Początek u Kresu Drogi

CZĘŚĆ III

  1. Poznajemy się

            Wyruszając w podróż, zwykle wiadomym jest, dokąd się dokładnie zmierza. Jak by nie miała być długa, gdzieś przecież znajduje się wyznaczony przez nas jej kres. Czeka tam to, po co się wybraliśmy, spełnienie wcześniejszych oczekiwań, lub rozczarowanie, choćby i bitwa, którą można wygrać, lub przegrać. Dlatego samo tylko przebycie drogi jest niejako zawieszeniem czasu między chwilą wyjazdu, a przyjazdu. Pamiętamy o tym, co zostawiamy za sobą, i wypatrujemy tego, co, przed nami, zaś to, co pomiędzy, odczuwamy jedynie jako zmianę miejsca pobytu. Godzimy się na uciążliwości, i znosimy je, w nadziei, że prędzej czy później, lecz zawsze w dającym się przewidzieć terminie, czeka nas zadośćuczynienia za poniesione trudy. To, co mijamy na tej drodze, jest tylko tłem, z którego niekiedy wybija się coś ciekawego, niekiedy też i coś wstrzymującego przez kłopot, jaki sprawia. Wszystko, co nam towarzyszy, i co się wydarza, oceniamy wedle tego, czy sprzyja, czy przeszkadza w jak najszybszym dotarciu tam, dokąd zmierzamy. Dlatego oglądamy to, i oceniamy najpierw ze względu na użyteczność, dopiero potem na własne upodobanie, lub ciekawość.

            Co było moim celem? Czy konkretne miejsce, do którego chciałem dojść, czy zbadanie samej drogi? Chyba po trochu i jedno, i drugie. Założyłem sobie, że dotrę do Baktrii, lecz przecież nie wiedziałem, czy to mi się uda. Tycjanowski cel, to szukanie sposobu na dostawy towarów z tak daleka. Ale właściwie skąd? To dopiero miało się okazać.

Wszelako żywiłem cichą nadzieję, że jeśli okoliczności ułożą się pomyślnie, a znajdę po temu siłę i możliwości, to pójdę jeszcze dalej. Drugim więc celem, tym razem Festusa, a może Viatusa, było poznawanie miejsc, do których mało kto dociera. W jednym i w drugim przypadku, droga okazywała się równie ważna, jak to, dokąd wiodła. Dlatego w podróży nic nie mogło być mi obojętne, nawet pozorne drobiazgi, które pomija ten, kto pędzi przed siebie z oczami, utkwionym w jeden punkt. A to nakazywało mieć wzrok wyostrzony, i czujny tak, jak tylko się da. Wielkie więc było to wyzwanie, nie tylko dla zmysłów, lecz także dla umysłu, a nade wszystko pamięci.

            Spoglądając za siebie, co innego jednak miałem w głowie, niż życiowe zawiłości natury ogólnej. Trzeba było nam jak najszybciej oddalić się od Antiochii na wypadek, gdyby ktoś jednak wpadł na pomysł szukania w tej okolicy zbiegłej niewolnicy, między wozami, jakich sporo tu jeździ w obydwu kierunkach. Minęliśmy już miejsce, gdzie droga rozdziela się na dwa szlaki, jeden ku Zeugmie, drugi w stronę Beroi. Skręciliśmy w prawo, jak zamierzaliśmy, i, bardziej teraz chyba bezpieczni, zatrzymali w szczerym polu na krótki postój.

Z przodu wozu wyjrzał Dolan, łobuzersko uśmiechnięty, ale i czujnie rozglądający się dokoła, czy nie widać aby kogoś obcego, a podejrzanego. Agis zaprosił go gestem, by usiadł obok niego, on zaś jednak, zobaczywszy, że jesteśmy sami, na chwilę zniknął, po chwili wyskoczył z tyłu, a zaraz za nim zręcznie zeskoczyła i druga postać. Tak oto, pierwszy raz ujrzałem kobietę, którą los, za moim zresztą przyzwoleniem, zaoferował mi jako towarzyszkę podróży. Zsiadłem z konia, ona zaś podeszła, skłoniła się w powitaniu, potem podniosła głowę i odważnie spojrzała mi w oczy.

– Panie, niech bogowie wynagrodzą cię za szlachetność, jaką zechciałeś nam okazać – odezwała się pewnym głosem. – Oby sprzyjali wszystkiemu, co zamierzasz, i zesłali każdą pomyślność, jakiej tylko zapragniesz.

Trochę zaskoczyła mnie ta przemowa w tak niezwykłej sytuacji. Nie spodziewałem się wyszukanych słów u kogoś z ludu, uznawanego za barbarzyński. Może zawczasu wyuczyła się, jak wyrazić swą wdzięczność? Nie wyglądała na speszoną, zakłopotaną, czy uniżoną. Z miejsca poczułem, że mam przed sobą kogoś, kto nijak nie przystaje ani do powszechnych wyobrażeń o dzikich narodach, ani do wizerunku słabej, niewieściej istoty, a już tym bardziej pokornej niewolnicy. Z jakiegoś powodu wyczułem w niej tę samą hardość, co u brata, bardziej przyczajoną i powściąganą, lecz gotową w każdej chwili zamienić się w otwarty bunt. Z takimi ludźmi nie ma stosunków pośrednich, czy zgoła obojętnych – albo są z tobą, albo przeciwko tobie. Melos miał rację, nie wyglądało to prosto, ani nawet bezpiecznie. Dolan dał się jakoś obłaskawić, ale przecież nie ujarzmić do roli sługi. Co mnie czeka z tą dziwną osóbką?

– Za dobre słowa dziękuję – odparłem zwyczajowo, nieco oschle. – Zwróć się o to samo do swoich bogów – dodałem bardziej już życzliwie, by przełamać nieufność. – Jak cię zwą?

– Asza, panie – powiedziała to z niejaką dumą.

– Czy to znaczy coś szczególnego w twojej mowie? – zastanowiło mnie, skąd ten ton.

– Pierwsza w rodzinie – Dolan wyręczył siostrę.

– No, proszę! Z kolejności czy uznania? – dopytałem dalej, ciekaw, co to może oznaczać.

– U nas wyszło na jedno – chłopak zaczął wyjaśniać. – Najstarsza, przewodziła wszystkim młodym. Tak chciał ojciec.

Wzbudziło to we mnie pewną nieufność. Skoro ich ojciec był wojownikiem, to tak naznaczoną córkę bez wątpienia chował na swoją modłę. A mnie niepotrzebna tu żadna barbarzyńska Amazonka. Należało rzecz od razu wyjaśnić, by wiedziała, gdzie jej miejsce.

– Nie idziemy na wojnę, tylko wędrujemy, a przewodzę tu ja – oznajmiłem spokojnie, ale stanowczo. – Każdy ma swoje zadania. Agis jest strażą i woźnicą, Dolan oporządza zwierzęta, więc dopóki idziemy razem, ty będziesz nam gospodarzyć – zwróciłem się do niej, wyznaczając jej rolę w naszej kompanii.

– Będzie, jak chcesz, panie – odparła zgodnie, pochylając lekko głowę, znów bez pokory w głosie, za to z lekkim uśmiechem. Rzecz uznałem więc za wyjaśnioną.

– Rozpatrzysz się w dobytku, sprawdzisz, czy czego jeszcze nie potrzeba – na początek wydałem krótkie polecenie, by dać jej zajęcie, i od razu przekonać się, czy aby nie zauważę jakiegoś wahania. – Gdy dojedziemy do Beroi, dokupisz, co uznasz za konieczne. Sprawisz też sobie odpowiednie ubrania – dodałem, obrzucając wzrokiem jej marny przyodziewek. – I jeszcze jedno – rzuciłem do wszystkich – od dziś noszę imię Viatus, i tak macie mnie zwać.

Na tym skończyliśmy tę krótką prezentację, nie było bowiem czasu na dłuższe rozmowy. Chciałem oddalić się jak najdalej od Antiochii, i zatrzymać na noc w jakiej przydrożnej gospodzie. Nie powinno być z tym kłopotu, na tej żyznej ziemi ludne wsie i osady ciągnęły się jedna za drugą. Tym razem Agis przesiadł się na konia, a ja z Dolanem poprowadziliśmy wóz.. Znać było, że chłopak jest z tym obyty, trzymał wodze pewnie, jak na swój wiek. Teraz, gdy wyrwał się na wolność, rozpierała go żywość, i nie ukrywał radości z odzyskania siostry. Stało się to dzięki mnie, ale przecież dotrzymał swej przysięgi, i czuł się w prawie być z tego dumny. W jego oczach popełniłem, oczywiste złodziejstwo, ale jakby w słusznej sprawie, no i wymagające sporej odwagi. Złamałem prawo, co godne potępienia i kary, tyle jednak dobrego, że w szczerej intencji, nie dla zwykłego zysku.

– Powiesz, jak to zrobiłeś? – spytałem, ciekaw, jak wyprowadził siostrę z miasta.

– A co tu mówić? Ukradłem – wyszczerzył się z tym swoim łobuzerskim uśmiechem.

– Nie tak łatwo ukraść komuś niewolnika. Nawet jak ten bardzo chce. To nie to samo, co woreczek z pieniędzmi.

– Czemu nie? Trochę inaczej, ale właściwie o to samo chodzi. Ukraść łatwo, jak się potrafi. Trzeba tylko dobrze podejść, żeby nie dać się zauważyć. A kiedy jest po wszystkim, być już daleko – wyjaśnił krótko, ale rzeczowo.

– Z takim łupem trudno się kryć – sam się zdziwiłem, jak mnie zdumiało tak proste wyłożenie odwiecznej, złodziejskiej zasady. W gruncie rzeczy, to samo przecież robi się w polityce i handlu, gdzie też często idzie o oszukańcze kombinacje, i podstępne zdobywanie zysków.

– Trzeba szybko się go pozbyć. Od razu wymienić, albo dobrze ukryć – tu już praktyka ulicznika rozmijała się z obyczajem wielkiego świata, w którym jakże chętnie zdobycze wystawia się na pokaz.

– I nikt się nie zorientował? Nikt was nie ścigał? – dopytywałem dalej.

– Było już po zmroku, po pracy. Łatwiej się wtedy wymknąć. Czekałem obok, potem zabrałem do domu, który mi wskazałeś, panie.

– Gospodarz się nie zdziwił?

– Pokazałem znak, O nic nie pytał. Zresztą, zaraz, gdy zapadła noc, wyszliśmy, bo było mało czasu. Udał, że nic nie widzi.

– A bramy?

– Znam miasto, wiem jak wejść i wyjść. Mury to nie kłopot.

– Cóż, wiedziałeś, że masz dokąd pójść.

– Panie, nie wiem, jak mamy ci dziękować – teraz odezwał się poważnie, jakby po męsku.

– Róbcie swoje, ot co – skwitowałem krótko, kończąc sprawę. – Gdy dojedziemy do gór, przyjdzie kolei na waszą pamięć i umiejętności. Wtedy się sprawdzi, ile okażecie się dla mnie warci.

– To twoja droga, ale i nasza. Nie zgubimy jej, bądź pewny, panie – oznajmił z zawziętością w głosie.

– Zastanawia mnie miasto, o jakim kiedyś mówiłeś. Tam, gdzie zjeżdżają się łowcy niewolników. Jak je poznasz?

– Po starej twierdzy. To kryjówka bandytów.

Pogubiłem się, bo, co prawda, znam opis wyprawy Antoniusza, ale Strabon był w nim bardzo niedokładny. Podał różne nazwy, ale jak mają się do siebie te ledwo znane miejsca, niełatwo rozeznać. Zresztą, wyliczył tylko ważne dla tamtej wojny. W górskiej części dawnego królestwa Medów musi być wiele innych jeszcze, rozmaitych fortów, i małych miast, poukrywanych w górach. Trudno zgadnąć, ile tam żyje różnych plemion, o których nikt nigdzie nie wspomina. Niby wszystko jest teraz pod rządami Armenii, lecz żadna władza nie ogarnie rozproszenia w tak rozległej i niedostępnej krainie, ani upilnuje tego, co się w niej dzieje. Nie wiadomo, kto z kim trzyma między sobą, kto z Armenami, a kto z Partami. Mało kogo obchodzi wielka polityka, każdy pilnuje własnych interesów. Rzym, jako imperium, to na co dzień jedynie nazwa, a od czasu do czasu przemarsz wojsk, i bitwy. Chyba że złoto, jeśli da się handlować.

Późnym popołudniem zatrzymaliśmy się na skraju sporej osady, w gospodzie dla miejscowych i podróżnych. Dość marnej, ale nie było wyboru. Nikt o nic nie pytał, a widok zbrojnej eskorty zniechęcał gospodarza i kręcących się tam gości do wdawania się z w pogawędki. Zbytnich wygód, ani obfitości stołu nie było, zjedliśmy więc, co nam podano, przenocowaliśmy, jak się dało, a z samego rana zebraliśmy do dalszej drogi. Odprawiłem żołnierzy, wręczając im niezgorszą zapłatę, i dziękując w duchu po równo Korbulonowi i bogom, za możliwość skorzystania z tak budzącej respekt asysty. Razem z Agisem, który co i raz wypuszczał się na krótki zwiad, uznaliśmy, że jesteśmy już chyba bezpieczni. Komu przyjdzie do głowy zapuszczać się tak daleko w poszukiwaniu jednej zaginionej kobiety, tym bardziej, że trudno taką odnaleźć w ludzkiej masie, jaka się przez te drogi przetacza?

Jazda do Beroi zeszła spokojnie, bez żadnych przygód. Zaczynaliśmy powoli poznawać się jako współtowarzysze podróży, przywykać do siebie, co jednak nie było łatwe. Wspólne życie w codzienności odkrywa nawyki, słabości, zwyczajność bez osłon i masek, nawet mimowolne, albo kapryśne dziwactwa. Na krótką metę nie jest to zbyt męczące, a choć budzi niekiedy irytację, kłopotliwość ta szybko mija. Gdy jednak przychodzi przebywać ze sobą bez przerwy, wiedząc, że jest się na sobie skazanym na długie miesiące, to rzecz zgoła inna.

W wojsku porządkuje wszystko karność, przymus, a w czas wojny – wyznaczony cel. Tu był cel, lecz z wyboru i dobrowolności, mających jednak w sobie coś i z konieczności, i z nakazu woli. W takich okolicznościach nie sposób ułożyć się zgodnie, bez wzajemnej wyrozumiałości dla swych odmienności. A te objawiają się we wszystkim, i w każdej chwili, gdyż nie sposób trzymać na wodze swych odruchów, które tym się cechują, że są właśnie tylko odruchami. Dopiero w takich warunkach, gdy kto stara się je upilnować, zdaje sobie sprawę, jak wiele czyni mimowolnie. Wtedy lepiej poznaje własną naturę, niż gdy co robi z namysłem, bacząc, kto patrzy i słucha. A poznają ją także i ci, z którymi wciąż przebywa.

W pierwszych dniach stała obecność kobiety niezwykle mnie deprymowała. Co innego salon, uczta, spotkanie w mieście, nawet miłosna przygoda. Tam wszystko ma swój początek i koniec, jest duży wybór zarówno formy, jak i czasu obcowania z innymi. Nawet w rodzinie przestrzega się prywatności, i prawa do odosobnienia w jakimś skrawku własnej przestrzeni. Tu domem stał się wóz, wszystko bez przerwy na widoku, nawet podczas postojów na nocleg nie traciliśmy się z oczu, a gdy wymagały tego zrozumiałe potrzeby, mieliśmy baczenie na wzajemne bezpieczeństwo. Jeden Agis swobodnie oddalał się na krótkie chwile, rozglądając po okolicy, i wypatrując, czy aby nie ma gdzie czego niepokojącego.

Niebawem dołączył do niego Dolan. Chłopak dzielnie sprawiał się z obsługą jazdy, niemniej co i raz tęsknie wodził oczami za Grekiem, gdy ten wypuszczał się na zwiad. Co więcej, podobne oznaki dostrzegałem i u jego siostry. Obydwoje wymieniali przy tym szybkie spojrzenia, oraz krótkie uwagi we własnej mowie. Z początku trochę mnie to niepokoiło, gdyż pamiętałem przestrogi Melosa, by uważać, czy rodzeństwo nie ma aby jakich niecnych intencji. Ale nic w zachowaniu obojga nie dawało powodów do niepokoju. Dlatego na trzeci dzień, gdym już poczuł się pewniej przy prowadzeniu wozu, uznałem, że mogę zaryzykować. Gdy Agis dał mi znak, że chce oddalić się, by poszpiegować na drodze, kazałem mu się na chwilę wstrzymać

– Dasz radę? – zwróciłem się do chłopaka, siedzącego obok mnie, głową wskazując na luzaka.

– Pozwalasz, panie? – odparł pytaniem, patrząc na mnie z wyczekiwaniem, ale i z błyskiem radości w oczach.

– Próbuj. Tylko pilnuj się Agisa.

Nie trzeba było mu dwa razy powtarzać. Szybko zsunął się z wozu, odpiął wolnego konia, i wskoczył na niego ze zdumiewająca zręcznością. Bez siodła, bez uprzęży, zawinął nim dokoła, a zwierzę, czując, że jeździec siedzi pewnie, posłusznie mu się poddało.

– Uważaj na niego – rzuciłem do sługi, mając na uwadze nie tylko bezpieczeństwo Dolana. We wzroku Agisa dojrzałem zrozumienie dla tego, co miałem na myśli, ale z jego uśmiechu pojąłem, ze nie ma czego się obawiać. Obaj polubili się już wcześniej, i świetnie się rozumieli. Stary wyga wychowywał własnych synów, wiec już dawno ocenił, z kim ma do czynienia. Może nawet pozwalał na takie próby jeszcze w czasie, gdy obaj przygotowywali zwierzęta w Antiochii?

– Nie ma obawy, panie, wszystko będzie dobrze – rzucił, zawracając konia, i dając młodzikowi znak, by jechał za nim.

Wtem za plecami wyczułem oddech dziewczyny, a kątem okaz dostrzegłem, że wysunęła z wozu głowę, okrytą chustą, i patrzyła za odjeżdżającymi. Wskazałem jej reką miejsce obok siebie.

– Siadaj, porozmawiamy – rzuciłem, starając się, by nie zabrzmiało to jak pański nakaz. Posłuchała, uśmiechneła się i usiadała, ale milczała, ze wzrokierm utkwionym w oddalających się jeżdźcach Gdy zniknęli, poczeła rozglądać się ciekawie dokoła. Jak dotąd, nie zamieniliśmy ze sobą zbyt wiele słów ponad to, czego wymagały sprawy porządkowe. Sprawnie krzątała się wokół nas, oporządzała dobytek, pomagała bratu, lecz trzymała w pewnym ode mnie oddaleniu. Teraz nadarzała się okazja, by lepiej ją poznać, i spokojnie jadąc, czegoś się o niej, i od niej dowiedzieć.

Do tej pory zdążyłem przyjrzeć się jedynie jej sylwetce, postawie w ruchu i zachowaniu. Szczupła, dość wysoka i gibka, była przy tym nad wyraz silna, jak na kobietę, co dało się zauwazyć, gdy z łatwością dżwigała spore nawet pakunki.. Miała w sobie przyrodzoną zwinność, przydającą jej owego osobliwego wdzięku leniwie przechadzającego się drapieżnika, małego, ale czujnego, i w każdej chwili gotowego błyskawicznego skoczyć na ofiarę. Jednocześnie była w niej nieznana mi u światowych kobiet naturalność, bez nieustannego sprawiania wrażenia, iż jest kimś innym, niż tym, kogo się widzi. Prostota, pozbawiona salonowej ogłady i obycia, nie raziła, gdyż nie była kanciasta, czy prostacka. Ze zdumieniem musiałem przyznać, że tworzyło to całość nad wyraz oryginalną, jakiej nie spotyka się między rzymskimi damami.

Nie za bardzo wiedziałem, jak ją traktować. Niewolnice są domowym sprzętem, używanym już to dla wygody, już to ozdobności domu, już to wreszcie dla własnej uciechy. Dostrzega się je, ale nie widzi, korzysta z nich, ale nie prowadzi z nimi rozmów. Pojawiają się i znikają, ale wyłącznie jako elementy tła, zauważane dopiero wtedy, gdy z jakiegoś powodu, dla chwilowej potrzeby, a nawet i w chwili znudzenia, zechcemy zwrócić na coś szczególną uwagę. Zwykle nic o nich nie wiemy, chyba tylko to, że po prostu są, i służą. Wzywa się je, odprawia, i to też nie zawsze samemu.

Oczywiście, zdarza się, że te, co bardziej urodziwe, obdarzane są przez swego pana niemałymi względami, a nawet na czas jakiś zyskują w jego domu pozycję dość znaczącą. Niemniej tak, jak dla kaprysu, czy z pożądliwości, szybko wynosi je w górę, równie szybko strąca na dół. Tym, którym los sprzyja, udaje się wyzwolić, by potem wchodzić w świat jako hetery, bogacące się dzięki kolejnym znajmościom, a i własnej przebiegłości. Niektóre, niczym ich patronka Flora, gromadzą wielkie fortuny, i żyją szumnie, biorąc sobie możnych kochanków według własnego upodobania. Inne jeszcze zakładają domy uciech, przestrzegając jednak pewnego umiaru w oskubywaniu klientów, by nie narażać się na sądy, w których nie mają przecież żadnych szans na wygrane.

W dziejach Rzymu zapisano mnóstwo niezwykłych kobiet, i ich równie niezwykłych wyczynów, zarówno tych szlachetnych i bohaterskich, jak i tych podstępnych, nikczemnych, nieraz morderczych. Nie było jednak między nimi niewolnic, złowionych i kupowanych na targowiskach, sprzedawanych z biedy, lub zdobytych na wojnach, jako zwykłe branki. Owszem, do legend i tradycji ludu trafiały matki, żony, kochanki i córki władców, wodzów, trybunów, konsulów, bogaczy, lecz nie postacie spośród kobiecej służby domowej. Prawda, że niekiedy zrodzone z nich dzieci zyskiwały rozgłos, lecz one same pozostawaly bezimienne. Znane, sławne kapłanki, poetki, nawet trucicielki, odmieniały losy świata. Nic natomiast nie wiadomo, by miała w tym swój jawny udział bodaj choć jedna pospolita niewolnica, chyba z wyjątkiem tej, która przed wiekami zeznawała przed senatem o spisku matron. Ale tamta przynajmniej służyła w domu swej pani, a nie pracowała w pocie czoła w jakimś dusznym warsztacie.

Asza nie była urodziwa, na swój jednak sposób przyciagała uwagę, nie tyle przez oryginalność rysów, czy ulotny wdzięk ciała i postawy, ile przez śmiałość spojrzenia, a także przez naturalną zwyczajność gestów i ruchów. Z oczywistych względów, próżno było szukać w niej gracji światowych kobiet, czy wystudiowanej pozy, mającej przykuwać wzrok otoczenia, budzić zanteresowanie mężczyzn, lub zazdrość konkurentek na targowisku próżności, zwanym lepszym, lub wręcz wyrafinowanym towarzystwem. Ale, co dziwne, trudno byłoby przypisać ją do pospolitego gminu. Najwyraźniej nie zależało jej, by kogokolwiek udawać, czy cokolwiek demonstrować. Byłem wręcz pewny, że, choć porwana i sprzedana, trwała w niewoli przyczajona, nie popadając w uniżoność, ani schlebianie swym właścicielom i nadzorcom.

            – Nieźle sobie radzisz – zaczałem rzeczowo od stwierdzenia, które możnaby od biedy uznać za pochwałę.

            – Staram się – przytaknęła – jak potrafię. Cieszę się, panie, że to widzisz.

– U was taka wędrówka to zwyczajność.

– Co kilka lat. Ale trzeba wszystko umieć – nie pojąłem do końca, czy dotyczyło to samej jazdy, czy w ogóle rodzaju życia w dzikości.

– To prawda, że przewodziłaś młodym? – niezwykle mnie intrygowała jej pozycja w plemieniu.

– Prawda.

– W rodzinie, czy w całej gromadzie?

– Tym, których naznaczali starsi – wyjaśniła. – Ale byłam pierwsza – cokolwiek to oznaczało, zabrzmiało wręcz dumnie.

– Jesteś już dorosła. Ile masz lat?

– Siedemnaście.

– Takie jak ty powinny mieć własne dzieci? Własny dom.

– Nie spieszy mi się. Lubię to, co robię – rzuciła krótko. – Co robiłam – poprawiła się.

– Masz dokąd wracać?

– Odnajdziemy swoich.

– Przecież ich wybili?

– Są inni, inne rodziny.

– Ale nie będzie już jak przedtem?

– Inaczej. Zobaczę. Dam sobie radę.

– Ojciec uczył cię wojowania? Jak mężczyznę?

– U nas wszyscy walczą. Jak kto potrafi. Nie ma różnicy. Tak trzeba.

Odpowiadała krótko, mówiła poprawnie, wyczułem, że chyba dość dobrze wyuczyła się aramejskiej mowy. Z bratem rozmawiali po swojemu, ale tylko wtedy, gdy byli sami. Rozumiała też trochę grekę, co zauważyłem, gdy odpowiadała czasami na uwagi Agisa. Całkiem nieźle, jak na kogoś, kto tkwił w obcym kraju, w zamknięciu, przy pracy. Potrafiła natomiast wiele powiedzieć wzrokiem, gestem, wyrazem twarzy – zapytać, zdziwić się, okazać zadowolenie, rezerwę, czasami zniecierpliwienie. Było to niezwykle kobiece, choć bez wylewności, raczej z ostrożną powściągliwością.

Z bratem otwarta w obejściu, ze sługą zachowywała ostrożność. Prawdę powiedziawszy, podobała mi się ta małomówność, przy jednoczesnej czytelności porozumienia. Okazywała mi należny szacunek, wypełniała polecenia, ale bez śladu uniżenia. Niepostrzeżenie, dość szybko przejęła komendę nad codzienną krzątaniną, co wszyscy przyjęliśmy z zadowoleniem, gdyż robiła to zręcznie, umiejętnie, a przy tym taktownie, miarkując zachowania wobec nas wedle pozycji, jaką każdy miał w naszej grupie.

Ani się spostrzegłem, jak szybko przywykłem do jej obecności, i tej wygody. Rzecz jasna, nie uśpiło to obaw, jakimi przed wyjazdem nasączył mnie był Melos, niemniej uspokoiło na tyle, że przestałem mieć się aż tak bardzo na baczności. Sprzyjało temu i to, że jechaliśmy spokojnie, bez przeszkód, równym rytmem. Na noc stawaliśmy w gospodach, których po drodze było wiele, gdyż do Beroi wsie i duże osady ciągnęły się niemal jednym rzędem.

Nie było kłopotów ani z zapasami, ani ze zwierzętami, nawet słońce nie dawało się zbytnio we znaki. Ruch tu panował duży, ale nikt się nikim specjalnie nie interesował, ludzie zajmowali się własnymi sprawami. Bardzo przydatne okazało się uliczne doświadczenie Dolana, dzięki któremu z łatwością rozpoznawał złodziei, jakich w takim tumulcie nie brakowało. On sam miał surowo przykazane trzymać ręce przy sobie, zresztą czuwał nad nim wzrok siostry, która jednym słowem, albo gestem potrafiła przywołać go porządku, gdy tyko spostrzegała, że coś niecnego może mu się roić w głowie.

Nasza pierwsza rozmowa urwała się dość szybko, gdyż zabrakło mi pytań, a Asza nie ośmielała się sama odzywać nieproszona. Jechaliśmy więc dalej w milczeniu, ja, zajęty pilnowaniem drogi, ona, rozglądając się dokoła, z ciekawością kogoś, kto pierwszy raz spogląda na wielki świat bez obawy o swoje w nim miejsce. Wreszcie uśmiechnęła się przepraszająco, i cofnęła do wnętrza wozu. Niezadługo pojawił się Agis z Dolanem. Chłopak wyglądał na szczęśliwego, zeskoczył, przywiązał konia, i wszedł do siostry, by zapewne podzielić się z nią swoimi wrażeniami.

            Beroa i jej okolice wzbudziły we mnie podziw już od chwili, gdy jeszcze z oddali dojrzałem ogromną świątynię Hadada, wraz z twierdzą na skalnym wzniesieniu pośrodku miasta. Wieniec z gór, wokół nich rozległe pola upraw, wielki ruch w niezliczonych osadach na przedmieściach, różnorodność ludzi wielu narodów i plemion – wszystko to budziło nie tylko zachwyt żądnego wrażeń podróżnika, ale i szacunek miłośnika historii, której duch przenikał to najstarsze, ponoć, miasto świata.

Zwało się niegdyś Halab, od białości dziwnej ziemi i kamieni, było siedzibą królów tajemniczego państwa Hattów, którym w latach swej świetności i potęgi na czas jakiś uległ nawet Egipt,. Czymże jest więc nasze tu krótkotrwałe panowanie od czasu syryjskiej wyprawy Pompejusza? Miasto przeżyło Medów, Greków, Armenów, Persów, teraz jest tu władza Rymu. Oczywiście, przetrwa i te rządy, za nic sobie mając zmienność losów świata – ba, zapewne wykorzystując kolejną odmianę z wielkim dla siebie pożytkiem.

            Antiochia to nowe bogactwo, Beroja to odwieczna tradycja, choć przecież również obrosła w wielki dostatek. Jest coś symbolicznego w tym, iż rzymski legat w Syrii, woli rezydować nad Orontesem niż tu, nad Chalosem. Swój ciągnie do swego. Przyszła mi do głowy mało zabawna myśl, że tutaj to my jesteśmy barbarzyńcami z zachodu, którzy najechali starodawny świat, i zaprowadzają teraz swoje porządki. Utwierdziłem się w tym, gdy chodziłem po ulicach, przyglądając rozmaitym budowlom. Każdy czas zostawił w nich, i na nich, własne znaki, każdy dodał swoje kamienie do poprzednio ułożonych przez innych. Niektóre pamiętają tak odległe wieki, kiedy o istnieniu Rzymu nie wiedzieli chyba nawet sami bogowie. Szczególne to połączenie przemijania z trwaniem, oznaka żywotności ponad czasem.

            Zatrzymaliśmy się w niezłej gospodzie, nieopodal zachodniej bramy, z zamiarem pozostania tu dni kilka. Chodziliśmy do miasta rozmaicie, Agis z Aszą, lub Dolanem, po zakupy, ja zaś, by zaspokoić ciekawość, ale i spotkać się z człowiekiem, poleconym przez Melosa dla wzięcia dodatkowych pieniędzy. Nie ufałem jeszcze rodzeństwu na tyle, by godzić się na ich samodzielne wypady bez asysty któregoś z nas. Było to głupie, ponieważ gdyby tylko zechcieli, tak czy inaczej porzuciliby nas w każdej chwili, ani byśmy się spostrzegli. Strata byłaby niewielka, wszak nie od nich przecież zależała pomyślność mej wyprawy. Co najwyżej uraziłoby to moją ambicję, i pozbawiło resztek złudzeń co do ludzkiej wdzięczności. Ale czyż można przykładać nasze miary przyzwoitości do barbarzyńców?

Nie dawałem po sobie niczego poznać, niemniej Asza szybko zorientowała się, co też chodzi mi po głowie. Drugiego dnia zabrałem ją ze sobą, by dokupiła rozmaite rzeczy, potrzebne do gospodarzenia, a także sprawiła sobie jakieś ubrania. Gdy stawaliśmy przy różnych sklepach i składach, obserwowałem z boku jak targowała się ze zdumiewającą zawziętością, nawet o drobiazgi, budząc złość, ale i szacunek sprzedawców. Nosiła potem te bagaże bez wysiłku, towarzysząc mi, gdym krążył po uliczkach, i zatrzymywał przy co ciekawszych miejscach, lub budowlach, rozpytując miejscowych o ich przeznaczenie i historię. Nie dała poznać, że jest zmęczona, również ciekawie rozglądała się dokoła, ale gdy dałem znak do powrotu, zobaczyłem w jej wzroku ulgę z końca tej całodniowej wyprawy.

Przez cały ten czas milczała, lub krótko odpowiadała na moje pytania i rzucane uwagi. Gdy dochodziliśmy już do wozu, pojawił się Dolan, i odebrał od niej bagaże.

– Dziękuję, panie, że pozwoliłeś mi sobie towarzyszyć – odezwała się, z lekkim ukłonem, ruszając za bratem – choć przecież mogłeś bez obaw odprawić zaraz po zakupach – dodała po chwili wahania. Pozwoliła sobie na czytelną aluzję, pierwszy raz wykraczając poza zwyczajną dla niej powściągliwość w odzywaniu się do mnie. Zostawiłem to bez odpowiedzi, nie widząc powodu, dla którego miałbym się tłumaczyć ze swych myśli. Obydwoje wiedzieliśmy, w czym rzecz. Moja nieufność nieco zmalała, co nie znaczy, że się jej całkowicie wyzbyłem.

 

  1. Zaskakujące zdziwienia i niespodzianki

            Jeszcze przez wyruszenia w podróż zastanawiałem się, jak też potem przyjdzie ją opisać. Oprócz zadania, jakie mi zlecono, jako cesarskiemu wysłannikowi, miałem do wypełnienia rodzinny obowiązek rozpoznania możliwości przejmowania towarów ze wschodu własnymi środkami, lub pośrednikami, najwcześniej, jak się tylko da. Wywiązanie się z jednego przed cesarzem, i drugiego przed ojcem, to była kwestia sporządzenia raportów rzeczowych, na modłę wojskową, stosownie do tego, jak uda mi się spełnić ich oczekiwania. Ze zrozumiałych względów, miały one być przeznaczone tylko dla nielicznych, a zawarta w nich wiedza pozostać głęboko ukryta w archiwach przed kimkolwiek postronnym. To, com z dobrej woli obiecał Korbulonowi, również spiszę wyłącznie dla niego, i nikogo więcej. Wychodziło więc na to, że gdybym trzymał się tylko tych zobowiązań, wiedza z mojej wyprawy pozostałyby nieznana dla ogółu, bez pożytku dla kogoś ciekawego świata – jego wielkości, zagadek czy zachodzących w nim przemian. Wszystko to razem niezbyt mi się podobało.

            Nie jestem uczonym, lecz przecież w duchu pozostaję do pewnego stopnia uczniem Strabona. Dlatego, w istocie najważniejszym dla mnie celem, dla tamtych drugorzędnym, lecz dla mnie skrycie najważniejszym, stało się przyjrzenie się z bliska dalekim krainom i ludom, znanym dotąd jedynie bardzo ogólnie z opowieści tych nielicznych, którzy sami się w tamte strony zapuścili, dla różnych zresztą powodów, lub którzy powtarzali to, co zasłyszeli od innych. Wielkie do dziś jest tej materii pomieszanie, tym większe, im dalszych odległości sięgają owe opisy. Większość prywatnych świadectw powstała przy okazji wypraw wojennych, co ze zrozumiałych względów ograniczało ich rzetelność w ocenie stanu spraw tam się dziejących.

Przez lata studiowałem Herodota i Strabona, także scypionowego nauczyciela, Polibiusza, i znam na wyrywki to, co w swych księgach zawarli o miejscach, do których zmierzam. Oddając sprawiedliwość pierwszemu, miałem jednak na uwadze, że jego wędrówki wschodnie kończyły się na ziemiach Scytów, zwanych królewskimi, oraz na Syrii i Babilonii. O tym, co dalej, wiedział tylko tyle, ile zechcieli mu powiedzieć perscy kapłani. Nie sposób więc stwierdzić, ile w tym prawdy, a ile legend, stronniczości, nawet zwykłej fantazji. Sam zresztą uczciwie przyznał, że choć podawał, co mu opowiadano, to nie zawsze w to wierzył.

Polibiusz doskonale poznał Afrykę i Hiszpanię, o Azji wiedział jednak niewiele, więc trudno uznać jego zapisy w tej materii za wiarygodne. Z kolei, mój wspaniały mentor z lat dziecięcych w tamtych dalekich stronach też nigdy nie był, więc to, co o nich zebrał, to jedynie cudze przekazy, niesprawdzone, pełne rozmaitości, wielce nieraz udziwnionych i mitycznych. Herodot pisał historię dla jej rozumienia przez potomność, Strabon nade wszystko geografię, ale głównie na użytek wojska i władzy, jaka za nim szła. Dla prostego wędrowca wiedza ta jest pożyteczna w ogólności, a choć w opisie zwierząt i ziemi nie ma sobie równej, to mało jednak okazuje się być praktyczna w szczegółach codzienności i obyczaju, O ileż więcej znalazłem tej drugiej w starych zapiskach Maesa, urywkowej, ale rzetelnej.

Z samego początku umyśliłem sobie, że jeśli bogowie dadzą mi dojść tak daleko, jak zamierzam, a potem wrócić zdrowo do domu, spiszę nie tylko to, co zobaczę, ale również i to czego doświadczę. Nie ma we mnie ani ambicji, ani umiejętności, czy temperamentu uczonego, do tego trzeba skrupulatności i ogromnej cierpliwości. Mam naturę bardziej impulsywną, mój umysł, choć wyćwiczony w spekulacjach, z trudem poddaje się rygorom metody i porządku. Postanowiłem więc, że sporządzę zapisy dwojakiego rodzaju.

W jednych, z kronikarskiego obowiązku wyliczę tylko konkrety, fakty, opisy miejsc, rzeczy i ludzi, czyli wszystko, co postrzec zdołają wyostrzone zmysły. W drugich natomiast, swobodnych, i nieskrępowanych w formie, zawrę własne doznania, domniemania, sądy, zmienność humorów, własny stosunek do tego, co zobaczę i przeżyję. Przytoczę w nich i te znaczące dla mnie spotkania z co ciekawszymi ludźmi, jakich los postawi mi na drodze. Może to szczególnie przyciągnie uwagę tych, którzy się na żadne takie wyprawy nie wybrali i podobnych rzeczy nie przeżywali. Także ważne, ale i zachęcające będzie dla kogoś, kogo przed puszczeniem się w daleki świat wstrzymuje skryta obawa, iż to, co nieznane, jest tylko i wyłącznie groźne.

Przyszedł mi jednak do głowy jeszcze jeden pomysł. Przysłuchując się rozmowom rodzeństwa w ich własnej mowie, zapragnąłem poznać ją, choćby dla wygody w podróży. Bez wątpienia, umiejętność ta przyda mi się później, gdy znajdę się już w ich krainie sam, bez nich. Wszak wypełniwszy swe zadanie, w pewnej chwili odłączą się, i ruszą szukać swoich. A ponieważ jest tam wiele innych plemion, które mówią chyba podobnie, więc nie byłbym zupełnie bezradny, gdybym, trafiając miedzy nich, chciał jakoś się z nimi porozumiewać.

Z tego, co wiem, nikt jeszcze dotąd nie próbował zbadać języków tak odległych ludów, uznawanych za barbarzyńskie. Kilka słów scytyjskich u Herodota to bardziej ozdoba, niż wiedza. Z kolei, przekłady aleksandryjskie, to dzieła uczonych i skrybów, zazdrośnie strzegących swych umiejętności. A z mową tamtych obcych jest taki kłopot, że najpierw mało kto ją zna, a jeśli nawet, to nie wie, jak ją zapisywać. Pisma swego nie mają, bo go, widać, nie potrzebują, albo jeszcze do niego nie dorośli. Lecz prędzej czy później przyjdzie się z nimi dogadywać, zwłaszcza w handlu. Dzisiaj kupcy muszą korzystać z pośredników, nie tylko do noszenia towarów, ale i do wzajemnych rozmów. Wielką zatem pomocą byłby tu spis jakiej gramatyki, choćby i niedoskonały.

W dalekiej podróży nie sposób robić długich zapisków, ale przecież można wyuczyć się trochę obcej mowy. Potrafią pieśniarze recytować całego Homera z głowy, czemuż wiec nie miałbym i ja wcisnąć do swojej tysiąca nowych słów? Byle by tylko uchwycić właściwą melodię i rytm. Pamięć mam dobrze ćwiczoną metodą retorów, wedle nauki z Keos. Poukładam więc sobie w niej nie tylko to, co konieczne dla późniejszego opisania świata, poznawanego po drodze, ale i co przydatne do sporządzenia takiej pomocy dla lepszego się z nim rozumienia. Skoro mam szukać nowych szlaków dla naszych przyszłych zysków, czemu, dla ułatwienia, nie poznać języka ludów, pomiędzy którymi będą biegły? Tak to moja praca dla rodzinnej pomyślności przyniosłaby korzyści nie tylko w samym złocie, ale i w zdobytej wiedzy bardzo praktycznej.

Z chwilą, gdy myśl ta dojrzała na dobre, oznajmiłem Dolanowi i jego siostrze, żeby powoli, słowo po słowie, próbowali mówić ze mną po swojemu. Zdziwili się, lecz chętnie na to przystali. Tak zaczęła się moja nauka, która po trosze była też i rozweselającą nas zabawą, wypełniającą nudne godziny monotonnej jazdy po wyruszeniu z Beroi.

Nim wyjechaliśmy, zażywaliśmy jeszcze wygód, jakich można zaznać w wielkim mieście. Pierwsze, to dobre gospody z doskonałym jedzeniem i winem, czym chętnie raczyliśmy się podczas wypraw po zakupy i dla oglądania ciekawych miejsc. Najbardziej jednak cieszyła mnie możność korzystania z miejskich łaźni, co po dniach, spędzanych w wozie, i na przydrożnych postojach, było rzeczą aż nadto zrozumiałą. Kto wie, kiedy znów nadarzą się podobne okazje?

Na pierwszą taką wycieczkę dla polepszenia stanu ciała i ducha wybrałem się z Dolanem, następnego dnia poszedł Agis, zabierając ze sobą wzbraniająca się nieco Aszę. Tam doszło do ciekawej sytuacji. Otóż w termach oddał ją pod opiekę służek, przykazując im groźnie, a wymownie, by nie spotkało jej co nieobyczajnego. Po powrocie powiedział mi na boku, że na jego rozeznanie, nie wiadomo było właściwie, kto kogo tam się bał. Miedzy nami spokojna, z pozoru cicha i nieobyta, dziewczyna ponoć onieśmieliła otoczenie swą dumną postawą, jakby była jaką ważną personą. Najwyraźniej czas niewoli nie złamał w niej wojowniczej natury, prawda, że miarkowanej przy mnie przez okoliczności, lecz odzywającej się, gdy uznawała to za konieczne. Natomiast jej brat, który w termach nigdy dotąd jeszcze nie był, przyjął nowe dla niego doświadczenie z wielką uciechą i upodobaniem.

Na koniec pobytu w Beroi udałem się do człowieka, poleconego mi przez Melosa, by dobrać więcej pieniędzy na drogę. Była to już ostatnia sposobność, by wykorzystać list zastawny Tycjanów w Syrii. Dalej w tych stronach interesy naszej faktorii już nie sięgały, chyba że w Zeugmie i Edessie, ale te miasta postanowiłem ominąć, kierując się na wschód przez Batnę, ku Resainie. Sporo już wydaliśmy, zwłaszcza uzupełniając wyposażenie gospodarstwa i ubrania. Wziąłem więc tyle złota i srebra, by nie tylko dotrzeć do gór bez większych kłopotów, ale i potem mieć zabezpieczenie na czas, gdy przyjdzie zdać się na niepewną wymianę towarów.

Nareszcie, oporządziwszy się z tym, co niezbędne, ruszyliśmy w dalszą drogę. Pozostało mi w pamięci wspomnienie wielkiej twierdzy na wysokim wzgórzu w środku miasta, obok niej hetyckiej świątyni z dwoma dziesiątkami imponujących posągów, a także plątaniny wąskich uliczek, pełnych gwaru, kolorów, zapachów i różnorodnego ludu. Podobnie, jak wszędzie chyba na wschodzie, w Beroi każdy naród ma swoją, osobną dzielnicę, tak, że chodząc po niej, raz po raz, w mgnieniu oka, jakby przechodzi się do coraz innego świata. Najwięcej jest Armenów, którzy przed nami tu panowali, nadto bardzo liczą się Żydzi, powiązani swoimi więzami aż z królami Judei. Ale i tak wszystko, co ważne i liczące się, jest greckie. Miałem więc okazję przekonać się, ile racji jest w gorzkich dla mnie słowach Makrosa z Cypru. Rzym trzyma tu ledwie trochę wojska, gromadę urzędników, a miejscowi i tak rządzą się po swojemu. Wiele budujemy, lecz z ducha zostawiamy niewiele – bo i co możemy zaproponować własnego, czego by tu przed nami nie było. Trzeba czegoś naprawdę wielkiego, i znaczniejszego niż sama siła, by móc stawić czoła miejscowej historii i tradycji.

            Na dalszej drodze, coraz bliżej ku Eufratowi, nie było tak tłoczno, jak wcześniej, zwarte wsie i osady spotykało się rzadziej, w większej teraz od siebie odległości. W gospodach, nie tak już licznych i wystawnych, dało się nocować, lecz obsługa pozostawiała wiele do życzenia, a za noclegi, jedzenie i paszę zdzierano z gości niemałe pieniądze. Jechaliśmy bez przeszkód, nikt nas nie zaczepiał, zresztą, niczym specjalnym się nie wyróżnialiśmy, a postawa rosłego Agisa zniechęcała do zaczepek. Wyglądaliśmy więc jak zwykli wędrowni handlarze na rodzinnym wozie, jakich spotykało się tu niemało.

Nikogo nie dziwił specjalnie ani widok rodzeństwa z obcego plemienia, ani nawet ja sam, gdyż w zwyczajnym, podróżnym ubraniu, z moimi domieszkami krwi, mogłem uchodzić równie dobrze za Greka, nawet za Parta. W różnorodności twarzy i ubiorów, tacy podróżni, jak nasza grupa, byli normalnością, jak wszyscy dokoła. Wolałem bez potrzeby nie wystawiać się jako rzymianin, bo nie wiadomo, czy nie wzbudzałoby to niechęci. Kilkakrotnie bowiem z przykrością zaobserwowałem, jak niechętnie spoglądano tu na oddziały naszych żołnierzy, przejeżdżające niekiedy drogą, z wyraźnie okazywaną władczością zdobywców.

Poznawałem monotonię wędrówki, podobną do tej na morzu, kiedy to trzeba dzień za dniem pokonywać mozolnie setki stadiów, nim dotrze się tam, gdzie ma się coś naprawdę zacząć dziać. Na szczęście znajdowałem urozmaicenie w nauce nowej dla mnie mowy. Po większej części uczył mnie Dolan, natomiast Asza wtrącała się tylko wtedy, gdy ją o coś specjalnie pytałem. Chłopak był prędki, i trudny w zrozumieniu, ona natomiast wykazywała się wielką cierpliwością Z początku rzadko jednak ją nagabywałem, bo po pierwsze było mi dziwnie i nieporęcznie prosić kobietę o pomoc, a po drugie, dlatego, że od chwili wyjazdu z Beroi przez jakiś czas była niezwykle zajęta. Zakupiła bowiem była mnóstwo różnych materii i teraz szyła nam wszystkim dodatkowe ubrania podróżne na modłę swego plemienia. I tu pojawił się dla mnie pewien kłopot.

