć szczególne na was baczenie.

– To przez te wieści?

– To ty rzekłeś, panie – odparł, unosząc ręce w górę. – Wiem, ile powinienem wiedzieć, i wypełnię swoją powinność. Reszta to już nie moja rzecz.

Nie padły żadne wyjaśnienia dla tych aluzji, ale jasne było dla mnie, że w tych słowach pobrzmiewało echo owego zapewnienia, jakiego udzielił mi hyrkański kapłan, a które zapewne zapewniło przychylność spotkanych w drodze Persów. Dawało to niejaką nadzieję na spokojny przejazd do Egbatany – czy jednak aby nie złudną? Ile warte są obietnice, budowane na rojeniach fantastów, nawet jeśli przydają im aury prawdziwości? Nie miałem pojęcia, kim była dla nich moja osoba, jeśli w ogóle nadawali jakiego znaczenia dla swoich mrzonek. Czy mogłem ulec tej mistyfikacji?

Dobrze jest czuć się kimś ważnym, choćby i cudzego nadania, lecz należy mieć na względzie ulotność takich opinii, podszytych oczekiwaniami, w których więcej jest wyobrażeń i domysłów, niż trzeźwego sądu. Czy oni aby nie chcą widzieć we mnie jakiegoś swego tajnego posłańca w grach, które sobie uroili? Nie lubię być aktorem w teatrze, pisanym nie dla mnie, nie przez mnie, ani za moją zgodą. Prawda, nie da się żyć całkowicie poza nim, lecz należy mieć zawsze możność zrzucenia kostiumu i maski, gdy zaczną uwierać przez fałsz, śmieszność, lub niegodziwość. Gdy kto przez własną próżność zapamięta się w pięknej roli, jaka mu zostanie przydzielona, szybko się w niej zatraca, zapominając, kim właściwie jest.

Czułem się teraz podobnie, jak wówczas, gdym odgrywał kapłana ognia miedzy prostymi ludźmi z gór. Tyle ze wtedy używałem fenickiego szkła, które trzymałem we własnych rękach, i na swój sposób byłem panem sytuacji. Jeśli nawet było w tym oszustwo, to przecież dawało widzialny efekt, przydający mu znamion prawdziwości, choć jedynie w mniemaniu tych, którzy go mogli namacalnie sprawdzić. W rozmowie z hyrkańskim kapłanem padały tylko słowa, bez efektownych popisów, bez konkretów, bez widoków na ich sprawdzalność, a przecież skutki ich wypowiedzenia okazywały się aż nadto realne. Persowie wywiązywali się ze swych obietnic, bez pewności, że ja wywiążę się ze swoich. Zresztą, co miałoby to w ogóle oznaczać, gdybym nawet przedstawił ich sprawę mojemu cesarzowi?

Wiadomo, że nawet mały kamyk może poruszyć wielką i niszczycielską lawinę, lecz trzeba być niespełna rozumu, by przypisywać sobie takie znaczenie. Z drugiej jednak strony, przeszłość uczy, że niejednemu statyście udawało się wyjść przed szereg i, wydawszy z siebie cienki pisk, tak zakręcić kołem historii, ze w swym pędzie odmieniało ono losy świata. Lecz czy rzeczywiście sami z siebie byli demiurgami, świadomymi tego, co powodują, czy tylko mniej lub bardzie bezwolnymi narzędziami w rękach bogów? Czy spotkanie przy ołtarzu ognia, nieprzewidziane, z pozoru niemające nic wspólnego z celem mojej wyprawy, było tylko zbiegiem okoliczności, tak dla mnie, jak i dla tamtego człowieka? Ale przecież zawiązało dwie osobne nitki losu w jakiś mały węzeł, łączący ludzi z dwóch odległych, jakże odmiennych krain. Czy mógł on, przy ich udziale, jakkolwiek odmienić kształt wzoru na tkaninie dziejów świata, jaką wyplatały jakieś niewidzialne dla nas dłonie?

Od jakiegoś czasu przestałem wierzyć w przypadki, próbując – jeśli nawet nie od razu, to po jakimś czasie – doszukiwać się głębszego sensu w zdarzeniach nieoczekiwanych, niespodziewanych, nieraz błahych. Jeśli w tej awanturze kryły się jakieś znaki, to jak należałoby je odczytać? Próżność podsuwała myśli nader podniosłe, rozwaga nakazywała powściągliwość – ale co się stanie za czas jakiś? Brakło mi tu konceptu, więc nie chcąc dłużej mamić się górnolotną grą wyobraźni, zrezygnowałem z rozstrzygania tego dylematu. Niemniej cieszyło mnie, że – za sprawą już to niepojętych sił boskich, już to ludzkich marzeń – moja droga do domu, choć w tej jej części będzie bezpieczniejsza, niż gdyby to wszystko się nie zdarzyło.

Początek u Kresu Drogi

39. Koniec wieńczy dzieło

Po krótkim, ale udanym odpoczynku w Radze, po uzupełnieniu zapasów ruszyliśmy w ostatni etap podróży. Babur cieszył się z kolejno poczynionych drobnych interesików, Hanowie opędzili się wreszcie od ciekawskich, a Tanwen zapełnił malowanymi znaczkami ze trzy deseczki. Idas, swoim zwyczajem, zaprzyjaźnił się z kimś ważnym spośród miejscowych, w czym pomogła mu pewna kobieta, z którą ani chybi zażył wiadomych atrakcji, ja zaś również skorzystałem z łaźni nie bez prywatnej przyjemności. Agis z Patrosem wraz ze zbrojnymi mieli trochę wolnego czasu, więc, darując sobie ćwiczenia, odwiedzali liczne gospody, dając popisy opilskiej wytrwałości. Hanowie zachowywali się w tym wstrzemięźliwie, gdyż – jak już zdążyliśmy się przekonać – mocniejsze trunki bardzo im szkodziły, a kto z nich przesadził, zaraz dostawał rózgi. Jednym słowem, rzeczy toczyły się utartym trybem, gdy więc znaleźliśmy się już w drodze, postępowaliśmy dobrym rytmem, bez najmniejszych kłopotów czy niespodzianek.

Każdy dzień był podobny do poprzedniego, jechaliśmy bez wytchnienia, chcąc jak najszybciej dotrzeć do końcami wyprawy. Jazda była po równo mecząca, jak i nużąca. Codziennie w siodle, z niewielkimi przerwami na marsz, by dać zwierzętom choć trochę odpoczynku, potem rozbijanie obozu, porządki, trochę ćwiczeń. Czasami zatrzymywaliśmy się w mniejszych wsiach, czy osadach, już coraz liczniejszych i okazalszych w miarę jak zbliżaliśmy się do Egbatany.

Mimo zmęczenia, zwolna, niejako z nawyku, począłem przypominać sobie wszystko, com kiedyś wyczytał o tym mieście, owianym legendami, a przez Polibiusza uważanym wręcz za najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek zbudowano. Co prawda, w opisach najwięcej było mowy o czasach Aleksandra, także o dawnych Persach, niemniej coś z tamtej świetności przecież musiało się zachować, chyba że barbarzyństwo nowych zwycięzców do cna zniszczyło to, co pozostawili po sobie poprzednicy. Zresztą, i Grecy bezlitośnie złupili legendarne skarby Medów i Persów, nawet ogołocili liczne, starożytne mury ze złoceń, niezwykłej ponoć urody. Zobaczymy, czy przynajmniej nie wyblakły barwy, jakie im kiedyś nadano.

Czekała mnie więc kolejna okazja przekonania się, jak historia przemienia miejsca, niegdyś sławne i bogate w tradycję, poddając je próbom ciągłych wojen, prowadzonych dla ambicji królów i wodzów. Wielka siła tkwi w ludziach, radzących sobie na przekór zmienności losu, ciężko ich nieraz dotykającego. Jest niezniszczalna, dana z przyrodzenia, a nie z nadania kogokolwiek, komu mogłoby przyjść do głowy mienić się panem świata. Kto uroi sobie, że stanie się równy bogom, że narzuci swoje prawa każdemu ludzkiemu istnieniu, że będzie mógł je dowolnie lepić na własną modłę, ten nie tylko zostanie srogo ukarany za te pomysły, ale prędzej niż później popadnie w zapomnienie. Jeśli pozostanie gdzie w jakich kronikach, to chyba tylko jako ponure memento dla chętnych iść w jego ślady.

Niestety, głupota i jej córka pycha są chyba jednak wieczne jak świat, więc bez wątpienia wciąż będą zjawiać się naśladowcy, przekonani, że wbrew oczywistości, po wielokroć sprawdzonej, właśnie wymyślili nowy, tym razem niezawodny sposób na okiełznanie natury wedle własnych rojeń. Ale i oni, mamiąc wizjami szczęśliwości i czyniąc swe szaleństwa kosztem tysięcy ofiar, podążą do Tartaru szybciej, niż im się to zdąży przyśnić.

Zbliżając się do Egbatany umyśliliśmy sobie ułożyć plan jazdy wedle utartego obyczaju, by do miasta zjechać około południa, kiedy panuje w nim największy ruch. Wieść o zbliżającej się karawanie na pewno dotarła już przed nami, więc szło o to, by wywołać duże wrażenie i przedstawić się okazale mieszkańcom i handlarzom, a także zaciekawić wielmożów i dworaków, którzy ponoć zjechali tu na lato wraz z królem i jego synami. Oczywiście, główną atrakcją byli Hanowie, nie tylko dla wiezionego jedwabiu i rzadkich towarów, ale dla nich samych, znanych jedynie z najrozmaitszych opowieści, przeważnie wielce fantazyjnych. W miarę, jak dojeżdżaliśmy do celu, Sangren i Tanwen, każdy na swoją modłę, coraz więcej rozpytywali mnie o co tylko się da – o Partów, Greków, Armenów, o historię, o królów, handel, także o miejsce Rzymu w tutejszej polityce.

Podobnie Idas, choć osłuchany w tematach partyjskich i greckich, szukał nowej wiedzy na te tematy, tyle że dodatkowo wielce go ciekawiły rozmaite obyczaje miłosne, gdyż gorąca natura ciągnęła go do przygód z kobietami. Nawet mrukliwy Babur nie był od tego, by przysłuchiwać się naszym rozmowom, bo choć sporo wiedział o handlu z Partami, to przecież i jemu udzielił się nastrój oczekiwania na przyjazd do Egbatany. Patros trzymał się Agisa, z którym wciąż omawiał wiele spraw żołnierskich i wojskowych w nieznanym mu świecie. Jednym słowem, wszyscy z niecierpliwością wyglądali końca podróży, tym bardziej, że coraz bardziej dawało się w znaki zmęczenie ciała i niejakie otępienie umysłu, znużonego monotonią trzymiesięcznej jazdy. Gdy wreszcie wyłoniły się mury miasta, nawet zwierzęta wyczuły, że nadchodzi dla nich czas dłuższego odpoczynku.

Pierwszym zajęciem było jak najdogodniejsze rozłożenie obozu tuż przed murami, gdyż wjazd do miasta, poza tym, ze bardzo drogi z powodu wręcz złodziejskich opłat, nie miałby zbyt dużego sensu przez niewygody z pilnowaniem towarów i dobytku. Prawdę mówiąc, byłem w pewnej rozterce, gdyż nie widziałem powodu, dla którego miałbym rezygnować z korzyści, jakie dałoby zatrzymanie się w jakim dobrym domu podróżnym, jakich, bez wątpienia, musiało być w Egbatanie wiele. Ponadto tu kończyła się moja rola współtowarzysza wyprawy. Czekało mnie teraz zadanie najtrudniejsze, czyli dopilnowanie rozliczeń miedzy wspólnikami, do czego zobowiązywała umowa, zwarta w Merwie. Obawiałem się, że wspólnota drogi nie przełoży się na zbyt przyjacielską zgodność przy rachunkach. Dotąd wszyscy bez szemrania dzielili pospołu trudy wędrówki, jednakże, gdy lada moment ruszą abakusy w głowach, hurgot kulek będzie na tyle głośny, że gotów zagłuszać głos rozsądku, wzbudzając chciwą małostkowość.

Chciałem więc załatwić sprawę jak najszybciej i uwolnić się od wziętego na siebie obowiązku, by znów stać się Viatusem, wolnym wędrowcem, nareszcie powracającym już do domu. Zamierzałem odpocząć kilkanaście dni w Egbatanie, by obejrzeć sobie miasto, a także poszukać jakiego dojścia do królewskiego dworu, jeśli jeszcze nie wyjechał do Ktezyfonu, zwanego tu też Tysponem. Byłaby to bowiem okazja do wywiązanie się, choćby w niewielkim stopniu, z powinności cesarskiego wysłannika, jakim przecież byłem. Żywiłem też cichą nadzieję, że może natrafię na jakieś ślady po Maesie, który niewątpliwie krążył niegdyś w tych stronach.

Zaraz więc po przyjeździe zaproponowałem, byśmy przed wieczorem, gdy już stanie obóz, zeszli się w namiocie Idasa i spróbowali rozmówić co do zaplanowanych uprzednio rozliczeń. Zgodzono się na to skwapliwie, gdyż najwyraźniej każdy chciał szybko zająć się własnymi interesami. Trzech kupców, wraz ze mną i stojącym za Sangrenem hanijskim tłumaczem, zebrało się wokół stołu i – choć wszystko było niby domówione wcześniej – zaczęły się targi.

Długo by trzeba opisywać ten wieczór, lecz po prawdzie szkoda na to mitręgi. Kłótni wielkich nie było, miałem spisane co komu się należy, nikt tego nie podważał, niemniej poszło, jak zwykle, o szczegóły. Każdy po swojemu chciał liczyć koszty, poniesione w podróży, co przekładało się na spore sumy, odliczane od ogólnego rachunku. Niechętnie też odliczano od nich zyski, jakie kto załatwiał sobie w drodze przy różnych okazjach, zapominając, ze nie byłoby ich, gdyby nie wspólna wyprawa. Okazało się, że przez cały czas jedni podglądali drugich, i teraz wyliczali sobie nawzajem, kto, ile, i na czym skorzystał, kto ile stracił, i z jakiego powodu.

Babur udawał skrzywdzone niewiniątko, Idas z trudem powściągał gorący temperament, Sangren zaś swoim chytrym spokojem co i raz irytował współtowarzyszy, pokazując im swe hanijskie deseczki z własnymi wyliczeniami, które przez całą drogę sporządzał mu Tanwen. Wydało się, że ten nie tylko spisywał to, co mu nakazywał obowiązek cesarskiego kronikarza, lecz także prowadził na boku – podejrzewam, że za osobną zapłatą – rejestr handlowy swego rodaka. Może i gardził nim jako kupcem, ale nie był od tego, żeby nie szukać na nim dodatkowego dla siebie zarobku.

Cóż, urzędnicy wszędzie są tacy sami, patrzą tylko, gdzie i z kogo co wydusić dzięki swej pozycji i przydatnym umiejętnościom. Są obrzydliwi i groźni, niezależnie od pozorów, za jakimi się chowają. Służalczy wobec wyższych od siebie, wobec tych, których mogą cisnąć są nieodmiennie bezwzględni, aż do okrucieństwa. Zwyczajowo kradną wedle rangi, ale oprócz tego fałszywością obietnic oskubują każdego, kto im powierza swoje sprawy. Gdy zechcą – pomogą, lecz za cenę wzajemności usług, nigdy ze zwykłej przyzwoitości. Przebiegli i wyrachowani, liczą się tylko z silniejszymi, ale i tu patrzą czujnie czy aby wiatry się nie zmieniają i czy nie szykuje się zmiana panów. Robaczywe to plemię, lecz chyba nie do wytępienia, gdyż każda władza potrzebuje sług, którymi, co prawda, gardzi, lecz których trzyma dla ich przydatności w zniewalaniu poddanych.

Długo trwało zanim udało mi się zapanować nad sporami, którym zdawać się nie było końca. Wreszcie, widząc narastające zamieszanie, oznajmiłem stanowczo, że moje zadanie dotyczy dopilnowania tego, do czego zobowiązali się w Merwie, i że mam zamiar ograniczyć swoją rolę arbitra tylko do tamtej ugody. Zatem niech się przy mnie wywiążą z umowy z Sangrenem, a resztę załatwiają już miedzy sobą, bez mej pomocy. Jako jedyny w tej grupie bez własnego towaru i udziału, mogłem sobie pozwolić na tego rodzaju obojętną wyniosłość w rozsądzaniu spraw. Tak też się stało, aczkolwiek byłem pewny, że gdy tylko opuszczę to kłócące się zgromadzenie, wrócą do swych targów z kupiecką zaciekłością.

Wyszedłem w końcu z namiotu Idasa, zadowolony, ze mam to wreszcie za sobą i  jestem już wolny od wszelkich wobec nich zobowiązań. Nie rozstawaliśmy się jednak jeszcze, gdyż za ich zgodą miałem trzymać w obozie zwierzęta i własny, dość już chudy dobytek, aż do czasu, gdy coś postanowię na przyszłość. Agis, ku zadowoleniu Patrosa, pozostawał z nimi, by doglądać porządków, trochę dla mnie szpiegować, także jeszcze ćwiczyć ich strażników, ja zaś uznałem, że pora zająć się sobą. Szczęściem zostało mi trochę pieniędzy z tego, co wcześniej dał mi był Menander, więc postanowiłem wydać z nich co nieco dla własnego pożytku i upodobania. Miałem bowiem własne plany, nie związane ani z zakończoną karawaną, ani z jej uczestnikami.

Następnego dnia rano, nie pytając w ogóle o zakończenie ich sporów, rozmówiłem się z Idasem i Hanami co do zakończenia naszych umów. Szło głównie o zwierzęta, ale także o nasze wzajemne stosunki podczas pobytu w Ekbatanie. Obiecałem, że będą wiedzieli, gdzie się zatrzymam, żeby mnie w razie czego odszukać, no i że będę ich odwiedzał, tyle że nie wiem kiedy. Poprosiłem, by rozważyli odkupienie mego kamelosa, dając w rozliczeniu jednego dobrego konia. Chciałem pozbyć się tego złośliwego bydlęcia, bo choć nauczyłem się na nim jeździć i je obsługiwać, to zaprzyjaźnić nam się nie udało.  Zresztą byłby to teraz tylko niepotrzebny zbytek, gdyż dobytku mieliśmy już niewiele, a pieniądze ze sprzedaży, całkiem spore, zapewniłyby nam spokój aż do rzymskiej Syrii, gdzie mógłbym liczyć już na urzędowe wsparcie jako cesarski wysłannik, lub prywatnie, jako członek rodziny Tycjanów.

Pożegnawszy się, zabrałem sakwę z dokumentami i ważnymi drobiazgami, pas z monetami i mały sztylet, po czym pieszo, w towarzystwie Agisa, który mnie odprowadzał, przekroczyłem bramę miasta, kierując kroki ku okazalszej części jego pierwszego kręgu, na tyle jednak bliskiej murów, by w razie potrzeby móc szybko wrócić do obozu. Znalezienie dobrej gospody nie sprawiło kłopotu, bo było w czym wybierać. Rozejrzawszy się tu i ówdzie, zdecydowałem się na jedną, wyglądająca ani zbyt wystawnie, ani zbyt skromnie, ot, w sam raz dla zwykłego, ale dość zamożnego przyjezdnego, szukającego spokojnego schronienia z dobrą obsługą.

Zwyczajowo ciekawski gospodarz, przyjął mnie wręcz uniżenie, dobrze bowiem zwęszył, że mam coś wspólnego z dopiero co przybyłą karawaną, o której już rozpowiadano w okolicy z niemałą ekscytacją. Zbyłem go jednak tak, że zaniechał nadmiernego wścibstwa, ostrzegłem również, że za murami stoi kilka dziesiątek zbrojnych, gotowych przyjść mi z pomocą, gdyby komu przyszły do głowy jakie niecne wobec mnie zamiary. Widok Agisa wyraźnie przekonał go, że nie są tylko to czcze słowa. Bardziej już zgodnie poprosiłem o kilka praktycznych rad co do tutejszych zwyczajów, by nie popełnić jakiego głupiego błędu przy obcowaniu z miejscowymi. Spytałem też, gdzie mogę kupić dobre ubrania, na co polecił mi kilku handlarzy, zapewniając, że znajdę u nich wszystko, czego tylko może pragnąc najbardziej nawet kapryśny i wymagający klient.

Urządziwszy się całkiem nieźle, najpierw wybrałem się po zakup nowego przyodziewku, włącznie ze spodniami, do których zdążyłem się już przekonać w podróży. Zaraz potem wkroczyłem do pierwszej napotkanej, okazałej łaźni, jaka wydała mi się warta, by ją nawiedzić. Nie sposób opisać uczucia, jakie daje zanurzenie się w ciepłym basenie po trzech miesiącach w siodle, zmycie kurzu i brudu, który wżerał się w skórę mimo omywania w strumieniach, poddanie się masażowi wprawnych rąk, wyciągających z ciała zmęczenie. i przywracających mu sprężystą rześkość. Po zażyciu tych przyjemności, odziany w nowe szaty, poczułem się jakby nowym człowiekiem, pełnym ochoty do życia. Odżył we mnie Tycjan, godny, rzymski obywatel, gotów stawiać czoła światu, do jakiego się zapędził.

Wszelako ów nowy Festus, jaki wykluł się podczas wędrówki, mitygował chęć do nadmiernej wyniosłości, nakazując powściągliwość w nadmiernym zadowoleniu z siebie. Nauczyłem się bowiem, iż należy roztropnie zachowywać równowagę obydwu części mej natury, by jednako bacznie ważyć racje, nie ulegać pozorom czy złudnym mniemaniom o tym, co mnie otacza i dotyka, ale przy tym wystrzegać się pochopnych sądów, zrodzonych z odruchów umysłu i nawyków rzymskiego patrycjusza. Chłodnemu, wyrachowanemu tycjanowskiemu rozumowaniu przybyło bowiem wrażliwego wyczulenia na to, co dobre i cenne może się kryć tam, gdzie zmysły i rozum skłonne są dostrzegać tylko płaską zwyczajność, nawet pospolitość. Tycjan nadal pilnował, by nie popadać w złudzenia, lecz Festus chętny był szukać rzeczy wartościowych nawet w tym, od czego ten pierwszy skłonny był się odżegnywać niejako z zasady.

Okazawszy zadowolenie dobrą zapłatą, oznajmiłem, że chętnie tu znów wrócę, po czym, nakazawszy najpierw odnieść me stare ubrania do wskazanej gospody, wyszedłem w doskonałym nastroju na pierwszą przechadzkę po jakże zagadkowej dla mnie Egbatanie. Wiele sobie obiecywałem tu zobaczyć, ale na pierwszym miejscu pałac, fortecę, oraz świątynię Mitry, któremu wszak byłem poświęcony, a który nie był tu bogiem obcym i traktowanym z rezerwą, jak u nas w Rzymie, lecz należał do najpierwszych w perskim panteonie panów żywiołów, życia i śmierci.

Zgodnie ze swą naturą traktowałem wiarę bardziej przez rozum, jako poszanowanie dla ładu świata, jego praw i zadanego w nim porządku, którego, co prawda, nie ogarniałem w pełni, lecz któremu poddawałem się tym chętniej, im lepiej pojmowałem zasady życia, z niego wynikające. Uznawałem nakazane racje moralne, przyjmując za słuszne, iż ich nieprzestrzeganie winno być karane, zarówno z powodu naruszania stosunków miedzy ludźmi, jak i dla prostowania ścieżek, po jakich błąkają się dusze zagubione już to przez słabości, już to przez niezwykłą nikczemność.

Daleko mi było do modlitewnej ekscytacji, zamieniającej się nieraz w bezrozumny fanatyzm, dla którego czułem odruchową niechęć. Bogów szanowałem, ale nie czciłem ich bezmyślnie, jak czyni to wielu z lenistwa umysłu, lub po prostu ze strachu przed niepojętymi dla nich siłami, od których zależy ich los. Nie ze wszystkim bogów rozumiałem, ale przyjmowałem ich wyroki  ze stoickim spokojem. Uznawałem bowiem, iż mają dla nich swe słuszne racje – jeśli nawet dla mnie nieznane, to kryjące jednak głębszy sens, który prędzej czy później się objawi.

Mitra był mi bliski przez swą prawość i sprawiedliwość, z jaką traktował ludzkie postępki. Chciałem w nim widzieć najwyższego arbitra, kierującego się słusznością i dobrem, acz bez nadmiernej pobłażliwości dla tych, którzy świadomie i celowo naruszali ustanowiony porządek rzeczy. W moim przekonaniu była w nim też szlachetna wyrozumiałość wobec zepsutych przez chwiejność charakteru, ale i stanowcza surowość dla tych, którzy czynią źle z rozmysłu. Najbardziej jednak ujmował mnie stanowczością w przestrzeganiu praw, jako że obca mu była kapryśność, właściwa wielu naszym bogom.

W trakcie podróży przez ziemie partyjskie, lecz przecież z tradycji perskie, widziałem tu i ówdzie jego świątynie, lecz żadnej nie odwiedziłem, głównie z braku czasu dla spokojnego zatrzymania się i skupienia. Na tych ziemiach wszystko miesza się ze sobą, niemniej najpierwszym żywiołem jest wieczny ogień, który wszędzie płonie ku czci wielu bogów i pomniejszych, dobroczynnych duchów lokalnych. Mieli niegdyś Persowie swego proroka, który spisał wszystkie boskie prawa i nakazy, nawet kilkanaście rodzajów tego ognia, ale rozeznać się w tym jest trudno, gdyż strzegą tego kapłani, niechętni rozmowom na te tematy, a już zwłaszcza z obcymi. Większość wiedzy czerpałem więc z obserwacji, także opowieści przygodnych ludzi, a najwięcej od kolejnych przewodników, których rozpytywałem o kolejno mijane po drodze oznaki różnych kultów.

Wielką dla mnie ciekawostką były małe, a licznie pobudowane na wzgórzach budowle kamienne lub drewniane, zwane wieżami ciszy i milczenia. Otóż Persowie, niezwykle przestrzegający czystości, dość szczególnie traktują zmarłych. Nikt, za wyjątkiem dwóch wybranych osób, nie może ich dotykać, palą jedynie ubrania, ciała oddając na żer sępom. Nie chcąc kalać czystości ziemi i powietrza, żywi nie grzebią, ani spopielają umarłych, lecz układają nagich na takich właśnie wieżach, by ptaki dokonały swego dzieła. Bliscy i chętni mogą oddać się tam modlitwie, ale po uprzednim oczyszczeniu.

Jest to zwyczaj, praktykowany niemal powszechnie z wielkim namaszczeniem. Wieże te nie mają osobnych strażników, po prostu stoją, wtopione w tło, więc niewidoczone z daleka, a ich obecność zapowiadają tylko wiodące do nich, wydeptane na ziemi ścieżki. Jest też dla nich i inne zastosowanie, całkiem praktyczne i wcale nie żałobne. Są bowiem znakami, pozwalającymi orientować się w drodze przez wielkie przestrzenie tych krain. Dobry przewodnik zna ich położenie i wedle tego pewnie prowadzi wędrowców od jednych osad ludzkich do drugich, a także odnajduje znane mu miejsca, gdzie jest woda i popas dla zwierząt. Wiedzę tę nabywa się jedynie przez doświadczenie, co dobrze tłumaczy zwyczaj zabierania ze sobą w drogę dorastający synów, którzy dzięki takim naukom potrafią później zastępować ojców. Doprawdy, niezwykle poukładane są rzeczy na świecie, gdzie ludzka przemyślność łączy to, co boskie, z tym, co zwyczajne i praktyczne.

Tak rozmyślając szedłem ulicami w stronę widocznego zewsząd wzgórza, gdzie za murem wewnętrznego kręgu wznosił się pałac wraz ze starodawną fortecą i przyległościami. Na dostanie się tam nie było co liczyć, gdyż wszystkich czterech żelaznych bram pilnowali strażnicy, nie wpuszczając nikogo, kto nie należał do dworu, był zaproszony lub specjalnie wezwany. Niemniej do samej świątyni po południowej stronie zbocza, prowadziła osobna, acz również strzeżona, schodkowa aleja, przeznaczona dla zwykłych ludzi, pragnących oddać bogu cześć i złożyć mu ofiarę. Gdy pokonałem te drogę, wyszedłem na tarasowy plac, gdzie ujrzałem dwie wykute w skałach groty, w pewnym od siebie oddaleniu, z okalającymi je budowlami i kolumnami, przetykanymi srebrem i złotem. Wielkie to zrobiło na mnie wrażenie nie tylko dla harmonijnego piękna całości zabudowy, ale i dla tak niezwykłego zespolenia jej z naturą.

Okazało się, że pierwszym tu bóstwem jest Anaita, dopiero potem, w parze z nią, Mitra. Imponujący ołtarz ognia ustawiono w głębi jednej z grot, ale ważniejszy zdawał się być posąg bogini w drugiej z nich, omywany od dołu wodą, przemyślnie doprowadzaną z pobliskiego strumienia. Nie trzeba było wielkiej domyślności, by pojąć, że oto zestawiono ze sobą dwa najpotężniejsze, życiodajne żywioły. Wyczytałem u Strabona, że według Persów Anaita oczyszcza łona i piersi kobiet oraz nasienie mężczyzn, zapewniając im płodność i pomyślność potomstwa. Jej głowę okalał złoty wieniec, gęsto zdobiony klejnotami, w rękach trzymała gałąź jakiejś nieznanej mi rośliny, a na szacie, wśród innych znaków, których sensu nie rozumiałem, wyraźnie odcinał się wyryty sierp księżyca.

W obawie by nie popełnić jakiej niezręczności, obszedłem ostrożnie plac, ustępując miejsca nielicznym ludziom, którzy tam akurat przebywali, Zza ołtarza dochodziło niegłośne, śpiewne zawodzenie kapłanów, krążących wokół niego i pilnujących ognia. Wyczuwało się aurę świętości, ale i mocy, jaka przenikała to miejsce. Nie ośmieliłem się wejść do żadnej z grot, jedynie usiadłem nieco dalej z boku, na dużym kamieniu, i poddałem nastrojowi, jaki tu panował. Nie byłbym sobą, gdyby nie począł rozważać sensu tego, co oglądałem, a także doszukiwać się różnic i podobieństw miedzy tym, co rzymskie, greckie i perskie.

Anaita to potężna bogini, czczona w Azji aż po Baktrię, a Armenowie, wespół z Medami, uważają ja wręcz za Wielką Matkę swych narodów, zapewniającą im pokój i wszelkie życiowe korzyści. Uchodzi też za boską wojowniczkę, strzegącą ludy przed demonami zła, także za uzdrowicielkę i odnowicielkę życia.  Jak głosi legenda, Aleksander kazał zniszczyć tę świątynię, mszcząc się za to, że nie ustrzegła przed śmiercią jego najbliższego przyjaciela, Hefestiona, który zmarł właśnie w Egbatanie podczas greckiej wyprawy.. Później Persowie, a po nich Partowie pieczołowicie przywrócili świetność temu miejscu, a to, co teraz oglądałem dowodziło, iż potęgi bogów nie zmogą żadne ludzkie szaleństwa. Po tamtych zdarzeniach pozostał tu jedynie stojący dziś na uboczu posąg lwa, jaki Macedończyk kazał wtedy postawić na pamiątkę swego ukochanego, aczkolwiek prochy po zmarłym z wielką pompą pochował dopiero aż w odległym Babilonie.

Wiele mitów krąży o tej bogini. Niektórzy uważają, że była dziewiczą matką samego Mitry, co wydaje mi się głupotą, gdyż nie da się raczej pogodzić dziewictwa z naturalnym rodzeniem kogokolwiek, nawet istoty boskiej. Zresztą, jak głosi legenda, słonecznego boga wyzwoliło ze skały tchnienie woli najwyższego Mazdy. Większość zgodnie wierzy, że jest Anaita jego siostrą, wywiedzioną przez tę samą siłę, tyle że z podziemnych wód, co, jako żywo, nasuwa myśl o cypryjskiej Afrodycie. Grecy przypisują jej także wielką mądrość, przyrównując do Ateny. To połączenie może mieć swój sens, jeśli przyjąć, że kobiece bóstwa obejmują opieką ludzkie życie nie tylko w jego odradzaniu się, ale i praktycznym bytowaniu. Wszelako wartość nadają mu dopiero prawa moralne, lecz nad ich przestrzeganiem czuwają już męskie bóstwa ładu i porządku świata. Tak to sobie tłumaczyłem, przyglądając się owym dwóm grotom, które dopiero we wzajemnym zestawieniu łączyły w całość gry przeciwnych żywiołów, jakim podlegamy.

Nasi bogowie obdarzeni są cechami ze wszech miar ludzkimi, także ludzkimi słabościami i namiętnościami, tutejsi natomiast – ci najważniejsi – są raczej strażnikami i emanacją mocy, których istoty nie jesteśmy w stanie pojąć, choć odczuwamy ich działanie w każdej chwili życia. Trudno mi sobie było wyobrazić Anaitę, rywalizującą o miano najurodziwszej wśród swych boskich sióstr, i obrażającą się za to, że zwykły śmiertelnik odmówił jej w tym palmy pierwszeństwa. Gdym wpatrywał się w jej posąg, jakoś nie mieściła mi się w głowie myśl o zemście za urażoną, kobiecą próżność. Niemożliwa do wyobrażenia była także podstępność Mitry w uganianiu się za jakże przyziemnymi uciechami, w ogóle wszelka chutliwość, w jakiej nieodmiennie lubował się chociażby Zeus.

Na Olimpie od zawsze wiele było po ludzku urażonej ambicji i mściwości za doznane urazy i osobiste niepowodzenia. Od dawne mnie to raziło, może dlatego, że przez nadmierne oczekiwania czy wyobrażenia, chciałem widzieć w bogach coś więcej, niż tylko inaczej objawiająca się zwykłą pospolitość, tyle ze władającą mocami, dla nas nieosiągalnymi. Tu czuło się coś bardziej podniosłego, aczkolwiek gdybym lepiej może znał się na perskich mitach, znalazłbym w nich coś podobnego – co bardzo by mnie chyba rozczarowało.

Rozmyślania te przywołały pytania, jakie nieraz sobie stawiałem, a na które nie znajdowałem dotąd zadowalających odpowiedzi. Co bowiem by się działo, gdyby człowiek nauczył się ciskać gromy i szafował  piorunami wedle woli, upodobania, lub zwykłej zachcianki? Kim by wtedy się stał? Czy rzuciłby wyzwanie dzieciom Kronosa i Rei? Czy pokonałby ich w walce, czy raczej podzielił los Prometeusza lub Ikara? Dokąd prowadziłaby go wtedy pycha, którą tak trudno przecież trzymać w ryzach? Przypomniałem sobie moje szkło fenickie i przestrogi Nartasa, iż moc w rękach niegodnych, to groźba panoszenia się szaleństwa bez umiaru.

Co prawda, zapędy złe, głupie czy nawet zbrodnicze jest w stanie powściągać wola, ale przecież jakże często pcha ona ludzi do czynów zgoła nieobliczalnych i niszczycielskich. Maros twierdził, że nie jesteśmy do końca panami swego losu, lecz czy nie miał aby na myśli właśnie niezdolności trzymania na uwięzi swych wad? Wszak możemy i powinniśmy panować nad własnymi postępkami tak, by nie czynić tego, co naganne, wszelako zważywszy życiową praktykę, ta prawda, zda się oczywista, jednak wcale taką nie jest.

Powiada się, że wola winna służyć temu, by nasze czyny były zgodne z tym, co nakazują boskie prawa. Ale przecież wiadomo, że daje i takie władztwo nad sobą, by się do tych praw nie stosować. Źle użyta, przynosi karę, lecz czy aby na pewno? A co z nagrodą za posłużenie się nią ku dobru? Czy mierzyć ją tylko zyskami miedzy ludźmi? Ale jakimi? Przecież nawet dziecko wie i wciąż widzi, że powszechnością jest, iż nikczemnicy mają się całkiem dobrze, czerpią sławę i korzyści ze złych uczynków, a ludzie prawi idą na zatracenie, nieraz na pośmiewisko, wręcz na pohańbienie.. Cóż więc mają z dobrze używanej woli? Co to w ogóle znaczy, że używamy jej dobrze, lub źle?

Aż dziw, do czego prowadziły mnie spekulacje podczas wpatrywania się w perskie ołtarze i posągi. Myśli splatały się w sprzeczności, nie do rozwiązania. Umysł, nieco zgnuśniały w podróży, kiedy nie było ani czasu, ani nawet siły, by oddawać się swobodnym rozmyślaniom, teraz jakby ocknął się z odrętwienia. Niestety, nie znajdowałem nikogo, z kim mógłbym podzielić się swymi wątpliwościami, czy wdać w dysputę o zawiłościach ludzkiej kondycji w obcowaniu z tajemnicami bogów. Nie dał też do tego sposobności nawet jeden z kapłanów, kręcących się po placu, który, przyjrzawszy mi się z dala, podszedł, zapewne zaciekawiony, kim jest siedzący na uboczu człowiek, nie okazujący chęci włączenia się w modlitewne obcowanie z bogami w świątyni.

– Witam cię, panie – powitał mnie nieco wyniośle. – Widzę, żeś obcy, ale nie wiem, czego tu szukasz.

– Nie jestem nikim szczególnym, ot, przejezdnym gościem w mieście. Ale kiedyś poświecono mnie Mitrze, więc przyszedłem złożyć pokłon przed jego ołtarzem – odparłem, wstając dla zachowania grzeczności.

– Słusznie robisz. Czy wolno spytać, skąd przybyłeś?

– Z daleka. Bardzo daleka. Aż z Rzymu – nie widziałem powodu, by skrywać swe pochodzenie.

– To niezwykłe! – uniósł ręce w geście niemalże teatralnym. – Czy tylko oddano cię pod opiekę naszemu bogu, czy też masz już jaki stopień – spytał już bardziej zwyczajnie.

– Jestem żołnierzem, i na tym koniec, gdyż daleko mi chyba do Persa – grą słów wskazałem, że nie mam wysokiej rangi. – Właściwie powinienem pozostać krukiem, gdyż w drodze prowadzi mnie nie Mars, lecz Merkury – nie wiedziałem, na ile są mu znane nasze, rzymskie miana, lecz posłużyłem się nimi, by wybadać, czy ma jakieś o nich pojęcie.

– Zatem witaj, kimkolwiek jesteś – zabrzmiało to protekcjonalnie i mało zachęcająco. Dłuższą chwilę wpatrywał się we mnie, jakby nad czymś się zastanawiając. – Pozostań między nami tak długo, jak tylko zechcesz, wracaj, jeśli czego będziesz potrzebował – to rzekłszy, skłonił lekko głową, odwrócił się i zniknął miedzy ludźmi na placu..

Nie pojąłem, czy była to tylko zwyczajowa wymiana uprzejmości, czy miał ten człowiek jeszcze co innego na myśli. Ani mnie spytał o Rzym, ani o rzymskie mitreum, ani o powody, dla których przewędrowałem pół świata i trafiłem do Egbatany. Z drugiej jednak strony moje zmysły, szczególnie wyczulone po osobliwych spotkaniach w Hyrkanii i na stepie, uchwyciły we wzroku i w słowach kapłana jakby aluzyjne zrozumienie kim mógłbym być. Zapewne to przesadna imaginacja, niemniej nie należało wykluczać i takiej możliwości. Nic z tego chyba nie wynikało, lecz kto wie, czy w łańcuszku pozornie przypadkowych spotkań, to tutaj nie miało aby swego znaczenia. Nauczony doświadczeniem, wolałem mieć na względzie i to, że w przyszłości taki epizod może ujawnić swój ukryty dziś sens.

40. Wielka polityka

Dość miałem już wrażeń jak na pierwszy dzień wolności od monotonnej jazdy, kupców, interesów niewygód i ciągłej czujności w drodze. Wróciwszy do gospody, zasiadłem przy ulicznym stole, by, zjeść godny posiłek, a potem, swoim zwyczajem, popijać wino i leniwie przyglądać się nowym dla mnie widokom. Było już dobrze po południu, ale ruch panował jeszcze duży, było wiec na co patrzeć. Zwolna popadałem w miły nastrój człowieka sytego i zadowolonego, który zażywa tych spokojnych chwili, kiedy nic nie musi, niczego specjalnego nie oczekuje, ani się nie lęka, też niczego akurat nie planuje. Trwałem tak już czas jakiś, gdy wtem z tego błogiego stanu wyrwał mnie znienacka człowiek, który podszedł z boku, po czym przystanął, z wyraźnym zamiarem wszczęcia rozmowy.

– Czy pozwolisz, panie, że się dosiądę?  Nie chcę przeszkadzać, ani urazić, lecz też mam ochotę odpocząć i napić się czegoś dobrego, a już najchętniej w dobrym towarzystwie – mówiąc to skłonił grzecznie głowę w geście zapytania.

– Jeśli nie w złych zamiarach, to bardzo proszę – odparłem, przyjrzawszy mu się przez chwilę, by zobaczyć, czy to aby nie jaki podejrzany typ, szukający darmowego poczęstunku.

Mężczyzna wydał mi się osobą niegroźną, o rozumnym spojrzeniu, tyle że z błąkającym się na ustach uśmieszkiem ni to rozbawienia, ni to przekory, także z wyczuwaną w głosie pewnością siebie. Już niemłody, raczej w średnich latach, ubrany dobrze, acz nie wyzywająco, na lewej ręce nosił spory pierścień z nieznanym mi znakiem na ozdobnym klejnocie, co uznałem za świadectwo zamożności, może nawet przynależności do jakiego znamienitego rodu. Uznałem, że może okazać się ciekawym rozmówcą, a spotkanie znakomicie zwieńczy jakże miło spędzony dzień. Moje odczucie wzmogło się, gdy z miejsca pojawił się przy nas gospodarz, jakby przygnany wiatrem, i, kłaniając się w pas, zwrócił do nowo przybyłego gościa słowami, wyrażającymi pokorny szacunek.

– Wielki to dla mnie honor, gościć cię w mych niegodnych progach, szlachetny panie – aż mu się ręce trzęsły z ekscytacji. – Czy pozwolisz, bym mógł osobiście usłużyć ci wedle twego życzenia? – ta czołobitność była wielce zastanawiająca, gdyż świadczyła, że mam oto do czynienia z osobistością tu znaną i poważaną. To jeszcze bardziej zachęciło mnie do podjęcia rozmowy, a przeczucie podpowiadało, że znów zdarza się coś przypadkowego, co jednak przypadkiem wcale być nie musi.

– Nie byle kim chyba jesteś, panie, skoro taką ci okazują usłużność – rzekłem, gdy gość, oddaliwszy gospodarza ze stosownym poleceniem, zasiadł naprzeciw, przyglądając mi się ze swym przekornym uśmieszkiem na twarzy. Mylący to był jednak znak, gdyż wzrok miał czujny i przenikliwy.

– Na pewno nie ostatnim – zaśmiał się. – Ale bez przesady.

– Cóż więc skłania cię, byś się przysiadał do przygodnego nieznajomego?  Czy to taki twój zwyczaj, czy może coś jeszcze?

– Raczej ciekawość.

– Czego, jeśli wolno spytać?

– Zdaje się, że przybyłeś tu z tą niezwykłą karawaną, jaka stanęła pod miastem, nieprawdaż?  – zgrabnie wywinął się od odpowiedzi.

– Dobre masz wiadomości. Zbierasz je z przypadku, czy z obowiązku?

– Wieści szybko się rozchodzą. Nawet z wyprzedzeniem. Głośno o was już od kilku dni od przyjezdnych z okolicznych wsi. A ludzie ciekawi są atrakcji.

– Jesteś kupcem?

– Nie. Ale kupcy bardzo mnie interesują.

– Nie ciebie jednego.

– Otóż to, Zwłaszcza tak niezwykli. Wiele można się od nich dowiedzieć.

– Od nich, czy o nich?

– I jedno, i drugie.

– Pierwsze dobrze rozumiem, ale drugie mnie dziwnie zastanawia. Trzeba mieć po temu swoje powody. Kupcy, to kupcy,  przywożą towary, handlują, opowiadają różne rzeczy. Czy to ważne, jacy są?

– Nie tyle jacy, lecz kim są.

– Handlarzami, szukającymi zysków.

– Więc czemu ty ich nie szukasz?

– Skąd ta pewność/

– Opuściłeś towarzyszy, którzy dziś od rana robią interesy, zdaje się, że nawet duże. Wielki jest koło nich ruch, zamieszanie. A ty sobie spokojnie popijasz wino, jakby cię to w ogóle nie dotyczyło.

– Dużo wiesz, jak na zwykłego człowieka, i nie kupca.

– Lubię dużo wiedzieć.

– Spytam raz jeszcze, czy aby nie z obowiązku? Może jesteś przełożonym nad celnikami?

– Nazwij to, jak chcesz.- to już zakrawało na niegrzeczność.

– Skoro, jak mówisz, nie jesteś tu ostatni, to może należysz do pierwszych? Ale byłoby to dziwne, bo tacy nie przechadzają się samopas popołudniami po ulicach tylko dla rozrywki. Sadzę więc, ze nie pojawiłeś się tu przypadkiem.

– Cóż, skoro tak uważasz, to niech i tak będzie – teraz już stawał się bezczelnie wyniosły.

– Czy mógłbyś, panie, wyrażać się jaśniej? – spytałem już stanowczo, gdyż zezłościł mnie swa protekcjonalnością.

– Szczerze? Bardzo proszę. Zastanawia mnie, co sprowadziło tu wędrowca aż z samego Rzymu – rzucił to jakby od niechcenia, wszelako jakby w urzędowym wręcz tonie.

– Skąd przyszedł ci do głowy pomysł, że jestem z Rzymu? – zachowałem spokój, choć mocno mnie zaskoczył. – Nie mam tego wypisanego na czole.

– Byłem rano na placu, rozglądałem się, poznałem się nawet bliżej z sogdyjskim kupcem. Bardzo rozmowny człowiek. Chętnie opowiada o waszej podróży każdemu, kto tylko chce posłuchać. Rzeczywiście, imponująca przeprawa, bardzo się nią szczycił.

Cóż. dopadł Babura, a ten, oczywiście, spragniony podziwu i rozgłosu, rozpuścił język niczym kramarz na fenickim targu. Po prawdzie, za dużo o mnie nie wiedział, znał mnie jako Viatusa z Rzymu, ale pewnie coś nazmyślał dla barwności swych przechwałek.

– Czy to wystarczy za odpowiedź? – nieznajomy zakończył wyjaśnienia pytaniem.  Nie było co wypierać się, skąd przybyłem, ale resztę przemilczałem, i dalej drążyłem swoje.

– Czy wszystkie ważne osoby w mieście mają w zwyczaju odwiedzać z samego rana przyjezdnych kupców? Tak, tylko dla pogawędki i urozmaicenia porannej przechadzki?

– Co to, to nie – wyraźnie rozbawiły go moje słowa. – O tej porze wielu z nich jeszcze nawet się nie budzi – dodał nieco wzgardliwie. – Ale ja to lubię – rzekł po chwili. – I mam z tego swoje korzyści.

– Myślę, że to twoja praca. Wiedzieć i sprawdzać, co się dzieje w mieście – dość miałem już tej zabawy w nieodmówienia. – Musisz być jakimś wysokim strażnikiem, może nawet nie z tych zwyczajnych, a od sekretów. To wiele by wyjaśniało.

– Twoja umiejętność w dociekaniu sedna spraw też wiele wyjaśnia. Co czyni tę rozmowę nader obiecującą.

– W jakim sensie?

– Są rzeczy ważniejsze, niż tylko handel, choćby i najcenniejszymi towarami – zaczynało być ciekawie.

– Nie pojmuję, czegóż takiego ważnego mógłbyś po mnie oczekiwać – odparłem powoli, z namysłem. – Jestem zwykłym podróżnikiem, może trochę uczonym. Ot, i wszystko.

– Uczoność przynosi ci zaszczyt, panie, ale podróżowanie ma zwykle jakiś cel.

– Gdybym nawet go miał, to chyba nie przypuszczasz, że rozprawiałbym o nim z każdym, kto zechce napić się wina w moim towarzystwie. Choćby nie wiem, jak bardzo chciał wydać się przyjazny – wymownie skinąłem mu głową. – A co dopiero z kimś nazbyt wścibskim – dodałem złośliwie.

– Miło jest spotkać kogoś o tak bystrym umyśle – podniósł kubek z winem w moją stronę. – Mówię to nie po to, by ci tanio schlebiać, panie, lecz by zachęcić do rozmowy bardziej… by tak rzec… treściwej.

– Kłopot, panie, w tym, że wciąż mówisz nazbyt dla mnie zagadkowo.

– Cóż, niech ci będzie. Zatem wiedz, że umiem dodawać dwa do dwóch. I a rachunku wychodzi mi, że jesteś rzymianinem z jakiegoś bogatego rodu. Może nawet, z tego, o którego sławie, bogactwie i wpływach wiadomym jest nawet na naszym dworze, choć nie tylko. Podróżujesz zapewne w rodzinnych interesach, nawet domyślam się, w jakich, ale to mnie w tej chwili mniej interesuje.

– Schlebia mi, panie, twoja opinia – wszedłem mu w słowo – choć, doprawdy, nie wiem, co tym sądzić. Nie pojmuje powodu tego pokrętnego przepytywania. Nie wiem, czy mi się to podoba – rzekłem stanowczo i mało przyjaźnie. Tycjanowska natura nakazała mi przyjęcie postawy wyniosłej, i stosownego dla niej zachowania. – Jeśli chcesz, byśmy dalej prowadzili tę dziwną rozmowę, musisz mnie przekonać, że jest w niej jakiś sens. No, i wyjaśnić, kim jesteś., Bo że nie zwykłym przechodniem to już wiem.

– Pozwól, ze skończę myśl, a potem sam uznasz, czy ci się ona spodoba, czy nie. I zrobisz, co uznasz za stosowne.

– Słucham.

– Otóż uważam, że byłoby dziwne, gdyby ktoś taki, jak ty, panie, nie korzystał z okazji rozeznania się w tym, co dla Rzymu ważne. Jeśli nawet chcesz uchodzić tylko za kogoś, kto szuka nowych sposobów na duże zyski z handlu, to zważywszy, że musisz być ze znacznej rodziny, logika podpowiada mi, że w twej podróży musi być  i polityka. Przypuszczam, że na dworze cesarskim znajdą się, ludzie, których bardzo będą ciekawiły twoje wnioski, nie tylko jako uczonego.

– Przeceniasz mnie, panie.

– Pozwól, że będę obstawał przy swoim.

– Niech ci będzie. Ale co z tego miałoby wynikać?

– Tylko tyle, że może byś zechciał poznać pewne sprawy niejako z pierwszej ręki.

– Czyli twojej?

– Tym razem to ty mnie przeceniasz.

– Cóż zatem masz do zaoferowania?

– Pokazanie ci, jak mają się u nas rzeczy, i jak warto na nie spojrzeć z odległego Rzymu.

– Spróbuj mnie czymś przekonać, ze będziesz w tym wiarygodny.

– Czy zgodzisz się, że mamy teraz z wami dobre stosunki? Tyberiusz popiera naszego króla, a my wspieramy was w Armenii.

– Ale dusicie nasz handel.

– Nie my, lecz nasi Grecy. Artaban od dawna stara się ich ukrócić, ale to trudne, bo mają wielkie pieniądze i wpływy, nawet jeszcze na dworze.

– To wasze kłopoty.

– Ale wasze interesy. I to duże.

– Cóż więc proponujesz?

– Król ma dwóch synów. Jeden jest za ojcem, drugi przeciw niemu. Dobrze byłoby, i dla nas, i chyba dla was, by w przyszłości to ten pierwszy zasiadł na tronie.

– Innymi słowy, chciałbyś, żeby Rzym już teraz, poparł jednego przeciw drugiemu.

– Chcielibyśmy spokoju na zachodzie, bo mamy nieco zamętu na wschodzie.

– No, także niełatwo wam idzie z Persami. Niezbyt was lubią.

– Artabanowi udaje się z nimi układać całkiem nieźle. Może nie ze wszystkimi, ale wystarczy tego, żeby unikać buntów. Wsparcie Rzymu miałoby tu swoje znaczenie.

Miał rację, choć wyglądało mi to wszystko na dość prostą intrygę. Zapewne synowie królewscy już teraz zagryzają się w walce o schedę po ojcu, i zbierają sojuszników. Gdy który z nich poczuje się silniejszy, urządzi rodzinie krwawą łaźnię i zagarnie władzę. Tak to się załatwia, nie tylko u nich. Partowie mieli już niedawno podobną awanturę. Swego czasu, August, dla okazania swej przyjaźni, podarował poprzedniemu królowi niewolnicę, niejaką Musę, ale ta, nie dość, ze szybko omotała swego nowego pana, to jeszcze potem otruła go, kazała wymordować liczne jego przyległości, i osadziła na tronie swego syna Fraatesa, który z wdzięcznością odpłacał się we wszystkim pierwszemu protektorowi swej matki. Zgubiła go jednak nadmierna pewność siebie w wyrzynaniu arystokratów, także zawziętość wobec Greków. Nie zawsze zatwierdzał ich na urzędach, choć mieli do nich prawo. Czcił grecką sztukę, greckich bogów, ale ich ludziom niedowierzał, więc się na niego uwzięli i stanęli po stronie owego nieszczęsnego Wononesa, który sam nie wiedział, kim właściwie chciał być. Skończyło się przegnaniem go, ale i nowymi dla nas kłopotami..

Dziwne było, co mówił ten człowiek, gdyż Artabanus nie był przecież niewinnym dzieciątkiem. Z Grekami i Persami wpierw układał się, żeby w swych grach rodzinnych obalić Wononesa, naszego przecież sojusznika. Potem, gdy poczuł się pewnie, rozegrał skłóconych Persów, i część z nich przekonał, jak bardzo sam chce być bardziej perski, niż oni. Teraz wspólnie gnębili Greków, głównie z chęci ograbienia ich ze złota, także dla zapewnienia swoim kupcom przewagi w zyskach we wschodnim handlu Może dałby nam trochę więcej w nim swobody, ale i tak to on przecież nakładałby cła. Cóż, jeszcze nie urodził się taki władca, który zgodziłby się popuszczać innym tam, skąd możne sam czerpać złoto.

Coś tu się jednak nie zgadzało. Nie miałem dobrego rozeznania, jak naprawdę mają się sprawy w układach z Armenami, ale wiedziałem, że na tamtych granicach jest ciągłe wrzenie. Partowie nieraz już wspierali ich w walkach z nami, więc w tym, co teraz słyszałem, kryła się obietnica bez pokrycia. Tym bardziej, że kiedy się tylko dało, szukali własnych przewag nad Armenią. Poza tym nie było chyba prawdą, że tak znakomicie układają im się stosunki z Persami, o czymś świadczyły moje spostrzeżenia i doświadczenia w podróży. Królestwo partyjskie było zlepkiem prowincji, wciąż ze sobą skłóconych w rozmaitych układach. Ich władca, kimkolwiek by był – był jednak słaby i nie ogarniał całości. A Persowie po cichu spiskują, by Partów przepędzać, skąd tylko się da.

Dlatego wsparcie potężnego Rzymu dawałoby Artabanowi wewnętrzne przewagi, ale nam mogłoby przysparzać samych trosk. Na wschodzie wypierali go Kuszanie, trudną też miał sytuację z Nabatejczykami, tuż nad Eufratem. Tam szło już wyłącznie o panowanie nad szlakami handlowymi z południa, w czym brały udział również i nasze legie syryjskie.  Partowie mogliby je wspierać, lecz gwarancji na to nie było żadnych, zwłaszcza gdyby udało się im te szlaki już przechwycić.

Co więcej, w Partii panował jeden wielki bałagan, i nie wiadomo, ile zyskalibyśmy na tak niepewnym sojuszniku. Z drugiej jednak strony, było to państwo ogromne, mimo wszystko dość jeszcze silne, które w obawie przed rozpadem mogłoby popaść w konwulsje nader dla nas groźne. Ponieważ w tym splątaniu wątków liczyły się i nasze rozmaite interesy, należało je traktować nader poważnie, acz z dużą rozwagą i ostrożnością. Zatem warto było kontynuować prowadzoną teraz rozmowę, acz bez nadmiernej ekscytacji w oczekiwaniu na propozycje, jakie w niej mogły paść.

– Nie mam prawa wypowiadać się w imieniu Rzymu, ale zawsze chętnie słucham tego, co mogłoby mu sprzyjać. To chyba oczywiste.

– Korzyścią dla niego jest spokój i przywileje celne w handlu – powiedział to tak, jakby był władny je zapewniać. Na wszelki wypadek uznałem to za dobrą monetę.

– Wy natomiast będziecie rosnąć w siłę – podjąłem tę kolejną już grę w statystów historii. –  Teraz grozi wam rozpad. Synowie królewscy będą szarpać, aż rozszarpią państwo. Albo wpędzą je w wojny domowe. Domyślam się, ze komuś musi zależeć, by tego uniknąć. Ale czy z dobrym dla nas skutkiem?

– A mówiłeś, że jesteś tylko podróżnikiem, ciekawym wrażeń. Że nie znasz się na polityce.

– Ty zaś, panie, też chyba nie przechadzasz się ot, tak, w poszukiwaniu ciekawych rozmów dla zabicia czasu? Dlaczego miałbym ci wierzyć? Nie wiem, kim jesteś.

– Znają mnie pod imieniem Tamisa.

– Co nie znaczy, że tak się nazywasz. Zresztą, i tak nic mi to nie mówi.

– Niech ci będzie. Wiedz zatem, że jestem… jakby to powiedzieć…  królewskim doradcą, choć nie w radzie. Powiedzmy, ze na uboczu.

– Czyli zausznik. Cichy, od cichych zadań.

– Nie szukam rozgłosu.

– Ale nasz gospodarz kłania ci się tak nisko, jak pozwala mu jego brzuch.

– Wie, po co to robi, i dlaczego.

– Nie moja to rzecz, twoje sekrety. Zwłaszcza wywiadowcze, jak mniemam. Mów wprost, czego chcesz.

– Byś wysłuchał argumentów, które mogłyby zainteresować twych rzymskich… powiedzmy… przyjaciół. Zwłaszcza, na cesarskim dworze. Bo i tam też chyba ich masz… jak mniemam? – odbił moją ironię.

– Czy na królewskich dworach istnieje przyjaźń – zaśmiałem się. – Skoro jesteś tym, za kogo się podajesz, wiesz o tym lepiej niż ja.

– Uwaga, godna znawcy tematu – rzekł ze zrozumieniem. –  Tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że słusznie robię, rozmawiając z tobą.

– Nie uda ci się, panie, wciągnąć mnie w wasze machinacje. Chętnie wysłucham, co masz do powiedzenia, lecz niczego obiecać nie mogę. Ale wiedza zawsze bywa przydatna, choćby dla lepszego poznania, jak wygląda daleki świat. – Nie odżegnywałem się od sprawy, lecz z zachowaniem pozorów obojętności.

– A co, gdybym zaproponował ci pewne spotkanie? Ponieważ trafnie oceniasz sytuację, wiec może przekonałbyś się przy okazji, co może nas czekać. I sam wyciągnąłbyś własne wnioski.

– Na czym polega ta pułapka?

– W niczym ci to nie zagrozi, masz moje słowo.

– Królewskiego zausznika? – roześmiałem się, szczerze rozbawiony. – Niepewna to gwarancja.

– Działam w najlepszym interesie nie tylko króla, ale nas wszystkich. Daleki jestem od żartów, czy tanich gierek. – Tym razem w jego głosie zabrzmiało coś bardziej poważnego. Czy było to udawane, by mnie podejść?

– Z kim miałbym się spotkać.

– Zanim odpowiem, przybliżę ci sytuacje na dworze. Jak wiesz, król ma dwóch synów. Po prawdzie jeden z nich to tylko usynowione książątko z dahijskich władców. Doszło do tego wiele lat temu, dla zapewnienia sobie ich przychylności w granicznych prowincjach, głównie przeciw Scytom, ale i buntującym się tu i ówdzie Medom, szukających sojuszy z Armenią. Ta kombinacja, choć niegdyś się udała, teraz obraca się przeciw Artabanowi. Ów przybraniec knuje, by zawładnąć tronem i zniszczyć przybranego brata.

– Tak to już bywa w królewskich rodzinach.

– Gotarzes – bo tak się zwie – jest człowiekiem nieokrzesanym i okrutnym. To jedno wielkie nieszczęście dla Partów.

– Czyż nie wywodzą się właśnie z Dahów

– To dla niego dobry pretekst. Zależy mu jedynie na własnej sławie, władzy i bogactwach.

– U królów to nic nowego.

– Gotów podnieść taki zbójecki zamęt, że ani się obejrzymy, jak wszyscy skoczą sobie do gardeł.

– A co ty masz z tym wspólnego?

– Pomagam królowi czuwać nad sytuacją.

– Czyli szpiegujesz na jego rzecz. Zapewne i coś więcej.

– Nazwij to, jak chcesz.

– A jakie są jego zamiary?

– Król widzi jako swego następcę prawowitego syna, Wardanesa.

– Niech więc to ogłosi. Albo jakoś umiejętnie pozbędzie się intryganta.

– Na razie musi lawirować, nie chce nikogo rozdrażniać. Nie będę cię zanudzał szczegółami.

–  I do tego potrzebuje pewnych sojuszników, także na zewnątrz. Na przykład w Rzymie.

– Byłoby dobrze, gdyby, by wasz cesarz pozostawał nam życzliwy – za tym określeniem kryć się mogło dosłownie wszystko. – Może nie do końca rozeznaje się w naszej sytuacji? Kto wie, jakie dochodzą do niego głosy?

– Mówiąc krótko, i bez ogródek, proponujesz mi, ni mniej, ni więcej, bym został jakimś osobliwym posłańcem królewskich interesów?

– Kupcy wiedzą, co dla nich korzystne. Zwłaszcza tacy, którzy daleko patrzą.

Zamęt to miałem teraz ja, we własnej głowie. Do czego to doszło? W podróży zaprzyjaźniłem się z Sogdyjczykami, Baktrami, nieco zbliżyłem do tajemniczych Hanów, wreszcie zyskałem zaufanie pewnych Persów. A teraz zausznik partyjskiego króla wciąga mnie w tutejsze intrygi i oczekuje, że opowiem się po jednej ze stron przed samym Tyberiuszem. Trochę tego dużo, i zbyt to poplątane. Lecz nie wolno mi zapomnieć o powinnościach cesarskiego wysłannika. Nie wyczułem zagrożenia w propozycji tego Tamisa, czy jak się tam zwał ów dziwny człowiek przede mną.

– Co więc proponujesz?

– Spotkanie z Gotarzesem.

– Nie rozumiem. Właśnie z nim?

– Gdy go poznasz, zrozumiesz o czym mówię. Zresztą tylko on został w Egbatanie. Król, z większością dworu, wrócił do stolicy.

– A ty pilnujesz jego wroga?

– Zbiera różnych ludzi, awanturników, szukających korzyści przy pańskim stole. Obcych, swoich, możniejszych, mniej ważnych, kogo się da. Trzeba to wiedzieć.

– Wie, że go szpiegujesz? Przecież jesteś człowiekiem jego ojca.

– Próbuje mnie kupić, jak wielu. A ja udaję, że się waham. Niezbyt mi ufa, lecz da się namówić na spotkanie z kimś ważnym z Rzymu. Słyszał też o waszej karawanie. Wszyscy tu o niej mówią.

– Nie jestem nikim ważnym.

– Łatwo go przekonam. Jest próżny, więc chętnie cię przyjmie. Choćby z ciekawości. Ale będzie namawiał do swoich pomysłów.

– Jakich?

– Nie wiem, jak je nazwie, ale skryje za tym propozycję, by go wspierać jako przyszłego króla Partów.

– Ale Rzymu nie lubi?

– Ponarzeka, postraszy, ale to tak dla pokazania, jaki jest ważny. On gotów wejść w sojusze nawet z demonami, byle zdobyć, co mu się marzy.

– Nie lubię, jak mnie kto straszy.

– To tylko teatr, nic więcej.

– Cóż, zaryzykuję. – Zgodziłem się, bo i tak nie miałem teraz nic lepszego do roboty. – Ale obiecaj, że przy okazji pokażesz mi pałac. Czytałem o nim, interesuje mnie historia.

– Zgoda.

– Kiedy?

– Jutro, w południe?

– Może być.

– Będzie też okazja, żeby jeszcze porozmawiać.

– Jeśli tylko ujdę z życiem.

– Bez obawy – zaśmiał się, wyraźnie zadowolony. – Przyślę eskortę.

– Bez przesady!

– Będzie, jak należy – mówiąc to wstał, by się pożegnać. Wymieniliśmy stosowne gesty, i już go nie było.

Zostałem sam przy pustym już dzbanie wina. Czy aby nie pakuję się w jakieś tarapaty?. Ale słowo się rzekło, zresztą może być ciekawie. Że też na mnie to padło! Lecz takiej okazji przepuścić nie wolno. Nic, ani nikt do niczego mnie zobowiązać nie może, a co zobaczę, to moje.

41. Dyplomacja i świeży trop

Nazajutrz długo nie mogłem wygramolić się do życia. Po miesiącach sypiania w drodze, gdziekolwiek i jakkolwiek bądź, wygodne i miękkie łoże zdawało mi się nieziemskim wręcz cudem. Służba przyniosła odświeżone ubrania, a na poranny posiłek zszedłem do sali w gospodzie, gdzie, mimo wczesnej pory, gości nie brakowało. Gospodarz traktował mnie z wielką atencja, mając, widać, za kogoś bardzo ważnego. Uznał tak zapewne po wczorajszych  odwiedzinach Tamisa, bez wątpienia znanego mu z pozycji i rodzaju zadań, jakie wykonywał. Gospody to miejsca, gdzie rozwiązują się języki miejscowych, pojawiają rozmaici przyjezdni, a szpiegowanie to w dużym przecież stopniu zbieranie zasłyszanych drobiazgów, z których zawsze da się wyłowić coś, interesującego, by potem składać to w większe całości. Nie ma na świecie chyba ani jednego karczmarza, który by nie pomagał odpowiednim służbom, w obawie, by nie dociekały zbytnio, co ma sumieniu przy prowadzeniu swych interesów.

Około południa przed gospodę zajechał konny strażnik, prowadząc ze sobą luzaka. Odszukawszy mnie, grzecznie zaprosił do podążenia z nim na spotkanie w pałacu. Zauważyłem, ze konie, oprócz ozdobnych siodeł i uprzęży, miały jeszcze na łbach małe, kolorowe pióropusze. Wyjaśniło się, ze to znaki królewskie, nakazujące ustępowanie jeźdźcom z drogi. Tak więc, odprowadzani ciekawymi spojrzeniami obecnych, ruszyliśmy w górę, ku pałacowym murom. Tam, za ostatnią bramą, wjechaliśmy na mały, boczny dziedziniec, gdzie czekał już na mnie Tamis. Po powitaniu, weszliśmy do środka, po czym, przemierzywszy wiele sal i korytarzy, weszliśmy do okazałych komnat królewskich. W jednej z nich, siedział młody jeszcze mężczyzna, w otoczeniu kilku stojących wokół niego osób. Tak oto stanąłem przed owym Gotarzesem, o którym tyle naopowiadał mi wczoraj mój popołudniowy gość.

Powiada się, że nie można po raz drugi zrobić dobrego, pierwszego wrażenia. Ten człowiek nie mógłby tego zrobić ani za drugim, ani nawet za dziesiątym razem. Młody osiłek, ubrany niedbale, ale bogato, rozwalony na ozdobnym krześle, z twarzą, znamionującą wszystko, tylko nie rozum. Gdy skłoniłem się grzecznie, przez dłuższa chwilę wpatrywał się we mnie w milczeniu, z pysznym uśmieszkiem, po czym naraz wybuchnął śmiechem.

– Proszę, proszę, kogóż my tu mamy – rzucił wręcz wzgardliwie, zamiast spodziewanych przeze mnie słów powitania. – Słyszałem, słyszałem o niezwykłych gościach w mieście – spojrzał na mnie niczym na jakąś egzotyczną ciekawostkę. – Mówiłeś, że to bogaty kupiec z Rzymu? Wygląda dość niepozornie – zwrócił się do Tamisa. – Zatem witam, drogi panie – pochylił się w moją stronę, niczym drapieżnik ku swej ofierze – witam cię Cieszę się, że nas odwiedziłeś, że znajdujesz za celowe złożenie należnego uszanowania na naszym dworze.

– Pozwól wyrazić moje dla ciebie słowa szacunku, panie – odparłem chłodno. – Widomym mi jest, jak ważną i znakomitą jesteś osobą, a mając niepowtarzalną okazję poznania cię, nie mógłbym z niej nie skorzystać, by zapewnić, że rzymscy kupcy wiele uwagi przywiązują do handlu z królestwem Partów – nie chciałem wychodzić poza rolę, w jakiej mnie widział..

– No, proszę, gładkie słowa, a z miejsca zaczynasz mówić o interesach. I my im sprzyjamy, lecz liczymy w nich nie tylko zyski w złocie, ale i w innych korzyściach – zaskoczyło mnie, że od razu przystąpił do tak prostackiej dyplomacji. – Nasza przychylność ma swoją cenę – rzekł, niczym udzielny władca, pewny swej siły. – Chętnie was będziemy wspierać, jeśli tylko będziemy mogli liczyć na wzajemność – pokiwał ręką jakby z ostrzeżeniem. Jeśli uważał, ze tym sposobem pokaże, jak wytrawnym jest graczem, to musiał być skończonym durniem.

Byłem przygotowany na rozmowę bardziej subtelną, przyjazną choćby dla pozoru, na jakieś, zwyczajowe pytania o podróże, o sprawy ogólniejszej natury, nawet o kombinacje polityczne. Tymczasem królewski syn zachowywał się butnie, wyniośle, wręcz opryskliwie. Postanowiłem jednak spróbować wyciągnąć z niego coś bardzie konkretnego.

– Kto dobrze umie i chce kalkulować, ten powinien znać argumenty tych, z którymi dobija targów, nieprawdaż panie? – nie było powodu, by bawić się w delikatność. Udałem małego chytrusa, bo to chyba najlepiej mogło przemówić do jego wyobrażenia o prowadzeniu polityki.

– Proszę, to rozumiem – zarechotał zadowolony z prosto wyłożonego pytania. – Otóż, drogi panie, wrota na mostach i komory celne dla towarów można otwierać lub zamykać wedle uznania. Chętnych jest wielu, ale my najbardziej sprzyjać będziemy tym, za którymi stać będą pewni sojusznicy przeciw naszym wrogom. Zewnętrznym – zawiesił głos – ale i wewnętrznym.

– My, kupcy, nie mieszamy się za bardzo do polityki. Ale jesteśmy chętnie słuchani przez tych, którzy ją prowadzą.

– Otóż to!  Niegłupi jesteś, rzymianinie. Chcę wierzyć, ze nasze oczekiwania trafią gdzie trzeba.

– To nie jest niemożliwe.

– Wiedz zatem, że mogą przyjść u nas zmiany, nawet duże zmiany, więc lepiej zawczasu się do nich przygotować – mówiąc to, rozejrzał się wymownie po zebranych, którzy przytaknęli tym słowom ze służalczymi minami. – Mówię to na wszelki wypadek, ot tak, po przyjacielsku.

– Bardzo sobie cenimy przyjaźń królów, także i ich synów, a już tym bardziej tych, których może czekać wspaniała przyszłość – chce pochlebstw, to niech się nimi dławi.

– Cieszę się, że dobrze pojąłeś sens moich słów – klasnął w dłonie z wielkim ukontentowaniem. – Mam więc nadzieję, że pomyślnie wrócisz do Rzymu i zaświadczysz komu trzeba o naszej dobrej woli.

– Nawet jeśli jest tylko warunkowa, to przecież nie wolno jej lekceważyć – nie mogłem sobie darować szczypty złośliwości, której i tak pewnie nie pojął w tym swoim małym rozumku, skupionym na własnej próżności.

– Zatem żegnam cię, panie, i życzę bezpiecznej drogi – uniósł rękę w widowiskowym geście wielkiego pana. Żadnych oznak szczególnej gościnności, żadnych swobodnych żartów, nawet zdawkowych pytań, czy uwag.. Ot, łaskawość wobec petenta, popis lekceważącej pychy, połączonej ni to z przestrogą, ni groźbą. Szybko, krótko, bez ceregieli, z pokazaniem swej wyższości.

– Niech bogowie mają cię w swej opiece i wspierają we wszystkim co, najlepsze – pożegnałem go zwyczajowym zwrotem, skłoniłem się, i wraz z towarzyszącym mi Tamisem opuściłem to obrzydliwe dla mnie zgromadzenie.

Przeszliśmy w milczeniu kilka pałacowych przejść, wreszcie dotarliśmy do sporego pokoju na końcu jednego z korytarzy, za ciężkimi drzwiami, z wyjściem na mały, kolumnowy taras.

– I tak miałeś, panie, szczęście, że był dziś w dobrym humorze – mój gospodarz krótko skwitował dopiero co zakończone spotkanie. – Potrafi bardziej dosadnie okazywać swe groźne miny – nawet nie próbował kryć się z niechęcią do syna swego króla.

– Nie znam się na obyczajach wschodnich władców, lecz powiem ci, panie, że miałem wrażenie, jakbym znalazł się w jednej klatce z niebezpiecznym zwierzem, tyle że chwilowo mało rozdrażnionym, bo akurat po śniadaniu.

– Dosadnie powiedziane, ale prawdziwie – uśmiechnął się kwaśno. Może i nie znosił Gotarzesa, ale to przecież jego kraj, jego królowie, a tym, co zobaczyłem, żadna miarą poszczycić się przed obcym nie mógł.

– Masz rację, może wam narobić niezłego bałaganu w państwie. Nie wiem, jaki jest drugi królewski syn. Ale w krwawych intrygach o władzę, niewiniątek wokół tronu trudno chyba szukać?

– A w Rzymie jest inaczej? Zdaje się, że wam też wojen przez prywatne ambicje nigdy nie brakowało?.

–  Ale jest u nas jedna idea państwa. Jego jedności. Wiele nam zagrażało zamętów, i jeszcze będzie zagrażać, ale nikt nigdy nie dopuszczał nawet myśli, by je rozszarpać na kawałki.

– Pokusy i pycha potrafią ogłupić nawet rozsądnych ludzi. Wielu wręcz znieprawić.

– Cóż, różnie bywało. Zdarzała się prywata, owszem, niepohamowana, nawet groźna, lecz nie zdrada. Zawierano dziwne sojusze, nawet przeciw swoim, ale nie przeciw państwu.

-. Kogo zaślepi ambicja, gotów jest na wszystko, byle niepodzielnie panować, choćby i na małym skrawku ziemi.

– Nawet szaleństwa takich głupców mają u nas granice. To prawda, bijemy się miedzy sobą, jak wszędzie, ale Rzym rośnie w siłę. Zdrajcy zawsze dają głowę.

– Mieliśmy kiedyś króla, który stworzył wielkie państwo. Niezwykły rozum, siła. Nie musiał nikogo o nic prosić, to inni szukali w nim sprzymierzeńca.– bez wątpienia miał na myśli Mitrydata, który podbił i zebrał w całość ziemie od Armenii po Baktrię. – Przydałby się znów ktoś taki.

– Wierzysz, że może nim być ów drugi syn Artabana?

– Wierzę, że nie zechce trwonić tego, co mamy. Ale pewności nie mam. Wolę jednak na tronie kogoś bardziej przewidywalnego, zdolnego do miarkowania dzikości własnej natury.

– Czy nie za dużo oczekujesz? Sam powiedziałeś, że władza ulega pokusom.

– Przekonamy się.

– Tak czy owak, dziękuje za dzisiejsze zaproszenie. Trochę mi przejaśniło w głowie.

– W drodze powrotnej zatrzymasz się w Ktezyfonie?

– Zdaje się, że lepszej drogi nie mam. Ale wystarczy mi waszych królewskich spraw. Zostanę tam kilka dni, bo chce spróbować kogoś odszukać. To sprawa całkiem prywatna, nawet nie w interesach.

– Zatem nie pytam, bo nie wypada.

– To żadna tajemnica. Szukam śladów rodzinnych. Stare dzieje, ale dla mnie ważne.

Tknięty pewna myślą, sięgnąłem do sakwy, z którą się nie rozstawałem, po czym wygrzebałem z samego jej dna ów mały amulet, jaki dostałem w domu przed podróżą, a który był pamiątką po partyjskiej matce mego dziadka. Na nieznanym mi kamieniu, obrobionym w kształcie prostokąta, wyryto jakieś znaki, mocno już wytarte, których znaczenia nie rozumiałem, bo i skąd.

– Skoro jesteś, panie, taki u was wszechwiedzący, to może poznasz, co to takiego? – spytałem trochę przekornie, ale i z nadzieją, że dowiem się czegoś, co mnie naprowadzi na jakiś trop.

Wziął kamień do rąk, oglądał go przez dłuższą chwilę, wreszcie oddał mi, uśmiechając się z zadowoleniem

– To znak cechowy, najwyraźniej medyków. Poznaję, bo w mojej rodzinie też mamy podobny.

– Przecież nie jesteś medykiem.

– Jest nim mój ojciec, a od niedawna i brat.

– Czy umieliby rozpoznać, do kogo to należy, albo należało?

– Nie wiem. Ich musisz pytać.

– Gdzie ich znajdę.

– Powiem ci, jakich szukać. Skąd to masz, panie?

– Zdziwisz się, ale to pamiątka po mojej prababce. Była grecką partyjką, lekarską córką.

– No proszę! A więc rzymski bogacz jest po trosze Partem?

– Na to wychodzi.

– Coś mi świta w głowie. Czy ktoś z twoich przodków nie prowadził handlu na wschodzie?

– Czemu pytasz?

– Gdy byłem mały, słyszałem od rodziców o pewnym handlarzu z Rzymu, który miał u nas rodzinne korzenie. Znał mnóstwo ludzi, kręcił się za wielkimi interesami, jeździł ponoć nawet do samego Charaksu.

– Coś jeszcze?

– Tyle, że wielkie wyczyniał u nas awantury, ale nie pytaj, jakie, bo nie wiem. Podobno strasznie był łasy na kobiety. Więcej nie pamiętam.

– A twój ojciec? Znał go?

– Nie mam pojęcia. Może tak, może nie. Sam go spytaj.

– Nie omieszkam.

– No, no, proszę, jakie to cuda zdarzają się na świecie. Kiedyś jeden Tycjan, teraz drugi!

– Skąd znasz to imię?

– Nie byłbym tym, kim jestem, gdybym nie znał różnych rzeczy, i nie umiał składać jednej z drugą, szlachetny Viatusie. Czy rzeczywiście tak się nazywasz??

– Skoro jesteś tym kim jesteś, to powinieneś znać odpowiedź.

– Dobre więc miałem wyczucie. Zatem Tycjanowie nie popuszczają na wschodzie. W Syrii od dawna jesteście wielkimi panami. A teraz ta karawana. Dobrze to pomyślane. Daleko sięgacie. Czy wciąż chcesz mnie przekonywać, że nie znasz się na polityce? Przecież wasz cesarz musi siedzieć w waszej kieszeni jak ryba w saku.

– Nie rozpędzaj się Tamisie, bo dostaniesz zadyszki.

– Nie obawiaj się, w niczym ci nie zagrażam, ani nie chce uchybić. Cieszę się, że cię poznałem. Możesz być nam bardzo pomocny. Mam na myśli króla.

– Chcesz powiedzieć, że przydatny.

– Na jedno wychodzi.

– Teraz ty zaczynasz?

– Tak to już jest w polityce. Ale chyba sam się przekonałeś, że warto wam uważać, i na co.

– To znaczy?

– Tu w handlu rządzą Grecy, trochę Żydzi. Nikogo do niego nie dopuszczają, a rzymskich i fenickich kupców nienawidzą. Artaban ich gnębi, poodbierał im różne przywileje, ale są za słabi, żeby iść z nim na udry. A że maja góry złota, więc mogą dać go trochę Gotarzesowi, który chętnie im naobiecuje wielkie rzeczy, a potem wystawi do wiatru. Oni to wiedzą, ale gotowi są zaryzykować. W chaosie łatwo robić swoje, zwłaszcza jak się ma za co. W sumie mało ich obchodzi państwo, nie uważają je za swoje, liczą tylko zyski i patrzą, czy ich wciąż mają za najmądrzejszych i najwspanialszych. Więc dodaj sobie teraz to wszystko razem, i zobacz, co wam wyjdzie z rachunku.

– Rachunki to jedno, a praktyka to co innego. Wiele sił tu działa, nie tylko sam handel.

– Oczywiście. Warto jednak patrzeć, na co można mieć wpływ. Bez nas nie tak łatwo przebijecie się z nim dalej na wschód. Sądzę, że wnioski z kalkulacji, o jakich mówię, na pewno dałyby Tycjanom należyte argumenty w szerszym przedstawianiu spraw Tyberiuszowi.

– Chyba i ty nie jesteś tylko zwykłym królewskim doradcą od dworskich sekretów i intryg? Też wysoko mierzysz.

– Mnie wystarczy pozostawać w cieniu.

– Pozwolisz, że nie uwierzę.

– Twoja rzecz. Niemniej, warto, byśmy się dobrze rozumieli.

– Ale bez zbyt wielkich oczekiwań.

– Cóż, trzeba próbować korzystać z każdej okazji.

– I niech tak zostanie.

Tamis zamilkł, potem podszedł do stołu, stanął do mnie tak, bym nie widział co robi, po czym otworzył małą w nim skrytkę, z której wyjął jakiś drobiazg.

– Dam ci dowód mej dobrej woli – rzekł, wręczając mi spory pierścień, z wyrytym na nim szczególnym znakiem, podobnym do tego, jaki sam nosił. – Każda straż, każdy urzędnik u nas, wie, co on oznacza, i kto ci go dał. Nikt nie będzie cię niepokoił, o nic pytał, ani zatrzymywał.

– Długi jest ten cień, w którym się kryjesz, Tamisie.

– Może nie aż tak długi, jak chciałbyś wierzyć, ale użyteczny – zaśmiał się. – Noś go, ale nie obnoś się z nim zanadto na widoku. Nie każdemu się spodoba.

– Dziękuję. Wielka to dla mnie będzie pomoc, a i bezpieczeństwo. Czemu mi go dajesz, w końcu obcemu?

– Zależy mi, żebyś wrócił do domu cały i zdrowy. Do Eufratu nic ci nie zagrozi, chyba że zwykli bandyci. Z mojej strony to prosta kalkulacja, choć daję ci ten znak trochę i przez wzgląd na twe partyjskie koligacje. Czyż nie wywodzimy się obaj z medyków? Zdumiewająca okoliczność, musisz przyznać?

– Bogowie nieźle sobie to wykombinowali.

– Oby z dobrym dla nas pożytkiem – rzekł sentencjonalnie. – Chciałeś obejrzeć pałac. Chodźmy, odprowadzę cię i pokażę, co się uda..

Nie trwało to długo, gdyż Tamis nie chciał za paradować po pałacowych wnętrzach w towarzystwie obcego, na widoku kręcących się dworzan i strażników. Zdążyłem obejrzeć nieco zebranego bogactwa i kilka okazałych sal, urządzonych z wielkim rozmachem i przepychem. Na zewnątrz pokazał mi sporą budowlę, w której niegdyś znajdował się słynny skarbiec, ogołocony przez Aleksandra. Przypomniałem sobie przekazy o starym, znamienitym wodzu, Parmenionie, którego Macedończyk kazał tu zamordować za rzekome przewiny jego syna, podejrzewanego o spiskowanie przeciw swemu władcy i kradzież części zrabowanego złota.

Trzeba przyznać, że po dawnych wojnach odbudowano pałac z wielka starannością, choć nie udało się przywrócić ani wielokolorowej urody murów, ani bogatych złoceń, jakimi okładano ponoć cyprysowe i cedrowe drewno, sprowadzane z daleka, a użyte do wystroju całości,. Trudno mi było jednak wyrobić sobie zdanie, gdyż w zapiskach historyków prawda zwykle miesza się z fantazją, w stopniu zależnym od osobistych odczuć i gustów autorów.

Rozstając się z Tamisem przed bramą na dużym dziedzińcu, spytałem, czy przyjmie zaproszenie na spotkanie z moimi towarzyszami podróży, jakie zamierzałem urządzić przed wyjazdem z miasta.

– Chciałbym pożegnać się z nimi jak najlepiej, by zachować dobre wspomnienia z wyprawy, w której tyle poznałem i tak wiele się nauczyłem. Sądzę, ze znajomość z tymi kupcami przyda ci się na przyszłość, a gdy przekonasz ich, że są tu mile widziani – kiedyś okaże się bardzo użyteczna, i dla nich, i dla ciebie.

– Wychodzi z ciebie jednak polityk, Tycjanie – roześmiał się, kręcąc głową. – Nie przepuszczasz żadnej okazji do załatwiania interesów. Teraz lepiej rozumiem, dlaczego twoja rodzina doszła do tak wielkiej fortuny i sławy. Umiecie daleko patrzeć.

– Ty też masz niezły wzrok, Tamisie.

– Zaproszenie przyjęte. Kiedy?

– Za dwa dni. W mojej gospodzie. Będzie skromnie, ale miło i ciekawie, zapewniam cię.

Wróciłem do miasta, a wczesnym popołudniem wybrałem się do obozu kupców, by sprawdzić, jak stoją moje sprawy. Agis, ujrzawszy mnie, przerwał prowadzone właśnie ćwiczenia z hanijskimi żołnierzami i pokrótce opowiedział mi, co tu się dzieje. Przy rozliczaniu towarów i pieniędzy obyło się bez większych swarów, znalazł się chętny na naszego kamelosa, pozostawało tylko dopełnić targu i znaleźć dobrego konia. Babura nie było, zapewne kręcił się gdzieś, węsząc po swojemu wśród okolicznych handlarzy. Zaszedłem do Sangrena, potem do Idasa, który właśnie był wrócił w doskonałym nastroju, ponieważ znalazł kolejną ofiarę swych miłosnych zapędów i namówił się z nią na dzisiejszą noc. Nie pytałem o nic, lecz gdy zostaliśmy sami, zabrał mnie do swego namiotu, i bez zbytnich wstępów wręczył mi spory, i całkiem pokaźny mieszek z pieniędzmi.

– Ojciec nakazał mi, bym dopilnował twojej zapłat za pomoc, jakiej nam udzieliłeś. – Ani chybi była to sprawka Fandaka, który mi tak sprzyjał w Merwie. Zapewne wolał załatwić to przez Menandra, niezbyt widać ufając Baburowi i jego rzetelności w obracaniu cudzymi pieniędzmi. Sogdyjskich interesów strzegł dobrze, bo czuł na sobie wzrok Patrosa, ale już z innymi nie był zbyt godny zaufania.

– Na nic takiego się nie umawialiśmy.

– Ale wszyscy tu uznaliśmy, że tak się należy. To wspólne rozliczenie, według naszego uznania.

– Skoro tak, to dziękuję. Przekaż ojcu moja wdzięczność i wyrazy szacunku. Ja też mam coś dla was. Choć nie w złocie, lecz dla dobrego kupca może nawet bardzie cennego. Na pewno ci się spodoba.

– Co takiego?

– Przekonasz się za dwa dni.

Zostawiłem go w niepewności, po czym wstąpiłem jeszcze do Tanwena. Spytałem czy zechce przyjąć moje zaproszenie na spotkanie, jakie planuje.

– Wiem, że niechętnie zadajesz się z obcym, i to niższego stanu, lecz uczyń mi ten honor i odstąp na jednio popołudnie od swoich zasad. Przekonasz się, że warto, bo poznasz kogoś,  kto na pewno cię zainteresuje.

Han, jak to Han, nie dał nic po sobie poznać, długo rozmyślał, wreszcie skinął głową na znak, że się zgadza. Lecz nie byłby sobą, gdyby nie opatrzył tego jakimś niby urzędowym komentarzem.

– Zdążyłem się już przekonać, że nie jesteś tym, za kogo chciałbyś uchodzić. Dostrzegam w tobie kogoś więcej, niż zwykłego wędrowca. W tej propozycji musi więc kryć się coś jeszcze, nie tylko chęć prostej uciechy. Zakładam, że będzie to warte mego czasu.

– Dobrze myślisz, Tanwenie, jak zwykle – po tygodniach, spędzonych na wspólnych rozmowach, całkiem spokojnie znosił moją żartobliwą familiarność.

 Pokręciłem się jeszcze trochę po obozie, domówiłem, z kim trzeba czas i miejsce planowanego spotkania, po czym ruszyłem z powrotem, tak by jeszcze przed zmrokiem zdążyć wrócić do gospody, nie narażając się na wieczorne niespodzianki ze strony miejscowej łobuzerii.

42. Pożegnania

Cały następny dzień spędziłem na miłym lenistwie, połączonym z przechadzką po mieście i jego okolicach. Znalazłem sporo ciekawostek z czasów bardzo odległych, choćby posąg Herkulesa, czy groby dawnych władców, wywodzących się jeszcze od Deicesa, legendarnego króla Medów, który Egbatanę zbudował i wyniósł do rangi stolicy państwa, niegdyś sławnego i potężnego. Jej położenie sprawiło, że pełno tu śladów historii po Persach i Grekach, i po nieustannych wędrówkach wojsk szlakiem królewskim z zachodu na wschód. Teraz idą nimi głównie kupcy, dzięki czemu miasto, niegdyś długo łupione i niszczone, teraz się odrodziło i obrasta w bogactwo, jakie zwykle towarzyszy udanym interesom.

Zaniosło mnie również pod ogromną, gładką skałę na pobliskim wzgórzu, gdzie w zadumie obejrzałem dwie niezwykłe, wykute w skale tablice z inskrypcjami, wyrytymi z polecenia najpierw Dariusza, potem Kserksesa.  Trzeba przyznać, że Persowie mieli rozmach, którego brakuje Partom,  pobawionym ducha wielkości. Miasto, choć tak przecież ważne dla obecnych władców, nadal pozostaje perskie tak z tradycji, jak i zwyczajów. Partowie, jak my w Grecji, przejęli cudzych bogów, lecz – jak to kiedyś ujął w metaforę Maros z Cypru – zapomnieli o tutejszym Olimpie. Więcej użytkują, niż sami tworzą. Kiepsko widzę ich przyszłość. Ich siła osłabnie przez brak dobrych praw i urządzeń, spajających państwo, i przez bezrozumne ambicje, przedkładające interes prywatny nad wartość i dobro wspólnej całości.

Dzień zakończyłem krótką wizytą w obozie, gdzie domówiłem z Agisem szczegóły naszego wyjazdu, zostawiając mu też trochę pieniędzy, by dokupił, co trzeba, do naszego ekwipunku. Wszystko było już załatwione – obrzydliwy kamelos został sprzedany, czekał nowy, dodatkowy koń, rozliczenia zaś zakończyły się wielce dla mnie pomyślnie Przypomniałem wszystkim o jutrzejszym spotkaniu i wróciłem do gospody. Tam rozmówiłem się z gospodarzem, nakazując mu, by przygotował na jutro osobne miejsce dla mych gości, i dobrą, acz niekoniecznie zbyt wystawną wieczerzę..

– Ma być wygodnie, skromnie, cicho, spokojnie i czysto – wyliczyłem me wymagania.

– Wielki to dla mnie zaszczyt, panie – giął się w ukłonach. – Zapewniam cię, że będziesz zadowolony. Czy zechcesz powiedzieć, jak liczne będzie to grono?

– Kilka osób, sześć, siedem, to się jeszcze okaże. I pamiętaj, spraw się dobrze, bo to ci się bardzo przyda na przyszłość.

– Zdążyłem się już tego domyślić, szlachetny panie – najwyraźniej przekonała go do tego moja nadspodziewanie długa i przyjazna rozmowa z Tamisem. Uznał, ze muszę być kimś ważnym, skoro zechciała mnie nawiedzić tak znacząca figura, poświęcając tyle czasu obcemu przybyszowi. Zapewne wywąchał też swym czułym nosem, skąd i z kim tu przyjechałem. Niewątpliwie dobrze spożytkuje z zyskiem obydwie te okoliczności dla podniesienia rangi swej gospody, umiejętnie rozpowiadając, kto też to u niego nie bywał.  Stanie więc na głowie, by nam dogodzić.

O umówionym czasie wszystko było już gotowe, ja zaś czekałem na towarzyszy niedawno zakończonej podróży, konstatując z zadowoleniem, że tak duża część powrotnej drogi przeszła pomyślnie, przynosząc mi nawet niewielki zysk, na który przecież nie liczyłem. Największej korzyści upatrywałem jednak w tym, że los dał mi możność poznania wielu niezwykłych ludzi, zwłaszcza Hanów, także zobaczenia na własne oczy krain, o których tyle kiedyś czytałem i słyszałem, a które swą tajemniczością od dziecka rozpalały moją wyobraźnię. Doświadczyłem wielu niezwykłości, otarłem się o najdawniejszą historię, nawet trochę zaplątałem w politykę, szczęściem, bez żadnych – jak na razie – złych dla mnie następstw.

Dopełniłem zobowiązań rodzinnych, znajdując niejakie możliwości dla prowadzenia nowych interesów na wschodzie. Nie tylko w Syrii, w Batnei, gdzie niezwykłym trafem natknąłem się na wielce osobliwy ślad po Maesie. Obiecujące wydały mi się znajomości na drogach medyjskich i perskich, niemniej za najważniejsze uznałem te całkiem bliskie i użyteczne, z kupcami z dalekiej Baktrii i Sogdy, nie mówiąc już o hanijskich. Przeczucie mówiło mi, że  prędzej, niż później zobaczymy ich – wszystkich razem, lub z osobna – u nas nad Tybrem.

Wiozłem również wieści dla cesarza, może nie aż tak ważne, lecz dostatecznie znaczące dla jego rozeznania o siłach, jakie poruszają tu i ówdzie światem poza krańcami naszego imperium, zwłaszcza w Partii. Choć wcale się o to nie prosiłem, tak się ułożyło, że różni ludzie uznali, iż mógłbym stać się rzecznikiem ich interesów w Rzymie – co najzabawniejsze, wzajemnie ze sobą sprzecznych. Nie moją sprawą jest stawanie po czyjejkolwiek stronie, przedstawię je najchłodniej, jak będę umiał. Spiszę raport, a jeśli cesarz zechce mnie wezwać, by poznać moje zdanie, będę się trzymał tego, co w moim przekonaniu może okazać się najlepsze dla Rzymu.

Dowiedziałem się przecież o knowaniach na partyjskim dworze królewskim, o drzemiącym w utajeniu oporze Persów przeciwko ich nowym panom, a także co nieco o porządkach w Syrii. Niewątpliwie Tyberiusza zainteresują również Hanowie, choć bardziej jako nowinka, niż nowy żywioł, który należy uwzględniać w polityce. Jeśli już zwróci na nich uwagę, to raczej ze względu na osłabianie Partów na wschodzie. Ale tam jest tyle rozmaitych wirów, tak od nas odległych i mało groźnych, że zajmowanie się nimi to chyba strata czasu. Zresztą, niech mądrzejsi rozstrzygają, co zrobić z wiedzą, jaką im przywiozę.

Inaczej jednak przyjdzie rozmawiać w domu, gdyż polityka to jedno, a korzyści Tycjanów – mimo iż się z nią wiążą – to drugie. Jeśli Melosowi udałoby się stworzyć dla nas przyczółek w Batnei, wówczas bliżej już będzie do szlaków z Sogdy i Baktrii, a tam i do Hanów. Co z tego wyjdzie, trudno teraz przewidzieć. A wszak czeka mnie jeszcze stolica Partów, potem długa droga wzdłuż Eufratu. Może tam znajdzie się również coś obiecującego? Zwłaszcza sposobność przebicia się przez greckie zapory, stawiane przeciwko rzymskim kupcom, a więc i naszym interesom na wschodzie? Tak czy owak, na wielkie plany potrzeba będzie rozwagi, dużych wkładów złota, odpowiednich ludzi, i czasu.

Wybiegałem myślami w przyszłość, lecz przecież przede mną jeszcze kolejne miesiące trudnej i wyczerpującej wędrówki ku Syrii. Dzięki hojności wspólników, zwłaszcza cichemu wsparciu Menandra, nie musiałem się martwić o pieniądze, oczywiście, o ile nie wydarzy się co nieprzewidzianego, lub bandyckiego. Pierścień Tamisa dawał jeśli nie gwarancję,  to przynajmniej nadzieję na bezpieczny przejazd przez ziemie partyjskie. Potem, bez wątpienia, napotkam już nasze legiony.  Czegóż chcieć więcej?

Byłem rad, że dalsza podróż, niewątpliwie równie ekscytująca, jak dotąd, z każdym dniem będzie przybliżać mnie do domu. Mając coś takiego na względzie, inaczej liczy się czas, jako że płynie ona jakby inaczej. To, oczywiście, tylko wrażenie, wszak dnie i noce trwają tyle samo, następują po sobie w takim samym, jak zwykle porządku. Tyle tylko, że w przeżywanie ich poszyte jest pewną niecierpliwością, która jakby spowalnia jego bieg. Gdy zmierzałem do Baktrii, wyznaczony cel pozostawał nieco mglisty, tak co do miejsca, jak i chwili jego osiągnięcia. Uwaga skupiała się na nowości każdego szczegółu, na niezwykłości doświadczania samej podróży, na zaspokajaniu oczekiwań, rozbudzonych przez wieloletnie marzenia. Czas uciekał więc szybko, było go jakby za mało na ogarnianie nowej wiedzy, i wszystkiego, co się wokół działo.

Gdym w Merwie podjął decyzje o powrocie, sytuacja się odwróciła. Nie ubyło wrażeń, wciąż poznawałem nowe miejsca, nowych ludzi, niemniej samo wędrowanie stało się już tylko nawykiem, codzienną mitręgą. Rodziło się znużenie przyzwyczajeniem, a dni dłużyły się aż do znudzenia. Na szczęście, urozmaicały je rozmowy z Tanwenem i Idasem. Od pierwszego czerpałem wiedzę o Hanach, drugi opowiadał mi o baktryjskich dziejach i zwyczajach, o walkach z Kuszanami, także nieco o Indach. Wieczorami, w szerszym gronie, rozmawialiśmy o prowadzeniu handlu, o rozmaitych towarach, ich pochodzeniu, wyrobie i cenach, słowem, o kupieckich praktykach, w wielu rzeczach podobnych do naszych. Jednakże okazji na to było niewiele, gdyż w drodze trudno o skupienie umysłu ze względu na samą jazdę, na postojach zaś zmęczenie brało górę nad ochotą do dłuższych pogawędek.

Ku memu zadowoleniu, przez te tygodnie wspólnej podróży obyło się bez poważniejszych niesnasek. Tylko Babur irytował nas małostkowością w swoich interesikach, też czujnością małego chytrusa, rozglądającego się jedynie dokoła swego kramu, a niepojmującego większego sensu naszej wyprawy. Tacy ludzie nigdy nie wybijają się na coś więcej, niż przeciętność na służbie tych, którzy nadają impet sprawom naprawdę poważnym i dalekosiężnym. Spytałem nawet Patrosa, gdzie Fandak, przecież człowiek ze wszech miar rozumny i odważnie patrzący w przyszłość, wynalazł tę mizerotę, i czemu wziął ją na wspólnika. Z pokrętnej odpowiedzi zrozumiałem tylko tyle, że musi tam być jakaś zależność rodzinna, i że nasz paskudny sogdyjczyk ze wszystkim wisi na łasce swego rodaka, który trzyma w kieszeni cały jego majątek i pozycję. Wyczułem też, że Patros miał za zadanie nie tylko dowodzić zbrojną strażą Sogdów, lecz także mieć ciche baczenie na poczynania tego małego dusigrosza.

Oczywiście, przesadą byłoby twierdzenie, że chciałem już jak najprędzej znaleźć się w Rzymie. Miałem nadzieję na wiele dalszych atrakcji, wszak czekała mnie po drodze stolica Partów, dalej miasta nad Eufratem, potem, w zależności od wyboru kierunku, może nawet przejazd przez ziemie Nabatejczyków. Wiele spodziewałem się jeszcze zobaczyć, poznać, posmakować. Lecz czułem się trochę jak wódz, który, pokonawszy wroga w walnej bitwie, powraca spokojnie do ojczyzny, by odbyć zasłużony tryumf. Liczy zdobyte łupy, patrzy, co by tu jeszcze zabrać, zostawia po sobie ślady, lecz nie zajmują go już drobiazgi. Gotów wtedy zapominać, że takie rozprzężenie nastroju może drogo kosztować. Zadowolenie z sukcesu wzmaga próżność i pewność siebie, lecz osłabia czujność na to, co człowieka otacza. Łatwo wtedy nie tylko nie dostrzegać nowych, z pozoru mniejszych okazji na poznanie rzeczy ciekawych i pouczających, ale i w pośpiechu zaniedbać względów bezpieczeństwa. A to aż prosi się o niepotrzebne kłopoty.

Przy takich oto rozmyślaniach czekałem na mych gości, rad, że nasza wspólna przygoda zakończyła się pomyślnie, nadto czując także pewną dumę, że stało się tak trochę i za moją przyczyną. Zaufali mi, nie zawiedli się na podsuniętym im pomyśle, i dobrze chyba nim wyszli. Mnie trafiła się bezpieczna asysta na azjatyckich stepach, wiele poznałem i się nauczyłem, a wszystko to nie tylko za darmo, lecz nawet z pewnym zyskiem. Rozstaniemy się więc w zgodzie, a co kto sobie po cichu o kim pomyśli, to jego rzecz.

Na pożegnanie zostawię im znajomość z Tamisem, człowiekiem wpływowym, od którego wiele tu zależy. Dla kupców dobre układy z ludźmi polityki bywają nieocenione, jeśli tylko obie strony potrafią znaleźć wspólny język. A że tak się stanie, byłem pewny, jak mało czego! Szpiegowska ciekawość Tamisa, zręcznie wspierana obietnicą sprzyjania zyskownym interesom przybyszów znad dalekich granic jego państwa, ani chybi znajdzie dopełnienie w ich gotowości służenia mu rozmaitymi wiadomościami i przysługami, które on z kolei wykorzysta do zdobywania przewag we własnych intrygach. Cóż, różne bywają odmiany cichych związków złota i władzy, o czym, jako Tycjan, wiedziałem aż nadto dobrze z praktyk rodzinnych. W końcu, czyż sam nie byłem tego najlepszym przykładem?

Najpierw przyszli towarzysze podróży – obydwaj Hanowie, Idas oraz Babur z Patrosem. Agis został w obozie, by wraz z wszystkimi strażnikami pilnować wspólnego dobytku. Tamis pojawił się nieco później, gdy już rozsiedliśmy się za dobrze zastawionym stołem. Zapewne czekał gdzieś w pobliżu, by, na wszelki wypadek, z ukrycia sprawdzić, czy aby nie szykuje się tu jakaś niemiła niespodzianka. Przedstawiłem go jako mego znajomego spośród miejscowego, dobrego towarzystwa, ciekawego niezwykłych kupców z dalekich krajów. Nie chciałem wydawać jego prawdziwego zajęcia, ani pozycji, uznając, że jeśli zechce, sam to uczyni w stosownym czasie, i temu, komu zechce. Zebrani przyjęli to za dobra monetę, z wyjątkiem Tanwena, który swoim urzędowym nosem wyczuł, że ma przed sobą kogoś, kto nie jest tym, za kogo chciałby uchodzić. Obydwaj, wiedzeni niezawodnym wyczuciem, rozpoznali się niczym dwa zwierzęta tego samego gatunku. Swój poznał swego, lecz obydwaj udawali, że jest tak, jak zostało powiedziane.

Babur niezwykle się ucieszył, gdy rozpoznał w gościu człowieka, z którym już był rozmawiał pierwszego dnia na placu obozowym, oczywiście, nie mając wtedy pojęcia, że ten wziął go na spytki wcale nie z sympatii, tylko dla jego gadulstwa. Zrazu próbował nawet pewnej z nim familiarności, lecz Tamis ostudził jego towarzyskie zapały, poświęcając większą część uwagi Hanom, a potem Idasowi. Part znakomicie władał, zarówno greką, jak i mowa perską, więc rozmowy toczyły się wartko, zmuszając przy tym do dużego wysiłku obydwu hanijskich tłumaczy, warujących za plecami swymi panów. niczym dwa wierne psy.

Po wymianie wielu grzeczności, języki się rozwiązały, zaczęto wspominać co ciekawsze przygody z podróży, sypnęły się żarty. Gospodarz wywiązał się znakomicie ze swego zadania, służba uwijała się sprawnie i bezszelestnie. Tamis zręcznie udawał pełne niedowierzania zachwyty nad dzielnością kupców, ich pomysłowością i wytrwałością, dzięki czemu wydobył z nich wiele wiadomości zarówno o nich samych, jak i o krajach, skąd przybyli. Jeden Tanwen zachowywał ostrożność, powściągając też swego rodaka przed nadmierną wylewnością. Part unikał wobec nich natarczywości, lecz koniec końców zyskał tyle, że Hanowie zgodzili się, by ich odwiedził w obozie pod pretekstem ciekawości dla pewnych rzadkich towarów, z jakimi tu przybyli. Pewne niedomówienia, jakie padały między nimi wskazywały, iż hanijski urzędnik i partyjski, dworski wyga wiele sobie po tej wizycie obiecywali, i to bynajmniej nie w sprawach handlowych. Wiele bym dał, by móc z ukrycia podpatrzyć i podsłuchać, jak też będą miedzy sobą chytrzyć.