Scytowie, ile by ich tam nie było odmian, to ludy wędrownych i wojowniczych jeźdźców. Spędzają życie na koniach, przy koniach, z końmi, i stosownie do tego muszą przykrawać sobie przyodziewek. Używają więc specjalnych ubrań spodnich, jakie u nas uchodzą za prostackie, a bywają noszone jedynie przez żołnierzy, a i to tylko w szczególnych okolicznościach. W Rzymie żaden poważny i szanujący się człowiek w niczym takim publicznie by się nie pokazał, bez narażania na śmieszność, wręcz drwiny. To dobre dla komediantów na scenie, ale nie dla kogoś, kto chce godnie przedstawiać się między ludźmi. Widywałem taki strój u przybyszów ze wschodu, teraz, w podróży, również tu i ówdzie spostrzegałem takie ubiory, które najwyraźniej nikogo specjalnie nie dziwiły. A już zupełnie mnie zdumiało, iż noszą go nie tylko mężczyźni, lecz i kobiety!

Cóż, każdy naród ma swoje obyczaje, które należy uszanować, jeśli tylko nie są nam nieprzyjazne. Niechże więc sobie oni chodzą jak chcą. Natomiast moja rzymska natura zdecydowanie buntowała się przeciwko zakładaniu na siebie czegoś tak przeciwnego naszym obyczajom. To tak, jakby chodzić w samych fermoraliach bez okrycia. Tymczasem Asza najpierw ubrała w te – jak to nazwała, spodnie – brata, potem siebie, wreszcie i Agisa, który niespecjalnie się nawet sprzeciwiał, jako że w czasach wojaczki przychodziło mu nosić legionowe brakki. Na koniec oznajmiła, że i dla mnie skroiła taki praktyczny przyodziewek, i że mogę go wypróbować, jeśli tylko zechcę.

Patrzyłem na tę tak dziwacznie wystrojoną trójkę, nie wiedząc, co powiedzieć. Mogłem, rzecz jasna, uprzeć się, i odmówić, lecz pomyślałem, że dałbym tym tylko dowód oślego uporu, a nie zwykłej roztropności. Skoro całe narody tak się ubierały, musi być w tym jakiś powód, i sens, który warto poznać. Czy niechęć do drobnych nowinek, może i dziwacznych, ale użytecznych, to aby nie efekt jedynie wychowania, lub uprzedzenia wobec tych, którzy je proponują?

Mamy się za lepszych od barbarzyńców, ale już nieraz okazało się, że warto się czegoś od nich nauczyć. Pycha zgubiła nasze wojska pod Karrami, ponieważ Krassus nie docenił nieznanej nam wtedy metody walki, właśnie na modłę scytyjską. Skoro rzymskie legiony musiały uznać wyższość ich wojowników w ogromnej bitwie, to czemuż ja sam nie miałbym przyjąć, że ich odzież, w jakiej przecież tego dokonali, też ma jakieś swoje zalety, choćby i podróżne, niezależnie od obrzydliwości jej formy? Rozumowanie to skłoniłoby moich nauczycieli logiki raczej do kpiny, a słuchaczy do śmiechu, ale czyż wszystko, co słuszne, musi być zaraz tak strasznie poważne i uczone? Na wielkim trakcie wschodnim, rzymskiej dumie nie zaszkodzi szczypta pokory wobec barbarzyńskich spodni, ułatwiających wędrowanie!

Z miną chyba nieco głupawą, dałem się w końcu namówić do założenia tego scytyjskiego wynalazku, i wypróbowania go w konnej jeździe. Okazał się całkiem przydatny, nawet wygodny, także i w chodzeniu. Asza stwierdziła, że u nich szyje się go ze specjalnie wyprawianych delikatnych, a mocnych skór, ale w naszych warunkach nie było jak ich zdobyć. Machnąłem ręką, dziękując, że zrobiła i tyle. Cóż, tak oto drobne głupstwo nauczyło mnie, że rozumność na służbie potrzeby przejawia się nawet tam, gdzie skłonni jesteśmy widzieć tylko dzikość i prostactwo. Obiecałem sobie więc być bardziej ostrożny w niechętnych sądach wobec rzeczy, które, bez rozważenia ważnych po temu racji, w pierwszym odruchu zdają się nie do przyjęcia.

Asza wykazała się zmyślnością w jeszcze jednym koncepcie, który tym razem dowiódł jej praktycznego zmysłu handlowego. Otóż naszyła wiele małych woreczków, do których rozdzieliła sól, jaką w sporej ilości mieliśmy schowaną w specjalnej skrzyni na różne towary wymienne. Zrazu nie pojąłem sensu tego zabiegu, lecz Dolan szybko uzmysłowił mi, że przecież kiedy przychodzi do targów, nie należy pokazywać całego złota, tylko przy płaceniu lepiej wypłacać sumę mniejszymi monetami.

– Będzie wygodniej. Zresztą, po co kusić los – wzruszył ramionami. – Lepiej udawać, że mam mało. Że to bardzo cenne, a wymiana to wielka dla mnie strata. – Gdy mi to tłumaczył, miałem wrażenie, jakbym słuchał chytrego Melosa. Spryt ulicznego złodziejaszka w niczym nie różnił się od kupieckiej przemyślności faktora największego domu handlowego w całym cesarstwie.

Cóż, wprawdzie odebrałem znakomitą edukację i wychowanie, ale w prostych sprawach życiowych rodzeństwo przewyższało mnie zmysłem praktycznym. Jak dotąd, w naszej podróży, cała moja uczoność z trudem mogła się mierzyć z ich zmysłem szybkiego wynajdowania w każdej sytuacji rozwiązań użytecznych i skutecznych. Co mnie zajęłoby wiele czasu na puste rozważania, oni rozstrzygali odruchami swej natury.

Szkoliłem się na przebiegłość w działaniu, praktycznej bystrości miałem jednak niewiele, a i to w ograniczonym zakresie. Dziadek i ojciec od zawsze wyczuwali we mnie brak zdecydowania w chytrości, kiedy to trzeba mniej się zastanawiać, a bardziej ryzykować, nawet oszukiwać, wbrew wszelkim skrupułom. Dlatego trzymali mnie z dala od głównych interesów rodzinnych, przeznaczając raczej do obserwowania i szpiegowania, niż do zadań brutalnych i bezwzględnych, bez których tych interesów nie sposób prowadzić. Wiem, jak grać wystudiowane role na małych scenach w salonach władzy i polityki, jestem jednak kiepskim aktorem na igrzyskach dla prostej gawiedzi.

Teraz przyszło uzupełniać wiedzę w sposób niekiedy dla mnie wielce dokuczliwy, gdyż naruszający nadmiernie dobre wyobrażenie o sobie, i własnych umiejętnościach. Hołubione od dziecka pragnienie podróżowania po świecie, i chęć poznawania go, to jedno, a dorosłe wędrowanie po nim – zgoła coś innego, na co dzień niewiele mającego wspólnego z wyobrażeniami o jego znaczeniu i urodzie. Z drugiej jednak stron, jest jakieś szczególne zadowolenie w tym, iż mimo utraty wielu młodzieńczych złudzeń co do samej wędrówki, przynosi ona liczne i pożyteczne nauki, choć nie zawsze takie, jakich by się oczekiwało. W rzeczy samej, grecki kapłan Maros miał słuszność, iż nie tyle ważne jest osiągnięcie celu, ile to, co i kogo spotyka się na drodze, jaka do niego wiedzie. Tak to, raz za razem, przychodziło mi zdawać sobie sprawę, że wyprawa Tycjana okazuje się być okazją do formowania się nowego Festusa.

Do Eufratu jechaliśmy bez przeszkód, czyniąc jeden dłuższy postój w Hierapolis, świętym mieście, przed laty zniszczonym przez ogromne zawalenie się ziemi. Stawiano je właściwie od nowa, z wielka troską przywracając mu dawną świetność. Odbudowano już niemal w całości wielką kolumnadę, oraz świątynie Apolla i Plutona, nieopodal tajemniczego miejsca na wzgórzu, straszącego jako jaskinia trujących demonów. Wszystko to obejrzałem dokładnie, wysłuchując barwnych opowieści o przywracaniu miastu znaczenia i urody sprzed tamtej katastrofy.

Doprawdy, godna podziwu jest żywotność ducha tutejszego ludu, który, niezrażony nieszczęściem, nie załamał się, i znalazł w sobie siłę odnowienia własnego miejsca na świecie. Okrutny bóg podziemi zabrał wtedy do siebie ofiarę z ponad połowy mieszkańców, ale ci, co przeżyli, nie uciekli, nie poddali się, lecz, na przekór złej fortunie, z niezwykłą zawziętością stawili czoła wyzwaniu. W przelotnych rozmowach z miejscowymi obywatelami wyczuwałem swego rodzaju dumę, zrodzoną ze skutecznej wytrwałości w walce z boskim żywiołem, którą chyba udało im się wygrać.

Z przykrością stwierdziłem, że bardzo tu Rzymu nie lubią, a to przez pamięć o dawnym postępku Krassusa. Ten bowiem, idąc na Partów, tu się zatrzymał, i haniebnie był okradł świątynię syryjskiej bogini miłości i urodzaju, Atargat. Tamto świętokradztwo pamiętają tu do dzisiaj, nie skrywając swego zadowolenia z jego klęski pod Karrami. Osobliwie, ze złośliwym ukontentowaniem, wspominają śmierć jego syna, Polibiusza, który to, pierwszy odkrywszy skarbiec świątynny, wezwał ojca, by wspólnie rabować gromadzone przez wieki dobra. Dzięki temu wypłacili wtedy hojnie żołnierzom zaległy żołd, ale nie uchroniło to ich od śmiertelnej porażki. Powszechnie wierzy się tu, że to mąż bogini, potężny Hadad, zemścił się, i za podłość rzymskiego wodza, podsunął mu równie podłego, wiarołomnego szpiega spośród Arabów, który podstępem zwabił całą armię w pułapkę, zastawioną przez Surenę.

Wjechałem w głąb Syrii ku Armenii nie tak jeszcze daleko, a już przekonałem się, że mają nas tu wszędzie wyłącznie za okrutników i rabusiów, niewiele lepszych od Partów. Z wiadomych powodów, największym poważaniem cieszą się u miejscowych – oczywiście, oprócz Greków – Armenowie, zaraz po nich idą Persowie. Gdyby doszło do jakiej nowej wojny, zawiązałyby się dokoła przeciw nam sojusze, które pokonać zdołałby tylko wielki wódz, nadto obdarzony dużym zmysłem politycznym. Swego czasu udało się to Lukullusowi, ale i jego rządy tu były krótkie, bo nie znalazł w Rzymie wsparcia u ekwitów, których pozbawił wielkich stąd dochodów.

Do Eufratu dojechaliśmy w dwa dni po opuszczeniu Hierapolis. Tam przyszło nam szukać sposobu przeprawy na drugi brzeg. Okazało się to kłopotliwe, gdyż chętnych było sporo, a przewoźników dla takich wozów z dodatkowymi zwierzętami jak nasz – niewielu. Wzdłuż rzeki, w górę, i w dół, były brody, i kilka dogodnych miejsc do bezpiecznego przejazdu, ale nikt z obcych wędrowców nie ośmielał się jechać przez nie bez pomocy miejscowych. Koniec końców, przyłączyliśmy się do grupy oczekujących, by wespół, jednym, wielkim taborem, pokonać z dziesięć stadiów wartkiego nurtu, pod czujnym okiem dwóch, najętych za sutą zapłatę przewodników. Zajęło to sporo czasu, ponieważ nie szło się wprost, lecz zakolami, nawet z biegiem rzeki, tam, gdzie dno gładkie, a woda płytka, i niezbyt rwąca. Było sporo zamieszania, zwłaszcza ze zwierzętami, ale nikt nie ucierpiał, ani nie poniósł strat na zdrowiu, czy dobytku. Zmęczeni, ale zadowoleni z pokonania tej przeszkody, następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę.

Od wielu dni oczekiwałem z niecierpliwością na chwilę, gdy wjadę do międzyrzecza, krain starożytnej historii, legend, wiedzy i niezbadanych tajemnic, czekających dalej za górami. Ale na ich poznawanie musiałem jeszcze poczekać, nadto uzbroiwszy się tak w cierpliwości, jak i ostrożność. Wkroczyliśmy bowiem na ziemie, gdzie należało mieć się na baczności, gdyż panowały na nich nie prawa, lecz rozmaite, mało mi znane, lokalne obyczaje. Syria to właściwie nie państwo, ale wielka gromada osobnych miast, rządzących się po swojemu. Teraz poddane są niby władzy Rzymu, ale tak naprawdę to tylko z nazwy, i z wymuszanych siłą podatków.

Według mojej wiedzy, od granicznego Nisbis dzielił na jeszcze niemal miesiąc jazdy, a z postojami pewnie i więcej. Stacjonowała tam jedna z czterech wielkich legii syryjskich, a z dwóch obecnych na granicy partyjskiej, osadzonych w czasach Augusta. Ustały tu wojny, ale nastało łupiestwo, zbójeckie i urzędnicze – co właściwie na jedno wychodzi. Czym innym bowiem są pakta między władcami, a czym innym życie zwykłych ludzi, a w nim małe i wielkie interesy na handlowych szlakach. Pax Romana zapanował tylko z niepisanej umowy, ale, po prawdzie, był on jedynie ozdobną przykrywką dla ogromnego kotła, w którym ciągle wrzało, za sprawą niekończących się, lokalnych awantur. Należało więc uważać, by się na czymś w drodze nie sparzyć.

Jechaliśmy spokojnie, jeśli nie liczyć kilku drobnych utarczek z oszustami i złodziejaszkami, jakich tu co niemiara. Dolan czujnie ich wypatrywał, a gdy dochodziło co do czego, Agis załatwiał sprawy szybko i stanowczo. Rodzeństwo pospołu uczyło mnie swego języka, tak że nabierałem niejakiej w nim wprawy, ku swemu zadowoleniu, a ich uciesze. Każdego dnia porządkowałem sobie w pamięci wszystko, co widziałem, składając rzeczy mniejsze, w większe, osobne całości. Ułożyliśmy się też jako zgodna grupa, w której każdy wie, co do niego należy, ja zaś sam, choć w niej najważniejszy, nie wymigiwałem się do różnych, prostych obowiązków, jakich w takiej podróży nie brakuje.

Ważny okazał się postój w Batnei, oddalonej od Eufratu o tydzień jazdy. Miasteczko nieduże, niby niepozorne, ale, jak się wyjaśniło, wielce znaczące dla wschodniego handlu. Ku memu zaskoczeniu, więcej tu się w nim działo, niż w osławionej Edessie, czy nawet Zeugmie. Niegdyś mała osada, założona jeszcze przez Macedończyków, stawała się od powoli siedzibą wielu pośredników, przejmujących towary z kraju Serów, a z rzadka nawet i Indów. Woleli oni tu kończyć swe podróże Eufratem od Charaksu, by nie iść miedzy Arabami, i załatwiać wymianę z dala od większych miast, bez przeprawiania się przez rzekę.

Był w tym nie tylko kupiecki rozum, ale i przemyślność tutejszych ludzi,, gdyż i jedni i drudzy woleli robić interesy z dala od północnej drogi, ruchliwej, ale pełnej rozmaitych niebezpieczeństw. Tam było się ciągle na widoku, tu panował większy spokój. Co prawda, tam trakt był lepszy, tu natomiast mniej przyjazny przez niedogodności terenu, niemniej tak jakoś się ułożyło, że stopniowo Batnea zamieniała się w duże targowisko, wygodne dla wszystkich, najbardziej przy tym ożywione wczesną jesienią. Pora ta wynikała z samej natury rzeczy, gdyż – jak się dowiedziałem – to pogoda, i jej zmienność na całej długości dalekiego szlaku, wymuszała taki, a nie inny rytm wędrówek karawan.

            Rozeznawszy się w tym wszystkim pojąłem, że jest to dla Tycjanów miejsce wręcz wymarzone, by właśnie tutaj przechwytywać towary, i dalej wieźć je już własnym i ludźmi. Dlatego postanowiłem spędzić w miasteczku kilka dni, by spróbować wejść w jakie stosowne układy na przyszłość, a przynajmniej dowiedzieć się, kto wśród miejscowych jest w tych interesach najznaczniejszy. To, co mnie przy tych poszukiwaniach spotkało, przeszło wszelkie moje wyobrażenie.

            Trzeciego czy czwartego dnia kręcenia się wśród różnych ludzi, zaszedłem z Aszą do człowieka, który handlował wszystkim, co w podróżach konieczne – drobiazgi, uprząż, nawet broń. Miał duży skład, zasobny, dobrze chyba prowadzony, bo czuło się w nim porządek i pewną rękę właściciela. Zwał się Geta, co wydało mi się dziwne, bo oznaczać by miało, że jest z dalekiego świata. Asza, kobiecym zwyczajem, chciała coś dokupić do naszego wozu, ja zaś – rozpytać o tutejsze stosunki w handlu. Przedstawiłem się jako wysłannik rzymskiego kupca, szukającego sposobności do zarobku daleko od morza. Ów Geta, człowiek już w swoich latach, wymawiał się od odpowiedzi, twierdząc, że tym sprawami zajmuje się teraz jego syn, a on sam, pod jego nieobecność, tylko dogląda ludzi tu pracujących.

            Rozmowa nie układała się, co kładłem na karb powszechnej niechęci do wszystkiego i wszystkich z Rzymu. Wypytałem kiedy wrócić, żeby dowiedzieć się czegoś więcej, lecz stary tylko wzruszył ramionami, i zbył mnie niegrzecznym gestem. Gdy, zrezygnowany, wyszedłem ze składu, minąłem siedzącą na ławie staruszkę, bezmyślnie gapiącą się dokoła. Spojrzała na mnie, i naraz jej wzrok jakby się ożywił, coś wykrzyknęła, wstała i zagrodziła mi przejście. Zdziwiony, chciałem ja ominąć, ta jednak znienacka uczepiła się mnie, i zaczęła coś mówić podniesionym, głosem.

Geta, który usłyszał zamieszanie, wyszedł, najwyraźniej z zamiarem uwolnienia mnie z niemiłej sytuacji.

– Wybacz, panie, ale mojej matce ciągle coś się miesza w głowie – rzekł, odciągając ją na stronę. – Sam widzisz, stara już, to i głupia. – Przepraszał niby grzecznie, ale był zły, czując się zmuszony to robić wobec obcego.

Tymczasem kobieta nie ustępowała, zwracając się teraz do syna krótkimi, urywanymi zdaniami. Co mówiła, nie rozumiałem, ale zauważyłem, że mężczyzna naraz stanął, i począł zaczął bacznie mi się przyglądać. Odwróciłem się, chcąc jak najszybciej stąd się wydostać, gdy wtem dobiegł mnie jego głos.

– Czy zechciałbyś, panie, zatrzymać się jeszcze na chwilę – zabrzmiało to mało przyjaźnie. – Teraz ja mam pytanie – zbliżył się zwolna – może będziesz umiał odpowiedzieć.

– Nie wiem, Ale pytaj – nie miałem pojęcia, czego ów człek może ode mnie chcieć.

– Powiadasz, że jesteś z Rzymu?

– Jest, jak powiedziałem.

– Z samego Rzymu?

– Czy to ważne?

– Bo widzisz, moja matka mówi, ze jej kogoś przypominasz.

Jego słowa na chwilę odebrały mi mowę. Nie wiedziałem co mam rzec, a w głowie poczęły rodzić się całkiem niezwykłe myśli.

– Nie może być. Niby skąd? – ukryłem zmieszanie za ironicznym uśmiechem i wyniosłym tonem.

– Też tak myślę. Ale to sprawa nie tylko jej, ale i moja.

– Sam powiedziałeś, że mąci jej się w głowie – odparłem już z opanowaniem, i tycjanowską pańskością w głosie..

– Ale nie tak, żeby zapomniała czegoś najważniejszego w życiu.

– Czyli czego?

– Ojca swego syna.

– A co to ma wspólnego ze mną? – spytałem, teraz rozzłoszczony już na dobre, ale czując niemiłe mrówki na plecach.

– Bo, widzisz, ona mówi, ze jesteś do niego podobny.

Jakby mnie kto trafił pięścią miedzy oczy! Rozum się buntował, ale wyczucie podpowiadało, że może być z tego kłopot, i nie wiadomo, czy aby nie całkiem uzasadniony. Maes! Czyżby to kolejny, tym razem, zaiste, niezwykły ślad, jaki po sobie zostawił, a na który naprowadzili mnie złośliwi bogowie?

– Jeśli szalona, to gada, co jej przyjdzie do głowy. Tylko, co z tego?

– Pewnie nic, ale spytać wolno.

– A swego ojca pytałeś? – spytałem ironicznie, celowo niestosownie.

– Nie było kogo – wcale się nie obruszył, raczej spokojnie stwierdził fakt.

– Wybacz, nie chciałem urazić – spuściłem z tonu. – Ale nadal nie rozumiem – rzuciłem ostrożnie. To była dziwna gra, a rozbudzona ciekawość spowodowała, że ciągnąłem dalej tę rozmowę.

– Zawsze byliśmy sami.

– Współczuję, ale to nie moja sprawa.

– Nie mówię, że twoja.

– Więc czemu pytasz?

– Znam moją matkę. Nigdy tak się nie zachowała. Coś ją poruszyło. Jak pamiętam, od zawsze przepatruje obcych, którzy tu się kręcą.

– Dużo tu przecież ludzi, Zewsząd.

– Wypatruje tych z Rzymu. I nigdy nic. A teraz, sam widziałeś. Dlatego chyba jej wierzę.

– A kim był tamten człowiek? Coś chyba musisz wiedzieć?

– Mało. Tylko tyle, że węszył za interesami.

– I co?

– Kręcił się po okolicy, ale mieszkał tutaj. Krótko. A ja urodziłem się po jego wyjeździe. O czasie.

– I więcej się nie zjawił?

– Był jeszcze kilka razy. Ciągle w drodze.

– Wiedział?

– Wiedział. Nawet po cichu dawał matce pieniądze. A potem zniknął. Mnie teraz wszystko jedno, jej chyba już też. Dlatego tak się zdziwiłem.

– Może to ze starości?

– Może – pokiwał głową, ale bez przekonania. – Tu jest dużo takich losów. No, ale rzeczywiście, nic ci, panie, do tego. Chyba, że coś ci chodzi po głowie – dodał, patrząc spode łba.

– Trudno powiedzieć. Pomyślę.

– To znaczy?

– Przyjdę tu jutro. Porozmawiać o interesach.

– Powiem synowi. Kiedy?

– Z rana.

– Będziemy czekać – lekko się skłonił, odwrócił, i wszedł do składu. Kobieta spoglądała na nas, ale już spokojniejsza, znów z pustym wyrazem w oczach.

Wracałem milcząc, w głowie miałem wielkie zamieszanie. Asza szła obok, popatrując na mnie ciekawie. Słyszała całą rozmowę, a że trochę mnie już znała, więc nie dziwiła się, że co i raz chętnie wdaję się z przygodnymi ludźmi w pogawędki o różnych sprawach w miejscach, gdzie się zatrzymujemy. Tym razem jednak zapewne zwróciła uwagę, że odstąpiłem od zwyczaju krótkiego skwitowania kolejnego spotkania, czy głośnego wyrażenia swej dłuższej o nim opinii.

Rozważałem rzecz, próbując zapomnieć o wrażeniach, a kierując się logiką. Zatem, po pierwsze, albo prawdą było, że szło o Maesa – albo nie. Bez żadnych mocnych przesłanek, trudno było zdecydować się na wybór jednej z tych możliwości, niemniej, znając dzieje rodzinne, nie mogłem nic wykluczyć. Jeśli to sprawka kogoś innego, wówczas zaprzątanie sobie nią głowy nie miało sensu. Ale co, jeśli mój szanowny, stryjeczny dziadek był łaskaw w swych wędrówkach po świecie hojnie zapładniać kobiety wszędzie tam, gdzie zatrzymywał się na dłużej, niż wymagało tego zjedzenie obiadu?

Nie byłoby to wcale dziwne – bo i czemu miałoby być? Ta wiekowa dziś staruszka była wówczas młodziutką dziewczyną, więc, ani chybi miłą pokusą na małą przygodę, gdzieś na szlaku wędrowca. I co w tym złego? Jak świat światem, tak działo się wszędzie – i dziać będzie aż do jego skończenia. Niczyjej winy tu nie ma, ludzie tak się mieszają, i żyją dalej, jak potrafią. Ci tu poradzili sobie chyba nie najgorzej, niezależnie od tego, za czyją przyczyną tak się złożyło. Gdyby nie drzemiące we mnie podejrzenie, że idzie o mego przodka, słynnego w rodzinie z awanturniczego życia, w ogóle bym się tym nie przejął. Lecz czy rzeczywiście, to o niego chodzi?

Jedyne, co skłaniało do przyjęcia takiej możliwości, to zachowanie kobiety, która dojrzała we mnie jakiś cień rodzinnego podobieństwa. Ale cóż znaczy majaczenie starego, kobiecego umysłu, wywołanego czyimś widokiem? Może zobaczyła to, co chciała zobaczyć? Nie realność, ale jakieś mgliste wyobrażenie, zrodzone z niespełnionych marzeń niegdyś zauroczonej dziewczyny? Jak mawiał stary filozof – mniemanie, złożone z urojenia?

Ale ponoć kobiety mają swój zmysł, którego my nie mamy, i dlatego nie pojmujemy, jak działa, i co postrzega. Przez całe życie wypatrywała bezskutecznie – no, i proszę, padło na mnie! Dziadek dopatrywał się w ulubionym wnuku podobieństwa do swej partyjskiej matki – ale przecież i matki Maesa. Może więc jest we mnie coś z ich ducha, postaci, nawet zachowania, co daje się poznać w sposób niepojęty dla zwykłego oka, nawet rozumu?

Nie tyle jednak szło mi teraz o rozstrzygniecie tego dylematu, ile o jego ewentualne skutki. Gdybym nawet pogodził się z tym, że idzie o Maesa, to co powinienem zrobić? Najrozsądniej było uznać rzecz całą za kaprys losu, zaiste niezwykły, lecz do niczego mnie nie przymuszający. Powinienem odjechać spokojnie, wspominając z rozbawieniem, jak to dzielnie i po męsku poczynał sobie tycjanowski bohater wschodnich szlaków.

Lecz pojawił się i inny pomysł, zgoła niebagatelny. Jakże to byłoby korzystne mieć tu, w Batnei, gdzie kończą się drogi wielu kupców ze wschodu, swojego człowieka, i to jeszcze dobrze osadzonego wśród miejscowych? Gdyby go jakoś dołączyć do Melosa, wyszłaby z tego znakomita kombinacja. Czyż to nie doskonałe zwieńczenie misji wyszukania nowych możliwości dla rodzinnych interesów? A przy okazji ciche zadośćuczynienie za skutki miłosnych harców Maesa? Przeszłość połączona z przyszłością, w jednej rodzinie, za sprawą nocy, spędzonej przed dziesiątkami lata na upojnych figlach – czyż to nie godne pióra jakiegoś dramatopisarza? Oczywiście, hojnie wynagrodzonego za nadanie tej historii odpowiedniej formy, sławiącej mądrość i wielkość rodu Tycjanów.

Puściłem wodzy wyobraźni, nie wiedząc, czy śmiać się, czy złościć. A wszystko za sprawą jednej, półrozumnej kobiety, spotkanej przypadkiem, której coś uroiło na mój widok. Ale czy to tylko przypadek? Czy może jakiś znak? Ale jaki? Kto mi go podsunął? I w jakim celu? Po co? Przekonałem się już w podróży, że nic w życiu nie dzieje się bez jakiegoś powodu. Zrazu o tym nie wiemy, lecz później, co i rusz, przychodzi zastanowienie i zrozumienie, iż wszystko ma swój sens, tyle że nie zawsze taki, jakiego byśmy się spodziewali.

Następnego dnia z rana ponownie stanąłem przed składem Gety. Staruszka zniknęła z widoku, a naprzeciw wyszedł mi jego syn któremu przyjrzałem się z oczywistym zainteresowaniem. Jeśli miałby to być wnuk Maesa, to przecież byłby też moim krewnym, i to bliskim. Wczoraj porobiłem sobie w głowie różne rachunki, i wszystko się zgadzało, wziąwszy pod uwagę wiek obydwu mężczyzn. Geta mógłby być stryjecznym bratem mego ojca, a ten tu młodzieniec, który przedstawił się imieniem Tolma – moim własnym. Dziwna to była sytuacja, gdyż oni nic o takiej możliwości nie wiedzieli, ja zaś nie chciałem w ogóle o niej mówić. Wiedziałem już, że te domysły zachowam dla siebie, a ich wyjaśnienie i dalsze w tej sprawie poczynania, pozostawię ojcu i radzie rodzinnej w Rzymie.

Jeśli uda się wciągnąć tych ludzi do współpracy, będzie jeszcze okazja do podjęcia stosownych decyzji. Jedyne co mogłem zrobić, to zachęcić ich do naszych interesów, pozostawiając na razie na boku zawiłości domniemanego pokrewieństwa. Co sobie pomyślą, to ich rzecz, byle zechcieli przyjąć ofertę, jaką im złożę. Weszliśmy do składu, zasiedliśmy przy stole, zaczęła się rozmowa.

Podałem się za wysłannika pewnego domu handlowego w Rzymie, który prowadzi rozległe interesy w Antiochii. Zaproponowałem, by zostali kimś w rodzaju jego pośredników przy kupcach ze wschodu, oczywiście, za umówiony procent. Jeśli się zgodzą, to za czas jakiś, nie dłuższy niż pół roku, zjawi się tu ktoś, kto to wszystko domówi w szczegółach. Są miejscowi, znają zwyczaje, mają własny skład, i chyba nieźle sobie radzą. Taka współpraca bardzo im się opłaci, zyskają też uznanie, i lepszą pozycję wśród swoich. Mówiłem krótko i rzeczowo, bez wielkich obietnic, nie naciskając zbytnio, by nie wydało się to podejrzane.

– Pomysł dobry, ale na to trzeba dużo pieniędzy. A my ich nie mamy – stwierdził Tolma.

– To już nie wasza rzecz. Jak przyjdzie co do czego, to się znajdą – zapewniłem go zachęcająco.

– Mówić łatwo, ale jak to robić? – rzucił Geta, przysłuchujący się rozmowie.

– To już rzecz tego, kto przyjedzie. Wszystko wyjaśni – odparłem trochę mętnie, zważywszy niepewność, ale i wagę sprawy.

Rozmowa ciągnęła się jeszcze czas jakiś, gdyż moi rozmówcy nie za bardzo rozumieli, na czym miałaby polegać ich zadanie. Wyjaśniłem więc z grubsza, że idzie o skupowanie towarów, ich przechowanie, i przygotowanie do dalszego transportu.

– To duży kłopot, niebezpieczny. Potrzeba ludzi do pilnowania, strażników. To kosztuje.

– Powiadam, pieniądze się znajdą, byle był pewny towar. Musicie być pierwsi, przed innymi.

Widziałem w ich oczach błyski chciwości, ale w słowach zachowali umiar. W zasadzie zgodzili się, ale oznajmili, że, co prawda, rozpatrzą na miejscu co, jak i z kim, ale ostateczną decyzję podejmą po rozmowie z owym obiecanym wysłannikiem z Antiochii. Uznałem, to za dobry znak, i zacząłem zbierać się do wyjścia. Wtem Geta, jakby mimochodem, aluzyjnie wrócił do wczorajszego tematu.

– Wędrujesz, panie, za interesami, i chyba dobrze ci idzie?

= Nie narzekam.

– Znasz się na tym. Może to rodzinne?

– Chyba mam to we krwi.

– Tak sobie właśnie pomyślałem.

– Ojciec mówił, że wydajesz się być ciekawym człowiekiem – wtrącił Tolma. – A teraz widzę, że chyba nawet bardzo ciekawym.

– Ciekawość nie ma tu nic do rzeczy, Po prostu, szukam dobrych zysków.

– Byli już tacy, co szukali. Kręcili się, zwodzili, ale niewiele z tego wyszło – Tolma, pod pretekstem sceptycyzmu, dał do zrozumienia, że wie od ojca, o czym była wczoraj mowa.

– Właśnie. Obiecywali, robili zamęt, i znikali – dodał Geta aż nadto znacząco.

– Tym razem się uda. Bez zamętu .

– Tamtym razem się nie udało? – stary złapał mnie za słówko.

– Co, i jak było, nie moja to sprawa, ale mam dobrą wolę, żebyście nie byli stratni. Jeśli się uda, wszyscy na tym dobrze wyjdziemy – odwołałem się do argumentu handlowego. Spekulacje na tematy rodzinne nie wchodziły w grę, niezależnie od tego, co tu było prawdą, a co fantazją..

– Bardzo jesteś pewny siebie. Mówisz, nie jak zwykły wysłannik w cudzej sprawie.

– Bo i ja szukam zysku dla siebie.

– Niech będzie po twojemu – roześmiał się Geta. – Ja swoje wiem.

– Twoja rzecz.

– Moja, twoja, jeszcze się okaże, czyja. Czas pokaże – odparł, wstając od stołu.

Na tym skończyliśmy. Sprawa została wstępnie domówiona, aluzyjne domysły pozostały bez odpowiedzi. Może i coś im świtało w głowach. ale to ludzie prości, tyle że sprytni i obrotni, nade wszystko chętni zarobku. Dla nich rojenia matki i babki to już tylko echo z dawnych lat, które, jak się dzisiaj odezwało, tak jutro zgaśnie. Wydało mi się niepodobieństwem, żeby rodzina postanowiła dać na nie jakiś odzew.

Z taką też myślą spokojnie wróciłem do swoich, rad z konceptu, który oby w przyszłości przyniósł pożytek. Miałem jednak niejasne wrażenie, że nie do końca postąpiłem słusznie, choć nie potrafiłem znaleźć dla tego logicznego wyjaśnienia. Zaległ we mnie obraz starej kobiety, pogłos jej lamentowania, dotyk wczepionych we mnie rąk. Tycjan był zadowolony, Festus miał jednak dziwne wątpliwości. Dlatego bardzo cieszyła mnie myśl, że już za chwilę wrócę do postaci Viatusa.

 

  1. Zasypane ślady przeszłości

            Droga do Nisbis zajęła nam prawie miesiąc. Staliśmy się już zgraną grupą, dni mijały spokojnie, w rytmie jazdy i odpoczynku. Zmiany miejsc spowszedniały na tyle, że to, co niegdyś byłoby niezwykłością, teraz nie robiło na mnie większego wrażenia. Zmieniały się tylko twarze, gospody lub proste stacje, lecz wszędzie było tak samo, i to samo w różnych odmianach. Nabraliśmy wprawy z codziennym oporządzaniu się, a dzięki zapobiegliwości Aszy oszczędzaliśmy sporo pieniędzy. Przemyślnie przygotowała nam cieple ubrania, konieczne przy coraz większym chłodzie, dbała o dobytek i strawę, nic się przy niej nie marnowało.

Podczas jazdy mocno wyboistym traktem, miałem, niestety, okazję przekonać się, o słuszności zastrzeżeń Korbulona do zaniedbań przy budowie dróg. Ruch tu był o wiele mniejszy, bo na ziemiach granicznych więcej bywa zagrożenia przez ciągłe potyczki małych oddziałów wojskowych. Raz minęliśmy się w przydrożnej stacji z dużym, partyjskim taborem kupieckim, ale nie udało mi się z nikim tam zawrzeć bliższej znajomości. Natomiast cieszyło mnie, że całkiem nieźle dawałem sobie radę z nowa dla mnie mową, co miało ten ciekawy skutek, ze zrodziła się większa bliskość w naszych rozmowach z Aszą. Choć zachowywałem wobec niej zrozumiałą powściągliwość, to ani się spostrzegłem, jak bardzo polubiłem opowiadać jej o Rzymie, a przy okazji o udziale Tycjanów w jego historii. Słuchała z uwagą i ciekawością, dziwiąc się niektórym naszym obyczajom, i ze swadą porównując je do tego, w czym sama była chowana.

I to właśnie z nią przeżyłem przygodę, która bardzo mnie poruszyła. Gdy zatrzymaliśmy się w Carrhae, postanowiłem wybrać się na miejsce dawnej bitwy, by obejrzeć, gdzie też mój przodek omal nie stracił życia. Dziwne zrządzenie losu splotło wtedy dzieje Tycjanów z jakże dramatycznym wydarzeniem dla historii cesarstwa. Tu właśnie partyjska dziewczyna znalazła i osłoniła nieprzytomnego z ran rzymskiego żołnierza, czym uchroniła go od niechybnej śmierci, gdyż brano tam tylko zdrowych jeńców, a rannych dobijano. Stąd wzięła początek nasza legenda rodzinna, tu zaczęło się to, bez czego ja sam nie pojawiłbym się na świecie. Ze zrozumiałych względów kierował mną bardziej sentyment, niż nadzieja na odszukanie jakichkolwiek śladów sprzed stu bez mała lat.

Asza od długiego już czasu dawała do zrozumienia, że chętnie dosiadłaby konia i wybrała z którymś z nas na dłuższą przejażdżkę. Dotąd jakoś się to nie składało, zresztą pomysł taki budził we mnie zrozumiały opór. Tym razem uległem, tym bardziej, że byłem ciekaw, jak też radzi sobie scytyjska wojowniczka konno w szczerym polu. Wyszła z wozu ubrana na męską modłę, i już samo to wzbudziło we mnie zdziwienie. Ale prawdziwie zaskoczyło mnie, że trzymała w rękach łuk i strzały. Jeszcze w Antiochii Dolan uparł się, żeby go kupić, nawet tłumaczył Nabisowi, jakiego rodzaju. Twierdził, że siostra wspaniale strzela, i gdy przyjdzie potrzeba, na pewno pokaże, co potrafi.

Od dnia wyjazdu wielokrotnie oglądała go, czyściła, sprawdzała, naciągała, przymierzała oko, ale ani razu nie poważyła się wypróbować swych umiejętności na dworze. Teraz wyniosła go, i zatrzymała się, spoglądając, czy wyrażę sprzeciw. Gdy skinąłem przyzwalająco głową, podeszła do konia, którego przygotował jej brat, i z zadziwiającą łatwością dosiadła go jednym skokiem. Patrzyliśmy zdumieni z Agisem na to dziwo, które w sumie prezentowało się całkiem zgrabnie, choć dla nas wielce niezwyczajnie. Ona zaś uśmiechała się z niczym nie skrywanym zadowoleniem, obracając przy tym koniem z zadziwiająca łatwością. W jednej chwili gospodyni wędrownego wozu przeistoczyła się w uzbrojoną amazonkę, a ja w duchu przyznałem, że ta zmiana bardzo mi się podobała.

Szybko wydostaliśmy się poza miasto, i ruszyliśmy równiną ku wzgórzom. Nie szukałem żadnego szczególnego miejsca, zresztą nie to było moim zamiarem, tym bardziej, że niepodobna przecież byłoby ustalić, gdzie i w którym momencie padł syn Lucjusza. Walki toczyły się wtedy w całej okolicy, trwały kilka dni. Niedobitki rozproszonych wojsk schroniły się w samym mieście, skąd tylko niewielu udało się, pod komendą legatów, uciec i ujść z życiem. Rozglądałem się dokoła, by wczuć się w ducha tamtych wydarzeń, poddając wrażeniom, nie wolnym jednak od poważniejszych przemyśleń.

Iluż ludzi wywiodła tu na zatracenie chora ambicja człowieka chciwego władzy, nadto ogarniętego żądzą bogactw. Krassus, zadowolony z rozgrywek miedzy Cezarem i Pompejuszem, umyślił sobie, że znajdzie sławę na wschodzie. Już wcześniej, dzięki publicznym nieszczęściom i wojnom, stał się największym bogaczem w Rzymie. Podczas proskrypcji z czasu Sulli, doszedł do rozległych posiadłości ziemskich, kupując za bezcen, lub otrzymując za darmo, majątki ofiar dyktatora. Wykupywał tanio spalone w pożarach domy i sąsiednie rudery, równał je z ziemią, tak, ze większa część miasta dostała się w jego ręce. Pieniędzy używał dla pozyskania względów ludu i różnych osobistości, by z ich pomocą robić karierę polityczną, dająca sposobność do kolejnych zysków.

Doszedłszy do godności triumwira i prokonsula Syrii, ruszył na wojnę z Partami, gnany ambicją przewyższenia laurów Lukullusa w Armenii, i Pompejusza w Poncie. Miał się za nowego Aleksandra, chciał dojść aż do Baktrii. Przekroczywszy Eufrat, grabił bezlitośnie miasta i je burzył, zajmując się nie tyle kampanią wojskową, ile przeliczaniem znoszonych mu haraczów. Znienawidzony przez wszystkich na tych ziemiach, zakończył w niesławie, w bitwie, której nie umiał dobrze rozegrać. Przez jego głupotę zginęły tysiące dzielnych rzymskich żołnierzy, drugie tyle poszło w niewolę, utracono legionowe orły. Trzeba było kilku nowych, zwycięskich kampanii, żeby odrobić te straty, i odzyskać utracony wtedy honor Rzymu.

Co wiedział o tym wszystkim młody syn Lucjusza, który omal nie dokonał tu żywota? Spełniał oczekiwanie ojca, który wysłał go tam, gdzie kroiły się nowe interesy – i przeżył tylko cudem. Zastanawiałem się, co myślał i czuł w Rzymie twórca potęgi Tycjanów, ogarnięty pasją szukania coraz to nowych wpływów i zysków, gdy dowiedział się, że jego syn padł ofiarą pychy i nikczemności człowieka, którego sam wsparł wielkimi sumami na tę szaloną wyprawę?

Rozglądając się teraz po równinie pod Karrami, nie znajdowałem na te pytania żadnych dobrych odpowiedzi. Przeszłość zarosła trawą, zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu niczym chwilowa ulotność, nie zostało tu po niej nic trwałego. Czy jest gdzieś bodaj jedna rodzina, która przechowuje pamięć tamtych dni, tak jak my? Jeśli nawet, to nie tyle we wspomnieniach o własnej, przelanej krwi, ile we wzmiankach o jednej z niezliczonych bitew, dla jednych zwycięskiej, dla drugich przegranej, Dla historii pozostanie po niej zapis w jakieś kronice, znanej niewielu, lub opowiastka w ludowych gadkach. Ot, i wszystko.

Jechaliśmy szybko, co i raz zwalniając, i wymieniając się krótkimi uwagami o tym, co mijaliśmy po drodze. Po jakimś czasie, zatrzymawszy się przy jakichś skałach, zsiedliśmy z koni dla odpoczynku. Asza, dotąd poddająca się radości samej jazdy, teraz przysiadła koło mnie i spojrzała pytająco, nie za bardzo rozumiejąc, po co ta wyprawa na puste pola. Nie wiedzieć czemu, sam z siebie, chyba z potrzeby podzielenia się z kimś swymi odczuciami, opowiedziałem jej pokrótce starą historię rodzinną, której wspomnienie tu mnie przywiodło. Gdy skończyłem, zapadło milczenie.

– Twój przodek, panie, musiał być wielkim wojownikiem – odezwała się po dłuższej chwili, patrząc mi w oczy.

– Nie wiem, jakim był żołnierzem, ale na pewno wypełnił swój obowiązek – odparłem z niejaką dumą, rad że tak oceniła moją opowieść.

– Mądra kobieta .

– Tak ją pamiętamy. Ale przede wszystkim była dobra. I szlachetna. Przecież ratowała wroga.

– No właśnie. Była dzielna. Swój swego zawsze pozna. I uszanuje.

– Skąd mogła wiedzieć, jaki jest.

– My to wiemy. Musimy wiedzieć. Kobieta nie pójdzie za mężczyzną, który nie umie walczyć.

– To może u was. U nas kobiety nie mają wiele do gadania. Albo je sprzedają dla cudzego interesu, albo same się sprzedają dla własnego.

– Te drugie przynajmniej mają jakiś wybór. Ale i tak idą w niewolę.

– Nie wszystkie źle na tym wychodzą. Nieraz lepiej niż kupujący.

– Kto głupi, traci tam, gdzie myśli, że ma zysk – wzruszyła ramionami.

No, i proszę! Raz pokorna, raz dzika, a swój rozum ma. Czy to tylko spryt i wyrachowanie? Zapewne wie, co to przebiegłość, choć jak dotąd tego nie wyczułem, gdyż w podróży zachowuje się lojalnie. Ze mną małomówna i powściągliwa, z bratem żartuje, z Agisem rozmawia sporo i przyjaźnie. Dzisiaj po raz pierwszy odważyła się wypowiedzieć wobec mnie własny sąd, nad wyraz zresztą sensowny. Już nie dawna, zbiegła niewolnica z pochyloną głową, ale młoda kobieta, pewna swego, tyle że nadal ostrożna. I jeszcze ten wojowniczy wygląd, na koniu, z bronią! Nasze kobiety nie umieją się taką posługiwać. Zresztą, na co im to? One, jeśli zabijają, to trucizną, albo podłością, zwodząc kogoś, kto ich w tym wyręcza. Długi jest w naszej historii korowód takich intrygantek, od tarkwiniuszowej Tulii, do Augustowej Liwii.

Kobiety rzymskie nie stają w polu do walki, ale lubią być władcze – już to z ambicji własnej, lub rodzinnej, już to z zachłanności zmysłów, albo chęci zysku, już to wreszcie z nudów i kaprysów. Nie mają wiele praw, nie dopuszczane są do polityki, ale umieją w prywatności tak wykorzystać próżność i pożądliwość mężczyzn, że czynią z nich posłuszne narzędzia dla swych najniezwyklejszych nawet pomysłów i zachcianek. Nic nie jest bardziej żałosne jak zaślepiony kochanek, gotów na każde szaleństwo, w nadziei, że zostanie dopuszczony do kobiecych łask. Wiem coś o tym. Cóż, od początku świata przypadłość ta jest dość powszechna, nie tylko wśród ludzi, ale nawet bogów, i nic nie wskazuje, by ktoś kiedyś znalazł na nią skuteczne lekarstwo. Gdzie za sprawą kobiety mąci się umysł, słabnie wola, tam w kąt idzie cnota, poczyna się chaos, i wszelkie ludzkie nieszczęście.

– Nie takie to proste, jak mówisz – skwitowałem rozmowę, nie chcąc wdawać się w zawiłe spekulacje z kobietą przecież pospolitą. Prawda, zadziwiła mnie, ale nie aż tak, żebym szukał w niej więcej rozumu, niż go może mieć dzika amazonka. Z drugiej jednak strony przyznać musiałem, że przydała tej wycieczce pewnej niezwykłości przez jej kobiece spojrzenie na to, co dla mnie było tylko wspomnieniem historii.

Wstaliśmy, i dosiadłszy koni, ruszyliśmy z powrotem do miasta. Jechaliśmy powoli, ja zajęty swoimi myślami, ona – rozglądając się uważnie po okolicy. Naraz dała ręką znak, zatrzymała się, i powoli sięgnęła po łuk. Stanąłem i ja, nie wiedząc w czym rzecz. Gestem wskazała niedaleką kępę krzewów i kilka małych drzew, po czym wprawnie puściła w tamtym kierunku strzałę. Zaraz też spięła konia, i w kilka chwil była już tam, gdzie celowała. Zsunęła się na ziemię, coś niej podniosła. Ku memu niepomiernemu zdziwieniu, okazał się to być spory, polny lis, którego teraz, trzymając za ogon, niosła z wielkim ukontentowaniem.