Przysłuchiwałem się tym zabiegom ze sporym rozbawieniem, widząc jak królewski szpieg i zausznik umiejętnie zyskuje przychylność kupców, podsuwając im różne aluzje co do możliwości nawiązania korzystnych dla nich stosunków na przyszłość. Nie mówiono o szczegółach, nie padały żadne obietnice, natomiast wymieniono się zaproszeniami do dalszych jeszcze spotkań, podczas których rozmowy zapewne okażą się bardziej konkretne, tyle że dla każdej ze stron w innym nieco sensie. Przyznam, że byłem pełen podziwu dla umiejętności, z jaką Tamis grał na odmiennych przecież charakterach każdego z obecnych. Umiał wyczuć, co kim najbardziej powoduje, i – niczym dobry muzyk, który wie kiedy, i w jaka strunę uderzyć dla najlepszego efektu – podsuwał pomysły tak, by rozmówcom wydawało się, iż to oni sami są ich autorami. Obserwując jego zmyślność, gotów byłem przysiąc, że w mąceniu ludzkich umysłów pobierał nauki u najlepszych mistrzów sofistyki.

Nawet Hanowie łapali się na niejeden haczyk, jaki podsuwał im pod nos. Tamis przebił się przez ich etykietę do tego stopnia, że zaniechali wyuczonej sztywności w zachowaniu, i sztucznej wykwintności w mowie. Udało mu się nawet, przez zaskoczenie, raz czy dwa wywołać u nich okazanie wesołości w żartach, czego nie widziałem u nich przez wszystkie tygodnie wspólnej jazdy. Śmiejący się szczerze Han to doprawdy wielkie dziwo!  Nie mogłem powstrzymać się od myśli, iż nie ma w człowieku takiego muru, w którym nie da się uczynić wyrwy. To niby oczywiste, ale w zetknięciu z kimś tak odmiennym, jak hanijski urzędnik, proste nie jest. A tu, proszę, Tamis, znalazł sposób, by tego dokonać. Po prostu zagrał Tanwenowi na próżności, dając mu do zrozumienia, że domyśla się, jak ważną jest figurą, i że sam, będąc nie byle kim, chętnie wyróżni go osobną rozmową o sprawach najwyższej wagi – kto wie, czy nawet nie państwowej.

Nie ma na świecie takiego człowieka, który by nie uległ pokusie uwierzenia w swą wyjątkowość. Tamis, unikając pochlebstw, miał dla każdego z zebranych przy stole słowa, jakby tylko dla niego przeznaczone, w uznaniu jego niepowtarzalnej niezwykłości.  Babura wziął na chytrość w interesach, Hanów – na podziw dla tajemniczej wspaniałości ich samych, i ich bogatego państwa, Idasa zaś ujął wizją wielkiej przyszłości dla młodego kupca o duszy awanturnika. Także Patros znalazł u niego uznanie jako wojownik, wart szacunku, nawet gdyby przyszło walczyć z nim w polu. Jednym słowem, nie minęło wiele czasu, jak wzbudził powszechną sympatię, i chęć do dalszych spotkań. A przecież o to mu chodziło.

Nie byłbym sobą, gdybym i ja nie zagrał w podobną grę. Choć nigdy dotąd nie padło w tym gronie moje prawdziwe imię, przecież wszyscy w jakimś stopniu domyślali się, lub wręcz wiedzieli, że wędruję po świecie nie tylko dla ciekawości badacza, czy przyjemności poznawania dalekich krajów. Gdy z nastaniem wieczoru biesiada powoli miała się już ku końcowi, poprosiłem, by wysłuchali kilku słów na pożegnanie. Najpierw wyraziłem radość, iż mogłem poznać tak znakomitych i godnych szacunku ludzi, odważnych kupców, którzy nie zawahali się przed podjęciem nowego dla nich wyzwania, także wspaniałych towarzyszy podróży. Podziękowałem za okazane mi zaufanie i życzliwość, wreszcie oznajmiłem coś, co miało zabrzmieć zarówno jako obietnica, jak i propozycja.

– Znacie mnie pod imieniem Viatusa, rzymianina z bardzo daleka. Otóż chce, byście wiedzieli, że jestem z rodziny w moim kraju znamienitej, bogatej i wpływowej, prowadzącej rozległe interesy w całym znanym nam świecie. Tycjanowie – bo tak się zwiemy – nie są wśród was znani, lecz jeśli kiedykolwiek znajdziecie się tam, gdzie sięga nie tylko władza Rzymu, ale i większa o nim wiedza, przekonacie się, ile znaczą. Poznałem, jak wiele jesteście warci, a wy, jeśli starczy wam chęci i determinacji do dalszych wędrówek szlakami karawan, gdy dojdziecie w nasze strony, przekonacie się, że moje słowa nie są czczą przechwałką. Mam nadzieję, że w przyszłości znajdziemy okazję, by się odszukać, i wzajemnie sobie pomagać. Obiecuje, że uczynię wszystko, by Tycjanowie wypłacili się wam taką samą życzliwością, jaką wy mnie obdarzyliście. Nie wiem, czy jeszcze się spotkamy, w takim jak tu gronie, lecz jestem pewny, ze bogowie będą nam sprzyjać, i że wasze drogi skrzyżują się kiedyś z naszymi ku wspólnym korzyściom.

Słuchano mnie z rosnącym zadziwieniem, ale i zadowoleniem. Zapewne każdy po swojemu przekładał sobie to, com powiedział, na własne wyobrażenia, jak mógłby skorzystać ze znajomości ze mną zawartej. Wyjąwszy Tamisa, o Rzymie wiedzieli tyle, co nic, głównie to, com im sam naopowiadał pod drodze. Jeden Patros mógłby powołać się na dzieje rodzinne, nie była to jednak wiedza, lecz stare opowieści, które miał bardziej za legendy, niż prawdę. Tanwen, z którym wymienialiśmy wiele wiadomości o naszych państwach i zwyczajach, teraz, w obrazie, jaki sobie wytworzył, próbował umiejscowić mnie na jakiejś pozycji, nieprzystającej do tej pośledniej, jaka u Hanów zajmują kupcy. Już wcześniej miał kłopot ze zrozumieniem, że duże pieniądze mogą pozostawać poza władzą cesarską, i same są władzą, z którą ta pierwsza musi się liczyć, jeśli chce skutecznie prowadzić swa politykę.

– Od razu, gdym cię ujrzał, szlachetny panie – rzekł w ciszy, jaka zapadła po mych słowach – pomyślałem, że musisz być kimś niezwykłym, kto jednak dla sobie wiadomych celów chowa się za zwyczajnością zwykłego wędrowca. Idąc swoimi ścieżkami, umiesz zdobywać bez prowadzenia wojny, a to oznaka wielkiej mądrości, przed którą chylę czoła – uderzył w ton niebywale ceremonialny, co w jego etykiecie oznaczało, iż nadał mi jakąś wysoką rangę. Było to niezwykłe, lecz dla mnie zrozumiałe. U nich człowiek sam z siebie jest nikim, skoro więc tak mnie uhonorował, musiał przydać mi czegoś, co w jego świecie daje temu uzasadnienie. Nie pytałem, bo było to bez znaczenia, niemniej pokazałem, że przyjmuję jego słowa z wdzięcznością.

–  Uczony Tanwenie – odparłem z pewną wyniosłością, jaką teraz powinien uznać za słuszną – dziękuję, że ująłeś to tak pięknie i rozumnie. – sam zdziwiłem się, jak łatwo znów wszedłem w rolę Tycjana. Lecz wobec niego było to wręcz konieczne, gdyż w przeciwnym razie straciłbym szacunek, jakim teraz postanowił mnie obdarzać.

Na szczęście, pozostali darowali sobie oficjalność, przyznając jedynie, że i tak domyślali się we mnie czegoś więcej, niż sam im o sobie mówiłem. Idas uśmiechał się, twierdząc, że jego ojciec, po tym, co słyszał był od Fandaka, przejrzał mnie na wylot, choć, oczywiście, nie miał pojęcia ani o Tycjanach, ani o ich pozycji w Rzymie.

– Uznał, że musisz być kimś z ludzi bardzo bogatych i wpływowych, i że pojawiłeś się u nas nie przypadkiem. Zaimponowała mu też twoja odwaga..

– Skąd akurat to przyszło mu do głowy?

– Kupcy idą z towarami. A ty przyszedłeś z pomysłami. To wielkie ryzyko puszczać się tak daleko, żeby przecierać drogę dla przyszłych interesów. A wielkie muszą być wasze plany, skoro tak daleko chcą sięgać. Odwaga to nie tylko wojowanie, ale i śmiałe myślenie – taka uwaga w ustach baktryjskiego młodzika dowodziła, że za animuszem wieku kryją się zaczątki niezgorszego rozumu.

– Wam też niczego nie brakuje. Przecież wybraliście się na te wyprawę.

– Głównie za twoją namową.

– Gdyby twój ojciec nie miał otwartej głowy, nigdy by się na nią nie zdecydował.

– Ale się wahał.

– Przyznaj, żeś go do niej mocno zachęcił. Masz duszę ryzykanta.

– Lubię wyzwania.

– Wiemy, wiemy – zaśmiał się Patros. – Wystarczy policzyć twoje zwycięstwa, zwłaszcza te nocne.

Prosty żart rozbroił podniosłość nastroju, wszyscy poczęli mówić ze sobą jeden przez drugiego, zrobił się więc szum, narastający w miarę jak służba dolewała wina. Siedzący koło mnie Tamis też się rozweselił, zadowolony, że zawiązał wśród kupców swoje niteczki, z których, już po moim wyjeździe, będzie dalej tkał większe sprawy. On jeden tu wiedział, co oznaczało moje przyznanie się do imienia, które przecież musiał doskonale znać.

– Znakomicie to sobie umyśliłeś, Viatusie. Teraz, gdziekolwiek się zapuszczą, będą się powoływali na Tycjanów, a to tylko rozsławi wasz dom. Mają sukces, i łączą go w głowach właśnie z wami. To już im zostanie na zawsze.

– Jesteś, Tamisie, niezwykle niebezpiecznym człowiekiem. I doskonale o tym wiesz..

– Powiedziałbym, że raczej pozbawionym złudzeń co do ludzi.

– Umiesz czytać w nich jak w księdze, i wiesz, jak z tego dla siebie korzystać.

– Tobie też niczego nie brakuje – potoczył wzrokiem po zebranych przy stole. Potem spojrzał na mnie niezwykle wymownie. – Chciałbym wierzyć, że nie będziemy musieli kiedyś stawać przeciwko sobie. Choć to nie od nas tylko będzie zależało – dodał niechętnie.

– To ty zajmujesz się polityką, nie ja.

– Ale wy macie na nią pieniądze.

– Tak już jest. Trudno nas ich pozbawić.

– Śmiało powiedziane.

– Mamy w tym duże doświadczenie. Złoto zawsze pozostaje złotem, i jest trwalsze niż jakakolwiek władza.

– Pod warunkiem, że ludziom, którzy je trzymają w garści, ktoś nie obetnie rąk.

– Od tego jest głowa, żeby wiedzieć, jak się nimi posługiwać. Gdzie, i kiedy.

– Głowy też obcinają.

– Niektórym odrastają.

– Jak u hydry?

– Złoto jest bardzo żywotne.

– Ale nic nie jest wieczne.

– Tamisie, to filozofia nie tylko tania, ale i ponura.

– Ale konieczna. Praktyczna. Za wiele obydwaj wiemy, żeby jej zaniechać.

– Nie psujmy sobie wieczoru. Ja mam swoje, ty również. Czegóż chcieć teraz więcej?

– Dziękuje ci za to zaproszenie. Wiedziałeś, co robisz.

– Przysługa za przysługę.

Goście, choć rozochoceni, lecz już zmęczeni, zebrali się do wyjścia. Wyszliśmy przed gospodę, tam tez pożegnaliśmy się na dobre. Bez wielkich słów, za to z uśmiechami, hanijskimi pokłonami, prosta serdecznością, życzeniami powodzenia i pomyślności.  Ostatni odszedł Tamis.

– Uważaj na siebie, rzymski bogaczu – – rzekł przekornie. – Nigdy nie wiadomo, co czeka za najbliższym zakrętem. – Zamilkł na chwilę, po czym dodał jakby od niechcenia. – I jeszcze jedno. Do Ktezyfonu będziesz jechał przez ziemie, choć nasze, to pełne Persów. Wiedz, że to bardzo przewrotny naród. Mogą wydawać się przyjaźni, lecz potrafią być okrutni. A w obietnicach wiarołomni. Nie każdy, kogo spotkasz na drodze, chętnie ci ustąpi.

Czy była to jakaś aluzja? Czy wiedział coś o ich dla mnie dziwnym, a cichym wsparciu w podróży, i o jego powodach? Zapewne Babur w swym gadulstwie opowiedział mu o spotkaniu z oddziałem perskich jeźdźców. A Tamis umiał wyciągać wnioski chyba nawet z szumu wody w strumieniu. Jeśli jednak coś świtało mu w głowie, czemu wyszedł z tym dopiero teraz? A może zrobił tak, by sprawdzić, jak się zachowam? Nigdy tego się nie dowiem.

– Będę o tym pamiętał, Tamisie – odparłem, udając, że przyjmuję jego słowa wyłącznie jako dobrą radę przed podróżą. Uczyniłem jednak coś, czego dotąd nie robiłem w drodze wobec nikogo  – wyciągnąłem rękę do pożegnania. – Prawie się nie znamy – dodałem – lecz nasze spotkanie zapamiętam na całe życie. Dziękuję i za to – wskazałem wzrokiem pierścień, który nosiłem odwrócony dla niepoznaki tak, by nie było widać czym jest.

Nieco zaskoczony, odwzajemnił gest, pieczętując tym ów szczególny rodzaj zażyłości, właściwy tylko ludziom sobie bliskim. Ktoś taki jak on, człowiek wiecznie nieufny, podejrzliwy, czujnie wypatrujący najmniejszej oznaki zagrożenia, sam też wielce niebezpieczny, umiał docenić znaczenie okazanego znaku przyjaźni. Przez mgnienie oka, zza niewidzialnej maski, jaką nosił, a której nie zdejmował chyba nawet do snu, wyjrzało oblicze kogoś zwyczajnego, tyle że bardzo udręczonego, zmęczonego rolą, jaką przyszło mu grać. Dojrzałem na nim nie tylko zdziwienie, ale i wdzięczność za okazanie zwykłego, szczerego odruchu ludzkiej sympatii dla kogoś, kto ubabrany w błocie, w jakim żył, wymieniał się z ludźmi tylko strachem, podstępem, i wrogością.

Podałem mu rękę bezinteresownie, w dobrej intencji, a on ją przyjął w dobrej wierze, choć przecież nasze rozmowy nie było wolne od chytrości i podejrzliwości.. Poznaliśmy się ledwie przed trzema dniami, przyszedł, by mnie wybadać, potem włączyć do swych politycznych kombinacji, miałem więc powody, by zachować wobec niego dystans i nieufną rezerwę. Lecz z jakiegoś powodu spodobał mi się, dla żywości i przenikliwości rozumu, wiedzy, woli działania. Dojrzałem w nim człowieka niebezpiecznego, lecz mimo wszystko niezepsutego, gracza wyrachowanego i przebiegłego, lecz nieznieprawionego. Wyczułem też samotność duszy człowieka, wyrastającego ponad przeciętność, której oddał swe usługi w imię jakichś wyższych, acz sobie tylko wiadomych racji. Zaoferował mi szczególne wsparcie, czego robić nie musiał, myślę, że także w geście życzliwości, a nie z samej tylko kalkulacji. Wyciągnięcie ręki do pożegnania było na to podobną odpowiedzią, po ludzku zwyczajną i szczerą.

Tak wyraźne okazanie sobie sympatii było dla nas obu sporą chyba niezwykłością, tak przez moją – niespodziewaną nawet dla mnie samego – otwartość wobec kogoś właściwie nieznajomego, jak i przez ujawnioną przezeń – chyba też wbrew sobie – gotowość do uwierzenia, że nie ze wszystkim jesteśmy dla siebie tylko walczącymi na arenie zwierzętami. Cóż, w chwilach i sytuacjach niespodziewanych, a ulotnych, wychodzą z nas skrywane głęboko właściwości natury, których istnienia sami nawet się podejrzewamy. Już nieraz przekonałem się, że ludzi lepiej da się oceniać po odruchach, nad którymi nie zawsze panują, zwłaszcza w zaskoczeniu, niż po przemyślanych słowach, czy zachowaniach, trzymanych w ryzach woli. Teraz, tu, przed gospodą w dalekiej Egbatanie, doświadczyłem takiego właśnie iluminacyjnego poznania drugiego człowieka. I bardzo mi się to spodobało. Nadto znów przekonałem się o trafności słów mądrego Marosa, przepowiadającego mi onegdaj, że najważniejsze w mej wędrówce będzie nie to, dokąd dojdę, ile to, co i kogo spotkam w drodze.

Gdy Tamis oddalił się, zostałem już tylko ze swoimi myślami i wrażeniami. Rozstałem się z ludźmi, z którymi na czas jakiś połączył mnie los, obdarowując mnie więcej tym, co dobre, niż złe. Niemniej, choć polubiłem ich, to jednak cieszyłem się, że mam już za sobą karawanowa wędrówkę w tak wielkiej gromadzie. Gdy idziesz sam, jesteś panem siebie, swej drogi i czasu, nie musisz z nikim się liczyć, tyle tylko, że w kupie jest bezpieczniej. Cóż, co było, minęło – szczęśliwie z dobrym skutkiem. Teraz czułem już dobrze mi już znajome uczucie niecierpliwego oczekiwania na nowe wyzwaniem.

Rozliczyłem się z gospodarzem, który, choć nie zdarł ze mnie ostatniej skóry, to jednak kazał sobie dobrze zapłacić za wieczerzę, nawet nie kryjąc się ze swoją chciwością. Dla zasady potargowałem się z nim jak trzeba, nie skąpiąc jednak zbytnio, gdyż, po prawdzie, doskonale wywiązał się ze swego zadania. Zasiadłem jeszcze na chwilę przed gospodą, by ochłonąć po odbytym spotkaniu, po czym poszedłem spać, przedtem nakazując, by służba obudziła mnie tuż po świcie. Rano szybko oporządziłem się ze sobą i niewielkim dobytkiem, po czym żwawo ruszyłem ku zachodniej bramie miasta, za którą, jak było wcześniej umówione, czekał na mnie Agis z końmi. Wyjechaliśmy na trakt, wskazany mi wcześniej przez Tamisa, i w dwie miary czasu Egbatana pozostała już tylko mglistym zarysem oddalonego miasta, co jakiś czas wyłaniającym się jeszcze zza mijanych wzgórz. Z moich kalkulacji wynikało, że miałem za sobą niemal połowę drogi do domu, czekało mnie więc jeszcze sporo – lecz kto wie czego, i gdzie?

Początek u Kresu Drogi

26. Wydarzyło w górskiej dolinie…

Przejście pierwszych górskich trudności, i dojście do okolic jeziora Spauta zajęło nam niemal trzy tygodnie, pełne wrażeń, ale i szczególnych wydarzeń. Poczyniłem w tym czasie wiele obserwacji, które stopniowo, acz znacząco dopełniały moje rozumienie świata, a najbardziej chyba siebie samego.

Przez cały ten czas nie spotkaliśmy nie tylko żadnych wojsk, ale w ogóle śladów jakiejkolwiek władzy obcej, ponad tę, jaką tu ludzie sami sobie ustanowili. Dawni Medowie przed wiekami ulegli Persom, których z kolei wiele lat później, niedaleko stąd, rozgromił Aleksander. Ostatnimi czasy zwierzchność na tych ziemiach przechodzi raz na Partów, innym znów razem na Armenię. Ale nie ma tu niczyjego panowania na stałe, prócz własnego, nie ma też państwa takiego, jak my je pojmujemy. Ludy te granic nie znają, za swoją  ojczyznę mają całe góry, i żyją rozproszone wśród nich, w małych gromadach rodowych i plemiennych, z wyjątkiem większych miast, pozostałych po dawnych czasach perskiej, a i wcześniejszej świetności. Tam, rzeczywiście, jeszcze widzi się resztki starożytności, dawne budowle, nawet świątynie, w których od setek lat płoną te same święte ognie. Własnego pisma, ani szkół czy nauki, nie mają, więc ich wiedza i tradycja to obyczaje, także legendy, śpiewane w mowie, pomieszanej ze słów perskich, aramejskich, nawet greckich, z dodaniem własnych, dla nikogo niepojętych. Porozumieć się można, ale już nie porozmawiać, chyba że mocno wspierając gestami i mimiką.

Są niezwykle gościnni, ale też dumni, i dzielni na swój sposób. Kto w zmienności historii zechciał rościć sobie prawo do panowania nad nimi, pojawiał się czasem z dużą siłą, by zagrabić, co się da, ale szybko się wycofywał. Miejscowi nie tyle pokonywali go w bitwach, ile wyniszczali po kawałku w górskich przemarszach. Poddać ich sobie jest niemożliwością, nie mówiąc już o nasłaniu im jakich urzędów. Po tygodniach wędrowania przez te ziemie zrozumiałem, czemu wyprawa Antoniusza musiała skończyć się niepowodzeniem. Wejść z armią tu można, ale utrzymać się, bić na naszą modłę, czy zaprowadzać rzymskie porządki, to zadanie niewykonalne. Jeśli kto chełpi się, że zdobędzie  tę ziemię dla siebie, i na zawsze, musi być wielkim pyszałkiem, bez znajomości rzeczy i wyobraźni.

W wielu miejscach ludzie nie stawiają zabudowań, lecz mieszkają w jaskiniach i grotach górskich, doskonale przysposobionych ze wszystkim do życia. Gdzieniegdzie kilka takich niby osad połączonych jest ukrytymi korytarzami, ma wspólne pomieszczenia, wspólne źródła wody. Podobnie jest ponoć i w naszej Kapadocji, gdzie tym sposobem zebrały się liczne plamiona, nawet z własnymi, podziemnymi świątyniami. Jakże teraz wchodzić w takie labirynty z wojskiem, i skutecznie walczyć z ludem, który za ochronę ma niedostępną przyrodę, tak zmyślnie wykorzystaną dla własnych celów.

Większe miasta zbudowano na szczytach gór, co robi duże wrażenie. Ma to sens wojenny dla strategii, ale powoduje, że każde z nich jest odrębną społecznością, rządząca się własnymi prawami. Ponieważ natura ludzka wszędzie jest ta sama, więc i tu są bezwzględne podziały na biednych i bogatych, silniejszych i słabszych, mądrzejszych i głupszych w rozumie i życiu. Te same władają ludźmi namiętności, tyle że gwałtowniej może przeżywane i okazywane. Tak jak w górach, i tu wszystkim zarządzają, i nad wszystkim sprawują sądy, rodowe rady starszych, a od ich decyzji nie ma odwołania.

To odwieczny porządek, niemniej tak urządzony naród nie ma zwartego państwa. Po pierwsze jest to niemożliwe przy wielkim jego rozproszeniu i różnorodności pochodzenia, a po drugie – specjalnie do niczego nie jest mu ono potrzebne. Nie ma więc urzędów i urzędników, ani dworaków, są klienci i strażnicy co możniejszych rodów, ale nie cierpi się  darmozjadów. Przy zagrożeniu z zewnątrz, mężczyźni łączą się do walki, ale potem znów  rozchodzą do swoich wsi i osad. Brakuje jednak czegoś, co by ludzi tych wydźwignęło ze stanu pospolitego bytowania. W osobliwy sposób przypominało to Grecję w samych początkach jej wielkości. Niegdyś również była podobnie rozczłonkowana, tyle że za jakąś niepojętą przyczyną zrodził się w niej duch daleko wyższej próby, który zapłodnił rozum do głębszego poznawania istoty człowieka, jego doskonalenia, a także przeobrażania świata.

Z obserwacji i wiedzy, jaka tu posiadłem, wysnułem wnioski, osobliwie zbieżne z tym, o czym mówił Maros na Cyprze. Otóż wyszło mi, że duże i spójne państwo powstanie  tylko wtedy, gdy w jakimś narodzie – po tym, jak już jakoś ułoży się sam ze sobą – powstaje pęd do zawłaszczania innych ponad miarę, z potrzeby panowania nad nimi, i grabienia słabszych. Zaczyna wtedy tworzyć siły do tego niezbędne, i wszystko podporządkowywać temu właśnie celowi. Za dobro wspólne uznaje jedynie to, co służy pomnażaniu zdobyczy, i wywyższaniu się kosztem cudzej słabości, a nie własnej doskonałości. Grecja, gdy sama już okrzepła, też podbijała świat, wszelako zaczynając u siebie od siły swego rozumu i ducha. Jest coś symbolicznego w tym, iż najpierw był Arystoteles, dopiero potem Aleksander, a wodzami i przywódcami nieraz bywali filozofowie i uczeni. Niestety, potem Macedończykowi zabrakło mądrości swego nauczyciela, największy zdobywca w dziejach świata zatracił miarę, a rozum przegrał w nim z pychą. Może dlatego, że podczas wojen na wschodzie nadmiernie słuchał fałszywego pochlebcy z Abdery. Cóż, władca upadł, ale to, co z greckiego ducha poniósł w świat, żyje do dziś.

Bez równowagi nie ma wielkości. U nas pierwszy zrozumiał to chyba dopiero August, ale też miał on za przyjaciela i mentora mądrego Kananitę, którego, jeśli nawet nie we wszystkim słuchał, to jednak się radził. Dlatego przewyższył Cezara, gdyż ten wiecznie zwycięski wódz, choć miał żelazną wolę walki, owładnięty był żądzą władzy, a w czas pokoju mniej rozmyślał, a bardziej się wymądrzał, głównie dla poklasku, próżnej chwały i zysków. Gdy nie mógł pokonać Katona na racje, po prostu go uwięził. Z kolei, gdy rozsądny Bibulus ważko argumentował przeciw jego pomysłom, pohańbił go publicznie, i zmusił do zamilknięcia na długie miesiące. Swoją drogą, ciekawe, jak ten bóg wojny dałby sobie radę ze swą armią w takich jak te górach. Zwyciężał w Bitynii i Hiszpanii, ale tam nie ma takich przestrzeni, a już na pewno takiej tradycji i determinacji narodu.

Dotarłem też do miasta, uchodzącego za najpierwsze gniazdo dawnych Medów, wzniesione na dwóch wzgórzach, miedzy głębokimi dolinami, wysokimi szczytami i wodospadami. Tak jak wszędzie w tej krainie, miejscowi sami są sobie panami, a wielu wśród nich żyje Persów, dawnych sojuszników, którzy znaleźli tu schronienie przed Partami. Dalej, na południe od jeziora Spauta, jest jeszcze jedno podobne miasto, nie tak warowne, stolica dawnego, królestwa Mitanii, o którym czytałem u Strabona. Gdym tak oglądał te miejsca, przez które wędrowałem, myślałem z zadumą, że Rzym, ze swoją  historią, jest ledwie dzieckiem w rodzinie narodów, które wyrosły i dojrzały na długo, nim my w ogóle przyszliśmy na świat. Słusznie szczycimy się potęgą – ale czy ona kiedyś sięgnie i tu? Czy sama natura, a i tradycja, nie postawiłyby nam barier nie do pokonania?

Oprócz niezwykłości nieznanego świata, jakie tu poznawałem w trakcie   wędrowania, zaszły też zdarzenia i okoliczności, które nadały naszej wyprawie znaczenia dla mnie zgoła niespodziewanego, głęboko odmieniając mą duszę. I to w tym samym czasie i miejscu, jakby bogowie, zostawiając mnie dotąd w spokoju, wręcz zasadzili się tam ze swymi niespodziankami! Zaiste, miał rację Maros, mówiąc, iż me poszukiwania zapewne uwieńczy sukces w dotarciu do zamierzonego celu, lecz ważniejsze będzie to, co wydarzy się, i co spotkam, na wiodących ku niemu drogach.

Idąc wzdłuż podnóża wysokich gór, jednego razu weszliśmy w niewielką dolinę, gdzie na skraju zagnieździła się spora osada, licząca sobie około setki domostw z przyległościami, nie licząc pewnej ilości grot. Urzekła mnie uroda okolicy, z drzewami na zboczach, i niewielkim, przepływającym z boku strumieniem. Mieszkali tu ludzie zwyczajni, głównie pasterze, sadząc po sporej ilości zwierząt. Choć dochodziło ledwie południe, postanowiłem, że zatrzymamy się obok nich, może nawet na dwa-trzy dni, gdyż dolina, osłonięta od wiatru, zachęcała  do odpoczynku po tygodniu szybkiego wędrowania. Asza z Dolanem stanęli na uboczu, by zająć się końmi, ja zaś z Agisem ruszyliśmy ku oddalonym, mizernym siedzibom tutejszych mieszkańców. Jechaliśmy niespiesznie, by pokazać, że nie mamy złych zamiarów. Z domów wyległo kilka osób, przyglądając się nam bardziej ciekawie, niż wrogo. Było wśród nich dwóch uzbrojonych mężczyzn, więc zsiedliśmy z koni, i podeszliśmy do nich, uznając, że to z nimi należy rozpocząć rozmowy o pozostaniu na ich ziemi.

Miałem już niejaką wprawę w takich spotkaniach, więc, zbliżywszy się, powitałem ich w tutejszej mowie, bardzo nieporadnie, gdyż zdążyłem się jej wyuczyć ledwie na tyle, żeby powiedzieć kim jesteśmy, i czego chcemy. O znalezieniu dachu nad głową mowy raczej nie było, więc poprosiłem, by nam pozwolono gdzieś tu rozłożyć się z namiotami na czas postoju, a także dać koniem popas. Trochę słowami, więcej gestami spytałem, czy użyczą nam jakiego jedzenia i picia – oczywiście za zapłatą. Nie byli ani zdziwieni, ani zaskoczeni naszym przybyciem, z czego wniosłem, iż przejezdni goście nie są dla nich czymś niezwykłym. Dopiero później okazało się, że wieść o tym, kim jesteśmy i skąd przybywamy, wyprzedziła nas, tak jak zakładała to Asza, gdy wyjeżdżaliśmy z odległego stąd Zachu.

Dopełniwszy obyczaju, i otrzymawszy przyzwolenie, wróciliśmy do rodzeństwa, które zdążyło już zacząć przygotowania do postoju. Jak to zwykle bywa w takich okolicznościach, towarzyszyła nam gromada dzieci, ciekawych niecodziennych atrakcji. Za nimi pokazały się też jakieś kobiety, na zwyczajowo wścibskie, babskie przeszpiegi nowinek w okolicy. Cała ta eskorta rozsiadła się w pewnym oddaleniu, gapiąc uporczywie, gdy stawialiśmy namioty i oporządzali dobytek.

Przy bezchmurnym niebie było tak ciepło, że z gorąca zdjąłem trochę ubrania. Asza, zamyślając przygotować jedzenie, wysłała brata do lasu na zboczu po drzewo, by rozpalić potrzebny jej do tego ogień. Gdy wrócił, coś mnie podkusiło – chyba z wesołości i uczucia odprężenia – by pokazać przyglądającej się nam dzieciarni magiczną sztuczkę. Wyjąłem z sakwy fenickie szkło, po czym, dla większego wrażenia, uniosłem je ku słońcu w geście jakby rytualnym, mamrocząc przy tym coś po nosem. Potem, zwolna pochyliwszy się ku ziemi, niepostrzeżenie uchwyciłem promień, i w dwie chwile podpaliłem ułożony stos suchych gałęzi, wszelako udając, że czynię to gołymi rękami.

Czemu to zrobiłem? Sam do dziś nie wiem. Chyba to bogowie musieli mnie do tego natchnąć, jako że sam z siebie nigdy w życiu nie miałem skłonności do tanich popisów przed kimkolwiek, a już tym bardziej przed zgrają małych dzikusów. Biorąc pod uwagę, jak niezwykłe okazały się  następstwa tego żartu, z czasem nabrałem pewności, że był w tym jakiś wyższy, niepojęty dla mnie zamysł owego poruszenia mej woli.

Uczyniło się bowiem wielkie zamieszanie, kobiety z hałasem zagarnęły dzieciarnię, i wszyscy szybko pobiegli z powrotem do siebie. Ale nie tylko ich zdumiał mój wybryk. Asza stała bez ruchu, wpatrując się we mnie dziwnym wzrokiem, ni to z przestrachem ni to podziwem. Nigdy wcześniej nie wyjmowałem szkła, ani nie pokazywałem, do czego służy. Jeśli nawet wspomniał jej coś o tym brat, świadek mego zakupu w Antiochii, to przecież co innego o czymś usłyszeć, a co innego zobaczyć, jak działa. Uzmysłowiłem sobie w tym momencie, że co dla mnie było użytecznym wytworem fenickiej wiedzy i kunsztu Nartasa, ludziom prostym, a już zwłaszcza barbarzyńcom, musiało zdawać się znakiem mocy bogów, panów żywiołów. Dla nich, tylko ktoś szczególnie naznaczony ma zdolność przyzywania jej, i prawo używania wedle własnego uznania.

W oczach widzów tego zdarzenia, i w ich rozumieniu rzeczy, w jednej chwili obcy, ale przecież zwyczajny przybysz, zamienił się w kapłana ognia! A może słońca? Kto ich wie, do czego mnie przypisali? Może wydałem im się jakimś wysłannikiem demonów, których tak  się boją? Wedle wschodniej tradycji, jest tu ich tyle, że nie sposób wszystkich zliczyć. Nieco mnie to zaniepokoiło, gdyż zdałem sobie sprawę, że gdy dzieci i kobiety zaniosą tę wieść do osady, przekażą ją niezwykle ubarwioną, i wyolbrzymioną przez strach i wyobraźnię – z nieprzewidywalnym dla nas skutkiem. Co pomyśli sobie Asza nie obchodziło mnie zbytnio, gdyż uważałem, że miała chyba dość własnego rozumu, żeby po tylu tygodniach wędrówki  przyszło jej do głowy mieć mnie za kogoś innego, niż ten sam człowiek, którego zdążyła już poznać.

Machnąłem wiec tylko, ręką, Agis pokiwał głową z rozbawieniem, Dolan uśmiechnął się łobuzersko – i na tym dla nas sprawa się skończyła. Zajęliśmy się sobą, zwierzętami, rozstawianiem namiotów, zadowoleni, że na dłużej rozprostujemy kości po ciągłym siedzeniu w siodle. Ale nie było nam dane zbyt długo cieszyć się spokojem. Po południu ujrzeliśmy, jak od osady zbliża się ku nam większa grupa miejscowych, z dwoma starszymi mężczyznami na czele. Zauważyłem pewną dostojność tego orszaku, co mogła oznaczać, że nie idą do nas w złych zamiarach, tylko chcą porozmawiać o czymś dla nich ważnym. Nie myliłem się, gdyż w pewnej chwili, na znak, dany przez jednego z przewodników, ludzie stanęli. Podniosłem się, ci dwaj podeszli do mnie nisko się pokłonili, i trochę słowami, trochę gestami, wyjaśnili, że  zapraszają mnie do jednej ze swych chat. Gdym już zrozumiał, o co im chodzi, zgodziłem się  i skinąłem na Agisa, by poszedł ze mną. Znów przytomnością umysłu wykazała się Asza, która weszła do mego namiotu, pokazując wzrokiem, bym i ja to zrobił.

– Weź ze sobą swój amulet, panie – rzekła w środku, podając mi ubranie. – To ważne.

– Tak uważasz?

– Przyszli tu dla ciebie, ale i dla niego – odparła z powagą, pokazując na sakwę, w której trzymałem schowane swoje fenickie szkło.

Ponieważ wiedziałem już, że lepiej ode mnie wyznaje się na tutejszych obyczajach, ani nie spytałem, o co chodzi, ani się nie sprzeciwiłem, tylko wyjąłem mój szklany nabytek, nie mając jednak pojęcia, jak mam go ze sobą nieść. Asza przyjrzała mu się, rozejrzała dokoła z wahaniem, wreszcie dała znak, bym poczekał, następnie szybko wyszła, a po chwili wróciła czymś w ręku.

– Zawieś go na szyi, ale na początku trzymaj pod ubraniem – rzekła, podając mi krótki skórzany rzemyk.

Gdy pokazałem, żeby pomogła mi go przewlec przez ucho w oprawie, stanowczo odmówiła.

– Tylko tobie wolno go dotykać – kiwnęła głową. – Ma wielką moc, która może zabić – dodała stanowczo.

Nie było czasu na wyjaśnienia, wiec zrobiłem, jak doradziła, i wyszedłem przed namiot. Zebrani, czekający cierpliwie, na mój widok rozstąpili się, puszczając nas przodem. Agis szedł nieco za mną, i – mimo pozornego spokoju – bacznie rozglądał się na boki. Tak oto, w orszaku miejscowego plemienia, dotarłem do sporego domostwa, gdzie wprowadzono mnie do dużej, ciemnej izby, rozświetlonej jednie przez słaby ogień dymiącego smrodliwie paleniska. W kącie, na stercie rozłożonych skór, siedział bardzo stary człowiek. Z zachowania towarzyszących mi osób należało wnosić, że to persona ważna, i powszechnie szanowana. Wskazał mi miejsce naprzeciwko siebie, pozostałych wyprosił gestem na zewnątrz, oprócz owych dwóch, którzy przyszli do mnie z zaproszeniem. Tym nakazał usiąść za sobą pod ścianą – po czym zapadło milczenie.

Nie da się oddać w zwykłym zapisie rozmowy, jaka wtedy się odbyła. Z powodu trudności językowych porozumiewaliśmy się na różne sposoby, niemniej szybko pojąłem, czemu zostałem poproszony. Oprócz zwyczajowego okazania gościnności, poszło jeszcze o coś, co w normalnych okolicznościach uznałbym za kiepski teatr. Otóż starzec, tutejszy senior, wyznał, że ich święty ogień, jaki od lat podtrzymywali w pobliskiej grocie skalnej, zgasł, i nie było prawdziwego kapłana, który by im go na nowo przywrócił. Zapalić go ot tak sobie nie wolno – na to musi być szczególna, ofiarna uroczystość. Sztuczką, jaką wykonałem ku uciesze dzieci, w jego mniemaniu dowodziła, iż jestem kimś w rodzaju wysłannika ich boga, zdolnego to uczynić!

Przyznam, że dotąd rzadko zdarzało mi się w życiu tracić głowę, lecz gdym wreszcie zrozumiał, o co temu człowiekowi chodzi, nie wiedziałem, co rzec, i jak postąpić. Przemknęło mi tylko przez myśl, że Asza znów dobrze odczytała, co się może wydarzyć, i że bez jej pomocy nie wybrnę z tego kłopotu. Trzeba mi było jednak pogodzić się z tym, co nakazywały okoliczności. Idąc więc za jej radą, wysunąłem ukryty dotąd amulet, tak by wszyscy mogli zobaczyć, jak połyskuje na mej szyi w świetle paleniska. Uczyniło to ogromne na nich wrażenie, coś mówili do siebie, i kiwali głowami.

Zgodnie z tradycją rodzinną zostałem poświęcony perskiemu Mitrze, tyle że był to wybór szczególny i symboliczny, wszelako dopuszczalny o tyle, o ile nie umniejszał oddawania rzymskim bogom należnej im czci. Mamy Panteon, wzniesiony przez Augusta, gdzie w zgodzie czuwają oni nad pomyślnością cesarstwa i jego obywateli, jako dawcy losu i strażnicy praw – zarówno życia, jak śmierci. Każdy ma prawo wybrać sobie spośród nich własnego protektora, ale nie wolno mu zapominać o innych, gdyż może się to dla niego źle skończyć, jako że potrafią być w gniewie porywczy, nawet okrutni. Taki był, jest, i będzie porządek rzeczy, w każdym miejscu, czasie, i w każdym narodzie.

Świat wywodzi się z żywiołów, nad którymi bogowie sprawują pieczę, a rządząc nimi, rządzą też ludzkim życiem, które stworzyli. Rzeczy wielkie i małe nie mogą się obejść bez ich woli, a i łaskawości, lub niechęci. Nie zawsze jednak panuje wśród nich harmonia, bo są między nimi gry tych większych, i ambicje tych pomniejszych. Często więc toczą swary, nawet drobnostkowe, wciągając w nie i nas, co przekłada się na kapryśną zmienność i burzliwość naszych losów. Nigdy nie wiemy, co zamierzają, ale strzeżemy się, by ich nie rozgniewać czynami niegodnymi, lub przeciwnymi naturze. Szukamy u nich rady i sprawiedliwości, wsparcia w miłości i zdrowiu, opieki w domu, w walce i w interesach, składając ofiary, by zapewnić sobie ich przychylność we wszystkim, co nas dotyczy. Kto zechce im się sprzeciwiać, albo z nich drwić, tego spotka los Prometeusza, czy jakże wielu, którzy tułają się w Tartarze, i, dręczeni przez Erynie, przeklinać mają do końca świata swą butę i nieposłuszeństwo wobec praw ludzkich i boskich.

Mitra, któremu powierzyli się Tycjanowie, to dobry bóg ludzi uczciwych, prawych, ale też dzielnych, łączący w sobie dobro z walecznością przeciw złu. Odnajduje się w nim zarówno wzniosłość ducha, jak i konieczność borykania się z oporną mizerią codzienności. To bardziej przyjaciel i powiernik, niż władca. Zna nasze postępki, rozsądza spory, wszelako nie ma w sobie  nadmiernej surowości wobec naszych słabości. Jest bogiem słońca, nie mroku, bardziej nagrody, niż kary. Nie nagina zawczasu ludzkiej woli, ale po śmierci sądzić nas będzie z naszych uczynków. Zatem daje prawo wyboru, ale i przymusza do odpowiedzialności za to, co wyniknie z podjętych decyzji. To właśnie jest mi szczególnie bliskie, gdyż przydaje wielkiej wagi dla rozumu, jakim winniśmy się w życiu kierować, łącząc wiedzę z cnotą. Czyż nie tego nauczali również Grecy, z których przecież wyrastamy, i którym hołdujemy? I czyż nie wymaga zastanowienia, że krąg boskich praw osobliwie obejmuje daleko więcej, niż tylko znany nam świat?

W sytuacji, w jakiej mnie postawiono, dopatrzyłem się dziwnego splątania woli wielu bogów, z różnych światów, co by oznaczało, że jest chyba miedzy nimi jakieś powinowactwo. Moje szkło powstało, bez wątpienia, przy wsparciu fenickiego Kuszara, poczciwego pana umiejętności. Ale to przecież nasza Minerwa łączy naukę i rzemiosło w jedno, przydając im znamion mądrości praktycznej. Mojej wyprawie patronuje Merkury, i to on przywiódł mnie do krainy, gdzie Persowie i Partowie czczą swego, i również mego rodowego opiekuna, Mitrę. Ten bowiem niegdyś ochronił przed zgubą Tycjanowego przodka, przecież Rzymianina, syna Lucjusza – ale przecież dzięki greckiej sztuce Hipokratesa. A czyż egipska Izyda nie trzyma w dłoni słonecznego dysku?! Jakże niezwykle da się to wszystko – przy odrobinie wyobraźni – zebrać w jeden ludzki los? Tylko czy wolno? Czy aby w grach nadmiernie swobodnych, rozumowych skojarzeń, fantazja nie wywodzi człowieka na manowce nadmiernej poufałości z bogami? Czy ma to w ogóle jakiś sens?

Zgodnie z rodzinną tradycją, dostąpiłem niższych wtajemniczeń, do stopnia żołnierza, ale nie oddawałem się nadmiernie rytuałom, uważając, że boskich praw należy przestrzegać raczej w życiu, niż w ofiarach. Mój bóg jest dla mnie panem zobowiązań, co przekładam sobie na roztropną przyzwoitość, ale i na rozumność, wywodzoną z filozofii platoników i stoików. Ale Mitra to także Słońce i światło, co dotąd traktowałem jako figurę symboliczną, oznaczającą dążenie do doskonałości.

Nigdy nie miałem pomysłu na kapłaństwo, raczej na godne życie. Lecz oto stanąłem wobec wyzwania, któremu powinienem sprostać, chociażby dla bezpieczeństwa naszej dalszej wędrówki. Gdybym odmówił, wówczas – zgodnie z tym, o czym przekonałem się, że tak się tutaj rzeczy mają – wieść o tym szła by przede mną. Jeśli nawet uszedłbym stąd cały i zdrowy, to nie wiadomo, co by nas czekało w drodze przez góry. Godząc się spełnić prośbę starca, nie stawałem się oszustem, gdyż na pewien pokrętny sposób wolno mi było uczynić, o co prosił. Tyle że w duszy czułem, iż bez wewnętrznego przekonania, jedynie z wyrachowania, dokonam sporego nadużycia. Lecz, czyż złapany w pułapkę konieczności, miałem jakiś wybór?

Zgodnie z miejscowym obyczajem, a i nakazem obowiązującego mnie prawa, przygotowania do planowanej uroczystości trwały kilka dni, wypełnionych wielkim zamętem, ale i podniosłością wśród miejscowych. Ku memu zdumieniu, pojawili się w dolinie wysłannicy z sąsiednich, górskich osad, zwołani przez gospodarzy. Było oczywiste, że skutkiem tego wydarzenia będzie umocnienie ich pozycji w bliższej i dalszej okolicy, jako że staną się dysponentami i strażnikami ołtarza boskiej łaskawości i opieki. Wszyscy odnosili się do mnie z wielkim szacunkiem, karmili nas, dbali o wygody, także i o konie, na których wyznają się jak mało kto. Dolan, z właściwym sobie wścibstwem, kręcił się dokoła i szpiegował, znosząc wieści o tym, co się dzieje, zaś Agis raz po raz wzbudzał powszechny podziw swą siłą i pokazami władania różną bronią. Najbardziej zdumiewające było zachowanie Aszy, która wolne chwile spędzała z tutejszymi kobietami, wracając potem w wielce tajemniczym nastroju zamyślenia.

Warunkiem udanej ceremonii była, oczywiście, bezchmurna pogoda, gdyż szkło, bez jasnego słońca, nie spełniłoby swego zadania. Taki dzień wreszcie nastał i – jak się potem okazało – miał pozostać w mej pamięci na całe życie, a to dla przyczyny zgoła dla mnie nieoczekiwanej. Nic nie zapowiadało czegokolwiek, co nie było wcześniej ustalone.

Wczesnym rankiem, wyruszyłem w wielkim orszaku mężczyzn w stronę pobliskiej góry. Kobiety szły w dużym oddaleniu, a w pewnej chwili zatrzymały się, gdyż nie wolno im  zanadto zbliżać się do miejsca rytualnego uświęcenia. Po dłuższym kluczeniu między skałami, wyszliśmy na ogromną półkę skalną, i doszliśmy do dużej ni to groty, ni to pieczary, gdzie w głębi, za wejściem, ustawiony był płaski głaz, z uformowanym, sporym zagłębieniem na mający tu płonąć ogień. Tuż przed grotą ułożono pokaźnych rozmiarów stos drzewa, specjalnie wybranego zawczasu przez najdzielniejszych młodzieńców, z udziałem Dolana, którego – ze względu na mnie – dopuszczono do tego zaszczytu. Chłopak wiedział, jak się rzeczy mają, więc – choć bardzo przejęty w swej barbarzyńskiej duszy – czujnie dopilnował, by było ono odpowiednio suche.

Nie mam pojęcia, jak z ubrań, które mieliśmy ze sobą, udało się Aszy przygotować mi – w krótkim przecież czasie – tak ozdobną szatę, nadto z wymalowanym, dobrze widocznym znakiem Słońca, Rzeczywiście, wyglądałem w niej niczym dostojny kapłan. Bez wątpienia, pomogły jej w tym miejscowe kobiety, które tak często odwiedzała. Wiszące na mej piersi szkło fenickie czyniło niemałe wrażenie, jako zagadkowy amulet, znak wielkiej mocy i władzy. Tuż za mną, po obydwu bokach, szło dwóch mężczyzn, wyznaczonych przez starszyznę – i z moim namaszczeniem – na późniejszych opiekunów ołtarza. Wszystko odbywało się w milczeniu, pieśni miały zabrzmieć dopiero z chwilą rozpoczęcia obrzędu. Stopniowo udzielił mi się nastrój powagi, ale i pewnego uniesienia, które starałem się jednak powściągać, mając na względzie, by nie utracić panowania rozumu nad tym, co najważniejsze, czyli nad udanym zapaleniem ognia, i nadaniem temu właściwej i godnej oprawy.

W pewnym oddaleniu od wejścia do groty stanęliśmy w dużym kręgu, ja zaś, unosząc szkło ku słońcu, zamarłem, po czym po aramejsku, z dodaniem znanych mi słów perskich,  wygłosiłem śpiewnie wezwanie o łaskawe zesłanie ognia dla zebranego tu ludu. Było w tym wiele teatru, jaki znałem z rzymskich ceremonii świątynnych, resztę dopełniłem własną inwencją, by uczynić zadość oczekiwaniu widzów. Następnie podszedłem do stosu i, ustawiwszy się właściwie, nachyliłem nad nim, kierując fenicki promień na drzewo. Ku memu zadowoleniu, i niemałej uldze, zajęło się ono niemal natychmiast, a w kilka chwil mały płomyk strzelił w górę imponującym ogniem. Rozległy się okrzyki, rozbrzmiały bębny i piszczałki, zaintonowano chóralnie jakąś pieśń. Podano mi małą pochodnie, którą odpaliłem od stosu, po czym, pokłoniwszy się z wielką czcią przed słońcem, zaniosłem powoli do głazu  wespół z dwoma przyszłymi jego strażnikami. Tam nakazałem gestami, by i oni ją uchwycili, i tak, we trzech, zapaliliśmy ogień na odpowiednio przygotowanym kamiennym ołtarzu. Poczułem zapach jakichś domieszanych kadzideł, mężczyźni stanęli przy nim, ja zaś wycofałem się tyłem, a po wyjściu z groty wykrzyknąłem na cztery strony świata słowa podziękowania bogu za okazaną łaskę. Na koniec zwróciłem się do zebranych, i w łamanej mowie z wielu różnych słów, nakazałem, by pod groźbą boskiego gniewu, strzegli tego, co właśnie otrzymali.

Ta część ceremonii odbyła się niezwykle uroczyście, z należytą ilością gestów, pokłonów i zaklęć. Wszelako teraz czekało mnie jeszcze kapłańskie uczestniczenie w złożeniu rytualnej ofiary krwi, szczęściem tylko w roli obserwatora. Z tyłu doprowadzono kilka zwierząt, ja zaś jedynie podałem nóż do spełnienia tego niemiłego obrządku. Widywałem podobne w naszych świątyniach, także i w rzymskim mitreum, lecz – mimo iż rozumiałem ich znaczenie i sens – za  każdym razem napawały mnie one wielką niechęcią. Tu odbyło się to niezwykle gwałtownie, z dzikim wręcz zapamiętaniem, wyrażającym wielką radość z powrotu znaku boskiej opieki. Nie dziwiło mnie to, niemniej okazywana dzikość w zachowaniu ludzi, i ich szalonej muzyce, wzbudzała wręcz obrzydzenie.

Po krwawej jatce, wróciliśmy na dół do osady, gdzie zaczęło się wielkie świętowanie. Myliłem się sądząc, że w zbiorowym zamęcie, jaki począł narastać, uda mi się od tego wymówić. Czekała mnie bowiem niespodzianka, która okazała się prawdziwie wymyślnym figlem bogów, aż nadto chyba rozbawionych moim wyczynem. Czy była to ich zemsta, czy nagroda za tak bezczelną śmiałość? Tego nie wiem, i nie dowiem się już nigdy.

Poprowadzono mnie do owego starca, od którego wszystko się zaczęło, a który czekał  przed swym domostwem na rozłożonych dla niego skórach między miejscową starszyzną i przybyłymi z gór gośćmi. Gdy zasiadłem, poczęto roznosić jakiś napitek, co wzbudziło poruszenie wśród zebranych, gromadzących się dokoła domów. Zostałem i ja nim uraczony – jako pierwszy, gdyż najważniejszy tu dziś człowiek. Z wielkim ukontentowaniem patrzono jak piję, wielu uśmiechało się, i dawało sobie jakieś znaki. Wymienialiśmy wiele dobrych słów, pełnych szacunku, aż wreszcie starzec oznajmił mi na pół słowami, na pół gestami, że jego lud chce mi wynagrodzić wielką łaskę, jaka im uczyniłem. Zrozumiałem tylko tyle, że w dowód ich przyjaźni niebawem poznam pewne tajemne miejsce, niedaleko stąd, które jest dla nich – jak się wyraził – źródłem wody życia.

Zmęczenie powoli ustępowało uczuciu narastającej ekscytacji otoczeniem, ludźmi, także pięknem otaczających nas gór. W popołudniowym słońcu wszystko dokoła było w ruchu, poranna podniosłość zamieniała się w powszechną radość. Porzuciłem zgromadzenie przed domem starca, gdyż czułem się tam już zbędny, tym bardziej, że nie za bardzo mogłem uczestniczyć w ich rozmowie. Miejscowa starszyzna, korzystając z okazji, z ożywieniem rozprawiała z przybyłymi gośćmi o swych sąsiedzkich interesach i wzajemnych układach, całkowicie mi obcych i obojętnych..

Krążyłem wśród gwarnej zabawy, trochę bez celu, nie chcąc jednak – a nawet nie mogąc, z racji mej tu roli – wracać do namiotu. Dojrzałem Dolana, popisującego się przed młodzieżą, także Agisa, nieodmiennie wzbudzającego wielkie zainteresowanie – tym razem także i kobiet. Wyczuwałem gęstniejącą aurę zbiorowego podniecenia, z czego zrodziło się we mnie podejrzenie, że szykują tu jakieś miejscowe bachanalia. O dziwo, wcale mnie to nie zdziwiło, ani zgorszyło. U nas dawno ich zakazano, ale i tak odprawiano, tyle że nie publicznie, jawnie, i zbyt licznie.

W pewnej chwili pojawiła się obok mnie Asza, która – jak kobiecie przystało – podczas ceremonii trzymała się na uboczu głównych wydarzeń. Zwykle wobec mnie powściągliwa, teraz odrzuciła postawę dumnej wojowniczki, i uśmiechała się zwyczajnie, bardzo po kobiecemu.

– Wielkiej rzeczy dokonałeś – odezwała się, lekko pochylając głowę, ale patrząc mi w oczy, czego dotąd raczej unikała. – Nie byle kim jesteś, panie, tylko nie chcesz tego okazywać – zaskoczyła mnie, gdyż pierwszy raz pozwoliła sobie na tak otwarte wygłoszenie sądu na mój temat.

– Jestem tym, kim jestem, i nikim więcej. To wiem, i to mi wystarcza – nie wiedzieć czemu odparłem ostro i oschle, choć przecież wyraźnie mi pochlebiła.

– Nie złość się, proszę. Nie chciałam cię obrazić – powiedziała cicho, jakby kuląc się w sobie.

– Dajmy już temu spokój – widząc jak przygasła, uśmiechnąłem się ugodowo. – Jestem, po prostu, zmęczony, i tyle – westchnąłem, rozkładając ręce. – Wielki tu szum,  najchętniej bym stąd uciekł – rzekłem zrezygnowanym głosem, rozglądając się dokoła.

Staliśmy przez chwilę w milczeniu, obserwując, jak powszechna wokół wesołość staje się coraz bardziej hałaśliwa, chyba już nawet ponad miarę zwykłej zabawy. Dobrze  wiedziałem, co to oznacza. Jeszcze trochę, a zacznie się zbiorowe misterium swawoli i rozpasania. Szum w głowie wzmagał się, z trudem zbierałem myśli.

– Czy pozwolisz, panie, żebym ci coś pokazała?  – słowa Aszy zabrzmiały dziwnie łagodnie. – To niedaleko – dodał szybko, bojąc się, że mogę jakoś opacznie ją zrozumieć.

– Co takiego?

– Jedno ciekawe miejsce. Mówiły mi o nim kobiety. Powiedziały, gdzie jest, i jak tam iść  – ręką  wskazała zbocze góry, obok płynącego strumienia.

Zawahałem się, ale przeważyła chęć wyrwania się z otaczającego mnie gwaru, który wciąż narastał, i zapewne niebawem zamieni się w zbiorowe szaleństwo. Wszystko mi jedno, byle jak najdalej stąd!

– Niech ci będzie, prowadź – skinąłem głową, i po chwili ruszyłem za nią.

Doszliśmy na skraj doliny, a przy strumieniu poczęliśmy się wspinać ledwo widoczną, niezbyt stromą ścieżką wzdłuż jego biegu. Nie trwało długo, gdy dotarliśmy do skalnej ściany, u podnóża której ujrzałem prawdziwe dziwo. Wypływała z niej woda, lecz przed opadaniem w dół, pieniła się w sporym zagłębieniu małej polany, tworząc jakby basen wśród skał. Dokoła gęsto rosły drzewa, krzewy, trawa. Uroda tego miejsca była zaiste niezwykła, lecz to nie ona przykuła moją uwagę. Dokoła unosił się opar mgły, jakby pary wodnej, co oznaczało, że woda jest tu bardzo ciepła, albo wręcz gorąca. W powietrzu dał się czuć lekko słonawy zapach, gdzieniegdzie na kamieniach mieniły się różnokolorowe kryształki.

Dłuższą chwilę staliśmy bez ruchu, podając się urokowi miejsca, także naszym odczuciom. W pewnej chwili spojrzeliśmy na siebie, po czym naraz, bez słowa, jakby wiedzeni tym samym odruchem, zrzuciliśmy ubrania, i, podtrzymując wzajemnie, powoli ześlizgnęliśmy się do pienistej wody. Jej ciepło rozgrzało nas, nurt omywał ciała z brudu i zmęczenia, a one, zwolna, same z siebie, wiedzione odwiecznym prawem natury, poczęły wzajemnie się przyciągać. Zrazu ostrożnie poznawały się, potem splotły, na koniec wreszcie zespoliły – gwałtownie, i w niezwykłym zapamiętaniu.

Później wielokrotnie zastanawiałem się, co też spowodowało, że wydarzyło się to, co się wydarzyło. Czy niezwykłość otoczenia? Czy owa nieuchwytna bliskość, niepostrzeżenie narastająca między nami podczas długich tygodni wspólnej wędrówki? Czy ten dzień, pełen mocnych  wrażeń? Czy pragnienie zapomnienia o trudach podróży? Czy prosta potrzeba natury? Czy wreszcie ów zagadkowy napój, który mącił rozum, i podstępnie budził zmysły? Może  wszystko razem, zmieszane niczym w retorcie zielarza? A może jeszcze coś więcej? U mnie – chyba jeszcze przemiana, jaką w sobie już wcześniej dostrzegałem, a która na dobre uwolniła wreszcie nowego człowieka spod pozłoty, nawyków i osądów rzymskiego pana i bogacza? Ale co u Aszy?

Podczas minionych tygodni, wszędzie tam, gdzie znajdowałem choćby najlichsze łaźnie, korzystałem z nich nie tylko dla czystości ciała. Tamte ulotne przyjemności – atrakcje, jak je nazywał Melos – dawały krótkie chwile wytchnienia, i nic poza tym. Były niczym rytuał spłacania naturze należnej jej daniny. Od wyjazdu z Nisbis nie miałem okazji tego czynić, więc domagała się swego. Lecz takie tłumaczenie wydało mi się zbyt łatwe, by nie rzec – prostackie. Zresztą nie wyjaśniało daleko głębszych uczuć, jakie się we mnie objawiły w tym, co zaszło.

A przecież wydarzyła się rzecz niesłychana, która jeszcze niedawno zdała by się być niepodobieństwem. Oto ja, Tycjan, po trosze uczony, po trosze cesarski szpieg, a w całości wyniosły, rzymski patrycjusz, ku swemu zdumieniu, ale i radosnemu ożywieniu serca, ujrzałem i uznałem w barbarzyńskiej wojowniczce, na czas jakiś niewolnicy, kobietę mi bliską i drogą. Chłodny, szukający stoickiej równowagi umysłu i życia, człowiek z najwyższych sfer, uległ czemuś, co dotąd miał za słabość, której należy się wystrzegać.

Inna sprawa, że nie doszłoby do tego, gdyby nie Asza i jej przemyślność. Wszak to  ona okazała się sprawczynią tej sytuacji. Gdy wracaliśmy doliną, zapytałem przekornie, skąd wziął się pomysł zwabienia mnie do owego strumienia, wyznała, że to za sprawą kobiet z osady.

– One szybko podpatrzyły, że jesteś dla mnie ważny. Nie potrzebowały słów.

– Musiałaś się z tym jakoś wydać.

– To się wie, widzi. Powiedziały jeszcze, że ja dla ciebie też jestem ważna. Tylko że się przed tym bronisz.

– Może to i racja?  Chyba tak jest.

– Ja to czułam, wtedy, po naszej wyprawie na pole bitwy. Ale jak miałam sprawdzić?

– Sama mówisz, że to się wie..

– Nie zawsze, nie z każdym. Jesteśmy z innych światów. Zresztą, wy macie kobiety za nic, chociaż one i tak robią z wami, co chcą. Stąd twój strach.

– Nie wziął się znikąd.

– To z oszustwa. U was nie ma uczciwości miedzy mężczyzną i kobietą.

– Skąd to możesz wiedzieć?

– W niewoli nie traci się wzroku, ani słuchu. Widziałam, i słyszałam.

– I tak to sobie przetłumaczyłaś?

– Wy uważacie się za lepszych. A nas macie za dzikich. Nie wiedziałam, co robić.

– Chcesz powiedzieć, że gdyby nie przypadek z przyjazdem do tej osady, nic by się nie stało?

– Nie wiem. Ale stało się. Tak zdecydowali moi bogowie. Twoi chyba też.

– Nie mieszajmy ich do tego. Oni chyba nawet się ze sobą nie znają – rozbawiła mnie myśl o takiej boskiej komitywie. – Zresztą co im do tego.

– Nie masz racji – sprzeciwiła się z wielkim przekonaniem.

– Przecież nie oni pokazali ci drogę do strumienia. I nie oni kazali mi iść za tobą.

– Ale wysłali do kogo było trzeba. A kobiety już pokazały, jak iść. Radziły, żebym spróbowała. Powiedziały, że będzie dobrze, bo haoma czyni cuda.

– Haoma?

– To ten ich napój.

– A jednak! – aż mnie wbiło w ziemię. – Czułem, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Myślałem, że to ze zmęczenia, po całym dniu pilnowania, żeby czegoś nie zepsuć.

– Uszykowali napój, bo to dla nich wielkie święto. Tylko wtedy im wolno. Ale sam widzisz, że jest dla wszystkich – wskazała na ognie w oddali.

– Zaraz, zaraz! Ale oni wiedzą, czym to się kończy. Sama popatrz!. Słyszysz? – aż tu  dolatywały okrzyki powszechnej zabawy. – Dlatego tak mi się przyglądali, kiedy piłem to w domu starca. Oczywiście, wiedzieli! Miałem poznać wodę życia! Wszystko było ukartowane! Też wiedziałaś! – rzekłem z wyrzutem, czując się oszukany.

Przepełniające mnie radosne uniesienie, teraz zmąciła wątpliwość, czy aby nie zostałem wykorzystany przez tę dziwną kobietę, której właśnie gotów byłem zawierzyć  siebie i swoje uczucia. Tylko, po co? Bo przecież nie o samo tylko zaspokojenie ciała tu szło. Tego byłem pewny.

– Poszedłeś ze mną, bo sam chciałeś. Mogłeś nie iść – nie było w tym wyrzutu, złości, kobiecej fanaberii, czy zalotności. Po prostu, stwierdzenie faktu.

– Prawda. Choć bez takich zamiarów. Chciałem uciec od tego gwaru.

– Żałujesz? – nie spytała, czy jestem zły, czy o coś ją obwiniam, czy zechcę ją ukarać. Zresztą, jak miałbym ją karać? I za co?

– Ależ nie! Ani trochę. Ale po tym, co powiedziałaś, nie mogę zebrać myśli.

– Zbierzesz. Jesteś mądry – ostrożnie położyła mi rękę na ramieniu. – Nie tylko tak, jak ci się wydaje, że jesteś  – dodała cicho, ale stanowczo. Zabrzmiało to pokrętnie, jakby bez sensu. Jeśli był jakiś, to nie na mój rozum. Skąd u niej takie słowa? Co ona może o mnie wiedzieć?

Naraz przypomniał mi się młody Lucjusz z Antiochii. W ogóle mnie nie znał, a przecież w swoim rysunku pokazał, że przejrzał mnie, zajrzał w duszę. No, ale to da się wytłumaczyć –  ma dar artysty. Dzięki niemu zobaczył, co skrywam nie tylko przed światem, ale i sam przez sobą. Wiem, czym jest pragnienie uczuć, ale staram się do tego nie przyznawać. Niejasne porywy duszy mam za słabość, jaka nie przystoi mężczyźnie. A teraz Asza – ona też już wie. Czy także ma dar? Skąd? Jest prostą kobietą, z barbarzyńców. Skoro więc ona go ma – to czy każdy może mieć? Na pewno ma dar Maros, to przecież kapłan, lekarz, przenikliwy grecki mędrzec. Ale scytyjska wojowniczka?

Pytanie goniło pytanie, tyle że nie znajdowałem odpowiedzi, które by je ze sobą pogodziły. Nie składały się w jedną całość, bo co i raz wychodziły sprzeczności albo paradoksy. Grecka logika naprzeciw zagadkowej, scytyjskiej kobiety – i nic się nie zgadza.

Podobnych rozmów było potem wiele, zrazu ostrożnych, potem coraz bardziej otwartych, serdecznych, wesołych. Także sprzeczek, bo jak świat światem, nie może być tak, żeby ich nie było. Najpierw jednak oswajaliśmy się z tym, co się wydarzyło, z myślą, że nie tylko jedziemy, ale i jesteśmy razem. Obydwoje chcieliśmy tego, więc nie było co udawać, ani na co czekać. Doskonale poznaliśmy wzajemnie w drodze i siebie, i swoje nawyki, i  słabości, przywykliśmy do wspólnej codzienności i obecności, tym trudniejszej, że bez chwili odosobnienia.

Zaraz po zejściu z góry, sprawy dopełniły się najprościej, jak było możliwe. Gdy wróciliśmy do namiotów, Asza po prostu przeniosła swoje rzeczy do mojego, a rzeczy Agisa do tego, który zajmowała z bratem. Żaden z nich jeszcze nie wrócił z osady, więc obyło się bez zbędnych wyjaśnień. Zapadł wieczór, z oddali dobiegały odgłosy zabaw, ogniska rozświetlały dolinę. Skrzesałem i ja dla nas ogień na noc, zasiedliśmy przy nim milcząc, gdyż żadne z nas nie czuło potrzeby słów. Potem poszliśmy spać – i stało się tak, że szybko zapomniałem o zawiłościach logiki.

W cieple naszych ciał ulotnił się niepokój, przyszło uspokojenie. Ale na koniec, w miłym półśnie, naraz odezwała się we mnie tycjanowska natura.

 – Co to za trucizna? Ta haoma? – mruknąłem z zaciekawienia, zadowolony z tego, jakie dała skutki.

– Żadna trucizna. Robią go z jednej górskiej rośliny.

– W Rzymie zbiliby na niej majątek!

27. Idylla – nie bez wątpliwości

Następnego dnia poczęliśmy zbierać się do wyjazdu z gościnnej doliny. Dolan i Agis przyjęli nową sytuację w naszej grupie naturalnie, i bez zbędnych pytań. Zresztą, oni także chyba ulegli wczoraj sile owego napoju, gdyż wyraźnie zdawali się być nieco zakłopotani. Zwłaszcza chłopak, zwykle gadatliwy, teraz odpowiadał półsłówkami i uciekał wzrokiem w bok. Spoglądał co chwila na siostrę, jakby szukając w niej oparcia i zrozumienia, ona zaś tylko wesoło kręciła głową, aż w końcu obydwoje wybuchnęli śmiechem. Podeszła do niego, w odruchu, po kobiecemu opiekuńczym, zmierzwiła mu włosy i coś szepnęła do ucha.

– Dobrze się stało. Była już pora – oznajmiła z satysfakcją w głosie. Powiedziała to zwyczajnie, bez dodatkowych aluzji, bez komentarzy, uznając rzecz całą za najnormalniejszą w świecie. Przywykłem już, że oni biorą rzeczy takimi, jakie są, bez zbytniego krygowania się, roztkliwiania, ale i bez złośliwości. To niekiedy kłopotliwe, lecz pozwala unikać niedomówień, które w wielu sprawach, czy to dużych, czy drobnych, nawet drażliwych i bolesnych, potrafią – zwłaszcza gdy zbierze się ich nadmiar – czynić wspólne życie nieznośne, nieraz ponad wszelkie wyobrażenie. Jest to ten rodzaj uczciwej szczerości, która oczyszcza stosunki miedzy ludźmi, a nie zagęszcza. Dlatego Dolan, choć nieco się zmieszał, wzruszył dla pozoru ramionami, ale z zadowoleniem przyjął jej słowa, uważając, że jest już zwolniony z dalszych wyjaśnień. Wiedziałem, że gdy przetrawi to doświadczenie, swoim zwyczajem rozgada się i wszystko opowie.

Agis też robił dziwne miny, i cały ranek znacząco uśmiechał się pod nosem. Trudno sobie wyobrazić, żeby poprzedniego wieczora i on nie uległ bachicznemu nastrojowi w osadzie, zważywszy, jak pożądliwie uwijały się wokół niego miejscowe kobiety. Z kolei Asza i ja zachowywaliśmy powściągliwość, lecz przecież nie udawaliśmy, że nic się nie stało. Wszyscy czuliśmy się trochę jak wspólnicy jednej intrygi, która przyniosła pełny sukces. Może i nie świętowaliśmy go z nadmierną ostentacją, każde z nas przeżywało go na swój sposób, lecz wyjeżdżaliśmy stąd w doskonałych humorach.

W południe poszedłem do osady, żeby rozmówić się z gospodarzami, zwłaszcza ze starcem, osobą tu najważniejszą. Pokłonili mi się głęboko, ja zaś, znów mieszaną mową i gestami, podziękowałem za gościnę, wyrażając przekonanie, że to, co się wydarzyło, stało się z woli bogów, którzy okazali nam wszystkim swą łaskawość. Poproszono mnie, bym zechciał wrócić tu jeszcze raz po południu wraz z całą drużyną, gdyż mieszkańcy chcieliby godnie się z nami pożegnać.

Odbyło się to z wielkimi dla nas honorami. Ku memu zaskoczeniu, wręczono nam wspaniałe dary, z zachowaniem należytej powagi. Ubrany, jak należy, z fenickim amuletem na widoku, odbierałem je, okazując duże ukontentowanie. Z naszych zaś zapasów po raz kolejny ubył jeden sztylet, któremu nadałem znaczenie rytualne, oraz dwa woreczki soli, które Asza ze znaczącym uśmiechem wręczyła grupce kobiet, stojących za kręgiem siedzących  mężczyzn. Wyposażono nas w piękne i mocne, skórzane pasy, ciepłe kurtki, czapy i buty z miękkiej ale grubej skóry, niezastąpione w wędrówce przez zimne o tej porze góry. Nadto, przy aplauzie zebranych, Asza i ja dostaliśmy wspólnie osobliwy, duży, składany wór do spania, wyłożony w środku krótkim futrem, doskonały na chłodne noce.

– Mężczyzna i kobieta, gdy razem poznali wodę życia, nie powinni spać osobno – tak zrozumiałem to, co sentencjonalnie oznajmił po swojemu starzec, gdy go odbierałem. Najwyraźniej, od samego początku naszego tu pobytu, za oczywistość uznano, iż jesteśmy sobie przeznaczeni. Takie oto są skutki babskich spisków. Nieważne, czy Rzym, czy dzikie góry na końcu świata, wszędzie kobiety myślą tylko o jednym. Niebywałe, jak są w tym wytrwałe i skuteczne. Asza, może i jest scytyjską wojowniczką, ale, zgodnie ze swą naturą,  umie walczyć nie tylko z łukiem w rękach.

Nazajutrz, tuż po świcie, szybko uwinęliśmy się z namiotami i dobytkiem, po czym szybko opuściliśmy dolinę, odprowadzani okrzykami górali. Tym razem nie jechaliśmy sami. Towarzyszył nam wojownik z niedalekiego sąsiedztwa, wcześniej przybyły tu na ceremonię przywrócenia świętego ognia. Przez wiele następnych dni jechaliśmy jakby sztafetą, od osady, do osady, przekazywani kolejnym gospodarzom i podobnym przewodnikom. Miano mnie wszędzie za ważnego kapłana, a ja utwierdzałem ich w tym przekonaniu, kilkakrotnie rozpalając ogniska tajemniczym dla nich amuletem. Dzięki tej ciągłej asyście, jechaliśmy ścieżkami, znanymi tylko miejscowym, przez co w kilkanaście dni przebyliśmy niespodziewanie duży szmat drogi. Lecz ta wygoda w końcu się skończyła – gdy wyjechaliśmy poza ziemię gościnnego ludu, zostaliśmy sami, ale, wcześniej przez nich pouczeni, wiedzieliśmy którędy najlepiej kierować się ku morzu.

W mijanych miasteczkach, gdzie zatrzymywaliśmy się na krótkie postoje, przeważali Persowie i Medowie, niemniej widać już było coraz więcej ludzi innej krwi. Rozeznać się w tym nie sposób, gdyż w istocie żyje tu wiele plemion, nadto podzielonych na osobne rody i rodziny. Są wzajemnie pomieszane, i rozmaicie się ze sobą układają. Coraz bardziej przekonywałem się, że nazwy, nadawane im przez Strabona, czy innych historyków, to tylko umowność, gdyż wszystko tu jest w ciągłym ruchu i zmienności. Samych tylko Medów naliczyłem kilka odmian. Jedni koczują, inni osadzają się i zakładają swoje wsie i miasta, ale jednej władzy, ani wspólnej, wielkiej siły nie trzymają.

 Niegdyś mieli krótko własne państwo, potem pokonali ich Persowie, po nich przyszli Grecy, Armenowie, teraz są Partowie. Ale było to, i jest, panowanie tylko z nazwy, gdyż, choć raz do roku płacą daniny temu, kto akurat jest górą, życie od wieków toczą wedle własnych zasad. Ogromnych przestrzeni, trudno z zewnątrz dostępnych, nie upilnuje żadne obce wojsko, ani nie ogarną żadne nasłane urzędy. Tutejsze bogactwo to ziemia, wraz z tym, co rodzi, i czym karmi, a wywieźć tego przecież się nie da.

Budują też po swojemu, choć widać, że obcy odcisnęli niejakie piętno na kształcie i wystroju co bardziej okazałych domostw i świątyń, a nawet na wielkości obronnych murów. Ale nie ma tego wiele, gdyż wielcy królowie, złodziejscy zarządcy, czy pyszni namiestnicy nie wznoszą przecież wspaniałych pałaców i rezydencji w dalekich, górskich dolinach, na uboczu głównych szlaków wojsk i handlu. Zresztą cóż by tu robili, czym zajmowały by się stada ich próżniaczych dworaków i kochanek? Wystarczy, że od czasu do czasu przyjedzie trochę wojska, nagrabi, spali kilka domów, zgwałci kilka kobiet, zabije kilku ludzi, po czym wróci, skąd przybyło. Potem życie wraca w swoje koleiny.

Ludy te, zajęte sobą, pozostają ciemne – jak wszędzie, mało kto wie tu coś ponadto, co potrzebne do obrabiania siebie i własnego dobytku. Umiejętności nielicznych, a cenionych rzemieślników od skór, broni, kamienia i drewna, pozostają w rodzinach, i przechodzą z ojca na syna. Większą wiedzę gromadzą kapłani i czarownicy, tyle że zazdrośnie jej strzegą, uważnie dobierając sobie adeptów do szkolenia. Mają dużą władzę, a kto chce tu rządzić, musi się z nimi liczyć, jako że pilnują przestrzegania praw bogów, zapewniając karność pospólstwa, i porządek w powszechnym obyczaju. Ludziom to wystarcza, niczego więcej im nie trzeba, co wytłumaczyć się da brakiem wyższego ducha, i stępieniem umysłów, skupionych jedynie na praktyczności życia.

Mowa ich to rozmaite mieszanki słów wielu języków, a im dalej na wschód, tym mniej w nich aramejskich, a najwięcej perskich i greckich, poodmienianych na własną modłę. Naszego nie znają w ogóle, zresztą Rzym to dla nich to samo, co oni dla nas, a nawet mniej, gdyż opowieści o nim nie budzą zbytniej ciekawości, czy ekscytacji. Tutejsi wojownicy idą czasem na wielkie wojny, tyle że na cudzym żołdzie, licząc tylko na łupy, nie ważne, z kogo zdjęte. Nijak ich nie obchodzi, czy jest jaki wyższy zamysł, lub cel tych wypraw. Dobrze pamiętają, jak Persów wygonił stąd Aleksander, czas pozacierał wspomnienia dawnej świetności, i ponakładał jedne na drugie z panowania co i raz zamieniających się władców z dalekich stolic.

Jadąc czas jakiś wzdłuż długiej doliny, napotkaliśmy kilka osad osobnego plemienia, które samo zwało się Sagartami, a o którym czytałem u Herodota. Prawdę pisał o ich umiejętności posługiwania się długimi biczami, którymi z dużej odległości łapali konie i ludzi. Bardzo to przydatne w walce, i równie niebezpieczne, jak zwykła broń. Asza nawet chciała spróbować tej sztuki, ale potraktowali ją bardzo niegrzecznie, gdyż poznali w niej kobietę ze Scytów, z którymi niezbyt się lubią. Gdyby nie stanowcza nasza postawa, a zwłaszcza siła Agisa, mogłoby się ta przygoda źle dla nas skończyć. Uszliśmy cało, lecz zaniechaliśmy na dobre wchodzenia z nimi po drodze w jakiekolwiek dalsze znajomości.

Przez to doświadczenie nabraliśmy większej czujności, gdyż z gościnnością nie było tu najlepiej. O ile mnie i Agisa z osobna traktowano znośnie, bez jawnej wrogości, o tyle inaczej miały się sprawy z rodzeństwem. Scytowie od dawien dawna uchodzą tu – chyba nie bez powodu – za krwiożerczych wojowników, rozbójników, a z legend jawią się jako wszelkie ludzkie zło, budzące strach i przerażenie. Niegdyś sojusznicy Medów, potem zostali przez nich przepędzeni za góry, na ziemie nad morzem hyrkańskim, daleko na północ. Było, minęło. Obydwa ludy nigdy się nie wymieszały, dzisiaj jedynie z rzadka handlują, a i to z wielką rezerwą i ostrożnością.

Plemion scytyjskich jest wielka różnorodność, tyle że teraz żyją daleko stąd, i nikt tu nie bawi się w rozróżnienia, które z nich lepsze, a które gorsze. Historycy ponazywali je po swojemu, ale nie oddaje to prawdziwego obrazu podziałów w tych krainach. Jest chyba jakaś inna jeszcze, niewidzialna granica miedzy obydwoma tymi światami. Po zastanowieniu doszedłem do przekonania, że Scytowie mają w sobie więcej z Grecji, Medowie zaś – z Persji. Utwierdziło mnie w tym porównywanie odmienności mowy, co mi się nieźle udawało, jako że dobrze znam grecką, trochę perską, a także i tę, jakiej wyuczyłem się od Aszy i Dolana. Byłem bardzo ciekawy, czy moje przypuszczenia sprawdzą się, gdy przejdziemy na wschodnią stronę gór.

Cóż, tak jak w przeszłości obydwie dawne potęgi walczyły ze sobą na śmierć i życie, tak i dziś stara wrogość trwa w pamięci i tradycji zwykłych ludzi. Jeśli nawet nieco wygasła, to i tak pozostaje w zaznaczaniu wzajemnej obcości. Macedończyk w tradycji przechował się jako okrutny zdobywca, niszczyciel miast, i wszystkiego co perskie, nie przepuścił nawet świątyniom. Od tamtej pory wiele się tu pozmieniało, lecz takich rzeczy się nie zapomina, nawet po wiekach. Pozostałości po Grekach są wyraźne, zwłaszcza że dzisiejsi partyjscy panowie wystawiają się jako ich wielbiciele, ale lud ma je za obce. Ciekawe, co by na to powiedział Maros? Jego sądy nie ze wszystkim są chyba prawdziwe. Lecz jak to jest, że w jednym się potwierdzają, ale w tym akurat okazują się być chybione?

Uważam, że w trwałości rozdzielenia ludów musi być jakaś zasada, którą trudno pojąć nawet wytrawnemu uczonemu. Bo czyż nie jest tak samo i gdzie indziej? Czyż nie czujemy niechęci do Germanów, a wielkiej odmienności z Arabami czy Żydami? Nie idzie nawet o wojny. Podbiliśmy Grecję, niemniej ludy greckie są nam jakoś bliższe, niż tamte, podobnie jak Fenicjanie czy Kreteńczycy. Oni, zdaje się, czują podobnie. A może jest tak, że narody łączą się wedle innych zgoła reguł wzajemnego przyciągania, niż by to wynikało z wojennych przewag lub porażek, polityki, i zagarniania ziem? Nie przychodziło mi do głowy żadne sensowne tego wyjaśnienie, lecz do dziś jestem pewny że musi być w tym coś więcej, niż sama tylko geografia, historia czy nawet złoto, które przecież dzieli, albo wiąże ludzi po swojemu.

Te, i podobne obserwacje, oraz przemyślenia nie zwalniały jednak od zadbania o najbliższą przyszłość. Zdani jedynie na siebie, musieliśmy przecież jakoś wybrać drogę ku morzu. Jedyne, co udało się wywiedzieć, to sposoby dotarcia do kilku pomniejszych rzek, spływających między górami do morza. Potem wystarczyło tylko jechać wzdłuż jednej z nich, by w kilka dni zejść na nadmorską równinę, skąd można szybko i bez większych przeszkód przedostać się dalej na wschód.

W rozmowie z jednym z nielicznych, bardziej nam tu życzliwych ludzi –  drobnym handlarzem, wszelako szerzej znającym okoliczny świat – dowiedziałem się, że można też iść w stronę Sogdy nie schodząc do morza, lecz dalej wyżyną, wśród gór. Odradzał jednak taki wybór twierdząc, że droga to mniej pewna, gdyż trudniejsza, i chyba dłuższa. Wiedziałem tylko tyle, że wszędzie tam jest kraina, zwana niegdyś Hyrkanią, ale niejasność znanych mi o niej zapisów nie pozwalała wyrobić sobie zdania, co też może nas tam czekać. Zresztą, zaprzątała mnie troska nie tylko o czas, czy łatwość drogi. Nadchodziła bowiem chwila, gdy musiała zapaść decyzja o losie Aszy i Dolana – o ich dalszej ze mną wędrówce, lub naszym rozstaniu. Lecz kiedy by to miało nastąpić? I gdzie?

Mimo opowieści, jakich mi nie skąpili w drodze po wyjeździe z Antiochii, nie byłem w stanie dokładniej się rozeznać, po której stronie morza koczuje ich lud. Rozumiałem tylko tyle, że osada, z której ich porwano, znajdowała się daleko od reszty plemienia, które po większej części wędrowało – z tego, co mówili – chyba na północ. To też niewiele wyjaśniało. Były dwie możliwości. Albo po przejściu gór od razu ruszą ku swoim, albo  rozejdziemy się później, dalej na wschodzie. Zdany byłem w tym na ich orientację podług im tylko wiadomych znaków, po których poznać mieli swoją krainę. Nieuczeni, nie znający geografii, kierować się potrafili taką jedynie znajomością świata..

Już dawno zostawiliśmy za sobą szlak, jakim ich prowadzono do Syrii. Musiał pokrywać się z trasą wojsk Antoniusza, wiodącą dokoła innego jeziora niż Spauta. Szliśmy zatem już nie według ich pamięci – prawda, również do morza, lecz pomiędzy innymi górami. Liczyłem i na własne wyczucie, tyle że niepewne, gdyż w znanych mi zapisach nie było zbyt wiele praktycznych wskazówek co do szczegółów tutejszych miejsc. Więcej w nich barwnych opisów, niż wiadomości, użytecznych w tak dalekiej podróży. Niezbyt dokładnie oznaczono  ogromne odległości, a ponieważ wszystko tu strasznie jest pomieszane, więc i nazwy, jakie spisano, mało były pomocne. Zresztą, te w książkach, inaczej brzmią w tutejszej mowie, i różnych jej odmianach. Bardziej więc przydawała się pomoc, okazywana przez co życzliwszych nam ludzi – przynajmniej w tym, co naprowadzało na właściwy kierunek poza góry, ku nadmorskiej równinie.

Lecz nie tylko zawiłości geograficzne napawały mnie wewnętrznym niepokojem. Te zawsze przecież dają się rozwikłać, pomyłki poprawiać, ścieżki prostować. Nic się przez nie ani zamyka, ani kończy. Gorzej, jeśli skutki wyborów w czymś są nieodwracalne. A tak jawiła mi się rzecz z przyszłym postanowieniem Aszy. Każde rozwiązanie tego dylematu kryło w sobie wielką niewiadomą na przyszłość. Rozstanie byłoby bolesne, zaś pójście razem – nieobliczalne w skutkach, zważywszy, iż po zakończeniu podróży nie pozostawało by mi chyba nic innego, jak zabrać ją ze sobą do Rzymu. Jednego nie chciałem, do drugiego nie byłem przekonany. I nie tylko o uczucia tu szło.

Przez kilka miesięcy wspólnego wędrowania przeszliśmy od niechęci, wzajemnej nieufności i ostrożności, do życzliwego wspierania się w codziennych trudach, potem do otwartości w rozmowach, wreszcie do serdecznej bliskości, tak niezwykle zwieńczonej tamtego pamiętnego dnia w górskim strumieniu. Niepostrzeżenie, lecz całkiem naturalnie, coraz uważniej przyglądaliśmy się sobie, spojrzenia się spotykały, uśmiechy stawały się cieplejsze, a gesty coraz bardziej znaczące. Nauka scytyjskiej mowy, też robiła swoje, gdyż dawała sposobność do swobodnego opowiadania sobie o rzeczach zwyczajnych, a przy tym  poznawania się w drobiazgach, sporach, wymianie opinii – w każdym razie nie z tego, jak kto  stara się przedstawiać, lecz jaki jest.

Była jeszcze wycieczka na pole pod Karrami kiedy to –  za sprawą kobiecego zrozumienia moich odczuć – zawiązała się miedzy nami cieniutka nitka przyjaźni. Zrodziła się wtedy więź, z czasem coraz silniejsza  –  choć, prawdę mówiąc, nie dopuszczałem do siebie myśli, że może być ważna. Nie przydawałem jej bowiem znaczenia większego, ponad wdzięczne przywiązanie do kobiety, z którą dzieliłem trudy wędrówki. Jak na nasze zwyczaje, to i tak więcej, niż wcześniej gotów byłbym dopuścić w swoim rzymskim rozumieniu prywatności z barbarzyńską wojowniczką.

Rozmawialiśmy szczerze, ale nie padały żadne wyznania o wzajemnej bliskości. Wychowany w tradycji i rygorze słowa, ostrożny w mowie, uważam, że dopóki rzecz między ludźmi nie zostaje nazwana, dopóty pozostaje tylko domysłem, lub ledwie możliwością jakiegoś miedzy nimi stosunku. Gdy coś zostaje powiedziane, nie ma odwrotu, chyba że kłopotliwym wykrętem, wyraźnym odwołaniem, lub zaprzeczeniem. W życiu prywatnym nie lubię niedomówień, choć umiem dobrze się nimi posługiwać w interesownych grach na przebiegłość i przewagi. Wtedy słowa służą bardziej do ukrywania intencji i prawdy, a nie ich wyjaśniania czy głoszenia. Znając się na tej sztuce, stosuję ją jednak tylko w konieczności, nigdy dla pustego popisu. Gdy nie mogę sobie pozwolić na szczerość, wolę milczeć.

Stąd brała się moja powściągliwość wobec kobiet. Nie umiałem być zalotny w szczebiotliwych pogawędkach, czego się domagają, zaś otwartości oduczyły mnie bezwzględnością swej sztuki wabienia dla uzyskiwania rozmaitych korzyści fałszywą bliskością. Zaspokojenie natury to rzecz normalna, lecz otwieranie przy tym duszy i umysłu jest wysoce nieroztropne, i zwykle nader niefortunne. A już za nieznośne uważam marnotrawienie czasu na czcze z nimi rozmowy, zwłaszcza salonowe, gdzie trzeba je podziwiać, gdy udają, że się na czym znają. Ta pusta ozdobność do dziś mnie nudzi, przedkładam nad nią użyteczność wzajemnych stosunków – czy to chwilowych, czy wynikających z powinności życiowych i rodzinnych. Pierwszych nie unikam, na drugie nie mam ochoty, zwłaszcza że ciągnie mnie w świat, i do dalekich podróży.

Jestem raczej niespokojnym duchem, nie osiadłym człowiekiem stadnym, wolę ruch i zmiany, niż moszczenie gniazda. Czy zdecyduję się kiedyś na założenie rodziny? Nie wiem. Jestem w tym względzie odmieńcem, nie kwapię się bowiem do prowadzenia życia publicznego, a już tym bardziej do wybierania sobie kobiety wyłącznie dla rodzinnego obowiązku. To samo, co wygnało mnie w świat, jednocześnie zniechęcało do godzenia się na stałe obcowanie z kimś, z kim łączyłyby mnie więzy jedynie koniecznej powinności.

Tycjanowska tradycja nakazuje, by rozumna żona była gospodynią w domu, doglądała opieki nad dziećmi, i zarządzała służbą. Lojalna i uczciwa, dobrze, jeśli nie gadatliwa, nie powinna przysparzać zgryzot rozrzutnością, ni obmową. W odróżnieniu od tego, co się dziś pleni w Rzymie, w naszej rodzinie panują surowe obyczaje. Kobietom okazuje się należne im względy, ale też i wiele od nich wymaga. Trzyma z dala od spraw publicznych i interesów, zezwalając jednak, by miały swój krąg towarzyski, dyskretnie co jakiś czas  sprawdzany. Tycjanowie od dawien dawna uczestniczą w wielkiej polityce, muszą więc uważać, by nic z tego, co się dzieje się w sekrecie pod ich dachem, nie wychodziło poza ściany ich domów.

Nasza rodzina, rozległa i nad wyraz wpływowa, jest czymś w rodzaju wspólnoty interesów, a to nakłada na wszystkich jej członków określone zasady w życiu i zachowaniu. Kto ich nie przestrzega, zostaje odsunięty – tyle że po cichu, bez publicznych skandali, acz z właściwą surowością. W tym nie ma pobłażania. Słowo głowy rodu jest prawem, zaś jego żona czuwa, by było respektowane. Ogarnia też swym okiem sprawy praktyczne, łagodzi niektóre spory, jest ważnym arbitrem przy dobieraniu małżeństw. Jeśli wypełnia swoje obowiązki, ma u męża poważanie i wsparcie, niekiedy nawet serdeczną przyjaźń. Tak było w przeszłości, tak jest i teraz. Dlatego też cieszymy się od dawna szacunkiem i zaufaniem, należnym ludziom obyczajnym, zaufanym i wiarygodnym.

W całej historii rodziny Tycjanów kobiety pozostawały w cieniu swych mężów i synów. Tylko jedna zaznaczyła się szczególną niezwykłością, dzięki której zachowała się pamięć jej imienia. Była to owa żona Lucjuszowego syna, przybyła do Rzymu wraz z wykupionym z niewoli żołnierzem Krassusa, i ich małym synkiem. W połowie Greczynka, w połowie Partyjka, o wielkim sercu, rzadkiej odwadze i oddaniu, wiedziała, że czeka ją niepewny los w obcym świecie, niepewność przyszłej pozycji, nawet odrzucenie z mocy prawa. Przyjęta z oporami, z woli głowy rodziny zyskała uznanie i szacunek, a to dzięki stanowczości charakteru, i umiejętności zjednywania sobie ludzi. Dotąd nie zdarzało się u nas, by kobieta, z racji własnych przymiotów, wybiła się na taką wyrazistość i niezależność w rodzinie.

Nie bez znaczenia było i to, że nieźle wyedukowana, jako córka medyka miała sporą wiedzę lekarską. Użyczała jej uczynnie i skutecznie, czym zaskarbiła sobie wdzięczność nawet tych, którzy zrazu krzywo na nią patrzyli, lecz w potrzebie szukali jednak u niej pomocy. Otaczała swe dzieci – zwłaszcza mego dziadka i Maesa – niezwykłą opiekuńczością, okazując im więcej ciepła i serdeczności, niż to wynikało z rodzicielskiej tradycji, zgodnie z którą dzieci niezbyt rozpieszczano, uważając, że nadmierna uczuciowość psuje charakter.

Staranność w przestrzeganiu rodzinnego ładu nakazuje u nas dużą surowość w wychowaniu, zwłaszcza chłopców. Więcej w nim dyscypliny życia i umysłu, niż wylewności uczuć. Zalecana jest powściągliwość w ich okazywaniu, także baczenie, by nie dać się zanadto nimi powodować. Co dobre jeszcze u córek, u synów uchodzi za naganne. Wyrabiano więc w nich opanowanie i wytrwałość, by w przyszłości nie poddawali się przeciwnościom, nie ulegali słabościom. Także dbano o cnoty moralne – lecz z tym różnie bywa. Jedni mają do nich większą skłonność, inni lekce je sobie ważą już od małości.

Różnie można o tym sądzić. Komu później łatwiej w życiu – trudno orzec, zwłaszcza patrząc, jak układają się losy i jednych, i drugich. Niestety, sprawiedliwość bowiem nie wymierza się tylko podług przymiotów, nawet zasług. Temida może i ma przewiązane oczy, ale – co tu kryć – ukradkiem podgląda spod swojej opaski co też leży na szalach jej wagi. Wystarczy mały ruch dłonią, a przechyla ją w tę stronę, po której więcej złota, zaszczytów, i zwykłej siły. Wszem znana jest ta jej skłonność, wszyscy do niej już przywykli – wręcz dziwią się, gdy bogini zdarzy się zapomnieć, i orzec coś wedle prawidłowej miary. Czyż to nie Krassus głosił, że sądy są dla głupich i biednych, a sprawiedliwość dla bogatych i sprawujących władzę? Zwykła przyzwoitość nielicznych uchodzi dzisiaj za heroizm.

W życiu unikałem czułostkowości, mając ją za oznakę zniewieścienia. Nie przystoi  mężczyźnie, gdyż czyni go śmiesznym, a niekiedy wręcz żałosnym. Pomny własnych doświadczeń, wiem, jakie to upokarzające. Dlatego zrodzone odczucia wobec Aszy bardzo mnie niepokoiły, gdyż ich siła skłaniała rozum do traktowania ich jako zagrożenie dla stałości mego charakteru. Z drugiej jednak strony budziły doznania, jakich dotąd nie znałem, a które nie tylko sprawiały mi wielką przyjemność, lecz łagodziły także dotychczasową niechęć do nazbyt bliskich więzi z kobietami.

Zresztą, nie sam tylko zamęt uczuciowy sprawiał, że nie za bardzo wiedziałem, co myśleć o przyszłości naszych stosunków. Biorąc rzecz całą na rozum, znajdowałem same sprzeczności, których pogodzenie wydawało się niemożliwe. Każde z nas zmierzało do własnego celu, nadto należeliśmy do całkowicie odmiennych światów. Trudno sobie wyobrazić, by scytyjska wojowniczka mogła znaleźć dla siebie miejsce w Rzymie. Z kolei, dla mnie barbarzyńscy nomadzi to tylko ekscytująca ciekawostka – prawda, że godna poznania i opisu, niemniej obca we wszystkim, bez wyjątku. Połączyła nas wspólna wędrówka, lecz niepodobieństwem chyba byłoby jakiekolwiek wspólne życie po jej zakończeniu. Co dziwne – nie tyle z racji odmienności krwi, umysłu, przysposobienia do życia, czy tradycji, ile z podobieństwa charakterów. Było oczywistością, że obydwoje nade wszystko cenimy sobie wolność, i żadne z nas nie zechciałoby się naginać do czegoś, co mogłoby być sprzeczne z własną naturą, zwyczajem, nawet przekonaniem. A przecież to z nich wyrastają pragnienia, zachowania, szukanie dla siebie sposobu życia wedle własnej woli.

Na czas jakiś złączyła nas droga, pokonywanie napotykanych przeciwności, lecz to, co w tym było dla mnie jedynie środkiem, dla niej – celem samym w sobie. Obydwoje szukaliśmy wielkich dla siebie przestrzeni, lecz innego rodzaju. Mnie ciągnęła niezmierzona kraina wiedzy, ją – bezkresne pola wędrówki i walki. Tyle tylko, że ja, po najdłuższej wyprawie, mógłbym zaszyć się w bibliotece na długie nawet miesiące, ona natomiast obumierałaby w domowym spoczynku. Jedyny bezruch, jaki uznawała, to pełnienie nocnej warty przy ognisku, albo czajenie się na wroga, łup, lub zwierzynę. Co prawda, życie w Rzymie, jak zresztą chyba wszędzie, też w dużej mierze na tym właśnie polega, lecz my robimy to zupełnie inaczej. Tam, gdzie trzeba życiowej ogłady, konwenansu, rozwagi, niekiedy długiego czasu, zabiegów chytrości i przemyślności, chłodnej rozwagi, nie sposób rozstrzygać spraw tylko szybkimi, celnymi strzałami z łuku. Co nie znaczy, że w naszych grach nie padają trupy, nawet w sporej obfitości.

Zdawałem sobie sprawę , iż pierwotnej dzikości dorosłej, wojowniczej kobiety nie da się okiełznać żadnymi pętami, nawet z jedwabiu. Będzie je rwała tak długo, aż się z nich wyzwoli i ucieknie. Dobrze, jeśli przy okazji nie spali pałacu, w którym by ją trzymano – choćby i w największych luksusach i ogrodach. Sama świadomość ograniczeń byłaby dla niej nie do zniesienia, i pobudzałaby wolę do ich unikania i pokonywania – chyba że przyjęłaby je z własnego wyboru. Ale w imię czego miałaby robić cokolwiek wbrew samej sobie? Prosty umysł nie potrafi spekulować, ważyć racji, patrzeć daleko i wysoko, lecz poddaje się odruchom chwili. To właściwość zwierząt, dla których każde działanie jest albo atakiem, albo obroną. Odpoczywają z rzadka, w przerwach miedzy polowaniem, lub ucieczką, gdy do ruchu pobudza ich albo głód, albo strach.

Prawda, jest jeszcze poszukiwanie lub walka o przewagi, by płodzić młode, i wspólnie je chronić, dopóki same nie zaczną dbać o siebie. Ale to trwa krótko, bez konsekwencji, bez trwałych więzi miedzy rodzicami, a potomstwem. Gniazda i legowiska zakładają tylko na tę okoliczność, reszta to wojowanie, by przetrwać. Kto słaby, ten ginie w wiecznych igrzyskach  natury, gdzie nagrodą i dobrem jest samo tylko trwanie, a złem to, co mu zagraża. Tyle, że te igrzyska to nie olimpiada – bo i nie ma tu Olimpu.

A my sami? Czyż nie to miał na myśli Maros, zarzucając nam, że żyjemy tylko siłą, walką, i przejadaniem łupów? Czyżbyśmy byli jak zwierzęta – w ludzkich postaciach i różnorodnej ozdobności form? Zaiste, wiele mamy z nimi wspólnego – ale przecież nimi nie jesteśmy! Mamy jeszcze rozum, duszę, ducha poszukiwania czegoś więcej, niż tylko strawa i panowanie nad innymi. Bogowie dali nam prawa, które miarkują to, co w nas dzikie, pod groźbą kary wiecznego potępienia. Tylko skąd wiadomo, czym jest owa wieczność? Zresztą, skoro ludzka sprawiedliwość jest przekupna, to może i boski gniew też daje się jakoś uładzać ofiarnymi datkami?

Składają je od wieków wszyscy bez wyjątku, nawet najdziksze plemiona. Scytyjskie rodzeństwo nieustannie odprawiało drobne, codzienne rytuały, a niekiedy zanosiło krótkie modły ma postojach, czy to w górach, czy w otwartym polu. Gdy pewnego razu rozpytywałem Aszę o ich bogów, zaskoczyła mnie odpowiedzią – i co ciekawe, osobliwie przystającą do moich rozmyślań.

– My czcimy Api, panią ziemi. – Na chwilę zamilkła. – Ty jesteś oddany słońcu – dodała. – My patrzymy nisko, ty z wysoka.

– Słońce pomaga ziemi, by rodziła owoce – odparłem utartym zwrotem, nie widząc ani potrzeby, ani w ogóle sensu rozprawiania o równowadze żywiołów z kimś, komu za wiedzę o świecie wystarczają przesądy, mity i własne doznania. Nic na to nie poradzę, że od pamiętnego dnia w dolinie uparła się widzieć we mnie kogoś więcej, niż tylko wędrownego kupca i uczonego.

– Ale może ją spalić – usłyszałem odpowiedź cichą, ale stanowczą. – Wtedy nic nie urodzi. Zostanie pustynia. Nie da się żyć – rzuciła te krótkie słowa, patrząc przed siebie z lekkim grymasem na twarzy. Czy tak właśnie dawała mi do zrozumienia, że i ona rozmyśla po swojemu nad naszą przyszłością? Zawsze była otwarta i szczera – a tu taka aluzyjność?

Próbowałem czasami – nie wprost, ale jakimś sposobem – wywiedzieć się, co ostatecznie zamierza zrobić, gdy dojedziemy już do morza.  Czy jest zdecydowana wracać do swoich? Czy zechce pójść ze mną w dalszą podróż? Jeśli to drugie – to czemu? Czy może na coś liczy? Takim rozmowom najlepiej sprzyjały chwile bliskości, gdy nocami grzaliśmy się w namiocie wzajemnym ciepłem i intymnością. W miłym odprężeniu łatwiej o szczerość, nawet w sprawach trudnych. Przekomarzanie się zadowolonych kochanków zwykle wolne jest od czujności, a wypełnione oddechem, dotykiem ciała, wymowną bliskością, miłą żartobliwością.

– Chyba jednak coś ci się jednak pomyliło?- rzuciłem przekornie w leniwym półśnie.

– Niby co?

– Podobno u was kobieta idzie za wojownikiem, którego sobie wybiera.

– Bo tak jest. Tak ma być.

– Ja wojownikiem nie jestem.

– Nie idę za tobą. Idę z tobą.

– Na razie leżysz obok mnie.

– Nie podoba ci się? – uniosła się na boku, napierając na mnie z udawaną groźną miną.

Roześmiałem się. Dzika, czy nie dzika – każda kobieta tak umie się wywinąć w rozmowie, że trzeba jej jeszcze z czegoś się tłumaczyć! Wypytywanie szybko skończyło się na niczym, zwłaszcza że w chwilę potem przeszliśmy od słów do kolejnych, miłych atrakcji.

Niedopowiedzenie wciąż pozostawało, ja zaś dałem sobie już spokój, czekając na dalszy rozwój wypadków. Do morza było niedaleko, drogą wzdłuż dużej rzeki, przebijającej się zakolami przez góry. Przejście jej najtrudniejszego odcinka zajęło nam sporo czasu, jak na niecałe  pół tysiąca stadiów. Po tygodniu zeszliśmy już w nizinę, jakże odmienną powietrzem, obfitością zieleni i zwierząt w licznych osadach i wsiach. Brakło tu większych miast, a od dawnej hyrkańskiej stolicy na wschodzie dzieliło nas jeszcze dobre trzy tygodnie jazdy morskim wybrzeżem.

Początek u Kresu Drogi

28. A jednak Tycjan

Jak dotąd moja wiedza z kronik i ksiąg sprawdzała się dość dobrze, teraz jednak wkraczałem na ziemie prawie wcale nie opisane. Stare zapisy dotyczyły pradawnych wojen z Medami, głównie perskich i partyjskich, bratobójczych walk o tron, wreszcie epizodu greckiego z czasu wielkiej bitwy Aleksandra, kiedy to Macedończyk rozgromił nad Tygerem  dziesiątki tysięcy żołnierzy Dariusza, sam ponosząc niewielkie tylko straty. Tak pomścił krzywdy wyrządzone niegdyś Grekom w czasach wcześniejszych wojen perskich. Z tamtych czasów pozostała jeszcze legenda o straszliwej królowej Peristatis, która swymi morderstwami dla zemsty rodzinnej i dla władzy dopuszczała się okrucieństw, zgoła  niewyobrażalnych nawet u nas, czy w Egipcie. Lecz wszystko to była historia i polityka, a nie geografia, czy opisy ludów i ich obyczajów, bardziej przydatne w podróży niż krwawe dzieje miejscowych władców. Jedno jest pewne – teraz panują tu Partowie, ale rządy są niespokojne, jak to na ziemiach granicznych. Obcemu trudno rozeznać się w gmatwaninie zaszłości, i mnogości tak wielu ludów – już to tych dzikich, już to tych ogładzonych przez rozmaitych władców.

Swego czasu nawet Strabon pogubił się w natłoku plemion, które tu pojawiały się i znikały, niewiele po sobie zostawiając. Pisał o Scytach, zwanych dahajskimi, ale gdy kiedyś go wypytywałem o rozmaitości z najdalszych, znanych mu krain, ciągle mylił nazwy. Raz mówił o Dahach, raz o Partach, resztę miał za Scytów, chociaż zdawał sobie sprawę, że jest ich wiele odmian. Byli jeszcze Sakowie, którzy dotarli do Armenii, ponoć aż z Baktrii, i przemieszali się z innymi narodami. Po drugiej stronie morza, ku północy osadził Kadusów i jeszcze trzy inne plemiona, w tym Kaspiów, od których wywiódł inną tego morza nazwę. Ale ludy te, wielce tajemnicze, rozpłynęły się chyba w pomroce dziejów, i trudno powiedzieć, czy są tu jeszcze jakieś ich ślady.