Przyznaje, że sztuczka ta wzbudziła we mnie niekłamany podziw dla jej umiejętności. Trzeba nie tylko mieć bystre oko, żeby wypatrzyć tak mały cel z tak dużej odległości, ale i pewną rękę, żeby w niego trafić. O scytyjskich łucznikach krążą legendy, ale to przecież wytrawni żołnierze. A tu kobieta, młoda, niepozorna – i sprawna niczym najlepszy myśliwy! Musiała być uczona tego od dziecka. Czy one tam wszystkie takie są, czy tylko wybrane dla jakichś szczególnych powodów, lub talentów? Dla nas to niepojęte, sprzeczne z naturą i obyczajem. Kobiety gimnastyki raczej nie zażywają, ani ćwiczą sportów, a już na pewno nie wojskowych, czy łowieckich. Rzym to nie dawna Sparta, gdzie wszystka bez wyjątku młodzież zaprawiała się od małego do twardego życia i wojaczki.

Przyglądając się jej, nie potrafiłem powiedzieć, czy to dobrze, czy źle. Był w tej dzikości osobliwy urok, ale i niedopuszczalna w naszym pojęciu swawolność, trudna chyba do okiełznania. Kobieta ma pilnować domu, rodzić i pilnować dzieci, a nie harcować konno z bronią w ręku. Jakiś porządek być przecież musi. Z drugiej jednak strony, rzecz to pożyteczna umieć w potrzebie bronić siebie, rodziny, nawet państwa. Ale jak to ułożyć w prawo i obyczaj? I czy nasze kobiety miałyby na to w ogóle ochotę, nie mówiąc o wytrwałości w ćwiczeniu?

Zwieńczeniem wycieczki było oprawienie lisa dla futra, które miało swoją wartość. Rodzeństwo, przy pomocy Agisa, uporało się z tym szybko i sprawnie, ku uciesze postronnych gapiów, którzy zatrzymywali się przy wozie, i głośno wyrażali swoje uznanie. Gdy było już po wszystkim, wysłałem Dolana do pobliskiej gospody po wino, żeby uczcić ten mały sukces jego siostry. I tak, przy wieczornym posiłku, zakończyliśmy dzień, dla mnie pełen nie tylko wrażeń, ale i nauki o własnej niewiedzy co do zwyczajów świata, który nam, panom jego połowy, wydaje się dziki. Ale takim chyba jednak nie jest.

  1. Przekraczamy granice Imperium

            Jak wiele miast dawnego państwa Medów, Nisbis co i raz podlegało innej władzy, by teraz wreszcie zostać poddane Rzymowi. Przed wielu laty swym talentem dowódcy i polityka wykazał się tu Lukullus, podbijając ostatecznie po długiej kampanii osławionego Tygranesa. Wielki to był sukces konsula, gdyż umiejętnie rozegrał przeciw sobie dwóch spokrewnionych władców, rozbił ich sojusz, i obydwu zmusił do uznania wyższości i władzy republiki. Najpierw wysłał poselstwo z żądaniem wydania partyjskiego Mitrydata, co było dla owego Tygranesa, jego zięcia, nie do przyjęcia, jako niehonorowe, a potem przekroczył Tyger i ruszył ku jego stolicy. Niezwyciężony dotąd król królów, zebrawszy siły, najpierw spróbował ataku z zaskoczenia, potem użył chytrej pułapki, ale w końcu przegrał walną bitwę i uciekł ukradkiem w niesławie z obleganego miasta, wraz z rodziną i grupą oddanych mu przybocznych.

I tak to, przed dziesiątkami lat weszliśmy do tej części północnej Mezopotamii, wbijając od strony Syrii klin miedzy Armenię i Partów. Zysk to wielki, ale i kłopot niemały, gdyż trzeba wielkiej chytrości, wspartej kilkoma legiami, by utrzymać tu równowagę sił na niepewnych granicach. Na szczęście zdobywca tych ziem przezornie zakazał wtedy grabieży miejscowej ludności i plądrowania świątyń, przez co na jakiś czas zapewnił przychylność mieszkańców. Niestety, dzisiaj to się zmieniło, gdyż plaga urzędników dotarła i tu – z wiadomym skutkiem. Legiami można zdobywać świat, ale rządzić nim tylko ich siłą długo się nie da, zwłaszcza w tak niepewnych warunkach. Zresztą, żołnierze sami z siebie dają się we znaki swym łupiestwem, jeśli tylko dowódcy przymykają na nie oko. Lukullus musiał zaniechać dokończenia wojny przez szemranie podległego mu żołdactwa, niezadowolonego z twardej dyscypliny, jaką był narzucił. Dzieła dopełnił dopiero Pompejusz, który, prawda, że skuteczny, ale wielkich skrupułów w tej materii już nie miał – no, i również z wiadomym skutkiem!

            Nisbis, zwane niekiedy Antiochią Mygdońską, nie miało nigdy tak dobrej pozycji jak Edessa, czy nawet Zeugma, ale gdy i tu zaczął wzmagać się ruch handlowy, znaczenie miasta i jego bogactwa rosły. Obrosło domami, świątyniami i interesami, wypełniając się ludźmi różnych ludów. Niegdyś, po Aleksandrze, najwięcej tu było Macedończyków i Spartan, ale stopniowo przybyło syryjskich Armenów i Partów, osiedlających się po kolejnych wojnach. Grekiem też był dowódca Kallimach, który za podwójnymi murami długo stawiał opór Lukullusowi. Dzisiaj trudno orzec, kto tu rządzi, bo choć garnizon jest rzymski, ale umowy nakazują, by działał wespół z partyjskimi sojusznikami przeciw Armenii. Miejscowi opłacają się i jednym, i drugim, nie za bardzo się na tym rozumiejąc, ale i tak trzymają się własnych obyczajów. Głównie interesuje ich, czy, i jak, te kombinacje polityczne sprzyjają interesom na szlakach wzdłuż Tygeru, i za jego wschodnim brzegiem. Ważne jest to, co się wymienia na złoto i srebro, i ile z tego trzeba komu oddać jako haracz, płacony z tytułu niepojętych dla zwykłego człowieka kaprysów historii. Jak zawsze, i wszędzie, tak i tu rządzi ta sama zasada życia, niczym prawo natury, którego nie są w stanie naruszyć żadne ambicje i szaleństwa możnych tego świata.

            Na długo jeszcze przed przyjazdem na ten kraniec imperium, rozważaliśmy w naszym małym gronie, jak powinniśmy zorganizować sobie dalszą podróż. Czekała nas wielotygodniowa przeprawa przez góry, co, z oczywistych powodów, wykluczało jazdę wozem. Przyjdzie go sprzedać, i przesiąść się – wraz z całym dobytkiem! – na konie. Trzeba było rozeznać się, jakie da się kupić, i jak to w ogóle wyliczyć na pieniądze, czy na wymianę. Wcześniejsze kalkulacje Melosa tu mogły się nie sprawdzić. Nadto należało uważać, żeby nas nie oszukano, sprzedając jakieś mało zdatne, czy stare chabety. Handlarze potrafią tak przygotować swój towar, że bez znajomości rzeczy łatwo nabrać się na jakąś tandetę.

I tu okazała się przydatność scytyjskiego rodzeństwa, dla którego konie nie miały żadnych chyba tajemnic. Słysząc, jak Asza z Dolanem spierają się w wyliczaniu ich różnych wad i zalet, poczułem się pewniej, w nadziei, że powinniśmy pomyślnie wybrnąć z tego kłopotu. Była jeszcze sprawa pozbycia się wozu za jak najlepsza cenę tak, by w sumie wyjść na swoje. Potem zostawało już tylko uporządkowanie wszystkiego do dalszej drogi. Należało więc działać z rozmysłem, z zachowaniem odpowiedniej kolejności działania. Dlatego w Nisbis zatrzymaliśmy się w okazałym zajeździe, tuż przed murami,. z dużą stajnią i niezłą obsługą, nie tylko żeby godnie się wystawić przed obcymi, ale też mieć swobodę w zamieszaniu, jakie nas czekało przy kupnie zwierząt, i przygotowaniu pakunków.

Niedaleko stąd rozbudowała się osada naszego legionu, co nasunęło mi myśl, by na ziemiach, gdzie jeszcze sięgała władza Rzymu, wykorzystać swe rodzinne imię oraz pozycję, jaką dawał mi list cesarski, dotąd trzymany w ukryciu. Dzięki takiemu uprawnieniu mógłbym wyekspediować pocztą, przez wojskowych posłańców, dwa listy do Antiochii. Jeden, do Melosa, z wiadomościami o sobie i swych dalszych planach , drugi zaś – do Korbulona, z krótkim opisem tego, com widział w drodze z rzeczy szczególnie go interesujących. Zaraz następnego dnia z rana nakazałem Agisowi i rodzeństwu pozostać przy wozie, a sam, odziawszy się bardziej godnie, udałem konno do garnizonu. Tam, przy bramie głównej, przedstawiłem się straży, która bez zbytniego szemrania przepuściła mnie dalej, dając przewodnika, towarzyszącego mi w drodze do kwatery głównej.

Stała tu część największej legii syryjskiej, osadzonej na granicy partyjskiej od Samostaty po Singarę. Był to właściwie nie tyle obóz garnizonowy, ile osobne warowne miasteczko, zbudowane wedle wszelkich reguł sztuki wojskowej. Nigdy jeszcze nie widziałem takiego od środka, wiec idąc miedzy budynkami i namiotami, rozglądałem się ciekawie, wszelako z powściągliwością, nie chcąc być posądzony o nadmierne wścibstwo. Na koniec, po krótkim zamieszaniu przed pretorium, przyjął mnie pełniący obowiązki dowódcy zastępca legata, trybun o imieniu Marcjusz, z rodziny senatorskiej, mniej znacznej, ale ostatnio szybko pnącej się w górę.

Usłyszawszy moje imię, z miejsca je rozpoznał, i powitał grzecznie, pytając ostrożnie, co też sprowadza członka tak znakomitego rodu aż na sam kraniec imperium. Wymówiłem się od szczegółów, wspominając jedynie, iż jestem tu w pewnej zleconej mi misji, i pokazałem, na dowód prawdziwości mych słów, dokument, podpisany przez samego cesarza. Nakazywał on udzielanie jego okazicielowi wszelkiej pomocy przez każdą służbę państwową, do jakiej się zwróci. Wywarło to na trybunie ogromne wrażenie, czemu trudno się dziwić, zważywszy niezwykłość takiego spotkania w miejscu tak niebezpiecznym, i odległym od samego Rzymu. Gdym jeszcze dodał, że w Antiochii miałem przyjemność omawiać rozmaite sprawy z mym dobrym przyjacielem Korbulonem, każdym dalszym słowem wyrażał swe dla mnie uznanie, dając do zrozumienia, iż domyśla się wielkiej politycznej i wojskowej wagi mej tu obecności.

Było w tym trochę prawdy, więcej jednak mistyfikacji, lecz nie wyprowadzałem go z błędu, by, zachowując przekonanie, iż uczestniczy w jakichś ważnych grach państwowych, spełnił to, o co chciałem go prosić. Każdy ambitny statysta – a takim niewątpliwie był – żywi w podobnej sytuacji nadzieję na zaznaczenie się w poważniejszym towarzystwie. Oznajmiając więc swą gotowość do pomocy, nie omieszkał dać do zrozumienia, że liczy na mą dobrą pamięć i życzliwość. Nie bawiąc się w aluzje, wtrąciłem, że może liczyć i na jedno, i na drugie, co niezwykle go ucieszyło.

Ponieważ rozmowa przybrała dobry dla mnie obrót, zatem to, co chciałem przedstawić jako prośbę, mogłem teraz ubrać w formę polecenia służbowego – co przyjął bez sprzeciwu. Pokrętnie dodałem, jakby mimochodem, że wybieram się właśnie w góry armeńskie, by przy okazji zbadać na użytek Korbulona stary szlak Antoniusza. To pomieszanie prawdy z aluzyjnymi półprawdami, które potraktował jako swego rodzaju wtajemniczenie w sprawy najwyższej wagi, wprawiło go w zdumienie. |Nabrał przy tym podejrzenia, że oto szykuje się po cichu jakaś nowa, większa wyprawa wojenna. Nie studziłem jego wyobraźni, wiedząc doskonale, że oficer, tkwiący na dalekiej prowincji, przekonany, iż zostaje dopuszczony do wieści cesarskiej rangi, chętnie wesprze posłańca takich wieści, w nadziei na jakieś przyszłe dla siebie korzyści – tu, na miejscu, a i potem, dla przyszłej kariery.

W trakcie dalszej rozmowy, wywiedziałem się nieco o sytuacji na granicy, wypytując najwięcej o drogi i zagrożenia ze strony tamtejszej ludności. Marcjusz orientował się w tym kiepsko, gdyż oni tu więcej zajmowali się śledzeniem partyjskich wojsk niż miejscowymi. Ku mojemu zdumieniu nie stosowali się do jednej z podstawowej reguł sztuki wojennej, a mianowicie nie kaptowali szpiegów w bliższej i dalszej okolicy. Z tego, co mówił wynikało, że to nie tyle z niedopatrzenia, ile z wielkiej tu niechęci do wszystkiego, co rzymskie. Obóz był więc czymś w rodzaju samotnej skały na wiecznie wzburzonym morzu, i tylko przestrzeganie porządku i karności wśród żołnierzy zapobiegało wdawaniu się w konflikty, często prowokowane przez mieszkańców. Dało to wiele do myślenia o przyszłości naszej pozycji w tej części syryjskiej prowincji, zwłaszcza przy niepewności układów z Armenią.

Umówiliśmy się, że przed wyjazdem dam mu listy, które powinny trafić do Antiochii najszybciej, jak to możliwe, po czym pożegnałem go, zadowolony, że poszło mi tak gładko i bez zbędnych wyjaśnień. Po powrocie do swoich, ustaliłem z nimi plan działania. I tak, Agis z rodzeństwem ruszyli wypytywać o możliwości dokonania stosownych zakupów, a także sprzedaży wozu, ja zaś, zaopatrzywszy się u pewnego miejscowego skryby w potrzebne przybory, zabrałem się do pisania.

            Melosa powiadomiłem o pomyślnym dotarciu do gór, także o tym, że jego obawy co do pary młodych Scytów okazały się chybione. Więcej i dokładniej wspomniałem o mej przygodzie w Batnei, i o wstępnej propozycji, jaką złożyłem tym, którzy są, być może, osobliwym dziedzictwem, pozostawionym nam przez Maesa. W duchu wyobrażałem sobie jego zdumioną minę, rozbawienie, i złośliwy komentarz, ale również i zabiegi, jakich się podejmie, by to nieoczekiwane zrządzenie losu przełożyć na ewentualne dla nas korzyści. Znając go, wiedziałem, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by tę wątła nitkę zawiązać w mocny węzeł, i połączyć nim faktorię ze szlakiem karawan tam, gdzie nikt chyba z rzymskich kupców bezpośrednio nie sięga. Zaleciłem jednak ostrożność, a zwłaszcza milczenie w sprawach rodzinnych, dopóty, dopóki nie dostanie osobnej dyspozycji od ojca. Uprzedziłem również, że jeśli zajdzie konieczność, a pojawi się stosowna możliwość, to zaciągnę tu pożyczkę na weksel, starając się uniknąć lichwiarskich procentów. Na koniec zaznajomiłem go z dalszym planem podróży, oraz z trasą, jaką zamierzałem odbywać, wreszcie życzyłem mu zdrowia i łaskawości bogów.

            W liście do Korbulona spisałem krótko moje obserwacje i opinie na interesujące go tematy strategiczne i wojskowe, wraz z uwagami co do niepewnych, moim zdaniem, nastrojów w prowincji. Ponieważ cała poczta miała być doręczona na jego ręce w jednym pakunku, prosiłem o przekazanie Melosowi osobnego do niego listu, dziękując za przychylność, i zrozumienie dla mojej tu sytuacji. Dodałem też kilka dobrych słów o Marcjuszu, polecając go, może trochę na wyrost, jako oficera nader dzielnego i sprawnego w panowaniu nad powierzonym mu garnizonem. Obydwa pisma opieczętowałem swoim znakiem, i włożyłem do płóciennego woreczka, zawczasu przygotowanego przez Aszę. Zauważyłem, że gdy je pisałem, przy osobnym stole w zajeździe, spoglądała na mnie z dużym szacunkiem, chyba dlatego, że jako osoba niepiśmienna, podziwiała tę obcą jej umiejętność, o której wiedziała, jak bardzo jest ważna.

            Nastały dni rozglądania się po mieście w poszukiwaniu wyposażenia we wszelki potrzebny ekwipunek podróżny, łącznie z końmi. Koniec końców trafiliśmy do jednego z większych tu handlarzy, który zaoferował swe usługi w skompletowaniu zakupów. Muszę przyznać, że rozmowy z tą znaczną tu osobistością były nad wyraz trudne, gdyż jego zachłanność nie znała chyba granic. Syryjski Grek, miał rozeznanie w stosunkach kupieckich nie tylko miejscowych, ale i niemal całej prowincji, a sztuki targowania mógłby uczyć Fenicjan i Żydów razem wziętych. Trzymał konszachty z wojskiem, był dostawcą wielu towarów dla garnizonu, i najwyraźniej stamtąd wywiedział się przez swoich ludzi u pretora, kim jest przybyły tu podróżnik, który nadto odbył długą, prywatną rozmowę z legionowym dowódcą. Przed takim nic się długo nie ukryje. Złożywszy dwa do dwóch, już na wstępie powitał mnie z imienia, szumnie przyznając, że właściwie oczekiwał, iż tak znakomity gość prędzej czy później zajdzie do jego składów. Cóż, rodzinna sława na takim odludziu miło połechtała moją próżność, lecz zapowiadała niejakie trudności w rozmowach handlowych.

            W rzeczy samej, opisanie naszych z nim targów, chodzenia i oglądania koni, namiotów i zimowej odzieży, sprawdzania wozu, ciągłego przebijania ceny na każdy nawet drobiazg, chytrego wypytywania o wyprawę, o scytyjskie rodzeństwo, o politykę – do tego potrzeba by pióra jakiegoś znakomitego pisarza. Uprawialiśmy teatr, sztukę przebiegłości, przerywaną chwilami wytchnienia przy dobrym winie. Nawet się na swój sposób polubiliśmy. Palikos – bo tak się zwał – traktował jednak rzecz całą również ambicjonalnie, co tłumaczyłem sobie tym, że chciał wykazać, iż, jak równy z równym, może wodzić za nos nawet wielkich Tycjanów. Z niejakim skutkiem udawało mi się grać na jego zadufaniu i wielkim o sobie mniemaniu, lecz gdy dochodziło do konkretów, górę brał w nim chytry rachmistrz. Obydwaj wiedzieliśmy doskonale, że jesteśmy skazani na porozumienie, więc szło nie tylko o ceny i zyski, lecz także o grę charakterów i wytrwałości.

            Po tygodniu tych przepychanek zgodziliśmy w nich na remis, a w rozliczeniu – na sumy całkiem dla mnie znośne. Palikos był zdumiony, jak znakomicie radziła sobie Asza wraz z bratem przy wyborze koni, nie dając się zwodzić samym tylko ich wyglądem, lecz wybierając sztuki mniej okazałe, ale za to silne i zdrowe, nie z armeńskich, czy medyjskich, lecz partyjskich. Z kolei Agis wyszukał dwa dobre namioty, koce, juki, uprząż i trochę narzędzi. Wszystko gromadziliśmy w składzie handlarza, by nie kusić złodziejaszków, kręcących się koło zajazdu. Wreszcie jednego dnia przepakowaliśmy się z całym dobytkiem, by nazajutrz z rana ruszyć w drogę.

            W międzyczasie odwiedziłem raz jeszcze Marcjusza, wręczając mu pakunek z listami, który w jego obecności opieczętowałem swoim znakiem. Zaznaczyłem, że ma on trafić do rąk własnych trybuna Korbulona w Antiochii, stacjonującego w tamtejszym garnizonie. Na wypadek, gdyby obowiązki zmusiły Gnejusza do wyjazdu z miasta, podałem adres naszej faktorii, i Melosa jako odbiorcę. Dodałem do tego spory datek, który miał zachęcić posłańca do pośpiechu. Pożegnałem się z oficerem, wyrażając nadzieję, że moja dla niego rekomendacja przyda mu się na przyszłość, i że jeszcze się kiedyś spotkamy w lepszych może okolicznościach, jeśli taka będzie wola bogów.

            Dwa dni przed wyjazdem usiedliśmy z Palikosem do rachunków. Wszystko zostało wcześniej policzone i zanotowane, zostało nam tylko dopełnić umowy. Ponieważ w trosce o dalszy los wyprawy chciałem zatrzymać przy sobie jak najwięcej pieniędzy, więc zaproponowałem, by połowę należnej sumy wpisać na weksel, płatny w Antiochii u Melosa. Niezbyt był temu chętny, zważywszy odległą perspektywę płatności. Zatem znów zaczęły się targi – tym razem o procenty, włącznie ze zwłoką. Chytrus zdawał sobie sprawę, że lepiej mu się powściągać, gdyż nie będąc w przymusie, mogłem w ogóle zrezygnować z całego układu. Nadto wiedział, że uczyniona mi przysługa, to niezła okazja do wejścia w dobre stosunki z faktorią Tycjanów w Syrii, może nawet do wypłynięcia na szersze wody w tutejszym handlu – i że druga taka może mu się już nie trafić. Trzeba przyznać, że umiał patrzeć w przód, gdyż ustąpił z nadmiernej lichwy, ciężko jednak przy tym wzdychając, i lamentując dla zachowania pozorów. Ciekawe, jak też wyglądaliby razem z Melosem przy jednym stole?

            I tak oto, pomyślnie sprawiwszy się ze wszystkim, wyruszyliśmy wreszcie w drogę, odprowadzani ciekawymi spojrzeniami miejscowych. Dzięki dobrym w sumie stosunkom z Palikosem, nie okazywano nam w mieście złych humorów, nie unikano z nami rozmów, dzięki czemu udało się nawet to i owo wywiedzieć o bliższej, i dalszej okolicy za rzeką. Uformowaliśmy coś na podobieństwo małej karawanowej drużyny – czworo jeźdźców i trzy juczne konie, dość pokaźnie obładowane. Czułem się trochę dziwnie – ciekawość i ekscytacja mieszały się z pewnym niepokojem. Pierwszy bowiem raz w życiu wyjeżdżałem poza obręb rzymskiego panowania w takiej czy innej jego postaci. Miałem zaleźć się w świecie, w którym nie chroniła mnie już ani powaga, czy prawo cesarstwa, ani jego siła, ani znaczenie mego rodu. Został tylko Festus, nic nikomu nie mówiące imię, ktoś, kto znaczył tyle samo, co każdy inny – a nawet mniej, gdyż był obcy. Zdany wyłącznie na siebie – na własne umiejętności, przemyślność, wytrwałość.

W pewnym sensie szczęśliwie się składało, że z wyglądu, w ubraniu na modłę ni tutaj zwyczajną, ni scytyjską, niekoniecznie przypominałem rzymianina. Ot, jeszcze jeden mieszaniec w mieszaninie tutejszych ludów. Agis był wyraźnie syryjskim Grekiem, ale już najbardziej w oczy rzucała się Asza, kobieta o wyrazistych rysach, z przytroczonym łukiem, głową owiniętą chustą, pewnie prowadząca konia. Ta naturalna w oczach otoczenia swojskość naszej różnorodności, oznaczała większe dla nas bezpieczeństwo. W sumie budziliśmy raczej przelotne zainteresowanie, bez oznak wrogości, jaką na tych ziemiach żywiono wobec wszystkiego, co rzymskie. Jeśli kto mógł mieć wobec nas złe zamiary, to raczej z pobudek złodziejskich, czy wręcz bandyckich, a nie z odruchów plemiennych.

Przez ostatnie miesiące wyzbywałem się stopniowo wielkopańskich nawyków w mowie i zachowaniu, zachowując postawę godności własnej, a nie z pochodzenia. I choć nie był to łatwy egzamin dla mego charakteru, coraz bardziej mi się to podobało. Teraz, przekroczywszy granice imperium, zwolniony z konieczności, narzucanych przez dotychczasowe formuły życia, zyskiwałem swobodę bycia i działania, która sama w sobie była wspaniałym wyzwaniem, tyle że niebywale trudnym i wymagającym. Przekonany, że mu sprostam, nie poddawałem się jednak próżnemu zadufaniu, świadom tego, że muszę zachowywać zarówno czujność, jak i cierpliwość w nauce rzeczy dla mnie nowych – tak w świecie, jak i w samym sobie. Już wcześniej czułem, że ta podróż mnie przemienia, ale teraz to odczucie stawało się wręcz dojmujące, a słowa Marosa z Cypru wracały echem niemal każdego dnia wędrówki.

W drodze z Antiochii do Nisbis zmiany zachodziły jeszcze powoli, wciąż bowiem byłem i czułem się przede wszystkim Tycjanem, na cesarskim terytorium, co i raz wchodzącym w tycjanowskie szaty. Wciąż wszystko było jak należy, uporządkowane w hierarchii, jak nakazuje prawo i obyczaj, a także wedle bogactwa. Każdy znał swoje miejsce, czy mu ono odpowiadało, czy nie. Dla Agisa byłem panem, a on sługą, wobec rodzeństwa zachowywałem rezerwę, podszytą nieufnością. Wyzbywałem się jej powoli, gdyż nie dawali powodu do niepokoju, zachowując się poprawnie i użytecznie. Doceniałem to, lecz wciąż trzymałem miedzy nami wyniosły dystans, jaki narzucała przepaść, oddzielająca mnie z urodzenia od pospolitości, a rzymskiego obywatelstwa od barbarzyńców. Nieoczekiwane uczucie porozumienia i niejakiej bliskości z Aszą podczas wycieczki na pola pod Karrami uznałem za oznakę słabości, wywołanej zrozumiałym wrażeniem chwili.

Ale to chyba od tego się zaczęło we mnie coś przełamywać – najpierw w myśleniu, odczuwaniu, potem w zachowaniu. Już wcześniej polubiłem naukę mowy Scytów, gdyż dawała liczne preteksty do swobodnych rozmów, nawet żartów. Rezerwa zamieniała się w zażyłość, której sprzyjała nieustanna krzątanina przy wozie i w zajazdach. Co prawda, wyręczano mnie przy większości obowiązków, lecz nie obsługiwano już usłużnie, niczym jakiegoś dostojnika. Dojeżdżając do granicy na Tygerze, coraz częściej razem omawialiśmy sprawy praktyczne, związane z dalszą podróżą. W samym Nisbis złapałem się na tym, że nie tyle samodzielnie wydaję dyspozycje, ile zdaję się w wielu decyzjach na wspólne ustalenia, nawet ustępując niekiedy przed argumentami i radami pozostałej trójki. Wielkim dla mnie zaskoczeniem, wręcz paradoksem, okazało się tworzenie więzi, bardziej subtelnej niż tylko rzeczowa i interesowna, zrodzonej bynajmniej nie z wyrafinowanej filozofii i górnolotnej poetyczności, a z powszedniości, i prozy codzienności. W pełni poczułem to w chwili, gdy ruszaliśmy o świcie spod składów Palikosa ku armeńskim górom – już nie obok siebie, ze mną na czele, ale razem ze sobą.

W chwili zaskakującego olśnienia pojąłem wówczas, że dokonało się we mnie coś nieodwracalnego. W pierwszym rzędzie dotyczyło to mego stosunku do towarzyszy podróży, a już szczególnie do Aszy. Nadal byłem dowódcą tej wyprawy, jej komendantem, lecz już nie panem i władcą. Naturalne wydało mi się, że teraz, po równo przyjdzie znosić trudy wędrówki, i wypełniać konieczne czynności w niej niezbędne. Tak też się stało. Oporządzałem konie, stawiałem i zwijałem namioty, ładowałem juki, w nocy trzymałem straż i pilnowałem ognia. Prawda, nie nauczyłem się jednej rzeczy – polowania z łukiem na drobną zwierzynę. W tym nikt z nas nie potrafił dorównać scytyjskiej dziewczynie – a ona z wielką uciechą zapewniała nam tym sposobem świeże mięso i skóry. Nie umiałem też, tak jak Dolan i Agis, czytać znaków na ziemi, drzewach i w powietrzu, wyszukiwać wodę, ukryte tropy, ślady i ścieżki, a nadto rozmaite pułapki natury. Chłopak miał to we krwi, a stary wojak – z doświadczenia.

Choć zachowywaliśmy naturalną hierarchię pozycji, to przecież panował miedzy nami nieznany mi wcześniej stan wspólnoty ludzi, wzajemnie się wspierających, podążających jedną drogą, nie z przymusu, lecz w własnej woli. A przecież niełatwo jest znosić w takich warunkach swe nastroje, lub słabości, gdy nie ma ani czasu, ani nawet ochoty, by się z nimi kryć. Każde udawanie, czy ambicjonalne puszenie się, bywa albo niepotrzebnie irytujące, albo szkodliwe, wręcz groźne. Zresztą, i tak, prędzej czy później, prawda o charakterach wychodzi na wierzch – lepiej więc, gdy zawczasu unika się niezręczności, nawet cichego wstydu za te drobne mistyfikacje.

Wychowany w greckiej tradycji, teraz uzupełniałem swą wiedzę o nowe jej rozumienie. Doszedłem oto do przekonania, iż słuszność starej maksymy o poznawaniu samego siebie więcej sprawdza się w praktyce wspólnego życia, niż w uczonych dysputach. Raz po raz utwierdzałem się na własnej skórze, że uczoność filozofów, pielęgnowana w akademickich gajach, nijak nie ma się do nauki z przeżywania, wespół z innymi, trudów, radości, i smutków zwyczajności i niezwyczajności kolejno mijanych dni. Z jednej strony spełniamy to, co uznajemy za konieczność, lecz z drugiej – wystawiani jesteśmy na próby, zaskakujące i nieprzewidywalne, na które nie mamy gotowych rozwiązań. Liczy się wtedy gotowość stawienia im czoła, nawet jeśli ryzyko budzi lęk, a efekty działania zdają się być niepewne, czy później pozostawiają wiele do życzenia. Gdym tak nieraz zastanawiał się nad tym, odpoczywając wieczorem po kolejnym, męczącym dniu wędrowania, wspominałem z rozbawieniem moje spotkanie z Żydami w Tarsie. Ciekawe, jak też tamci młodzi ludzie radziliby sobie tu, w górach, gdyby zapomnieli zabrać ze sobą swych ksiąg z gotowymi przepisami na picie wody ze studni?

Podobne rozmyślania nachodziły mnie nie raz, i nie dwa, gdy powoli, ale sprawnie przywykałem do nowej odmiany sposobu podróży. Przez pierwsze dwa tygodnie szliśmy szybko, gdyż droga wiodła dość równo, nadto przez liczne, spore osady, gdzie zawsze dawało się – za stosunkowo niewielką opłatą – znaleźć jakiś nocleg, proste wygody i zaopatrzenie. Najpierw skierowaliśmy się ku Besabdzie nad Tygerem, miejscu, które niektórzy zwali wrotami do Armenii. W połowie drogi zboczyliśmy jednak w prawo, przekraczając tę wielką rzekę nieco niżej, i, idąc w dół jej dopływu, zwanego tu Kaburem, dotarliśmy do dziwnego miasta Zach, zamieszkałego przez jedno z plemion syryjskich, chyba spokrewnionych z Medami. Ta ogromna, rzeczna wyspa, połączona mostami z przedmieściami na lądzie, jakby pomniejszona Antiochia, znakomicie nadaje się na obronną fortecę. Ciekawe, czy i do tego przed wiekami przyłożył rękę któryś z dowódców Aleksandra? Nie omieszkałem jej sobie dobrze obejrzeć, nie tylko z własnej ciekawości, lecz pamiętając również, co obiecałem Korbulonowi.

W oddali dawało się dostrzec już zarysy wielkich gór, które zamierzaliśmy przekroczyć. Ale czekało nas jeszcze długie, acz ponoć w miarę znośne wędrowanie ścieżkami u ich podnóża, co – po zasięgnięciu języka u miejscowych – mogło potrwać kolejne dwa tygodnie. Dopiero tam miały zacząć się większe trudności. By najszybciej i najkrócej przejść na drugą stronę, ku medyjskiej Atropatene nad jeziorem Spauta, przyjdzie szukać wysoko małych rzek, do niego spływających. Ostrzeżono nas, że bez pomocy mieszkających tam górali łatwo się pogubić i zginąć z kretesem. Dolan z Aszą pamiętali, że prowadzono ich tamtędy, ale którędy dokładnie – tego nie potrafili określić. Twierdzili jednak, że gdy znajdą się już w tamtej okolicy, na pewno poznają to po znakach i miejscach, które wryły im się w pamięć. Cóż, pozostawało tylko iść dalej, licząc na to, że koniec końców odnajdziemy sposób, by jakoś tamtędy przejść.

Ponieważ przyjęto nas tu dość przyjaźnie, więc zastanawialiśmy się, czy aby nie odpocząć w mieście kilka dni, i nieco się oporządzić ze sobą i dobytkiem. Sprawę rozstrzygnął przypadek, pewne wydarzenie, które umocniło mnie w przekonaniu, jak mało umiem się jeszcze poruszać między ludźmi jako człowiek zwyczajny, a nie rzymski patrycjusz. Drugiego dnia po przyjeździe, przed wieczorem, gdy siedzieliśmy w lichej gospodzie, przy równie lichym posiłku, dosiadł się do nas jakiś człowiek z dzbankiem obrzydliwie cuchnącego napoju, i całkiem grzecznie począł rozpytywać, kim jesteśmy. Ponieważ utarło się, że to ja prowadzę takie rozmowy, powiedziałem mu to i owo, bez wyjawiania naszego pochodzenia, zaznaczając tylko, że chcemy iść w stronę dalekich gór. Widział w nas wędrownych kupców, więc pytał, czy czegoś nie kupimy, albo czy mamy coś na wymianę. Podziękowałem za zainteresowanie, ale wymówiłem się od handlowania.

Nie był natarczywy, więc rozmawialiśmy dalej, już o sprawach codziennych i miejscowych, także o dalekim świecie, którego bardzo był ciekawy. Zacząłem i ja wypytywać o zwyczaje, o pracę, o wojny i żołnierzy, o okolicę. Gdy już kończyliśmy, dodał jeszcze, że obcy z tak daleka są tu rzadkością, a jemu było miło nas poznać. Odparłem, że i ja pierwszy raz zapuściłem się na te ziemie, i że wszystko tu bardzo mnie interesuje. Po tej wymianie uprzejmości pożegnał się, i odszedł.

Jakie było moje zdziwienie, gdy następnego ranka, pojawił się znowu, tym razem z zaskakującą propozycją. Otóż jego syn miał się tego dnia żenić, a on uznał, że warto by zaprosić tak ciekawych gości na te uroczystość. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Odmówić nie wypadało, ale i zgodzić się było trochę strach, gdyż nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć. A nuż zamyślają coś dla nas niebezpiecznego, jakąś pułapkę, albo bandycką sztuczkę? W rozterce zerknąłem na Aszę, która, widząc moje niezdecydowanie, lekko pokiwała głową z aprobatą. Nie wiedząc, w czym rzecz, uznałem, że ma chyba w tym jakąś swoją rację, którą postanowiłem uznać. Zaproszenie przyjąłem, oznajmiając, że bardzo jestem za nie wdzięczny, i że przyjdę – ale wraz z tą tu kobietą. Nawet zbytnio się nie zdziwił, pokiwał głową ze zrozumieniem, i wyjaśnił na odchodnym, gdzie mamy szukać jego domu.

Gdy odszedł, Asza wyjaśniła mi, że spotkał nas zaszczyt, którego nie wolno odmawiać. Z jej wyjaśnień pojąłem, że nieprzyjęcie go mogłoby nam zaszkodzić – nie tylko tu, ale i dalszej drodze.

– Nie wiesz, panie, jak tu się szybko roznoszą wieści. Ta pójdzie dalej, więc trzeba dobrze ją wykorzystać.

– Niby jak?

– Tu żyje jedno plemię ale rządzą duże rodziny. Jedna łączy się z drugą..

– To jeszcze niczego nie tłumaczy.

– Dokoła są sami swoi, nawet daleko stąd. Jeśli ci, tutaj, zechcą, mogą nam podróż ułatwić. Jak nie, to utrudnią. U nas tak jest. Gdy idziesz, wyprzedza cię wieść, albo dobra, albo zła. I będziesz miał tak, jaka ona będzie.

Tłumaczyła mi to jeszcze czas jakiś, i chyba pojąłem w czym rzecz. Cóż, czy to Rzym, czy barbarzyńcy – wszędzie jest tak samo. Za jakiego cię uznają, tam cię wpuszczają. Bez aprobaty gromady, choćby i rozporoszonej, nie masz w niej czego szukać. Różne światy, różne narody, ale zasada ta sama, tyle że w obyczaju niekiedy objawia się w sposób dla nas niepojęty. To samo dotyczy zagrożeń. Trochę się spieraliśmy, ale ustąpiłem, gdyż lepiej rozumiała to, co dla mnie tu obce i dzikie.

Nie było więc już co więcej deliberować, niemniej czekałem popołudnia z lekkim niepokojem. Asza przygotowała nam ubrania, a na koniec oświadczyła stanowczo, że koniecznie musimy zabrać ze sobą jakieś dary. Że tak się godzi, sam się domyślałem, ale brakło mi konceptu, jak z tego wybrnąć. Rada w radę wyszło na to, że ona ofiaruje przyszłej żonie mały woreczek soli, ja zaś – panu młodemu, mały sztylet z zapasów, jakie mieliśmy na handel. Gdy zauważyłem, że to jednak chyba zbytek hojności, stwierdziła, że i tak w drodze zysk z tego będzie większy, niż to jest warte w samym towarze Przed wyjściem nakazałem jeszcze Agisowi, by mieli z Dolanem na wszystko baczenie, rozglądali się, i nasłuchiwali, czy aby nie będzie działo się coś niepokojącego.

Gdy przyszliśmy, ujrzałem przed domem spore zgromadzenie, jakby na coś czekające. Ktoś przywołał gospodarza, a ten, powitawszy nas, przedstawił kilku swoim ziomkom. Po krótkim czasie rozpoczęła się bardzo widowiskowa ceremonia, którą z wielkim hałasem poprowadził miejscowy ni to kapłan, ni to czarownik. Asza szepnęła mi na ucho, że młodzi muszą być ze znaczących rodzin, i że duże interesy tu wchodzą w grę, bo u zwykłych ludzi tak bogatych rytuałów się nie odprawia. Niewiele z tego rozumiałem, zwróciłem jednak uwagę, że narzeczona, choć prawie jeszcze dziecko, wcale nie wyglądała na wystraszoną. Tu chyba rzeczywiście odbył się jakiś handel, a młodzi byli dla niego albo pretekstem, albo jego zwieńczeniem i przypieczętowaniem. Niewiele więc różniło się to w treści i istocie od naszych zwyczajów, tyle że w innej oprawie, i na inną miarę.

Po zakończeniu obrzędów, przyszła pora na składanie darów. Senior rodziny dał znak, by nas puszczono pierwszych, co miało oznaczać, wszem i wobec, wielki dla nas honor. W duchu dziękowałem bogom, że posłuchałem Aszy, gdyż wielką konfuzją byłoby, gdybyśmy przyszli z pustymi rękami, albo z czymś mało atrakcyjnym. Przytomnie pokazałem najpierw wszystkim sztylet, który przyniosłem, potem podałem go ojcu, a ten, okazawszy swoje wielkie ukontentowanie, wręczył go ożenionemu właśnie synowi. Asza, odczekawszy chwilę, z rytualnym namaszczeniem, podeszła do stołu, skłoniła się nisko, po czym położyła na nim woreczek z solą. Gdy gospodarz sprawdził jego zawartość, cisza oczekiwania wypełniła się głośnym gwarem uznania.

– Wiesz, obcy przybyszu, co dobre, i co się należy – gospodarz wyraził zadowolenie uniesieniem ręki. – Siądź, i bądź naszym gościem – wskazał miejsce niedaleko siebie.

Asza poszła do kobiet, ja zaś zasiadłem w gronie starszych, mając za sąsiada owego czarownika, w ozdobnej szacie, i z pomalowana twarzą. Gdy skończono składanie darów, i ustały mowy pochwalne, zaczęła się uczta. Jedzenie pozwalało mi bardziej słuchać, niż mówić od siebie, czy odpowiadać na różne pytania. Czułem się niezwykle, trochę jak w teatrze, w którym gram na samym proscenium. Panowała wielka wesołość, mnie jednak dokuczał straszny zaduch, i panujący dokoła brud, a z tym i niechęć do tego, co podsuwano mi pod nos. Potrawy były albo mdłe, albo strasznie ostre, a już najgorszy okazał się dziwny napój, który tu pito w ogromnych ilościach. Wymawiałem się, jak mogłem, ale przecież nie dało się w ogóle nie kosztować poczęstunku, bo byłoby to wielką obrazą.

Po jakimś czasie zgromadzeni goście wylegli na dwór, wszystko się przemieszało w okrzykach, popisach siły i zręczności, drobnych bójkach, w wabieniu kobiet, kotłowaninie dzieci i psów. Po jakimś czasie wstałem i ja, zbliżyłem się do gospodarza, i, wyraziwszy mu wpierw swoją wdzięczność za gościnę, spytałem, czy nie uczynię jakiej niegrzeczności, jeśli się już oddalę. Jego zgodę musiałem okupić wypiciem jeszcze jednego dzbana tego obrzydliwego napitku, ale w końcu wyplątałem się zza stołu, kierując ku wyjściu. W tej samej chwili wyszła z tłumu czujnie wszystko obserwująca Asza, i bez słowa stanęła dwa kroki za mną. Zaskoczyła mnie jeszcze uwaga, jaką wygłosił żegnający się ze mną czarownik.

– Niezwykłym jesteś człowiekiem, przybyszu. Strzegą cię dobre duchy, które odganiają złe demony. Oby cię nigdy nie opuszczały – rzekł z emfazą, co nie uszło uwagi otoczenia.

Nie wiedząc, co odpowiedzieć, skinąłem głową bez słowa, i żegnany życzliwymi gestami i okrzykami, szybko oddaliłem się w stronę naszego lokum. Asza zrównała się z mną, przerywając milczenie krótkim komentarzem.

– Uszanowałeś ich, a oni uszanowali ciebie. Ale najważniejsze były dobre słowa czarownika. Przekonasz się, panie. Nic ci nie grozi. I nikt teraz nie odważy się podnieść na ciebie ręki. Nawet daleko stąd.

– Skąd, niby, ta jego łaskawość? – od dawna irytowała mnie łatwowierność wobec przesądów. Więcej w nich fantazji, niż rozumnego sensu. W dzisiejszym zdarzeniu nie znajdowałem nic ponad to, co zobaczyłem na własne oczy. Prawda, byłem zadowolony, że poznałem coś dla mnie nowego, ale w tej chwili czułem ulgę, że już stamtąd wyszedłem. Moja gotowość do bycia nowym człowiekiem wystawiona została na wielką próbę. Słowa Aszy, wypowiedziane z takim przekonaniem, przyjąłem za puste prorokowanie, gdyż nazbyt dobrze wiedziałem, jak mało warte są sztuczki i przepowiednie wróżbitów – nawet z tych największych świątyń. A co dopiero mówić o tym tutaj, malowanym dzikusie.

– Nie śmiej się. On wie, co mówi.

– Że niby widzi duchy i demony?

– A skąd wiesz, że nie? – jej przekorny opór mnie zadziwił, ale zamilkłem. Jeszcze tego brakowało, żebym wdawał się z kobietą w próżne spory, zwłaszcza takie, w których rozum staje naprzeciw babskim przeczuciom.

Było jednak coś w tym, co powiedziała. Przez czas postoju w miasteczku ludzie traktowali nas życzliwie, jak na obcych. Nie unikali rozmów, wiele więc się dowiedziałem o ich historii i obyczajach, co skrzętnie zebrałem w pamięci, by w swoim czasie dokładnie to opisać. Gdy poznani przez mnie gospodarze ocknęli się po weselu, które trwało jeszcze przez następny dzień, długo naradzałem się z nimi, jaką drogę teraz wybrać, gdyż okazało się, że można iść dalej na dwa sposoby. Albo od razu wzdłuż gór, albo, po niewielkim przejściu na południu, dalej, już wielką wyżyną, mniej uciążliwą w przejściu, tyle że mało zaludnioną, i przez to wymagającą nocowania w namiotach. Pora była zimna, ale przeważyła nie tyle nawet wygoda, czy mniejsza odległość, ile to, że pierwsza trasa była pewniejsza, gdyż biegła po większej części wzdłuż długiej rzeki, zwanej Zab, i jej dopływów. Trudno się tam więc zgubić, a ponadto z opowieści i komentarzy mych rozmówców wynikało też, że żyje tam wszędzie tam ten sam lud, co i tu.

Choć pochlebiam sobie, że nieźle znam geografię, to jednak nie byłem w stanie się rozeznać, skąd się ów lud wywodzi, gdyż było tu pomieszanie chyba wszystkich ze wszystkimi – Medów, Persów, Syryjczyków, Armenów, Scytów, Kimeryjczyków; usłyszałem też zupełnie nieznaną mi nazwę Hurran. Brakło czasu, by to wyjaśniać, zresztą nawet nie byłoby nawet z kim, skoro nie mają tu żadnej innej historii jak tylko przekazy w baśniach i pieśniach. Przez wieki, niczym w tyglu, stopiło się to w jedną całość. Tak, czy owak, wziąłem pod rozwagę – choć nie bez niejakiego sceptycyzmu – opinię Aszy o roznoszeniu się wieści, i o możliwej dla tej przyczyny przychylności ludzi, jakich napotkamy. Podjąłem więc decyzję i dałem znak do wyjazdu – nie było już co dłużej zwlekać.

Początek u Kresu Drogi

26. Wydarzyło w górskiej dolinie…

Przejście pierwszych górskich trudności, i dojście do okolic jeziora Spauta zajęło nam niemal trzy tygodnie, pełne wrażeń, ale i szczególnych wydarzeń. Poczyniłem w tym czasie wiele obserwacji, które stopniowo, acz znacząco dopełniały moje rozumienie świata, a najbardziej chyba siebie samego.

Przez cały ten czas nie spotkaliśmy nie tylko żadnych wojsk, ale w ogóle śladów jakiejkolwiek władzy obcej, ponad tę, jaką tu ludzie sami sobie ustanowili. Dawni Medowie przed wiekami ulegli Persom, których z kolei wiele lat później, niedaleko stąd, rozgromił Aleksander. Ostatnimi czasy zwierzchność na tych ziemiach przechodzi raz na Partów, innym znów razem na Armenię. Ale nie ma tu niczyjego panowania na stałe, prócz własnego, nie ma też państwa takiego, jak my je pojmujemy. Ludy te granic nie znają, za swoją  ojczyznę mają całe góry, i żyją rozproszone wśród nich, w małych gromadach rodowych i plemiennych, z wyjątkiem większych miast, pozostałych po dawnych czasach perskiej, a i wcześniejszej świetności. Tam, rzeczywiście, jeszcze widzi się resztki starożytności, dawne budowle, nawet świątynie, w których od setek lat płoną te same święte ognie. Własnego pisma, ani szkół czy nauki, nie mają, więc ich wiedza i tradycja to obyczaje, także legendy, śpiewane w mowie, pomieszanej ze słów perskich, aramejskich, nawet greckich, z dodaniem własnych, dla nikogo niepojętych. Porozumieć się można, ale już nie porozmawiać, chyba że mocno wspierając gestami i mimiką.