Gdy czyta się książki w bibliotekach, wszystko wydaje się poukładane i wyraźnie podzielone. Lecz to, co dotąd widziałem po drodze, przekonało mnie, że co innego manuskrypty, a co innego życie. Tu jest ciągła zmienność, w której wszystko może się zdarzać, są walki królów, wzajemne zabijanie, jedni drugich najeżdżają, grabią, wypierają z ziemi i dobytku. Ale w czas spokoju zwyczajni ludzie pospołu ze sobą handlują, wymieniają nie tylko towary, ale i kobiety, wydeptują wspólne szlaki. Przy okazji rodzą się mieszańcy, którzy nieraz sami nie wiedzą  kim są, a plemiona się przenikają, rozdzielają, lub łączą w nowe gromady. Chyba nawet bogowie są w kłopocie, bo ciągle im kogoś przybywa, albo ubywa.  Musiałem więc szukać własnego klucza do rozróżniania tego, co sam oglądałem. A co mnie czeka dalej?

Ukradkiem obserwowałem Aszę, ciekaw, co też zamierza zrobić. Częściej niż zwykle rozmawiała teraz z bratem na osobności, kilkakrotnie zauważyłem, że sama z siebie zasięga języka u miejscowych, gdy zatrzymywaliśmy się na postój w osadach. Najwyraźniej wypatrywała znaków, po jakich rozpozna, że zbliżamy się do znanych jej ziem. Nic jednak mi nie mówiła, jechaliśmy więc jakby nigdy nic, wciąż na wschód, mając morze po lewej ręce. Po długich tygodniach podróżowania po górskich wertepach, teraz jazda była nie tylko łatwiejsza, ale i bardziej przyjemna.

Uroda i bogactwo natury tej krainy między wielkimi górami, a wielką wodą, niezwykłe robiły wrażenie. Asza nadal polowała, ale karmiliśmy się głównie rybami i owocami, których obfitość i różnorodność przechodzi tu wszelkie wyobrażenie. Wedle mojej rachuby czasu był już początek wiosny, czuło się to w cieple powietrza i słońca. Naszło nas nie tyle rozleniwienie, ile pewne rozluźnienie nastroju, a przez to i spowolnienie jazdy. Robiliśmy dłuższe postoje dla odpoczynku, dokładnego oporządzania i siebie, i dobytku, wreszcie dla wytchnienia koni, które dzielnie zniosły przeprawę przez góry. Jednakże uśpienie czujności, naturalne w tych okolicznościach i stanie ducha, omal nie skończyło się dla nas tragicznie. Szczęściem uszliśmy cało z opresji, a zdarzenie, jakie się nam przytrafiło, miało i ten jeszcze dodatkowy skutek, że rozstrzygnęło moje uczuciowe wahania i wątpliwości, związane z Aszą, i przyszłością  naszych stosunków.

Przez wszystkie minione miesiące ani razu nie znaleźliśmy się w prawdziwym niebezpieczeństwie. Na ziemiach syryjskich, głównych dróg skutecznie strzegą patrole legionowe, zaś w górach, dzięki przygodzie ze szkłem fenickim, wieść o kapłanie słońca  niosła się przed nami, i robiła swoje. Przyjmowani życzliwie, byliśmy przez jakiś czas niejako pod ochroną mojej powagi, może dlatego górskie bandy zostawiały nas w spokoju. Potem, za jeziorem Spauta, wtopiliśmy się w ludzkie mrowie, jako obcy, ale zwyczajni, wędrowni kupcy. Ja sam, w owych spodniach, podróżnym kaftanie, i z owiniętą głową, z powodzeniem uchodziłem za partyjskiego mieszańca, mającego na służbie greckiego siłacza, który samą swą posturą odstraszał drobnych awanturników. Scytyjskie rodzeństwo budziło większą już ciekawość, głównie nieufność, rzadko jednak kiedy otwartą wrogość. Zdarzały się przez nich  drobne scysje, ale w sumie niegroźne, głównie w miasteczkach, nie na drogach.

Dolan ze swoim złodziejskim doświadczeniem, czujnie wyłapywał zawczasu chętnych nas podejść i okraść. Sam zaniechał łotrzykowskiego procederu, choć zdawało mi się nieraz, że podłapywał to czy owo na targowiskach, bardziej jednak by nie wyjść z wprawy, niż z potrzeby. Poznawałem to zawsze po jego łobuzerskim spojrzeniu i zadowolonej minie. Asza pilnowała go uważnie, i nie raz, nie dwa strofowała na boku, gdy tylko powzięła podejrzenie, że chłopakowi mogłoby przylepić się niepotrzebnie coś do rąk. Nie, żeby miała na względzie hołdowanie cnocie uczciwości, rozumiała jednak lepiej od niego, że nie potrzeba nam dużych kłopotów z byle przyczyny. Dla nich branie łupów – nawet drobnych – to rzecz normalna, miarkowana nie tyle wyższą uczciwością, ile zachowaniem bezpieczeństwa w ich zdobywaniu.  Barbarzyńcy trzymają się tej samej, odwiecznej zasady, jaką rządzą się ludzie najbardziej nawet możni, wielcy, i oświeceni – zawsze i wszędzie.

Było tak. Pewnego dnia po zejściu z gór, około południa, jechaliśmy zwolna, we trzech przodem, z luzakami, natomiast Asza kręciła się po okolicy, i została trochę w tyle. Wtem z pobliskiego lasu wypadło kilku jeźdźców, otaczając nas, wymachując bronią, z wyraźnym zamiarem wszczęcia walki. Dobyliśmy z Agisem mieczy, jaki kto miał, Dolan wyjął swój długi nóż, lecz i tak przewaga była po stronie napastników. Wyglądało to niezbyt obiecująco. Naraz jeden z nich zachwiał się w pędzie, i spadł z konia, ze strzałą w piersiach. Nie minęły dwie chwile, gdy to samo spotkało następnego. Agis, bez namysłu ruszył miedzy dwóch innych, i w kilku ruchach zakończył ich mizerny żywot. Wieloletnie wyćwiczenie potężnego legionisty z łatwością wystarczyło na szybkie uporanie się z impetem niezbyt rosłych i mniej doświadczonych napastników. Mnie udało się obalić kolejnego na ziemię, a tam już czekał chłopak, i szybkim ruchem poderżnął mu gardło. Dał się wreszcie słyszeć świst jeszcze jednej strzały – z równie śmiertelnym skutkiem jak przy dwóch pierwszych. Pozostali trzej bandyci zawrócili, i rzucili się do ucieczki. Najwolniejszego z nich dopadł jeszcze Agis, dwaj ocalali zdążyli umknąć do lasu.

Na ziemi leżało pięć trupów, nie wiadomo skąd, z jakiego plemienia. Trzy obce konie uciekły, dwa stały z boku, jakby zdziwione całą tą sytuacją. Wszystko odbyło się błyskawicznie, nad wyraz sprawnie, i – co najważniejsze – skutecznie. Działaliśmy odruchowo, w obronie, lecz to Asza pierwsza, jeszcze z oddalenia, zainicjowała atak, wyprzedzając w tym bandytów, i wprowadzając miedzy nich zamieszanie. Teraz, spinając konia, objeżdżała leżące ciała, z tryumfującą miną, a Dolan obszukiwał je, sprawdzając czy nie okazują jeszcze oznak życia. Wreszcie zeskoczyła z konia, i pochylając się nad ofiarami zaczęła wyjmować z nich strzały. Z niepomiernym zdumieniem spostrzegłem, że za każdym razem maczała palce w ranach, oblizując je potem z wielkim ukontentowaniem. To samo nakazała czynić bratu. Obydwoje dopełnili tego rytuału bez słowa, z pewnym namaszczeniem, niczym para zwycięskich drapieżników, kontentujących się zdobyczą.

Widok ten poruszył mnie, aż do obrzydzenia. Czytałem, że Scytowie piją krew pokonanych wrogów, lecz co innego lektura, a co innego naoczne świadectwo owego barbarzyńskiego obrządku. Dobrze, że obyło się bez obcinania głów, i ich oprawiania! Wiara w to, że pastwienie się nad trupem zabitego wroga ma jakiś wyższy sens, jest dla mnie oznaką niepohamowania w dzikości. Wiem, że taki jest obyczaj, zdarza się nawet u nas, ale coś się we mnie przeciwko niemu buntuje. Walka jest wpisana w ludzkie życie, zabijamy się każdego dnia, pojedynczo i zbiorowo, ale znęcanie się nad martwymi ciałami – to już zapamiętanie w okrucieństwie, dla którego nie ma chyba żadnego uzasadnienia, nawet w woli bogów.

Przyglądałem się tryumfującej Aszy z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony czułem podziw dla jej waleczności, i wdzięczność za uratowanie nam życia, z drugiej – narastającą niechęć wobec tak mi niemiłej obrzydliwości. Spojrzeliśmy na siebie – ona jeszcze z błyskiem w oku, ja z mimowolnym grymasem niedowierzania – i to wystarczyło, by pojąć, że coś się właśnie miedzy nami zmieniło. Ja nie byłem w stanie dzielić jej radości, ona nie odnalazła we mnie ani zrozumienia, ani tym bardziej aprobaty dla jej tryumfalnego obyczaju. Zwycięska potyczka, choć odniesiona wspólnie, w efekcie przywróciła stan sprzed rozpoczęcia podróży. Znów byłem rzymskim patrycjuszem na swojej fantazyjnej wyprawie, ona zaś barbarzyńską kobietą, powracającą do swego dzikiego ludu. Zrodzona przez czas wędrówki magia bliskości dwojga kochanków ponad tym podziałem ulotniła się.

Dolan poszedł po stojące nieopodal zdobyczne konie, ja zaś podziękowałem Aszy i Agisowi za ich dzielność i opanowanie w niebezpieczeństwie. Nie dało się ustalić, kim byli napastnicy, lecz zgodnie uznaliśmy, że lepiej jak najprędzej oddalić się z pobojowiska. Zebrawszy dobytek, szybko puściliśmy się w drogę. Nie zatrzymując się aż do wieczora, znaleźliśmy w końcu dogodne, dość ustronne miejsce, nieco z boku drogi, między drzewami. Nie rozstawiliśmy namiotów, żeby być w gotowości na wypadek jakiej niespodzianki. Z pewnego względu było to nawet dla mnie wygodne, gdyż nie wiedziałbym, jak się zachować wobec Aszy, gdyby przyszło nam spać razem. Nazajutrz jechaliśmy jeszcze tak samo, aż wreszcie kolejnego dnia, ku swemu zaskoczeniu, ujrzeliśmy okazałe i piękne miasto. Dojechawszy tam znaleźliśmy –  z niemałym wszelako trudem – dom podróżny, gdzie zgodzono się nas przyjąć. Dano nam jedną marną izbę, lepiej od nas miały konie w całkiem przyzwoitej stajni.

Zastanawiałem się, co też to za miejsce. W znanych mi zapisach są różne nazwy, Strabon pisze co innego, Polibiusz co innego, a i tak jest to wiedza z drugiej ręki, nadto dotyczy dawnych czasów wojen Aleksandra i Mitrydata. Skłaniałem się ku wersji mojego nauczyciela, według której powinna to być Karta, albo Tapa, czy, jak chciał Polibiusz – Taga. Wedle ich przekazu, byłaby to stara stolica hyrkańska, niegdyś wzięta we władanie przez Persów, potem przez Greków, a teraz zapewne pozostająca pod rządami Partów. Jeśli tak, to miałbym powody do dumy, gdyż jako pierwszy, zbadałbym te ziemie dokładniej z własnego oglądu i doświadczenia. Sprzyjałaby temu moja niezła już znajomość języka perskiego, jak i mowy różnych plemion, jakich wyuczyłem się po drodze na tyle, że niepotrzebny mi byłby tłumacz.

Na razie przyszło jednak zająć się sprawami praktycznymi. Konieczność uporania się z nimi odsuwała też na później rozmowę z Aszą – tak o naszych stosunkach, jak i o dalszej wędrówce. W pierwszej kolejności sprzedaliśmy zdobyte konie i nieco drobnych łupów, jakie Dolan pozdejmował z zabitych bandytów. Najpierw ostrożnie rozeznaliśmy się w tutejszym pieniądzu, żeby nie dać się oszukać. W tym niezastąpiony okazał się nasz mały spryciarz, który przez dwa dni myszkował po targowiskach i między sklepami, wywiadując się co do cen i zwyczajów handlowania. Następnie znaleźliśmy niezłego kupca – czyli umiarkowanie tylko chciwego, tyle że trudnego w targu. Zysk okazał się i tak spory, a wyliczony w monetach złotych i srebrnych, miał swoją wagę. Część zapłaty odebraliśmy w towarach, które wybraliśmy jako zabezpieczenie na późniejszy handel wymienny w drodze do Sogdy. W sumie wyszło na to, że nie tylko odbiliśmy sobie koszty dotychczasowej podróży, ale i powiększyliśmy to, z czym wyruszyliśmy jeszcze z Nisbis. Nie byłbym Tycjanem, gdybym nie poczuł z tego powodu ogromnego, kupieckiego zadowolenia.

W trakcie tej krzątaniny przy porządkowaniu i uzupełnianiu dobytku, zauważyłem, że Asza odkłada pewne rzeczy w osobne juki. Był to dla mnie znak, że chyba podjęła już decyzję o naszym rozstaniu, i że teraz sposobi się do niego, nawet się z tym zbytnio nie kryjąc. Rozmawialiśmy niewiele, głównie o codziennych sprawach, także o mieście, które trochę obeszliśmy z samej tylko ciekawości. Uznałem, że nie ma co popędzać losu, gdyż rzecz cała i tak wyjaśni się już niebawem, gdy przyjdzie jechać w dalszą drogę. Zresztą, pojawiła się i inna przyczyna, dla której moje myśli skupiały się na zgoła innych sprawach.

Krążąc po mieście, szukałem nie tylko śladów dawnej historii, ale zachodziłem do świątyń wielu bogów, w nadziei, że spotkam jakiego kapłana, który byłby kimś więcej niż tylko strażnikiem swojego ofiarnego ołtarza. Od wyjazdu z Pafos nie miałem okazji poznać człowieka większej wiedzy i głębszej mądrości, kogoś, kto mógłby – gdyby tylko zechciał – odpowiedzieć na wiele nurtujących mnie pytań o tutejszy, całkiem nieznany mi świat. Przez to, że od miesięcy przebywałem jedynie wśród ludzi prostych i nieokrzesanych, żyjąc trudami wędrówki, mój umysł popadł w swego rodzaju uśpienie. Oczywiście, gromadziłem w pamięci wszystko, co widziałem, i czego doświadczałem, by później spisać to w należytej formie, niemniej brakowało mi tego rodzaju rozmów, które pozwalają spojrzeć na wszystko niejako z dystansu, osadzić w szerszym kontekście, i przydać temu bardziej ogólnego znaczenia i sensu. Krótko mówiąc, brakowało mi kogoś – jeśli nie światłego, to przynajmniej zdolnego do owej wymiany myśli, która sprzyja dociekliwości rozumu, a nie tylko przeliczaniu monet.

W mych poszukiwaniach znajdowałem tropy greckie i syryjskie, ale szczególnie rozglądałem się za tym, co perskie, a zwłaszcza – ze zrozumiałych względów – za miejscami kultu Mitry. Dla nas, Rzymian, był on bogiem na wzór Merkurego, Marsa i Jowisza jakby zebranych razem, lecz przenikniętego tajemnym, boskim dobrem, dostępnym tylko wybranym. Czy jednak nasze pojmowanie go było właściwe? Czy dostatecznie głębokie, czy może tylko powierzchowne, i przeinaczone na rzymską modłę?  Tak to już bywa, że ekscytujemy się tym, co dalekie i zagadkowe, ulegając wyobraźni, i przypisując mu więcej, niż w sobie zawiera. Tak, jak najzdrowsze są ponoć potrawy własnej ziemi, tak najsłuszniejsze jest pozostawanie przy własnych bogach, a nie szukanie wrażeń i opieki u obcych. Liczyłem na to, że może tu znajdę jakąś na to odpowiedź. Ta kraina, nieco na uboczu znanego nam świata, była przez wieki perska, a Partowie, którzy nią obecnie władali, choć żadni kuzyni swych poprzedników, to przecież mogliby przejąć ich wierzenia. Moje przypuszczenia sprawdziły się szybciej, niż sądziłem.

Po sprawieniu się z potrzebami dalszej podróży, samotnie krążyłem po mieście, już tylko dla własnej ciekawości, z chęci poznania wszystkiego, co tylko mi wpadnie w oczy. Podczas jednej z takich wycieczek, natrafiłem na sporą budowlę, w kształcie rotundy, z ołtarzem w środku, na którym płonął ogień, dziwnym sposobem, bez drzewa, lecz z podłużnego naczynia. Gdy podszedłem, by mu się przyjrzeć, z boku zbliżył się do mnie człowiek w szatach prostych, ale ze znakami kapłańskimi, ze szpiczastą czapą na głowie.

– Wybacz, panie, mam nadzieje, że nie zakłócam spokoju i powagi tego miejsca – odezwałem się w perskiej mowie, nieco kulawej, lecz poprawnej, trochę już  przećwiczonej w ostatnim czasie.

Kapłan – bo za takiego go uznałem – schylił lekko głowę w powitaniu, i przez dłuższą chwilę milczał, bacznie mi się przyglądając. Speszyłem się nieco, nie wiedząc co robić dalej.

– Witam cię, przybyszu z dalekiego Rzymu – ku mojemu zdumieniu rzekł te słowa po grecku, z twardą nieco wymową, ale jak najbardziej poprawnie. Rozpoznał skąd jestem, choć nie miałem pojęcia, po czym.

– Przenikliwość zawsze budzi podziw, zechciej jednak objaśnić, skąd to przypuszczenie – przeszedłem na grekę, zadowolony, że łatwiej będzie mi się wysławiać. Wszelako zdumienie, jakie we mnie wzbudził, było zaiste niezwykłe.

– Wystarczy uważnie patrzeć, i dobrze odczytać to, co się widzi – odparł z irytującą wyższością w głosie, wyraźnie zadowolony z trafności swego sądu, i wrażenia, jakie wywarł.

– Mógłbyś mnie oświecić, po czym tak sądzisz?

– Jesteś mieszanej krwi – zaczął po chwili, jak nauczyciel, wykładający lekcje. – To oczywiste. Nie Persem, może trochę Partem. Nie Syryjczykiem, nie Medem, nikim spośród okolicznych plemion. Masz za ostre rysy jak na Greka. Postawa i spojrzenie dowodzą dumy i ogłady. Mówisz grzecznie, choć nie układnie. Znasz nasz język, słabo, ale wystarczająco, myślę, że także i kilka innych – to znienacka wtrącił po aramejsku – zatem otrzymałeś dobre wykształcenie.

– To jeszcze o niczym nie przesądza – wszedłem mu w słowo, również w tym samym  języku.

– To prawda – wrócił do greki – Lecz widzę jeszcze inne znaki. Jesteś od dawna w podróży, ubranie masz znoszone, ale porządne, nie biedne. Sakwa podróżna z dobrej skóry, nie z tkaniny, jest mocno wytarta, długo w użyciu, ale ma nowy rzemień, więc stary się wytarł od długiego noszenia. Kryjesz za pasem krótki miecz, którym chyba nieźle władasz. Lecz nie wyglądasz na żołnierza, ćwiczyłeś się więc tylko w jakiejś szkole. Czyli masz staranne wychowanie.

– To wciąż nie świadczy o moim pochodzeniu – dalej próbowałem złapać go na jakimś błędzie.

– Czuć w tobie pewność siebie, choć znalazłeś się z daleka od domu. Nie jesteś ubogi, ale chcesz wyglądać dla ludzi zwyczajnie, i dla ostrożności starasz się miedzy nimi nie wyróżniać. Jednak kupcem raczej nie jesteś. Ich interesują targowiska, a nie świątynie, zwłaszcza obcych bogów. Może jeszcze domy uciechy. Zatem musisz być kimś ciekawym rzeczy i świata.

– Lecz nawet i to nie prowadzi jeszcze do Rzymu

– Jesteś czysty i zadbany. Zapewne byłeś w łaźni, choć nasze nie są zbyt wykwintne. Zatem dbasz i o to, co dowodzi, iż masz taki zwyczaj. A to rzadkie u ludzi pospolitych.

– Nic nie ujdzie twemu oku – roześmiałem się. – Rzeczywiście, tego w podróży bardzo brakuje. Ale od łaźni daleko jeszcze do wniosku aż tak dalekiego.

– Dodajmy dwa do dwóch. Gdy wyeliminujesz jedno, zostaje drugie. Mam przed sobą młodego człowieka, którego stać na dalekie podróże, wyedukowanego, odważnego, gotowego na trudy, ciekawego świata. Powody takiej wyprawy mogą być trzy – szpiegostwo, zysk, albo wiedza. Najpewniej wszystkiego po trochu.

– Mogę być zbiegiem, uciekać przed wrogami.

– Wtedy zaszyłbyś się gdzieś, a nie chodził na widoku.

– Niezbyt pewny argument.

– Szukanie wiedzy o dalekich krajach to właściwość narodów rozumnych, albo zdobywczych. Nie powoduje tobą przymus, bo szybko byś się go w podróży pozbył. Nikt cię przecież nie sprawdzi. Zatem jest w tym własna chęć, jakaś potrzeba, konkretny cel.

– I co z tego? Dlaczego miałbym być właśnie z Rzymu?

– To już domysł, ale chyba trafny. Mam cię za rzymianina, z dobrego domu, w czyjejś służbie, nie wolnego od pewnej uczoności. Wypełniasz jakąś misję, i masz na nią wiele czasu i środków. Prędzej idzie o handel, niż wojnę, bo tu za daleko dla waszego wojska – ostatnie słowa wypowiedział z nieskrywana pogardą.

Wykładał to spokojnie, niczym badacz, pokazujący uczniom ciekawy okaz zwierzęcia,  albo tłumaczący dzieło sztuki. Ale patrzał na mnie z niechęcią, podobnie zresztą jak ja na niego. Nie szło mi nawet o to, co mówił, lecz w jakim  tonie. Rozumował dobrze, choć trochę  na wyrost, dając przy tym odczuć, że nisko mnie ceni. Chciał wzbudzić podziw, nie skrywał próżności. Wspomniałem Marosa z Cypru, który też przecież doszedł, kim jestem, lecz mimo gorzkich słów, jakie wypowiadał pod adresem Rzymu, okazał mi życzliwość jako człowiekowi.  Po tym tu kapłanie niczego takiego spodziewać się nie należało.

– Skąd możesz wiedzieć, na co stać, albo nie stać rzymskie wojska? – należało mu dać odpór, bez wdawania się w długie dysputy. – Jeśli taka będzie wola cesarza, pójdą tam,  gdziekolwiek zechce, choćby i tu.

– Buta nie zawsze popłaca, zwłaszcza gdy nie docenia sił, drzemiących w przeciwniku – zrezygnował już nawet z pozorów grzeczności. – Był już kiedyś taki, który się o tym przekonał. Przyszedł, i zniknął. Bo łatwiej wejść, trudniej zostać. Wielkich narodów nie da się pognębić jedną wojną. Rozważ to dobrze, Rzymianinie, gdy wrócisz do domu, jeśli w ogóle wrócisz – zabrzmiało to niemal jak groźne ostrzeżenie.

 Coraz mniej się mitygował w swojej wyniosłości, co zwolna zaczęło mnie drażnić. Ale nie chciałem odejść jak pouczany natręt.

– Trudno nazwać cię gościnnym gospodarzem, kapłanie.

– Chętniej gościmy tych, których sami zapraszamy.

– Czy masz na myśli Partów? – chce złośliwości, to będzie ją miał!

– To obcy, którzy odejdą, tak jak odeszli Grecy.

– Ale bardzo lubią to, co greckie?

– Polityka i pieniądze opłacają się tylko możnym, również władcom, mniejszym, czy większym. Ale w ludziach jest tu bardzo zła pamięć o Grekach.

– Jednak wiele zostało. Widziałem świątynie Zeusa, Apollina.

– Niewiele tu znaczą. Są dla nielicznych, głownie dla partyjskich wielmożów. Mamy własnych bogów. O wiele starszych. Nie tak dzikich i kapryśnych, wiecznie w kłótniach i sporach..

– Chyba jednak przesadziłeś.

– Sam pomyśl. Zeus włada gromami, żeby karać. Mazda daje światło, a więc i życie. Który żywioł jest bliższy ludziom?

– A wiedza? Sztuka?

– Jesteśmy dziedzicami Babilonu i Chaldei, nawet Egiptu. Gdy tam już czytano z ruchu gwiazd, badano tajemnice natury i człowieka, Grecy pasali jeszcze owce. A nasze  budowle w niczym nie ustępują tamtym.

– Nie widziałem żadnych pomników.

– Bogowie ich nie potrzebują, zresztą pomniki tylko ich pomniejszają. Czcimy ich po swojemu. A ludzie niekoniecznie na nie zasługują. Mamy obrazy, poezję, księgi, piękno i mądrość, o jakich wam się nawet nie śni. Powiedz sam, czyje pismo jest starsze?

– Mowę grecką znasz.

– Ty również. Ale wy jesteście z nich zrodzeni, więc musicie. My jesteśmy sami z siebie, więc korzystamy z tego, co obce, tylko wtedy, gdy nam to wygodne.

– Duch Grecji jednak sięgnął dalej niż wasz. A to coś znaczy.

– Im dalej, tym go mniej, sam się o tym przekonasz. Bo mniemam, że idziesz w świat, żeby to sprawdzić.

– Idę, żeby go poznawać. Nie wiem, co znajdę.

– Dam ci radę, rzymianinie. Patrz uważnie, odrzuć własne uprzedzenia, własną  pychę. Dla was wszystko, co poza waszym zasięgiem, to barbarzyństwo. To prawda, jest go dokoła wiele, za wiele. Znajdziesz go aż nadto. Proś swoich bogów, by cię przed nim strzegli. Ale to, co perskie, doskonale się przed tym broni. Przetrzymamy i Partów. Oni są dla nas jak wy dla Greków.

– Śmiałe porównanie.

– Nie sądź po chwilowych przewagach. Przeminą, a my zostaniemy, bo nigdy stąd nie odeszliśmy. Mają  siłę, wy też ją teraz macie. Ale zadławią się nią, tak jak wy zadławicie się swoją. Nad kim siła zdobędzie władzę w jego duszy, ten w końcu przegra, bo nie rodzi nic, prócz śmierci. W twoim świecie Rzym upadnie, w naszym Persja się odrodzi.

– Mówisz, jakbyś znał koniec dziejów. Kto mógłby nas pokonać?

– Inna siła. I wcale nie musi to być siła oręża, czy państwa. To sprawa ducha. Kto nie ma własnego, kto go nie doskonali, ten obumiera. Kto wie, czy u was, lub obok was, nie zaczyna już wyrastać coś wielkiego, choć teraz jest maleńkie, jak ziarno w ziemi?

– A jakie ty możesz mieć pojęcie o Rzymie?! – podniosłem głos, bo nie wytrzymałem już tego nadętego gadulstwa. – O tym, co w nim wyrasta, i skąd? Co ci daje prawo to takich sądów?

– Mamy swoje wieści, swoją wiedzę. Nie tylko wy bacznie rozglądacie się po świecie. My jeszcze patrzymy w gwiazdy.

Przypomniał mi się księgarz Makryn z Antiochii, który wspominał, iż między jego klientami, interesującymi się historią i mapami, trafiali się również Persowie. Musieli to być ludzie dobrze wyedukowani, którzy mieli jakiś swój cel w tych zakupach. Czyżby słowa kapłana nie były tylko czczą przechwałką? Czyżby oni tu rzeczywiście coś knuli, prawdziwie, lub w tylko swych fantazyjnych urojeniach

– Kimże ty jesteś? Chyba nie tylko zwykłym strażnikiem ognia? – spytałem spokojniej, powściągając złość.

– Nie musisz tego wiedzieć – nie ustępował w swej wyniosłości.

– Też umiem  patrzeć, słuchać, i składać dwa do dwóch – postanowiłem nie być dłużny pyszałkowi za jego mentorstwo. – Owszem, jesteś kapłanem, ale we własnym mniemaniu także osobliwym zarządcą resztek dawnej świetności, próbującym zachować je w nadziei na powrót swoich królów. Samozwańczym, albo naznaczonym depozytariuszem minionej władzy, która w ukryciu czeka, by kiedyś powrócić – mówiłem tak, jak cesarski wysłannik do prowincjonalnego utracjusza, gotów wysłuchać petenta.– Ale to mrzonki, imaginacja, zrodzona z żalu za utraconą przeszłością.

– Nic nie jest utracone, bo dawność trwa w teraźniejszości. A ona rodzi przyszłość – jego pompatyczność przekraczała już granice dobrego smaku.

– Brzmi ładnie, ale historia nie ogląda się za siebie. Rachuje poniesione straty, i  planuje przyszłe zyski po swojemu, nie naszą miarą. Owszem, Klio, jak to kobieta, bywa kapryśna. Ale nie liczyłbym na to, że uda się ją uwieść dla własnych celów.

– Cóż za greckie pomieszanie taniej poetyczności z prostym kupiectwem! Wychodzi z tego prostacki fatalizm! Jakoś mi nie pasuje do rzymskich podbojów.

– Brak argumentów zbywasz mało zgrabną ripostą.

– Chciałem jedynie zauważyć, że siłą kieruje wola.

– Zwycięska tylko wtedy, gdy rozważnie miarkowana wedle praw boskich. I zdrowej kalkulacji.

– Czyżbyś podejrzewał, że brakuje nam rozwagi, albo roztropności?

– Nie mnie sądzić o waszych sprawach. Ale zechciej, proszę, przyznać, że mam prawo widzieć rzeczy po swojemu. Bez filozofii, za to praktycznie – odparłem pojednawczo, gdyż naraz przyszedł mi do głowy pewien pomysł. – Może cię to zainteresuje? – zawiesiłem dwuznacznie głos.

– Każda rozsądna opinia może okazać się cenna – kapłan zdawał się wyczuć, że zmierzam do czegoś więcej, niż tylko szukania przewagi na słowa.

W trakcie podróży skrzętnie zbierałem w pamięci wszystko, co wynikało z powinności  cesarskiego agenta, mającego rozeznać się w rzeczach przydatnych dla rzymskiej polityki w Azji. Przygotowany do prowadzenia stosownych rozmów, w pierwszym rzędzie z możnymi i bogatymi, w wielkich miastach i stolicach, nie przypuszczałem jednak, że nadarzy się po temu okazja przy ołtarzu prowincjonalnej świątyni w dalekiej Hyrkanii. Wątpiłem, że dowiem się tu czegoś przydatnego dla mojej misji. Dziwna ta rozmowa, w dziwnym miejscu, na nieznanym nam krańcu świata, dawała do myślenia, ale niewiele chyba mogła wyjaśnić. Niemniej, spróbować zawsze warto, zwłaszcza że nawet drobiazgi mogły okazać się znaczące dla zrozumienia sensu oglądanego, acz mało czytelnego obrazu świata, w jakim się znalazłem.

Moja wiedza o nim była dość ograniczona. Z dochodzących do Rzymu wieści, wyrywkowych, i opatrywanych sprzecznymi komentarzami, wynikało, że królestwo Partów to zbieranina rozmaitych, rządzących się po swojemu rodowych państewek. Im dalej od stolicy, tym więcej zamętu i intryg, zamienianych w osobne sojusze. Ze słów kapłana można było wnosić, że stoją za nimi także przyczajone siły perskie, szukające sposobności, żeby powoli rozsadzać to niepewne imperium od środka, i przywrócić dawną władzę. Dla nas mogłaby to być ważna przesłanka w rozgrywaniu spraw partyjskich, także z bliższą nam Armenią. Choć nie tylko.

Z Persją mało kiedy nam się dobrze udawało. Stała miedzy nami Syria, obok Armenia, a kolejne próby przejścia dalej kończyły się na trudnych walkach z Partami, którzy na dobre rozsiedli się nad  Eufratem, i urośli w siłę. Zaczął jeszcze Sulla, ze zmiennym szczęściem. Lukulls stanął nad perską granicą, chciał iść dalej, ale został odwołany do Rzymu pod ciężkim oskarżeniem. Pompejusz ułożył się pokojowo na granicach, a za jego namiestnictwa nie było żadnych zatargów ani z Persami, ani z Armenami.  Niestety, potem doszło do straceńczej wyprawy Krassusa, która pohańbiła rzymskie legiony. W kilka lat po nim, Antoniusz wszedł do Medii, nieudanie ugrzązł pod Pratą, by w końcu zarządzić niesławny odwrót znad jeziora Van. Dobrze że choć na honorowych warunkach. Dwie kolejne jego wyprawy również zakończyły się klęską. Na szczęście August dał sobie spokój z wojnami, i bardziej zawierzył posłom, niż wodzom, skupiając się na królewskim dworze w Ktezyfonie. Chytrość i intrygi przyniosły wiele korzyści, ale wszystko pozostawało chwiejne, gdyż w Partii ciągle wrzało, zarówno między licznymi kandydatami na władców, jak i miedzy dawnymi rodami perskimi.

W partyjskiej stolicy rządził teraz osadzony przez wielkie rody dawny władca Medów, Artaban, co ciekawe – sam z Dahów. Wypędził Wononesa, Augustowego protegowanego, i zaczął sprawiać nam same kłopoty, aż do chwili, gdy Germanik zawarł z nim pakt w imieniu Tyberiusza. Spokoju jednak nie było, gdyż co i raz wyrzynał w pień różne rody książęce, czym zasłużył sobie na szczerą nienawiść i swoich, i Persów. W państwie panowała przemoc, chaos pogłębiał się z roku na rok. Swoje białe rączki przykładały do tego liczne królewskie żony i kochanki, liczące na sukcesję dla swej progenitury. Dzięki nim, ich miksturom i uwodzicielskim zabiegom, trupów na dworze było więcej niż myszy w pałacowej kuchni, co tylko pogłębiało rozpad władzy.

To musiało zachęcać rodowitych Persów do szukania sposobności pozbycia się obcych panów. Być może, przypadkiem natknąłem się właśnie na odprysk owych knowań, a mój kapłan miał w tym jakiś swój udział? Jeśli było w tym coś na rzeczy,  to warto wybadać co, i jak. Zapewne nie poznam żadnych szczegółów, ale może choć dowiem się, czy takie zamysły mają w ogóle jakiś sens i przyszłość.

– Wiedz więc, że myślę, iż zza tego ołtarza działasz w jakichś spiskach, według jakiegoś planu, prawdziwego, lub urojonego. Nie tylko służysz swemu bogu, ale chciałbyś też prowadzić grę o bardziej ziemskie sprawy – zacząłem nazbyt może otwarcie, lecz uznałem, że lepiej od razu wyłożyć swój zamysł, niż przerzucać się zbędnymi słowami.

– To nie żaden praktyczny wniosek, tylko twoje wrażenie – spuścił z tonu, lecz podjął wątek. – Może być zwodnicze – wyczułem czujność, ale i gotowość do dalszej rozmowy.

– Powiedzmy. Ale i ja coś ci poradzę. W takich grach lepiej szukać sojuszników, niż mieć wszystkich za wrogów – była to ostrożna zachęta do tego, by w swych kalkulacjach patrzył dalej, niż na własne podwórko. Choćby i w stronę Rzymu.

– To rada, czy oferta?

– Za mało wiem, i za mało mogę, żeby cokolwiek oferować. Ale tak podpowiada rozum i wiedza.

– Na rozumie ci nie zbywa, na wiedzę trzeba zasłużyć – kiepsko i nazbyt butnie, ale jednak dawał do zrozumienia, że nie jest od tego, by przyjąć moje słowa za dobrą monetę.

– Nie zwykłem o cokolwiek prosić. I to nie ja tu miałbym na coś zasługiwać –  aluzje powinny mieć jakieś granice rozsądku.

– Nie byle kim musiałby być ktoś, kto tak stawia sprawy – odparł po dłuższej chwili,  okazując wątpliwość, czy z jego punktu widzenia rozmowa ma jakikolwiek sens.

– I nie byle kim musiałby być ten, z kim warto by je rozważać – odparłem pewniejszym głosem, widząc, że połknął przynętę. Próżność to niezwykła, archimedesowa dźwignia dla poruszania ludzką naturą.

– Obydwaj znamy siłę pochlebstwa – nawet się uśmiechnął. – Ale nie przeceniajmy się wzajemnie.

– Doskonale. Czym zatem mógłbyś mnie przekonać do swoich racji?

– Przypomnieniem praw natury.

– A dokładniej?

– Partowie są kolosem na glinianych nogach – zaczął. – Król panuje w stolicy, ale im dalej od niej, tym jego władza słabsza – potwierdzał moje przypuszczenia – Ma ambitnych synów, którzy niebawem skoczą sobie do gardeł i zaczną domowe wojny. Rozegranie jednych  przeciw drugim, i wzmożenie chaosu, da sposobność, by dalekie prowincje, choćby takie jak nasza, utworzyły własne sojusze, dając  początek nowym układom. Same w sobie są jeszcze za słabe, żeby zagrać o duże stawki, ale wzmocnione, stanowiłyby dużą siłę. Czy wyrażam się jasno?

– Jak najbardziej. Ale każde wsparcie ma swoją cenę. Potrzebne są gwarancje.

– Ludzie rozsądni zawsze mogą się porozumieć.

– Trzeba mieć z kim.

– O to się nie martw. To, co teraz pozostaje w cieniu, ma niebagatelną wartość. Nie do przecenienia.

– Trudno szukać po omacku.

– Kto prawdziwie zechce, znajdzie drogę.

– Przyznasz, że niezbyt dokładna to wskazówka.

– Daruję ci szczegóły. Ale wspomnij to, gdy wrócisz do  Rzymu.

– To rada, czy oferta? – zaśmiałem się, odwracając pytanie.

– Wedle uznania.

– Zapamiętam.

– I przekaż, jeśli znajdzie się kto chętny, by tego wysłuchać.

– Sam decyduję, co zechcę powiedzieć, i komu.

Nie było moim zadaniem wiązać się słowem w żadnych sprawach, tylko patrzeć i słuchać. Ale to rzecz godna zastanowienia. Mało kto u nas coś takiego rozważa, bo wiedza o tak dalekich miejscach jest niewielka, a i niepewna, nie wolna od uprzedzeń. Czy nie warto tego zmienić?

– Chcę wierzyć, że znajdziesz ciekawych słuchaczy – jakby czytał mi w myślach. – Życzę i tobie, i sobie – dodał po chwili – by tak się stało.

– Nieprędko będę miał taką sposobność. Ale obiecuje, że ich poszukam.

– Niech więc bogowie doprowadzą cię zdrowo z powrotem do domu – na tym skończył, w bardziej już przyjaznym tonie. Dotąd krążyliśmy wokół ołtarza, teraz gospodarz skierował się ku wyjściu.

– Czeka mnie jeszcze daleka droga – zmieniłem temat, widząc, że nie ma co dalej ciągnąć tego dialogu.

– I niebezpieczna.

– Radziłem sobie dotąd, poradzę i dalej.

– Strzeż się. Czeka cię kilka dni przeprawy przez ziemie wilków i demonów. W drugie możesz nie wierzyć, choć to mało roztropne, lecz pierwsze są aż nadto prawdziwe, by je lekceważyć.

– Dziękuję za ostrzeżenie.

– Dalej są strażnice i mury obronne, po Grekach. Siedzą w nich Partowie. Tam są ciągłe walki.

– Z kim?

– Dahowie. Ludy północy. Scytowie. Idź na wschód, ale bardziej ku południu, to ich ominiesz.

– Będę pamiętał.

– Bardziej na północ są Sugudowie. Ich kupcy wędrują do nas z towarami, mają mocne eskorty. Groźne. Lubią sobie poszaleć.

– I tak się na nich natknę. Nie tu, to dalej.

– Domyślam się, że zmierzasz do Baktrii.

– Czemu tak uważasz?

– To chyba oczywiste. Oprócz wiedzy jest jeszcze złoto. I karawany na zachód. Tam biorą swój początek.

– Nie jestem kupcem.

– Kto wie, kim naprawdę jesteś? Rzym nie wysyła w takie wędrówki byle kogo.

– Nie musisz tego wiedzieć – znów oddałem mu jego własne słowa.

Wyszliśmy poza obręb świątyni, pora była się pożegnać.

– Nie spotkamy się już więcej – znów popadł w swój mentorski ton. – Chcę jednak wierzyć, że to spotkanie nie zatrze się w twojej pamięci. Może nawet przyniesie dobre owoce.

– Zapewniam cię, że pamięć mam nienajgorszą. Skorzystam z niej, gdy nadejdzie stosowna chwila.

Na zakończenie znów mnie zaskoczył, tym razem uwagą, która świadczyła o tym, że pojawianie się nieznanych, a dziwnych przybyszów bacznie jest tu obserwowane. A już tak niezwykły ich skład wzbudzać musi wzmożoną ciekawość.

– I jeszcze jedno. Uważaj na Scytów. Mimo wszystko – podkreślił znacząco – są wrogami, i dla was, i dla nas. Błędem byłoby sadzić, że dają się obłaskawiać – nader spostrzegawczy i skuteczni musieli być jego szpiedzy..

– Potraktuję twe słowa jako dowód, że jesteś kimś więcej, niż tylko kapłanem przy swoim ołtarzu – skwitowałem jego aluzję z uznaniem.

– Takiej odpowiedzi się spodziewałem – roześmiał się, zadowolony, że okazał swoją przewagę. – Żegnaj, rzymianinie. Moje dobre myśli pójdą przed tobą. Tam, gdzie dotrą, nic złego cię nie spotka. – Skłonił się, odwrócił, i szybko zniknął w głębi dziedzińca.

Ostatnie słowa zabrzmiały niczym swego rodzaju obietnica, osobliwa gwarancja bezpieczeństwa. Już wcześniej przekonałem się, że wyprzedzające wieści z dobrym

przesłaniem więcej znaczą w obcym kraju, niż złoto, czy dary. Czyżby dał mi do zrozumienia, że ktoś tu weźmie mnie pod ochronę? Rozsądek podpowiadał, że nie ma co liczyć na tak złudne nadzieje. Dobrze, jeśli odprawi za mnie modły, lub złoży jaką ofiarę.

Wracając, zastanawiałem się, jak wielką pułapką dla rozumu bywa nasza próżność, zdolna zaćmiewać widzenie właściwej miary rzeczy. Czy naszą rozmowę, choć ciekawą, nie należało aby uznać za chwilową ekscytację lichych statystów historii, którym przez chwilę wydało się, że odrywają w niej ważne role? Czy w swym  zadufaniu, zrodzonym z gry wyobraźni, w chęci pokazania się, nie odegraliśmy teatru dwóch kiepskich aktorów, którzy po rozejściu się wracają do szarej rzeczywistości? Myśli te wzbudziły w mej duszy niejakie rozbawienie, gdym wspomniał, jak bardzo chcieliśmy wydać się sobie ważni, nawet wpływowi. I jak bardzo chcieliśmy, choć przez moment, wierzyć, ze tak jest naprawdę. Obcy wędrowiec w wytartym ubraniu, i prowincjonalny kapłan przy małym ołtarzu, gdzieś na obrzeżu świata, rozprawiali o wielkiej polityce, jakby to od nich cokolwiek w niej miało zależeć. Zdało mi się to niemal groteskowe, lecz – jako że nic w naszym życiu nie dzieje się przez przypadek – pewnie i to zdarzenie musiało mieć swój sens. Ale jaki? – doprawdy nie miałem pojęcia.

29. Znów sam

Dwa dni później, skoro świt, wyjechaliśmy z Karty. Dobrze zaprawieni już w podróżnej praktyce, wszystkie niezbędne sprawunki załatwiliśmy szybko i bez zbytniego deliberowania. Wywiedzieliśmy się też dokładnie o drogę w stronę strażnic, o których mówił kapłan. Jechaliśmy spokojnie, zgodnie, jakby nigdy nic, lecz każde z nas, na swój sposób czuło, że wisi między nami niedopowiedzenie w sprawie dalszych planów. Jakaś decyzja zapaść w końcu musiała. I w rzeczy samej, stało się to prędzej, niż przypuszczałem, bo już tego samego wieczora, gdy rozbiliśmy namioty i uszykowaliśmy się do nocy.

Pomny ostrzeżenia przed wilkami nakazałem trzymać ogień większy niż zwykle. Ustaliliśmy kolejność wart, zadbaliśmy też o konie, słowem – wszystko odbyło się według utartego porządku. Jednakże Asza zwlekała z wejściem do namiotu, ja zaś czekałem tam z mieszanymi uczuciami. W mieście spaliśmy wszyscy w jednej izbie, lecz teraz znów, po staremu, mieliśmy być sami w naszym legowisku.

Po przygodzie z bandytami, kiedy na krótką chwilę objawiła się jej dzika natura, nieskoro mi było do dawnej bliskości. Z jednej strony brakowało mi jej, z drugiej, coś mnie przed nią wstrzymywało. Od tamtego wydarzenia zapanowało pewne skrępowanie, ulotniła się swobodna otwartość, owa naturalna szczerość, dzięki której można wiele powiedzieć wprost, bez szukania wykrętów, i bez obawy o wzajemne ranienie się słowami. Tak to jest, gdy ludzie nie wyjaśniają sobie rzeczy dla nich ważnych od razu, gdy się dzieją, pozwalając,  by z czasem imaginacja przydała im przeinaczonych znaczeń i barw.

Weszła do środka, usiadła koło mnie bez słowa, pochyliła głowę. Palcami przebierała zawieszony na szyi mały sznur kolorowych kamyków, który jakiś czas temu, w odruchu serdeczności, kupiłem jej dla ozdoby na jednym z odwiedzanych targowisk. Trwało to dłuższą chwilę, zanim wreszcie przerwała milczenie.

– Na nas już czas.– oznajmiła krótko, bez żadnego wstępu. – Jutro ruszamy do swoich.

Spodziewałem się tego, niemniej trochę mnie zaskoczyła zdecydowaniem swego stwierdzenia. Nie pytała o zdanie, po prostu oznajmiła podjętą decyzję. Cicho, spokojnie i rzeczowo, ale kategorycznie.

– Tak postanowiłaś?

– Tak być musi.

– Jesteś pewna, ze to już tu?

– Jestem pewna, że teraz.

– To nie to samo.

– Na jedno wychodzi.

– Szkoda.

– Ale tylko trochę, prawda?

– Czemu tak uważasz?

– Nie jest już tak, jak było. I nigdy nie będzie.

– Jest inaczej. Trudniej. Sam już nie wiem.

– Ale ja wiem. Zobaczyłeś, że jestem inna, niż ci się zdawało. Nie spodobało ci się to.

– Nie za bardzo.

– Ale tak jest. I nic tego nie zmieni. Dobrze to wiesz.

– Wiem – odparłem, i zamilkłem.

Padły krótkie słowa, bez dodatkowych wyjaśnień, bez żadnego tłumaczenia. Niezależnie od tego, co które czuło, doskonale rozumieliśmy, że rozstanie jest nie tylko konieczne, ale naturalnie oczywiste. Każde z nam, po swojemu czuło i wiedziało, że należymy do aż nadto odmiennych światów, że żadne nie potrafiłoby zrezygnować ze swego, i nie dałoby rady na dłużej żyć cudzym powietrzem. Połączyła nas wspólnota wędrówki, ale nie celu i planów na życie. Dzieliło wszystko inne, co w trudnej drodze nie miało aż takiego znaczenia, lecz co dałoby o sobie znać, i okazało się ważące w osiadłym życiu rodzinnym. W istocie, gdyby nie bliskość, zrodzona z uczucia i namiętności, taka rozmowa nie miałaby sensu, ani w ogóle miejsca. Ot, dwoje ludzi, którzy spotkali się na szlaku i wspierali czas jakiś, w pewnej chwili rozjeżdża się, każde w swoją  stronę, bez wzajemnych zobowiązań, może nawet z dobrą o sobie pamięcią. Wolni, skoro nie czynią sobie zła, nie muszą się z niczego tłumaczyć, ani przed nikim.

W naszym przypadku wolności tej mogłoby stanąć na przeszkodzie pragnienie  wspólnej przyszłości, ale przy tak zasadniczej naszej odmienności, nawet gdyby przemknął miedzy nami jej cień, byłaby ona pozbawiona szans na spełnienie, jakiejkolwiek racji bytu. Czyż nie jest paradoksem, że owo nielogiczne uniesienie, zwane przez poetów miłością, by trwać i owocować, też musi być jakoś logiczne. Chyba ze staje się całkowitym oddaniem, wręcz zapamiętaniem, i zatraceniem samego siebie? A to nigdy dobrze się nie kończy, może tylko wtedy, gdy jest uczuciem matki do ukochanego dziecka. Ale i z tym różnie bywa, czego dowiódł tragiczny los Medei.

Dopiero teraz zrozumiałem, jak wielkim poświęceniem był przyjazd do Rzymu mojej prababki z dalekiej Partii. Gdyby nie urodził się był tam syn, którego Lucjusz od razu zgodził się uznać za swego prawowitego potomka, zapewne nie zdecydowałaby się na taki krok. To tylko przypuszczenie, lecz chyba słuszne. Zresztą, córka dworskiego medyka, kobieta nieźle  wykształcona, z greckim wychowaniem, nie ryzykowała znów tak wiele. Nie zmieniała całego swego świata, tylko miejsce zamieszkania. Nie musiała iść przeciw własnej naturze, nie była barbarzyńskim odmieńcem, raczej interesującą cudzoziemką o tych samych, co my korzeniach. Dzięki swym przymiotom miała ułatwione zadanie, choć i tak trudne ze względów prawnych, ale to zostało uładzone dzięki akceptacji rodziny, także pozycji i sporym pieniądzom Tycjanów.

Przypomniał mi się też Maes, i tamta prosta, szalona i stara dziś kobieta w dalekiej Batnei. Jeśli nawet prawdą miałaby być opowieść owego Gety, to przecież brat Artusa nie poszedł za przykładem swego ojca, nie znajdując żadnej wspólnoty z tamtymi ludźmi. Dochował przyzwoitości wspierając ich pieniędzmi, lecz ani mu do głowy nie przyszło czynić ze swej miłosnej przygody nowej rodzinnej awantury. Zresztą, życie wiecznego wędrowca nie sprzyja zakładaniu gniazda, nawet z kimś bardziej do tego odpowiednim, i godnym włączenia do rodziny. Swój szuka swego i nie powinien od tego odstępować, nawet jeśli czuje jakieś sentymenty. Mają one krótki żywot, a gdy słabną, odmienność zamienia się w obcość, a wzajemne przyciąganie – we wzajemne odpychanie. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę przepowiednia kapłanki Afrodyty o uczuciowym niespełnieniu. Czy chciałbym teraz zatrzymać czas za wszelką cenę? Przecież i tak niewiele by z nich zostało.

Nie było więc co dalej roztrząsać sprawy, rozstawaliśmy się z pewnym smutkiem, ale i spokojnie, bez wzajemnych żalów. Obydwoje dotrzymaliśmy niepisanej umowy z Antiochii. Ja pomogłem im wyrwać się z niewoli, oni pomagali mi w drodze swoją umiejętnością wędrowania i radzenia sobie w nieznanych mi warunkach i nieoczekiwanych okolicznościach. Wiele się przy nich nauczyłem, oni wiele zyskali. Rachunki zostały wyrównane, nie było już żadnych długów do spłacenia. A uczucia? Cóż, tego wcześniej żadne z nas nie brało pod uwagę. Jakkolwiek trudne, nawet bolesne było to dzisiejsze rozstanie, to przecież nie było w nim nic niespodziewanego, gdyż obydwoje mieliśmy od samego początku własne, jasno wytyczone cele, i tylko one się liczyły.

Asza zamilkła, jak też nie kwapiłem się do głębszych wynurzeń. Zresztą, czemu miałyby służyć? Gdy pojmuje się konieczność i nieuchronność zdarzeń, nie ma co z nimi dyskutować. Przeszliśmy więc do spraw porządkowych. Było oczywiste, że wezmą dla siebie konie i to, co niezbędne, także jeden namiot i potrzebną broń. Nie traktowałem tego jako hojność wielkiego pana, zabierali, co im się należy. Tak też ostało to odebrane, zwyczajnie, bez wylewności i zbędnych słow. Nie było już wspólnej drogi, nie było więc i  planów na kolejne dni. Rozjeżdżając się w różne strony, zrywaliśmy raz na zawsze więź, jaka między nami powstała, skrywając w sobie to, co komu pozostanie z niej w duszy i pamięci. Co prawda, bogowie miewają dziwne pomysły, lecz nawet i oni chyba nie przewidywali, że mielibyśmy się jeszcze kiedyś spotkać.