Są niezwykle gościnni, ale też dumni, i dzielni na swój sposób. Kto w zmienności historii zechciał rościć sobie prawo do panowania nad nimi, pojawiał się czasem z dużą siłą, by zagrabić, co się da, ale szybko się wycofywał. Miejscowi nie tyle pokonywali go w bitwach, ile wyniszczali po kawałku w górskich przemarszach. Poddać ich sobie jest niemożliwością, nie mówiąc już o nasłaniu im jakich urzędów. Po tygodniach wędrowania przez te ziemie zrozumiałem, czemu wyprawa Antoniusza musiała skończyć się niepowodzeniem. Wejść z armią tu można, ale utrzymać się, bić na naszą modłę, czy zaprowadzać rzymskie porządki, to zadanie niewykonalne. Jeśli kto chełpi się, że zdobędzie  tę ziemię dla siebie, i na zawsze, musi być wielkim pyszałkiem, bez znajomości rzeczy i wyobraźni.

W wielu miejscach ludzie nie stawiają zabudowań, lecz mieszkają w jaskiniach i grotach górskich, doskonale przysposobionych ze wszystkim do życia. Gdzieniegdzie kilka takich niby osad połączonych jest ukrytymi korytarzami, ma wspólne pomieszczenia, wspólne źródła wody. Podobnie jest ponoć i w naszej Kapadocji, gdzie tym sposobem zebrały się liczne plamiona, nawet z własnymi, podziemnymi świątyniami. Jakże teraz wchodzić w takie labirynty z wojskiem, i skutecznie walczyć z ludem, który za ochronę ma niedostępną przyrodę, tak zmyślnie wykorzystaną dla własnych celów.

Większe miasta zbudowano na szczytach gór, co robi duże wrażenie. Ma to sens wojenny dla strategii, ale powoduje, że każde z nich jest odrębną społecznością, rządząca się własnymi prawami. Ponieważ natura ludzka wszędzie jest ta sama, więc i tu są bezwzględne podziały na biednych i bogatych, silniejszych i słabszych, mądrzejszych i głupszych w rozumie i życiu. Te same władają ludźmi namiętności, tyle że gwałtowniej może przeżywane i okazywane. Tak jak w górach, i tu wszystkim zarządzają, i nad wszystkim sprawują sądy, rodowe rady starszych, a od ich decyzji nie ma odwołania.

To odwieczny porządek, niemniej tak urządzony naród nie ma zwartego państwa. Po pierwsze jest to niemożliwe przy wielkim jego rozproszeniu i różnorodności pochodzenia, a po drugie – specjalnie do niczego nie jest mu ono potrzebne. Nie ma więc urzędów i urzędników, ani dworaków, są klienci i strażnicy co możniejszych rodów, ale nie cierpi się  darmozjadów. Przy zagrożeniu z zewnątrz, mężczyźni łączą się do walki, ale potem znów  rozchodzą do swoich wsi i osad. Brakuje jednak czegoś, co by ludzi tych wydźwignęło ze stanu pospolitego bytowania. W osobliwy sposób przypominało to Grecję w samych początkach jej wielkości. Niegdyś również była podobnie rozczłonkowana, tyle że za jakąś niepojętą przyczyną zrodził się w niej duch daleko wyższej próby, który zapłodnił rozum do głębszego poznawania istoty człowieka, jego doskonalenia, a także przeobrażania świata.

Z obserwacji i wiedzy, jaka tu posiadłem, wysnułem wnioski, osobliwie zbieżne z tym, o czym mówił Maros na Cyprze. Otóż wyszło mi, że duże i spójne państwo powstanie  tylko wtedy, gdy w jakimś narodzie – po tym, jak już jakoś ułoży się sam ze sobą – powstaje pęd do zawłaszczania innych ponad miarę, z potrzeby panowania nad nimi, i grabienia słabszych. Zaczyna wtedy tworzyć siły do tego niezbędne, i wszystko podporządkowywać temu właśnie celowi. Za dobro wspólne uznaje jedynie to, co służy pomnażaniu zdobyczy, i wywyższaniu się kosztem cudzej słabości, a nie własnej doskonałości. Grecja, gdy sama już okrzepła, też podbijała świat, wszelako zaczynając u siebie od siły swego rozumu i ducha. Jest coś symbolicznego w tym, iż najpierw był Arystoteles, dopiero potem Aleksander, a wodzami i przywódcami nieraz bywali filozofowie i uczeni. Niestety, potem Macedończykowi zabrakło mądrości swego nauczyciela, największy zdobywca w dziejach świata zatracił miarę, a rozum przegrał w nim z pychą. Może dlatego, że podczas wojen na wschodzie nadmiernie słuchał fałszywego pochlebcy z Abdery. Cóż, władca upadł, ale to, co z greckiego ducha poniósł w świat, żyje do dziś.

Bez równowagi nie ma wielkości. U nas pierwszy zrozumiał to chyba dopiero August, ale też miał on za przyjaciela i mentora mądrego Kananitę, którego, jeśli nawet nie we wszystkim słuchał, to jednak się radził. Dlatego przewyższył Cezara, gdyż ten wiecznie zwycięski wódz, choć miał żelazną wolę walki, owładnięty był żądzą władzy, a w czas pokoju mniej rozmyślał, a bardziej się wymądrzał, głównie dla poklasku, próżnej chwały i zysków. Gdy nie mógł pokonać Katona na racje, po prostu go uwięził. Z kolei, gdy rozsądny Bibulus ważko argumentował przeciw jego pomysłom, pohańbił go publicznie, i zmusił do zamilknięcia na długie miesiące. Swoją drogą, ciekawe, jak ten bóg wojny dałby sobie radę ze swą armią w takich jak te górach. Zwyciężał w Bitynii i Hiszpanii, ale tam nie ma takich przestrzeni, a już na pewno takiej tradycji i determinacji narodu.

Dotarłem też do miasta, uchodzącego za najpierwsze gniazdo dawnych Medów, wzniesione na dwóch wzgórzach, miedzy głębokimi dolinami, wysokimi szczytami i wodospadami. Tak jak wszędzie w tej krainie, miejscowi sami są sobie panami, a wielu wśród nich żyje Persów, dawnych sojuszników, którzy znaleźli tu schronienie przed Partami. Dalej, na południe od jeziora Spauta, jest jeszcze jedno podobne miasto, nie tak warowne, stolica dawnego, królestwa Mitanii, o którym czytałem u Strabona. Gdym tak oglądał te miejsca, przez które wędrowałem, myślałem z zadumą, że Rzym, ze swoją  historią, jest ledwie dzieckiem w rodzinie narodów, które wyrosły i dojrzały na długo, nim my w ogóle przyszliśmy na świat. Słusznie szczycimy się potęgą – ale czy ona kiedyś sięgnie i tu? Czy sama natura, a i tradycja, nie postawiłyby nam barier nie do pokonania?

Oprócz niezwykłości nieznanego świata, jakie tu poznawałem w trakcie   wędrowania, zaszły też zdarzenia i okoliczności, które nadały naszej wyprawie znaczenia dla mnie zgoła niespodziewanego, głęboko odmieniając mą duszę. I to w tym samym czasie i miejscu, jakby bogowie, zostawiając mnie dotąd w spokoju, wręcz zasadzili się tam ze swymi niespodziankami! Zaiste, miał rację Maros, mówiąc, iż me poszukiwania zapewne uwieńczy sukces w dotarciu do zamierzonego celu, lecz ważniejsze będzie to, co wydarzy się, i co spotkam, na wiodących ku niemu drogach.

Idąc wzdłuż podnóża wysokich gór, jednego razu weszliśmy w niewielką dolinę, gdzie na skraju zagnieździła się spora osada, licząca sobie około setki domostw z przyległościami, nie licząc pewnej ilości grot. Urzekła mnie uroda okolicy, z drzewami na zboczach, i niewielkim, przepływającym z boku strumieniem. Mieszkali tu ludzie zwyczajni, głównie pasterze, sadząc po sporej ilości zwierząt. Choć dochodziło ledwie południe, postanowiłem, że zatrzymamy się obok nich, może nawet na dwa-trzy dni, gdyż dolina, osłonięta od wiatru, zachęcała  do odpoczynku po tygodniu szybkiego wędrowania. Asza z Dolanem stanęli na uboczu, by zająć się końmi, ja zaś z Agisem ruszyliśmy ku oddalonym, mizernym siedzibom tutejszych mieszkańców. Jechaliśmy niespiesznie, by pokazać, że nie mamy złych zamiarów. Z domów wyległo kilka osób, przyglądając się nam bardziej ciekawie, niż wrogo. Było wśród nich dwóch uzbrojonych mężczyzn, więc zsiedliśmy z koni, i podeszliśmy do nich, uznając, że to z nimi należy rozpocząć rozmowy o pozostaniu na ich ziemi.

Miałem już niejaką wprawę w takich spotkaniach, więc, zbliżywszy się, powitałem ich w tutejszej mowie, bardzo nieporadnie, gdyż zdążyłem się jej wyuczyć ledwie na tyle, żeby powiedzieć kim jesteśmy, i czego chcemy. O znalezieniu dachu nad głową mowy raczej nie było, więc poprosiłem, by nam pozwolono gdzieś tu rozłożyć się z namiotami na czas postoju, a także dać koniem popas. Trochę słowami, więcej gestami spytałem, czy użyczą nam jakiego jedzenia i picia – oczywiście za zapłatą. Nie byli ani zdziwieni, ani zaskoczeni naszym przybyciem, z czego wniosłem, iż przejezdni goście nie są dla nich czymś niezwykłym. Dopiero później okazało się, że wieść o tym, kim jesteśmy i skąd przybywamy, wyprzedziła nas, tak jak zakładała to Asza, gdy wyjeżdżaliśmy z odległego stąd Zachu.

Dopełniwszy obyczaju, i otrzymawszy przyzwolenie, wróciliśmy do rodzeństwa, które zdążyło już zacząć przygotowania do postoju. Jak to zwykle bywa w takich okolicznościach, towarzyszyła nam gromada dzieci, ciekawych niecodziennych atrakcji. Za nimi pokazały się też jakieś kobiety, na zwyczajowo wścibskie, babskie przeszpiegi nowinek w okolicy. Cała ta eskorta rozsiadła się w pewnym oddaleniu, gapiąc uporczywie, gdy stawialiśmy namioty i oporządzali dobytek.

Przy bezchmurnym niebie było tak ciepło, że z gorąca zdjąłem trochę ubrania. Asza, zamyślając przygotować jedzenie, wysłała brata do lasu na zboczu po drzewo, by rozpalić potrzebny jej do tego ogień. Gdy wrócił, coś mnie podkusiło – chyba z wesołości i uczucia odprężenia – by pokazać przyglądającej się nam dzieciarni magiczną sztuczkę. Wyjąłem z sakwy fenickie szkło, po czym, dla większego wrażenia, uniosłem je ku słońcu w geście jakby rytualnym, mamrocząc przy tym coś po nosem. Potem, zwolna pochyliwszy się ku ziemi, niepostrzeżenie uchwyciłem promień, i w dwie chwile podpaliłem ułożony stos suchych gałęzi, wszelako udając, że czynię to gołymi rękami.

Czemu to zrobiłem? Sam do dziś nie wiem. Chyba to bogowie musieli mnie do tego natchnąć, jako że sam z siebie nigdy w życiu nie miałem skłonności do tanich popisów przed kimkolwiek, a już tym bardziej przed zgrają małych dzikusów. Biorąc pod uwagę, jak niezwykłe okazały się  następstwa tego żartu, z czasem nabrałem pewności, że był w tym jakiś wyższy, niepojęty dla mnie zamysł owego poruszenia mej woli.

Uczyniło się bowiem wielkie zamieszanie, kobiety z hałasem zagarnęły dzieciarnię, i wszyscy szybko pobiegli z powrotem do siebie. Ale nie tylko ich zdumiał mój wybryk. Asza stała bez ruchu, wpatrując się we mnie dziwnym wzrokiem, ni to z przestrachem ni to podziwem. Nigdy wcześniej nie wyjmowałem szkła, ani nie pokazywałem, do czego służy. Jeśli nawet wspomniał jej coś o tym brat, świadek mego zakupu w Antiochii, to przecież co innego o czymś usłyszeć, a co innego zobaczyć, jak działa. Uzmysłowiłem sobie w tym momencie, że co dla mnie było użytecznym wytworem fenickiej wiedzy i kunsztu Nartasa, ludziom prostym, a już zwłaszcza barbarzyńcom, musiało zdawać się znakiem mocy bogów, panów żywiołów. Dla nich, tylko ktoś szczególnie naznaczony ma zdolność przyzywania jej, i prawo używania wedle własnego uznania.

W oczach widzów tego zdarzenia, i w ich rozumieniu rzeczy, w jednej chwili obcy, ale przecież zwyczajny przybysz, zamienił się w kapłana ognia! A może słońca? Kto ich wie, do czego mnie przypisali? Może wydałem im się jakimś wysłannikiem demonów, których tak  się boją? Wedle wschodniej tradycji, jest tu ich tyle, że nie sposób wszystkich zliczyć. Nieco mnie to zaniepokoiło, gdyż zdałem sobie sprawę, że gdy dzieci i kobiety zaniosą tę wieść do osady, przekażą ją niezwykle ubarwioną, i wyolbrzymioną przez strach i wyobraźnię – z nieprzewidywalnym dla nas skutkiem. Co pomyśli sobie Asza nie obchodziło mnie zbytnio, gdyż uważałem, że miała chyba dość własnego rozumu, żeby po tylu tygodniach wędrówki  przyszło jej do głowy mieć mnie za kogoś innego, niż ten sam człowiek, którego zdążyła już poznać.

Machnąłem wiec tylko, ręką, Agis pokiwał głową z rozbawieniem, Dolan uśmiechnął się łobuzersko – i na tym dla nas sprawa się skończyła. Zajęliśmy się sobą, zwierzętami, rozstawianiem namiotów, zadowoleni, że na dłużej rozprostujemy kości po ciągłym siedzeniu w siodle. Ale nie było nam dane zbyt długo cieszyć się spokojem. Po południu ujrzeliśmy, jak od osady zbliża się ku nam większa grupa miejscowych, z dwoma starszymi mężczyznami na czele. Zauważyłem pewną dostojność tego orszaku, co mogła oznaczać, że nie idą do nas w złych zamiarach, tylko chcą porozmawiać o czymś dla nich ważnym. Nie myliłem się, gdyż w pewnej chwili, na znak, dany przez jednego z przewodników, ludzie stanęli. Podniosłem się, ci dwaj podeszli do mnie nisko się pokłonili, i trochę słowami, trochę gestami, wyjaśnili, że  zapraszają mnie do jednej ze swych chat. Gdym już zrozumiał, o co im chodzi, zgodziłem się  i skinąłem na Agisa, by poszedł ze mną. Znów przytomnością umysłu wykazała się Asza, która weszła do mego namiotu, pokazując wzrokiem, bym i ja to zrobił.

– Weź ze sobą swój amulet, panie – rzekła w środku, podając mi ubranie. – To ważne.

– Tak uważasz?

– Przyszli tu dla ciebie, ale i dla niego – odparła z powagą, pokazując na sakwę, w której trzymałem schowane swoje fenickie szkło.

Ponieważ wiedziałem już, że lepiej ode mnie wyznaje się na tutejszych obyczajach, ani nie spytałem, o co chodzi, ani się nie sprzeciwiłem, tylko wyjąłem mój szklany nabytek, nie mając jednak pojęcia, jak mam go ze sobą nieść. Asza przyjrzała mu się, rozejrzała dokoła z wahaniem, wreszcie dała znak, bym poczekał, następnie szybko wyszła, a po chwili wróciła czymś w ręku.

– Zawieś go na szyi, ale na początku trzymaj pod ubraniem – rzekła, podając mi krótki skórzany rzemyk.

Gdy pokazałem, żeby pomogła mi go przewlec przez ucho w oprawie, stanowczo odmówiła.

– Tylko tobie wolno go dotykać – kiwnęła głową. – Ma wielką moc, która może zabić – dodała stanowczo.

Nie było czasu na wyjaśnienia, wiec zrobiłem, jak doradziła, i wyszedłem przed namiot. Zebrani, czekający cierpliwie, na mój widok rozstąpili się, puszczając nas przodem. Agis szedł nieco za mną, i – mimo pozornego spokoju – bacznie rozglądał się na boki. Tak oto, w orszaku miejscowego plemienia, dotarłem do sporego domostwa, gdzie wprowadzono mnie do dużej, ciemnej izby, rozświetlonej jednie przez słaby ogień dymiącego smrodliwie paleniska. W kącie, na stercie rozłożonych skór, siedział bardzo stary człowiek. Z zachowania towarzyszących mi osób należało wnosić, że to persona ważna, i powszechnie szanowana. Wskazał mi miejsce naprzeciwko siebie, pozostałych wyprosił gestem na zewnątrz, oprócz owych dwóch, którzy przyszli do mnie z zaproszeniem. Tym nakazał usiąść za sobą pod ścianą – po czym zapadło milczenie.

Nie da się oddać w zwykłym zapisie rozmowy, jaka wtedy się odbyła. Z powodu trudności językowych porozumiewaliśmy się na różne sposoby, niemniej szybko pojąłem, czemu zostałem poproszony. Oprócz zwyczajowego okazania gościnności, poszło jeszcze o coś, co w normalnych okolicznościach uznałbym za kiepski teatr. Otóż starzec, tutejszy senior, wyznał, że ich święty ogień, jaki od lat podtrzymywali w pobliskiej grocie skalnej, zgasł, i nie było prawdziwego kapłana, który by im go na nowo przywrócił. Zapalić go ot tak sobie nie wolno – na to musi być szczególna, ofiarna uroczystość. Sztuczką, jaką wykonałem ku uciesze dzieci, w jego mniemaniu dowodziła, iż jestem kimś w rodzaju wysłannika ich boga, zdolnego to uczynić!

Przyznam, że dotąd rzadko zdarzało mi się w życiu tracić głowę, lecz gdym wreszcie zrozumiał, o co temu człowiekowi chodzi, nie wiedziałem, co rzec, i jak postąpić. Przemknęło mi tylko przez myśl, że Asza znów dobrze odczytała, co się może wydarzyć, i że bez jej pomocy nie wybrnę z tego kłopotu. Trzeba mi było jednak pogodzić się z tym, co nakazywały okoliczności. Idąc więc za jej radą, wysunąłem ukryty dotąd amulet, tak by wszyscy mogli zobaczyć, jak połyskuje na mej szyi w świetle paleniska. Uczyniło to ogromne na nich wrażenie, coś mówili do siebie, i kiwali głowami.

Zgodnie z tradycją rodzinną zostałem poświęcony perskiemu Mitrze, tyle że był to wybór szczególny i symboliczny, wszelako dopuszczalny o tyle, o ile nie umniejszał oddawania rzymskim bogom należnej im czci. Mamy Panteon, wzniesiony przez Augusta, gdzie w zgodzie czuwają oni nad pomyślnością cesarstwa i jego obywateli, jako dawcy losu i strażnicy praw – zarówno życia, jak śmierci. Każdy ma prawo wybrać sobie spośród nich własnego protektora, ale nie wolno mu zapominać o innych, gdyż może się to dla niego źle skończyć, jako że potrafią być w gniewie porywczy, nawet okrutni. Taki był, jest, i będzie porządek rzeczy, w każdym miejscu, czasie, i w każdym narodzie.

Świat wywodzi się z żywiołów, nad którymi bogowie sprawują pieczę, a rządząc nimi, rządzą też ludzkim życiem, które stworzyli. Rzeczy wielkie i małe nie mogą się obejść bez ich woli, a i łaskawości, lub niechęci. Nie zawsze jednak panuje wśród nich harmonia, bo są między nimi gry tych większych, i ambicje tych pomniejszych. Często więc toczą swary, nawet drobnostkowe, wciągając w nie i nas, co przekłada się na kapryśną zmienność i burzliwość naszych losów. Nigdy nie wiemy, co zamierzają, ale strzeżemy się, by ich nie rozgniewać czynami niegodnymi, lub przeciwnymi naturze. Szukamy u nich rady i sprawiedliwości, wsparcia w miłości i zdrowiu, opieki w domu, w walce i w interesach, składając ofiary, by zapewnić sobie ich przychylność we wszystkim, co nas dotyczy. Kto zechce im się sprzeciwiać, albo z nich drwić, tego spotka los Prometeusza, czy jakże wielu, którzy tułają się w Tartarze, i, dręczeni przez Erynie, przeklinać mają do końca świata swą butę i nieposłuszeństwo wobec praw ludzkich i boskich.

Mitra, któremu powierzyli się Tycjanowie, to dobry bóg ludzi uczciwych, prawych, ale też dzielnych, łączący w sobie dobro z walecznością przeciw złu. Odnajduje się w nim zarówno wzniosłość ducha, jak i konieczność borykania się z oporną mizerią codzienności. To bardziej przyjaciel i powiernik, niż władca. Zna nasze postępki, rozsądza spory, wszelako nie ma w sobie  nadmiernej surowości wobec naszych słabości. Jest bogiem słońca, nie mroku, bardziej nagrody, niż kary. Nie nagina zawczasu ludzkiej woli, ale po śmierci sądzić nas będzie z naszych uczynków. Zatem daje prawo wyboru, ale i przymusza do odpowiedzialności za to, co wyniknie z podjętych decyzji. To właśnie jest mi szczególnie bliskie, gdyż przydaje wielkiej wagi dla rozumu, jakim winniśmy się w życiu kierować, łącząc wiedzę z cnotą. Czyż nie tego nauczali również Grecy, z których przecież wyrastamy, i którym hołdujemy? I czyż nie wymaga zastanowienia, że krąg boskich praw osobliwie obejmuje daleko więcej, niż tylko znany nam świat?

W sytuacji, w jakiej mnie postawiono, dopatrzyłem się dziwnego splątania woli wielu bogów, z różnych światów, co by oznaczało, że jest chyba miedzy nimi jakieś powinowactwo. Moje szkło powstało, bez wątpienia, przy wsparciu fenickiego Kuszara, poczciwego pana umiejętności. Ale to przecież nasza Minerwa łączy naukę i rzemiosło w jedno, przydając im znamion mądrości praktycznej. Mojej wyprawie patronuje Merkury, i to on przywiódł mnie do krainy, gdzie Persowie i Partowie czczą swego, i również mego rodowego opiekuna, Mitrę. Ten bowiem niegdyś ochronił przed zgubą Tycjanowego przodka, przecież Rzymianina, syna Lucjusza – ale przecież dzięki greckiej sztuce Hipokratesa. A czyż egipska Izyda nie trzyma w dłoni słonecznego dysku?! Jakże niezwykle da się to wszystko – przy odrobinie wyobraźni – zebrać w jeden ludzki los? Tylko czy wolno? Czy aby w grach nadmiernie swobodnych, rozumowych skojarzeń, fantazja nie wywodzi człowieka na manowce nadmiernej poufałości z bogami? Czy ma to w ogóle jakiś sens?

Zgodnie z rodzinną tradycją, dostąpiłem niższych wtajemniczeń, do stopnia żołnierza, ale nie oddawałem się nadmiernie rytuałom, uważając, że boskich praw należy przestrzegać raczej w życiu, niż w ofiarach. Mój bóg jest dla mnie panem zobowiązań, co przekładam sobie na roztropną przyzwoitość, ale i na rozumność, wywodzoną z filozofii platoników i stoików. Ale Mitra to także Słońce i światło, co dotąd traktowałem jako figurę symboliczną, oznaczającą dążenie do doskonałości.

Nigdy nie miałem pomysłu na kapłaństwo, raczej na godne życie. Lecz oto stanąłem wobec wyzwania, któremu powinienem sprostać, chociażby dla bezpieczeństwa naszej dalszej wędrówki. Gdybym odmówił, wówczas – zgodnie z tym, o czym przekonałem się, że tak się tutaj rzeczy mają – wieść o tym szła by przede mną. Jeśli nawet uszedłbym stąd cały i zdrowy, to nie wiadomo, co by nas czekało w drodze przez góry. Godząc się spełnić prośbę starca, nie stawałem się oszustem, gdyż na pewien pokrętny sposób wolno mi było uczynić, o co prosił. Tyle że w duszy czułem, iż bez wewnętrznego przekonania, jedynie z wyrachowania, dokonam sporego nadużycia. Lecz, czyż złapany w pułapkę konieczności, miałem jakiś wybór?

Zgodnie z miejscowym obyczajem, a i nakazem obowiązującego mnie prawa, przygotowania do planowanej uroczystości trwały kilka dni, wypełnionych wielkim zamętem, ale i podniosłością wśród miejscowych. Ku memu zdumieniu, pojawili się w dolinie wysłannicy z sąsiednich, górskich osad, zwołani przez gospodarzy. Było oczywiste, że skutkiem tego wydarzenia będzie umocnienie ich pozycji w bliższej i dalszej okolicy, jako że staną się dysponentami i strażnikami ołtarza boskiej łaskawości i opieki. Wszyscy odnosili się do mnie z wielkim szacunkiem, karmili nas, dbali o wygody, także i o konie, na których wyznają się jak mało kto. Dolan, z właściwym sobie wścibstwem, kręcił się dokoła i szpiegował, znosząc wieści o tym, co się dzieje, zaś Agis raz po raz wzbudzał powszechny podziw swą siłą i pokazami władania różną bronią. Najbardziej zdumiewające było zachowanie Aszy, która wolne chwile spędzała z tutejszymi kobietami, wracając potem w wielce tajemniczym nastroju zamyślenia.

Warunkiem udanej ceremonii była, oczywiście, bezchmurna pogoda, gdyż szkło, bez jasnego słońca, nie spełniłoby swego zadania. Taki dzień wreszcie nastał i – jak się potem okazało – miał pozostać w mej pamięci na całe życie, a to dla przyczyny zgoła dla mnie nieoczekiwanej. Nic nie zapowiadało czegokolwiek, co nie było wcześniej ustalone.

Wczesnym rankiem, wyruszyłem w wielkim orszaku mężczyzn w stronę pobliskiej góry. Kobiety szły w dużym oddaleniu, a w pewnej chwili zatrzymały się, gdyż nie wolno im  zanadto zbliżać się do miejsca rytualnego uświęcenia. Po dłuższym kluczeniu między skałami, wyszliśmy na ogromną półkę skalną, i doszliśmy do dużej ni to groty, ni to pieczary, gdzie w głębi, za wejściem, ustawiony był płaski głaz, z uformowanym, sporym zagłębieniem na mający tu płonąć ogień. Tuż przed grotą ułożono pokaźnych rozmiarów stos drzewa, specjalnie wybranego zawczasu przez najdzielniejszych młodzieńców, z udziałem Dolana, którego – ze względu na mnie – dopuszczono do tego zaszczytu. Chłopak wiedział, jak się rzeczy mają, więc – choć bardzo przejęty w swej barbarzyńskiej duszy – czujnie dopilnował, by było ono odpowiednio suche.

Nie mam pojęcia, jak z ubrań, które mieliśmy ze sobą, udało się Aszy przygotować mi – w krótkim przecież czasie – tak ozdobną szatę, nadto z wymalowanym, dobrze widocznym znakiem Słońca, Rzeczywiście, wyglądałem w niej niczym dostojny kapłan. Bez wątpienia, pomogły jej w tym miejscowe kobiety, które tak często odwiedzała. Wiszące na mej piersi szkło fenickie czyniło niemałe wrażenie, jako zagadkowy amulet, znak wielkiej mocy i władzy. Tuż za mną, po obydwu bokach, szło dwóch mężczyzn, wyznaczonych przez starszyznę – i z moim namaszczeniem – na późniejszych opiekunów ołtarza. Wszystko odbywało się w milczeniu, pieśni miały zabrzmieć dopiero z chwilą rozpoczęcia obrzędu. Stopniowo udzielił mi się nastrój powagi, ale i pewnego uniesienia, które starałem się jednak powściągać, mając na względzie, by nie utracić panowania rozumu nad tym, co najważniejsze, czyli nad udanym zapaleniem ognia, i nadaniem temu właściwej i godnej oprawy.

W pewnym oddaleniu od wejścia do groty stanęliśmy w dużym kręgu, ja zaś, unosząc szkło ku słońcu, zamarłem, po czym po aramejsku, z dodaniem znanych mi słów perskich,  wygłosiłem śpiewnie wezwanie o łaskawe zesłanie ognia dla zebranego tu ludu. Było w tym wiele teatru, jaki znałem z rzymskich ceremonii świątynnych, resztę dopełniłem własną inwencją, by uczynić zadość oczekiwaniu widzów. Następnie podszedłem do stosu i, ustawiwszy się właściwie, nachyliłem nad nim, kierując fenicki promień na drzewo. Ku memu zadowoleniu, i niemałej uldze, zajęło się ono niemal natychmiast, a w kilka chwil mały płomyk strzelił w górę imponującym ogniem. Rozległy się okrzyki, rozbrzmiały bębny i piszczałki, zaintonowano chóralnie jakąś pieśń. Podano mi małą pochodnie, którą odpaliłem od stosu, po czym, pokłoniwszy się z wielką czcią przed słońcem, zaniosłem powoli do głazu  wespół z dwoma przyszłymi jego strażnikami. Tam nakazałem gestami, by i oni ją uchwycili, i tak, we trzech, zapaliliśmy ogień na odpowiednio przygotowanym kamiennym ołtarzu. Poczułem zapach jakichś domieszanych kadzideł, mężczyźni stanęli przy nim, ja zaś wycofałem się tyłem, a po wyjściu z groty wykrzyknąłem na cztery strony świata słowa podziękowania bogu za okazaną łaskę. Na koniec zwróciłem się do zebranych, i w łamanej mowie z wielu różnych słów, nakazałem, by pod groźbą boskiego gniewu, strzegli tego, co właśnie otrzymali.

Ta część ceremonii odbyła się niezwykle uroczyście, z należytą ilością gestów, pokłonów i zaklęć. Wszelako teraz czekało mnie jeszcze kapłańskie uczestniczenie w złożeniu rytualnej ofiary krwi, szczęściem tylko w roli obserwatora. Z tyłu doprowadzono kilka zwierząt, ja zaś jedynie podałem nóż do spełnienia tego niemiłego obrządku. Widywałem podobne w naszych świątyniach, także i w rzymskim mitreum, lecz – mimo iż rozumiałem ich znaczenie i sens – za  każdym razem napawały mnie one wielką niechęcią. Tu odbyło się to niezwykle gwałtownie, z dzikim wręcz zapamiętaniem, wyrażającym wielką radość z powrotu znaku boskiej opieki. Nie dziwiło mnie to, niemniej okazywana dzikość w zachowaniu ludzi, i ich szalonej muzyce, wzbudzała wręcz obrzydzenie.

Po krwawej jatce, wróciliśmy na dół do osady, gdzie zaczęło się wielkie świętowanie. Myliłem się sądząc, że w zbiorowym zamęcie, jaki począł narastać, uda mi się od tego wymówić. Czekała mnie bowiem niespodzianka, która okazała się prawdziwie wymyślnym figlem bogów, aż nadto chyba rozbawionych moim wyczynem. Czy była to ich zemsta, czy nagroda za tak bezczelną śmiałość? Tego nie wiem, i nie dowiem się już nigdy.

Poprowadzono mnie do owego starca, od którego wszystko się zaczęło, a który czekał  przed swym domostwem na rozłożonych dla niego skórach między miejscową starszyzną i przybyłymi z gór gośćmi. Gdy zasiadłem, poczęto roznosić jakiś napitek, co wzbudziło poruszenie wśród zebranych, gromadzących się dokoła domów. Zostałem i ja nim uraczony – jako pierwszy, gdyż najważniejszy tu dziś człowiek. Z wielkim ukontentowaniem patrzono jak piję, wielu uśmiechało się, i dawało sobie jakieś znaki. Wymienialiśmy wiele dobrych słów, pełnych szacunku, aż wreszcie starzec oznajmił mi na pół słowami, na pół gestami, że jego lud chce mi wynagrodzić wielką łaskę, jaka im uczyniłem. Zrozumiałem tylko tyle, że w dowód ich przyjaźni niebawem poznam pewne tajemne miejsce, niedaleko stąd, które jest dla nich – jak się wyraził – źródłem wody życia.

Zmęczenie powoli ustępowało uczuciu narastającej ekscytacji otoczeniem, ludźmi, także pięknem otaczających nas gór. W popołudniowym słońcu wszystko dokoła było w ruchu, poranna podniosłość zamieniała się w powszechną radość. Porzuciłem zgromadzenie przed domem starca, gdyż czułem się tam już zbędny, tym bardziej, że nie za bardzo mogłem uczestniczyć w ich rozmowie. Miejscowa starszyzna, korzystając z okazji, z ożywieniem rozprawiała z przybyłymi gośćmi o swych sąsiedzkich interesach i wzajemnych układach, całkowicie mi obcych i obojętnych..

Krążyłem wśród gwarnej zabawy, trochę bez celu, nie chcąc jednak – a nawet nie mogąc, z racji mej tu roli – wracać do namiotu. Dojrzałem Dolana, popisującego się przed młodzieżą, także Agisa, nieodmiennie wzbudzającego wielkie zainteresowanie – tym razem także i kobiet. Wyczuwałem gęstniejącą aurę zbiorowego podniecenia, z czego zrodziło się we mnie podejrzenie, że szykują tu jakieś miejscowe bachanalia. O dziwo, wcale mnie to nie zdziwiło, ani zgorszyło. U nas dawno ich zakazano, ale i tak odprawiano, tyle że nie publicznie, jawnie, i zbyt licznie.

W pewnej chwili pojawiła się obok mnie Asza, która – jak kobiecie przystało – podczas ceremonii trzymała się na uboczu głównych wydarzeń. Zwykle wobec mnie powściągliwa, teraz odrzuciła postawę dumnej wojowniczki, i uśmiechała się zwyczajnie, bardzo po kobiecemu.

– Wielkiej rzeczy dokonałeś – odezwała się, lekko pochylając głowę, ale patrząc mi w oczy, czego dotąd raczej unikała. – Nie byle kim jesteś, panie, tylko nie chcesz tego okazywać – zaskoczyła mnie, gdyż pierwszy raz pozwoliła sobie na tak otwarte wygłoszenie sądu na mój temat.

– Jestem tym, kim jestem, i nikim więcej. To wiem, i to mi wystarcza – nie wiedzieć czemu odparłem ostro i oschle, choć przecież wyraźnie mi pochlebiła.

– Nie złość się, proszę. Nie chciałam cię obrazić – powiedziała cicho, jakby kuląc się w sobie.

– Dajmy już temu spokój – widząc jak przygasła, uśmiechnąłem się ugodowo. – Jestem, po prostu, zmęczony, i tyle – westchnąłem, rozkładając ręce. – Wielki tu szum,  najchętniej bym stąd uciekł – rzekłem zrezygnowanym głosem, rozglądając się dokoła.

Staliśmy przez chwilę w milczeniu, obserwując, jak powszechna wokół wesołość staje się coraz bardziej hałaśliwa, chyba już nawet ponad miarę zwykłej zabawy. Dobrze  wiedziałem, co to oznacza. Jeszcze trochę, a zacznie się zbiorowe misterium swawoli i rozpasania. Szum w głowie wzmagał się, z trudem zbierałem myśli.

– Czy pozwolisz, panie, żebym ci coś pokazała?  – słowa Aszy zabrzmiały dziwnie łagodnie. – To niedaleko – dodał szybko, bojąc się, że mogę jakoś opacznie ją zrozumieć.

– Co takiego?

– Jedno ciekawe miejsce. Mówiły mi o nim kobiety. Powiedziały, gdzie jest, i jak tam iść  – ręką  wskazała zbocze góry, obok płynącego strumienia.

Zawahałem się, ale przeważyła chęć wyrwania się z otaczającego mnie gwaru, który wciąż narastał, i zapewne niebawem zamieni się w zbiorowe szaleństwo. Wszystko mi jedno, byle jak najdalej stąd!

– Niech ci będzie, prowadź – skinąłem głową, i po chwili ruszyłem za nią.

Doszliśmy na skraj doliny, a przy strumieniu poczęliśmy się wspinać ledwo widoczną, niezbyt stromą ścieżką wzdłuż jego biegu. Nie trwało długo, gdy dotarliśmy do skalnej ściany, u podnóża której ujrzałem prawdziwe dziwo. Wypływała z niej woda, lecz przed opadaniem w dół, pieniła się w sporym zagłębieniu małej polany, tworząc jakby basen wśród skał. Dokoła gęsto rosły drzewa, krzewy, trawa. Uroda tego miejsca była zaiste niezwykła, lecz to nie ona przykuła moją uwagę. Dokoła unosił się opar mgły, jakby pary wodnej, co oznaczało, że woda jest tu bardzo ciepła, albo wręcz gorąca. W powietrzu dał się czuć lekko słonawy zapach, gdzieniegdzie na kamieniach mieniły się różnokolorowe kryształki.

Dłuższą chwilę staliśmy bez ruchu, podając się urokowi miejsca, także naszym odczuciom. W pewnej chwili spojrzeliśmy na siebie, po czym naraz, bez słowa, jakby wiedzeni tym samym odruchem, zrzuciliśmy ubrania, i, podtrzymując wzajemnie, powoli ześlizgnęliśmy się do pienistej wody. Jej ciepło rozgrzało nas, nurt omywał ciała z brudu i zmęczenia, a one, zwolna, same z siebie, wiedzione odwiecznym prawem natury, poczęły wzajemnie się przyciągać. Zrazu ostrożnie poznawały się, potem splotły, na koniec wreszcie zespoliły – gwałtownie, i w niezwykłym zapamiętaniu.

Później wielokrotnie zastanawiałem się, co też spowodowało, że wydarzyło się to, co się wydarzyło. Czy niezwykłość otoczenia? Czy owa nieuchwytna bliskość, niepostrzeżenie narastająca między nami podczas długich tygodni wspólnej wędrówki? Czy ten dzień, pełen mocnych  wrażeń? Czy pragnienie zapomnienia o trudach podróży? Czy prosta potrzeba natury? Czy wreszcie ów zagadkowy napój, który mącił rozum, i podstępnie budził zmysły? Może  wszystko razem, zmieszane niczym w retorcie zielarza? A może jeszcze coś więcej? U mnie – chyba jeszcze przemiana, jaką w sobie już wcześniej dostrzegałem, a która na dobre uwolniła wreszcie nowego człowieka spod pozłoty, nawyków i osądów rzymskiego pana i bogacza? Ale co u Aszy?

Podczas minionych tygodni, wszędzie tam, gdzie znajdowałem choćby najlichsze łaźnie, korzystałem z nich nie tylko dla czystości ciała. Tamte ulotne przyjemności – atrakcje, jak je nazywał Melos – dawały krótkie chwile wytchnienia, i nic poza tym. Były niczym rytuał spłacania naturze należnej jej daniny. Od wyjazdu z Nisbis nie miałem okazji tego czynić, więc domagała się swego. Lecz takie tłumaczenie wydało mi się zbyt łatwe, by nie rzec – prostackie. Zresztą nie wyjaśniało daleko głębszych uczuć, jakie się we mnie objawiły w tym, co zaszło.

A przecież wydarzyła się rzecz niesłychana, która jeszcze niedawno zdała by się być niepodobieństwem. Oto ja, Tycjan, po trosze uczony, po trosze cesarski szpieg, a w całości wyniosły, rzymski patrycjusz, ku swemu zdumieniu, ale i radosnemu ożywieniu serca, ujrzałem i uznałem w barbarzyńskiej wojowniczce, na czas jakiś niewolnicy, kobietę mi bliską i drogą. Chłodny, szukający stoickiej równowagi umysłu i życia, człowiek z najwyższych sfer, uległ czemuś, co dotąd miał za słabość, której należy się wystrzegać.

Inna sprawa, że nie doszłoby do tego, gdyby nie Asza i jej przemyślność. Wszak to  ona okazała się sprawczynią tej sytuacji. Gdy wracaliśmy doliną, zapytałem przekornie, skąd wziął się pomysł zwabienia mnie do owego strumienia, wyznała, że to za sprawą kobiet z osady.

– One szybko podpatrzyły, że jesteś dla mnie ważny. Nie potrzebowały słów.

– Musiałaś się z tym jakoś wydać.

– To się wie, widzi. Powiedziały jeszcze, że ja dla ciebie też jestem ważna. Tylko że się przed tym bronisz.

– Może to i racja?  Chyba tak jest.

– Ja to czułam, wtedy, po naszej wyprawie na pole bitwy. Ale jak miałam sprawdzić?

– Sama mówisz, że to się wie..

– Nie zawsze, nie z każdym. Jesteśmy z innych światów. Zresztą, wy macie kobiety za nic, chociaż one i tak robią z wami, co chcą. Stąd twój strach.

– Nie wziął się znikąd.

– To z oszustwa. U was nie ma uczciwości miedzy mężczyzną i kobietą.

– Skąd to możesz wiedzieć?

– W niewoli nie traci się wzroku, ani słuchu. Widziałam, i słyszałam.

– I tak to sobie przetłumaczyłaś?

– Wy uważacie się za lepszych. A nas macie za dzikich. Nie wiedziałam, co robić.

– Chcesz powiedzieć, że gdyby nie przypadek z przyjazdem do tej osady, nic by się nie stało?

– Nie wiem. Ale stało się. Tak zdecydowali moi bogowie. Twoi chyba też.

– Nie mieszajmy ich do tego. Oni chyba nawet się ze sobą nie znają – rozbawiła mnie myśl o takiej boskiej komitywie. – Zresztą co im do tego.

– Nie masz racji – sprzeciwiła się z wielkim przekonaniem.

– Przecież nie oni pokazali ci drogę do strumienia. I nie oni kazali mi iść za tobą.

– Ale wysłali do kogo było trzeba. A kobiety już pokazały, jak iść. Radziły, żebym spróbowała. Powiedziały, że będzie dobrze, bo haoma czyni cuda.

– Haoma?

– To ten ich napój.

– A jednak! – aż mnie wbiło w ziemię. – Czułem, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Myślałem, że to ze zmęczenia, po całym dniu pilnowania, żeby czegoś nie zepsuć.

– Uszykowali napój, bo to dla nich wielkie święto. Tylko wtedy im wolno. Ale sam widzisz, że jest dla wszystkich – wskazała na ognie w oddali.

– Zaraz, zaraz! Ale oni wiedzą, czym to się kończy. Sama popatrz!. Słyszysz? – aż tu  dolatywały okrzyki powszechnej zabawy. – Dlatego tak mi się przyglądali, kiedy piłem to w domu starca. Oczywiście, wiedzieli! Miałem poznać wodę życia! Wszystko było ukartowane! Też wiedziałaś! – rzekłem z wyrzutem, czując się oszukany.

Przepełniające mnie radosne uniesienie, teraz zmąciła wątpliwość, czy aby nie zostałem wykorzystany przez tę dziwną kobietę, której właśnie gotów byłem zawierzyć  siebie i swoje uczucia. Tylko, po co? Bo przecież nie o samo tylko zaspokojenie ciała tu szło. Tego byłem pewny.

– Poszedłeś ze mną, bo sam chciałeś. Mogłeś nie iść – nie było w tym wyrzutu, złości, kobiecej fanaberii, czy zalotności. Po prostu, stwierdzenie faktu.

– Prawda. Choć bez takich zamiarów. Chciałem uciec od tego gwaru.

– Żałujesz? – nie spytała, czy jestem zły, czy o coś ją obwiniam, czy zechcę ją ukarać. Zresztą, jak miałbym ją karać? I za co?

– Ależ nie! Ani trochę. Ale po tym, co powiedziałaś, nie mogę zebrać myśli.

– Zbierzesz. Jesteś mądry – ostrożnie położyła mi rękę na ramieniu. – Nie tylko tak, jak ci się wydaje, że jesteś  – dodała cicho, ale stanowczo. Zabrzmiało to pokrętnie, jakby bez sensu. Jeśli był jakiś, to nie na mój rozum. Skąd u niej takie słowa? Co ona może o mnie wiedzieć?

Naraz przypomniał mi się młody Lucjusz z Antiochii. W ogóle mnie nie znał, a przecież w swoim rysunku pokazał, że przejrzał mnie, zajrzał w duszę. No, ale to da się wytłumaczyć –  ma dar artysty. Dzięki niemu zobaczył, co skrywam nie tylko przed światem, ale i sam przez sobą. Wiem, czym jest pragnienie uczuć, ale staram się do tego nie przyznawać. Niejasne porywy duszy mam za słabość, jaka nie przystoi mężczyźnie. A teraz Asza – ona też już wie. Czy także ma dar? Skąd? Jest prostą kobietą, z barbarzyńców. Skoro więc ona go ma – to czy każdy może mieć? Na pewno ma dar Maros, to przecież kapłan, lekarz, przenikliwy grecki mędrzec. Ale scytyjska wojowniczka?

Pytanie goniło pytanie, tyle że nie znajdowałem odpowiedzi, które by je ze sobą pogodziły. Nie składały się w jedną całość, bo co i raz wychodziły sprzeczności albo paradoksy. Grecka logika naprzeciw zagadkowej, scytyjskiej kobiety – i nic się nie zgadza.

Podobnych rozmów było potem wiele, zrazu ostrożnych, potem coraz bardziej otwartych, serdecznych, wesołych. Także sprzeczek, bo jak świat światem, nie może być tak, żeby ich nie było. Najpierw jednak oswajaliśmy się z tym, co się wydarzyło, z myślą, że nie tylko jedziemy, ale i jesteśmy razem. Obydwoje chcieliśmy tego, więc nie było co udawać, ani na co czekać. Doskonale poznaliśmy wzajemnie w drodze i siebie, i swoje nawyki, i  słabości, przywykliśmy do wspólnej codzienności i obecności, tym trudniejszej, że bez chwili odosobnienia.

Zaraz po zejściu z góry, sprawy dopełniły się najprościej, jak było możliwe. Gdy wróciliśmy do namiotów, Asza po prostu przeniosła swoje rzeczy do mojego, a rzeczy Agisa do tego, który zajmowała z bratem. Żaden z nich jeszcze nie wrócił z osady, więc obyło się bez zbędnych wyjaśnień. Zapadł wieczór, z oddali dobiegały odgłosy zabaw, ogniska rozświetlały dolinę. Skrzesałem i ja dla nas ogień na noc, zasiedliśmy przy nim milcząc, gdyż żadne z nas nie czuło potrzeby słów. Potem poszliśmy spać – i stało się tak, że szybko zapomniałem o zawiłościach logiki.

W cieple naszych ciał ulotnił się niepokój, przyszło uspokojenie. Ale na koniec, w miłym półśnie, naraz odezwała się we mnie tycjanowska natura.

 – Co to za trucizna? Ta haoma? – mruknąłem z zaciekawienia, zadowolony z tego, jakie dała skutki.

– Żadna trucizna. Robią go z jednej górskiej rośliny.

– W Rzymie zbiliby na niej majątek!