Na koniec ułożyliśmy się spać, nawet nie próbując zbliżenia, a w nocy pilnowaliśmy swej kolejności straży przy ogniu. Gdy obudziłem się o świcie, rodzeństwo było już gotowe do odjazdu, czekając, aż wstanę. Podczas krótkiego pożegnania tylko Dolan jakby się ociągał, zwłaszcza gdy wielki Agis objął go na osobności, i coś szeptał mu do ucha. Poczciwy wojak pokochał chłopaka jak swego, przez minione tygodnie w wolnych chwilach uczył go walki mieczem i nożem, opowiadał o bitwach i legionowych obyczajach. Był dla tego barbarzyńskiego młodzika tym samym, czym kiedyś Strabon dla mnie – trochę mentorem, trochę nauczycielem i opiekunem, Dawny złodziejaszek zniknął, wykluł się z niego bystry młodzieniec, nadal sprytny, zwinny, ale i poważniejszy. I ja uściskałem go serdecznie, ciesząc się, że wraca do swoich, że udało mu się dopełnić swej przysięgi wobec siostry, na koniec wreszcie że nie pomyliłem się do niego, gdym, wbrew ostrzeżeniom Melosa, zajął się nim w syryjskiej stolicy.

Wskoczyli na przygotowane już konie, spięli je w pożegnalnym piruecie, i pędem ruszyli ku północy. Po dłuższej chwili dwie malejące sylwetki rozpłynęły się w oddali miedzy pagórkami i drzewami. Zabraliśmy się z Agisem do zwijania naszego małego obozu, i posiliwszy naprędce, podjęliśmy swoją wędrówkę, tyle że na wschód.

– Chyba żal ci było rozstawać się z chłopakiem – zagadnąłem Agisa, gdyśmy już wyjechali na trakt.

– Polubiłem go. Dzika natura, mocna. Nie przepadnie.

– Trochę będzie nam ich brakowało –  pokrętnie oddałem swój stan ducha po rozstaniu z Aszą. Jeśli nawet racje rozumu biorą górę nad uczuciami, to przecież ich nie gaszą. Musi upłynąć jakiś czas, by wrócił spokój ducha.

– Co robić. Przywykniemy – mój towarzysz trafnie podsumował sytuację. Dotychczas nigdy, ani słowem, ani gestem nie okazał, że go cokolwiek dziwiło w naszych układach ze scytyjskim rodzeństwem. Jego zadaniem było chronienie mnie w drodze, baczenie na zagrożenia, a nie ocenianie, czy osądzanie moich poczynań z kobietą, z która przyszło nam wędrować. Lubił ją, nawet cenił za waleczność, ale do spraw uczuciowych odnosił się nie tyle obojętnie, ile z męskim zrozumieniem dla okoliczności, w jakich się znalazłem. Jego krótkie stwierdzenie kwitowało ten wątek naszej podróży, nigdy też później już do niego nie wracaliśmy.

Im bardziej oddalaliśmy się od morza hyrkańskiego, tym bardziej przekonywałem się, że wiedza, wyczytana w uczonych księgach, na niewiele mi się przydaje. Przede wszystkim musiałem zdawać się na własną ocenę odległości, a tym samym czasu, potrzebnego na dotarcie do Baktrii. Wyliczyłem, że do tej pory przybyliśmy około dziesięciu tysięcy stadiów od Antiochii, lecz ile ich jeszcze zostało do pokonania, tego określić nie byłem w stanie. Ogromu tutejszych przestrzeni nie sposób ogarniać naszą miarą. Przez dwa tygodnie  jechaliśmy dość szybko, mając po prawej stronie ciągnące się góry, z wielką ilością spływających z nich rzek i strumieni. Nie ryzykowałem zapuszczania się w ich doliny, gdyż można było dalej pobłądzić, więc, idąc za  radą perskiego kapłana podążaliśmy wzdłuż linii strażniczych fortów, łączonych zwartym murem.

Był ów mur ogromną budowlą obronną, ciągle powiększaną, tyle że nieregularnie. Pomysł i początek dał jeszcze Aleksander, od którego imienia zwą go niektórzy, opatrując  barwną nazwą czerwonego węża, a to od koloru dużych bloków ceglanych, z których jest składany. Potem przejęli go Persowie, teraz na dobre wzięli się za niego Partowie. To zapora przeciwko barbarzyńcom z północy, przy okazji broniąca dostępu do przełęczy górskich, którymi najeźdźcy mogliby wdzierać się w głąb kraju. Wielkie znaczenie ma ciągnący się obok kanał wodny, ciągle odnawiany, i dobrze utrzymany.  Ku mojemu zdumieniu, wyszło na to, że cały ten pas ziemi liczy sobie niemal tysiąc stadiów, co robi imponujące wrażenie, bo nie ma chyba w całym świecie tak wielkich, zwartych fortyfikacji.

Kraj jest gęsto zaludniony rozmaitymi, plemionami, głownie perskimi i medyjskimi, pospołu obsługującymi zabudowy, i osadzane wokół nich wojsko. Miejscowi znajdują tu zajęcie i niezły zarobek, bo przecież garnizony trzeba obsłużyć, karmić, poić, oporządzać, gdzieś rozlokować, nawet zabawiać. Nie ma osady, gdzie nie stałby piec do wypalania cegły. Ale jest tu też żerowisko dla spekulacji, wszelkiej łobuzerii i występku, tyle że wielkich band nie widać, gdyż zbyt dużo kręci się wszędzie żołnierzy. Nie są oni jednak niezawodnym gwarantem spokoju, gdyż brak im jednego dowództwa, osobne oddziały stoją na najemnikach i niewolnikach, więc i waśni miedzy nimi bywa wiele. Teraz roboty kulały, widocznie coś się gdzieś zacięło, najpewniej rozkradziono pieniądze, jak to zwykle bywa w granicznych prowincjach. Partowie nie byli mistrzami porządku, rządzili lokalni urzędnicy, dodatkowo rywalizujący z wojskowymi. Niby więc budowano, panowała jednak samowola, kto mógł, urządzał sobie tu własne interesy. Nihil novi sub sole.

Bardzo uważnie przyglądałem się temu wszystkiemu, notując w pamięci każdy szczegół, a to ze względu na obietnicę, złożoną Korbulonowi. Podczas przypadkowych rozmów w drodze i w kiepskich gospodach, starałem się wywiadywać o co się dało, udając podróżnika, zachwyconego wspaniałością krainy, i rozmachem w tworzeniu tego  gigantycznego, warownego muru. Raz nawet udało mi się na niego wejść, i obejrzeć, jak jest  urządzony. Szczególną pomocą był mi Agis, który ze znajomością rzeczy i uznaniem ocenił jego przydatność dla prowadzenia walki. Niestety, nie miałem możności obejrzenia od wewnątrz żadnej strażnicy, gdyż we wszystkich – a naliczyłem ich ponad dwadzieścia – stały małe oddziały partyjskich zbrojnych, niechętnych odwiedzinom nieznajomych.

Wzdłuż muru, w pewnym od niego oddaleniu, wiedzie szlak miejscowych handlarzy, których spotykaliśmy wielu, i z którymi poznawaliśmy się, całkiem nieraz przyjaźnie. Dużej wojny akurat nie prowadzono, wielka polityka toczyła się gdzieś daleko, więc ludzie skupiali się na własnych sprawach, wojując ze sobą tak, jak wszędzie wojuje się o lokalne przewagi i zyski, czyli bezwzględnie, chytrze, nawet krwawo. Gdzie spory ruch, tam i sporo chętnych, by na nim ugrać coś dla siebie. Kolejny raz przekonywałem się, że ludzką naturą wszędzie rządzą nieodmiennie te same siły i namiętności, nie ważne, czy to barbarzyński nomada, czy zwykły chłop, czy rzymski senator. Różni ich jedynie forma życia, rodzaj potrzeb, a przede wszystkim skala możliwości i środków działania.

Szanse spotkania tu kogoś, kto od tej reguły odstaje, była właściwie żadna. Ludzi uczonych brak, kapłani, jakich poznawałem w rozmaitych małych świątyniach, swym umysłem pozostawiali wiele do życzenia. Wszelako miałem podstawy przypuszczać, że jakoweś wieści o mnie biegły przed nami, chyba za sprawą owego kapłana z Karty. Otóż w  nielicznych rozmowach ze strażnikami ołtarzy ognia, których nawiedzałem pod drodze,  wyczuwałem jakby ciche zrozumienie dla mojej tu obecności. Być może to tylko imaginacja, lecz dziwić musiało, że nie dotknęły mnie żadne oznaki wrogości ani od nich, ani od nikogo od Persów w miejscach publicznych, gdzie się zatrzymywałem. Na szlaku bywało różnie, ale i tam obywało się bez groźnych utarczek.

Przypisywałem to po części dość już sprawnej znajomości języka perskiego, dzięki której zawsze jakoś udawało mi się zażegnywać nieporozumienia, jeśli do takowych dochodziło. Nie bez znaczenia było i to, że przez cały czas starałem się poznawać trochę obcych słów między miejscowymi plemionami, przynajmniej na tyle, by nie być wśród nich całkowitym niemową. Dzięki wyuczeniu się mowy Scytów szło mi to niezgorzej, gdyż odnajdowałem podobieństwa językowe, bardzo nieraz ciekawe. Postanowiłem sobie, że gdy bezpiecznie wrócę do Rzymu, spiszę kiedyś w osobnej rozprawie te doświadczenia, ku pożytkowi innych, chętnych do wyprawiania się w te strony.

Po niecałych dwóch tygodniach jazdy wzdłuż linii murów i fortów, skręciliśmy w jedną z przełęczy, kierując się ku miastu, o którym wiele zdążyłem już tu usłyszeć. Na szczęście nie jechaliśmy sami. Przyłączyliśmy się bowiem do pewnego handlarza koni, który wraz z synami i sługami pędził spore stado na wielki targ zwierząt, jaki odbywał się gdzieś daleko dwa razy do roku. Przejechawszy góry, znaleźliśmy się na wysoko położonej równinie, wygodnej do podróży, pięknej, choć nie tak już przyjaznej jak ta, po stronie morza. Gdyby bogowie nie zesłali mi tego kupieckiego przewodnika i całą jego gromadę, nie wiem, czy jadąc tędy sami, nie przepadlibyśmy w tej dzikiej krainie z kretesem. Handlarz pewnie prowadził swój dobytek dużymi dolinami, omijając lasy, pełne dzikich zwierząt, nawet węży. Za sprawą tych zagrożeń doszło po drodze do zdarzenia, które przysporzyło mi chwały wśród mych towarzyszy, a którego skutki okazały się wielce dla mnie pożyteczne w dalszej podróży.

Pewnego dnia jeden z synów właściciela stada, przez nieuwagę podrażnił żmiję gdzieś  między krzewami, gdzie się nieopatrznie zapuścił. Młodzieńca starano się ratować, oczyszczając nożem ukąszone miejsce, niemniej nie dawano mu zbyt dużych szans na przeżycie. Wiedziony odruchem postanowiłem wypróbować na nim leki, jakiem był dostał od greckich kapłanów na Cyprze. Rozpaczającemu ojcu zaoferowałem pomoc, a ten, w desperacji, przystał na nią, na wiele jednak nie licząc, gdyż takie ukąszenie traktowano właściwie jak wyrok śmierci. Kazałem ranę obmyć, po czym nasmarowałem ją owym mazidłem, które zalecono mi stosować przy ranach, nadto dając półprzytomnemu do wypicia dwie krople przeciwko truciznom i jadom. Oznajmiłem, że moc tych leków, powinna zadziałać w dwa, lub trzy dni, po czym z niepokojem w sercu zdałem się na los i wiarę w grecką naukę.

Było to z mojej strony wielkie ryzyko, bo od tej chwili brałem odpowiedzialność za tego człowieka, wystawiając na wielki hazard życie własne i Agisa. Jeśli młody umrze, wszystko skrupi się na mnie. Wolałem nawet nie myśleć, co mnie wtedy spotka ze strony tych ludzi. Zawiedziona nadzieja rodzi bowiem nieobliczalne i gwałtowne skutki. Wstrzymano pochód, rozłożono obóz, wszyscy czekali, bacznie przyglądając się, gdym co czas jakiś powtarzał swe zabiegi. Pierwszej nocy przyszła duża gorączka, następny dzień nie przyniósł  poprawy, chory trwał w odrętwieniu – ale wciąż żył, co już samo w sobie było dobrym znakiem.

Wreszcie trzeciego dnia, o świcie, do naszego namiotu wbiegł sam handlarz, wymachując rękami, i krzycząc coś, z czego zrozumiałem, że jego syn wrócił do przytomności. Poszedłem zaraz do chorego, któremu gorąco ustąpiło, ledwo dychał, ale jednak dychał! Podniósł się rwetes,  poczęto zanosić modły do tutejszych bogów w podzięce za cudowne ocalenie. Kamień spadł mi z serca, byłem już bezpieczny. Z niejaką zadumą myślałem, jak wielkie przewagi daje wiedza, nawet jeśli objawia się w dziwacznej zawartości małego, niepozornego pudełeczka.

Gdy słońce wzeszło dostatecznie wysoko, rozpaliłem ogień fenickim szkłem, oznajmiając, że trzeba raz jeszcze oczyścić ranę specjalnie oczyszczonym w nim, rozpalonym  nożem. Przyznaję, że zrobiłem to z próżnego wyrachowania, by dopełnić obrazu niezwykłości własnej osoby. Oczywiście, sztuczka ta wzbudziła niebywały podziw, a zebrani wokół małego płomienia wpatrywali się we mnie z wielkim szacunkiem, nawet z niejakim lękiem. Po raz ostatni opatrzyłem chorego, czyniąc przy tym wiele niby rytualnych gestów, co zostało przyjęte niemal z nabożną czcią. Tak oto znów wróciłem do roli kapłana, nadto jeszcze uzdrowiciela. Wiedziałem, ze może mi się to opłacić, gdyż wieść o sprawie na pewno rozniesie się daleko, co zapewni nam w drodze ludzką przychylność i jakie takie bezpieczeństwo.

Nazajutrz zwinięto obóz, i ruszyliśmy z wielkim pośpiechem, by nadrobić dwa dni wymuszonego postoju. Chory miał się już nieźle, radził sobie z pomocą towarzyszy, mnie zaś wszyscy traktowali z niebywałą atencją Po trzech dniach na równinie pojawiły się gęsto zbite, liczne osady, które pospołu tworzyły coś jakby rozległe miasto, zwane tu miastem koni. Handlarz nie chciał nawet słyszeć, żebym szukał domu podróżnego, tylko dołączył mój namiot do swego obozu około osobnej, wielkiej zagrody, gdzie zapędzono stado. Kilka następnych dni spędziłem krążąc po targowiskach, obserwując kupieckie obyczaje, poznając ludzi, wreszcie podziwiając rozmaite odmiany koni, których spędzono tu nieprzebrane ilości. Przedstawiany wszem jako wędrowny kapłan-cudotwórca mógłbym wręcz pławić się w okazywanym mi podziwie, lecz wolałem nie kusić losu ani nadużywać łaskawości i cierpliwości bogów nadmiernym folgowaniem swej próżności. Panowała tu gorączka złota, toczono spory, dochodziło do bójek. Na szczęście nie musiałam znów uciekać się do popisów medycznych, choć dwukrotnie rozpalałem ogień swoim sposobem, nieodmiennie wywołując  okrzyki niedowierzania i zachwytu.

Pewnego dnia, w dalekim mieście koni, między obcymi ludźmi, doszło do spotkania, jakiego nie wymyśliłby największy nawet poetycki fantasta. Mogło się to wydarzyć tylko za sprawą bogów, którzy najwyraźniej zabawiali się moją podróżą, podrzucając znaki, o zgoła zaskakujących znaczeniach, splatające w jeden węzeł dawne wątki dziejów zarówno Rzymu, jak i Tycjanów. Zwykle wydaje się nam, ze niezwykłości, jakie szykuje los, powinny się objawiać w zaskakujących, wręcz dramatycznych okolicznościach, a nie w zwyczajności przypadkowych z pozoru zdarzeń. Tymczasem tu wszystko zaczęło się od niewinnej chwili odpoczynku przy winie w kiepskiej karczmie, gdzie przybysze i miejscowi ochoczo przepijali pieniądze ze swoich zysków z targowisk. Co więcej, głównym bohaterem owego zdarzenia stał się Agis

Siedzieliśmy przy jednym ze stołów, rozstawionych na dworze, spokojnie obserwując rozbawionych już dobrze gości, i rozważając dalsze plany podróży. Wtem nadeszło kilku młodych ludzi, którym przewodził rosły osiłek, bardzo pewny siebie, i wyraźnie zaznaczający swe wielkie znaczenie. Wyróżniali się odzieniem, wyglądem,  również mocnym uzbrojeniem. Ich dowódca rozejrzał się dokoła, wreszcie zatrzymał wzrok na nas, i z niemiłym uśmieszkiem poprowadził swych kompanów w naszą stronę. O nic nie pytając, dosiadł się po drugiej stronie stołu, reszta rozlokowała się obok, gdzie kto mógł. Zapadła cisza, wszyscy czekali na to, co się wydarzy. Będzie albo pokój, albo awantura. Milczałem, nie chcąc sprowokować przybyszów jakim nieopatrznym słowem czy gestem.

Podszedł służący, spytał, co ma podać. Rozmawiali z nim w nieznanej mi mowie, nie zwracając na nas uwagi. Pozornie wszystko wyglądało zwyczajnie, jak to bywa w takich miejscach i sytuacjach, lecz czułem, że czeka nas jakaś niespodzianka. Zachowywali się bowiem wyzywająco, najwyraźniej szukając zaczepki. Uznałem, że nie ma co kusić losu, dałem znak Agisowi, by dopić wina, a gdy pojawił się znów sługa, niosąc zamówienie dla przybyłych mężczyzn, odliczyłem zapłatę, i wstałem, dając znak do odejścia. W tym momencie przywódca grupy podniósł się, i stanął naprzeciw Agisa, przegradzając mu drogę. Było to wyzwanie, którego nie można było nie podjąć.

Grek spokojnie wytrzymał spojrzenie intruza, po czym powoli odłożył swą broń, dając do zrozumienia, ze wyzwanie przyjmuje, ale proponuje walkę wręcz. Tamten pokiwał głową, również się rozbroił. Zrobiono miejsce, ustawił się krąg gapiów, ciekawych widowiska. I ja stanąłem z nimi, nie dając poznać po sobie, jak bardzo jestem zaniepokojony. Takie obyczaje są dość powszechne miedzy pospólstwem, kiedy idzie nie tyle o zabicie przeciwnika, ile o pokazanie, kto na danym terytorium jest najważniejszy. Kto wygra? Obydwaj byli słusznego wzrostu, silni, Agis nieco górował budową ciała, tamten jednak był o wiele młodszy i chyba zwinniejszy. Doświadczenie i wyćwiczenie dawnego legionisty, stawało naprzeciw młodości i zapalczywości nieznanego wojownika.

Walka nie trwała długo. Zrazu zdawało się, że mój sługa ulega impetowi wielkiej siły, lecz szybko okazało się, że bardziej skuteczna jest wyuczona, i sprawdzona przez lata zręczność w używaniu różnych zapaśniczych sztuczek. Agisowi udało się wreszcie złapać rozpędzonego przeciwnika chytrym chwytem, obalić na ziemię, i przytrzymać na czas dziesięciu uderzeń serca. Widzowie zaczęli głośno odliczać, aż wyszło na to, że mój sługa  wygrał!

Zaszło jednak coś dziwnego. Otóż gdy tak trwali w uścisku, obcy wysapał mu do ucha jakieś słowa, zapewne przekleństwa, a Agis nie pozostał mu w tym dłużny. Gdy wstali, nie rozeszli się, lecz trwali tak, patrząc na siebie, ale bardziej z nieufnym zdziwieniem, niż złością, a po chwili, ku zaskoczeniu zebranych, zaczęli cicho rozmawiać, ale już bez oznak wrogości! Gdy towarzysze pokonanego podbiegli z wyraźnie groźnymi zamiarami, ten powstrzymał ich wymownym gestem, nakazując zachowanie spokoju. Rozochoceni widzowie, spostrzegłszy, że nie będzie dalszej bijatyki, trochę rozczarowani, porozchodzili się do swoich stołów, ja zaś czekałem, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Nareszcie Agis, odszukawszy mnie wzrokiem, ruszył w moją stronę, prowadząc ze sobą osiłka, z którym przed chwilą tak zaciekle walczył.

– Panie, ten człowiek mówi, że chciałby cię poznać – rzekł, gdy już zatrzymali się  obydwaj przede mną. – Zna grecką mowę, i chciałby o coś wypytać – dodał, jakby się tłumacząc z tego dziwnego zachowania, co jeszcze bardziej wzmogło moje zdumienie całą tą sytuacją. Agis był przecież uważny, ostrożny, nieskory do pochopnych poczynań, musiało więc zajść coś szczególnego, co skłoniło go do okazania nieznajomemu aż takiej przychylności.

Krótki opis zdarzenia nie oddaje, oczywiście, jego dramatyzmu, kiedy to niebezpieczny prolog, i zaciekła wojowniczość akcji, zamieniły się w pokojowy finał. Zaciekawiony, nie okazałem niepokoju, mimo że obawiałem się jakieś chytrości ze strony obcego wojownika. Ponownie zasiedliśmy, tym razem we trzech, reszta kompanii, na rozkaz swego przywódcy, odeszła na bok, mając jednak nas cały czas na widoku. Rozpoczęła się rozmowa, jedna z tych bardziej niezwykłych na szlaku mej wędrówki, kiedy okazuje się, że to, co mamy za przypadek, staje się znaczącym znakiem w biegu zdarzeń.

Przedstawił się imieniem Patros, był dowódcą oddziału strażników, chroniących kupca, przybyłego tu, by wymienić znaczną ilość wschodnich towarów na konie. Sogdyjczyk z urodzenia, wywodził się jednak w dalekim pokoleniu z tych dawnych, rzymskich legionistów, którzy po bitwie pod Karrami, jako jeńcy trafili akurat do Baktrii. Jego przodkowi zaproponowano wówczas wstąpienie do wojska miejscowego satrapy, co przyjął, niejako z konieczności, gdyż w przeciwnym razie czekałaby go mizerna przyszłość przy ciężkich robotach. Wyzwolony po jakimś czasie za zasługi, ożenił się z tamtejszą Greczynką, dając początek rodowi wolnych zabijaków, najmujących się do służby u różnych panów. Ojciec Patrosa wyjechał do Sogdy, gdzie żyli inni potomkowie owych pojmanych jeńców, tam już został, przekazując synowi żołnierską wiedzę i tradycję rodzinną, w której osobliwym nakazem było poślubianie kobiet o greckim rodowodzie.

Niegdyś baktryjscy Grecy, potomkowie osadników Aleksandra, wiele znaczyli na tych ziemiach. Opanowawszy tutejsze ludy, stworzyli nawet swoje królestwo, które długo panowało, tocząc nieustanne wojny z Partami. Strabon pisał, że ulegli w końcu ludom Azjów i Tocharów, ponoć też i Saków, czyli tej odmianie Scytów, o których niewiele wiadomo. Część z nich zapuściła się do krain Indów, i tam osiedliła na dobre, próbując tworzyć małe, ale znaczące  księstwa. Wiemy o nich jednak mało, wyrywkowo, bez ładu i składu, nie tylko z braku jakichkolwiek zapisów, ale i wiarygodnych przekazów nielicznych podróżników i kupców. Dlatego z dużą ochotą wdałem się w znajomość z Patrosem, który, choć człowiek prosty, był przecież jako tako obeznany z tutejszą historią. Z tradycji rodzinnej wyniósł znośną znajomość greckiej mowy, tyle że w dawnym brzmieniu, a także nieco naszych słów i zwrotów, które traktował jako dziwaczną  pozostałość swego pochodzenia.

Moje wcześniejsze obserwacje okazały się nader trafne. Gdy Agis obalił go w walce, tamten zaczął odruchowo szpetnie kląć po grecku, i bardzo się zadziwił, że przeciwnik odpowiada mu równie soczystymi wyzwiskami w tym samym języku. Potem, od słowa do słowa, mimo początkowej wrogości, porozumieli się, a on sam, dowiedziawszy się, że jesteśmy przybyszami z kraju jego przodków, wielce się zapalił do bliższej znajomości. Zgodziłem się, acz z pewna rezerwą, więc zasiedliśmy do rozmowy, w której o sobie opowiedział, zadając też sam wiele pytań.

Tak to poznałem człowieka, dzięki któremu dalsza moja podróż przybrała niespodziewany obrót. Oczywiście, nie miałem wątpliwości, że ta sama ręka któregoś z bogów, która prowadziła mnie przez wiele miesięcy, ponownie nakierowała los ku memu pożytkowi. Takiego bowiem zbiegu okoliczności nie sposób sobie inaczej tłumaczyć, jak tylko działaniem siły wyższej.

Fakt, iż mój przodek walczył pod Karrami, niezwykle poruszył Patrosa, gdyż na jakiś sposób czyniło to z nas wspólnikami jednej przeszłości, która zdawała się tu odnaleźć swą jakże nieoczekiwaną kontynuację. Nie powiedziałem, z jakiego jestem rodu, po prostu wspomniałem jedynie o naszej żołnierskiej tradycji. Ostrożnie omijaliśmy drażliwy temat strasznej porażki legionów, zresztą nie miałoby to teraz żadnego sensu. Minął bez mała wiek od czasu wyprawy Krassusa, a nasze przekazy rodzinne, i sądy w nich zawarte, rzecz jasna, bardzo od siebie musiały się różnić.

W tym momencie dla mnie ważniejsze było co innego. Przybyli na targ Sogdowie niebawem zbierali się w drogę powrotną, a mnie zaświtała myśl, czy nie dałoby się skorzystać z okazji, i zabrać z nimi, przynajmniej na czas przejścia do wielkich równin, leżących za pobliskimi górami. Dowiedziałem się zawczasu, że tak właśnie przyjdzie wędrować, więc dobrze byłoby się z nimi umówić w tej sprawie. Mieli swoich przewodników, znających przejścia dla mnie nieznane, miałbym więc pewność, że się nie pogubię, ani nie zatracę, zwłaszcza gdyby przyszło napotkać jakieś wrogie plemiona.

Nie zdradzając się od razu z tym zamiarem, wyraziłem chęć spotkania z jego panem, pod pretekstem ciekawości poznania osoby z sogdyjskiego stanu kupieckiego, gdyż sam, należąc do podobnego w Rzymie, wiele mógłbym dowiedzieć się o ich zwyczajach handlowych. Patros obiecał, że się wywie, jak to ułożyć, wiec obiecaliśmy sobie, że niebawem zejdziemy się, by to domówić. Gdy oddalił się ze swymi kompanami, obydwaj z Agisem rozpamiętywaliśmy jeszcze niedawne zdarzenie, nie mogąc się nadziwić tak niebywałemu zbiegowi okoliczności, wszelako zgadzając się, iż był w nim jakiś zamysł bogów.

Patros słowa dotrzymał, i na trzeci dzień zaprowadził nas do swego obozu, gdzie w dużym, dobrze urządzonym namiocie przedstawił gospodarzowi, jako podróżników z wielkiego, dalekiego cesarstwa Romy, wędrujących dla poznania świata. Dodał też, że moja osoba cieszy się miedzy tutejszymi wielką estymą, jako ktoś  w rodzaju kapłana i uzdrowiciela. Najwidoczniej rozeszła się tu wieść o pomocy, udzielonej niedawno synowi handlarza koni, a także o moich sztuczkach z fenickim szkłem. Sogdyjczyk powitał nas grzecznie, acz z umiarkowanym zainteresowaniem. Na tle widocznego dostatku nie prezentowałem się zbyt okazale, nadto rozmowa mało się kleiła, gdyż porozumiewaliśmy się mieszaniną jego kiepskiej greki i mojej mowy perskiej, co nie dawało możności wysławiania się zbyt okazale i dokładnie. Wprawdzie Patros wspierał mnie jako tłumacz, lecz pierwsze  wrażenia z tego spotkania były raczej niezbyt obiecujące.

Ponieważ gospodarz nie kwapił się do wylewności, nie wspomniałem o moim pomyśle dołączenia do ich grupy w drodze powrotnej. Zamiast tego, ostrożnie rozpytywałem o sprawy handlowe, o karawany ze wschodu, o bezpieczeństwo na ich szlakach. Opowiedziałem mu, jak wielkim powodzeniem cieszą się wschodnie towary w moim kraju, jak wiele ludzie chcą za nie płacić, i jak trudno je zdobywać. Nie byłby dobrym kupcem, gdyby nie dał się wciągnąć w rozmowę o cenach, zyskach, pośrednikach, wreszcie o wartości pieniędzy. Tak też się stało, co dało początek naszym lepszym później stosunkom, choć, z oczywistych względów, nie wyznawałem mu swego mego prawdziwego imienia. Od słowa do słowa, umówiliśmy się na kolejne spotkanie, co uznałem za dobry omen, upatrując w tym szansy na sukces swych planów.

Trwało to czas jakiś, lecz w kilka dni później udało mi się w końcu napomknąć moim nowym, sogdyjskim znajomym o chęci towarzyszenia im w drodze na równiny za górami. Kupiec, przychylniej już do mnie usposobiony, przystał na to dość chętnie, pomny opinii, jaką miałem między ludźmi. Zyskiwał tym kogoś, kto, w jego mniemaniu, może w razie czego być użyteczny, poza tym nie był od tego, by w wolnych chwilach porozmawiać o możliwościach prowadzenia handlu na tak wielkich odległościach, jakie dzieliły Sogdę od Syrii, a dalej od Rzymu i Grecji. Trzeba przyznać, że swym kupieckim zmysłem wyczuwał przyszłość dla wielkich interesów na tych szlakach, choć brakło mu wyobraźni i wiedzy, jak można by je urządzać w praktyce. Oni u siebie nie znali zasady bankowych udziałów w dużych projektach handlowych, każdy działał na własną rękę, co ograniczało skalę ich działań. Z wielkim zainteresowaniem wypytywał o rodzaj rządów rzymskich, szybko też dostrzegł, że wielkie imperium stwarza równie wielkie możliwości dla gromadzenia pieniędzy.

Koniec końców, zgodził się na moją obecność w swej drodze powrotnej,  oddając na ten czas pod opiekę Patrosowi. Agis miał wesprzeć strażników, trochę ich poduczyć żołnierskiego rzemiosła, ja zaś, na prawach gościa, miałem towarzyszyć mu w spędzaniu wolnych chwil na wymianie opowieści o naszych krajach i obyczajach, a w razie potrzeby służyć swymi ozdrowieńczymi lekami. Powściągliwy, zrazu nieco wyniosły Sogdyjczyk, dał tym dowód pewnej ogłady, choć daleki był od nadmiernej serdeczności. Przez kilka dni, dzielących nas od wyjazdu, odwiedziłem go jeszcze dwukrotnie, wiele z tych wizyt wynosząc  wiedzy o krainie, która niebawem miałem zobaczyć na własne oczy.

Gdym powiadomił mego dotychczasowego gospodarza o odjeździe, spotkała mnie miła niespodzianka. W podzięce za uratowanie syna, obdarował mnie wspaniałym koniem nesajskim ze swego stada. Był to gest wielkiej hojności, nad wyraz honorowy, który przyjąłem z podziękowaniem, nadto z cichym ukontentowaniem, jako że wzbogacił nasz mocno już uszczuplony dobytek w pieniądzach i towarach na wymianę. W razie konieczności, za cenę tego zwierzęcia mógłbym przeżyć – skromnie, bo skromnie, ale jednak – kilka miesięcy dalszej podróży, a to miało niebagatelne znaczenie w sytuacji, gdy ledwo sobie wyobrażałem, jak dalej się ona potoczy, i ile jeszcze potrwa. Nasze rozstanie odbyło się z wielkim szumem, pokłonami, wzajemnymi życzeniami pomyślności, wręcz gorąco i hucznie. Udzielono mi też wielu rad i wskazówek co do drogi, czego się wystrzegać, na co zwracać szczególne baczenie. Jednym słowem, pożegnano mnie jak dobrego przyjaciela i dobroczyńcę.

30. Wśród obcych

I tak niebawem ruszyłem wraz z dużą grupą sogdyjczyków w dalszą podróż, tym razem na ziemie, o których pojęcie miałem ledwie szczątkowe i mgliste. Szczęście mi sprzyjało nad wyraz, gdyż miałem iść z nimi aż do samej Baktrii. Fandak – tak bowiem zwał się mój kupiec – pędził stado do miasta, zwanego Merw, gdzie spodziewał się sprzedać je z wielkim zyskiem wysłannikom baktryjskich władców, na użytek ich wojsk. Potem wracał już do siebie, tym razem z towarami, przeznaczonymi dla rodzimych wielmożów. Był doskonałym przykładem na słowa Melosa, który tłumaczył mi, że ludzie to tylko tragarze, na czyich grzbietach wędrują rzeczy, zmierzające do swych przyszłych właścicieli.

Z opowieści Fandaka wywnioskowałem, że krążył miedzy Sogdą, a wschodnią Hyrkanią, zmieniając tylko zawartość swych kupieckich bagaży. Jeden taki obrót podróżny zajmował mu kilka miesięcy, przynosząc wielki dochód.  I choć był już bogaty, to przecież nie spoczywał na laurach, nie oddawał się miłemu lenistwu, lecz po jednej zakończonej wyprawie zaraz planował następną. Taka już jest natura prawdziwych kupców, którzy nie potrafią usiedzieć na miejscu, lecz wiedzeni po równo chciwością, ale i potrzebą ruchu, czy wręcz przygody, także chęcią wybicia na jak największą pozycję, puszczają się raz po raz na hazard, stanowiący sam w sobie sens ich życia.

Jako Tycjan doskonale to pojmowałem, on zaś czuł, że ma we mnie pełne zrozumienie dla swej życiowej postawy. Różniło nas w istocie tylko to, ze ja dodawałem do tycjanowskiego pędu za zyskiem jeszcze poszukiwanie wiedzy, co daleko wykraczało poza praktyczny aspekt wypraw handlowych. Gdym oględnie wspomniał mu co nieco o naszej pozycji i handlowej tradycji rodzinnej, niezbyt dowierzał mym zapewnieniom o znaczeniu ciekawości poznawania świata.. Miał to za kaprys bogacza, twierdząc, nie bez pewnej racji, że to tylko pretekst, kryjący cele handlowe, a może i szpiegowskie, jakie mnie tu przygnały. W jego przekonaniu gromadzenie wiedzy ma sens tylko o tyle, o ile czyni z niej narzędzie, przydatne w interesach, czy polityce. Na pierwszych znał się doskonale, oczywiście na swoją miarę, druga interesowała go na tyle, na ile pomagała, lub utrudniała zdobywanie i gromadzenie zysków.

– Nie ważne, kto rządzi, byle za bardzo ze mnie nie zdzierał, i nie przeszkadzał w wolnym handlowaniu – tak wykładał mi swoją prostą filozofię obywatelską. – Każdej władzy trzeba się opłacać. Jeśli zanadto nie dusi, i zachowuje umiar, niech sobie robi, co chce. Byle pamiętała, że kto chce dostawać złoto, musi zapewniać bezpieczeństwo tym, którzy jej zdobywają.

– A wojny? – spytałem? – Zbyt wojowniczy władca może wpędzać kraj w kłopoty, nawet biedę.

– Wojny były, są i będą, i nieźle daje się nich zarabiać, byle schodzić z widoku, i nie pchać się na bohatera. Płaci każdy. I ten, co chce wygrywać, ale i ten, co przegrywa. Złoto nie ma przyjaciół, ni wrogów, po równo przechodzi z rak do rąk.– Naraz zaśmiał się. – Jednemu się do nich klei, drugiemu nie. Jak komu je posmarowano miodem po urodzeniu.

– Nie rozumiem

– To taki nasz obyczaj. Dziecku smaruje się tak dłonie, żeby były lepkie przez całe życie. Niektórym to się przydaje, innym nie.

Przez dwa z górą tygodnie wędrówki z sogdyjskim kupcem, wiele się dowiadywałem  o dziejach i życiu w tych krainach. W swej pamięci założyłem osobny kącik dla gromadzenia tej wiedzy, by później ją  należycie uporządkować w księgach, jakie zamierzałem napisać po powrocie do Rzymu. Zbierało się tego sporo, tyle że wyrywkowo i w kawałkach, gdyż Sogda,  choć kraj ogromny, to jednak rozdrobniony na małe ludy i królestwa, często ze sobą zwaśnione, i bezlitośnie łupiące poddanych. Każde ma swoją historię, swoje osobliwości, nigdy jednak nie udało się ich połączyć w jedno wielkie, silne państwo. Dlatego zawsze ulegali obcym. Przed wiekami całą ich krainą rządzili Persowie, później została zdobyta przez Aleksandra, i wcielona do jego imperium. Przechodziła z rak do rąk, od Greków baktryjskich, znów do Persów, teraz  po części podległa jest Partom, z którymi wspólnie broni się przed naporem ludu Kuszanów.

Lecz, jak to bywa na tak rozległych przestrzeniach, zdobywcy ściągają daniny z podbitych ludów, ale nie wtrącają się zbytnio do ich wewnętrznych spraw. Tym sposobem, Sogda, która właściwie nie ma stałych granic, gdyż nie wiadomo gdzie się zaczyna, a gdzie kończy, w polityce nie istnieje jako całość, za to staje się potęgą w handlu. Ma dwie główne siły żywotne, żyzność i bogactwo ziemi, oraz kupiecką ruchliwość i przemyślność, dzięki którym zawdzięcza swą pomyślność. Fandak należał do tych, obdarzonych szczególnym talentem zamieniania jednego i drugiego na złoto, niezależnie od zmienności kaprysów historii. Jedyne, co go w nich interesowało, to bezpieczeństwo jego samego, i jego interesów. Był kupcem średniego formatu, nie z największych, ale i nie z najmniejszych. Społeczność jemu podobnych spajała Sogdę niewidzialnymi więzami silniej, niż wojska rodzime, czy obce.

Niezwykle zainteresowało go urządzenie naszych stosunków, zwłaszcza spisane prawo, obowiązujące wszystkich obywateli, i pozwalające zachować całkiem udany ład w społeczności tak ogromnego imperium, jak rzymskie. Szczególnie trudno mu było pojąć zasadę, iż dla dobra wspólnego narzuca ono rygory, uniemożliwiające samowolę nawet najbogatszych i najsilniejszych. Słusznie jednak zauważył, że sądy trybunałów i tak muszą być jakoś przekupne, choć przyznał, że lepsze to, niż całkowita dowolność w rozstrzyganiu sporów. Szczególnie zdumiało go, że dochodzić swego można gdziekolwiek bądź, gdyż prawo obowiązuje jednako wszędzie w państwie, na czym też zasadza się idea wspólnoty jego obywateli we wszystkich prowincjach. Spodobało mu się to, niemniej stwierdził, że u nich byłoby to niemożliwe, gdyż każde królestwo, mniejsze czy większe, rządzi się po swojemu. Tyle że kupcy, niezależnie skąd są, i pod kim żyją, mają swoje własne, niepisane reguły, i sami rozsądzają się we własnych interesach, gdziekolwiek by nie trafili, tyle, że i tak zwykle decyduje waga złota, a nie siła racji.

Choć wędrówka do Merwu trwała wiele dni, czas mijał szybko, a to dzięki rozmowom z Fandakiem, także z Patrosem, a nade wszystko wrażeniom, jakie wynosiłem z poznawania miejsc, o których mało kto miał u nas jakiekolwiek pojęcie. Niestety, ku memu rozczarowaniu, nie udało mi się zobaczyć sławnej Nisy, znaczącego miasta z wielką, partyjską twierdzą, gdyż ominęliśmy ją, zmierzając w kierunku wschodnim, bardziej na południe, by wyjść bliżej traktów w stronę baktryjską. Mieliśmy dwóch przewodników. Pierwszy, najęty spośród miejscowych, wywiódł nas na drugą stronę gór, prowadząc drogami wzdłuż małych rzek, gdzie trzykrotnie zatrzymywaliśmy się w tylko jemu znanych dolinach, zdatnych na obozowiska dla ludzi i dużej ilości koni. Otrzymawszy zapłatę, zawrócił z powrotem, jego zaś zadanie przejął człowiek z drużyny Fandaka, ni to Sogdyjczyk, ni Baktryjczyk perskiego pochodzenia, który ziemie, dzielące nas od Merwu, znał jak swoje pięć palców.

Tu trzeba było zarówno dużej wiedzy, jak i doświadczenia, gdyż szliśmy skrajem  wielkiej pustyni, wciskającej się co i raz w równinę, wiodącą ku miastom Baktrii. Najważniejsze, to znać miejsca, gdzie jest woda i choćby najlichsze pastwiska dla stada koni. Trafia się tu mnóstwo małych strumieni, które co i raz znikają pod ziemią, by gdzieś dalej znów wypływać na wierzch. Znajomość tych, i innych jeszcze tutejszych osobliwości, na swój sposób,  przypominała mi to, co widziałem u dobrych żeglarzy na otwartym morzu, którzy, chcąc pewnie prowadzić statek do celu, muszą umieć rozpoznawać najdrobniejsze znaki na niebie, w wodzie i powietrzu, także mieć wyczucie czasu i odległości. Przewodnik prowadził nas bez wahania, choć niekiedy trudno było dociec, czym kierował się w wyborze kierunku na szerokiej przestrzeni.

Lecz nie tylko znajomość drogi była ważna, ale i wiedza o rozmaitych bandach  miejscowych plemion, chętnych napadać handlarzy, grabiąc ich, a niekiedy nawet zabijając. Dobry przewodnik bywa więc i pośrednikiem w opłacaniu haraczu na modłę pustynnych ludów, nieraz nawet samemu czerpiąc z tego swój cichy zysk. Kto nie przestrzega tego obyczaju, marnie na tym wychodzi. W dwa czy trzy dni po wyjeździe napotkaliśmy taka dużą grupę uzbrojonych ludzi, która otoczyła nas, w oczekiwaniu na decyzję swego przywódcy. Można było, oczywiście, wdać się w walkę, lecz nie wiadomo, czym by się ona skończyła.

Doszło jednak do ugody, bandyci dostali tyle, ile nakazywał zwyczaj, po czym  puścili  nas wolno. Fandak, obeznany z tym porządkiem rzeczy, nie protestował, co było zrozumiałe, gdyż miał zbyt wiele do stracenia. Nieco później uświadomił mi, że taki haracz wlicza w koszty, co dobrze rozumiałem, gdyż ta praktyka nie jest obca Tycjanom w interesach, nie tylko miedzy obcymi, ale nawet i swoimi. Opłacenie się bandzie – nie tylko obdartusów na dzikich stepach, ale i wystawnych urzędników w ich biurach! – zwalnia z podobnych przygód w dalszej drodze, gdyż wieść o tym przekazywana jest dalej, co przez innych, im podobnych,  uchodzi za wypełnienie obowiązującego, niepisanego, a osobliwie złodziejskiego prawa. Jak oni wszyscy się potem miedzy sobą liczą, pozostaje ich tajemnicą, której lepiej nie dochodzić. Tak czy owak, nasz przewodnik okazał się być użyteczny nie tylko dla swej znajomości drogi, ale i tego kogo się na niej spotyka.

Miał ze sobą syna, młodziutkiego chłopca, którego przyuczał na swego następcę, jako że w jego rodzinie zajęcie to dziedziczy się z pokolenia na pokolenie. Wyrostek przypominał trochę Dolana, był równie obrotny, bystry i szybki, lubili go wszyscy bez wyjątku. Także Agis, który w wolnych chwilach na postojach ćwiczył trochę strażników w różnych rodzajach walki, znajdował czas na ustawianie mu ręki do małego miecza. Mnie samego ujmował tą samą bezceremonialnością, jaką zaskakiwał tamten mały Scyta, a która uchodziła mu jednak płazem, mimo iż niekiedy nazbyt swawolnie mielił ozorem. Gdym przyglądał się, jak radzi sobie pod okiem ojca, jak swobodnie uwija się po okolicy, między ludźmi i końmi, wracało wspomnienie nie tylko Dolana, lecz i jego siostry, przywołując uczucia, skryte głęboko w zakamarkach pamięci. Otrząsałem się z nich, nie chcąc przyznać nawet sam przed sobą, jak bardzo brak mi jej obecności. Częściej niż bym chciał, zastanawiałem się, czy  odnalazła drogę do swoich, jak została z bratem powitana, gdzie obydwoje są, i co robią.

Co i raz dawało o sobie znać owo rozdwojenie miedzy dawnym Tycjanem, a nowym Festusem, jakie dostrzegałem w sobie od dłuższego już czasu. W stosunkach z Fandakiem silnie odzywała się natura rzymskiego kupca i bankiera, przystająca do treści naszych rozmów, i sprzyjająca wzajemnemu zrozumieniu w  wielu sprawach, związanych prowadzeniem interesów w ciągle niespokojnym świecie. Sogdyjczyk szybko zorientował się, że znam się na rzeczy, że pochodzę z kręgów o dużym znaczeniu i silnej pozycji wśród swoich. Przypisywaną mi rolę kapłana i uzdrowiciela  przyjmował za prawdziwą, lecz przyznawał, iż ma ja za swego rodzaju pozór, za którym kryją się zgoła inne powody, dla których podjąłem się tak dalekiej wyprawy. Swym handlowych zmysłem wyczuł, że jeśli nawet poszukuję wiedzy, to głównie takiej, która ma służyć przyszłym, rodzinnym zyskom.. Sceptycznie jednak odnosił się do moich pomysłów na interesy w tej części Azji, nie bez racji twierdząc, ze przy tak ogromnych odległościach nie ma gwarancji ich sukcesów. Żałowałem, że nie ma ze mną Melosa  z jego praktycznym geniuszem handlowym, gdyż bez wątpienia nie tylko znalazłby argumenty przeciwko tym zastrzeżeniom, ale i namówiłby Fandaka do jakiejś współpracy.

Wszelako zza owej tycjanowskiej postawy wyzierał duch Festusa, wędrowca, człowieka patrzącego na świat i ludzi innymi nieco oczami. Przesadą może byłoby twierdzić, że nabrałem wobec niego więcej pokory, niemniej nauczyłem się studzić swe oceny i sądy, nie dzieląc już wszystkiego i wszystkich miarą rzymskiego patrycjusza. Przekonałem się, że  naturalna duma i przymioty ducha, mogą być przyobleczone w proste szaty i objawiać się w kimś zgoła niepozornym, nawet wśród tych, których skłonni jesteśmy mieć za barbarzyńców. Że sztuczna wyniosłość bywa śmieszna, a uczoność nie zawsze idzie w parze z życiową  mądrością. Że więcej pożytku jest w umiejętności radzenia sobie ze zwyczajną codziennością, niż w rozwlekłych, a wyniosłych dociekaniach o jej prozaiczności. Że można kontentować się tylko tym, co niezbędne, i że w niczym nie pozbawia to radości życia. Nade wszystko jednak Festus polubił wielkie przestrzenie, wolność w ich przemierzaniu, gotowość stawiania czoła wyzwaniom, jakie niosą. Gdy czasami wspominałem krążenie po rzymskich salonach i czas, spędzany na towarzyskich zabawach, czy dysputach, ogarniał  mnie pusty śmiech na myśl o jałowości tamtych zajęć.

Jedyne, co pozostawało niezmienne, to pragnienie wiedzy, ciekawość świata, chęć ogarniania umysłem jego tajemnic, różnorodności i bogactwa. Stopniowo dochodziłem do przekonania, że choć studiowanie ksiąg jest w tym koniecznością, to jednak bez własnego doświadczenia ich zawartość pozostaje zbiorem beznamiętnych zapisów, które ciekawią i uczą, lecz przecież dają ledwo skąpe wyobrażenie o tym, co się za nimi kryje. Co więcej, teraz, gdym na własne oczy obejrzał wiele z tego, o czym czytałem od dzieciństwa z zapartym tchem, i co przyjmowałem jako pewniki, zorientowałem się, że jest w tych lekturach sporo  przeinaczeń i wymysłów imaginacji autorów. Nie, żebym kwestionował ich dobrą wolę, czy nawet ich własne spostrzeżenia, lecz moja wiara w ostateczność i jednoznaczność wniosków, jakie sugerowali, mocno została nadwyrężona, zwłaszcza w tym, co się tyczy losów i obyczajów różnych ludów. Historia nie zawsze wygląda tak, jak piszą ja wielcy, zwycięzcy, nawet uczeni, czy chętni na to, by nimi być.

Równie ważne, co owo nabranie dystansu do minionego życia i do wyuczonej wiedzy, wydało mi się umocnienie w pewności siebie. Rozważną. tycjanowską powściągliwość coraz częściej, nie tylko w razie nagłej konieczności, zastępowała odruchowość, wręcz żywiołowość zachowania, zwłaszcza wtedy, gdy nie było czasu na ważenie racji. Nauczyłem się ufać swym odruchom, nawet jeśli kryło się za nimi ryzyko popełnienia błędu. Nabrałem tez śmiałości do wchodzenia między ludzi, bez zakładania z góry, kim są, lub być mogą. Nie znaczy to, że zaniechałem rozumnej ostrożności, raczej wyzbyłem się uprzedzeń wobec widocznych oznak ludzkiej odmienności, czy niedoskonałości, także mniemań, jakie mogły budzić. Nie wstydziłem się przy tym prosić o naukę i radę tych, których kiedyś uważałbym za gorszych czy głupszych od siebie. Przestałem też skrywać słabostki własnej natury, by wystawiać się lepszym i układniejszym, niż w istocie jestem. Niezwykłe okazało się, jakie  zadowolenie daje, i jaką przynosi ulgę, zaprzestanie udawania, także nabieranie ufności we własne siły i odkrywane w sobie możliwości.

Nadal jednak tkwiła we mnie zadra, której na imię było Asza. Wciąż jeszcze uważałem, że stało się tak, jak stać się musiało, niemniej nie miałem do końca pewności, czy było to dobre, po równo dla niej, dla mnie, jak i dla nas obojga. Za słuszne przyjąłem ze wszech miar logiczne rozwiązanie Tycjana, niemniej Festus czuł niejasny żal za niespełnionym uczuciem. Przepowiedziała mi to kapłanka Afrodyty, lecz czy owo fatum wynikało z konieczności, czy tylko z uksztaltowania charakteru i umysłu? Czy tycjanowska rozwaga nie uczyniła z Festusa zwykłego tchórza? Czy to, co bierzemy za życiową roztropność, nie jest aby zmyślnym usprawiedliwianiem słabości, i lęku przez odpowiedzialnością? Czy była to ostrożność, czy już obłuda?

Wędrowanie przez wielkie przestrzenie, jakkolwiek uciążliwe i niekiedy nużące, ma tę  zaletę, iż daje dużo czasu do obserwacji i samotnych przemyśleń. Sogdyjczycy byli bardzo zajęci pilnowaniem stada i całodziennymi obowiązkami, więc w ciągu dnia rzadko kiedy miałem okazję do dłuższych rozmów. Wieczorami, Fandak i Patros zmęczeni doglądaniem porządku, wdawali się w krótkie pogawędki, ale i tak dopiero po tym, jak szczegółowo ustalili z przewodnikiem plany na następny dzień. Trafiały się po drodze większe osady, gdzie zatrzymywaliśmy się na dłuższy popas, i tylko wtedy nadarzała się sposobność do poważniejszej wymiany myśli, i rozpytywania o rzeczy dla mnie najbardziej zajmujące, czyli o osobliwości tych krain, ich dzieje i zwyczaje.

Spytałem kiedyś Patrosa,, w jaki stopniu czuje się potomkiem Rzymian i Greków, a w jakim ma się za Sogdyjczyka. Czy nie przychodziła mu do głowy myśl, że warto by kiedyś wrócić do ziemi przodków? Bardzo go to zdziwiło, tylko się roześmiał, mówiąc, że nie za bardzo rozumie, o czym mówię.

– Czego miałbym szukać w obcym świecie? Tu jest mój dom, moje życie. A tam co? Tu wiem, kim jestem. A tam kim miałbym być? To nie ma sensu.

– Przecież macie rodzinną tradycję, po ojcach, i po greckich matkach. To tylko obyczaje, czy coś więcej?

– Legendy, lepsze, gorsze, ale tylko legendy. Czasami się je wspomina, raczej od święta, a i to bez zbytnich sentymentów. Owszem, nasze pochodzenie jakoś nas tu wyróżnia, niekiedy nawet na korzyść. Ale nie znam, Viatusie, nikogo z takich rodzin, kto chciałby szukać dla siebie przyszłości w snach o przeszłości. Zresztą, po co miałby to robić

– Przyjęto by was z otwartymi ramionami.

–  I co? Skończyłoby się  na uściskach, potem pokazywaliby nas jak dziwolągi, wreszcie zostawili samych sobie.

– Jesteś młody, silny, znasz żołnierkę. Mógłbyś wstąpić do legionów, walczyć.

– Chyba żartujesz?. Wojsko nie dla mnie. Jestem wolny, sam decyduję kiedy, i z kim walczę. I za ile. Tu jest dużo miejsca dla każdego. I dużo okazji do zdobywania sławy i pieniędzy.