27. Idylla – nie bez wątpliwości

Następnego dnia poczęliśmy zbierać się do wyjazdu z gościnnej doliny. Dolan i Agis przyjęli nową sytuację w naszej grupie naturalnie, i bez zbędnych pytań. Zresztą, oni także chyba ulegli wczoraj sile owego napoju, gdyż wyraźnie zdawali się być nieco zakłopotani. Zwłaszcza chłopak, zwykle gadatliwy, teraz odpowiadał półsłówkami i uciekał wzrokiem w bok. Spoglądał co chwila na siostrę, jakby szukając w niej oparcia i zrozumienia, ona zaś tylko wesoło kręciła głową, aż w końcu obydwoje wybuchnęli śmiechem. Podeszła do niego, w odruchu, po kobiecemu opiekuńczym, zmierzwiła mu włosy i coś szepnęła do ucha.

– Dobrze się stało. Była już pora – oznajmiła z satysfakcją w głosie. Powiedziała to zwyczajnie, bez dodatkowych aluzji, bez komentarzy, uznając rzecz całą za najnormalniejszą w świecie. Przywykłem już, że oni biorą rzeczy takimi, jakie są, bez zbytniego krygowania się, roztkliwiania, ale i bez złośliwości. To niekiedy kłopotliwe, lecz pozwala unikać niedomówień, które w wielu sprawach, czy to dużych, czy drobnych, nawet drażliwych i bolesnych, potrafią – zwłaszcza gdy zbierze się ich nadmiar – czynić wspólne życie nieznośne, nieraz ponad wszelkie wyobrażenie. Jest to ten rodzaj uczciwej szczerości, która oczyszcza stosunki miedzy ludźmi, a nie zagęszcza. Dlatego Dolan, choć nieco się zmieszał, wzruszył dla pozoru ramionami, ale z zadowoleniem przyjął jej słowa, uważając, że jest już zwolniony z dalszych wyjaśnień. Wiedziałem, że gdy przetrawi to doświadczenie, swoim zwyczajem rozgada się i wszystko opowie.

Agis też robił dziwne miny, i cały ranek znacząco uśmiechał się pod nosem. Trudno sobie wyobrazić, żeby poprzedniego wieczora i on nie uległ bachicznemu nastrojowi w osadzie, zważywszy, jak pożądliwie uwijały się wokół niego miejscowe kobiety. Z kolei Asza i ja zachowywaliśmy powściągliwość, lecz przecież nie udawaliśmy, że nic się nie stało. Wszyscy czuliśmy się trochę jak wspólnicy jednej intrygi, która przyniosła pełny sukces. Może i nie świętowaliśmy go z nadmierną ostentacją, każde z nas przeżywało go na swój sposób, lecz wyjeżdżaliśmy stąd w doskonałych humorach.

W południe poszedłem do osady, żeby rozmówić się z gospodarzami, zwłaszcza ze starcem, osobą tu najważniejszą. Pokłonili mi się głęboko, ja zaś, znów mieszaną mową i gestami, podziękowałem za gościnę, wyrażając przekonanie, że to, co się wydarzyło, stało się z woli bogów, którzy okazali nam wszystkim swą łaskawość. Poproszono mnie, bym zechciał wrócić tu jeszcze raz po południu wraz z całą drużyną, gdyż mieszkańcy chcieliby godnie się z nami pożegnać.

Odbyło się to z wielkimi dla nas honorami. Ku memu zaskoczeniu, wręczono nam wspaniałe dary, z zachowaniem należytej powagi. Ubrany, jak należy, z fenickim amuletem na widoku, odbierałem je, okazując duże ukontentowanie. Z naszych zaś zapasów po raz kolejny ubył jeden sztylet, któremu nadałem znaczenie rytualne, oraz dwa woreczki soli, które Asza ze znaczącym uśmiechem wręczyła grupce kobiet, stojących za kręgiem siedzących  mężczyzn. Wyposażono nas w piękne i mocne, skórzane pasy, ciepłe kurtki, czapy i buty z miękkiej ale grubej skóry, niezastąpione w wędrówce przez zimne o tej porze góry. Nadto, przy aplauzie zebranych, Asza i ja dostaliśmy wspólnie osobliwy, duży, składany wór do spania, wyłożony w środku krótkim futrem, doskonały na chłodne noce.

– Mężczyzna i kobieta, gdy razem poznali wodę życia, nie powinni spać osobno – tak zrozumiałem to, co sentencjonalnie oznajmił po swojemu starzec, gdy go odbierałem. Najwyraźniej, od samego początku naszego tu pobytu, za oczywistość uznano, iż jesteśmy sobie przeznaczeni. Takie oto są skutki babskich spisków. Nieważne, czy Rzym, czy dzikie góry na końcu świata, wszędzie kobiety myślą tylko o jednym. Niebywałe, jak są w tym wytrwałe i skuteczne. Asza, może i jest scytyjską wojowniczką, ale, zgodnie ze swą naturą,  umie walczyć nie tylko z łukiem w rękach.

Nazajutrz, tuż po świcie, szybko uwinęliśmy się z namiotami i dobytkiem, po czym szybko opuściliśmy dolinę, odprowadzani okrzykami górali. Tym razem nie jechaliśmy sami. Towarzyszył nam wojownik z niedalekiego sąsiedztwa, wcześniej przybyły tu na ceremonię przywrócenia świętego ognia. Przez wiele następnych dni jechaliśmy jakby sztafetą, od osady, do osady, przekazywani kolejnym gospodarzom i podobnym przewodnikom. Miano mnie wszędzie za ważnego kapłana, a ja utwierdzałem ich w tym przekonaniu, kilkakrotnie rozpalając ogniska tajemniczym dla nich amuletem. Dzięki tej ciągłej asyście, jechaliśmy ścieżkami, znanymi tylko miejscowym, przez co w kilkanaście dni przebyliśmy niespodziewanie duży szmat drogi. Lecz ta wygoda w końcu się skończyła – gdy wyjechaliśmy poza ziemię gościnnego ludu, zostaliśmy sami, ale, wcześniej przez nich pouczeni, wiedzieliśmy którędy najlepiej kierować się ku morzu.

W mijanych miasteczkach, gdzie zatrzymywaliśmy się na krótkie postoje, przeważali Persowie i Medowie, niemniej widać już było coraz więcej ludzi innej krwi. Rozeznać się w tym nie sposób, gdyż w istocie żyje tu wiele plemion, nadto podzielonych na osobne rody i rodziny. Są wzajemnie pomieszane, i rozmaicie się ze sobą układają. Coraz bardziej przekonywałem się, że nazwy, nadawane im przez Strabona, czy innych historyków, to tylko umowność, gdyż wszystko tu jest w ciągłym ruchu i zmienności. Samych tylko Medów naliczyłem kilka odmian. Jedni koczują, inni osadzają się i zakładają swoje wsie i miasta, ale jednej władzy, ani wspólnej, wielkiej siły nie trzymają.

 Niegdyś mieli krótko własne państwo, potem pokonali ich Persowie, po nich przyszli Grecy, Armenowie, teraz są Partowie. Ale było to, i jest, panowanie tylko z nazwy, gdyż, choć raz do roku płacą daniny temu, kto akurat jest górą, życie od wieków toczą wedle własnych zasad. Ogromnych przestrzeni, trudno z zewnątrz dostępnych, nie upilnuje żadne obce wojsko, ani nie ogarną żadne nasłane urzędy. Tutejsze bogactwo to ziemia, wraz z tym, co rodzi, i czym karmi, a wywieźć tego przecież się nie da.

Budują też po swojemu, choć widać, że obcy odcisnęli niejakie piętno na kształcie i wystroju co bardziej okazałych domostw i świątyń, a nawet na wielkości obronnych murów. Ale nie ma tego wiele, gdyż wielcy królowie, złodziejscy zarządcy, czy pyszni namiestnicy nie wznoszą przecież wspaniałych pałaców i rezydencji w dalekich, górskich dolinach, na uboczu głównych szlaków wojsk i handlu. Zresztą cóż by tu robili, czym zajmowały by się stada ich próżniaczych dworaków i kochanek? Wystarczy, że od czasu do czasu przyjedzie trochę wojska, nagrabi, spali kilka domów, zgwałci kilka kobiet, zabije kilku ludzi, po czym wróci, skąd przybyło. Potem życie wraca w swoje koleiny.

Ludy te, zajęte sobą, pozostają ciemne – jak wszędzie, mało kto wie tu coś ponadto, co potrzebne do obrabiania siebie i własnego dobytku. Umiejętności nielicznych, a cenionych rzemieślników od skór, broni, kamienia i drewna, pozostają w rodzinach, i przechodzą z ojca na syna. Większą wiedzę gromadzą kapłani i czarownicy, tyle że zazdrośnie jej strzegą, uważnie dobierając sobie adeptów do szkolenia. Mają dużą władzę, a kto chce tu rządzić, musi się z nimi liczyć, jako że pilnują przestrzegania praw bogów, zapewniając karność pospólstwa, i porządek w powszechnym obyczaju. Ludziom to wystarcza, niczego więcej im nie trzeba, co wytłumaczyć się da brakiem wyższego ducha, i stępieniem umysłów, skupionych jedynie na praktyczności życia.

Mowa ich to rozmaite mieszanki słów wielu języków, a im dalej na wschód, tym mniej w nich aramejskich, a najwięcej perskich i greckich, poodmienianych na własną modłę. Naszego nie znają w ogóle, zresztą Rzym to dla nich to samo, co oni dla nas, a nawet mniej, gdyż opowieści o nim nie budzą zbytniej ciekawości, czy ekscytacji. Tutejsi wojownicy idą czasem na wielkie wojny, tyle że na cudzym żołdzie, licząc tylko na łupy, nie ważne, z kogo zdjęte. Nijak ich nie obchodzi, czy jest jaki wyższy zamysł, lub cel tych wypraw. Dobrze pamiętają, jak Persów wygonił stąd Aleksander, czas pozacierał wspomnienia dawnej świetności, i ponakładał jedne na drugie z panowania co i raz zamieniających się władców z dalekich stolic.

Jadąc czas jakiś wzdłuż długiej doliny, napotkaliśmy kilka osad osobnego plemienia, które samo zwało się Sagartami, a o którym czytałem u Herodota. Prawdę pisał o ich umiejętności posługiwania się długimi biczami, którymi z dużej odległości łapali konie i ludzi. Bardzo to przydatne w walce, i równie niebezpieczne, jak zwykła broń. Asza nawet chciała spróbować tej sztuki, ale potraktowali ją bardzo niegrzecznie, gdyż poznali w niej kobietę ze Scytów, z którymi niezbyt się lubią. Gdyby nie stanowcza nasza postawa, a zwłaszcza siła Agisa, mogłoby się ta przygoda źle dla nas skończyć. Uszliśmy cało, lecz zaniechaliśmy na dobre wchodzenia z nimi po drodze w jakiekolwiek dalsze znajomości.

Przez to doświadczenie nabraliśmy większej czujności, gdyż z gościnnością nie było tu najlepiej. O ile mnie i Agisa z osobna traktowano znośnie, bez jawnej wrogości, o tyle inaczej miały się sprawy z rodzeństwem. Scytowie od dawien dawna uchodzą tu – chyba nie bez powodu – za krwiożerczych wojowników, rozbójników, a z legend jawią się jako wszelkie ludzkie zło, budzące strach i przerażenie. Niegdyś sojusznicy Medów, potem zostali przez nich przepędzeni za góry, na ziemie nad morzem hyrkańskim, daleko na północ. Było, minęło. Obydwa ludy nigdy się nie wymieszały, dzisiaj jedynie z rzadka handlują, a i to z wielką rezerwą i ostrożnością.

Plemion scytyjskich jest wielka różnorodność, tyle że teraz żyją daleko stąd, i nikt tu nie bawi się w rozróżnienia, które z nich lepsze, a które gorsze. Historycy ponazywali je po swojemu, ale nie oddaje to prawdziwego obrazu podziałów w tych krainach. Jest chyba jakaś inna jeszcze, niewidzialna granica miedzy obydwoma tymi światami. Po zastanowieniu doszedłem do przekonania, że Scytowie mają w sobie więcej z Grecji, Medowie zaś – z Persji. Utwierdziło mnie w tym porównywanie odmienności mowy, co mi się nieźle udawało, jako że dobrze znam grecką, trochę perską, a także i tę, jakiej wyuczyłem się od Aszy i Dolana. Byłem bardzo ciekawy, czy moje przypuszczenia sprawdzą się, gdy przejdziemy na wschodnią stronę gór.

Cóż, tak jak w przeszłości obydwie dawne potęgi walczyły ze sobą na śmierć i życie, tak i dziś stara wrogość trwa w pamięci i tradycji zwykłych ludzi. Jeśli nawet nieco wygasła, to i tak pozostaje w zaznaczaniu wzajemnej obcości. Macedończyk w tradycji przechował się jako okrutny zdobywca, niszczyciel miast, i wszystkiego co perskie, nie przepuścił nawet świątyniom. Od tamtej pory wiele się tu pozmieniało, lecz takich rzeczy się nie zapomina, nawet po wiekach. Pozostałości po Grekach są wyraźne, zwłaszcza że dzisiejsi partyjscy panowie wystawiają się jako ich wielbiciele, ale lud ma je za obce. Ciekawe, co by na to powiedział Maros? Jego sądy nie ze wszystkim są chyba prawdziwe. Lecz jak to jest, że w jednym się potwierdzają, ale w tym akurat okazują się być chybione?

Uważam, że w trwałości rozdzielenia ludów musi być jakaś zasada, którą trudno pojąć nawet wytrawnemu uczonemu. Bo czyż nie jest tak samo i gdzie indziej? Czyż nie czujemy niechęci do Germanów, a wielkiej odmienności z Arabami czy Żydami? Nie idzie nawet o wojny. Podbiliśmy Grecję, niemniej ludy greckie są nam jakoś bliższe, niż tamte, podobnie jak Fenicjanie czy Kreteńczycy. Oni, zdaje się, czują podobnie. A może jest tak, że narody łączą się wedle innych zgoła reguł wzajemnego przyciągania, niż by to wynikało z wojennych przewag lub porażek, polityki, i zagarniania ziem? Nie przychodziło mi do głowy żadne sensowne tego wyjaśnienie, lecz do dziś jestem pewny że musi być w tym coś więcej, niż sama tylko geografia, historia czy nawet złoto, które przecież dzieli, albo wiąże ludzi po swojemu.

Te, i podobne obserwacje, oraz przemyślenia nie zwalniały jednak od zadbania o najbliższą przyszłość. Zdani jedynie na siebie, musieliśmy przecież jakoś wybrać drogę ku morzu. Jedyne, co udało się wywiedzieć, to sposoby dotarcia do kilku pomniejszych rzek, spływających między górami do morza. Potem wystarczyło tylko jechać wzdłuż jednej z nich, by w kilka dni zejść na nadmorską równinę, skąd można szybko i bez większych przeszkód przedostać się dalej na wschód.

W rozmowie z jednym z nielicznych, bardziej nam tu życzliwych ludzi –  drobnym handlarzem, wszelako szerzej znającym okoliczny świat – dowiedziałem się, że można też iść w stronę Sogdy nie schodząc do morza, lecz dalej wyżyną, wśród gór. Odradzał jednak taki wybór twierdząc, że droga to mniej pewna, gdyż trudniejsza, i chyba dłuższa. Wiedziałem tylko tyle, że wszędzie tam jest kraina, zwana niegdyś Hyrkanią, ale niejasność znanych mi o niej zapisów nie pozwalała wyrobić sobie zdania, co też może nas tam czekać. Zresztą, zaprzątała mnie troska nie tylko o czas, czy łatwość drogi. Nadchodziła bowiem chwila, gdy musiała zapaść decyzja o losie Aszy i Dolana – o ich dalszej ze mną wędrówce, lub naszym rozstaniu. Lecz kiedy by to miało nastąpić? I gdzie?

Mimo opowieści, jakich mi nie skąpili w drodze po wyjeździe z Antiochii, nie byłem w stanie dokładniej się rozeznać, po której stronie morza koczuje ich lud. Rozumiałem tylko tyle, że osada, z której ich porwano, znajdowała się daleko od reszty plemienia, które po większej części wędrowało – z tego, co mówili – chyba na północ. To też niewiele wyjaśniało. Były dwie możliwości. Albo po przejściu gór od razu ruszą ku swoim, albo  rozejdziemy się później, dalej na wschodzie. Zdany byłem w tym na ich orientację podług im tylko wiadomych znaków, po których poznać mieli swoją krainę. Nieuczeni, nie znający geografii, kierować się potrafili taką jedynie znajomością świata..

Już dawno zostawiliśmy za sobą szlak, jakim ich prowadzono do Syrii. Musiał pokrywać się z trasą wojsk Antoniusza, wiodącą dokoła innego jeziora niż Spauta. Szliśmy zatem już nie według ich pamięci – prawda, również do morza, lecz pomiędzy innymi górami. Liczyłem i na własne wyczucie, tyle że niepewne, gdyż w znanych mi zapisach nie było zbyt wiele praktycznych wskazówek co do szczegółów tutejszych miejsc. Więcej w nich barwnych opisów, niż wiadomości, użytecznych w tak dalekiej podróży. Niezbyt dokładnie oznaczono  ogromne odległości, a ponieważ wszystko tu strasznie jest pomieszane, więc i nazwy, jakie spisano, mało były pomocne. Zresztą, te w książkach, inaczej brzmią w tutejszej mowie, i różnych jej odmianach. Bardziej więc przydawała się pomoc, okazywana przez co życzliwszych nam ludzi – przynajmniej w tym, co naprowadzało na właściwy kierunek poza góry, ku nadmorskiej równinie.

Lecz nie tylko zawiłości geograficzne napawały mnie wewnętrznym niepokojem. Te zawsze przecież dają się rozwikłać, pomyłki poprawiać, ścieżki prostować. Nic się przez nie ani zamyka, ani kończy. Gorzej, jeśli skutki wyborów w czymś są nieodwracalne. A tak jawiła mi się rzecz z przyszłym postanowieniem Aszy. Każde rozwiązanie tego dylematu kryło w sobie wielką niewiadomą na przyszłość. Rozstanie byłoby bolesne, zaś pójście razem – nieobliczalne w skutkach, zważywszy, iż po zakończeniu podróży nie pozostawało by mi chyba nic innego, jak zabrać ją ze sobą do Rzymu. Jednego nie chciałem, do drugiego nie byłem przekonany. I nie tylko o uczucia tu szło.

Przez kilka miesięcy wspólnego wędrowania przeszliśmy od niechęci, wzajemnej nieufności i ostrożności, do życzliwego wspierania się w codziennych trudach, potem do otwartości w rozmowach, wreszcie do serdecznej bliskości, tak niezwykle zwieńczonej tamtego pamiętnego dnia w górskim strumieniu. Niepostrzeżenie, lecz całkiem naturalnie, coraz uważniej przyglądaliśmy się sobie, spojrzenia się spotykały, uśmiechy stawały się cieplejsze, a gesty coraz bardziej znaczące. Nauka scytyjskiej mowy, też robiła swoje, gdyż dawała sposobność do swobodnego opowiadania sobie o rzeczach zwyczajnych, a przy tym  poznawania się w drobiazgach, sporach, wymianie opinii – w każdym razie nie z tego, jak kto  stara się przedstawiać, lecz jaki jest.

Była jeszcze wycieczka na pole pod Karrami kiedy to –  za sprawą kobiecego zrozumienia moich odczuć – zawiązała się miedzy nami cieniutka nitka przyjaźni. Zrodziła się wtedy więź, z czasem coraz silniejsza  –  choć, prawdę mówiąc, nie dopuszczałem do siebie myśli, że może być ważna. Nie przydawałem jej bowiem znaczenia większego, ponad wdzięczne przywiązanie do kobiety, z którą dzieliłem trudy wędrówki. Jak na nasze zwyczaje, to i tak więcej, niż wcześniej gotów byłbym dopuścić w swoim rzymskim rozumieniu prywatności z barbarzyńską wojowniczką.

Rozmawialiśmy szczerze, ale nie padały żadne wyznania o wzajemnej bliskości. Wychowany w tradycji i rygorze słowa, ostrożny w mowie, uważam, że dopóki rzecz między ludźmi nie zostaje nazwana, dopóty pozostaje tylko domysłem, lub ledwie możliwością jakiegoś miedzy nimi stosunku. Gdy coś zostaje powiedziane, nie ma odwrotu, chyba że kłopotliwym wykrętem, wyraźnym odwołaniem, lub zaprzeczeniem. W życiu prywatnym nie lubię niedomówień, choć umiem dobrze się nimi posługiwać w interesownych grach na przebiegłość i przewagi. Wtedy słowa służą bardziej do ukrywania intencji i prawdy, a nie ich wyjaśniania czy głoszenia. Znając się na tej sztuce, stosuję ją jednak tylko w konieczności, nigdy dla pustego popisu. Gdy nie mogę sobie pozwolić na szczerość, wolę milczeć.

Stąd brała się moja powściągliwość wobec kobiet. Nie umiałem być zalotny w szczebiotliwych pogawędkach, czego się domagają, zaś otwartości oduczyły mnie bezwzględnością swej sztuki wabienia dla uzyskiwania rozmaitych korzyści fałszywą bliskością. Zaspokojenie natury to rzecz normalna, lecz otwieranie przy tym duszy i umysłu jest wysoce nieroztropne, i zwykle nader niefortunne. A już za nieznośne uważam marnotrawienie czasu na czcze z nimi rozmowy, zwłaszcza salonowe, gdzie trzeba je podziwiać, gdy udają, że się na czym znają. Ta pusta ozdobność do dziś mnie nudzi, przedkładam nad nią użyteczność wzajemnych stosunków – czy to chwilowych, czy wynikających z powinności życiowych i rodzinnych. Pierwszych nie unikam, na drugie nie mam ochoty, zwłaszcza że ciągnie mnie w świat, i do dalekich podróży.

Jestem raczej niespokojnym duchem, nie osiadłym człowiekiem stadnym, wolę ruch i zmiany, niż moszczenie gniazda. Czy zdecyduję się kiedyś na założenie rodziny? Nie wiem. Jestem w tym względzie odmieńcem, nie kwapię się bowiem do prowadzenia życia publicznego, a już tym bardziej do wybierania sobie kobiety wyłącznie dla rodzinnego obowiązku. To samo, co wygnało mnie w świat, jednocześnie zniechęcało do godzenia się na stałe obcowanie z kimś, z kim łączyłyby mnie więzy jedynie koniecznej powinności.

Tycjanowska tradycja nakazuje, by rozumna żona była gospodynią w domu, doglądała opieki nad dziećmi, i zarządzała służbą. Lojalna i uczciwa, dobrze, jeśli nie gadatliwa, nie powinna przysparzać zgryzot rozrzutnością, ni obmową. W odróżnieniu od tego, co się dziś pleni w Rzymie, w naszej rodzinie panują surowe obyczaje. Kobietom okazuje się należne im względy, ale też i wiele od nich wymaga. Trzyma z dala od spraw publicznych i interesów, zezwalając jednak, by miały swój krąg towarzyski, dyskretnie co jakiś czas  sprawdzany. Tycjanowie od dawien dawna uczestniczą w wielkiej polityce, muszą więc uważać, by nic z tego, co się dzieje się w sekrecie pod ich dachem, nie wychodziło poza ściany ich domów.

Nasza rodzina, rozległa i nad wyraz wpływowa, jest czymś w rodzaju wspólnoty interesów, a to nakłada na wszystkich jej członków określone zasady w życiu i zachowaniu. Kto ich nie przestrzega, zostaje odsunięty – tyle że po cichu, bez publicznych skandali, acz z właściwą surowością. W tym nie ma pobłażania. Słowo głowy rodu jest prawem, zaś jego żona czuwa, by było respektowane. Ogarnia też swym okiem sprawy praktyczne, łagodzi niektóre spory, jest ważnym arbitrem przy dobieraniu małżeństw. Jeśli wypełnia swoje obowiązki, ma u męża poważanie i wsparcie, niekiedy nawet serdeczną przyjaźń. Tak było w przeszłości, tak jest i teraz. Dlatego też cieszymy się od dawna szacunkiem i zaufaniem, należnym ludziom obyczajnym, zaufanym i wiarygodnym.

W całej historii rodziny Tycjanów kobiety pozostawały w cieniu swych mężów i synów. Tylko jedna zaznaczyła się szczególną niezwykłością, dzięki której zachowała się pamięć jej imienia. Była to owa żona Lucjuszowego syna, przybyła do Rzymu wraz z wykupionym z niewoli żołnierzem Krassusa, i ich małym synkiem. W połowie Greczynka, w połowie Partyjka, o wielkim sercu, rzadkiej odwadze i oddaniu, wiedziała, że czeka ją niepewny los w obcym świecie, niepewność przyszłej pozycji, nawet odrzucenie z mocy prawa. Przyjęta z oporami, z woli głowy rodziny zyskała uznanie i szacunek, a to dzięki stanowczości charakteru, i umiejętności zjednywania sobie ludzi. Dotąd nie zdarzało się u nas, by kobieta, z racji własnych przymiotów, wybiła się na taką wyrazistość i niezależność w rodzinie.

Nie bez znaczenia było i to, że nieźle wyedukowana, jako córka medyka miała sporą wiedzę lekarską. Użyczała jej uczynnie i skutecznie, czym zaskarbiła sobie wdzięczność nawet tych, którzy zrazu krzywo na nią patrzyli, lecz w potrzebie szukali jednak u niej pomocy. Otaczała swe dzieci – zwłaszcza mego dziadka i Maesa – niezwykłą opiekuńczością, okazując im więcej ciepła i serdeczności, niż to wynikało z rodzicielskiej tradycji, zgodnie z którą dzieci niezbyt rozpieszczano, uważając, że nadmierna uczuciowość psuje charakter.

Staranność w przestrzeganiu rodzinnego ładu nakazuje u nas dużą surowość w wychowaniu, zwłaszcza chłopców. Więcej w nim dyscypliny życia i umysłu, niż wylewności uczuć. Zalecana jest powściągliwość w ich okazywaniu, także baczenie, by nie dać się zanadto nimi powodować. Co dobre jeszcze u córek, u synów uchodzi za naganne. Wyrabiano więc w nich opanowanie i wytrwałość, by w przyszłości nie poddawali się przeciwnościom, nie ulegali słabościom. Także dbano o cnoty moralne – lecz z tym różnie bywa. Jedni mają do nich większą skłonność, inni lekce je sobie ważą już od małości.

Różnie można o tym sądzić. Komu później łatwiej w życiu – trudno orzec, zwłaszcza patrząc, jak układają się losy i jednych, i drugich. Niestety, sprawiedliwość bowiem nie wymierza się tylko podług przymiotów, nawet zasług. Temida może i ma przewiązane oczy, ale – co tu kryć – ukradkiem podgląda spod swojej opaski co też leży na szalach jej wagi. Wystarczy mały ruch dłonią, a przechyla ją w tę stronę, po której więcej złota, zaszczytów, i zwykłej siły. Wszem znana jest ta jej skłonność, wszyscy do niej już przywykli – wręcz dziwią się, gdy bogini zdarzy się zapomnieć, i orzec coś wedle prawidłowej miary. Czyż to nie Krassus głosił, że sądy są dla głupich i biednych, a sprawiedliwość dla bogatych i sprawujących władzę? Zwykła przyzwoitość nielicznych uchodzi dzisiaj za heroizm.

W życiu unikałem czułostkowości, mając ją za oznakę zniewieścienia. Nie przystoi  mężczyźnie, gdyż czyni go śmiesznym, a niekiedy wręcz żałosnym. Pomny własnych doświadczeń, wiem, jakie to upokarzające. Dlatego zrodzone odczucia wobec Aszy bardzo mnie niepokoiły, gdyż ich siła skłaniała rozum do traktowania ich jako zagrożenie dla stałości mego charakteru. Z drugiej jednak strony budziły doznania, jakich dotąd nie znałem, a które nie tylko sprawiały mi wielką przyjemność, lecz łagodziły także dotychczasową niechęć do nazbyt bliskich więzi z kobietami.

Zresztą, nie sam tylko zamęt uczuciowy sprawiał, że nie za bardzo wiedziałem, co myśleć o przyszłości naszych stosunków. Biorąc rzecz całą na rozum, znajdowałem same sprzeczności, których pogodzenie wydawało się niemożliwe. Każde z nas zmierzało do własnego celu, nadto należeliśmy do całkowicie odmiennych światów. Trudno sobie wyobrazić, by scytyjska wojowniczka mogła znaleźć dla siebie miejsce w Rzymie. Z kolei, dla mnie barbarzyńscy nomadzi to tylko ekscytująca ciekawostka – prawda, że godna poznania i opisu, niemniej obca we wszystkim, bez wyjątku. Połączyła nas wspólna wędrówka, lecz niepodobieństwem chyba byłoby jakiekolwiek wspólne życie po jej zakończeniu. Co dziwne – nie tyle z racji odmienności krwi, umysłu, przysposobienia do życia, czy tradycji, ile z podobieństwa charakterów. Było oczywistością, że obydwoje nade wszystko cenimy sobie wolność, i żadne z nas nie zechciałoby się naginać do czegoś, co mogłoby być sprzeczne z własną naturą, zwyczajem, nawet przekonaniem. A przecież to z nich wyrastają pragnienia, zachowania, szukanie dla siebie sposobu życia wedle własnej woli.

Na czas jakiś złączyła nas droga, pokonywanie napotykanych przeciwności, lecz to, co w tym było dla mnie jedynie środkiem, dla niej – celem samym w sobie. Obydwoje szukaliśmy wielkich dla siebie przestrzeni, lecz innego rodzaju. Mnie ciągnęła niezmierzona kraina wiedzy, ją – bezkresne pola wędrówki i walki. Tyle tylko, że ja, po najdłuższej wyprawie, mógłbym zaszyć się w bibliotece na długie nawet miesiące, ona natomiast obumierałaby w domowym spoczynku. Jedyny bezruch, jaki uznawała, to pełnienie nocnej warty przy ognisku, albo czajenie się na wroga, łup, lub zwierzynę. Co prawda, życie w Rzymie, jak zresztą chyba wszędzie, też w dużej mierze na tym właśnie polega, lecz my robimy to zupełnie inaczej. Tam, gdzie trzeba życiowej ogłady, konwenansu, rozwagi, niekiedy długiego czasu, zabiegów chytrości i przemyślności, chłodnej rozwagi, nie sposób rozstrzygać spraw tylko szybkimi, celnymi strzałami z łuku. Co nie znaczy, że w naszych grach nie padają trupy, nawet w sporej obfitości.

Zdawałem sobie sprawę , iż pierwotnej dzikości dorosłej, wojowniczej kobiety nie da się okiełznać żadnymi pętami, nawet z jedwabiu. Będzie je rwała tak długo, aż się z nich wyzwoli i ucieknie. Dobrze, jeśli przy okazji nie spali pałacu, w którym by ją trzymano – choćby i w największych luksusach i ogrodach. Sama świadomość ograniczeń byłaby dla niej nie do zniesienia, i pobudzałaby wolę do ich unikania i pokonywania – chyba że przyjęłaby je z własnego wyboru. Ale w imię czego miałaby robić cokolwiek wbrew samej sobie? Prosty umysł nie potrafi spekulować, ważyć racji, patrzeć daleko i wysoko, lecz poddaje się odruchom chwili. To właściwość zwierząt, dla których każde działanie jest albo atakiem, albo obroną. Odpoczywają z rzadka, w przerwach miedzy polowaniem, lub ucieczką, gdy do ruchu pobudza ich albo głód, albo strach.

Prawda, jest jeszcze poszukiwanie lub walka o przewagi, by płodzić młode, i wspólnie je chronić, dopóki same nie zaczną dbać o siebie. Ale to trwa krótko, bez konsekwencji, bez trwałych więzi miedzy rodzicami, a potomstwem. Gniazda i legowiska zakładają tylko na tę okoliczność, reszta to wojowanie, by przetrwać. Kto słaby, ten ginie w wiecznych igrzyskach  natury, gdzie nagrodą i dobrem jest samo tylko trwanie, a złem to, co mu zagraża. Tyle, że te igrzyska to nie olimpiada – bo i nie ma tu Olimpu.

A my sami? Czyż nie to miał na myśli Maros, zarzucając nam, że żyjemy tylko siłą, walką, i przejadaniem łupów? Czyżbyśmy byli jak zwierzęta – w ludzkich postaciach i różnorodnej ozdobności form? Zaiste, wiele mamy z nimi wspólnego – ale przecież nimi nie jesteśmy! Mamy jeszcze rozum, duszę, ducha poszukiwania czegoś więcej, niż tylko strawa i panowanie nad innymi. Bogowie dali nam prawa, które miarkują to, co w nas dzikie, pod groźbą kary wiecznego potępienia. Tylko skąd wiadomo, czym jest owa wieczność? Zresztą, skoro ludzka sprawiedliwość jest przekupna, to może i boski gniew też daje się jakoś uładzać ofiarnymi datkami?

Składają je od wieków wszyscy bez wyjątku, nawet najdziksze plemiona. Scytyjskie rodzeństwo nieustannie odprawiało drobne, codzienne rytuały, a niekiedy zanosiło krótkie modły ma postojach, czy to w górach, czy w otwartym polu. Gdy pewnego razu rozpytywałem Aszę o ich bogów, zaskoczyła mnie odpowiedzią – i co ciekawe, osobliwie przystającą do moich rozmyślań.

– My czcimy Api, panią ziemi. – Na chwilę zamilkła. – Ty jesteś oddany słońcu – dodała. – My patrzymy nisko, ty z wysoka.

– Słońce pomaga ziemi, by rodziła owoce – odparłem utartym zwrotem, nie widząc ani potrzeby, ani w ogóle sensu rozprawiania o równowadze żywiołów z kimś, komu za wiedzę o świecie wystarczają przesądy, mity i własne doznania. Nic na to nie poradzę, że od pamiętnego dnia w dolinie uparła się widzieć we mnie kogoś więcej, niż tylko wędrownego kupca i uczonego.

– Ale może ją spalić – usłyszałem odpowiedź cichą, ale stanowczą. – Wtedy nic nie urodzi. Zostanie pustynia. Nie da się żyć – rzuciła te krótkie słowa, patrząc przed siebie z lekkim grymasem na twarzy. Czy tak właśnie dawała mi do zrozumienia, że i ona rozmyśla po swojemu nad naszą przyszłością? Zawsze była otwarta i szczera – a tu taka aluzyjność?

Próbowałem czasami – nie wprost, ale jakimś sposobem – wywiedzieć się, co ostatecznie zamierza zrobić, gdy dojedziemy już do morza.  Czy jest zdecydowana wracać do swoich? Czy zechce pójść ze mną w dalszą podróż? Jeśli to drugie – to czemu? Czy może na coś liczy? Takim rozmowom najlepiej sprzyjały chwile bliskości, gdy nocami grzaliśmy się w namiocie wzajemnym ciepłem i intymnością. W miłym odprężeniu łatwiej o szczerość, nawet w sprawach trudnych. Przekomarzanie się zadowolonych kochanków zwykle wolne jest od czujności, a wypełnione oddechem, dotykiem ciała, wymowną bliskością, miłą żartobliwością.

– Chyba jednak coś ci się jednak pomyliło?- rzuciłem przekornie w leniwym półśnie.

– Niby co?

– Podobno u was kobieta idzie za wojownikiem, którego sobie wybiera.

– Bo tak jest. Tak ma być.

– Ja wojownikiem nie jestem.

– Nie idę za tobą. Idę z tobą.

– Na razie leżysz obok mnie.

– Nie podoba ci się? – uniosła się na boku, napierając na mnie z udawaną groźną miną.

Roześmiałem się. Dzika, czy nie dzika – każda kobieta tak umie się wywinąć w rozmowie, że trzeba jej jeszcze z czegoś się tłumaczyć! Wypytywanie szybko skończyło się na niczym, zwłaszcza że w chwilę potem przeszliśmy od słów do kolejnych, miłych atrakcji.

Niedopowiedzenie wciąż pozostawało, ja zaś dałem sobie już spokój, czekając na dalszy rozwój wypadków. Do morza było niedaleko, drogą wzdłuż dużej rzeki, przebijającej się zakolami przez góry. Przejście jej najtrudniejszego odcinka zajęło nam sporo czasu, jak na niecałe  pół tysiąca stadiów. Po tygodniu zeszliśmy już w nizinę, jakże odmienną powietrzem, obfitością zieleni i zwierząt w licznych osadach i wsiach. Brakło tu większych miast, a od dawnej hyrkańskiej stolicy na wschodzie dzieliło nas jeszcze dobre trzy tygodnie jazdy morskim wybrzeżem.

Początek u Kresu Drogi

28. A jednak Tycjan

Jak dotąd moja wiedza z kronik i ksiąg sprawdzała się dość dobrze, teraz jednak wkraczałem na ziemie prawie wcale nie opisane. Stare zapisy dotyczyły pradawnych wojen z Medami, głównie perskich i partyjskich, bratobójczych walk o tron, wreszcie epizodu greckiego z czasu wielkiej bitwy Aleksandra, kiedy to Macedończyk rozgromił nad Tygerem  dziesiątki tysięcy żołnierzy Dariusza, sam ponosząc niewielkie tylko straty. Tak pomścił krzywdy wyrządzone niegdyś Grekom w czasach wcześniejszych wojen perskich. Z tamtych czasów pozostała jeszcze legenda o straszliwej królowej Peristatis, która swymi morderstwami dla zemsty rodzinnej i dla władzy dopuszczała się okrucieństw, zgoła  niewyobrażalnych nawet u nas, czy w Egipcie. Lecz wszystko to była historia i polityka, a nie geografia, czy opisy ludów i ich obyczajów, bardziej przydatne w podróży niż krwawe dzieje miejscowych władców. Jedno jest pewne – teraz panują tu Partowie, ale rządy są niespokojne, jak to na ziemiach granicznych. Obcemu trudno rozeznać się w gmatwaninie zaszłości, i mnogości tak wielu ludów – już to tych dzikich, już to tych ogładzonych przez rozmaitych władców.

Swego czasu nawet Strabon pogubił się w natłoku plemion, które tu pojawiały się i znikały, niewiele po sobie zostawiając. Pisał o Scytach, zwanych dahajskimi, ale gdy kiedyś go wypytywałem o rozmaitości z najdalszych, znanych mu krain, ciągle mylił nazwy. Raz mówił o Dahach, raz o Partach, resztę miał za Scytów, chociaż zdawał sobie sprawę, że jest ich wiele odmian. Byli jeszcze Sakowie, którzy dotarli do Armenii, ponoć aż z Baktrii, i przemieszali się z innymi narodami. Po drugiej stronie morza, ku północy osadził Kadusów i jeszcze trzy inne plemiona, w tym Kaspiów, od których wywiódł inną tego morza nazwę. Ale ludy te, wielce tajemnicze, rozpłynęły się chyba w pomroce dziejów, i trudno powiedzieć, czy są tu jeszcze jakieś ich ślady.

Gdy czyta się książki w bibliotekach, wszystko wydaje się poukładane i wyraźnie podzielone. Lecz to, co dotąd widziałem po drodze, przekonało mnie, że co innego manuskrypty, a co innego życie. Tu jest ciągła zmienność, w której wszystko może się zdarzać, są walki królów, wzajemne zabijanie, jedni drugich najeżdżają, grabią, wypierają z ziemi i dobytku. Ale w czas spokoju zwyczajni ludzie pospołu ze sobą handlują, wymieniają nie tylko towary, ale i kobiety, wydeptują wspólne szlaki. Przy okazji rodzą się mieszańcy, którzy nieraz sami nie wiedzą  kim są, a plemiona się przenikają, rozdzielają, lub łączą w nowe gromady. Chyba nawet bogowie są w kłopocie, bo ciągle im kogoś przybywa, albo ubywa.  Musiałem więc szukać własnego klucza do rozróżniania tego, co sam oglądałem. A co mnie czeka dalej?

Ukradkiem obserwowałem Aszę, ciekaw, co też zamierza zrobić. Częściej niż zwykle rozmawiała teraz z bratem na osobności, kilkakrotnie zauważyłem, że sama z siebie zasięga języka u miejscowych, gdy zatrzymywaliśmy się na postój w osadach. Najwyraźniej wypatrywała znaków, po jakich rozpozna, że zbliżamy się do znanych jej ziem. Nic jednak mi nie mówiła, jechaliśmy więc jakby nigdy nic, wciąż na wschód, mając morze po lewej ręce. Po długich tygodniach podróżowania po górskich wertepach, teraz jazda była nie tylko łatwiejsza, ale i bardziej przyjemna.

Uroda i bogactwo natury tej krainy między wielkimi górami, a wielką wodą, niezwykłe robiły wrażenie. Asza nadal polowała, ale karmiliśmy się głównie rybami i owocami, których obfitość i różnorodność przechodzi tu wszelkie wyobrażenie. Wedle mojej rachuby czasu był już początek wiosny, czuło się to w cieple powietrza i słońca. Naszło nas nie tyle rozleniwienie, ile pewne rozluźnienie nastroju, a przez to i spowolnienie jazdy. Robiliśmy dłuższe postoje dla odpoczynku, dokładnego oporządzania i siebie, i dobytku, wreszcie dla wytchnienia koni, które dzielnie zniosły przeprawę przez góry. Jednakże uśpienie czujności, naturalne w tych okolicznościach i stanie ducha, omal nie skończyło się dla nas tragicznie. Szczęściem uszliśmy cało z opresji, a zdarzenie, jakie się nam przytrafiło, miało i ten jeszcze dodatkowy skutek, że rozstrzygnęło moje uczuciowe wahania i wątpliwości, związane z Aszą, i przyszłością  naszych stosunków.

Przez wszystkie minione miesiące ani razu nie znaleźliśmy się w prawdziwym niebezpieczeństwie. Na ziemiach syryjskich, głównych dróg skutecznie strzegą patrole legionowe, zaś w górach, dzięki przygodzie ze szkłem fenickim, wieść o kapłanie słońca  niosła się przed nami, i robiła swoje. Przyjmowani życzliwie, byliśmy przez jakiś czas niejako pod ochroną mojej powagi, może dlatego górskie bandy zostawiały nas w spokoju. Potem, za jeziorem Spauta, wtopiliśmy się w ludzkie mrowie, jako obcy, ale zwyczajni, wędrowni kupcy. Ja sam, w owych spodniach, podróżnym kaftanie, i z owiniętą głową, z powodzeniem uchodziłem za partyjskiego mieszańca, mającego na służbie greckiego siłacza, który samą swą posturą odstraszał drobnych awanturników. Scytyjskie rodzeństwo budziło większą już ciekawość, głównie nieufność, rzadko jednak kiedy otwartą wrogość. Zdarzały się przez nich  drobne scysje, ale w sumie niegroźne, głównie w miasteczkach, nie na drogach.

Dolan ze swoim złodziejskim doświadczeniem, czujnie wyłapywał zawczasu chętnych nas podejść i okraść. Sam zaniechał łotrzykowskiego procederu, choć zdawało mi się nieraz, że podłapywał to czy owo na targowiskach, bardziej jednak by nie wyjść z wprawy, niż z potrzeby. Poznawałem to zawsze po jego łobuzerskim spojrzeniu i zadowolonej minie. Asza pilnowała go uważnie, i nie raz, nie dwa strofowała na boku, gdy tylko powzięła podejrzenie, że chłopakowi mogłoby przylepić się niepotrzebnie coś do rąk. Nie, żeby miała na względzie hołdowanie cnocie uczciwości, rozumiała jednak lepiej od niego, że nie potrzeba nam dużych kłopotów z byle przyczyny. Dla nich branie łupów – nawet drobnych – to rzecz normalna, miarkowana nie tyle wyższą uczciwością, ile zachowaniem bezpieczeństwa w ich zdobywaniu.  Barbarzyńcy trzymają się tej samej, odwiecznej zasady, jaką rządzą się ludzie najbardziej nawet możni, wielcy, i oświeceni – zawsze i wszędzie.

Było tak. Pewnego dnia po zejściu z gór, około południa, jechaliśmy zwolna, we trzech przodem, z luzakami, natomiast Asza kręciła się po okolicy, i została trochę w tyle. Wtem z pobliskiego lasu wypadło kilku jeźdźców, otaczając nas, wymachując bronią, z wyraźnym zamiarem wszczęcia walki. Dobyliśmy z Agisem mieczy, jaki kto miał, Dolan wyjął swój długi nóż, lecz i tak przewaga była po stronie napastników. Wyglądało to niezbyt obiecująco. Naraz jeden z nich zachwiał się w pędzie, i spadł z konia, ze strzałą w piersiach. Nie minęły dwie chwile, gdy to samo spotkało następnego. Agis, bez namysłu ruszył miedzy dwóch innych, i w kilku ruchach zakończył ich mizerny żywot. Wieloletnie wyćwiczenie potężnego legionisty z łatwością wystarczyło na szybkie uporanie się z impetem niezbyt rosłych i mniej doświadczonych napastników. Mnie udało się obalić kolejnego na ziemię, a tam już czekał chłopak, i szybkim ruchem poderżnął mu gardło. Dał się wreszcie słyszeć świst jeszcze jednej strzały – z równie śmiertelnym skutkiem jak przy dwóch pierwszych. Pozostali trzej bandyci zawrócili, i rzucili się do ucieczki. Najwolniejszego z nich dopadł jeszcze Agis, dwaj ocalali zdążyli umknąć do lasu.

Na ziemi leżało pięć trupów, nie wiadomo skąd, z jakiego plemienia. Trzy obce konie uciekły, dwa stały z boku, jakby zdziwione całą tą sytuacją. Wszystko odbyło się błyskawicznie, nad wyraz sprawnie, i – co najważniejsze – skutecznie. Działaliśmy odruchowo, w obronie, lecz to Asza pierwsza, jeszcze z oddalenia, zainicjowała atak, wyprzedzając w tym bandytów, i wprowadzając miedzy nich zamieszanie. Teraz, spinając konia, objeżdżała leżące ciała, z tryumfującą miną, a Dolan obszukiwał je, sprawdzając czy nie okazują jeszcze oznak życia. Wreszcie zeskoczyła z konia, i pochylając się nad ofiarami zaczęła wyjmować z nich strzały. Z niepomiernym zdumieniem spostrzegłem, że za każdym razem maczała palce w ranach, oblizując je potem z wielkim ukontentowaniem. To samo nakazała czynić bratu. Obydwoje dopełnili tego rytuału bez słowa, z pewnym namaszczeniem, niczym para zwycięskich drapieżników, kontentujących się zdobyczą.

Widok ten poruszył mnie, aż do obrzydzenia. Czytałem, że Scytowie piją krew pokonanych wrogów, lecz co innego lektura, a co innego naoczne świadectwo owego barbarzyńskiego obrządku. Dobrze, że obyło się bez obcinania głów, i ich oprawiania! Wiara w to, że pastwienie się nad trupem zabitego wroga ma jakiś wyższy sens, jest dla mnie oznaką niepohamowania w dzikości. Wiem, że taki jest obyczaj, zdarza się nawet u nas, ale coś się we mnie przeciwko niemu buntuje. Walka jest wpisana w ludzkie życie, zabijamy się każdego dnia, pojedynczo i zbiorowo, ale znęcanie się nad martwymi ciałami – to już zapamiętanie w okrucieństwie, dla którego nie ma chyba żadnego uzasadnienia, nawet w woli bogów.

Przyglądałem się tryumfującej Aszy z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony czułem podziw dla jej waleczności, i wdzięczność za uratowanie nam życia, z drugiej – narastającą niechęć wobec tak mi niemiłej obrzydliwości. Spojrzeliśmy na siebie – ona jeszcze z błyskiem w oku, ja z mimowolnym grymasem niedowierzania – i to wystarczyło, by pojąć, że coś się właśnie miedzy nami zmieniło. Ja nie byłem w stanie dzielić jej radości, ona nie odnalazła we mnie ani zrozumienia, ani tym bardziej aprobaty dla jej tryumfalnego obyczaju. Zwycięska potyczka, choć odniesiona wspólnie, w efekcie przywróciła stan sprzed rozpoczęcia podróży. Znów byłem rzymskim patrycjuszem na swojej fantazyjnej wyprawie, ona zaś barbarzyńską kobietą, powracającą do swego dzikiego ludu. Zrodzona przez czas wędrówki magia bliskości dwojga kochanków ponad tym podziałem ulotniła się.

Dolan poszedł po stojące nieopodal zdobyczne konie, ja zaś podziękowałem Aszy i Agisowi za ich dzielność i opanowanie w niebezpieczeństwie. Nie dało się ustalić, kim byli napastnicy, lecz zgodnie uznaliśmy, że lepiej jak najprędzej oddalić się z pobojowiska. Zebrawszy dobytek, szybko puściliśmy się w drogę. Nie zatrzymując się aż do wieczora, znaleźliśmy w końcu dogodne, dość ustronne miejsce, nieco z boku drogi, między drzewami. Nie rozstawiliśmy namiotów, żeby być w gotowości na wypadek jakiej niespodzianki. Z pewnego względu było to nawet dla mnie wygodne, gdyż nie wiedziałbym, jak się zachować wobec Aszy, gdyby przyszło nam spać razem. Nazajutrz jechaliśmy jeszcze tak samo, aż wreszcie kolejnego dnia, ku swemu zaskoczeniu, ujrzeliśmy okazałe i piękne miasto. Dojechawszy tam znaleźliśmy –  z niemałym wszelako trudem – dom podróżny, gdzie zgodzono się nas przyjąć. Dano nam jedną marną izbę, lepiej od nas miały konie w całkiem przyzwoitej stajni.

Zastanawiałem się, co też to za miejsce. W znanych mi zapisach są różne nazwy, Strabon pisze co innego, Polibiusz co innego, a i tak jest to wiedza z drugiej ręki, nadto dotyczy dawnych czasów wojen Aleksandra i Mitrydata. Skłaniałem się ku wersji mojego nauczyciela, według której powinna to być Karta, albo Tapa, czy, jak chciał Polibiusz – Taga. Wedle ich przekazu, byłaby to stara stolica hyrkańska, niegdyś wzięta we władanie przez Persów, potem przez Greków, a teraz zapewne pozostająca pod rządami Partów. Jeśli tak, to miałbym powody do dumy, gdyż jako pierwszy, zbadałbym te ziemie dokładniej z własnego oglądu i doświadczenia. Sprzyjałaby temu moja niezła już znajomość języka perskiego, jak i mowy różnych plemion, jakich wyuczyłem się po drodze na tyle, że niepotrzebny mi byłby tłumacz.

Na razie przyszło jednak zająć się sprawami praktycznymi. Konieczność uporania się z nimi odsuwała też na później rozmowę z Aszą – tak o naszych stosunkach, jak i o dalszej wędrówce. W pierwszej kolejności sprzedaliśmy zdobyte konie i nieco drobnych łupów, jakie Dolan pozdejmował z zabitych bandytów. Najpierw ostrożnie rozeznaliśmy się w tutejszym pieniądzu, żeby nie dać się oszukać. W tym niezastąpiony okazał się nasz mały spryciarz, który przez dwa dni myszkował po targowiskach i między sklepami, wywiadując się co do cen i zwyczajów handlowania. Następnie znaleźliśmy niezłego kupca – czyli umiarkowanie tylko chciwego, tyle że trudnego w targu. Zysk okazał się i tak spory, a wyliczony w monetach złotych i srebrnych, miał swoją wagę. Część zapłaty odebraliśmy w towarach, które wybraliśmy jako zabezpieczenie na późniejszy handel wymienny w drodze do Sogdy. W sumie wyszło na to, że nie tylko odbiliśmy sobie koszty dotychczasowej podróży, ale i powiększyliśmy to, z czym wyruszyliśmy jeszcze z Nisbis. Nie byłbym Tycjanem, gdybym nie poczuł z tego powodu ogromnego, kupieckiego zadowolenia.

W trakcie tej krzątaniny przy porządkowaniu i uzupełnianiu dobytku, zauważyłem, że Asza odkłada pewne rzeczy w osobne juki. Był to dla mnie znak, że chyba podjęła już decyzję o naszym rozstaniu, i że teraz sposobi się do niego, nawet się z tym zbytnio nie kryjąc. Rozmawialiśmy niewiele, głównie o codziennych sprawach, także o mieście, które trochę obeszliśmy z samej tylko ciekawości. Uznałem, że nie ma co popędzać losu, gdyż rzecz cała i tak wyjaśni się już niebawem, gdy przyjdzie jechać w dalszą drogę. Zresztą, pojawiła się i inna przyczyna, dla której moje myśli skupiały się na zgoła innych sprawach.

Krążąc po mieście, szukałem nie tylko śladów dawnej historii, ale zachodziłem do świątyń wielu bogów, w nadziei, że spotkam jakiego kapłana, który byłby kimś więcej niż tylko strażnikiem swojego ofiarnego ołtarza. Od wyjazdu z Pafos nie miałem okazji poznać człowieka większej wiedzy i głębszej mądrości, kogoś, kto mógłby – gdyby tylko zechciał – odpowiedzieć na wiele nurtujących mnie pytań o tutejszy, całkiem nieznany mi świat. Przez to, że od miesięcy przebywałem jedynie wśród ludzi prostych i nieokrzesanych, żyjąc trudami wędrówki, mój umysł popadł w swego rodzaju uśpienie. Oczywiście, gromadziłem w pamięci wszystko, co widziałem, i czego doświadczałem, by później spisać to w należytej formie, niemniej brakowało mi tego rodzaju rozmów, które pozwalają spojrzeć na wszystko niejako z dystansu, osadzić w szerszym kontekście, i przydać temu bardziej ogólnego znaczenia i sensu. Krótko mówiąc, brakowało mi kogoś – jeśli nie światłego, to przynajmniej zdolnego do owej wymiany myśli, która sprzyja dociekliwości rozumu, a nie tylko przeliczaniu monet.

W mych poszukiwaniach znajdowałem tropy greckie i syryjskie, ale szczególnie rozglądałem się za tym, co perskie, a zwłaszcza – ze zrozumiałych względów – za miejscami kultu Mitry. Dla nas, Rzymian, był on bogiem na wzór Merkurego, Marsa i Jowisza jakby zebranych razem, lecz przenikniętego tajemnym, boskim dobrem, dostępnym tylko wybranym. Czy jednak nasze pojmowanie go było właściwe? Czy dostatecznie głębokie, czy może tylko powierzchowne, i przeinaczone na rzymską modłę?  Tak to już bywa, że ekscytujemy się tym, co dalekie i zagadkowe, ulegając wyobraźni, i przypisując mu więcej, niż w sobie zawiera. Tak, jak najzdrowsze są ponoć potrawy własnej ziemi, tak najsłuszniejsze jest pozostawanie przy własnych bogach, a nie szukanie wrażeń i opieki u obcych. Liczyłem na to, że może tu znajdę jakąś na to odpowiedź. Ta kraina, nieco na uboczu znanego nam świata, była przez wieki perska, a Partowie, którzy nią obecnie władali, choć żadni kuzyni swych poprzedników, to przecież mogliby przejąć ich wierzenia. Moje przypuszczenia sprawdziły się szybciej, niż sądziłem.

Po sprawieniu się z potrzebami dalszej podróży, samotnie krążyłem po mieście, już tylko dla własnej ciekawości, z chęci poznania wszystkiego, co tylko mi wpadnie w oczy. Podczas jednej z takich wycieczek, natrafiłem na sporą budowlę, w kształcie rotundy, z ołtarzem w środku, na którym płonął ogień, dziwnym sposobem, bez drzewa, lecz z podłużnego naczynia. Gdy podszedłem, by mu się przyjrzeć, z boku zbliżył się do mnie człowiek w szatach prostych, ale ze znakami kapłańskimi, ze szpiczastą czapą na głowie.

– Wybacz, panie, mam nadzieje, że nie zakłócam spokoju i powagi tego miejsca – odezwałem się w perskiej mowie, nieco kulawej, lecz poprawnej, trochę już  przećwiczonej w ostatnim czasie.

Kapłan – bo za takiego go uznałem – schylił lekko głowę w powitaniu, i przez dłuższą chwilę milczał, bacznie mi się przyglądając. Speszyłem się nieco, nie wiedząc co robić dalej.

– Witam cię, przybyszu z dalekiego Rzymu – ku mojemu zdumieniu rzekł te słowa po grecku, z twardą nieco wymową, ale jak najbardziej poprawnie. Rozpoznał skąd jestem, choć nie miałem pojęcia, po czym.

– Przenikliwość zawsze budzi podziw, zechciej jednak objaśnić, skąd to przypuszczenie – przeszedłem na grekę, zadowolony, że łatwiej będzie mi się wysławiać. Wszelako zdumienie, jakie we mnie wzbudził, było zaiste niezwykłe.

– Wystarczy uważnie patrzeć, i dobrze odczytać to, co się widzi – odparł z irytującą wyższością w głosie, wyraźnie zadowolony z trafności swego sądu, i wrażenia, jakie wywarł.

– Mógłbyś mnie oświecić, po czym tak sądzisz?

– Jesteś mieszanej krwi – zaczął po chwili, jak nauczyciel, wykładający lekcje. – To oczywiste. Nie Persem, może trochę Partem. Nie Syryjczykiem, nie Medem, nikim spośród okolicznych plemion. Masz za ostre rysy jak na Greka. Postawa i spojrzenie dowodzą dumy i ogłady. Mówisz grzecznie, choć nie układnie. Znasz nasz język, słabo, ale wystarczająco, myślę, że także i kilka innych – to znienacka wtrącił po aramejsku – zatem otrzymałeś dobre wykształcenie.

– To jeszcze o niczym nie przesądza – wszedłem mu w słowo, również w tym samym  języku.

– To prawda – wrócił do greki – Lecz widzę jeszcze inne znaki. Jesteś od dawna w podróży, ubranie masz znoszone, ale porządne, nie biedne. Sakwa podróżna z dobrej skóry, nie z tkaniny, jest mocno wytarta, długo w użyciu, ale ma nowy rzemień, więc stary się wytarł od długiego noszenia. Kryjesz za pasem krótki miecz, którym chyba nieźle władasz. Lecz nie wyglądasz na żołnierza, ćwiczyłeś się więc tylko w jakiejś szkole. Czyli masz staranne wychowanie.

– To wciąż nie świadczy o moim pochodzeniu – dalej próbowałem złapać go na jakimś błędzie.

– Czuć w tobie pewność siebie, choć znalazłeś się z daleka od domu. Nie jesteś ubogi, ale chcesz wyglądać dla ludzi zwyczajnie, i dla ostrożności starasz się miedzy nimi nie wyróżniać. Jednak kupcem raczej nie jesteś. Ich interesują targowiska, a nie świątynie, zwłaszcza obcych bogów. Może jeszcze domy uciechy. Zatem musisz być kimś ciekawym rzeczy i świata.

– Lecz nawet i to nie prowadzi jeszcze do Rzymu

– Jesteś czysty i zadbany. Zapewne byłeś w łaźni, choć nasze nie są zbyt wykwintne. Zatem dbasz i o to, co dowodzi, iż masz taki zwyczaj. A to rzadkie u ludzi pospolitych.

– Nic nie ujdzie twemu oku – roześmiałem się. – Rzeczywiście, tego w podróży bardzo brakuje. Ale od łaźni daleko jeszcze do wniosku aż tak dalekiego.

– Dodajmy dwa do dwóch. Gdy wyeliminujesz jedno, zostaje drugie. Mam przed sobą młodego człowieka, którego stać na dalekie podróże, wyedukowanego, odważnego, gotowego na trudy, ciekawego świata. Powody takiej wyprawy mogą być trzy – szpiegostwo, zysk, albo wiedza. Najpewniej wszystkiego po trochu.

– Mogę być zbiegiem, uciekać przed wrogami.

– Wtedy zaszyłbyś się gdzieś, a nie chodził na widoku.

– Niezbyt pewny argument.

– Szukanie wiedzy o dalekich krajach to właściwość narodów rozumnych, albo zdobywczych. Nie powoduje tobą przymus, bo szybko byś się go w podróży pozbył. Nikt cię przecież nie sprawdzi. Zatem jest w tym własna chęć, jakaś potrzeba, konkretny cel.

– I co z tego? Dlaczego miałbym być właśnie z Rzymu?

– To już domysł, ale chyba trafny. Mam cię za rzymianina, z dobrego domu, w czyjejś służbie, nie wolnego od pewnej uczoności. Wypełniasz jakąś misję, i masz na nią wiele czasu i środków. Prędzej idzie o handel, niż wojnę, bo tu za daleko dla waszego wojska – ostatnie słowa wypowiedział z nieskrywana pogardą.

Wykładał to spokojnie, niczym badacz, pokazujący uczniom ciekawy okaz zwierzęcia,  albo tłumaczący dzieło sztuki. Ale patrzał na mnie z niechęcią, podobnie zresztą jak ja na niego. Nie szło mi nawet o to, co mówił, lecz w jakim  tonie. Rozumował dobrze, choć trochę  na wyrost, dając przy tym odczuć, że nisko mnie ceni. Chciał wzbudzić podziw, nie skrywał próżności. Wspomniałem Marosa z Cypru, który też przecież doszedł, kim jestem, lecz mimo gorzkich słów, jakie wypowiadał pod adresem Rzymu, okazał mi życzliwość jako człowiekowi.  Po tym tu kapłanie niczego takiego spodziewać się nie należało.

– Skąd możesz wiedzieć, na co stać, albo nie stać rzymskie wojska? – należało mu dać odpór, bez wdawania się w długie dysputy. – Jeśli taka będzie wola cesarza, pójdą tam,  gdziekolwiek zechce, choćby i tu.

– Buta nie zawsze popłaca, zwłaszcza gdy nie docenia sił, drzemiących w przeciwniku – zrezygnował już nawet z pozorów grzeczności. – Był już kiedyś taki, który się o tym przekonał. Przyszedł, i zniknął. Bo łatwiej wejść, trudniej zostać. Wielkich narodów nie da się pognębić jedną wojną. Rozważ to dobrze, Rzymianinie, gdy wrócisz do domu, jeśli w ogóle wrócisz – zabrzmiało to niemal jak groźne ostrzeżenie.

 Coraz mniej się mitygował w swojej wyniosłości, co zwolna zaczęło mnie drażnić. Ale nie chciałem odejść jak pouczany natręt.

– Trudno nazwać cię gościnnym gospodarzem, kapłanie.

– Chętniej gościmy tych, których sami zapraszamy.

– Czy masz na myśli Partów? – chce złośliwości, to będzie ją miał!

– To obcy, którzy odejdą, tak jak odeszli Grecy.

– Ale bardzo lubią to, co greckie?

– Polityka i pieniądze opłacają się tylko możnym, również władcom, mniejszym, czy większym. Ale w ludziach jest tu bardzo zła pamięć o Grekach.

– Jednak wiele zostało. Widziałem świątynie Zeusa, Apollina.

– Niewiele tu znaczą. Są dla nielicznych, głownie dla partyjskich wielmożów. Mamy własnych bogów. O wiele starszych. Nie tak dzikich i kapryśnych, wiecznie w kłótniach i sporach..

– Chyba jednak przesadziłeś.

– Sam pomyśl. Zeus włada gromami, żeby karać. Mazda daje światło, a więc i życie. Który żywioł jest bliższy ludziom?

– A wiedza? Sztuka?

– Jesteśmy dziedzicami Babilonu i Chaldei, nawet Egiptu. Gdy tam już czytano z ruchu gwiazd, badano tajemnice natury i człowieka, Grecy pasali jeszcze owce. A nasze  budowle w niczym nie ustępują tamtym.

– Nie widziałem żadnych pomników.

– Bogowie ich nie potrzebują, zresztą pomniki tylko ich pomniejszają. Czcimy ich po swojemu. A ludzie niekoniecznie na nie zasługują. Mamy obrazy, poezję, księgi, piękno i mądrość, o jakich wam się nawet nie śni. Powiedz sam, czyje pismo jest starsze?

– Mowę grecką znasz.

– Ty również. Ale wy jesteście z nich zrodzeni, więc musicie. My jesteśmy sami z siebie, więc korzystamy z tego, co obce, tylko wtedy, gdy nam to wygodne.

– Duch Grecji jednak sięgnął dalej niż wasz. A to coś znaczy.

– Im dalej, tym go mniej, sam się o tym przekonasz. Bo mniemam, że idziesz w świat, żeby to sprawdzić.

– Idę, żeby go poznawać. Nie wiem, co znajdę.

– Dam ci radę, rzymianinie. Patrz uważnie, odrzuć własne uprzedzenia, własną  pychę. Dla was wszystko, co poza waszym zasięgiem, to barbarzyństwo. To prawda, jest go dokoła wiele, za wiele. Znajdziesz go aż nadto. Proś swoich bogów, by cię przed nim strzegli. Ale to, co perskie, doskonale się przed tym broni. Przetrzymamy i Partów. Oni są dla nas jak wy dla Greków.

– Śmiałe porównanie.

– Nie sądź po chwilowych przewagach. Przeminą, a my zostaniemy, bo nigdy stąd nie odeszliśmy. Mają  siłę, wy też ją teraz macie. Ale zadławią się nią, tak jak wy zadławicie się swoją. Nad kim siła zdobędzie władzę w jego duszy, ten w końcu przegra, bo nie rodzi nic, prócz śmierci. W twoim świecie Rzym upadnie, w naszym Persja się odrodzi.

– Mówisz, jakbyś znał koniec dziejów. Kto mógłby nas pokonać?

– Inna siła. I wcale nie musi to być siła oręża, czy państwa. To sprawa ducha. Kto nie ma własnego, kto go nie doskonali, ten obumiera. Kto wie, czy u was, lub obok was, nie zaczyna już wyrastać coś wielkiego, choć teraz jest maleńkie, jak ziarno w ziemi?

– A jakie ty możesz mieć pojęcie o Rzymie?! – podniosłem głos, bo nie wytrzymałem już tego nadętego gadulstwa. – O tym, co w nim wyrasta, i skąd? Co ci daje prawo to takich sądów?

– Mamy swoje wieści, swoją wiedzę. Nie tylko wy bacznie rozglądacie się po świecie. My jeszcze patrzymy w gwiazdy.

Przypomniał mi się księgarz Makryn z Antiochii, który wspominał, iż między jego klientami, interesującymi się historią i mapami, trafiali się również Persowie. Musieli to być ludzie dobrze wyedukowani, którzy mieli jakiś swój cel w tych zakupach. Czyżby słowa kapłana nie były tylko czczą przechwałką? Czyżby oni tu rzeczywiście coś knuli, prawdziwie, lub w tylko swych fantazyjnych urojeniach

– Kimże ty jesteś? Chyba nie tylko zwykłym strażnikiem ognia? – spytałem spokojniej, powściągając złość.

– Nie musisz tego wiedzieć – nie ustępował w swej wyniosłości.

– Też umiem  patrzeć, słuchać, i składać dwa do dwóch – postanowiłem nie być dłużny pyszałkowi za jego mentorstwo. – Owszem, jesteś kapłanem, ale we własnym mniemaniu także osobliwym zarządcą resztek dawnej świetności, próbującym zachować je w nadziei na powrót swoich królów. Samozwańczym, albo naznaczonym depozytariuszem minionej władzy, która w ukryciu czeka, by kiedyś powrócić – mówiłem tak, jak cesarski wysłannik do prowincjonalnego utracjusza, gotów wysłuchać petenta.– Ale to mrzonki, imaginacja, zrodzona z żalu za utraconą przeszłością.

– Nic nie jest utracone, bo dawność trwa w teraźniejszości. A ona rodzi przyszłość – jego pompatyczność przekraczała już granice dobrego smaku.

– Brzmi ładnie, ale historia nie ogląda się za siebie. Rachuje poniesione straty, i  planuje przyszłe zyski po swojemu, nie naszą miarą. Owszem, Klio, jak to kobieta, bywa kapryśna. Ale nie liczyłbym na to, że uda się ją uwieść dla własnych celów.

– Cóż za greckie pomieszanie taniej poetyczności z prostym kupiectwem! Wychodzi z tego prostacki fatalizm! Jakoś mi nie pasuje do rzymskich podbojów.

– Brak argumentów zbywasz mało zgrabną ripostą.

– Chciałem jedynie zauważyć, że siłą kieruje wola.

– Zwycięska tylko wtedy, gdy rozważnie miarkowana wedle praw boskich. I zdrowej kalkulacji.

– Czyżbyś podejrzewał, że brakuje nam rozwagi, albo roztropności?

– Nie mnie sądzić o waszych sprawach. Ale zechciej, proszę, przyznać, że mam prawo widzieć rzeczy po swojemu. Bez filozofii, za to praktycznie – odparłem pojednawczo, gdyż naraz przyszedł mi do głowy pewien pomysł. – Może cię to zainteresuje? – zawiesiłem dwuznacznie głos.

– Każda rozsądna opinia może okazać się cenna – kapłan zdawał się wyczuć, że zmierzam do czegoś więcej, niż tylko szukania przewagi na słowa.

W trakcie podróży skrzętnie zbierałem w pamięci wszystko, co wynikało z powinności  cesarskiego agenta, mającego rozeznać się w rzeczach przydatnych dla rzymskiej polityki w Azji. Przygotowany do prowadzenia stosownych rozmów, w pierwszym rzędzie z możnymi i bogatymi, w wielkich miastach i stolicach, nie przypuszczałem jednak, że nadarzy się po temu okazja przy ołtarzu prowincjonalnej świątyni w dalekiej Hyrkanii. Wątpiłem, że dowiem się tu czegoś przydatnego dla mojej misji. Dziwna ta rozmowa, w dziwnym miejscu, na nieznanym nam krańcu świata, dawała do myślenia, ale niewiele chyba mogła wyjaśnić. Niemniej, spróbować zawsze warto, zwłaszcza że nawet drobiazgi mogły okazać się znaczące dla zrozumienia sensu oglądanego, acz mało czytelnego obrazu świata, w jakim się znalazłem.

Moja wiedza o nim była dość ograniczona. Z dochodzących do Rzymu wieści, wyrywkowych, i opatrywanych sprzecznymi komentarzami, wynikało, że królestwo Partów to zbieranina rozmaitych, rządzących się po swojemu rodowych państewek. Im dalej od stolicy, tym więcej zamętu i intryg, zamienianych w osobne sojusze. Ze słów kapłana można było wnosić, że stoją za nimi także przyczajone siły perskie, szukające sposobności, żeby powoli rozsadzać to niepewne imperium od środka, i przywrócić dawną władzę. Dla nas mogłaby to być ważna przesłanka w rozgrywaniu spraw partyjskich, także z bliższą nam Armenią. Choć nie tylko.

Z Persją mało kiedy nam się dobrze udawało. Stała miedzy nami Syria, obok Armenia, a kolejne próby przejścia dalej kończyły się na trudnych walkach z Partami, którzy na dobre rozsiedli się nad  Eufratem, i urośli w siłę. Zaczął jeszcze Sulla, ze zmiennym szczęściem. Lukulls stanął nad perską granicą, chciał iść dalej, ale został odwołany do Rzymu pod ciężkim oskarżeniem. Pompejusz ułożył się pokojowo na granicach, a za jego namiestnictwa nie było żadnych zatargów ani z Persami, ani z Armenami.  Niestety, potem doszło do straceńczej wyprawy Krassusa, która pohańbiła rzymskie legiony. W kilka lat po nim, Antoniusz wszedł do Medii, nieudanie ugrzązł pod Pratą, by w końcu zarządzić niesławny odwrót znad jeziora Van. Dobrze że choć na honorowych warunkach. Dwie kolejne jego wyprawy również zakończyły się klęską. Na szczęście August dał sobie spokój z wojnami, i bardziej zawierzył posłom, niż wodzom, skupiając się na królewskim dworze w Ktezyfonie. Chytrość i intrygi przyniosły wiele korzyści, ale wszystko pozostawało chwiejne, gdyż w Partii ciągle wrzało, zarówno między licznymi kandydatami na władców, jak i miedzy dawnymi rodami perskimi.

W partyjskiej stolicy rządził teraz osadzony przez wielkie rody dawny władca Medów, Artaban, co ciekawe – sam z Dahów. Wypędził Wononesa, Augustowego protegowanego, i zaczął sprawiać nam same kłopoty, aż do chwili, gdy Germanik zawarł z nim pakt w imieniu Tyberiusza. Spokoju jednak nie było, gdyż co i raz wyrzynał w pień różne rody książęce, czym zasłużył sobie na szczerą nienawiść i swoich, i Persów. W państwie panowała przemoc, chaos pogłębiał się z roku na rok. Swoje białe rączki przykładały do tego liczne królewskie żony i kochanki, liczące na sukcesję dla swej progenitury. Dzięki nim, ich miksturom i uwodzicielskim zabiegom, trupów na dworze było więcej niż myszy w pałacowej kuchni, co tylko pogłębiało rozpad władzy.

To musiało zachęcać rodowitych Persów do szukania sposobności pozbycia się obcych panów. Być może, przypadkiem natknąłem się właśnie na odprysk owych knowań, a mój kapłan miał w tym jakiś swój udział? Jeśli było w tym coś na rzeczy,  to warto wybadać co, i jak. Zapewne nie poznam żadnych szczegółów, ale może choć dowiem się, czy takie zamysły mają w ogóle jakiś sens i przyszłość.

– Wiedz więc, że myślę, iż zza tego ołtarza działasz w jakichś spiskach, według jakiegoś planu, prawdziwego, lub urojonego. Nie tylko służysz swemu bogu, ale chciałbyś też prowadzić grę o bardziej ziemskie sprawy – zacząłem nazbyt może otwarcie, lecz uznałem, że lepiej od razu wyłożyć swój zamysł, niż przerzucać się zbędnymi słowami.

– To nie żaden praktyczny wniosek, tylko twoje wrażenie – spuścił z tonu, lecz podjął wątek. – Może być zwodnicze – wyczułem czujność, ale i gotowość do dalszej rozmowy.

– Powiedzmy. Ale i ja coś ci poradzę. W takich grach lepiej szukać sojuszników, niż mieć wszystkich za wrogów – była to ostrożna zachęta do tego, by w swych kalkulacjach patrzył dalej, niż na własne podwórko. Choćby i w stronę Rzymu.

– To rada, czy oferta?

– Za mało wiem, i za mało mogę, żeby cokolwiek oferować. Ale tak podpowiada rozum i wiedza.

– Na rozumie ci nie zbywa, na wiedzę trzeba zasłużyć – kiepsko i nazbyt butnie, ale jednak dawał do zrozumienia, że nie jest od tego, by przyjąć moje słowa za dobrą monetę.

– Nie zwykłem o cokolwiek prosić. I to nie ja tu miałbym na coś zasługiwać –  aluzje powinny mieć jakieś granice rozsądku.

– Nie byle kim musiałby być ktoś, kto tak stawia sprawy – odparł po dłuższej chwili,  okazując wątpliwość, czy z jego punktu widzenia rozmowa ma jakikolwiek sens.

– I nie byle kim musiałby być ten, z kim warto by je rozważać – odparłem pewniejszym głosem, widząc, że połknął przynętę. Próżność to niezwykła, archimedesowa dźwignia dla poruszania ludzką naturą.

– Obydwaj znamy siłę pochlebstwa – nawet się uśmiechnął. – Ale nie przeceniajmy się wzajemnie.

– Doskonale. Czym zatem mógłbyś mnie przekonać do swoich racji?

– Przypomnieniem praw natury.

– A dokładniej?

– Partowie są kolosem na glinianych nogach – zaczął. – Król panuje w stolicy, ale im dalej od niej, tym jego władza słabsza – potwierdzał moje przypuszczenia – Ma ambitnych synów, którzy niebawem skoczą sobie do gardeł i zaczną domowe wojny. Rozegranie jednych  przeciw drugim, i wzmożenie chaosu, da sposobność, by dalekie prowincje, choćby takie jak nasza, utworzyły własne sojusze, dając  początek nowym układom. Same w sobie są jeszcze za słabe, żeby zagrać o duże stawki, ale wzmocnione, stanowiłyby dużą siłę. Czy wyrażam się jasno?

– Jak najbardziej. Ale każde wsparcie ma swoją cenę. Potrzebne są gwarancje.

– Ludzie rozsądni zawsze mogą się porozumieć.

– Trzeba mieć z kim.

– O to się nie martw. To, co teraz pozostaje w cieniu, ma niebagatelną wartość. Nie do przecenienia.

– Trudno szukać po omacku.

– Kto prawdziwie zechce, znajdzie drogę.

– Przyznasz, że niezbyt dokładna to wskazówka.

– Daruję ci szczegóły. Ale wspomnij to, gdy wrócisz do  Rzymu.

– To rada, czy oferta? – zaśmiałem się, odwracając pytanie.

– Wedle uznania.

– Zapamiętam.

– I przekaż, jeśli znajdzie się kto chętny, by tego wysłuchać.

– Sam decyduję, co zechcę powiedzieć, i komu.

Nie było moim zadaniem wiązać się słowem w żadnych sprawach, tylko patrzeć i słuchać. Ale to rzecz godna zastanowienia. Mało kto u nas coś takiego rozważa, bo wiedza o tak dalekich miejscach jest niewielka, a i niepewna, nie wolna od uprzedzeń. Czy nie warto tego zmienić?

– Chcę wierzyć, że znajdziesz ciekawych słuchaczy – jakby czytał mi w myślach. – Życzę i tobie, i sobie – dodał po chwili – by tak się stało.

– Nieprędko będę miał taką sposobność. Ale obiecuje, że ich poszukam.

– Niech więc bogowie doprowadzą cię zdrowo z powrotem do domu – na tym skończył, w bardziej już przyjaznym tonie. Dotąd krążyliśmy wokół ołtarza, teraz gospodarz skierował się ku wyjściu.

– Czeka mnie jeszcze daleka droga – zmieniłem temat, widząc, że nie ma co dalej ciągnąć tego dialogu.

– I niebezpieczna.

– Radziłem sobie dotąd, poradzę i dalej.

– Strzeż się. Czeka cię kilka dni przeprawy przez ziemie wilków i demonów. W drugie możesz nie wierzyć, choć to mało roztropne, lecz pierwsze są aż nadto prawdziwe, by je lekceważyć.

– Dziękuję za ostrzeżenie.

– Dalej są strażnice i mury obronne, po Grekach. Siedzą w nich Partowie. Tam są ciągłe walki.

– Z kim?

– Dahowie. Ludy północy. Scytowie. Idź na wschód, ale bardziej ku południu, to ich ominiesz.

– Będę pamiętał.

– Bardziej na północ są Sugudowie. Ich kupcy wędrują do nas z towarami, mają mocne eskorty. Groźne. Lubią sobie poszaleć.

– I tak się na nich natknę. Nie tu, to dalej.

– Domyślam się, że zmierzasz do Baktrii.

– Czemu tak uważasz?

– To chyba oczywiste. Oprócz wiedzy jest jeszcze złoto. I karawany na zachód. Tam biorą swój początek.

– Nie jestem kupcem.

– Kto wie, kim naprawdę jesteś? Rzym nie wysyła w takie wędrówki byle kogo.

– Nie musisz tego wiedzieć – znów oddałem mu jego własne słowa.

Wyszliśmy poza obręb świątyni, pora była się pożegnać.

– Nie spotkamy się już więcej – znów popadł w swój mentorski ton. – Chcę jednak wierzyć, że to spotkanie nie zatrze się w twojej pamięci. Może nawet przyniesie dobre owoce.

– Zapewniam cię, że pamięć mam nienajgorszą. Skorzystam z niej, gdy nadejdzie stosowna chwila.

Na zakończenie znów mnie zaskoczył, tym razem uwagą, która świadczyła o tym, że pojawianie się nieznanych, a dziwnych przybyszów bacznie jest tu obserwowane. A już tak niezwykły ich skład wzbudzać musi wzmożoną ciekawość.

– I jeszcze jedno. Uważaj na Scytów. Mimo wszystko – podkreślił znacząco – są wrogami, i dla was, i dla nas. Błędem byłoby sadzić, że dają się obłaskawiać – nader spostrzegawczy i skuteczni musieli być jego szpiedzy..

– Potraktuję twe słowa jako dowód, że jesteś kimś więcej, niż tylko kapłanem przy swoim ołtarzu – skwitowałem jego aluzję z uznaniem.

– Takiej odpowiedzi się spodziewałem – roześmiał się, zadowolony, że okazał swoją przewagę. – Żegnaj, rzymianinie. Moje dobre myśli pójdą przed tobą. Tam, gdzie dotrą, nic złego cię nie spotka. – Skłonił się, odwrócił, i szybko zniknął w głębi dziedzińca.

Ostatnie słowa zabrzmiały niczym swego rodzaju obietnica, osobliwa gwarancja bezpieczeństwa. Już wcześniej przekonałem się, że wyprzedzające wieści z dobrym

przesłaniem więcej znaczą w obcym kraju, niż złoto, czy dary. Czyżby dał mi do zrozumienia, że ktoś tu weźmie mnie pod ochronę? Rozsądek podpowiadał, że nie ma co liczyć na tak złudne nadzieje. Dobrze, jeśli odprawi za mnie modły, lub złoży jaką ofiarę.

Wracając, zastanawiałem się, jak wielką pułapką dla rozumu bywa nasza próżność, zdolna zaćmiewać widzenie właściwej miary rzeczy. Czy naszą rozmowę, choć ciekawą, nie należało aby uznać za chwilową ekscytację lichych statystów historii, którym przez chwilę wydało się, że odrywają w niej ważne role? Czy w swym  zadufaniu, zrodzonym z gry wyobraźni, w chęci pokazania się, nie odegraliśmy teatru dwóch kiepskich aktorów, którzy po rozejściu się wracają do szarej rzeczywistości? Myśli te wzbudziły w mej duszy niejakie rozbawienie, gdym wspomniał, jak bardzo chcieliśmy wydać się sobie ważni, nawet wpływowi. I jak bardzo chcieliśmy, choć przez moment, wierzyć, ze tak jest naprawdę. Obcy wędrowiec w wytartym ubraniu, i prowincjonalny kapłan przy małym ołtarzu, gdzieś na obrzeżu świata, rozprawiali o wielkiej polityce, jakby to od nich cokolwiek w niej miało zależeć. Zdało mi się to niemal groteskowe, lecz – jako że nic w naszym życiu nie dzieje się przez przypadek – pewnie i to zdarzenie musiało mieć swój sens. Ale jaki? – doprawdy nie miałem pojęcia.

29. Znów sam

Dwa dni później, skoro świt, wyjechaliśmy z Karty. Dobrze zaprawieni już w podróżnej praktyce, wszystkie niezbędne sprawunki załatwiliśmy szybko i bez zbytniego deliberowania. Wywiedzieliśmy się też dokładnie o drogę w stronę strażnic, o których mówił kapłan. Jechaliśmy spokojnie, zgodnie, jakby nigdy nic, lecz każde z nas, na swój sposób czuło, że wisi między nami niedopowiedzenie w sprawie dalszych planów. Jakaś decyzja zapaść w końcu musiała. I w rzeczy samej, stało się to prędzej, niż przypuszczałem, bo już tego samego wieczora, gdy rozbiliśmy namioty i uszykowaliśmy się do nocy.

Pomny ostrzeżenia przed wilkami nakazałem trzymać ogień większy niż zwykle. Ustaliliśmy kolejność wart, zadbaliśmy też o konie, słowem – wszystko odbyło się według utartego porządku. Jednakże Asza zwlekała z wejściem do namiotu, ja zaś czekałem tam z mieszanymi uczuciami. W mieście spaliśmy wszyscy w jednej izbie, lecz teraz znów, po staremu, mieliśmy być sami w naszym legowisku.

Po przygodzie z bandytami, kiedy na krótką chwilę objawiła się jej dzika natura, nieskoro mi było do dawnej bliskości. Z jednej strony brakowało mi jej, z drugiej, coś mnie przed nią wstrzymywało. Od tamtego wydarzenia zapanowało pewne skrępowanie, ulotniła się swobodna otwartość, owa naturalna szczerość, dzięki której można wiele powiedzieć wprost, bez szukania wykrętów, i bez obawy o wzajemne ranienie się słowami. Tak to jest, gdy ludzie nie wyjaśniają sobie rzeczy dla nich ważnych od razu, gdy się dzieją, pozwalając,  by z czasem imaginacja przydała im przeinaczonych znaczeń i barw.

Weszła do środka, usiadła koło mnie bez słowa, pochyliła głowę. Palcami przebierała zawieszony na szyi mały sznur kolorowych kamyków, który jakiś czas temu, w odruchu serdeczności, kupiłem jej dla ozdoby na jednym z odwiedzanych targowisk. Trwało to dłuższą chwilę, zanim wreszcie przerwała milczenie.

– Na nas już czas.– oznajmiła krótko, bez żadnego wstępu. – Jutro ruszamy do swoich.

Spodziewałem się tego, niemniej trochę mnie zaskoczyła zdecydowaniem swego stwierdzenia. Nie pytała o zdanie, po prostu oznajmiła podjętą decyzję. Cicho, spokojnie i rzeczowo, ale kategorycznie.

– Tak postanowiłaś?

– Tak być musi.

– Jesteś pewna, ze to już tu?

– Jestem pewna, że teraz.

– To nie to samo.

– Na jedno wychodzi.

– Szkoda.

– Ale tylko trochę, prawda?

– Czemu tak uważasz?

– Nie jest już tak, jak było. I nigdy nie będzie.

– Jest inaczej. Trudniej. Sam już nie wiem.

– Ale ja wiem. Zobaczyłeś, że jestem inna, niż ci się zdawało. Nie spodobało ci się to.

– Nie za bardzo.

– Ale tak jest. I nic tego nie zmieni. Dobrze to wiesz.

– Wiem – odparłem, i zamilkłem.

Padły krótkie słowa, bez dodatkowych wyjaśnień, bez żadnego tłumaczenia. Niezależnie od tego, co które czuło, doskonale rozumieliśmy, że rozstanie jest nie tylko konieczne, ale naturalnie oczywiste. Każde z nam, po swojemu czuło i wiedziało, że należymy do aż nadto odmiennych światów, że żadne nie potrafiłoby zrezygnować ze swego, i nie dałoby rady na dłużej żyć cudzym powietrzem. Połączyła nas wspólnota wędrówki, ale nie celu i planów na życie. Dzieliło wszystko inne, co w trudnej drodze nie miało aż takiego znaczenia, lecz co dałoby o sobie znać, i okazało się ważące w osiadłym życiu rodzinnym. W istocie, gdyby nie bliskość, zrodzona z uczucia i namiętności, taka rozmowa nie miałaby sensu, ani w ogóle miejsca. Ot, dwoje ludzi, którzy spotkali się na szlaku i wspierali czas jakiś, w pewnej chwili rozjeżdża się, każde w swoją  stronę, bez wzajemnych zobowiązań, może nawet z dobrą o sobie pamięcią. Wolni, skoro nie czynią sobie zła, nie muszą się z niczego tłumaczyć, ani przed nikim.

W naszym przypadku wolności tej mogłoby stanąć na przeszkodzie pragnienie  wspólnej przyszłości, ale przy tak zasadniczej naszej odmienności, nawet gdyby przemknął miedzy nami jej cień, byłaby ona pozbawiona szans na spełnienie, jakiejkolwiek racji bytu. Czyż nie jest paradoksem, że owo nielogiczne uniesienie, zwane przez poetów miłością, by trwać i owocować, też musi być jakoś logiczne. Chyba ze staje się całkowitym oddaniem, wręcz zapamiętaniem, i zatraceniem samego siebie? A to nigdy dobrze się nie kończy, może tylko wtedy, gdy jest uczuciem matki do ukochanego dziecka. Ale i z tym różnie bywa, czego dowiódł tragiczny los Medei.

Dopiero teraz zrozumiałem, jak wielkim poświęceniem był przyjazd do Rzymu mojej prababki z dalekiej Partii. Gdyby nie urodził się był tam syn, którego Lucjusz od razu zgodził się uznać za swego prawowitego potomka, zapewne nie zdecydowałaby się na taki krok. To tylko przypuszczenie, lecz chyba słuszne. Zresztą, córka dworskiego medyka, kobieta nieźle  wykształcona, z greckim wychowaniem, nie ryzykowała znów tak wiele. Nie zmieniała całego swego świata, tylko miejsce zamieszkania. Nie musiała iść przeciw własnej naturze, nie była barbarzyńskim odmieńcem, raczej interesującą cudzoziemką o tych samych, co my korzeniach. Dzięki swym przymiotom miała ułatwione zadanie, choć i tak trudne ze względów prawnych, ale to zostało uładzone dzięki akceptacji rodziny, także pozycji i sporym pieniądzom Tycjanów.

Przypomniał mi się też Maes, i tamta prosta, szalona i stara dziś kobieta w dalekiej Batnei. Jeśli nawet prawdą miałaby być opowieść owego Gety, to przecież brat Artusa nie poszedł za przykładem swego ojca, nie znajdując żadnej wspólnoty z tamtymi ludźmi. Dochował przyzwoitości wspierając ich pieniędzmi, lecz ani mu do głowy nie przyszło czynić ze swej miłosnej przygody nowej rodzinnej awantury. Zresztą, życie wiecznego wędrowca nie sprzyja zakładaniu gniazda, nawet z kimś bardziej do tego odpowiednim, i godnym włączenia do rodziny. Swój szuka swego i nie powinien od tego odstępować, nawet jeśli czuje jakieś sentymenty. Mają one krótki żywot, a gdy słabną, odmienność zamienia się w obcość, a wzajemne przyciąganie – we wzajemne odpychanie. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę przepowiednia kapłanki Afrodyty o uczuciowym niespełnieniu. Czy chciałbym teraz zatrzymać czas za wszelką cenę? Przecież i tak niewiele by z nich zostało.

Nie było więc co dalej roztrząsać sprawy, rozstawaliśmy się z pewnym smutkiem, ale i spokojnie, bez wzajemnych żalów. Obydwoje dotrzymaliśmy niepisanej umowy z Antiochii. Ja pomogłem im wyrwać się z niewoli, oni pomagali mi w drodze swoją umiejętnością wędrowania i radzenia sobie w nieznanych mi warunkach i nieoczekiwanych okolicznościach. Wiele się przy nich nauczyłem, oni wiele zyskali. Rachunki zostały wyrównane, nie było już żadnych długów do spłacenia. A uczucia? Cóż, tego wcześniej żadne z nas nie brało pod uwagę. Jakkolwiek trudne, nawet bolesne było to dzisiejsze rozstanie, to przecież nie było w nim nic niespodziewanego, gdyż obydwoje mieliśmy od samego początku własne, jasno wytyczone cele, i tylko one się liczyły.

Asza zamilkła, jak też nie kwapiłem się do głębszych wynurzeń. Zresztą, czemu miałyby służyć? Gdy pojmuje się konieczność i nieuchronność zdarzeń, nie ma co z nimi dyskutować. Przeszliśmy więc do spraw porządkowych. Było oczywiste, że wezmą dla siebie konie i to, co niezbędne, także jeden namiot i potrzebną broń. Nie traktowałem tego jako hojność wielkiego pana, zabierali, co im się należy. Tak też ostało to odebrane, zwyczajnie, bez wylewności i zbędnych słow. Nie było już wspólnej drogi, nie było więc i  planów na kolejne dni. Rozjeżdżając się w różne strony, zrywaliśmy raz na zawsze więź, jaka między nami powstała, skrywając w sobie to, co komu pozostanie z niej w duszy i pamięci. Co prawda, bogowie miewają dziwne pomysły, lecz nawet i oni chyba nie przewidywali, że mielibyśmy się jeszcze kiedyś spotkać.

Na koniec ułożyliśmy się spać, nawet nie próbując zbliżenia, a w nocy pilnowaliśmy swej kolejności straży przy ogniu. Gdy obudziłem się o świcie, rodzeństwo było już gotowe do odjazdu, czekając, aż wstanę. Podczas krótkiego pożegnania tylko Dolan jakby się ociągał, zwłaszcza gdy wielki Agis objął go na osobności, i coś szeptał mu do ucha. Poczciwy wojak pokochał chłopaka jak swego, przez minione tygodnie w wolnych chwilach uczył go walki mieczem i nożem, opowiadał o bitwach i legionowych obyczajach. Był dla tego barbarzyńskiego młodzika tym samym, czym kiedyś Strabon dla mnie – trochę mentorem, trochę nauczycielem i opiekunem, Dawny złodziejaszek zniknął, wykluł się z niego bystry młodzieniec, nadal sprytny, zwinny, ale i poważniejszy. I ja uściskałem go serdecznie, ciesząc się, że wraca do swoich, że udało mu się dopełnić swej przysięgi wobec siostry, na koniec wreszcie że nie pomyliłem się do niego, gdym, wbrew ostrzeżeniom Melosa, zajął się nim w syryjskiej stolicy.

Wskoczyli na przygotowane już konie, spięli je w pożegnalnym piruecie, i pędem ruszyli ku północy. Po dłuższej chwili dwie malejące sylwetki rozpłynęły się w oddali miedzy pagórkami i drzewami. Zabraliśmy się z Agisem do zwijania naszego małego obozu, i posiliwszy naprędce, podjęliśmy swoją wędrówkę, tyle że na wschód.

– Chyba żal ci było rozstawać się z chłopakiem – zagadnąłem Agisa, gdyśmy już wyjechali na trakt.

– Polubiłem go. Dzika natura, mocna. Nie przepadnie.

– Trochę będzie nam ich brakowało –  pokrętnie oddałem swój stan ducha po rozstaniu z Aszą. Jeśli nawet racje rozumu biorą górę nad uczuciami, to przecież ich nie gaszą. Musi upłynąć jakiś czas, by wrócił spokój ducha.

– Co robić. Przywykniemy – mój towarzysz trafnie podsumował sytuację. Dotychczas nigdy, ani słowem, ani gestem nie okazał, że go cokolwiek dziwiło w naszych układach ze scytyjskim rodzeństwem. Jego zadaniem było chronienie mnie w drodze, baczenie na zagrożenia, a nie ocenianie, czy osądzanie moich poczynań z kobietą, z która przyszło nam wędrować. Lubił ją, nawet cenił za waleczność, ale do spraw uczuciowych odnosił się nie tyle obojętnie, ile z męskim zrozumieniem dla okoliczności, w jakich się znalazłem. Jego krótkie stwierdzenie kwitowało ten wątek naszej podróży, nigdy też później już do niego nie wracaliśmy.