Więcej do sprawy nie wracałem. Patros, choć człek prosty, swój rozum miał, tyle że praktyczny, nastawiony na własne potrzeby. Jeśli nawet zdarzało mu się wypytywać o Rzym, to bardziej dla wyjaśnienia sobie okoliczności wojny, w jaką zaplatał się jego przodek, niż szukania wiedzy o kraju, z jakiego się wywodził. Wolał rozmowy i ćwiczenia z Agisem, w których poznawał wiele przydatnych umiejętności z wojskowego rzemiosła, sposobów prowadzenia walki, rozmaitych sztuczek z bronią i w polu. Dobrze popamiętał lekcje, jakiej onegdaj Grek udzielił mu w walce.

 Zastanawiałem się, czy gdybym i ja wyjechał na stałe w obce kraje, i miał tam dzieci, to wykorzeniłbym się z przeszłości, zostawiając potomkom po sobie tylko legendy, wyzute z tęsknoty za porzuconą ojczyzną. Lecz czemu miałbym to zrobić? Chyba z konieczności, ze zrządzenia losu, bo na pewno nie z wyboru. Co ciekawe, takie wizje niezwykle studziły moje wątpliwości, związane z Aszą. Znów logika brała górę nad mglistą uczuciowością. Cóż, tak źle, i tak niedobrze.

Początek u Kresu Drogi

31. Dzieją się rzeczy niezwykłe

Do Merwu dotarliśmy w dobrej kondycji, choć, nim wjechaliśmy na ziemie wokół niego, jazda przez poprzedzającą je pustynną  równinę mocno dała się nam we znaki. Fandak nakazał, by przed wjazdem do miasta zatrzymać się na dwa dni niedaleko osady nad małą rzeczką. wpadająca dalej do rzeki zwanej Murgab, płynącej przez miasto, do którego zmierzaliśmy. Na dobrych pastwiskach konie mogły spokojnie wypocząć pod opieką poganiaczy, by nabrać dobrego wyglądu i wigoru przed wystawieniem ich na sprzedaż. Ogarnęła mnie niejaka ekscytacja, gdyż oto po wielu miesiącach podróży wjechałem na ziemie baktryjskie, co było przecież głównym zamiarem mej wyprawy. Co prawda, według tego, co mi mówiono, do serca Baktrii nad Oksosem trzeba by iść jeszcze dwa czy trzy tygodnie, lecz w moim odczuciu nie miało to już takiego znaczenia. Okazało się, że Merw to nic innego jak Aleksandria Margańska, założona przez Macedończyka jako strategiczna warownia na szlaku jego wyprawy. Widać było  nawet resztki dawnych wałów, usypanych dla obrony przez atakami nomadów z północy, ale i dla osłony pól przed piaskami pustyni.

Strabon, choć sam nigdy do Margany nie dotarł, na podstawie cudzych opowieści pisał o niej z największym uznaniem, jak o krainie obdarzonej przez naturę niezwykłym pięknem i bogactwem żyznej ziemi. To tu w pierwszej kolejności osadzano rzymskich jeńców spod Carrhae, co okazało się dla nich błogosławieństwem, gdyż zyskali warunki do życia daleko lepsze, niż mogli się spodziewać gdzie indziej w swej jenieckiej niedoli. Historia raz po raz splątywała w Baktrii losy Rzymian, Greków i Persów w ciągłe wewnętrzne bunty i wojny, tyle że greckie królestwo baktryjskie dawno już przeminęło, a wszystkich pogodzili panujący tu od jakiego czasu Partowie. Z tego, co mówił Fandak wynikało, iż dzisiaj wszyscy pospołu łączą siły, by odpierać napór ludów ze wschodu, głownie Tocharów i Kuszanów.

Sytuacja jest tu jednak szalenie pogmatwana, tym bardziej, że coraz częściej dają znać o sobie Hanowie, czyli po naszemu tajemniczy, wręcz mityczny lud Serów. Mają oni ponoć wielkie cesarstwo za ogromnymi górami na wschodzie, skąd wychynęli ich kupcy ze swymi towarami, w tym z tak cennym u nas jedwabiem. Ich nagłe najazdy czasowo ustały, natomiast ruszył handel, i to na coraz większą skalę. O polityce niewiele tu kto co wie, mało zresztą ona kogo interesuje, zwłaszcza że wyobraźnię rozpalają teraz wizje wielkich zysków, jakie zaczęły płynąć z karawan, krążących coraz częściej ze wschodu na zachód, i odwrotnie. Wszystkiego tego dowiadywałem się stopniowo od Fandaka, który z wyczuciem, godnym kupca większego, niż w rzeczywistości był, znakomicie orientował się w tych grach o towary i złoto. Twierdził, że jego Sogda, leżąca na styku dwóch światów, zyska tu niebawem wielkie przewagi jako jedyny liczący się miedzy nimi pośrednik i przewoźnik.

Moja tycjanowska wiedza hamowała nieco jego entuzjazm, gdyż tłumaczyłem mu, że bez zakładania dużych banków i faktorii, bez weksli, listów zastawnych i udziałów, nie ma co planować i urządzać naprawdę poważnych interesów. Dawałem mu na to przykłady rzymskie, fenickie, nawet greckie i żydowskie. Musi też być jakiś jeden, a dobry pieniądz na dużych przestrzeniach, żeby dawało się prowadzić rachunki między pośrednikami, bez wykładania od razu złota na stół. Tymczasem, przy takim jak tu rozdrobnieniu władzy między małych, lokalnych despotów, każdy z nich liczy po swojemu, bije własną monetę, ma własne cła, trudno jest rozeznać się, co, gdzie, i ile jest warte.. Kupcy, choć trzymają się własnych zasad, są zdani na siebie, a nie na prawo, choćby i niedoskonałe. Sama tylko wymiana towarów, przy rozdrobnieniu sił,  nie daje zbyt wielkich zysków.

Fandak kręcił nosem, mówił o ryzyku, ale pojął wreszcie, że kupcy bez banków daleko nie zajdą.  Uważnie przemyśliwał te sprawy, wątpiłem jednak, czy spróbuje przełożyć je na swoje interesy. Cóż, powszechnie wiadomo, że przyzwyczajenie jest silniejsze od gotowości do wprowadzania nowości. Może gdyby te ziemie zjednoczył jakiś rozumny władca,  twardą ręką zaprowadził ład i zapewnił spokój na dłuższy czas, rzeczy uległyby zmianie, z korzyścią dla ludzi odważnych i z dobrymi pomysłami.

Stanęliśmy tuż pod miastem, na rozległych polach targowych, rozbito obóz, zagrodzono konie.  Fandak wysłał kilku ludzi na przeszpiegi, by rozeznali się, gdzie kto zjechał, i z czym. Miał umówionego wcześniej handlarza, zajął się swoimi sprawami, mnie zaś pozwolono czas jakiś pozostać u nich ze swoim namiotem, dopóki nie rozejrzę się, i postanowię, co czynić dalej. Prawdę mówiąc, byłem w pewnej rozterce.  Czy jechać dalej, w głąb Baktrii, czy skończyć tu wyprawę, i zbierać się do powrotu?  Fandak zaproponował, bym poczekał, aż dobije swych interesów, kupi towary i ruszy do Sogdy. Oferta kusząca, lecz oznaczała kolejne dwa lub trzy miesiące drogi, która wywiodła by mnie zbyt już daleko.

W istocie zdałem sobie sprawę, ze sam nie wiem, gdzie dokładnie ma być kres mej wędrówki. Wcześniej widziałem rzecz całą w ogólności, teraz przekonałem się, ze właściwie nie sposób go oznaczyć w jakimś jednym, konkretnym miejscu. Zadanie, jakie postawił mi ojciec wypełniłem, chociażby w Beroi, potem poznałem przydatne dla nas zwyczaje w dalekich krainach, teraz zawiązałem nić dobrej przyjaźni z sogdyjskim kupcem, tyle że, nie mając pojęcia, jak w praktyce, przy takich odległościach, dałoby się ją podwiązać wprost pod nasze interesy. Tu trzeba by mieć długą sztafetę małych faktorii, lub przynajmniej pewnych  pośredników i strażników, a na miejscu kogoś zaufanego, kto krążyłby miedzy nimi i doglądał całości. Przy nieustannych zamieszaniach, walkach między rozmaitymi ludami i  małymi królestwami, w warunkach niejasności i niepewności, byłoby to niemożliwe..

Patros uświadomił mi, że Rzym nie ma tu żadnego oparcia, więcej mają go liczni  Grecy, nawet mało widoczni Żydzi, jeśli nawet niezbyt widoczni, to jednak wszędzie obecni, i na stałe tu mieszkający. Szczerze i uczciwie mówiąc, tu, i w przyległych krainach, głównymi graczami byli, są i będą greccy potomkowie wojsk Aleksandra, Persowie i Partowie, my zaś możemy tylko układać się z nimi, a i to na ich warunkach. Są jeszcze Sogdowie, chętni wcisnąć się miedzy nich, a przykład Fandaka pokazuje, że kto wie, jak wiele mogą namieszać w tutejszym handlu.

Zadane mi zalecenia cesarskie dotyczyły głownie rozeznania sytuacji w Syrii, a w miarę możliwości w stolicy partyjskiej, dokąd planowałem trafić w drodze powrotnej. Z pierwszych zdałem raport listem z Antiochii, wykonanie drugich miało jeszcze poczekać. Przyjazd do Baktrii był moim własnym pomysłem, hołubionym jeszcze od dzieciństwa, i teraz, gdym się tu znalazł, czułem satysfakcję, że dopiąłem swego. Lecz co dalej? Poznałem szmat świata, lecz z tego, czegom się już wywiedział, to ledwie jego część, prawda że dotąd mało nam znaną, niemniej jednak tylko znikomą. Dalej, we wszystkie strony, rozciągały się ogromne krainy, na poznanie których trzeba by wielu lat – jeśli nie całego życia, na wędrówce, która łatwo zamieniłaby się w samotniczą tułaczkę dla niej samej, bez wyraźnego celu. Ani Tycjan, ani Festus nie znajdował sensu dla takiego wyboru, dla którego trzeba by i wielkiej desperacji. Miałem się za badacza, a co komu z badań, jeśli nic by po nich nie zostało.

Gdy któregoś wieczora podzieliłem się swymi rozterkami z Fandakiem, zamyślił się, po czym z dziwnie tajemniczym uśmieszkiem rzekł, iż moje wcześniejsze z nim rozmowy nasunęły mu pewne pomysły, i może będzie miał dla mnie ciekawą propozycję. Nic więcej nie chciał zdradzić, tylko stwierdził, że doszły go pewne, krążące słuchy, które, jeśli okażą się prawdziwe, dadzą okazję do sprawdzenia moich nauk o interesach, jakich mu wcześniej udzielałem. Jeśli uzbroję się w cierpliwość, wówczas, kto wie, może znajdzie się rozwiązanie dla moich wątpliwości.

Idąc za jego radą, odłożyłem podjęcie decyzji na czas jakiś, i oddałem się poznawaniu miasta, jego osobliwości, i zwyczajów tutejszych ludzi. A było tego wiele. Merw, powstałe jako jeszcze jedna Aleksandria,  zostało potem przemianowane na tutejszą Seleucję, wreszcie na Antiochię Margańską, co wskazywało, jak wiele tu się musiało dziać w czasie dawnych wojen, opisanych u Strabona na podstawie licznych, znanych mu przekazów. Zanim na dobre nastali Partowie, o panowanie, ze zmiennym szczęściem, walczyli Persowie z baktryjskimi Grekami. Jak to zwykle bywa, zmienność fortuny władców,  przynosząc wielkie uciążliwości zwykłym ludziom, nie była w stanie osłabić ich naturalnej żywotności, zwłaszcza przy rosnącym znaczeniu handlu. Nawet najgłupszy, chwilowy despota rozumie, że nie należy niszczyć miejsc, przez które przepływają strumienie złota i towarów. Jeśli tylko choć trochę miarkuje okrucieństwo, oraz chciwość własną i swych sług, wówczas rzeczy dają się jakoś układać, co nie znaczy że bezboleśnie.

W swej podróży widziałem wiele takich miejsc, gdzie ludność posiadła niezwykłą  wręcz umiejętność trwania i przetrwania najgorszego nawet łupiestwa kolejnych władców.  Merw nie był wyjątkiem od tej reguły, a szczególne położenie całej Baktrii powodowało, że tak naprawdę to handel w niej rządził władzą, a nie odwrotnie. W istocie, to miastem nie partyjskie, nie perskie, ale kupieckie. To kupcy mają najbardziej tu okazałe pałace, własne straże, własne familie. Jak mi powiedziano, tak urośli w siłę, że nawet Partowie, choć niby rządzą, muszą się im okupywać, jeśli chcą przeprowadzać tędy, albo sprowadzać większe wojska. Dziwna jest, zaiste, ta dwoistość władzy, lecz tak dzieje się wszędzie, gdyż na całym świecie złoto i siła są ściśle ze sobą splątane, i od siebie zależne, choć może nie zawsze tak jawnie i bezceremonialnie..

Na każdym kroku dostrzegałem również inną miejscową osobliwość. Przybysz z Rzymu, przywykły do nagromadzenia u siebie wszystkiego, co cesarstwo przejmuje od podbitych narodów, nie może nie zauważyć, jak wielkie jest w mieście pomieszanie ludów, obyczajów, budowli i świątyń. Grecy, zamieszkujący od pokoleń Baktrię, choć w ogólności pozostali wierni swej tradycji, nie oparli się jednak wpływom Persów, Partów, nawet dalekich Indów, czy sąsiednich Sogdów. Sąsiadują tu ze sobą posągi bogów olimpijskich, perskich – Mazdy, Anahity i Aszti, czyli naszej Fortuny, miejscowe bóstwa  żywiołów wody i ziemi, w otoczeniu ściennych rzeźb licznych, dobrych duchów opiekuńczych, i złych demonów każdego chyba plemienia, jakie się tędy przewija. Przed trzema wiekami przybył tu z dwoma sogdyjskimi kupcami w ogóle nieznany nikomu kult Indów, a posążki ich siedzącego boga  znaleźć można nawet na zwykłych straganach. Miejscową rzekę Murgab, podobnie jak daleki Oksos, oddano w opiekę greckiemu Sylenowi, a podobnych zestawień znalazłem bez liku. Najmniej jest śladów Egiptu, choć w dwóch miejscach dostrzegłem wizerunki Izydy. Ta mnogość bogów nikogo nie dziwi, nie ma też chyba żadnych swarów, ani między nimi, ani między ich wyznawcami.

W mieście znalazłem ślady czegoś na podobieństwo agory, gimnazjonu, nawet teatru i akropolu z okazałym pałacem. To pozostałości po greckim panowaniu, tyle że teraz pozbawione tamtego znaczenia. Obrosły ulicami i uliczkami, bez ładu i składu, z setkami zaułków, małych domków, warsztatów, kramów, tyle że najważniejsze miejsca to place targowe, mniejsze w samym mieście, większe tuż za murami. Wielkie rezydencje stoją w oddaleniu, bliżej rzeki, wśród gajów, gdzie nie ma nieznośnego fetoru i brudów, jakie zalegają w miejscach publicznych. Ku mojemu zadowoleniu, dostrzegałem kilka niedużych łaźni, co podobno jest w baktryjskich miastach częste, a to dlatego, że perska tradycja niezwykłą wagę przywiązuje do czystości ciała i odzienia.

Dzięki jakiej takiej swobodzie w używaniu języków, wdawałem się w rozmowy z ludźmi różnych stanów, choć, oczywiście, do bogaczy dostępu nie miałem. Gdy mnie kto pytał, skąd jestem, odpowiadałem że z dalekiej Romy, co wzbudzało niejaką konfuzję, gdyż  dokładniejsza wiedza o nas tak daleko nie sięga, a o dawnych jeńcach, rozproszonych przez dziesięciolecia po sąsiednich krainach, mało kto pamiętał. Dopiero gdym wspominał, że jestem z rodu kupców, ten i ów nastawiał uszu, lecz ułyszawszy, ze nie mam nic na sprzedaż, ani że nic nie zamierzam kupować, tracił  zainteresowanie.

Szukałem oznak uczoności na naszą modłę, już to u ulicznych nauczycieli, już to u kapłanów, lecz nie zawiązałem żadnej ciekawej znajomości. Najbardziej tu się liczy umiejętność rachunków. Historia pomieszana jest z poetyczną legendą w pieśniach o herosach, retoryki nie znają, bo i na co ona komu potrzebna bez prawa i trybunałów, o filozofii pojęcie mają żadne, zwłaszcza o systematycznej etyce. O tym, co dobre, a co złe decydują nakazy chwili, dla których zawsze znajdzie się jakieś uzasadnienie, czy to w monecie, czy w sile władzy, jakakolwiek by ona była. Bogów i ich nakazów mają wiele, składają im ofiary, lecz najwięcej hołdują praktyczności, i to dla niej szukają u nich wsparcia.

Dawno już nie czułem się tak obco, niczym ktoś zbędny, i mało użyteczny. Żadnych planów jeszcze nie robiłem, czekając na zapowiedzianą przez Fandaka propozycję. Kręciłem się więc po mieście, podziwiając niezwykłą różnorodność mieszkańców i wystroju, ale też uważając, by mnie kto nie okradł, albo napadł. Tam, gdzie dużo bogactwa, tam też dużo  łobuzerii i zwykłych naciągaczy, węszących za ofiarami. Żałowałem, że nie ma ze mną Dolana, który przedtem był na ulicy moim niezastąpionym uchem i okiem. Nareszcie pewnego wieczora Sogdyjczyk oznajmił, że niebawem zabierze mnie na umawiane właśnie  spotkanie, które bez wątpienia mnie zainteresuje, jako że omawiany będzie pomysł, bliski temu, o czym wcześniej rozmawialiśmy. Szczegółów nie ujawnił, tylko tajemniczo się uśmiechał. Nie rozpalił tym zbytnio mej wyobraźni, niemniej rad byłem, że coś może sobie wyjaśnię w sprawie dalszej podróży.

Wszelako następny dzień przyniósł wydarzenie, które wzbudziło poruszenie, nie tylko wśród kupców, ale w ogóle w całym mieście, odmieniając i mój stan ducha. Oto około południa rozeszła się wieść, że od wschodu zbliża się karawana – ni mniej, ni więcej, tylko samych Hanów! Widuje się ich tu niezwykle rzadko, gdyż przybywają z bardzo daleka, a jeśli już pojawiają się w Baktrii, to kończą swą podróż wcześniej, w sporo stąd oddalonej stolicy, Marakandzie. Skoro zdecydowali się zajść aż tutaj, to znaczy, że coś się za tym musi kryć.

Wśród miejscowych, przywykłych do obecności różnorodnych przybyszów, Hanowie uchodzili za osobliwość nader szczególną, nie tylko z powodu niezwykłości  przywożonych towarów, lecz także dla  odmienności ich samych. Byli nieodstępni, z nikim nie wdawali się w bliższe znajomości, nikt zresztą nie umiał się tu z nimi rozmówić, i gdyby nie tłumacze, jakich ze sobą wozili, nijak nie dawałoby się z nimi porozumieć, ani targować. Uważano ich za niebywałą atrakcję, mimo obcości, nieprzystępności, zwłaszcza, że zachowywali się ponoć grzecznie, a i interesy dawało się z nimi robić nienajgorsze. Słowem, szykowało się widowisko, o którym będzie co mówić.

I mnie udzielił się nastrój oczekiwania, jako że miałem poznać ludzi z narodu, o którym u nas krążyły tylko najdziksze legendy, a których nikt nigdy nie widział na oczy. Są wzmianki Herodota i Strabona o Serach, ale czy to właśnie o Hanów szło, czy też mieliby oni być odmianą Saków, bądź dalekich, wschodnich Scytów, powiedzieć na podstawie tych zapisów nie sposób. Zdążyłem się przekonać, że im dalej od nas, tym nasze pojmowanie rozmaitości ludów i plemion w dalekiej i głębokiej Azji jest nie tylko zawodne, ale wręcz nieprawdziwe i bardzo mylące.

Wiadomo jedynie, iż to tam właśnie kryją się tajemnicę jedwabiów, nieznane reszcie świata. Znają ją chyba znani nam Indowie, ale i to nic pewnego, a oni sami z tym się nie zdradzają. Z tamtych stron docierały do Rzymu nie tylko cenne przyprawy, ale i dziwne przedmioty z nieznanych u nas materii, lecz co, gdzie, jak, i skąd się biorą – o tym też w moim świecie nikt nie ma najmniejszego pojęcia. Myśl, że byłbym pierwszym Rzymianinem, który dowiedziałby się czegoś o tych sprawach u samego źródła, budziła we mnie szaloną ciekawość, także i zadowolenie z możliwości zostania pierwszym, który by spisał rzeczy nikomu dotąd w cesarstwie niewiadome!

Wczesnym popołudniem, pół miasta zebrało się u wschodniej bramy, żeby oglądać wjazd nowych przybyszów. Darowałem sobie wycieczkę w tamtą stronę, gdyż nie lubię być gapiem w tłumie, niemniej dowiedziałem się co nieco o tym wydarzeniu od jednego z ludzi Fandaka, wysłanego specjalnie, by potwierdzić wcześniejsze wieści, Sogdowie już nieraz spotykali Hanów, więc jego opowieść pozbawiona była szczególnej ekscytacji. Ot, przyjechali, rozstawili namioty i straż, zajęli się oporządzaniem siebie i zwierząt, wyjście do miasta w interesach odłożyli na następny dzień. Było ich wielu, kupiec, ze dwie dziesiątki zbrojnych, służba, przewodnicy, jakieś osoby nieznanego przeznaczenia, dwóch tłumaczy. Karawana, jak wiele innych, tyle że z dalekiego kraju.

Choć Hanowie z obcymi się nie zadają, to przecież handlować trzeba, a to oznaczało, że raczej prędzej niż później ruszą do miasta, by poszukać chętnych do targów, także  kupić  rzeczy, niezbędne w codziennym prowadzeniu obozu. Sam nie miałem nadziei na przypadkowe spotkanie kogo z nich, a już tym bardziej na poznanie się z nimi zwykłym sposobem, czyli pójście do nich z zaproszeniem do rozmowy. Spytałem więc Fandaka, obytego z miejscowymi kupcami, czy mógłby mi wskazać kogoś, kto z nimi będzie robił interesy. Sogdyjczyk pokiwał głową, wciąż z tym swoim tajemniczym uśmiechem, obiecał pomoc, ale znów zalecił cierpliwość, mówiąc, że ma coś na widoku, lecz że to musi chwilę potrwać. Ta chwila przeciągała mu się aż nadto, lecz nareszcie pewnego wieczora rzekł, bym nazajutrz był gotowy do pójścia z nim na owo zapowiedziane, interesujące spotkanie, które mnie pewnie zadziwi, ale może okaże się przydatne w podjęciu decyzji o dalszej podróży.

Rankiem wyszliśmy z obozu we dwóch, jedynie w asyście Agisa i Patrosa, i, klucząc miedzy uliczkami, wyszliśmy daleko poza miejską ciżbę, zatrzymując się na koniec przed wcale okazałym domem ze sporym, gustownym ogrodem. Fandak uprzedził mnie, że idziemy do znacznego, miejscowego kupca, z którym od lat pozostaje w dobrych stosunkach, tak handlowych, jak i osobistych. To Part, ale z greckim pochodzeniem, osiadły w Baktrii, skąd wywodzi się rodzina  zarówno jego matki, jak i obecnej żony. Taka kombinacja to nic tu niezwykłego, natomiast jego bliska zażyłość z Sogdyjczykiem nieco mnie zaskoczyła. Widać ich wzajemna wiarygodność we wspólnych zyskach, więcej ważyła niż odmienność plemienna.

Oczekujący przed rezydencją sługa wprowadził  nas  do środka, a następnie wskazał wejście do dużego, ogrodowego perystlu z małym basenem,, tyle że pięknie urządzonego, i ozdobionego na modłę perską. Tam, pod drzewami, między gustownymi rzeźbami i kolumanami, stał duży stół, przy którym siedziało czterech mężczyzn, zajętych ożywioną rozmową. Na nasz widok jeden z nich podniósł się, i powitał Fandaka z ostentacyjną wręcz wylewnością.

– Drogi przyjacielu, witam cię wraz z twym towarzyszem, o którym tak wiele mi opowiadałeś –  przyjazny ton świadczył o dużej miedzy nimi bliskości. – Panie – zwrócił się do mnie w całkiem niezłej greckiej mowie – ilość dobrych słów, jakie o tobie usłyszałem, dorównuje chyba tylko wielkości i niezwykłości drogi, jaką przebyłeś ze swego kraju aż tu, pod mój dach.

– Wielu ludzi w niej spotkałem, lecz niewielu aż tak mi życzliwych jak twój przyjaciel. Z wdzięcznością przyjmuję, iż zechciał wprowadzić mnie do domu, którego okazałość dorównuje grzeczności jego gospodarza – nie wiedziałem, co mu naopowiadał Fandak, więc przyjąłem pochlebstwo ostrożnie, bardziej jako Tycjan, niż Festus. –  Postaram się, panie, sprostać wysokim wymaganiom, jakie postawili mi bogowie, dając sposobność poznania tak zacnych osób –  słowna dyplomacja niewiele kosztuje, a pozwala powoli rozeznać się w  sytuacji, o której nic zawczasu nie wiadomo.

 Nie miałem pojęcia, jaki ma być cel tego spotkania, czułem jednak, że idzie o coś więcej, niż tylko o towarzyską rozmowę. Utwierdziłem się w tym, gdy dokonaliśmy wzajemnej prezentacji. Gospodarz , kupiec o imieniu Menander, przedstawił swego syna Idasa, najmłodszego w tym gronie, Fandak zaś – drugiego miedzy nami Sogdyjczyka, swego wspólnika, niejakiego Babura.  Było to więc spotkanie ludzi interesów, zatem o nie musiało tu chodzić. Dlaczego więc zaproszono mnie, skoro nie miałem nic do zaoferowania w ich ewentualnych kalkulacjach? Czy tylko jako ciekawostkę z dalekich stron?

Zasiedliśmy do stołu na małych, wygodnych sofach, niewolnicy zastawili stół owocami, winem, i chłodną wodą z jakimiś aromatami. Agisa i Patrosa grzecznie zaproszono na poczęstunek gdzieś indziej, z czego wnioskowałem, że będziemy rozmawiać bez świadków, zatem o sprawach chyba poważniejszych niż moje opowieści z podróży. Rzecz zaczęła się trochę wyjaśniać, gdy Menander wspomniał, iż Fandak opowiedział mu to, co usłyszał ode mnie o rzymskich zwyczajach handlowych z udziałem banków. Ciągle jednak mało było w tym konkretów, same tylko dopytywanie o szczegóły. Moja tycjanowska wiedza pobudziła rozmówców do dyskusji, w której wyczuwało się pomieszanie prawdziwego zainteresowania z obawami o pewność zysku w łączonych przedsięwzięciach. Chwilami czułem się trochę jak nauczyciel wśród uczniów, prawda, że bardzo pojętnych, lecz jednak sceptycznych co do treści, jakie im się wykłada.

Trwało to już czas jakiś, bez żadnych konkretów, gdy naraz do gospodarza podszedł jeden z niewolników, i coś mu szepnął do ucha. Menander pokiwał głową, uśmiechnął się, po czym wstał, oznajmiając, że przybył pewien gość, po którego wcześniej wysłał sługę, a który niewątpliwie bardzo nas sobą zainteresuje. Zaraz potem do persytylu wprowadzono dwoje ludzi, a jeden z nich, idący przodem, musiał być chyba Hanem! Wygląd, rysy, kolor skóry, oczy, ubiór – wszystko składało się na obraz człowieka, jakiego nigdy jeszcze dotąd nie widziałem miedzy poznanymi dotąd ludami i plemionami. Ten, który za nim szedł, choć  odziany w strój również oryginalny, acz mniej ozdobny, mógł być kimkolwiek, Persem, Baktrem, Sogdem, nawet Grekiem, może jakimś mieszańcem, ale na pewno nie zwykłym  współplemieńcem tego pierwszego.

Przy całkowitym zaskoczeniu zebranych – z wyjątkiem Fandaka –  Menander, jakby nigdy nic, wstał, by powitać nowego gościa. Obydwaj wymienili głębokie ukłony, zaczęła się prezentacja. Okazało się, że ów towarzysz Hana jest tłumaczem, całkiem sprawnie mówiącym po persku.

– Mój pan prosi uniżenie, byś zechciał przyjąć gorące podziękowanie za to, że pozwoliłeś mu dostąpić zaszczytu zawitania w twym wspaniałym domu – ceremonialna grzeczność wydała mi się nieco przesadna, ale zdawała się być miła dla ucha gospodarza.

– Wielką radość sprawia mi możliwość goszczenia w moich skromnych progach tak czcigodnego przybysza z jakże dalekich stron – odparł Menander w podobnym duchu. – . Poczytuję sobie to za wielkie wyróżnienie, które nie każdego przecież spotyka – w tym pochlebstwie kryła się aluzja do wręcz niebywałej ponoć ostrożności Hanów w nawiązywaniu stosunków z obcymi. Handel, handlem, ale, jak mi mówiono, prywatnych spotkań unikają.

– Mój pan prosi o pozwolenie ofiarowania ci, panie, tego skromnego upominku na znak przyjaźni, w nadziei, że znajdzie on uznanie w twych oczach – rzekł tłumacz, wręczając rozmówcy mały, gustowny koszyczek, nakryty piękną chustą z najcieńszego jedwabiu, jaki w życiu widziałem.

Menander odsłonił jego zawartość, i naszym oczom ukazały się dwie małe czarki z niemal przezroczystego kamienia, zdobionych delikatnym malowidłem, wraz z podobnie pomalowanym, małym dzbanuszkiem do napoju z ziół. Był to podarunek zaiste niezwykły nie tylko dla swej urody i ceny, lecz i przez to, że zaznaczał uhonorowanie dla domu i rodziny, gdyż jedwabna chusta, sama w sobie też przecież cenna, wyraźnie przeznaczona była dla kobiety.

Uradowany gospodarz i jego gość poczęli prześcigać się w dalszych uprzejmościach, którym nie było końca, tym bardziej, ze wymiana zdań toczyła się przez tłumacza. Wreszcie Menander przedstawił Hanowi pozostałych obecnych przy stole, zapraszając go, by usiadł i zechciał się raczyć poczęstunkiem. Tłumacz stanął za nim i sprawnie pełnił swa powinność, za każdym razem kłaniając się osobie, której słowa wykładał. Pierwsze wrażenie niezwykłości sytuacji, i zrozumiała w tych okolicznościach rezerwa, szybko ustąpiły swobodniejszej wymianie zdań i opinii na tematy handlowe. Dopiero teraz zaczęło się  wyjaśniać, co oznacza to nasze spotkanie, jak niezwykłe jest w swym zamyśle, i dlaczego zostałem na nie zaproszony.

Okazało się, że wszyscy zebrani już wcześniej spotkali się z Fandakiem na osobności dla omówienia pewnego pomysłu, który Sogdyjczyk umyślił sobie, mając na uwadze moje z nim rozmowy w drodze do Merwu. Szło o zebranie karawany do medyjskiej Egbatany, w której udziały mieliby mieć zarówno kupcy miejscowi, jak i Hanowie. Najpierw wybadał każdego z osobna, a gdy wyrazili zainteresowanie, zwołał to spotkanie u Menandra, którego również  przekonał, iż rzec warta jest próby. Mnie poproszono tu, bym wyłożył im dokładnie, jak to się robi u nas, zwłaszcza jakie dajemy sobie gwarancje, żeby uniknąć oszustw przy rozliczeniach we wspólnych interesach, i w długim czasie. W jednej rozmowie trudno  wszystko objaśnić, tym bardziej że takie rzeczy, jak powszechne prawo handlowe i bankowe, to dla tutejszych ludzi materia obca i niepojęta. Zrobiłem jednak co w mojej mocy, by dać im jakie takie wyobrażenie o rzymskich praktykach handlowych.

Tu, owszem, przestrzega się obyczajów kupieckich, ,lecz przez prywatne zaufanie, własną tradycję, bez spisywania umów, czy gwarancji depozytowych, na pożyczki bądź udziały. Pisać mało kto umie, dokumentami mało kto się przejmuje, więc warte one mniej, niż pergamin, na jakim się je sporządza. Dlatego szczególne zdziwienie budziły dwie rzeczy, które jednak wymagają takiego porządku. Pierwsza to księgi różnej rangi i rodzaju, i ich szczegółowe prowadzenie na bieżąco, do wglądu, nawet jako dowody sądowe. Druga to nasze towarzystwa pieniężne, i ponoszenie w nich wspólnej odpowiedzialność  za  straty, jeśli  takowe się przytrafiają.

Tu ludzie trzymają złoto przy sobie, obnoszą się z nim, ale nie pozwolą, by ktokolwiek zaglądał im do mieszka. Jawność obrotu pieniądza napawa obawą przed rabunkiem, albo groźbą haraczu, zwłaszcza urzędowego. Bez jednego prawa, i jednej miary pieniądza, nie sposób rozwijać skrzydeł w interesach, a przez to tworzyć własną siłę, która, zebrana we wspólnotę, znaczy tyle samo, co wielka armia. Pieniądz i władza zawsze się splatają, ale równowaga miedzy nimi panuje tylko przy odpowiedniej między nimi polityce. Ale by to wszystko pojąć potrzeba sporej wyobraźni, wykraczającej poza ogrodzenie placu targowego, choćby i największego w całym kraju. Gdy władcy wciąż zmieniają się, i wedle własnego uznania łupią wszystkich bez wyjątku, trudno mieć wielkie wizje i robić dalekosiężne plany.

Nie pouczałem ich, jak mają prowadzić swój handel, ale pokazywałem korzyści, jakie daje łączenie w nim mniejszych udziałów dla dużych zysków. Uważnie słuchali, marudzili, kiwali głowami, ale widziałem, że budzi się w nich chęć, by tego spróbować. Największy spokój zachowywał Han, choć, gdyby doszło co do czego, to on miałby wieźć najwięcej towarów, tyle że przez ziemie całkiem dla niego obce. Chyba to właśnie skłaniało go do szukania wspólników, by zwiększyć szanse przejścia przez nie bezpieczniej, niż gdyby szedł sam.

Pozostali mieli mniej swego do zaoferowania, a więc i do stracenia, ale dołożenie się do takiej wyprawy mogłoby pomnożyć ich wkłady. Poza tym mieliby na wszystko oko, co bez spisanej ugody gwarantowałoby rozeznanie w późniejszych rachunkach. Nieufność mieszała się więc z silnym pragnieniem zarobku, a w młodym Idasie wyczułem nadto bratnią duszę chętnego do przygody i poznawania świata. Po długich deliberacjach doszli w końcu do momentu, w którym trzeba było albo podjąć decyzję o wspólnej karawanie, albo rozejść się w zgodzie, choć bez żadnego efektu.

Zapadła dłuższa cisza, nikt nie chciał pierwszy nazwać rzeczy po imieniu. Wtem Han, rzuciwszy spojrzenie w moją stronę, począł szeptać coś tłumaczowi w swoim chrapliwym języku. Ten, skłoniwszy się wszystkim, przełożył nam jego słowa, wprawiając mnie w niemałe zmieszanie.

– Mój pan pozwala sobie zapytać, czy ten tu szlachetny przybysz z dalekiego kraju,  zechciałby posłużyć nam swą niezwykłą mądrością, i sporządził, na próbę, dokładny plan takiej ugody. Gdy go poznamy, dowiemy się, co może nas czekać , na co moglibyśmy liczyć i pod jakimi warunkami.

Zebrani właściwie jakby na to czekali. Fandak pierwszy uśmiechnął się szeroko, co wzbudziło  moje podejrzenie, że już wcześniej podsunął pozostałym taki pomysł, lecz wolał poczekać z wyjawieniem mi go do czasu, gdy zbiorą się wszyscy zainteresowani. Menander, jako gospodarz, podjął się roli rzecznika swych gości.

– Wielka roztropność jest w tych słowach, szlachetny panie – zwrócił się do Hana – i mam nadzieję, że obecny tu z nami mądry Festus z Romy nie odmówi nam pomocy w ułożeniu się z nader  ciekawym konceptem, do którego tak bardzo nas zachęca – część swej aż nadto kwiecistej perory skierował już wprost do mnie.

Znalazłem się w głupim położeniu. Co innego rozprawiać o interesach, a co innego je urządzać. Przy stole siedziało grono wytrawnych kupców, a każdy doskonale znał się na swoim rzemiośle. Zapewne już wcześniej rozważyli własne racje, jednakże żaden nie chciał podjąć odpowiedzialności za innych. Tak to już jest, że gdy dochodzi do wspólnych działań, musi znaleźć się ktoś, kto nimi będzie kierował, jawnie czy tylko umownie, ale jednoznacznie.

Part i Sogdyjczyk mogliby dogadać się i beze mnie, lecz tu w grę wchodziła wielka niewiadoma w osobie Hana. Ale to on właśnie wystąpił z propozycją uczynienia mnie swego rodzaju mężem zaufania, gdyż to ja miałbym układać im rachunki, a przecież bez wiedzy o możliwościach każdego z udziałowców nic takiego nie byłbym w stanie sporządzić. Gdyby wszystko udało się w miarę gładko, wówczas zdobędą swoje zyski, i wrócą do siebie wielce zadowoleni.. Lecz gdyby coś poszło nie tak, wtedy ich złość skrupiłaby się na mnie, i nie wiadomo czy wyszedłbym z tego cały i zdrowy. Poza tym, jak zobowiązać ich do jakiej takiej wzajemnej przyzwoitości? Gdy w grę wchodzi złoto, kończą się miłe słówka, a zaczynają kalkulacje i podstępy, bez względu na sentymenty.

– Nie wiem, czy zdołam dopasować moja wiedzę do waszych oczekiwań, także do waszych zwyczajów – nie odmówiłem, lecz odparłem ostrożnie, o niczym jeszcze nie przesądzając. Poczęła mi bowiem świtać w głowie pewna myśl o własnym interesie, nie tylko liczonym w pieniądzach.

Fandak nie byłby wytrawnym kupcem, gdyby tego nie wyczuł. On jeden wśród zebranych wiedział, że w mej wędrówce znalazłem się w martwym punkcie, rozważając, czy aby nie ruszyć z powrotem do domu. Pomysł na wspólną karawanę mógłby rozstrzygnąć moje wahania, gdybym tylko zyskał pewność, że do niej dołączę. Nie miałem towaru, ani pieniędzy na udział, ale mogłem stać się im wszystkim jakoś potrzebny, choćby jako powiernik ich interesów, stale obecny rozjemca, świadek i gwarant rzetelności liczenia zysków. Może udałoby mi się zyskać sojusznika do tej sprawy w Hanie, który pierwszy zaproponował, bym zajął się sporządzeniem planu takiej wyprawy? Pozostali wiedzieli, co kto jest wart, dobrego i złego, on zaś, czując się najmniej pewnie, gotów byłby mi zaufać, tym bardziej, że miałem tylko samego siebie, i nie szukałbym okazji do oszustwa.

Dziwny to był człowiek, małomówny,  ale uważny, szybko chwytający sprawy, lecz  nie pokazujący, co o nich sądzi. Z początku nie wiedziałem, co w nim najpierw intryguje, aż wreszcie pojąłem, że trzyma odruchy na wodzy tak, iż bez specjalnej uwagi  nie sposób nic wyczytać z jego twarzy, czy najdrobniejszych nawet gestów. Ponieważ mnie w tym szkolono, więc udało mi się raz czy dwa wychwycić to, co skrywał jakby pod maską niewzruszoności w zachowaniu. Dawałem wtedy mu do zrozumienia, że nie jest tak nieprzenikniony, jakby chciał, co go chyba zastanowiło, może nawet wzbudziło pewne uznanie. Pod koniec rozmowy wyraźnie zwracał się głównie do mnie, niczym do arbitra. Dlatego gdy Menander wyszedł ze swoją propozycją, nie odmówiłem wprost, lecz czekałem kolejnego sygnału, by nie wyjść na kogoś, kto zbyt pochopnie zgodzi się na owo zadanie, nie tylko ryzykowne, a i niewdzięczne.

– Myślę, drogi Viatusie – odezwał się chytry Fandak, osobliwie porozumiewawczym tonem  – że twoja tu obecność jest najlepszym dowodem, iż potrafisz sprostać największym nawet wyzwaniom, nie tylko w każdej drodze, ale i w tym, jak się do niej przygotować, i ją przejść z korzyścią dla dobrych zamiarów – nie można było chyba bardziej otwarcie wyłożyć sprawy, bez zdradzania treści znanych mu moich wątpliwości. Jego słowa świadczyły o dużej dla mnie życzliwości, wszelako  podszytej własnym interesem.

W głębi duszy przyznałem, że nader zmyślnie zagrał na mej dumie tycjanowskiego znawcy interesów, jednocześnie pokazując szansę na znalezienie lekarstwa na trapiące mnie rozterki. Nikt przecież niczego jeszcze nie przesądzał, a od mojej rozwagi i handlowej wiedzy zależałoby teraz, czy pomysł, wsparty kalkulacjami, okaże się wart rozpatrzenia na tyle, by zachęcić zebranych do podjęcia decyzji o wspólnej wyprawie. Postanowiłem więc rozegrać tę partię, zarówno jako dobra, kupiecka głowa, jak i polityk, szukający najlepszego dla siebie wyjścia w dość sporym kłopocie.

Z pewnym ociąganiem, jak to jest w zwyczaju  miedzy targującymi się stronami, wyraziłem gotowość przygotowania projektu ugody, i przedstawienia jej pod rozwagę, do decyzji wszystkich tu zebranych. W końcu Tycjan nie powinien rezygnować z nadarzającej się okazji do ubicia dla siebie jakiegoś targu. W domu sam nie zajmowałem się interesami, lecz, choć praktycznego doświadczenia miałem niewiele, to przecież asystując nieraz ojcu i bratu wiele się nauczyłem..

Przyjęto to z zadowoleniem, a po krótkiej wymianie zdań stanęło na tym, że w ciągu dwóch czy trzech dni odwiedzę każdego z nich z osobna, by dowiedzieć się, co, i ile kto zechce włożyć do wspólnego interesu. Wiedziałem z rodzinnej edukacji, jak trudno prowadzi się takie rozmowy, gdyż wielka jest nieufność kupców, gdy idzie o zawierzanie innym swego złota, nadto przy handlu na duże odległości, i długim oczekiwaniu na zysk. Z drugiej strony niezwykle ekscytująca była myśl o  bliższym poznania ich obyczajów, charakterów, nawet sztuczek handlowych. Szczególnie dotyczyło to Hana, który zgodził się przyjąć mnie u siebie w obozie, co uznano za niezwykłe odstępstwo od znanej przecież powszechnie ich niechęci do zadawania z obcymi, bez wyższej konieczności. Już samo to wskazywało, że ów dziwny kupiec traktuje rzecz poważnie, co napawało nadzieją na nawiązanie z nim bliższych kontaktów. Gdy po grzecznych pożegnaniach rozeszliśmy się w swoje strony, Fandak wyraził zdumienie takim obrotem sprawy.

– Gdy się poznaliśmy, od razu wyczułem, Viatusie, że masz w sobie talent do zjednywania ludzi. Ale żeby to działało nawet na Hanów – zaśmiał się – no, no! To wręcz niebywałe.

– A Menander? Przecież to on go wyszukał i zaprosił.

– Co innego Hanów poznać, nawet zapraszać, a co innego do czegoś takiego przekonać. Sam nieraz prowadziłem z nimi interesy, ale bez żadnej prywatności.

– Myślisz, ze może być w tym jakiś niecny zamiar? – spytałem dla pewności. – Podstęp?

– Uważam,  że jesteśmy mu potrzebni, i że szuka wsparcia.

– W czym?

– Chce iść aż do Medii, do Egbatany, nieprawdaż? – zaczął zastanawiać się na głos. –  Po co? Mógłby tu sprzedać swój towar i spokojnie wrócić do domu.

– Ale tam, za jedwab, dostanie pięćdziesiąt razy tyle. To chyba mocny argument.

– W takiej drodze łatwo wszystko stracić. Nie ma pojęcia o tamtych stronach,, nie umie się tam poruszać, nie mówi w żadnym ludzkim języku. Jest obcy, więc jakby co, nikt nie stanie w jego obronie.. A z nami będzie mu bezpieczniej. Dlatego tak się do tego zapalił, choć nic nie daje po sobie poznać.

– A wy? Może się to opłacić, ale ryzyko duże.

– Nie raz szliśmy w grupie, choć to nie takie proste. Żeby się opłaciło, trzeba dużo towaru, a nie każdego na to stać.

– Chyba że się zbierze sporo chętnych.

– Tyle że wtedy trudno o zgodę.  Za dużo wspólników.  Każdy pilnuje tylko swego. A koszty takiej wyprawy też niemałe.

– Han nie jest głupi, musi sobie z tego zdawać sprawę. A mimo to szuka chętnych.

– Otóż to. Coś tu jeszcze jest chyba na rzeczy.

– Jeśli jest, jak mówisz, to tu nie tylko o handel iść musi – naszła mnie ciekawa myśl.. – Zastanów się. Chce iść do Egbatany, nieprawdaż?

– Tak mówi.

– To samo serce Medii, a i letnia stolica partyjskiego króla. Dobrze mówię?

– Prawda.

– Może więc nie o samo miasto idzie, ale o drogę do niego.

– Co też przyszło ci do głowy? – Fandak przystanął, spoglądając  na mnie ze zdumieniem. – Szpieg?! – rzucił po chwili. – Myślisz, że to szpieg?

– Raczej zwiadowca. Handel to jedno, ale drogi to drugie. Mogą nimi iść towary, to   mogą i wojska.

– Czy to też taka wasza rzymska praktyka w interesach? – rzucił nie bez złośliwości.

– Mówisz tak, jakbyś sam tego nie wiedział – roześmiałem się, – Taki obrotny człowiek jak ty? Fandaku, nie udawaj niewinnego.

– Chyba cię jednak nie doceniłem, Viatusie – pokręcił głową. – Myślę sobie, ze może lepiej pomóc ci wracać do domu, niż brać ze sobą do Sogdy. Tak na wszelki wypadek.

– Szukam wiedzy, a nie polityki, Fandaku – odparłem, rozumiejąc, co chciał mi powiedzieć.

– Wiedza to jedno, a jej użytek dla wojska to drugie – oddał mi moje własne słowa.

– Co robić, tak już jest ułożony ten świat – odrzekłem sentencjonalnie. – Ale zapewniam cię, że choć wywodzę się z rodziny handlowców i bankierów, i nieobca mi jest polityka, to teraz jestem tylko wędrownym uczonym. Za daleko stąd do rzymskich legii.

– Han też zaszedł daleko od domu. I chce iść jeszcze dalej. – Naraz wybuchnął śmiechem. – A ty? Jak to mówią, chyba wyczuł swój swego, co? Dobrze mówię?

– Niech ci będzie, jak tam sobie chcesz to widzieć. Nie spierajmy się o słowa. Zrobię, co wam przyrzekłem. Sami prosiliście, sami podejmiecie decyzję.

– Skoro domyślasz się, co zamierza, to tak zakręcisz sprawy, ze wyjdzie na jego. A przy okazji i na twoje.

– A ty? Wycofasz się?

– Nie. Ale pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Od nas pójdzie z wami Babur. Za mnie, i za siebie. Ma swój towar, ja też dam go trochę, ale głównie udział. Jest też jeszcze tu kilku naszych chętnych. Sporo się uzbiera. Ale Han odsprzeda mi trochę jedwabiu i drobiazgów po niższej cenie. Wrócę z tym do domu i dobrze na tym zarobię. Jeśli nawet wyprawa się nie powiedzie, wyjdę na swoje. A z Baburem i z innymi, i tak mam swoje rachunki.

– A Menander?

– Tak samo. Tyle że wyśle syna. Chłopak rwie się w świat.

– Dlaczego mam wrażenie, że umyśliliście to sobie we dwóch, jeszcze przed dzisiejszym spotkaniem?

– Viatusie, nie tylko ty jesteś, jak to powiadasz, obrotny.

– Chyba i ja cię nie doceniłem.

– To jesteśmy kwita. Zważ dobrze.  Wszyscy dostana, co chcą – podniósł rękę zaczął wyliczać na palcach. –  Han ruszy w swoja podróż, na wielki zarobek, ale i po to, żeby wypełniać to, co zamyśliwuje. To nas nie dotyczy. My z Baburem dostaniemy, co się da wycisnąć z tej sytuacji. Menander też będzie miał swój zysk. Ty wracasz domu, tanim kosztem, może nawet dostaniesz jaką zapłatę, jako gwarant naszej ugody. Nawet przewodnik i tłumacz, bo znasz języki. Idas też będzie miał korzyść, bo nabierze doświadczenia, i pozna szlak do Partów.

– A za wszystko po większej części zapłaci Han?

– Sądzę, że, tak czy owak, ma to dobrze wykalkulowane. Twoja rzecz wszystkiego się wywiedzieć, a potem ułożyć z nim o koszty tego wspólnego interesu. Jestem przekonany, że jeśli jest tak, jak o nim myślisz, to dużo ustąpi z ceny..

– Wiesz, Fandaku, jest jeszcze coś, co będzie dla mnie znaczyło więcej, niż te wasze zyski – zezłościła mnie jego pewność siebie chytrego kupca, który wszystko mierzy złotem.

– Tak, tak,. Domyślam się. Poznasz bliżej Hanów, żeby to później opisać i zyskać sławę uczonego. No, i dobrze sprzedasz wiedzę, z której może kiedyś twoja Roma skorzysta dla swej polityki.

– Przebiegły z ciebie człowiek, Fandaku.

– Dlatego jeszcze żyję.

– Ale jednak nie wszystko pojmujesz. Może i wiesz, ale nie doceniasz.

– Nie moja to rzecz, uczoność. Zajmuję się tym, na czym się znam. Wystarczy mi, co wiem bez wielkich mądrości z tajemnych ksiąg, których zresztą i tak nie potrafię czytać..

– A nie wystarcza ci to, co już masz?

– I kto to mówi?! Znasz kogoś, kto ma dość? Sam rzekłeś, tak już ułożony jest świat.

Rozmowa urwała się, gdyż doszliśmy już do obozu, i mój towarzysz poszedł do swoich zajęć. Zostałem sam, z myślami, niezbyt dla mnie pochlebnymi. Czułem się nieswojo, gdyż wyszło tak, iż oto dałem się wplątać w sytuację, którą sprokurowali inni, choć zdawało mi się, że to ja sam byłem jej sprawcą. Z jednej strony złościło mnie, że nie poznałem się w porę na tej kombinacji, z drugiej jednak cieszyłem się na taki obrót spraw. Jeśli powstanie ta karawana, ruszę z powrotem, nie sam, w miarę bezpiecznie, o ile w ogóle można tu mówić o jakiejkolwiek pewności bezpieczeństwa. Nie bez znaczenia było i to, że w Egbatanie mógł stać  dwór królewski, więc gdybyśmy zdążyli na czas, zyskałbym sposobność rozeznania się w partyjskich układach władzy. Choć przed Fandakiem udałem, że nie interesuje mnie polityka, to przecież warto byłoby wykorzystać okazję, by jakoś wywiązać się z zadań cesarskiego wysłannika. Ciekawe,, czy mój sogdyjski gospodarz, w swym lisim umyśle, przewidział i taką możliwość?

32. Interesy

Po pewnym namyśle uznałem,  że pierwszą wizytę złożę Menandrowi, który tak ochoczo poparł projekt wspólnej karawany do Egbatany. Choć wiedziałem już od Fandaka, jakie  postawi warunki, przecież to on był gospodarzem naszego wczorajszego spotkania, więc chyba jemu należało się pierwszeństwo w planowanych przez mnie rozmowach. Wybrałem się do niego z samego rana, i zastałem powitany w dobrym nastroju, i pełnej gotowości do rozpoczęcia stosownych pertraktacji.

Szybko zorientowałem się, że jest w jego domu, i w nim samym, coś z ducha Tycjanów. Na swój sposób, i na tutejszą miarę, był tu chyba postacią bardzo znaczną, nie tylko przez widoczne bogactwo, ale też wpływy i pozycję w samym mieście. Czuło się w nim swobodę  człowieka pewnego siebie, acz niezbyt skłonnego do przechwałek, czy próżnego wystawiania się na pokaz. Rzeczowy, konkretny, ale i wyrachowany, wręcz przebiegły, miał w sobie coś z pająka, tkającego swe niewidzialne sieci interesów. Nie orientując się w  miejscowych układach władzy, nie byłem w stanie ocenić, jak mocno był w nich osadzony, niemniej tycjanowskie wyczucie i doświadczenie podpowiadało mi, że nitki jego pajęczyny sięgają daleko, i wysoko. Raz czy dwa dałem mu do zrozumienia, że dobrze się na tym wyznaję, co przyjął ze zrozumieniem, i naturalnie, jakbym mówił o oczywistości.

– Od razu zorientowałem się, że jesteś człowiekiem, który wie, co to rozmach w interesach – skwitował moje aluzje. – Tego nie można się wyuczyć w szkołach, to ma się z domu – dodał.. – Domyślam się, że bardzo ważnego, nie tylko w handlu, i obracaniu złotem.

– Niewiele chyba da się przed tobą ukryć, Menandrze – cóż miałem rzec na takie dictum? Nie chciałem zanadto kręcić, ale też i zwierzać się z udziału naszej rodziny w rzymskiej polityce. Zresztą, i tak zapewne niewiele o niej wiedział, i niewiele by pojął z moich wyjaśnień.

– Zatem nie bardzo się pomylę, jeśli uznam, że twoja tu obecność nie jest tak całkiem przypadkowa? – było to ni pytanie, ni stwierdzenie faktu.

– Powiedzmy, że szczęśliwie prowadzą mnie bogowie, wspierając w dobrej sprawie, która ma wiele wątków, prawda, nie tylko handlowych – rzekłem wymijająco, ale nie zaprzeczając wprost jego domysłom.

– Otóż to! – zaśmiał się. – Przeczucie nigdy mnie nie zawodzi. Ale nie moja to rzecz, oczywiście, o ile twoje, jak to byłeś łaskaw rzec, wątki, w niczym nie zaszkodzą naszym wspólnym planom – powiedział ze szczególną nutką w głosie, co zabrzmiało jak wyraźna przestroga.

– Uwierz, proszę, że w tej chwili jedynym moim celem jest znaleźć się jak najszybciej w drodze powrotnej do mego kraju. Wszystko inne nie ma teraz znaczenia. Plany te pod każdym względem są mi na rękę, i uczynię wszystko, by się powiodły.

– Skoro tak, to przedstawię ci, jak ja je widzę – uniósł ręce w geście zgody.

Przystąpiliśmy więc do omawiania owej kombinacji, o której wspomniał mi wcześniej Fandak. Menander mówił nie tylko we własnym imieniu, lecz również kilku innych, baktryjskich kupców, którzy, chcąc pozostawać w cieniu, gotowi byli jednak wyłożyć niewielkie udziały, tyle że to na niego scedowali swoją wolę do zawarcia ugody. Nie było w tym nic osobliwego, gdyż tak się często robi, wciągając mniejszych graczy, nieraz nawet spoza bractwa kupców, w większe interesy, których sami nie byliby w stanie robić. Wnoszą mało, więc ryzykują niewiele, ale przy sukcesie mogą zyskać nie ruszając się z miejsca. Menandrowi udało się zachęcić kilku co odważniejszych do wyłożenia pieniędzy na ten hazard, ustalając z nimi własne zasady rachunków miedzy sobą. Nie była to moja sprawa, niemniej dowiedziałem się, na co można razem liczyć u nich w planowaniu wyprawy.

Moje zadanie sprowadzało się do zorganizowania ugody z Hanem, czyli do przekonania go, iż mu się taki układ opłaci na tyle, by nie zrezygnował z pomysłu pójścia w tak daleką i niebezpieczną drogę. Fandak z Menenanderem stawiali warunki dla niego niezbyt korzystne. Prawdę mówiąc, musiałby zrezygnować ze sporej części zysków na ich koszt, sprzedając im tu na miejscu część towaru za ćwierć ceny, jaką mógłby dostać w Egbatanie. Czy był gotów ponieść taką stratę za wsparcie w dotarciu do samego serca królestwa Partów? Zresztą, czy o same zyski tu chodziło?

– Skoro chce jechać aż tak daleko przy naszej pomocy, to musi za to zapłacić – rzekł bez ogródek mój rozmówca, gdy wyraziłem wątpliwość, czy Han pójdzie na takie targi. – Prawda, mógłby sam nająć więcej straży, przewodników i tłumaczy, ale to niepewna rzecz. Na obcym gruncie dobrze mieć nie tylko najemnych pomocników do samej drogi, bo ci mogą zdradzić za pierwszym zakrętem, ale i wspólników do przyszłych zysków. A to musi kosztować.

– Jeśli wyliczy, ze mu się to nie opłaci, zrezygnuje – odparłem, studząc nieco jego kalkulacje. – Może wybrać mały zysk na miejscu, ale pewny i bezpieczny.

– Mówił ci Fandak, ze wydaje się nam, iż nie o samo złoto tu chodzi? – przerwał moje spekulacje, ale wyraził to, co i mnie kołatało się w głowie. – Już samo to, że w ogóle zaczął koło tego chodzić świadczy, iż musi tu być coś  jeszcze. Hanowie nigdy takich ofert nie składali, w ogóle nie wdają się z nikim we wspólne sprawy. Nie słyszałem, by kiedykolwiek zapuszczali się aż tak daleko. Ta sytuacja to jakaś nowość. Dopóki ma handlowy sens, możemy ją rozważyć.

– Domysły to jeszcze mało, żeby podejrzewać ich o niecne zamiary.

– A kto mówi, co jest niecne, a co nie? Jego rzecz, nie nasza. Ale wiedz, że mam podstawy uważać, że nie on jeden tu decyduje.

– Mógłbyś wyrażać nie nieco jaśniej?

– Jest u nich w obozie pewien człowiek, który wydaje się być zagadką. Nie żołnierz, nie służący, nie poganiacz od zwierząt. A nasz gość bardzo go chyba słucha. Nie uważasz, ze to zastanawiające?

– Skąd to wiadomo?

– Mam swoje sposoby, żeby podejrzeć to i owo – zaśmiał się chytrze. – Komu, jak komu, ale tobie chyba nie trzeba tłumaczyć, że tak się robi, i dlaczego – spojrzał na mnie wymownie. –  Przecież powinienem wiedzieć, co się dzieje w moim mieście. Powiedzmy, ze

z ostrożności i  przezorności – zatoczył ręką krąg, pokazując swoją posiadłość.

– Spróbuję się wywiedzieć, czy masz rację. Ale rozmawiać będę wyłącznie o interesach. Bez nacisków.

– Jeśli jesteś tym, za kogo cię uważam, znakomicie sobie z tym poradzisz. On, z jakichś powodów, przyznam, niezrozumiałych, uznał cię za godnego zaufania, albo wartego wykorzystania. Tak czy owak, to u Hana dziwne. Ale bądź  uważny..

– Menandrze, dajże już spokój aluzjom. Robię to i dla swojej sprawy, więc nie musisz mnie pouczać – odparłem dość ostrym tonem. – Ale dziękuje za ostrzeżenie – dodałem już pojednawczo. – Podaj tylko wasze wyliczenia, resztę zostaw mojej roztropności.

Zabraliśmy się za liczby, rachunki, liczenie kosztów, ewentualnych zysków, i ile trzeba by zapłacić za samą wyprawę i jej obsłużenie. Wyszła z tego pokaźna suma, do podziału na wspólników, stosownie do ich udziałów. Wreszcie przyszło do ceny, jaką Han miałby zapłacić za owo wspólnictwo. Stanęło na pewnej ilości jedwabiu, z tym, że część  sprzeda im tu, na miejscu, a resztę w Egbatanie, tyle że niewiele wyższej niż tu cenie. Menander chciał podzielić to pół na pół, ale przekonałem go, że opłaci się nawet przy podziale jeden do dwóch, w łącznym rozliczeniu miedzy niego, a ich dwóch. Choć bardzo się krzywił, targował niczym przekupka na straganie o dwa garnki, w końcu jednak przyjęliśmy taki właśnie zakres swobody dla planowanych pertraktacji.

– Niech będzie moja strata – westchnął z udanym żalem, gdyśmy zakończyli te targi.

– Menandrze, skoro masz mnie za kogoś, o kim myślisz, to co myślisz, to nie mów, że źle radzę. Obydwaj wiemy, że nie jest to zły układ. Niezależnie od tego, co się za nim kryje.

 –  Ciężki z ciebie człowiek, rzymianinie – kręcił głową. – Dobrą masz szkołę. I doświadczenie chyba nie tylko handlowe – dodał znów znacząco. Wierzę, że sobie poradzisz  Byleś tylko nie dał poznać, że czegoś się domyślamy.

– A czy my się czegoś domyślamy? – skwitowałem to pytaniem, robiąc udatnie żartem głupio zdziwioną minę..

Roześmieliśmy się wstając, i pożegnali w całkiem dobrych humorach. Wróciłem do

obozu, dając sobie spokój z dalszym dziś wizytowaniem innych kandydatów do wyprawy. Gdy pojawił się Fandak, opowiedziałem mu, com ustalił z Menandrem. Uznał to za słuszne, i dał zgodę na przyjęte warunki, także w imieniu drugiego Sogdyjczyka, obecnego na wczorajszym spotkaniu. Ów Babur był bardziej jego klientem, niż samodzielnym wspólnikiem, a nie było moją sprawą, jakie mają oni ze sobą umowy. Z tego, com ów zaobserwował, ów człowiek sprawiał wrażenie sprytnego, lecz tylko w pomocy, a nie w samodzielnym rozważaniu i podejmowaniu decyzji. Mając zatem jasność co do zamiarów po stronie partyjskiej i sogdyjskiej, postanowiłem przygotować się do rozmowy z Hanem. Udało się w okolicy znaleźć pewnego skrybę, który za drobną opłatą użyczył przyborów do pisania, więc tak wyposażony zabrałem się do wstępnych rachunków.

Najpierw jednak odbyłem dłuższą rozmowę z Agisem i Patrosem, by poznać ich zdanie na temat eskorty, jak będzie nam potrzebna, także obsługi zwierząt, wyposażenia i broni. Czułem się z tym wszystkim nieco dziwnie, trochę jak wódz, planujący małą, ale daleką wyprawę wojenną. Co prawda, nie wiedzieliśmy ilu jest Hanów, lecz skromnie licząc wyszło na to, że w drogę ruszy w sumie dobre kilka dziesiątek ludzi, kamelosy i konie, także całkiem spory juczny tabor. To już nie samotna wędrówka, gdzie można sobie pozwolić na   dowolność w ruchu, kierunku, i czasie. Zastanawiałem się też, jak długa to może być droga. Z tego, com pamiętał z ksiąg, jak i z własnego już doświadczenia, liczyć powinna nie mniej jak siedem do ośmiu tysięcy stadiów, co, razem z postojami, dawało około trzech miesięcy wędrowania, oczywiście, jeśli nie zajdą jakie nieprzewidziane okoliczności. Rzecz więc była niebagatelna, ale i wyzwanie ogromne, choć niezwykle dla mnie ciekawe i obiecujące.

No, i jeszcze rzecz bodaj czy nie najważniejsza, czyli przewodnicy. Nie było chyba tu nikogo, kto znałby całą drogę, czy miał w ogóle o niej jakiekolwiek pojęcie, więc należało przyjąć, że będziemy ich zmieniać co jakiś czas, przechodząc przez kolejne miasta, nawet osady. W Merwie Menander ma na pewno kogoś zaufanego, lecz na ile nam go wystarczy? Jak to wszędzie bywa, tworzą oni coś na podobieństwo bractwa, jakby rozstawioną sztafetę na największych nawet odległościach. Lecz bardzo to niepewna sprawa, gdyż nie wiadomo, czy aby który nas gdzie nie zdradzi, albo nie wyprowadzi na manowce, i wyda bandytom. Ze zrozumiałych względów miałem na uwadze chociażby przykład Krassusa spod Carrhae. Nie było co jednak teraz roztrząsać tego tematu, bo i tak niczego się przecież z góry nie da przewidzieć. Tyle tylko, że skoro dla nas była to poważna kwestia, to co dopiero mówić o Hanie, który poruszałby się po tych ziemiach bezradny, jak małe dziecko. Jego zgoda na wspólną wyprawę, tak dla wszystkich niezwykła i zaskakująca, miała więc swój sens, który tłumaczył się tylko tym, że nie samo kupiectwo kryło się w jego własnych planach.

Nazajutrz, poszedłem do ich obozu, ze spisem liczb i spraw, przygotowanym tak, jak to robi się w naszych rodzinnych interesach. Obwarowani własnymi strażnikami, pilnowali, by nikt obcy nie kręcił się między nimi, chyba że za osobnym przyzwoleniem. Stanąłem przed dwoma niezbyt rosłymi żołnierzami w dziwnych strojach, bezradnie usiłując dać im gestami do zrozumienia, że jestem tu oczekiwany przez samego ich przywódcę, lecz nie znając jego prawdziwego imienia, nie mogłem wskazać o kogo mi chodzi. Nareszcie jeden z nich gdzieś poszedł, po czym wrócił ze znajomym mi już tłumaczem, a ten, skłoniwszy się grzecznie, przeprowadził przez straże w stronę całkiem okazałego namiotu po drugiej stronie obozu, gdzie u wejścia czekał już nasz kupiec. Po powitaniach, niezwykle ceremonialnych, weszliśmy do środka. Tak zaczęła się moja przygoda z hanijskimi przybyszami, która, jak się potem okazało, miała trwać przez najbliższe miesiące, i przynieść wiele niezwykłych doświadczeń.

Usiadłszy na ziemi, na rozłożonych małych matach, po kilku wstępnych uprzejmościach rozpoczęliśmy rozmowę. Wyjąłem zawczasu spisany pergamin, co uczyniło na nim wielkie wrażenie, gdyż nie spodziewał się chyba takiej formy mego przygotowania do naszych pertraktacji. Tłumacz cały czas stał obok, i po kolei wykładał, co mówiliśmy, tyle ze nie byłem w stanie stwierdzić, jak wiernie oddawał  nie tyle treść, ile sens moich wywodów. Mimo ciągłych powtórek, dodatkowego wyjaśniania słów, wspieranego gestami i liczeniem na palcach, powoli dogadywaliśmy się co do przyszłego układu. W końcu liczby, to liczby, a te przecież wszędzie są takie same.

Na samym początku przedstawiłem się jako Viatus z dalekiej Romy, wyjaśniając, co też to oznacza w moim języku, po czym poprosiłem, by podał mi imię, jakim mam się do niego zwracać. Brzmiało ono w naszej wymowie Sangren, co, jak wyjaśnił tłumacz, oznacza po prostu kupca. Zrozumiałem, że, tak jak i ja, posługuje się tu jedynie przydomkiem, zostawiając w ukryciu nazwanie własne i rodowe. Nie miało to żadnego znaczenia, zresztą żadnemu z nas pełne nazwy czy tytuły niczego by bliżej nie wyjaśniały.

Spotkanie, przedłużające się z powodu  zrozumiałych trudności językowych, zakończyło się nad wyraz pomyślnie. Sangren targował się o mniejszy okup za wspólnictwo w karawanie, lecz bardziej dla zasady, niż z zawziętości kupca, wykłócającego się o każdego denara. To tylko utwierdziło mnie w przypuszczeniach, że jego determinacja do tej wyprawy musi mieć inne powody, niż tylko sam handel i zysk. Udawałem, że bardzo jestem rad ze swej chytrości, on zaś udawał, że nie zostaje mu nic innego, jak zgodzić się na nasze warunki. Chyba jednak domyślał się, że przejrzałem jego zamiary, gdyż po skończonych targach, i umówieniu terminu następnego spotkania z pozostałymi wspólnikami, by rzecz całą przypieczętować, pożegnał mnie z lekkim, ale wymownym uśmiechem.

– Rzadko kiedy spotyka się tak znakomitego rozmówcę, który umie słyszeć i rozumieć słowa nawet niewypowiedziane – kwieciście wyraził swe domysły. – Wielka to mądrość, panie, której nie ukryje pozorna skromność, w jaką się przyobleka – tłumacz wyraźnie miał  sporo kłopotu, by oddać dokładnie tę zawile ułożoną myśl.

Pierwszy raz zetknąłem się z ową szczególną, hanijską ozdobnością mowy, zasadzającej się na dość zawiłej wieloznaczności. Wyuczony w posługiwaniu się aluzjami, podchwyciłem ten ton z niejaką wyniosłością światowca.

– Sztuka pozorów jest nader użyteczna, o czym musisz wiedzieć, panie, jako jej wytrawny znawca – odparłem bez namysłu. – Czy pomylę się, jeśli stwierdzę, że i ty doskonale wiesz, jak, i kiedy się nią posługiwać?

– Tylko wtedy, gdy to konieczne – tym razem odparł wprost, bez ogródek.

– W ataku, czy obronie?- i ja odstąpiłem od zbyt zawiłych niedomówień.

– Zawsze w dobrze pojętym swoim interesie.

– Tak się składa, że interesy mamy teraz wspólne. Do pewnego stopnia – dodałem znacząco.

– Czuję się zaszczycony, że tak wiele nas teraz może połączyć w tym obcym dla nas obydwu świecie – uwagą tą dał do zrozumienia, że liczy na cichy, osobny ze mną sojusz w grupie przyszłych wspólników do wyprawy.

– Uznając, jak i ty, panie, prawa konieczności – odrzekłem ostrożnie, acz zdecydowanie, nie chcąc go ani płoszyć, ani mu niczego obiecywać – wyznaję jednak zasadę wzajemnej przyzwoitości, której nigdy nie łamię bez wyraźnego powodu. – Niech wie, że nie jestem do kupienia. – Jeśli nawet będę miał korzyść, to przecież nie  liczoną w zyskach. To mi daje dużą swobodę wyboru działania.

Tłumacz, który świetnie sobie radził przy liczbach i konkretach, teraz co i raz się zacinał, co odbierało rozmowie owej płynności, przydającej urody wymianie myśli, kiedy to słowa są tylko pretekstem do prowadzenia gry dwóch umysłów. Rozstaliśmy się, umawiając, iż nie później jak za dwa dni powiadomimy go o spotkaniu, przeznaczonym dla podjęcia ostatecznych decyzji.

Wracając przez obóz Hanów spostrzegłem przed innym namiotem człowieka, który przy naprędce skleconym stoliku coś pisał na drewnianej tabliczce. Mijając go wymieniłem z nim spojrzenia i krótkie, grzecznościowe ukłony. Zaintrygował mnie, gdyż jako osoba piśmienna, a więc wyedukowana, nie należał ani do straży, ani do służby. Dotąd nie brał udziału w naszych rozmowach, ale to niczego jeszcze nie przesądzało. Może to ktoś z rodziny Sangrena, albo jego cichy wspólnik, trzymający się w cieniu? A może jakiś wysłannik, lub właśnie wywiadowca, który robi swoje pod przykryciem kupieckiej wyprawy? Choć korciło mnie, by wypytać o niego odprowadzającego mnie tłumacza, to jednak wstrzymałem się, czekając z wyjaśnieniem tej zagadki do czasu, gdy już wszyscy znajdziemy się w drodze.

33. O tym, co nieuchronne

Sprawy potoczyły się teraz szybko, i bez najmniejszych zatrudnień. Dwa dni później spotkaliśmy się znów u Menandra, już bez wystawności, lecz zwyczajnie, dla przypieczętowania ugody i omówienia szczegółów podróży. Nie wdawałem się w ich kupieckie targi, choć cała czwórka, z niezrozumiałych dla mnie powodów uznała, iż to ja mam być gwarantem rzetelności ich rozliczeń, i ewentualnym rozjemcą w razie jakich nieporozumień. Niepokoiło mnie to drugie zadanie, gdyż przez trzy albo i cztery miesiące przybywania ze sobą trzech, jakże odmiennych grup ludzi, o zatargi nietrudno. Przyszedł mi go głowy pewien mglisty nieco pomysł, który na razie zachowałem jednak dla siebie. W tym momencie co innego bowiem zaprzątało moje myśli.

Choć było oczywiste, że zabiorę się z nimi w drogę, to przecież nie wiedziałem, na jakich warunkach. Dla pojedynczego wędrowca taka wyprawa to kosztowna rzecz, a ja musiałem już bardzo rozważnie liczyć każdą sztukę srebra. Oprócz resztek soli, i kilku drobiazgów, miałem na wymianę trzy zdobyczne konie, pozostałe po potyczce z bandytami w Hyrkanii. Wyzbywając się ich już teraz, ryzykowałbym na przyszłość, w której nie wiadomo, co mnie czeka. Sprawę delikatnie rozwiązał Fandak, oznajmiając, iż wraz z Menandrem pomogą mi uzupełnić wyposażenie na drogę. Sangren również dał do zrozumienia, że i on mnie wesprze,  co w sumie oznaczało, że biorą mnie oni niejako wspólnie na żołd, jako swego doradcę.

Wystawiało to tycjanowską dumę na niełatwą próbę, lecz dawało zabezpieczenie nieuchronnie topniejących zasobów. Cóż, w ciągu nieco ponad pół roku zdążyłem już być wojskowym skrybą, porywaczem niewolnic, medykiem, kapłanem ognia, czemuż więc nie zostać najemnym pomocnikiem w cudzych interesach? Wciąż nie rozumiałem, skąd ta przychylność do mnie, co ich skłania do wciągania kogoś tak obcego do swych spraw, ale skoro tak się ułożyło, dla mnie bardzo nawet pomyślnie, rozważania na ten temat odłożyłem na inny czas.

Ustalono, ze ruszymy zaraz po tym, jak wspólnicy załatwią z Sangrenem pierwsze wymiany, zbiorą swoje towary, udziały i środki, potrzebne w drodze. Powstał pewien kłopot, gdyż Hanowie używają monet z jakiegoś metalu, który u nas nie ma żadnej wartości. Pierwszym wiec zadaniem było uporanie się ze stosownymi rachunkami, co przy okazji dało mi asumpt do wykazania, jaką korzyścią w interesach jest jeden pieniądz. Przeliczanie cen w srebrze złocie, przy odmienności wag monet baktryjskich, sogdyjskich i perskich, i nie wiadomo jakich hanijskich miarach, okazało się sporą łamigłówką, którą udało się w końcu rozwiązać za zgodą zainteresowanych. Było to konieczne, zwłaszcza mając na widoku późniejsze, ostateczne rozliczenia w Egbatanie.

Pisemnej ugody nie sporządzono, gdyż nie miałaby na to żadnego sensu. Nikt tu nie był specjalnie biegły w piśmie, ani własnym, a już zwłaszcza my w hanijskich, dziwnych znakach, jakie na próbę obejrzeliśmy. Nie znają tu tego handlowego obyczaju, a zresztą gdzie szukać sądów, które w razie czego wszyscy uznawaliby za jednako wiarygodne.  Wyszło na to, że to mnie powierzono rolę arbitra, co z jednej strony zadowalało moją próżność, ale z drugiej – stawiało w trudnym położeniu trzymania się w równym dystansie wobec każdego ze wspólników.

Oprócz Hanów, ze strony sogdyjczyków miał jechać Babur, w imieniu swoim i Fandaka, Menander zaś wysyłał syna. W duchu cieszyłem się, że będzie i rzymska obecność w mojej osobie, jeśli nawet nie handlowa, to na pewno symboliczna. Uzupełniał ją Agis, z syryjskich Greków, ale przecież legionowy żołnierz. Fandak dawał grupę swoich zbrojnych pod komendą Patrosa, strażnicy Sangrena mieli własnego przywódcę, u Baktrów wszystkimi ich ludźmi miał zarządzać Idas. Zebrano więc dużą karawanę, która, po oporządzeniu zwierząt i dobytku, powinna ruszyć nie później jak za tydzień,  Gdybyż to królowie i wodzowie, zamiast toczyć ciągłe wojny, i pędzić ludzi na rzeź, umieli tak się dogadywać, jak my tu w Merwie! Cóż, handel był, jest, i będzie zawsze poza nimi, co ich może drażni, lecz mogliby przynajmniej nie przeszkadzać.

Jeśli nawet moja rola była w tej wyprawie tylko dodatkowa, to przecież udział w niej  dawał sposobność poznania wielkiego szlaku, o którym nikt w Rzymie nie miał najmniejszego pojęcia, poza nielicznymi, przypadkowych wędrowcami, z ich niepewnymi, nieraz fantazyjnymi opowieściami. Wiedza, jaką spodziewałem się zebrać, na pewno okaże  się dla Tycjanów skarbem nie do przecenienia na przyszłość. Zapisy z uczonych ksiąg to jedno, ale praktyczna znajomość warunków, pogody, dróg, zagrożeń, różnych ludów, towarów, potrzeb, to zupełnie inna rzecz. Notatki Maesa kończyły się na partyjskich stacjach, tyle że nie sięgających aż tak daleko na wschód. Jeśli nawet nie od razu po moim powrocie uda się przełożyć mych doświadczeń na handlowy zysk, to za kilka lat może da się je spożytkować z wielką dla nas korzyścią, o ile znajdzie się ktoś na miarę chociażby Melosa. Nadto nadarzy się też okazja do jako takiego rozeznania w tutejszej polityce, czymkolwiek ona jest na tych ogromnych przestrzeniach. Czułem więc cichą satysfakcje, iż przeżywając przygody, tak dla mnie prywatnie niezwykłe, wypełnię powinności, jakie mi zadano. Oczywiście, nie mogłem się z nikim podzielić tym uczuciem, wspomniałem o nim  jedynie Agisowi, który przyjął je z dużym zrozumieniem.

Na dwa dni przed wyjazdem odbyłem długą rozmowę z Fandakiem. Najpierw jednak czekała mnie z jego strony niespodzianka w postaci propozycji wymiany trzech naszych koni na jednego baktryjskiego kamelosa z wyposażeniem do jazdy! Wywiązał się więc ze złożonej wcześniej obietnicy, i to nader hojnie. Była to bowiem zamiana korzystna, tym bardziej, że moje  hyrkańskie zdobycze należały raczej do pośledniejszej rasy. Kłopot polegał na tym, że nie za bardzo umiałem jeździć na takim bydlęciu. My znamy je jedynie jako zwierzęta juczne dla wojska. albo ledwie jako ciekawostkę na pokaz. Widywałem je po drodze, trochę w Syrii, a już zwłaszcza w Medii i Hyrkanii. Tutaj używa się ich też do jazdy wierzchem, zwłaszcza przez ziemie pustynne, gdyż bardzo są do tego wytrzymałe. Niezwyczajni, nie za bardzo wiedzieliśmy jak się z takim obchodzić, więc Agis pobrał kilka stosownych nauk u miejscowych poganiaczy. Stanęło na tym, że dopóki nie będzie to konieczne, kamelos poniesie nasz dobytek, my zaś pozostaniemy przy swoich koniach. Niemniej, ów cenny nabytek nabrał dużego znaczenia w ogólnym rachunku moich zasobów.

Podczas  rozmowy spytałem wreszcie Fandaka, czemu zawdzięczam przyznanie mi tak ważnej roli w ich kupieckim planie. Wszak jestem obcy, nie wnoszę swego wkładu, a rady, jakich udzielałem, to dla nich ryzykowna nowość.

– Przecież świetnie sobie radzicie z własnymi interesami – dodałem. – Do czego potrzebny wam dodatkowy doradca od rachunków?

– To prawda, sami też umiemy rachować. A powody? Jak dla mnie, są cztery, Viatusie – wyznał. –  Przyjazd Hanów, nadzieje na przyszłość, ciekawość, wreszcie twoje rzymskie doświadczenie i i wiedza – wyliczył na palcach.

– Rozumiem trzy pierwsze, lecz ten ostatni, to chyba przesada. Nie powiesz, że tak wytrawnym kupcom podobne pomysły nigdy nie przychodziły do głowy?

– Może i przychodziły, ale tu każdy myśli o sobie. Iść samemu tak daleko to rzecz trudna. Niezbyt się opłaca.

– A w większej grupie?

– Ludzie niezbyt sobie ufają. Kłócą się. Zwłaszcza przy rachowaniu kosztów. Niełatwo je rozliczać – powtarzał to samo, co wcześniej mówił Menander.

– A teraz?

– Teraz jesteśmy razem, naprzeciwko Hanów.

– Nie razem z nimi?

– Gdyby sami zaszli tak daleko, to nas wyprzedzą. Zrobi się ciasno.

– Byli chyba tacy, co wypuszczali się nawet do Syrii czy Armenii? Zwłaszcza Partowie.

– Stąd mało kto. Wielu nie wróciło. W pojedynkę szanse są niewielkie. I nikt nie chce się dokładać.

– Więc skąd ta zmiana? Nawet udziały u miejscowych, którzy sami nie pójdą?

– Na mój nos, tu chyba zaczynają się wielkie sprawy. Inni też to czują. Prędzej czy później ktoś się na nie porwie. Więc czemu nie my? Niektórzy nam zaufali. Trzeba próbować.

– Z Hanami?

– A czemu nie? Zresztą, sami się napraszają. Inna sprawa, dla jakich powodów. Ale czemu nie wykorzystać okazji?

– Tylko co ja mam z tym wspólnego?

– Jeśli się uda, to także dzięki tobie.

– Niezbyt rozumiem.

– To trochę tak, jak z dobrą potrawą. Żeby się udała, trzeba nie tylko najważniejszych składników, ale i szczypty przyprawy dla nadania jej właściwego smaku.  Gdy budujesz mur, potrzebne są nie tylko cegły, ale i to, co je dobrze zwiąże.

– Niezbyt to odkrywcza myśl.

– Umiesz przekonywać ludzi. Zjednywać, nawet okręcać wokół palca  – zaśmiał się. – To niebywałe, jak cię słuchają, choć nie szukasz posłuchu. Poza tym nie myśl, że my tu nic nie wiemy o dalekim świecie.

– A jaśniej?

– Persowie, teraz Partowie, ale i Grecy, niejedno mówią, jak to Roma wyrosła na wielkie państwo. Nie wzięło się to znikąd. Nie tylko z samej siły, czy rabunku, ale i z handlu. A ty? – Naraz zmienił ton. –  Przecież rozmawialiśmy przez całą drogę. Umiesz dobrze opowiadać, ale ja umiem jeszcze lepiej słuchać. Domyśliłem się, kim jesteś, albo możesz być. Na pewno nie zwykłym wędrowcem. I nie zwykłym rzymianinem. Na polityce się nie znam, ale na złocie nie najgorzej. A ciebie czuć wielkimi pieniędzmi, aż nadto dobrze wiesz, jak się je robi. – Chciałem mu przerwać, ale mi nie dał. –  Nazwij to przeczuciem, czy jak tam sobie chcesz. Jeśli ich nawet nie masz ze sobą, to masz je za sobą. Skoro więc ktoś taki zadał sobie tyle trudu, by dojść aż tu, to o czym to świadczy? Czego może szukać? Nie na dziś, ale na jutro? Warto z tobą trzymać, bo wierzę, że któregoś dnia, w przyszłości, nasze złoto się zejdzie, jak nie tu, to u was. Albo i tu, i tam.

– Fandaku, zdumiewasz mnie – jego wyznania prawdziwie mnie zaskoczyły. Mówił już nie jak zwykły kupiec, ale wytrawny strateg.

– Pozwól, jeszcze nie skończyłem. Gdyby nie Hanowie, nie byłoby tej całej sytuacji. O nich też sporo wiemy, choć mało kto ich widział. Teraz mają nowego króla, podobno mądrego, wyrastają na potęgę. Od dawna prą naprzód. A my stoimy im na drodze.  Możemy na tym przegrać, albo wygrać. Dla ich wojska to chyba trochę za daleko, zresztą są jeszcze miedzy nami Kuszanie, bardzo bitni, którzy tu próbują zakładać własne królestwo. Ale kto wie, co będzie? Tak, czy owak, zostaje wojna na handel. A do tego trzeba się na nim znać  chyba trochę inaczej, niż my. Więcej ogarniać. Dlatego ktoś taki, jak ty bardzo się przyda, żeby spróbować wygrywać.

– Przeceniasz moje możliwości, a nie doceniasz  własnego rozumu – zdumienie rosło, w miarę jak przedstawiał swoje myśli. Wcześniej ani słowem nie dawał poznać po sobie, że stać go na takie spekulacje.

– Jeśli mamy stawić im czoła, musimy się zebrać do kupy. Twoje pomysły, przyznam, trochę dla nas niebezpieczne, mogą stać się tym, czego dotąd brakowało, co nas zwiąże w jeden mur. Więc nie sądź, że powoduje nami tylko bezinteresowna życzliwość. Chcemy twojej pomocy w nauce na przyszłość, i zapewniam cię, że masz nasze pełne wsparcie. Zwróci się, i nam, i tobie.

– Wciąż twierdzisz, że nie znasz się na polityce?

– Bo nie znam. Ale znam się na ludziach – wycelował palec w moją stronę.

– Skoro tak, to co sądzisz o Hanie? Skąd u niego taka gotowość do współpracy.

– To właśnie jest polityka. Chytrość. Pójdzie na układ, bo jeśli nawet co straci teraz, to odbije sobie potem. Jak nie on sam, to inni, którzy pójdą za nim przetartym szlakiem.

– Czemu akurat mnie zaproponował mnie jako arbitra?

– Trafiłeś mu się tak samo, jak nam. Prawda, to dziwne zrządzenie losu, że tak się złożyło.

– Albo wola bogów?

– Dajmy spokój bogom. Twoim i moim. Mają chyba ważniejsze, albo i ciekawsze  sprawy na głowie. Ale wyszło, jak wyszło. Tylko nie wierz pozorom. On udaje niewiniątko, niby nic u nas nie pojmuje, ale też ma dobre oko. Jesteś bardzo wygodny, bo nie masz własnego udziału, ani w towarach, ani w złocie, więc i w zyskach. Niemniej szybko zorientował się, ile jesteś wart. No, i wie, że masz dobry powód do tej wyprawy.

– Niby skąd?

– Gdym się z nim spotkał po raz pierwszy, wspomniałem mimochodem o moim towarzyszu z dalekich stron, który zamierza wracać do domu. Uważnie nadstawiał ucha.

– Jak go wypatrzyłeś? Przecież oni nie wychodzą do ludzi.

– Nie prywatnie, ale przecież rozpytują o różne rzeczy. I tak się zdarzyło, żeśmy się spotkali.

– Wybacz, ale ci nie wierzę. Sam szukałeś do tego okazji.

– Szukałem, czy nie szukałem, ale ją znalazłem. Pierwszy stanąłem mu drodze. Powiedzmy, że obwąchaliśmy się jak dwa psy, które spotkały się na ulicy. Z dobrym, jak widzisz, skutkiem.

– Ciekawe, kto tu kogo przechytrzył?

– Gra dopiero się zaczęła.

– Z moim osobliwym udziałem?

– Z twoją pomocą.

– Szczerość, za szczerość. Otóż wiedz, iż dał mi do zrozumienia, że widziałby we mnie cichego wspólnika przeciw wam?

– No, proszę!. Oni, zdaje się, też mają jakieś rozeznanie o Rzymie, chyba nawet lepsze, niż nam się wydaje. A ty masz teraz komplet ofert – dodał z rozbawieniem.

– Na handlu może się znam, ale sobą nie handluję. Z nikim!

– Nie złość się.

– Nie o złość idzie, choć przyznasz, że mogę mieć powody do niejakiej irytacji. Nie lubię, jak kto mną próbuje obracać, zwłaszcza bez mojej wiedzy i zgody.

– Nie udawaj, że to, co mówię, szczególnie cię zaskoczyło? Też umiesz kalkulować.

– Niech ci będzie – machnąłem ręką. – Dobrze, podjąłem się zadania, i je wypełnię, niezależnie od tego, kto z was w co zechce grać.

– To w pewnym stopniu i twoja gra, chyba nie tylko o powrót. Wszyscy tu o coś gramy. Choć trochę po omacku, na wyczucie. Ale czujnie.

– Zatem wyprawa zwiadowców?

– Wszyscy pójdą razem, ale każdy będzie starał się przechytrzyć innych.

– Ciekawa kombinacja.

– Czy nie mówiłem, że idzie też o ciekawość? – zaśmiał się.

– Cóż, to wy więcej ryzykujecie. Ja nie mam nic do stracenia.

– Myślę, że to nie do końca prawda. Jeśli my przejdziemy w obydwie strony, a ty dotrzesz do domu, to nawet brak zysku może w przyszłości dać i tobie, czy komu tam jeszcze, duże korzyści.

– Także Hanom.

– Oni mają dalej, i trudniej. Wyprzedzimy ich.

– Przecież tu jest miejsce dla wszystkich.

– Kto pierwszy, ten potem stawia warunki.

– Mają jedwab, rzadkie klejnoty, przyprawy. A tego nie przebijesz.

– Ale to nasze ziemie. I nasze drogi. Swojego też sporo mamy. Więc jeszcze się okaże, co, i jak. Powoli, po kolei.

– Fandaku, jesteś okropny. Zastanów się, czy chcesz być tylko kupcem.

– Po co mi więcej? Kto ma wpływ na złoto, ten ma dobrze przy każdej polityce. Podejrzewam, że kto, jak kto, ale ty doskonale o tym wiesz.

Rozeszliśmy się w niezłym nastroju, choć przyznam, że pewna irytacja we mnie pozostała. Zwolna jednak ustępowała, w miarę, jak rozważałem to, com usłyszał. Fandak nie był żadnym filozofem, ale miał umysł giętki i otwarty, był niczym chytry, szczwany lis, gotów wyjść ze swej nory, by szukać łupu dalej, niż tylko wokół niej. Swym praktycznym, kupieckim rozumem ogarniał więcej, niż niejeden wytrawny polityk, a nawet uczony historyk. Rozmowa z nim więcej mi odkryła o tutejszym stanie rzeczy, niż gdybym sam był w stanie je poznać w możliwym dla mnie oglądzie miejsca i ludzi.

Na swój sposób przypominał Marosa, nieco pomieszanego z Melosem, tyle że jego rozumność z innych wyrastała korzeni. Nie – jak u pierwszego – z wiekowego gromadzenia wiedzy, z nauki, także ze swobodnej spekulacji i szukania duchowej istoty naszej natury, lecz z dobrze przetrawionego doświadczenia w ciężkich bojach o własne bytowanie. Niemniej podziwiać należało jego przenikliwość i obrotność jak u naszego faktora, wyćwiczoną przez ciągłą czujność wobec codziennych wyzwań i zagrożeń w interesach. Było w tym też i coś z drapieżności moich Scytów, tyle że bez ich zwierzęcej dzikości, zapamiętania w pogoni za zdobyczą, i używaniem życia, także wiele z ich bezwzględności, lecz bez skłonności do odruchowego okrucieństwa. Coś pośredniego miedzy dobrem wyższym, a złem koniecznym, ujętym jednak w karby zimnej kalkulacji, rozsądku, i obyczaju.

W mej pamięci dołączyłem Fandak do grona tych, spotkanych podczas wędrówki ludzi, których uznałem za osoby dla mnie znaczące przez to, jak bardzo zmieniali mnie samego, i moje rozumienie świata. Skonstatowałem przy tym, że choć w nowych zaskakujących okolicznościach, znów miałem być Tycjanem, to przecież z tego, co mówił  Sogdyjczyk, wróciłem do tej roli postrzegany bardziej może jako Festus, jakim stawałem się przez te długie miesiące mej wyprawy. A to dopiero połowa przygody. Kim więc się stanę, gdy pokonam – oby szczęśliwie – drogę powrotną?

34. Dowódca mimo woli

Przygotowania do wyjazdu dobiegły końca. Dokonano pierwszych rozliczeń z Sangrenem, zebrano wszystkie towary, oporządzono dobytek i zwierzęta, rozmówiono się z przewodnikiem. Dzień wcześniej zebraliśmy się w obozie, by domówić szczegóły podróży. Postanowiłem przedstawić im pewien pomysł, który wcześniej przyszedł mi do głowy. Dotyczył on towarzyszących nam zbrojnych, w liczbie dobrze ponad trzydziestu. Najwięcej miał Han, Partowie i Sogdowie wystawili też swe grupy. Każda miała własnego przywódcę, co czyniło z nich raczej zbieraninę wojaków, niż zwarty oddział pod jedną komendą.

Patrosa poznałem już jako dobrego zabijakę, Idas wydawał się również dzielnym człowiekiem, znającym się na walce równie dobrze, co na kupiectwie Nie wiedzieliśmy jednak, ani ja, ani inni, co warci są hanijscy strażnicy, z którymi w razie jakiej awantury trudno byłoby nawet porozumieć się w polu. Należało więc zawczasu zastanowić się, jak to połączyć w jedną całość. Ale jak pogodzić ambicje każdego z dowódców, żeby nie dochodziło miedzy nimi do sporów?

Przedstawiłem rozwiązanie ugodowe, trochę dziwne, ale według mnie pod każdym względem korzystne. Otóż zaproponowałem, by pieczę nad żołnierzami powierzyć Agisowi, czyniąc zeń nie tyle formalnego komendanta, ile doradcę w sprawach prowadzenia walki. W wolnych chwilach przećwiczyłby Hanów, przysposabiając ich do naszych sposobów walki, pokazał  jak korzystnie ustawiać się w różnych szykach, i jak ze sobą w nich współdziałać. Prawda, miał już swoje lata, lecz znał się na sprawdzonym rzymskim rzemiośle wojskowym,, nadto wzbogaconym o znajomość partyjskiego i scytyjskiego sposobu prowadzenia walki, przyjętego po tym, jak kiedyś boleśnie, niestety,  przekonaliśmy się o jego skuteczności. Agis zachował sprawność i siłę, miał ogromne doświadczenie, pewność ręki do broni, nadto nie szukałby wywyższenia wśród obcych wojowników.

Patros, z którym polubili się po drodze do Merwu, chętnie przystał na ten koncept, zgodził się tez i Idas, zadowolony, że przy okazji on sam, a i jego ludzie, nauczą się może czegoś  nowego. Najtrudniej było z Hanami, gdyż do agisowych nauk potrzebna była obecność tłumacza, nadto ich dowódca nie wyglądał ani na zbyt rozgarniętego, ani  wojowniczego. Lecz Sangren zgodził się na taki układ, i wydał swoim stosowne polecenia. Ucieszyło mnie to nie tylko z powodu zapewnienia zwartości naszej ochrony, ale i zapewnienia spokoju w drodze, a zwłaszcza na postojach, kiedy to żołnierze zwykli szukać szybkich i mocnych uciech. Harce i swawole, zwyczajne w takich okolicznościach, łatwo przeradzają się wtedy w bójki, nawet krwawe, jeśli zaczynają się niesnaski, albo głupie ambicje w prostackim rywalizowaniu o dziewki i pijaństwo, nawet o jakieś małe łupy z pokątnego myszkowania. Gdy poczują jako taką wspólnotę, łatwiej będą się dogadywać, co nie zagwarantuje całkowitego spokoju, ale jednak jakoś ograniczy swary.

– A nie mówiłem, że ludzie się ciebie słuchają – rzekł mi Fandak,  gdy wszyscy już  opuścili jego namiot, w którym dobyło się spotkanie. – Niezłej dokonałeś sztuki, Viatusie, z tą strażą.

– To nie żadna sztuczka, tylko zwyczajny, zdrowy rozsądek – odparłem, wzruszając ramionami.

– Sztuką jest przekonać do niego wcześniej, niż potem szukać go w kłopotach, których można zawczasu uniknąć – rzekł sentencjonalnie. – Dobrą odebrałeś edukację. Ale nie każdy tak umie przemawiać do ludzi.

– Jeśli, jak mówisz, tak słuchają, to dlatego, że nie widzą we mnie konkurenta do interesu. Nie węszą podstępów, więc ważą argumenty, a nie swoje podejrzenia, które zaćmiewały by ich rozumienie..

– Nazywaj to sobie, jak chcesz, ja i tak wiem swoje. Przyjęliśmy cię za arbitra, ale przekonasz się, że będziesz przewodził w drodze. To wyjdzie samo z siebie. Już wychodzi.

– Fantasta z ciebie, Fandaku – poklepałem go przyjacielsko po ramieniu – powinieneś układać pieśni dla ludu, złaknionego opowieści o herosach.

– Skąd wiesz, czy ktoś, kiedyś, tego nie zrobi? W moim przekonaniu, ta wyprawa do duża rzecz, choć wydaje się tylko kupiecką awanturą. Jeśli się uda, zacznie się tu duży ruch, i będzie o czym opowiadać.

– Jeśli i ja kiedyś to opiszę, to zapewniam, że znajdzie się tam o tobie dużo dobrych słów. Wiele ci zawdzięczam, i nigdy tego nie zapomnę.

– Nie popadajmy w sentymenty – skrył zadowolenie za szorstkością obycia. – Wdzięczność to rzadki towar, Viatusie, a kupcy rzadko się przyjaźnią. Zachowajmy więc ostrożność

Ku memu zaskoczeniu, na zakończenie wręczył mi spory i ciężki mieszek, w którym wyczułem monety. Nie wiedziałem, co rzec, więc spojrzałem na niego w oczekiwaniu wyjaśnienia.

– Obaj z Menandrem wiemy, że nie masz za dużo pieniędzy. Nie wiadomo, co was spotka po drodze. Nieraz dwie sztuki złota albo srebra więcej mogą, niż oddział żołnierzy. Z tym będzie ci łatwiej pilnować naszych interesów – zmyślnie wyprzedził moje obiekcje przed przyjęciem jakiejkolwiek zapłaty, wykładając sens tego daru jako wsparcie dla wspólnej wyprawy.

– Skoro tak to widzisz, to zgoda – odparłem. Była to już nasza ostatnia rozmowa, co było do powiedzenia, zostało powiedziane. Wyciągnąłem rękę do pożegnania – Sądzę, Fandaku, ze już więcej się nie spotkamy. Ale wiedz, że pozostaniesz w mej najlepszej pamięci dopóty, dopóki będzie mi dobrze służyć.

Wróciłem do namiotu, gdzie Agis właśnie zbierał i porządkował nasz dobytek. Zapadał zmierzch, a ja poddałem się nastrojowi zadumy. Oto moje wędrowanie w głąb Azji zakończyło się, tu, w Merwie, na skraju Baktrii, na jej styku z Chorasanem. Czy powinienem pójść dalej? Co by mi to dało? Czy warto poświęcać życie na samo tylko zaspokajanie ciekawości, na szukanie coraz to nowych doznań i doświadczeń? Już nie byłem dawnym dzieckiem, wsłuchującym się zachłannie w opowieści Strabona, marzącym o zwiedzeniu całego świata. Po rocznej wędrówce, coraz lepiej pojmowałem, że taki zamysł, to bieg bez końca. Za jednym miastem jest kolejne miasto. Za jednym plemieniem mieszka kolejne plemię. Za każdą równiną są kolejne góry, i znów równina. Można je kolekcjonować we wspomnieniach, tak, jak zbiera się drogie klejnoty, książki, czy piękne dzieła sztuki. Lecz z czasem zaczyna to nużyć, gdyż nie samo ich posiadanie w dużej liczbie czyni z nas tym, kim się stajemy. Wszystkiego zebrać się nie da, zresztą, nie wiadomo, czym owo „wszystko” miałoby być. W ciągłym pędzie za nowością kryje się pułapka pozoru rozumienia życia przez zapamiętanie się w samym tylko ruchu. Wtedy łatwo dostać zadyszki, i paść bez czucia.

Z drugiej jednak strony, wielość poznawanych miejsc i ludzi bardzo jest pouczająca, aczkolwiek w tej różnorodności z czasem zaczyna się dostrzegać podobieństwa treści, mimo odmienności form, w jakie bywają obleczone. Pewne rzeczy pozostają niezmienne niejako ze swej natury. Siły jawne, lub ukryte, jakie nami powodują, są w swej najgłębszej istocie takie same, niezależnie od tego kim jesteśmy. Miasta budowane są wedle takich samych wzorów, dla tych samych konieczności i praktycznych korzyści, niezależnie od tego, jaki lud je stawia. Świat kręci się wokół gry namiętności, gromadzenia i władania, wokół bogactwa, siły, lub pozycji, i korzystania z nich dla własnej przyjemności, albo z potrzeby wyróżniania się nad innych. Ludzie łączą się, walczą ze sobą, lub rozchodzą, nie dla swych cnót, lecz dla pomnażania zysków i zdobywania szacunku za to, co mają, co mieć chcą, lub co mieć się spodziewają.

Coraz wyraźniej rozumiałem już, że w  owym ciągłym ruchu, w jakim żyją, sami i w gromadach, musi być jakaś stała reguła, jak w geometrii, czy archimedesowym prawie równowagi sił. Każdy kształt da się rozłożyć na trójkąty, o tych samych zasadach ich budowy. Znając je, łatwo już policzyć, co kryje w sobie wszelki kształt z nich utworzony. Podobnie musi być z ludźmi i z narodami, nawet z ich historią, która chyba przebiega wedle tego, na jaką figurę zostały stworzone. Ale jak przekładać jedno na drugie?. Gdyby jednak dało się wydzielić i nazwać właściwości, które w nas tkwią, można by wtedy pojąć, co wybija człowieka z równowagi, do takiego, lub innego działania, i czym ona w ogóle może być. Grecki podział na cztery temperamenty ma więc sens, ale zdaje się chyba być dalece do tego niewystarczający.

Czy jednak taki pomysł na składanie człowieka, niczym statku z osobnych kawałków, da się jakoś obronić? Chyba tak, gdyż okręt może być on przecież być duży albo mały, ale by nim się stał, trzeba go złożyć z części takich samych co do rodzaju, choć innych co do wielkości. U ludzi też da się zauważyć, pewną stałą, a ciekawą prawidłowość. Umysł sprawny, acz powolny, potrzebuje na zrozumienie czegoś, czy na wykonanie swego zamiaru więcej czasu i mozołu, niż ten prędki i obrotny, który pojmie, co trzeba, lub zrobi to samo w mig. Skutek taki sam, ale różne siły, dzięki którym zaistniał. Moje przypuszczenia nie były więc chyba pozbawione sensu.

Prawda, ci sami Grecy mówili jeszcze o duszy, którą dali nam bogowie  jakoby w osobnym tchnieniu, która wespół z rozumem odróżnia nas od każdego innego stworzenia, i czyni istotami wyjątkowymi. Powiadali, że za jej to przyczyną mamy nie ustawać w poszukiwaniu porządku w świecie, i stawać się lepszymi, niż jesteśmy z natury. Dziwne to, i dla mnie niepojęte. Nigdy nie przepadałem za filozofią, zwłaszcza za takimi karkołomnymi spekulacjami, które trudno przełożyć na praktyczność. Duszy nikt nie widział, choć ponoć objawia się właśnie w cnotach. Ma ją każdy, ale przecież mało kto się cnotami wyróżnia. Jakże więc to jest? Może, choć niewidoczna, daje takie odmienności w charakterach, nawet i narodom, że jedni pną się w górę, a inni tylko pełzają po ziemi? Ale czy naród może mieć duszę? Same zagadki, sprzeczności, nawet niepodobieństwa dla tak zwykłego umysłu, jak mój.

Pobyt w Merwie wiele dał mi do myślenia. Przez dwa z górą tygodnie zdążyłem wiele tu  obejść i obejrzeć, całkiem dokładnie, jak na ten czas. To duże miasto, bogate, kolorowe, gdzieniegdzie szare, o tysiącach domów, ulic i uliczek, dziesiątkach języków, z dobrą setką  świątyń, i ołtarzy dziesiątków bogów. Ma swoje zapachy i smaki, swój handel, swoich kuglarzy, ulicznych grajków, tancerki i złodziei, swoje powietrze, dogodności i niewygody. Po miesiącach wędrówki, , mimo obowiązków z kupcami, nieco się rozleniwiłem. Ochoczo korzystałem z dobrego jedzenia, wygód, choćby z łaźni i atrakcji, jakie oferowały, łącznie z tymi wiadomej natury. Spodobało mi się tu, choć cały czas czułem swą obcość człowieka z innego świata.. Przyszło wreszcie niejakie znużenie tymi ciekawostkami, ponieważ były  osobliwościami tylko w formie, ale nie w treści, nawet jeśli dostrzegałem ich wielką dla mnie niezwykłość.

Fandak twierdzi, że Merw jest ledwie cieniem tego, co Marakanda, a nawet kilka innych jeszcze miast w dolinach, ciągnących się daleko na wschód. Że jest tam bogactwo niezmierne, wręcz nie do wyobrażenia, mnogość ludów, wielkie interesy. Czy wiele stracę, jeśli ich nie obejrzę? Dla mej przyszłej kroniki na pewno tak, dla palmy pierwszeństwa w ich opisaniu również, lecz czy aby tak wiele dla mnie samego? Gdybym nawet tam dotarł, to przecież za nimi są kolejne miejsca, warte poznania, kto wie, czy jeszcze nie wspanialsze. Lecz pytania i wątpliwości wciąż pozostałyby te same,  gotowe co i raz przyćmiewać radość z napotykania coraz to kolejnych  nowości. Czy to już owa zadyszka, czy zwykłe zmęczenie, a  może brak woli?

Takie oto myśli krążyły mi po głowie, gdym kładł się spać na ostatnią noc przed wyruszeniem w podróż do domu. Czy były jedynie usprawiedliwieniem dla odwrotu, czy może uzasadnieniem dla wyboru, którego sens bardziej wyczuwałem, niż w pełni ogarniałem rozumem? W każdym razie, miałem pewność, że postępuję słusznie.

cdn…