Im bardziej oddalaliśmy się od morza hyrkańskiego, tym bardziej przekonywałem się, że wiedza, wyczytana w uczonych księgach, na niewiele mi się przydaje. Przede wszystkim musiałem zdawać się na własną ocenę odległości, a tym samym czasu, potrzebnego na dotarcie do Baktrii. Wyliczyłem, że do tej pory przybyliśmy około dziesięciu tysięcy stadiów od Antiochii, lecz ile ich jeszcze zostało do pokonania, tego określić nie byłem w stanie. Ogromu tutejszych przestrzeni nie sposób ogarniać naszą miarą. Przez dwa tygodnie  jechaliśmy dość szybko, mając po prawej stronie ciągnące się góry, z wielką ilością spływających z nich rzek i strumieni. Nie ryzykowałem zapuszczania się w ich doliny, gdyż można było dalej pobłądzić, więc, idąc za  radą perskiego kapłana podążaliśmy wzdłuż linii strażniczych fortów, łączonych zwartym murem.

Był ów mur ogromną budowlą obronną, ciągle powiększaną, tyle że nieregularnie. Pomysł i początek dał jeszcze Aleksander, od którego imienia zwą go niektórzy, opatrując  barwną nazwą czerwonego węża, a to od koloru dużych bloków ceglanych, z których jest składany. Potem przejęli go Persowie, teraz na dobre wzięli się za niego Partowie. To zapora przeciwko barbarzyńcom z północy, przy okazji broniąca dostępu do przełęczy górskich, którymi najeźdźcy mogliby wdzierać się w głąb kraju. Wielkie znaczenie ma ciągnący się obok kanał wodny, ciągle odnawiany, i dobrze utrzymany.  Ku mojemu zdumieniu, wyszło na to, że cały ten pas ziemi liczy sobie niemal tysiąc stadiów, co robi imponujące wrażenie, bo nie ma chyba w całym świecie tak wielkich, zwartych fortyfikacji.

Kraj jest gęsto zaludniony rozmaitymi, plemionami, głownie perskimi i medyjskimi, pospołu obsługującymi zabudowy, i osadzane wokół nich wojsko. Miejscowi znajdują tu zajęcie i niezły zarobek, bo przecież garnizony trzeba obsłużyć, karmić, poić, oporządzać, gdzieś rozlokować, nawet zabawiać. Nie ma osady, gdzie nie stałby piec do wypalania cegły. Ale jest tu też żerowisko dla spekulacji, wszelkiej łobuzerii i występku, tyle że wielkich band nie widać, gdyż zbyt dużo kręci się wszędzie żołnierzy. Nie są oni jednak niezawodnym gwarantem spokoju, gdyż brak im jednego dowództwa, osobne oddziały stoją na najemnikach i niewolnikach, więc i waśni miedzy nimi bywa wiele. Teraz roboty kulały, widocznie coś się gdzieś zacięło, najpewniej rozkradziono pieniądze, jak to zwykle bywa w granicznych prowincjach. Partowie nie byli mistrzami porządku, rządzili lokalni urzędnicy, dodatkowo rywalizujący z wojskowymi. Niby więc budowano, panowała jednak samowola, kto mógł, urządzał sobie tu własne interesy. Nihil novi sub sole.

Bardzo uważnie przyglądałem się temu wszystkiemu, notując w pamięci każdy szczegół, a to ze względu na obietnicę, złożoną Korbulonowi. Podczas przypadkowych rozmów w drodze i w kiepskich gospodach, starałem się wywiadywać o co się dało, udając podróżnika, zachwyconego wspaniałością krainy, i rozmachem w tworzeniu tego  gigantycznego, warownego muru. Raz nawet udało mi się na niego wejść, i obejrzeć, jak jest  urządzony. Szczególną pomocą był mi Agis, który ze znajomością rzeczy i uznaniem ocenił jego przydatność dla prowadzenia walki. Niestety, nie miałem możności obejrzenia od wewnątrz żadnej strażnicy, gdyż we wszystkich – a naliczyłem ich ponad dwadzieścia – stały małe oddziały partyjskich zbrojnych, niechętnych odwiedzinom nieznajomych.

Wzdłuż muru, w pewnym od niego oddaleniu, wiedzie szlak miejscowych handlarzy, których spotykaliśmy wielu, i z którymi poznawaliśmy się, całkiem nieraz przyjaźnie. Dużej wojny akurat nie prowadzono, wielka polityka toczyła się gdzieś daleko, więc ludzie skupiali się na własnych sprawach, wojując ze sobą tak, jak wszędzie wojuje się o lokalne przewagi i zyski, czyli bezwzględnie, chytrze, nawet krwawo. Gdzie spory ruch, tam i sporo chętnych, by na nim ugrać coś dla siebie. Kolejny raz przekonywałem się, że ludzką naturą wszędzie rządzą nieodmiennie te same siły i namiętności, nie ważne, czy to barbarzyński nomada, czy zwykły chłop, czy rzymski senator. Różni ich jedynie forma życia, rodzaj potrzeb, a przede wszystkim skala możliwości i środków działania.

Szanse spotkania tu kogoś, kto od tej reguły odstaje, była właściwie żadna. Ludzi uczonych brak, kapłani, jakich poznawałem w rozmaitych małych świątyniach, swym umysłem pozostawiali wiele do życzenia. Wszelako miałem podstawy przypuszczać, że jakoweś wieści o mnie biegły przed nami, chyba za sprawą owego kapłana z Karty. Otóż w  nielicznych rozmowach ze strażnikami ołtarzy ognia, których nawiedzałem pod drodze,  wyczuwałem jakby ciche zrozumienie dla mojej tu obecności. Być może to tylko imaginacja, lecz dziwić musiało, że nie dotknęły mnie żadne oznaki wrogości ani od nich, ani od nikogo od Persów w miejscach publicznych, gdzie się zatrzymywałem. Na szlaku bywało różnie, ale i tam obywało się bez groźnych utarczek.

Przypisywałem to po części dość już sprawnej znajomości języka perskiego, dzięki której zawsze jakoś udawało mi się zażegnywać nieporozumienia, jeśli do takowych dochodziło. Nie bez znaczenia było i to, że przez cały czas starałem się poznawać trochę obcych słów między miejscowymi plemionami, przynajmniej na tyle, by nie być wśród nich całkowitym niemową. Dzięki wyuczeniu się mowy Scytów szło mi to niezgorzej, gdyż odnajdowałem podobieństwa językowe, bardzo nieraz ciekawe. Postanowiłem sobie, że gdy bezpiecznie wrócę do Rzymu, spiszę kiedyś w osobnej rozprawie te doświadczenia, ku pożytkowi innych, chętnych do wyprawiania się w te strony.

Po niecałych dwóch tygodniach jazdy wzdłuż linii murów i fortów, skręciliśmy w jedną z przełęczy, kierując się ku miastu, o którym wiele zdążyłem już tu usłyszeć. Na szczęście nie jechaliśmy sami. Przyłączyliśmy się bowiem do pewnego handlarza koni, który wraz z synami i sługami pędził spore stado na wielki targ zwierząt, jaki odbywał się gdzieś daleko dwa razy do roku. Przejechawszy góry, znaleźliśmy się na wysoko położonej równinie, wygodnej do podróży, pięknej, choć nie tak już przyjaznej jak ta, po stronie morza. Gdyby bogowie nie zesłali mi tego kupieckiego przewodnika i całą jego gromadę, nie wiem, czy jadąc tędy sami, nie przepadlibyśmy w tej dzikiej krainie z kretesem. Handlarz pewnie prowadził swój dobytek dużymi dolinami, omijając lasy, pełne dzikich zwierząt, nawet węży. Za sprawą tych zagrożeń doszło po drodze do zdarzenia, które przysporzyło mi chwały wśród mych towarzyszy, a którego skutki okazały się wielce dla mnie pożyteczne w dalszej podróży.

Pewnego dnia jeden z synów właściciela stada, przez nieuwagę podrażnił żmiję gdzieś  między krzewami, gdzie się nieopatrznie zapuścił. Młodzieńca starano się ratować, oczyszczając nożem ukąszone miejsce, niemniej nie dawano mu zbyt dużych szans na przeżycie. Wiedziony odruchem postanowiłem wypróbować na nim leki, jakiem był dostał od greckich kapłanów na Cyprze. Rozpaczającemu ojcu zaoferowałem pomoc, a ten, w desperacji, przystał na nią, na wiele jednak nie licząc, gdyż takie ukąszenie traktowano właściwie jak wyrok śmierci. Kazałem ranę obmyć, po czym nasmarowałem ją owym mazidłem, które zalecono mi stosować przy ranach, nadto dając półprzytomnemu do wypicia dwie krople przeciwko truciznom i jadom. Oznajmiłem, że moc tych leków, powinna zadziałać w dwa, lub trzy dni, po czym z niepokojem w sercu zdałem się na los i wiarę w grecką naukę.

Było to z mojej strony wielkie ryzyko, bo od tej chwili brałem odpowiedzialność za tego człowieka, wystawiając na wielki hazard życie własne i Agisa. Jeśli młody umrze, wszystko skrupi się na mnie. Wolałem nawet nie myśleć, co mnie wtedy spotka ze strony tych ludzi. Zawiedziona nadzieja rodzi bowiem nieobliczalne i gwałtowne skutki. Wstrzymano pochód, rozłożono obóz, wszyscy czekali, bacznie przyglądając się, gdym co czas jakiś powtarzał swe zabiegi. Pierwszej nocy przyszła duża gorączka, następny dzień nie przyniósł  poprawy, chory trwał w odrętwieniu – ale wciąż żył, co już samo w sobie było dobrym znakiem.

Wreszcie trzeciego dnia, o świcie, do naszego namiotu wbiegł sam handlarz, wymachując rękami, i krzycząc coś, z czego zrozumiałem, że jego syn wrócił do przytomności. Poszedłem zaraz do chorego, któremu gorąco ustąpiło, ledwo dychał, ale jednak dychał! Podniósł się rwetes,  poczęto zanosić modły do tutejszych bogów w podzięce za cudowne ocalenie. Kamień spadł mi z serca, byłem już bezpieczny. Z niejaką zadumą myślałem, jak wielkie przewagi daje wiedza, nawet jeśli objawia się w dziwacznej zawartości małego, niepozornego pudełeczka.

Gdy słońce wzeszło dostatecznie wysoko, rozpaliłem ogień fenickim szkłem, oznajmiając, że trzeba raz jeszcze oczyścić ranę specjalnie oczyszczonym w nim, rozpalonym  nożem. Przyznaję, że zrobiłem to z próżnego wyrachowania, by dopełnić obrazu niezwykłości własnej osoby. Oczywiście, sztuczka ta wzbudziła niebywały podziw, a zebrani wokół małego płomienia wpatrywali się we mnie z wielkim szacunkiem, nawet z niejakim lękiem. Po raz ostatni opatrzyłem chorego, czyniąc przy tym wiele niby rytualnych gestów, co zostało przyjęte niemal z nabożną czcią. Tak oto znów wróciłem do roli kapłana, nadto jeszcze uzdrowiciela. Wiedziałem, ze może mi się to opłacić, gdyż wieść o sprawie na pewno rozniesie się daleko, co zapewni nam w drodze ludzką przychylność i jakie takie bezpieczeństwo.

Nazajutrz zwinięto obóz, i ruszyliśmy z wielkim pośpiechem, by nadrobić dwa dni wymuszonego postoju. Chory miał się już nieźle, radził sobie z pomocą towarzyszy, mnie zaś wszyscy traktowali z niebywałą atencją Po trzech dniach na równinie pojawiły się gęsto zbite, liczne osady, które pospołu tworzyły coś jakby rozległe miasto, zwane tu miastem koni. Handlarz nie chciał nawet słyszeć, żebym szukał domu podróżnego, tylko dołączył mój namiot do swego obozu około osobnej, wielkiej zagrody, gdzie zapędzono stado. Kilka następnych dni spędziłem krążąc po targowiskach, obserwując kupieckie obyczaje, poznając ludzi, wreszcie podziwiając rozmaite odmiany koni, których spędzono tu nieprzebrane ilości. Przedstawiany wszem jako wędrowny kapłan-cudotwórca mógłbym wręcz pławić się w okazywanym mi podziwie, lecz wolałem nie kusić losu ani nadużywać łaskawości i cierpliwości bogów nadmiernym folgowaniem swej próżności. Panowała tu gorączka złota, toczono spory, dochodziło do bójek. Na szczęście nie musiałam znów uciekać się do popisów medycznych, choć dwukrotnie rozpalałem ogień swoim sposobem, nieodmiennie wywołując  okrzyki niedowierzania i zachwytu.

Pewnego dnia, w dalekim mieście koni, między obcymi ludźmi, doszło do spotkania, jakiego nie wymyśliłby największy nawet poetycki fantasta. Mogło się to wydarzyć tylko za sprawą bogów, którzy najwyraźniej zabawiali się moją podróżą, podrzucając znaki, o zgoła zaskakujących znaczeniach, splatające w jeden węzeł dawne wątki dziejów zarówno Rzymu, jak i Tycjanów. Zwykle wydaje się nam, ze niezwykłości, jakie szykuje los, powinny się objawiać w zaskakujących, wręcz dramatycznych okolicznościach, a nie w zwyczajności przypadkowych z pozoru zdarzeń. Tymczasem tu wszystko zaczęło się od niewinnej chwili odpoczynku przy winie w kiepskiej karczmie, gdzie przybysze i miejscowi ochoczo przepijali pieniądze ze swoich zysków z targowisk. Co więcej, głównym bohaterem owego zdarzenia stał się Agis

Siedzieliśmy przy jednym ze stołów, rozstawionych na dworze, spokojnie obserwując rozbawionych już dobrze gości, i rozważając dalsze plany podróży. Wtem nadeszło kilku młodych ludzi, którym przewodził rosły osiłek, bardzo pewny siebie, i wyraźnie zaznaczający swe wielkie znaczenie. Wyróżniali się odzieniem, wyglądem,  również mocnym uzbrojeniem. Ich dowódca rozejrzał się dokoła, wreszcie zatrzymał wzrok na nas, i z niemiłym uśmieszkiem poprowadził swych kompanów w naszą stronę. O nic nie pytając, dosiadł się po drugiej stronie stołu, reszta rozlokowała się obok, gdzie kto mógł. Zapadła cisza, wszyscy czekali na to, co się wydarzy. Będzie albo pokój, albo awantura. Milczałem, nie chcąc sprowokować przybyszów jakim nieopatrznym słowem czy gestem.

Podszedł służący, spytał, co ma podać. Rozmawiali z nim w nieznanej mi mowie, nie zwracając na nas uwagi. Pozornie wszystko wyglądało zwyczajnie, jak to bywa w takich miejscach i sytuacjach, lecz czułem, że czeka nas jakaś niespodzianka. Zachowywali się bowiem wyzywająco, najwyraźniej szukając zaczepki. Uznałem, że nie ma co kusić losu, dałem znak Agisowi, by dopić wina, a gdy pojawił się znów sługa, niosąc zamówienie dla przybyłych mężczyzn, odliczyłem zapłatę, i wstałem, dając znak do odejścia. W tym momencie przywódca grupy podniósł się, i stanął naprzeciw Agisa, przegradzając mu drogę. Było to wyzwanie, którego nie można było nie podjąć.

Grek spokojnie wytrzymał spojrzenie intruza, po czym powoli odłożył swą broń, dając do zrozumienia, ze wyzwanie przyjmuje, ale proponuje walkę wręcz. Tamten pokiwał głową, również się rozbroił. Zrobiono miejsce, ustawił się krąg gapiów, ciekawych widowiska. I ja stanąłem z nimi, nie dając poznać po sobie, jak bardzo jestem zaniepokojony. Takie obyczaje są dość powszechne miedzy pospólstwem, kiedy idzie nie tyle o zabicie przeciwnika, ile o pokazanie, kto na danym terytorium jest najważniejszy. Kto wygra? Obydwaj byli słusznego wzrostu, silni, Agis nieco górował budową ciała, tamten jednak był o wiele młodszy i chyba zwinniejszy. Doświadczenie i wyćwiczenie dawnego legionisty, stawało naprzeciw młodości i zapalczywości nieznanego wojownika.

Walka nie trwała długo. Zrazu zdawało się, że mój sługa ulega impetowi wielkiej siły, lecz szybko okazało się, że bardziej skuteczna jest wyuczona, i sprawdzona przez lata zręczność w używaniu różnych zapaśniczych sztuczek. Agisowi udało się wreszcie złapać rozpędzonego przeciwnika chytrym chwytem, obalić na ziemię, i przytrzymać na czas dziesięciu uderzeń serca. Widzowie zaczęli głośno odliczać, aż wyszło na to, że mój sługa  wygrał!

Zaszło jednak coś dziwnego. Otóż gdy tak trwali w uścisku, obcy wysapał mu do ucha jakieś słowa, zapewne przekleństwa, a Agis nie pozostał mu w tym dłużny. Gdy wstali, nie rozeszli się, lecz trwali tak, patrząc na siebie, ale bardziej z nieufnym zdziwieniem, niż złością, a po chwili, ku zaskoczeniu zebranych, zaczęli cicho rozmawiać, ale już bez oznak wrogości! Gdy towarzysze pokonanego podbiegli z wyraźnie groźnymi zamiarami, ten powstrzymał ich wymownym gestem, nakazując zachowanie spokoju. Rozochoceni widzowie, spostrzegłszy, że nie będzie dalszej bijatyki, trochę rozczarowani, porozchodzili się do swoich stołów, ja zaś czekałem, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Nareszcie Agis, odszukawszy mnie wzrokiem, ruszył w moją stronę, prowadząc ze sobą osiłka, z którym przed chwilą tak zaciekle walczył.

– Panie, ten człowiek mówi, że chciałby cię poznać – rzekł, gdy już zatrzymali się  obydwaj przede mną. – Zna grecką mowę, i chciałby o coś wypytać – dodał, jakby się tłumacząc z tego dziwnego zachowania, co jeszcze bardziej wzmogło moje zdumienie całą tą sytuacją. Agis był przecież uważny, ostrożny, nieskory do pochopnych poczynań, musiało więc zajść coś szczególnego, co skłoniło go do okazania nieznajomemu aż takiej przychylności.

Krótki opis zdarzenia nie oddaje, oczywiście, jego dramatyzmu, kiedy to niebezpieczny prolog, i zaciekła wojowniczość akcji, zamieniły się w pokojowy finał. Zaciekawiony, nie okazałem niepokoju, mimo że obawiałem się jakieś chytrości ze strony obcego wojownika. Ponownie zasiedliśmy, tym razem we trzech, reszta kompanii, na rozkaz swego przywódcy, odeszła na bok, mając jednak nas cały czas na widoku. Rozpoczęła się rozmowa, jedna z tych bardziej niezwykłych na szlaku mej wędrówki, kiedy okazuje się, że to, co mamy za przypadek, staje się znaczącym znakiem w biegu zdarzeń.

Przedstawił się imieniem Patros, był dowódcą oddziału strażników, chroniących kupca, przybyłego tu, by wymienić znaczną ilość wschodnich towarów na konie. Sogdyjczyk z urodzenia, wywodził się jednak w dalekim pokoleniu z tych dawnych, rzymskich legionistów, którzy po bitwie pod Karrami, jako jeńcy trafili akurat do Baktrii. Jego przodkowi zaproponowano wówczas wstąpienie do wojska miejscowego satrapy, co przyjął, niejako z konieczności, gdyż w przeciwnym razie czekałaby go mizerna przyszłość przy ciężkich robotach. Wyzwolony po jakimś czasie za zasługi, ożenił się z tamtejszą Greczynką, dając początek rodowi wolnych zabijaków, najmujących się do służby u różnych panów. Ojciec Patrosa wyjechał do Sogdy, gdzie żyli inni potomkowie owych pojmanych jeńców, tam już został, przekazując synowi żołnierską wiedzę i tradycję rodzinną, w której osobliwym nakazem było poślubianie kobiet o greckim rodowodzie.

Niegdyś baktryjscy Grecy, potomkowie osadników Aleksandra, wiele znaczyli na tych ziemiach. Opanowawszy tutejsze ludy, stworzyli nawet swoje królestwo, które długo panowało, tocząc nieustanne wojny z Partami. Strabon pisał, że ulegli w końcu ludom Azjów i Tocharów, ponoć też i Saków, czyli tej odmianie Scytów, o których niewiele wiadomo. Część z nich zapuściła się do krain Indów, i tam osiedliła na dobre, próbując tworzyć małe, ale znaczące  księstwa. Wiemy o nich jednak mało, wyrywkowo, bez ładu i składu, nie tylko z braku jakichkolwiek zapisów, ale i wiarygodnych przekazów nielicznych podróżników i kupców. Dlatego z dużą ochotą wdałem się w znajomość z Patrosem, który, choć człowiek prosty, był przecież jako tako obeznany z tutejszą historią. Z tradycji rodzinnej wyniósł znośną znajomość greckiej mowy, tyle że w dawnym brzmieniu, a także nieco naszych słów i zwrotów, które traktował jako dziwaczną  pozostałość swego pochodzenia.

Moje wcześniejsze obserwacje okazały się nader trafne. Gdy Agis obalił go w walce, tamten zaczął odruchowo szpetnie kląć po grecku, i bardzo się zadziwił, że przeciwnik odpowiada mu równie soczystymi wyzwiskami w tym samym języku. Potem, od słowa do słowa, mimo początkowej wrogości, porozumieli się, a on sam, dowiedziawszy się, że jesteśmy przybyszami z kraju jego przodków, wielce się zapalił do bliższej znajomości. Zgodziłem się, acz z pewna rezerwą, więc zasiedliśmy do rozmowy, w której o sobie opowiedział, zadając też sam wiele pytań.

Tak to poznałem człowieka, dzięki któremu dalsza moja podróż przybrała niespodziewany obrót. Oczywiście, nie miałem wątpliwości, że ta sama ręka któregoś z bogów, która prowadziła mnie przez wiele miesięcy, ponownie nakierowała los ku memu pożytkowi. Takiego bowiem zbiegu okoliczności nie sposób sobie inaczej tłumaczyć, jak tylko działaniem siły wyższej.

Fakt, iż mój przodek walczył pod Karrami, niezwykle poruszył Patrosa, gdyż na jakiś sposób czyniło to z nas wspólnikami jednej przeszłości, która zdawała się tu odnaleźć swą jakże nieoczekiwaną kontynuację. Nie powiedziałem, z jakiego jestem rodu, po prostu wspomniałem jedynie o naszej żołnierskiej tradycji. Ostrożnie omijaliśmy drażliwy temat strasznej porażki legionów, zresztą nie miałoby to teraz żadnego sensu. Minął bez mała wiek od czasu wyprawy Krassusa, a nasze przekazy rodzinne, i sądy w nich zawarte, rzecz jasna, bardzo od siebie musiały się różnić.

W tym momencie dla mnie ważniejsze było co innego. Przybyli na targ Sogdowie niebawem zbierali się w drogę powrotną, a mnie zaświtała myśl, czy nie dałoby się skorzystać z okazji, i zabrać z nimi, przynajmniej na czas przejścia do wielkich równin, leżących za pobliskimi górami. Dowiedziałem się zawczasu, że tak właśnie przyjdzie wędrować, więc dobrze byłoby się z nimi umówić w tej sprawie. Mieli swoich przewodników, znających przejścia dla mnie nieznane, miałbym więc pewność, że się nie pogubię, ani nie zatracę, zwłaszcza gdyby przyszło napotkać jakieś wrogie plemiona.

Nie zdradzając się od razu z tym zamiarem, wyraziłem chęć spotkania z jego panem, pod pretekstem ciekawości poznania osoby z sogdyjskiego stanu kupieckiego, gdyż sam, należąc do podobnego w Rzymie, wiele mógłbym dowiedzieć się o ich zwyczajach handlowych. Patros obiecał, że się wywie, jak to ułożyć, wiec obiecaliśmy sobie, że niebawem zejdziemy się, by to domówić. Gdy oddalił się ze swymi kompanami, obydwaj z Agisem rozpamiętywaliśmy jeszcze niedawne zdarzenie, nie mogąc się nadziwić tak niebywałemu zbiegowi okoliczności, wszelako zgadzając się, iż był w nim jakiś zamysł bogów.

Patros słowa dotrzymał, i na trzeci dzień zaprowadził nas do swego obozu, gdzie w dużym, dobrze urządzonym namiocie przedstawił gospodarzowi, jako podróżników z wielkiego, dalekiego cesarstwa Romy, wędrujących dla poznania świata. Dodał też, że moja osoba cieszy się miedzy tutejszymi wielką estymą, jako ktoś  w rodzaju kapłana i uzdrowiciela. Najwidoczniej rozeszła się tu wieść o pomocy, udzielonej niedawno synowi handlarza koni, a także o moich sztuczkach z fenickim szkłem. Sogdyjczyk powitał nas grzecznie, acz z umiarkowanym zainteresowaniem. Na tle widocznego dostatku nie prezentowałem się zbyt okazale, nadto rozmowa mało się kleiła, gdyż porozumiewaliśmy się mieszaniną jego kiepskiej greki i mojej mowy perskiej, co nie dawało możności wysławiania się zbyt okazale i dokładnie. Wprawdzie Patros wspierał mnie jako tłumacz, lecz pierwsze  wrażenia z tego spotkania były raczej niezbyt obiecujące.

Ponieważ gospodarz nie kwapił się do wylewności, nie wspomniałem o moim pomyśle dołączenia do ich grupy w drodze powrotnej. Zamiast tego, ostrożnie rozpytywałem o sprawy handlowe, o karawany ze wschodu, o bezpieczeństwo na ich szlakach. Opowiedziałem mu, jak wielkim powodzeniem cieszą się wschodnie towary w moim kraju, jak wiele ludzie chcą za nie płacić, i jak trudno je zdobywać. Nie byłby dobrym kupcem, gdyby nie dał się wciągnąć w rozmowę o cenach, zyskach, pośrednikach, wreszcie o wartości pieniędzy. Tak też się stało, co dało początek naszym lepszym później stosunkom, choć, z oczywistych względów, nie wyznawałem mu swego mego prawdziwego imienia. Od słowa do słowa, umówiliśmy się na kolejne spotkanie, co uznałem za dobry omen, upatrując w tym szansy na sukces swych planów.

Trwało to czas jakiś, lecz w kilka dni później udało mi się w końcu napomknąć moim nowym, sogdyjskim znajomym o chęci towarzyszenia im w drodze na równiny za górami. Kupiec, przychylniej już do mnie usposobiony, przystał na to dość chętnie, pomny opinii, jaką miałem między ludźmi. Zyskiwał tym kogoś, kto, w jego mniemaniu, może w razie czego być użyteczny, poza tym nie był od tego, by w wolnych chwilach porozmawiać o możliwościach prowadzenia handlu na tak wielkich odległościach, jakie dzieliły Sogdę od Syrii, a dalej od Rzymu i Grecji. Trzeba przyznać, że swym kupieckim zmysłem wyczuwał przyszłość dla wielkich interesów na tych szlakach, choć brakło mu wyobraźni i wiedzy, jak można by je urządzać w praktyce. Oni u siebie nie znali zasady bankowych udziałów w dużych projektach handlowych, każdy działał na własną rękę, co ograniczało skalę ich działań. Z wielkim zainteresowaniem wypytywał o rodzaj rządów rzymskich, szybko też dostrzegł, że wielkie imperium stwarza równie wielkie możliwości dla gromadzenia pieniędzy.

Koniec końców, zgodził się na moją obecność w swej drodze powrotnej,  oddając na ten czas pod opiekę Patrosowi. Agis miał wesprzeć strażników, trochę ich poduczyć żołnierskiego rzemiosła, ja zaś, na prawach gościa, miałem towarzyszyć mu w spędzaniu wolnych chwil na wymianie opowieści o naszych krajach i obyczajach, a w razie potrzeby służyć swymi ozdrowieńczymi lekami. Powściągliwy, zrazu nieco wyniosły Sogdyjczyk, dał tym dowód pewnej ogłady, choć daleki był od nadmiernej serdeczności. Przez kilka dni, dzielących nas od wyjazdu, odwiedziłem go jeszcze dwukrotnie, wiele z tych wizyt wynosząc  wiedzy o krainie, która niebawem miałem zobaczyć na własne oczy.

Gdym powiadomił mego dotychczasowego gospodarza o odjeździe, spotkała mnie miła niespodzianka. W podzięce za uratowanie syna, obdarował mnie wspaniałym koniem nesajskim ze swego stada. Był to gest wielkiej hojności, nad wyraz honorowy, który przyjąłem z podziękowaniem, nadto z cichym ukontentowaniem, jako że wzbogacił nasz mocno już uszczuplony dobytek w pieniądzach i towarach na wymianę. W razie konieczności, za cenę tego zwierzęcia mógłbym przeżyć – skromnie, bo skromnie, ale jednak – kilka miesięcy dalszej podróży, a to miało niebagatelne znaczenie w sytuacji, gdy ledwo sobie wyobrażałem, jak dalej się ona potoczy, i ile jeszcze potrwa. Nasze rozstanie odbyło się z wielkim szumem, pokłonami, wzajemnymi życzeniami pomyślności, wręcz gorąco i hucznie. Udzielono mi też wielu rad i wskazówek co do drogi, czego się wystrzegać, na co zwracać szczególne baczenie. Jednym słowem, pożegnano mnie jak dobrego przyjaciela i dobroczyńcę.

30. Wśród obcych

I tak niebawem ruszyłem wraz z dużą grupą sogdyjczyków w dalszą podróż, tym razem na ziemie, o których pojęcie miałem ledwie szczątkowe i mgliste. Szczęście mi sprzyjało nad wyraz, gdyż miałem iść z nimi aż do samej Baktrii. Fandak – tak bowiem zwał się mój kupiec – pędził stado do miasta, zwanego Merw, gdzie spodziewał się sprzedać je z wielkim zyskiem wysłannikom baktryjskich władców, na użytek ich wojsk. Potem wracał już do siebie, tym razem z towarami, przeznaczonymi dla rodzimych wielmożów. Był doskonałym przykładem na słowa Melosa, który tłumaczył mi, że ludzie to tylko tragarze, na czyich grzbietach wędrują rzeczy, zmierzające do swych przyszłych właścicieli.

Z opowieści Fandaka wywnioskowałem, że krążył miedzy Sogdą, a wschodnią Hyrkanią, zmieniając tylko zawartość swych kupieckich bagaży. Jeden taki obrót podróżny zajmował mu kilka miesięcy, przynosząc wielki dochód.  I choć był już bogaty, to przecież nie spoczywał na laurach, nie oddawał się miłemu lenistwu, lecz po jednej zakończonej wyprawie zaraz planował następną. Taka już jest natura prawdziwych kupców, którzy nie potrafią usiedzieć na miejscu, lecz wiedzeni po równo chciwością, ale i potrzebą ruchu, czy wręcz przygody, także chęcią wybicia na jak największą pozycję, puszczają się raz po raz na hazard, stanowiący sam w sobie sens ich życia.

Jako Tycjan doskonale to pojmowałem, on zaś czuł, że ma we mnie pełne zrozumienie dla swej życiowej postawy. Różniło nas w istocie tylko to, ze ja dodawałem do tycjanowskiego pędu za zyskiem jeszcze poszukiwanie wiedzy, co daleko wykraczało poza praktyczny aspekt wypraw handlowych. Gdym oględnie wspomniał mu co nieco o naszej pozycji i handlowej tradycji rodzinnej, niezbyt dowierzał mym zapewnieniom o znaczeniu ciekawości poznawania świata.. Miał to za kaprys bogacza, twierdząc, nie bez pewnej racji, że to tylko pretekst, kryjący cele handlowe, a może i szpiegowskie, jakie mnie tu przygnały. W jego przekonaniu gromadzenie wiedzy ma sens tylko o tyle, o ile czyni z niej narzędzie, przydatne w interesach, czy polityce. Na pierwszych znał się doskonale, oczywiście na swoją miarę, druga interesowała go na tyle, na ile pomagała, lub utrudniała zdobywanie i gromadzenie zysków.

– Nie ważne, kto rządzi, byle za bardzo ze mnie nie zdzierał, i nie przeszkadzał w wolnym handlowaniu – tak wykładał mi swoją prostą filozofię obywatelską. – Każdej władzy trzeba się opłacać. Jeśli zanadto nie dusi, i zachowuje umiar, niech sobie robi, co chce. Byle pamiętała, że kto chce dostawać złoto, musi zapewniać bezpieczeństwo tym, którzy jej zdobywają.

– A wojny? – spytałem? – Zbyt wojowniczy władca może wpędzać kraj w kłopoty, nawet biedę.

– Wojny były, są i będą, i nieźle daje się nich zarabiać, byle schodzić z widoku, i nie pchać się na bohatera. Płaci każdy. I ten, co chce wygrywać, ale i ten, co przegrywa. Złoto nie ma przyjaciół, ni wrogów, po równo przechodzi z rak do rąk.– Naraz zaśmiał się. – Jednemu się do nich klei, drugiemu nie. Jak komu je posmarowano miodem po urodzeniu.

– Nie rozumiem

– To taki nasz obyczaj. Dziecku smaruje się tak dłonie, żeby były lepkie przez całe życie. Niektórym to się przydaje, innym nie.

Przez dwa z górą tygodnie wędrówki z sogdyjskim kupcem, wiele się dowiadywałem  o dziejach i życiu w tych krainach. W swej pamięci założyłem osobny kącik dla gromadzenia tej wiedzy, by później ją  należycie uporządkować w księgach, jakie zamierzałem napisać po powrocie do Rzymu. Zbierało się tego sporo, tyle że wyrywkowo i w kawałkach, gdyż Sogda,  choć kraj ogromny, to jednak rozdrobniony na małe ludy i królestwa, często ze sobą zwaśnione, i bezlitośnie łupiące poddanych. Każde ma swoją historię, swoje osobliwości, nigdy jednak nie udało się ich połączyć w jedno wielkie, silne państwo. Dlatego zawsze ulegali obcym. Przed wiekami całą ich krainą rządzili Persowie, później została zdobyta przez Aleksandra, i wcielona do jego imperium. Przechodziła z rak do rąk, od Greków baktryjskich, znów do Persów, teraz  po części podległa jest Partom, z którymi wspólnie broni się przed naporem ludu Kuszanów.

Lecz, jak to bywa na tak rozległych przestrzeniach, zdobywcy ściągają daniny z podbitych ludów, ale nie wtrącają się zbytnio do ich wewnętrznych spraw. Tym sposobem, Sogda, która właściwie nie ma stałych granic, gdyż nie wiadomo gdzie się zaczyna, a gdzie kończy, w polityce nie istnieje jako całość, za to staje się potęgą w handlu. Ma dwie główne siły żywotne, żyzność i bogactwo ziemi, oraz kupiecką ruchliwość i przemyślność, dzięki którym zawdzięcza swą pomyślność. Fandak należał do tych, obdarzonych szczególnym talentem zamieniania jednego i drugiego na złoto, niezależnie od zmienności kaprysów historii. Jedyne, co go w nich interesowało, to bezpieczeństwo jego samego, i jego interesów. Był kupcem średniego formatu, nie z największych, ale i nie z najmniejszych. Społeczność jemu podobnych spajała Sogdę niewidzialnymi więzami silniej, niż wojska rodzime, czy obce.

Niezwykle zainteresowało go urządzenie naszych stosunków, zwłaszcza spisane prawo, obowiązujące wszystkich obywateli, i pozwalające zachować całkiem udany ład w społeczności tak ogromnego imperium, jak rzymskie. Szczególnie trudno mu było pojąć zasadę, iż dla dobra wspólnego narzuca ono rygory, uniemożliwiające samowolę nawet najbogatszych i najsilniejszych. Słusznie jednak zauważył, że sądy trybunałów i tak muszą być jakoś przekupne, choć przyznał, że lepsze to, niż całkowita dowolność w rozstrzyganiu sporów. Szczególnie zdumiało go, że dochodzić swego można gdziekolwiek bądź, gdyż prawo obowiązuje jednako wszędzie w państwie, na czym też zasadza się idea wspólnoty jego obywateli we wszystkich prowincjach. Spodobało mu się to, niemniej stwierdził, że u nich byłoby to niemożliwe, gdyż każde królestwo, mniejsze czy większe, rządzi się po swojemu. Tyle że kupcy, niezależnie skąd są, i pod kim żyją, mają swoje własne, niepisane reguły, i sami rozsądzają się we własnych interesach, gdziekolwiek by nie trafili, tyle, że i tak zwykle decyduje waga złota, a nie siła racji.

Choć wędrówka do Merwu trwała wiele dni, czas mijał szybko, a to dzięki rozmowom z Fandakiem, także z Patrosem, a nade wszystko wrażeniom, jakie wynosiłem z poznawania miejsc, o których mało kto miał u nas jakiekolwiek pojęcie. Niestety, ku memu rozczarowaniu, nie udało mi się zobaczyć sławnej Nisy, znaczącego miasta z wielką, partyjską twierdzą, gdyż ominęliśmy ją, zmierzając w kierunku wschodnim, bardziej na południe, by wyjść bliżej traktów w stronę baktryjską. Mieliśmy dwóch przewodników. Pierwszy, najęty spośród miejscowych, wywiódł nas na drugą stronę gór, prowadząc drogami wzdłuż małych rzek, gdzie trzykrotnie zatrzymywaliśmy się w tylko jemu znanych dolinach, zdatnych na obozowiska dla ludzi i dużej ilości koni. Otrzymawszy zapłatę, zawrócił z powrotem, jego zaś zadanie przejął człowiek z drużyny Fandaka, ni to Sogdyjczyk, ni Baktryjczyk perskiego pochodzenia, który ziemie, dzielące nas od Merwu, znał jak swoje pięć palców.

Tu trzeba było zarówno dużej wiedzy, jak i doświadczenia, gdyż szliśmy skrajem  wielkiej pustyni, wciskającej się co i raz w równinę, wiodącą ku miastom Baktrii. Najważniejsze, to znać miejsca, gdzie jest woda i choćby najlichsze pastwiska dla stada koni. Trafia się tu mnóstwo małych strumieni, które co i raz znikają pod ziemią, by gdzieś dalej znów wypływać na wierzch. Znajomość tych, i innych jeszcze tutejszych osobliwości, na swój sposób,  przypominała mi to, co widziałem u dobrych żeglarzy na otwartym morzu, którzy, chcąc pewnie prowadzić statek do celu, muszą umieć rozpoznawać najdrobniejsze znaki na niebie, w wodzie i powietrzu, także mieć wyczucie czasu i odległości. Przewodnik prowadził nas bez wahania, choć niekiedy trudno było dociec, czym kierował się w wyborze kierunku na szerokiej przestrzeni.

Lecz nie tylko znajomość drogi była ważna, ale i wiedza o rozmaitych bandach  miejscowych plemion, chętnych napadać handlarzy, grabiąc ich, a niekiedy nawet zabijając. Dobry przewodnik bywa więc i pośrednikiem w opłacaniu haraczu na modłę pustynnych ludów, nieraz nawet samemu czerpiąc z tego swój cichy zysk. Kto nie przestrzega tego obyczaju, marnie na tym wychodzi. W dwa czy trzy dni po wyjeździe napotkaliśmy taka dużą grupę uzbrojonych ludzi, która otoczyła nas, w oczekiwaniu na decyzję swego przywódcy. Można było, oczywiście, wdać się w walkę, lecz nie wiadomo, czym by się ona skończyła.

Doszło jednak do ugody, bandyci dostali tyle, ile nakazywał zwyczaj, po czym  puścili  nas wolno. Fandak, obeznany z tym porządkiem rzeczy, nie protestował, co było zrozumiałe, gdyż miał zbyt wiele do stracenia. Nieco później uświadomił mi, że taki haracz wlicza w koszty, co dobrze rozumiałem, gdyż ta praktyka nie jest obca Tycjanom w interesach, nie tylko miedzy obcymi, ale nawet i swoimi. Opłacenie się bandzie – nie tylko obdartusów na dzikich stepach, ale i wystawnych urzędników w ich biurach! – zwalnia z podobnych przygód w dalszej drodze, gdyż wieść o tym przekazywana jest dalej, co przez innych, im podobnych,  uchodzi za wypełnienie obowiązującego, niepisanego, a osobliwie złodziejskiego prawa. Jak oni wszyscy się potem miedzy sobą liczą, pozostaje ich tajemnicą, której lepiej nie dochodzić. Tak czy owak, nasz przewodnik okazał się być użyteczny nie tylko dla swej znajomości drogi, ale i tego kogo się na niej spotyka.

Miał ze sobą syna, młodziutkiego chłopca, którego przyuczał na swego następcę, jako że w jego rodzinie zajęcie to dziedziczy się z pokolenia na pokolenie. Wyrostek przypominał trochę Dolana, był równie obrotny, bystry i szybki, lubili go wszyscy bez wyjątku. Także Agis, który w wolnych chwilach na postojach ćwiczył trochę strażników w różnych rodzajach walki, znajdował czas na ustawianie mu ręki do małego miecza. Mnie samego ujmował tą samą bezceremonialnością, jaką zaskakiwał tamten mały Scyta, a która uchodziła mu jednak płazem, mimo iż niekiedy nazbyt swawolnie mielił ozorem. Gdym przyglądał się, jak radzi sobie pod okiem ojca, jak swobodnie uwija się po okolicy, między ludźmi i końmi, wracało wspomnienie nie tylko Dolana, lecz i jego siostry, przywołując uczucia, skryte głęboko w zakamarkach pamięci. Otrząsałem się z nich, nie chcąc przyznać nawet sam przed sobą, jak bardzo brak mi jej obecności. Częściej niż bym chciał, zastanawiałem się, czy  odnalazła drogę do swoich, jak została z bratem powitana, gdzie obydwoje są, i co robią.

Co i raz dawało o sobie znać owo rozdwojenie miedzy dawnym Tycjanem, a nowym Festusem, jakie dostrzegałem w sobie od dłuższego już czasu. W stosunkach z Fandakiem silnie odzywała się natura rzymskiego kupca i bankiera, przystająca do treści naszych rozmów, i sprzyjająca wzajemnemu zrozumieniu w  wielu sprawach, związanych prowadzeniem interesów w ciągle niespokojnym świecie. Sogdyjczyk szybko zorientował się, że znam się na rzeczy, że pochodzę z kręgów o dużym znaczeniu i silnej pozycji wśród swoich. Przypisywaną mi rolę kapłana i uzdrowiciela  przyjmował za prawdziwą, lecz przyznawał, iż ma ja za swego rodzaju pozór, za którym kryją się zgoła inne powody, dla których podjąłem się tak dalekiej wyprawy. Swym handlowych zmysłem wyczuł, że jeśli nawet poszukuję wiedzy, to głównie takiej, która ma służyć przyszłym, rodzinnym zyskom.. Sceptycznie jednak odnosił się do moich pomysłów na interesy w tej części Azji, nie bez racji twierdząc, ze przy tak ogromnych odległościach nie ma gwarancji ich sukcesów. Żałowałem, że nie ma ze mną Melosa  z jego praktycznym geniuszem handlowym, gdyż bez wątpienia nie tylko znalazłby argumenty przeciwko tym zastrzeżeniom, ale i namówiłby Fandaka do jakiejś współpracy.

Wszelako zza owej tycjanowskiej postawy wyzierał duch Festusa, wędrowca, człowieka patrzącego na świat i ludzi innymi nieco oczami. Przesadą może byłoby twierdzić, że nabrałem wobec niego więcej pokory, niemniej nauczyłem się studzić swe oceny i sądy, nie dzieląc już wszystkiego i wszystkich miarą rzymskiego patrycjusza. Przekonałem się, że  naturalna duma i przymioty ducha, mogą być przyobleczone w proste szaty i objawiać się w kimś zgoła niepozornym, nawet wśród tych, których skłonni jesteśmy mieć za barbarzyńców. Że sztuczna wyniosłość bywa śmieszna, a uczoność nie zawsze idzie w parze z życiową  mądrością. Że więcej pożytku jest w umiejętności radzenia sobie ze zwyczajną codziennością, niż w rozwlekłych, a wyniosłych dociekaniach o jej prozaiczności. Że można kontentować się tylko tym, co niezbędne, i że w niczym nie pozbawia to radości życia. Nade wszystko jednak Festus polubił wielkie przestrzenie, wolność w ich przemierzaniu, gotowość stawiania czoła wyzwaniom, jakie niosą. Gdy czasami wspominałem krążenie po rzymskich salonach i czas, spędzany na towarzyskich zabawach, czy dysputach, ogarniał  mnie pusty śmiech na myśl o jałowości tamtych zajęć.

Jedyne, co pozostawało niezmienne, to pragnienie wiedzy, ciekawość świata, chęć ogarniania umysłem jego tajemnic, różnorodności i bogactwa. Stopniowo dochodziłem do przekonania, że choć studiowanie ksiąg jest w tym koniecznością, to jednak bez własnego doświadczenia ich zawartość pozostaje zbiorem beznamiętnych zapisów, które ciekawią i uczą, lecz przecież dają ledwo skąpe wyobrażenie o tym, co się za nimi kryje. Co więcej, teraz, gdym na własne oczy obejrzał wiele z tego, o czym czytałem od dzieciństwa z zapartym tchem, i co przyjmowałem jako pewniki, zorientowałem się, że jest w tych lekturach sporo  przeinaczeń i wymysłów imaginacji autorów. Nie, żebym kwestionował ich dobrą wolę, czy nawet ich własne spostrzeżenia, lecz moja wiara w ostateczność i jednoznaczność wniosków, jakie sugerowali, mocno została nadwyrężona, zwłaszcza w tym, co się tyczy losów i obyczajów różnych ludów. Historia nie zawsze wygląda tak, jak piszą ja wielcy, zwycięzcy, nawet uczeni, czy chętni na to, by nimi być.

Równie ważne, co owo nabranie dystansu do minionego życia i do wyuczonej wiedzy, wydało mi się umocnienie w pewności siebie. Rozważną. tycjanowską powściągliwość coraz częściej, nie tylko w razie nagłej konieczności, zastępowała odruchowość, wręcz żywiołowość zachowania, zwłaszcza wtedy, gdy nie było czasu na ważenie racji. Nauczyłem się ufać swym odruchom, nawet jeśli kryło się za nimi ryzyko popełnienia błędu. Nabrałem tez śmiałości do wchodzenia między ludzi, bez zakładania z góry, kim są, lub być mogą. Nie znaczy to, że zaniechałem rozumnej ostrożności, raczej wyzbyłem się uprzedzeń wobec widocznych oznak ludzkiej odmienności, czy niedoskonałości, także mniemań, jakie mogły budzić. Nie wstydziłem się przy tym prosić o naukę i radę tych, których kiedyś uważałbym za gorszych czy głupszych od siebie. Przestałem też skrywać słabostki własnej natury, by wystawiać się lepszym i układniejszym, niż w istocie jestem. Niezwykłe okazało się, jakie  zadowolenie daje, i jaką przynosi ulgę, zaprzestanie udawania, także nabieranie ufności we własne siły i odkrywane w sobie możliwości.

Nadal jednak tkwiła we mnie zadra, której na imię było Asza. Wciąż jeszcze uważałem, że stało się tak, jak stać się musiało, niemniej nie miałem do końca pewności, czy było to dobre, po równo dla niej, dla mnie, jak i dla nas obojga. Za słuszne przyjąłem ze wszech miar logiczne rozwiązanie Tycjana, niemniej Festus czuł niejasny żal za niespełnionym uczuciem. Przepowiedziała mi to kapłanka Afrodyty, lecz czy owo fatum wynikało z konieczności, czy tylko z uksztaltowania charakteru i umysłu? Czy tycjanowska rozwaga nie uczyniła z Festusa zwykłego tchórza? Czy to, co bierzemy za życiową roztropność, nie jest aby zmyślnym usprawiedliwianiem słabości, i lęku przez odpowiedzialnością? Czy była to ostrożność, czy już obłuda?

Wędrowanie przez wielkie przestrzenie, jakkolwiek uciążliwe i niekiedy nużące, ma tę  zaletę, iż daje dużo czasu do obserwacji i samotnych przemyśleń. Sogdyjczycy byli bardzo zajęci pilnowaniem stada i całodziennymi obowiązkami, więc w ciągu dnia rzadko kiedy miałem okazję do dłuższych rozmów. Wieczorami, Fandak i Patros zmęczeni doglądaniem porządku, wdawali się w krótkie pogawędki, ale i tak dopiero po tym, jak szczegółowo ustalili z przewodnikiem plany na następny dzień. Trafiały się po drodze większe osady, gdzie zatrzymywaliśmy się na dłuższy popas, i tylko wtedy nadarzała się sposobność do poważniejszej wymiany myśli, i rozpytywania o rzeczy dla mnie najbardziej zajmujące, czyli o osobliwości tych krain, ich dzieje i zwyczaje.

Spytałem kiedyś Patrosa,, w jaki stopniu czuje się potomkiem Rzymian i Greków, a w jakim ma się za Sogdyjczyka. Czy nie przychodziła mu do głowy myśl, że warto by kiedyś wrócić do ziemi przodków? Bardzo go to zdziwiło, tylko się roześmiał, mówiąc, że nie za bardzo rozumie, o czym mówię.

– Czego miałbym szukać w obcym świecie? Tu jest mój dom, moje życie. A tam co? Tu wiem, kim jestem. A tam kim miałbym być? To nie ma sensu.

– Przecież macie rodzinną tradycję, po ojcach, i po greckich matkach. To tylko obyczaje, czy coś więcej?

– Legendy, lepsze, gorsze, ale tylko legendy. Czasami się je wspomina, raczej od święta, a i to bez zbytnich sentymentów. Owszem, nasze pochodzenie jakoś nas tu wyróżnia, niekiedy nawet na korzyść. Ale nie znam, Viatusie, nikogo z takich rodzin, kto chciałby szukać dla siebie przyszłości w snach o przeszłości. Zresztą, po co miałby to robić

– Przyjęto by was z otwartymi ramionami.

–  I co? Skończyłoby się  na uściskach, potem pokazywaliby nas jak dziwolągi, wreszcie zostawili samych sobie.

– Jesteś młody, silny, znasz żołnierkę. Mógłbyś wstąpić do legionów, walczyć.

– Chyba żartujesz?. Wojsko nie dla mnie. Jestem wolny, sam decyduję kiedy, i z kim walczę. I za ile. Tu jest dużo miejsca dla każdego. I dużo okazji do zdobywania sławy i pieniędzy.

Więcej do sprawy nie wracałem. Patros, choć człek prosty, swój rozum miał, tyle że praktyczny, nastawiony na własne potrzeby. Jeśli nawet zdarzało mu się wypytywać o Rzym, to bardziej dla wyjaśnienia sobie okoliczności wojny, w jaką zaplatał się jego przodek, niż szukania wiedzy o kraju, z jakiego się wywodził. Wolał rozmowy i ćwiczenia z Agisem, w których poznawał wiele przydatnych umiejętności z wojskowego rzemiosła, sposobów prowadzenia walki, rozmaitych sztuczek z bronią i w polu. Dobrze popamiętał lekcje, jakiej onegdaj Grek udzielił mu w walce.

 Zastanawiałem się, czy gdybym i ja wyjechał na stałe w obce kraje, i miał tam dzieci, to wykorzeniłbym się z przeszłości, zostawiając potomkom po sobie tylko legendy, wyzute z tęsknoty za porzuconą ojczyzną. Lecz czemu miałbym to zrobić? Chyba z konieczności, ze zrządzenia losu, bo na pewno nie z wyboru. Co ciekawe, takie wizje niezwykle studziły moje wątpliwości, związane z Aszą. Znów logika brała górę nad mglistą uczuciowością. Cóż, tak źle, i tak niedobrze.

Początek u Kresu Drogi

31. Dzieją się rzeczy niezwykłe

Do Merwu dotarliśmy w dobrej kondycji, choć, nim wjechaliśmy na ziemie wokół niego, jazda przez poprzedzającą je pustynną  równinę mocno dała się nam we znaki. Fandak nakazał, by przed wjazdem do miasta zatrzymać się na dwa dni niedaleko osady nad małą rzeczką. wpadająca dalej do rzeki zwanej Murgab, płynącej przez miasto, do którego zmierzaliśmy. Na dobrych pastwiskach konie mogły spokojnie wypocząć pod opieką poganiaczy, by nabrać dobrego wyglądu i wigoru przed wystawieniem ich na sprzedaż. Ogarnęła mnie niejaka ekscytacja, gdyż oto po wielu miesiącach podróży wjechałem na ziemie baktryjskie, co było przecież głównym zamiarem mej wyprawy. Co prawda, według tego, co mi mówiono, do serca Baktrii nad Oksosem trzeba by iść jeszcze dwa czy trzy tygodnie, lecz w moim odczuciu nie miało to już takiego znaczenia. Okazało się, że Merw to nic innego jak Aleksandria Margańska, założona przez Macedończyka jako strategiczna warownia na szlaku jego wyprawy. Widać było  nawet resztki dawnych wałów, usypanych dla obrony przez atakami nomadów z północy, ale i dla osłony pól przed piaskami pustyni.

Strabon, choć sam nigdy do Margany nie dotarł, na podstawie cudzych opowieści pisał o niej z największym uznaniem, jak o krainie obdarzonej przez naturę niezwykłym pięknem i bogactwem żyznej ziemi. To tu w pierwszej kolejności osadzano rzymskich jeńców spod Carrhae, co okazało się dla nich błogosławieństwem, gdyż zyskali warunki do życia daleko lepsze, niż mogli się spodziewać gdzie indziej w swej jenieckiej niedoli. Historia raz po raz splątywała w Baktrii losy Rzymian, Greków i Persów w ciągłe wewnętrzne bunty i wojny, tyle że greckie królestwo baktryjskie dawno już przeminęło, a wszystkich pogodzili panujący tu od jakiego czasu Partowie. Z tego, co mówił Fandak wynikało, iż dzisiaj wszyscy pospołu łączą siły, by odpierać napór ludów ze wschodu, głownie Tocharów i Kuszanów.

Sytuacja jest tu jednak szalenie pogmatwana, tym bardziej, że coraz częściej dają znać o sobie Hanowie, czyli po naszemu tajemniczy, wręcz mityczny lud Serów. Mają oni ponoć wielkie cesarstwo za ogromnymi górami na wschodzie, skąd wychynęli ich kupcy ze swymi towarami, w tym z tak cennym u nas jedwabiem. Ich nagłe najazdy czasowo ustały, natomiast ruszył handel, i to na coraz większą skalę. O polityce niewiele tu kto co wie, mało zresztą ona kogo interesuje, zwłaszcza że wyobraźnię rozpalają teraz wizje wielkich zysków, jakie zaczęły płynąć z karawan, krążących coraz częściej ze wschodu na zachód, i odwrotnie. Wszystkiego tego dowiadywałem się stopniowo od Fandaka, który z wyczuciem, godnym kupca większego, niż w rzeczywistości był, znakomicie orientował się w tych grach o towary i złoto. Twierdził, że jego Sogda, leżąca na styku dwóch światów, zyska tu niebawem wielkie przewagi jako jedyny liczący się miedzy nimi pośrednik i przewoźnik.

Moja tycjanowska wiedza hamowała nieco jego entuzjazm, gdyż tłumaczyłem mu, że bez zakładania dużych banków i faktorii, bez weksli, listów zastawnych i udziałów, nie ma co planować i urządzać naprawdę poważnych interesów. Dawałem mu na to przykłady rzymskie, fenickie, nawet greckie i żydowskie. Musi też być jakiś jeden, a dobry pieniądz na dużych przestrzeniach, żeby dawało się prowadzić rachunki między pośrednikami, bez wykładania od razu złota na stół. Tymczasem, przy takim jak tu rozdrobnieniu władzy między małych, lokalnych despotów, każdy z nich liczy po swojemu, bije własną monetę, ma własne cła, trudno jest rozeznać się, co, gdzie, i ile jest warte.. Kupcy, choć trzymają się własnych zasad, są zdani na siebie, a nie na prawo, choćby i niedoskonałe. Sama tylko wymiana towarów, przy rozdrobnieniu sił,  nie daje zbyt wielkich zysków.

Fandak kręcił nosem, mówił o ryzyku, ale pojął wreszcie, że kupcy bez banków daleko nie zajdą.  Uważnie przemyśliwał te sprawy, wątpiłem jednak, czy spróbuje przełożyć je na swoje interesy. Cóż, powszechnie wiadomo, że przyzwyczajenie jest silniejsze od gotowości do wprowadzania nowości. Może gdyby te ziemie zjednoczył jakiś rozumny władca,  twardą ręką zaprowadził ład i zapewnił spokój na dłuższy czas, rzeczy uległyby zmianie, z korzyścią dla ludzi odważnych i z dobrymi pomysłami.

Stanęliśmy tuż pod miastem, na rozległych polach targowych, rozbito obóz, zagrodzono konie.  Fandak wysłał kilku ludzi na przeszpiegi, by rozeznali się, gdzie kto zjechał, i z czym. Miał umówionego wcześniej handlarza, zajął się swoimi sprawami, mnie zaś pozwolono czas jakiś pozostać u nich ze swoim namiotem, dopóki nie rozejrzę się, i postanowię, co czynić dalej. Prawdę mówiąc, byłem w pewnej rozterce.  Czy jechać dalej, w głąb Baktrii, czy skończyć tu wyprawę, i zbierać się do powrotu?  Fandak zaproponował, bym poczekał, aż dobije swych interesów, kupi towary i ruszy do Sogdy. Oferta kusząca, lecz oznaczała kolejne dwa lub trzy miesiące drogi, która wywiodła by mnie zbyt już daleko.

W istocie zdałem sobie sprawę, ze sam nie wiem, gdzie dokładnie ma być kres mej wędrówki. Wcześniej widziałem rzecz całą w ogólności, teraz przekonałem się, ze właściwie nie sposób go oznaczyć w jakimś jednym, konkretnym miejscu. Zadanie, jakie postawił mi ojciec wypełniłem, chociażby w Beroi, potem poznałem przydatne dla nas zwyczaje w dalekich krainach, teraz zawiązałem nić dobrej przyjaźni z sogdyjskim kupcem, tyle że, nie mając pojęcia, jak w praktyce, przy takich odległościach, dałoby się ją podwiązać wprost pod nasze interesy. Tu trzeba by mieć długą sztafetę małych faktorii, lub przynajmniej pewnych  pośredników i strażników, a na miejscu kogoś zaufanego, kto krążyłby miedzy nimi i doglądał całości. Przy nieustannych zamieszaniach, walkach między rozmaitymi ludami i  małymi królestwami, w warunkach niejasności i niepewności, byłoby to niemożliwe..

Patros uświadomił mi, że Rzym nie ma tu żadnego oparcia, więcej mają go liczni  Grecy, nawet mało widoczni Żydzi, jeśli nawet niezbyt widoczni, to jednak wszędzie obecni, i na stałe tu mieszkający. Szczerze i uczciwie mówiąc, tu, i w przyległych krainach, głównymi graczami byli, są i będą greccy potomkowie wojsk Aleksandra, Persowie i Partowie, my zaś możemy tylko układać się z nimi, a i to na ich warunkach. Są jeszcze Sogdowie, chętni wcisnąć się miedzy nich, a przykład Fandaka pokazuje, że kto wie, jak wiele mogą namieszać w tutejszym handlu.

Zadane mi zalecenia cesarskie dotyczyły głownie rozeznania sytuacji w Syrii, a w miarę możliwości w stolicy partyjskiej, dokąd planowałem trafić w drodze powrotnej. Z pierwszych zdałem raport listem z Antiochii, wykonanie drugich miało jeszcze poczekać. Przyjazd do Baktrii był moim własnym pomysłem, hołubionym jeszcze od dzieciństwa, i teraz, gdym się tu znalazł, czułem satysfakcję, że dopiąłem swego. Lecz co dalej? Poznałem szmat świata, lecz z tego, czegom się już wywiedział, to ledwie jego część, prawda że dotąd mało nam znaną, niemniej jednak tylko znikomą. Dalej, we wszystkie strony, rozciągały się ogromne krainy, na poznanie których trzeba by wielu lat – jeśli nie całego życia, na wędrówce, która łatwo zamieniłaby się w samotniczą tułaczkę dla niej samej, bez wyraźnego celu. Ani Tycjan, ani Festus nie znajdował sensu dla takiego wyboru, dla którego trzeba by i wielkiej desperacji. Miałem się za badacza, a co komu z badań, jeśli nic by po nich nie zostało.

Gdy któregoś wieczora podzieliłem się swymi rozterkami z Fandakiem, zamyślił się, po czym z dziwnie tajemniczym uśmieszkiem rzekł, iż moje wcześniejsze z nim rozmowy nasunęły mu pewne pomysły, i może będzie miał dla mnie ciekawą propozycję. Nic więcej nie chciał zdradzić, tylko stwierdził, że doszły go pewne, krążące słuchy, które, jeśli okażą się prawdziwe, dadzą okazję do sprawdzenia moich nauk o interesach, jakich mu wcześniej udzielałem. Jeśli uzbroję się w cierpliwość, wówczas, kto wie, może znajdzie się rozwiązanie dla moich wątpliwości.

Idąc za jego radą, odłożyłem podjęcie decyzji na czas jakiś, i oddałem się poznawaniu miasta, jego osobliwości, i zwyczajów tutejszych ludzi. A było tego wiele. Merw, powstałe jako jeszcze jedna Aleksandria,  zostało potem przemianowane na tutejszą Seleucję, wreszcie na Antiochię Margańską, co wskazywało, jak wiele tu się musiało dziać w czasie dawnych wojen, opisanych u Strabona na podstawie licznych, znanych mu przekazów. Zanim na dobre nastali Partowie, o panowanie, ze zmiennym szczęściem, walczyli Persowie z baktryjskimi Grekami. Jak to zwykle bywa, zmienność fortuny władców,  przynosząc wielkie uciążliwości zwykłym ludziom, nie była w stanie osłabić ich naturalnej żywotności, zwłaszcza przy rosnącym znaczeniu handlu. Nawet najgłupszy, chwilowy despota rozumie, że nie należy niszczyć miejsc, przez które przepływają strumienie złota i towarów. Jeśli tylko choć trochę miarkuje okrucieństwo, oraz chciwość własną i swych sług, wówczas rzeczy dają się jakoś układać, co nie znaczy że bezboleśnie.

W swej podróży widziałem wiele takich miejsc, gdzie ludność posiadła niezwykłą  wręcz umiejętność trwania i przetrwania najgorszego nawet łupiestwa kolejnych władców.  Merw nie był wyjątkiem od tej reguły, a szczególne położenie całej Baktrii powodowało, że tak naprawdę to handel w niej rządził władzą, a nie odwrotnie. W istocie, to miastem nie partyjskie, nie perskie, ale kupieckie. To kupcy mają najbardziej tu okazałe pałace, własne straże, własne familie. Jak mi powiedziano, tak urośli w siłę, że nawet Partowie, choć niby rządzą, muszą się im okupywać, jeśli chcą przeprowadzać tędy, albo sprowadzać większe wojska. Dziwna jest, zaiste, ta dwoistość władzy, lecz tak dzieje się wszędzie, gdyż na całym świecie złoto i siła są ściśle ze sobą splątane, i od siebie zależne, choć może nie zawsze tak jawnie i bezceremonialnie..

Na każdym kroku dostrzegałem również inną miejscową osobliwość. Przybysz z Rzymu, przywykły do nagromadzenia u siebie wszystkiego, co cesarstwo przejmuje od podbitych narodów, nie może nie zauważyć, jak wielkie jest w mieście pomieszanie ludów, obyczajów, budowli i świątyń. Grecy, zamieszkujący od pokoleń Baktrię, choć w ogólności pozostali wierni swej tradycji, nie oparli się jednak wpływom Persów, Partów, nawet dalekich Indów, czy sąsiednich Sogdów. Sąsiadują tu ze sobą posągi bogów olimpijskich, perskich – Mazdy, Anahity i Aszti, czyli naszej Fortuny, miejscowe bóstwa  żywiołów wody i ziemi, w otoczeniu ściennych rzeźb licznych, dobrych duchów opiekuńczych, i złych demonów każdego chyba plemienia, jakie się tędy przewija. Przed trzema wiekami przybył tu z dwoma sogdyjskimi kupcami w ogóle nieznany nikomu kult Indów, a posążki ich siedzącego boga  znaleźć można nawet na zwykłych straganach. Miejscową rzekę Murgab, podobnie jak daleki Oksos, oddano w opiekę greckiemu Sylenowi, a podobnych zestawień znalazłem bez liku. Najmniej jest śladów Egiptu, choć w dwóch miejscach dostrzegłem wizerunki Izydy. Ta mnogość bogów nikogo nie dziwi, nie ma też chyba żadnych swarów, ani między nimi, ani między ich wyznawcami.

W mieście znalazłem ślady czegoś na podobieństwo agory, gimnazjonu, nawet teatru i akropolu z okazałym pałacem. To pozostałości po greckim panowaniu, tyle że teraz pozbawione tamtego znaczenia. Obrosły ulicami i uliczkami, bez ładu i składu, z setkami zaułków, małych domków, warsztatów, kramów, tyle że najważniejsze miejsca to place targowe, mniejsze w samym mieście, większe tuż za murami. Wielkie rezydencje stoją w oddaleniu, bliżej rzeki, wśród gajów, gdzie nie ma nieznośnego fetoru i brudów, jakie zalegają w miejscach publicznych. Ku mojemu zadowoleniu, dostrzegałem kilka niedużych łaźni, co podobno jest w baktryjskich miastach częste, a to dlatego, że perska tradycja niezwykłą wagę przywiązuje do czystości ciała i odzienia.

Dzięki jakiej takiej swobodzie w używaniu języków, wdawałem się w rozmowy z ludźmi różnych stanów, choć, oczywiście, do bogaczy dostępu nie miałem. Gdy mnie kto pytał, skąd jestem, odpowiadałem że z dalekiej Romy, co wzbudzało niejaką konfuzję, gdyż  dokładniejsza wiedza o nas tak daleko nie sięga, a o dawnych jeńcach, rozproszonych przez dziesięciolecia po sąsiednich krainach, mało kto pamiętał. Dopiero gdym wspominał, że jestem z rodu kupców, ten i ów nastawiał uszu, lecz ułyszawszy, ze nie mam nic na sprzedaż, ani że nic nie zamierzam kupować, tracił  zainteresowanie.

Szukałem oznak uczoności na naszą modłę, już to u ulicznych nauczycieli, już to u kapłanów, lecz nie zawiązałem żadnej ciekawej znajomości. Najbardziej tu się liczy umiejętność rachunków. Historia pomieszana jest z poetyczną legendą w pieśniach o herosach, retoryki nie znają, bo i na co ona komu potrzebna bez prawa i trybunałów, o filozofii pojęcie mają żadne, zwłaszcza o systematycznej etyce. O tym, co dobre, a co złe decydują nakazy chwili, dla których zawsze znajdzie się jakieś uzasadnienie, czy to w monecie, czy w sile władzy, jakakolwiek by ona była. Bogów i ich nakazów mają wiele, składają im ofiary, lecz najwięcej hołdują praktyczności, i to dla niej szukają u nich wsparcia.

Dawno już nie czułem się tak obco, niczym ktoś zbędny, i mało użyteczny. Żadnych planów jeszcze nie robiłem, czekając na zapowiedzianą przez Fandaka propozycję. Kręciłem się więc po mieście, podziwiając niezwykłą różnorodność mieszkańców i wystroju, ale też uważając, by mnie kto nie okradł, albo napadł. Tam, gdzie dużo bogactwa, tam też dużo  łobuzerii i zwykłych naciągaczy, węszących za ofiarami. Żałowałem, że nie ma ze mną Dolana, który przedtem był na ulicy moim niezastąpionym uchem i okiem. Nareszcie pewnego wieczora Sogdyjczyk oznajmił, że niebawem zabierze mnie na umawiane właśnie  spotkanie, które bez wątpienia mnie zainteresuje, jako że omawiany będzie pomysł, bliski temu, o czym wcześniej rozmawialiśmy. Szczegółów nie ujawnił, tylko tajemniczo się uśmiechał. Nie rozpalił tym zbytnio mej wyobraźni, niemniej rad byłem, że coś może sobie wyjaśnię w sprawie dalszej podróży.

Wszelako następny dzień przyniósł wydarzenie, które wzbudziło poruszenie, nie tylko wśród kupców, ale w ogóle w całym mieście, odmieniając i mój stan ducha. Oto około południa rozeszła się wieść, że od wschodu zbliża się karawana – ni mniej, ni więcej, tylko samych Hanów! Widuje się ich tu niezwykle rzadko, gdyż przybywają z bardzo daleka, a jeśli już pojawiają się w Baktrii, to kończą swą podróż wcześniej, w sporo stąd oddalonej stolicy, Marakandzie. Skoro zdecydowali się zajść aż tutaj, to znaczy, że coś się za tym musi kryć.

Wśród miejscowych, przywykłych do obecności różnorodnych przybyszów, Hanowie uchodzili za osobliwość nader szczególną, nie tylko z powodu niezwykłości  przywożonych towarów, lecz także dla  odmienności ich samych. Byli nieodstępni, z nikim nie wdawali się w bliższe znajomości, nikt zresztą nie umiał się tu z nimi rozmówić, i gdyby nie tłumacze, jakich ze sobą wozili, nijak nie dawałoby się z nimi porozumieć, ani targować. Uważano ich za niebywałą atrakcję, mimo obcości, nieprzystępności, zwłaszcza, że zachowywali się ponoć grzecznie, a i interesy dawało się z nimi robić nienajgorsze. Słowem, szykowało się widowisko, o którym będzie co mówić.

I mnie udzielił się nastrój oczekiwania, jako że miałem poznać ludzi z narodu, o którym u nas krążyły tylko najdziksze legendy, a których nikt nigdy nie widział na oczy. Są wzmianki Herodota i Strabona o Serach, ale czy to właśnie o Hanów szło, czy też mieliby oni być odmianą Saków, bądź dalekich, wschodnich Scytów, powiedzieć na podstawie tych zapisów nie sposób. Zdążyłem się przekonać, że im dalej od nas, tym nasze pojmowanie rozmaitości ludów i plemion w dalekiej i głębokiej Azji jest nie tylko zawodne, ale wręcz nieprawdziwe i bardzo mylące.

Wiadomo jedynie, iż to tam właśnie kryją się tajemnicę jedwabiów, nieznane reszcie świata. Znają ją chyba znani nam Indowie, ale i to nic pewnego, a oni sami z tym się nie zdradzają. Z tamtych stron docierały do Rzymu nie tylko cenne przyprawy, ale i dziwne przedmioty z nieznanych u nas materii, lecz co, gdzie, jak, i skąd się biorą – o tym też w moim świecie nikt nie ma najmniejszego pojęcia. Myśl, że byłbym pierwszym Rzymianinem, który dowiedziałby się czegoś o tych sprawach u samego źródła, budziła we mnie szaloną ciekawość, także i zadowolenie z możliwości zostania pierwszym, który by spisał rzeczy nikomu dotąd w cesarstwie niewiadome!

Wczesnym popołudniem, pół miasta zebrało się u wschodniej bramy, żeby oglądać wjazd nowych przybyszów. Darowałem sobie wycieczkę w tamtą stronę, gdyż nie lubię być gapiem w tłumie, niemniej dowiedziałem się co nieco o tym wydarzeniu od jednego z ludzi Fandaka, wysłanego specjalnie, by potwierdzić wcześniejsze wieści, Sogdowie już nieraz spotykali Hanów, więc jego opowieść pozbawiona była szczególnej ekscytacji. Ot, przyjechali, rozstawili namioty i straż, zajęli się oporządzaniem siebie i zwierząt, wyjście do miasta w interesach odłożyli na następny dzień. Było ich wielu, kupiec, ze dwie dziesiątki zbrojnych, służba, przewodnicy, jakieś osoby nieznanego przeznaczenia, dwóch tłumaczy. Karawana, jak wiele innych, tyle że z dalekiego kraju.

Choć Hanowie z obcymi się nie zadają, to przecież handlować trzeba, a to oznaczało, że raczej prędzej niż później ruszą do miasta, by poszukać chętnych do targów, także  kupić  rzeczy, niezbędne w codziennym prowadzeniu obozu. Sam nie miałem nadziei na przypadkowe spotkanie kogo z nich, a już tym bardziej na poznanie się z nimi zwykłym sposobem, czyli pójście do nich z zaproszeniem do rozmowy. Spytałem więc Fandaka, obytego z miejscowymi kupcami, czy mógłby mi wskazać kogoś, kto z nimi będzie robił interesy. Sogdyjczyk pokiwał głową, wciąż z tym swoim tajemniczym uśmiechem, obiecał pomoc, ale znów zalecił cierpliwość, mówiąc, że ma coś na widoku, lecz że to musi chwilę potrwać. Ta chwila przeciągała mu się aż nadto, lecz nareszcie pewnego wieczora rzekł, bym nazajutrz był gotowy do pójścia z nim na owo zapowiedziane, interesujące spotkanie, które mnie pewnie zadziwi, ale może okaże się przydatne w podjęciu decyzji o dalszej podróży.

Rankiem wyszliśmy z obozu we dwóch, jedynie w asyście Agisa i Patrosa, i, klucząc miedzy uliczkami, wyszliśmy daleko poza miejską ciżbę, zatrzymując się na koniec przed wcale okazałym domem ze sporym, gustownym ogrodem. Fandak uprzedził mnie, że idziemy do znacznego, miejscowego kupca, z którym od lat pozostaje w dobrych stosunkach, tak handlowych, jak i osobistych. To Part, ale z greckim pochodzeniem, osiadły w Baktrii, skąd wywodzi się rodzina  zarówno jego matki, jak i obecnej żony. Taka kombinacja to nic tu niezwykłego, natomiast jego bliska zażyłość z Sogdyjczykiem nieco mnie zaskoczyła. Widać ich wzajemna wiarygodność we wspólnych zyskach, więcej ważyła niż odmienność plemienna.

Oczekujący przed rezydencją sługa wprowadził  nas  do środka, a następnie wskazał wejście do dużego, ogrodowego perystlu z małym basenem,, tyle że pięknie urządzonego, i ozdobionego na modłę perską. Tam, pod drzewami, między gustownymi rzeźbami i kolumanami, stał duży stół, przy którym siedziało czterech mężczyzn, zajętych ożywioną rozmową. Na nasz widok jeden z nich podniósł się, i powitał Fandaka z ostentacyjną wręcz wylewnością.

– Drogi przyjacielu, witam cię wraz z twym towarzyszem, o którym tak wiele mi opowiadałeś –  przyjazny ton świadczył o dużej miedzy nimi bliskości. – Panie – zwrócił się do mnie w całkiem niezłej greckiej mowie – ilość dobrych słów, jakie o tobie usłyszałem, dorównuje chyba tylko wielkości i niezwykłości drogi, jaką przebyłeś ze swego kraju aż tu, pod mój dach.

– Wielu ludzi w niej spotkałem, lecz niewielu aż tak mi życzliwych jak twój przyjaciel. Z wdzięcznością przyjmuję, iż zechciał wprowadzić mnie do domu, którego okazałość dorównuje grzeczności jego gospodarza – nie wiedziałem, co mu naopowiadał Fandak, więc przyjąłem pochlebstwo ostrożnie, bardziej jako Tycjan, niż Festus. –  Postaram się, panie, sprostać wysokim wymaganiom, jakie postawili mi bogowie, dając sposobność poznania tak zacnych osób –  słowna dyplomacja niewiele kosztuje, a pozwala powoli rozeznać się w  sytuacji, o której nic zawczasu nie wiadomo.

 Nie miałem pojęcia, jaki ma być cel tego spotkania, czułem jednak, że idzie o coś więcej, niż tylko o towarzyską rozmowę. Utwierdziłem się w tym, gdy dokonaliśmy wzajemnej prezentacji. Gospodarz , kupiec o imieniu Menander, przedstawił swego syna Idasa, najmłodszego w tym gronie, Fandak zaś – drugiego miedzy nami Sogdyjczyka, swego wspólnika, niejakiego Babura.  Było to więc spotkanie ludzi interesów, zatem o nie musiało tu chodzić. Dlaczego więc zaproszono mnie, skoro nie miałem nic do zaoferowania w ich ewentualnych kalkulacjach? Czy tylko jako ciekawostkę z dalekich stron?

Zasiedliśmy do stołu na małych, wygodnych sofach, niewolnicy zastawili stół owocami, winem, i chłodną wodą z jakimiś aromatami. Agisa i Patrosa grzecznie zaproszono na poczęstunek gdzieś indziej, z czego wnioskowałem, że będziemy rozmawiać bez świadków, zatem o sprawach chyba poważniejszych niż moje opowieści z podróży. Rzecz zaczęła się trochę wyjaśniać, gdy Menander wspomniał, iż Fandak opowiedział mu to, co usłyszał ode mnie o rzymskich zwyczajach handlowych z udziałem banków. Ciągle jednak mało było w tym konkretów, same tylko dopytywanie o szczegóły. Moja tycjanowska wiedza pobudziła rozmówców do dyskusji, w której wyczuwało się pomieszanie prawdziwego zainteresowania z obawami o pewność zysku w łączonych przedsięwzięciach. Chwilami czułem się trochę jak nauczyciel wśród uczniów, prawda, że bardzo pojętnych, lecz jednak sceptycznych co do treści, jakie im się wykłada.

Trwało to już czas jakiś, bez żadnych konkretów, gdy naraz do gospodarza podszedł jeden z niewolników, i coś mu szepnął do ucha. Menander pokiwał głową, uśmiechnął się, po czym wstał, oznajmiając, że przybył pewien gość, po którego wcześniej wysłał sługę, a który niewątpliwie bardzo nas sobą zainteresuje. Zaraz potem do persytylu wprowadzono dwoje ludzi, a jeden z nich, idący przodem, musiał być chyba Hanem! Wygląd, rysy, kolor skóry, oczy, ubiór – wszystko składało się na obraz człowieka, jakiego nigdy jeszcze dotąd nie widziałem miedzy poznanymi dotąd ludami i plemionami. Ten, który za nim szedł, choć  odziany w strój również oryginalny, acz mniej ozdobny, mógł być kimkolwiek, Persem, Baktrem, Sogdem, nawet Grekiem, może jakimś mieszańcem, ale na pewno nie zwykłym  współplemieńcem tego pierwszego.

Przy całkowitym zaskoczeniu zebranych – z wyjątkiem Fandaka –  Menander, jakby nigdy nic, wstał, by powitać nowego gościa. Obydwaj wymienili głębokie ukłony, zaczęła się prezentacja. Okazało się, że ów towarzysz Hana jest tłumaczem, całkiem sprawnie mówiącym po persku.

– Mój pan prosi uniżenie, byś zechciał przyjąć gorące podziękowanie za to, że pozwoliłeś mu dostąpić zaszczytu zawitania w twym wspaniałym domu – ceremonialna grzeczność wydała mi się nieco przesadna, ale zdawała się być miła dla ucha gospodarza.

– Wielką radość sprawia mi możliwość goszczenia w moich skromnych progach tak czcigodnego przybysza z jakże dalekich stron – odparł Menander w podobnym duchu. – . Poczytuję sobie to za wielkie wyróżnienie, które nie każdego przecież spotyka – w tym pochlebstwie kryła się aluzja do wręcz niebywałej ponoć ostrożności Hanów w nawiązywaniu stosunków z obcymi. Handel, handlem, ale, jak mi mówiono, prywatnych spotkań unikają.

– Mój pan prosi o pozwolenie ofiarowania ci, panie, tego skromnego upominku na znak przyjaźni, w nadziei, że znajdzie on uznanie w twych oczach – rzekł tłumacz, wręczając rozmówcy mały, gustowny koszyczek, nakryty piękną chustą z najcieńszego jedwabiu, jaki w życiu widziałem.

Menander odsłonił jego zawartość, i naszym oczom ukazały się dwie małe czarki z niemal przezroczystego kamienia, zdobionych delikatnym malowidłem, wraz z podobnie pomalowanym, małym dzbanuszkiem do napoju z ziół. Był to podarunek zaiste niezwykły nie tylko dla swej urody i ceny, lecz i przez to, że zaznaczał uhonorowanie dla domu i rodziny, gdyż jedwabna chusta, sama w sobie też przecież cenna, wyraźnie przeznaczona była dla kobiety.

Uradowany gospodarz i jego gość poczęli prześcigać się w dalszych uprzejmościach, którym nie było końca, tym bardziej, ze wymiana zdań toczyła się przez tłumacza. Wreszcie Menander przedstawił Hanowi pozostałych obecnych przy stole, zapraszając go, by usiadł i zechciał się raczyć poczęstunkiem. Tłumacz stanął za nim i sprawnie pełnił swa powinność, za każdym razem kłaniając się osobie, której słowa wykładał. Pierwsze wrażenie niezwykłości sytuacji, i zrozumiała w tych okolicznościach rezerwa, szybko ustąpiły swobodniejszej wymianie zdań i opinii na tematy handlowe. Dopiero teraz zaczęło się  wyjaśniać, co oznacza to nasze spotkanie, jak niezwykłe jest w swym zamyśle, i dlaczego zostałem na nie zaproszony.

Okazało się, że wszyscy zebrani już wcześniej spotkali się z Fandakiem na osobności dla omówienia pewnego pomysłu, który Sogdyjczyk umyślił sobie, mając na uwadze moje z nim rozmowy w drodze do Merwu. Szło o zebranie karawany do medyjskiej Egbatany, w której udziały mieliby mieć zarówno kupcy miejscowi, jak i Hanowie. Najpierw wybadał każdego z osobna, a gdy wyrazili zainteresowanie, zwołał to spotkanie u Menandra, którego również  przekonał, iż rzec warta jest próby. Mnie poproszono tu, bym wyłożył im dokładnie, jak to się robi u nas, zwłaszcza jakie dajemy sobie gwarancje, żeby uniknąć oszustw przy rozliczeniach we wspólnych interesach, i w długim czasie. W jednej rozmowie trudno  wszystko objaśnić, tym bardziej że takie rzeczy, jak powszechne prawo handlowe i bankowe, to dla tutejszych ludzi materia obca i niepojęta. Zrobiłem jednak co w mojej mocy, by dać im jakie takie wyobrażenie o rzymskich praktykach handlowych.

Tu, owszem, przestrzega się obyczajów kupieckich, ,lecz przez prywatne zaufanie, własną tradycję, bez spisywania umów, czy gwarancji depozytowych, na pożyczki bądź udziały. Pisać mało kto umie, dokumentami mało kto się przejmuje, więc warte one mniej, niż pergamin, na jakim się je sporządza. Dlatego szczególne zdziwienie budziły dwie rzeczy, które jednak wymagają takiego porządku. Pierwsza to księgi różnej rangi i rodzaju, i ich szczegółowe prowadzenie na bieżąco, do wglądu, nawet jako dowody sądowe. Druga to nasze towarzystwa pieniężne, i ponoszenie w nich wspólnej odpowiedzialność  za  straty, jeśli  takowe się przytrafiają.

Tu ludzie trzymają złoto przy sobie, obnoszą się z nim, ale nie pozwolą, by ktokolwiek zaglądał im do mieszka. Jawność obrotu pieniądza napawa obawą przed rabunkiem, albo groźbą haraczu, zwłaszcza urzędowego. Bez jednego prawa, i jednej miary pieniądza, nie sposób rozwijać skrzydeł w interesach, a przez to tworzyć własną siłę, która, zebrana we wspólnotę, znaczy tyle samo, co wielka armia. Pieniądz i władza zawsze się splatają, ale równowaga miedzy nimi panuje tylko przy odpowiedniej między nimi polityce. Ale by to wszystko pojąć potrzeba sporej wyobraźni, wykraczającej poza ogrodzenie placu targowego, choćby i największego w całym kraju. Gdy władcy wciąż zmieniają się, i wedle własnego uznania łupią wszystkich bez wyjątku, trudno mieć wielkie wizje i robić dalekosiężne plany.

Nie pouczałem ich, jak mają prowadzić swój handel, ale pokazywałem korzyści, jakie daje łączenie w nim mniejszych udziałów dla dużych zysków. Uważnie słuchali, marudzili, kiwali głowami, ale widziałem, że budzi się w nich chęć, by tego spróbować. Największy spokój zachowywał Han, choć, gdyby doszło co do czego, to on miałby wieźć najwięcej towarów, tyle że przez ziemie całkiem dla niego obce. Chyba to właśnie skłaniało go do szukania wspólników, by zwiększyć szanse przejścia przez nie bezpieczniej, niż gdyby szedł sam.

Pozostali mieli mniej swego do zaoferowania, a więc i do stracenia, ale dołożenie się do takiej wyprawy mogłoby pomnożyć ich wkłady. Poza tym mieliby na wszystko oko, co bez spisanej ugody gwarantowałoby rozeznanie w późniejszych rachunkach. Nieufność mieszała się więc z silnym pragnieniem zarobku, a w młodym Idasie wyczułem nadto bratnią duszę chętnego do przygody i poznawania świata. Po długich deliberacjach doszli w końcu do momentu, w którym trzeba było albo podjąć decyzję o wspólnej karawanie, albo rozejść się w zgodzie, choć bez żadnego efektu.

Zapadła dłuższa cisza, nikt nie chciał pierwszy nazwać rzeczy po imieniu. Wtem Han, rzuciwszy spojrzenie w moją stronę, począł szeptać coś tłumaczowi w swoim chrapliwym języku. Ten, skłoniwszy się wszystkim, przełożył nam jego słowa, wprawiając mnie w niemałe zmieszanie.

– Mój pan pozwala sobie zapytać, czy ten tu szlachetny przybysz z dalekiego kraju,  zechciałby posłużyć nam swą niezwykłą mądrością, i sporządził, na próbę, dokładny plan takiej ugody. Gdy go poznamy, dowiemy się, co może nas czekać , na co moglibyśmy liczyć i pod jakimi warunkami.

Zebrani właściwie jakby na to czekali. Fandak pierwszy uśmiechnął się szeroko, co wzbudziło  moje podejrzenie, że już wcześniej podsunął pozostałym taki pomysł, lecz wolał poczekać z wyjawieniem mi go do czasu, gdy zbiorą się wszyscy zainteresowani. Menander, jako gospodarz, podjął się roli rzecznika swych gości.

– Wielka roztropność jest w tych słowach, szlachetny panie – zwrócił się do Hana – i mam nadzieję, że obecny tu z nami mądry Festus z Romy nie odmówi nam pomocy w ułożeniu się z nader  ciekawym konceptem, do którego tak bardzo nas zachęca – część swej aż nadto kwiecistej perory skierował już wprost do mnie.

Znalazłem się w głupim położeniu. Co innego rozprawiać o interesach, a co innego je urządzać. Przy stole siedziało grono wytrawnych kupców, a każdy doskonale znał się na swoim rzemiośle. Zapewne już wcześniej rozważyli własne racje, jednakże żaden nie chciał podjąć odpowiedzialności za innych. Tak to już jest, że gdy dochodzi do wspólnych działań, musi znaleźć się ktoś, kto nimi będzie kierował, jawnie czy tylko umownie, ale jednoznacznie.

Part i Sogdyjczyk mogliby dogadać się i beze mnie, lecz tu w grę wchodziła wielka niewiadoma w osobie Hana. Ale to on właśnie wystąpił z propozycją uczynienia mnie swego rodzaju mężem zaufania, gdyż to ja miałbym układać im rachunki, a przecież bez wiedzy o możliwościach każdego z udziałowców nic takiego nie byłbym w stanie sporządzić. Gdyby wszystko udało się w miarę gładko, wówczas zdobędą swoje zyski, i wrócą do siebie wielce zadowoleni.. Lecz gdyby coś poszło nie tak, wtedy ich złość skrupiłaby się na mnie, i nie wiadomo czy wyszedłbym z tego cały i zdrowy. Poza tym, jak zobowiązać ich do jakiej takiej wzajemnej przyzwoitości? Gdy w grę wchodzi złoto, kończą się miłe słówka, a zaczynają kalkulacje i podstępy, bez względu na sentymenty.

– Nie wiem, czy zdołam dopasować moja wiedzę do waszych oczekiwań, także do waszych zwyczajów – nie odmówiłem, lecz odparłem ostrożnie, o niczym jeszcze nie przesądzając. Poczęła mi bowiem świtać w głowie pewna myśl o własnym interesie, nie tylko liczonym w pieniądzach.

Fandak nie byłby wytrawnym kupcem, gdyby tego nie wyczuł. On jeden wśród zebranych wiedział, że w mej wędrówce znalazłem się w martwym punkcie, rozważając, czy aby nie ruszyć z powrotem do domu. Pomysł na wspólną karawanę mógłby rozstrzygnąć moje wahania, gdybym tylko zyskał pewność, że do niej dołączę. Nie miałem towaru, ani pieniędzy na udział, ale mogłem stać się im wszystkim jakoś potrzebny, choćby jako powiernik ich interesów, stale obecny rozjemca, świadek i gwarant rzetelności liczenia zysków. Może udałoby mi się zyskać sojusznika do tej sprawy w Hanie, który pierwszy zaproponował, bym zajął się sporządzeniem planu takiej wyprawy? Pozostali wiedzieli, co kto jest wart, dobrego i złego, on zaś, czując się najmniej pewnie, gotów byłby mi zaufać, tym bardziej, że miałem tylko samego siebie, i nie szukałbym okazji do oszustwa.

Dziwny to był człowiek, małomówny,  ale uważny, szybko chwytający sprawy, lecz  nie pokazujący, co o nich sądzi. Z początku nie wiedziałem, co w nim najpierw intryguje, aż wreszcie pojąłem, że trzyma odruchy na wodzy tak, iż bez specjalnej uwagi  nie sposób nic wyczytać z jego twarzy, czy najdrobniejszych nawet gestów. Ponieważ mnie w tym szkolono, więc udało mi się raz czy dwa wychwycić to, co skrywał jakby pod maską niewzruszoności w zachowaniu. Dawałem wtedy mu do zrozumienia, że nie jest tak nieprzenikniony, jakby chciał, co go chyba zastanowiło, może nawet wzbudziło pewne uznanie. Pod koniec rozmowy wyraźnie zwracał się głównie do mnie, niczym do arbitra. Dlatego gdy Menander wyszedł ze swoją propozycją, nie odmówiłem wprost, lecz czekałem kolejnego sygnału, by nie wyjść na kogoś, kto zbyt pochopnie zgodzi się na owo zadanie, nie tylko ryzykowne, a i niewdzięczne.

– Myślę, drogi Viatusie – odezwał się chytry Fandak, osobliwie porozumiewawczym tonem  – że twoja tu obecność jest najlepszym dowodem, iż potrafisz sprostać największym nawet wyzwaniom, nie tylko w każdej drodze, ale i w tym, jak się do niej przygotować, i ją przejść z korzyścią dla dobrych zamiarów – nie można było chyba bardziej otwarcie wyłożyć sprawy, bez zdradzania treści znanych mu moich wątpliwości. Jego słowa świadczyły o dużej dla mnie życzliwości, wszelako  podszytej własnym interesem.

W głębi duszy przyznałem, że nader zmyślnie zagrał na mej dumie tycjanowskiego znawcy interesów, jednocześnie pokazując szansę na znalezienie lekarstwa na trapiące mnie rozterki. Nikt przecież niczego jeszcze nie przesądzał, a od mojej rozwagi i handlowej wiedzy zależałoby teraz, czy pomysł, wsparty kalkulacjami, okaże się wart rozpatrzenia na tyle, by zachęcić zebranych do podjęcia decyzji o wspólnej wyprawie. Postanowiłem więc rozegrać tę partię, zarówno jako dobra, kupiecka głowa, jak i polityk, szukający najlepszego dla siebie wyjścia w dość sporym kłopocie.

Z pewnym ociąganiem, jak to jest w zwyczaju  miedzy targującymi się stronami, wyraziłem gotowość przygotowania projektu ugody, i przedstawienia jej pod rozwagę, do decyzji wszystkich tu zebranych. W końcu Tycjan nie powinien rezygnować z nadarzającej się okazji do ubicia dla siebie jakiegoś targu. W domu sam nie zajmowałem się interesami, lecz, choć praktycznego doświadczenia miałem niewiele, to przecież asystując nieraz ojcu i bratu wiele się nauczyłem..

Przyjęto to z zadowoleniem, a po krótkiej wymianie zdań stanęło na tym, że w ciągu dwóch czy trzech dni odwiedzę każdego z nich z osobna, by dowiedzieć się, co, i ile kto zechce włożyć do wspólnego interesu. Wiedziałem z rodzinnej edukacji, jak trudno prowadzi się takie rozmowy, gdyż wielka jest nieufność kupców, gdy idzie o zawierzanie innym swego złota, nadto przy handlu na duże odległości, i długim oczekiwaniu na zysk. Z drugiej strony niezwykle ekscytująca była myśl o  bliższym poznania ich obyczajów, charakterów, nawet sztuczek handlowych. Szczególnie dotyczyło to Hana, który zgodził się przyjąć mnie u siebie w obozie, co uznano za niezwykłe odstępstwo od znanej przecież powszechnie ich niechęci do zadawania z obcymi, bez wyższej konieczności. Już samo to wskazywało, że ów dziwny kupiec traktuje rzecz poważnie, co napawało nadzieją na nawiązanie z nim bliższych kontaktów. Gdy po grzecznych pożegnaniach rozeszliśmy się w swoje strony, Fandak wyraził zdumienie takim obrotem sprawy.

– Gdy się poznaliśmy, od razu wyczułem, Viatusie, że masz w sobie talent do zjednywania ludzi. Ale żeby to działało nawet na Hanów – zaśmiał się – no, no! To wręcz niebywałe.

– A Menander? Przecież to on go wyszukał i zaprosił.

– Co innego Hanów poznać, nawet zapraszać, a co innego do czegoś takiego przekonać. Sam nieraz prowadziłem z nimi interesy, ale bez żadnej prywatności.

– Myślisz, ze może być w tym jakiś niecny zamiar? – spytałem dla pewności. – Podstęp?

– Uważam,  że jesteśmy mu potrzebni, i że szuka wsparcia.

– W czym?

– Chce iść aż do Medii, do Egbatany, nieprawdaż? – zaczął zastanawiać się na głos. –  Po co? Mógłby tu sprzedać swój towar i spokojnie wrócić do domu.

– Ale tam, za jedwab, dostanie pięćdziesiąt razy tyle. To chyba mocny argument.

– W takiej drodze łatwo wszystko stracić. Nie ma pojęcia o tamtych stronach,, nie umie się tam poruszać, nie mówi w żadnym ludzkim języku. Jest obcy, więc jakby co, nikt nie stanie w jego obronie.. A z nami będzie mu bezpieczniej. Dlatego tak się do tego zapalił, choć nic nie daje po sobie poznać.

– A wy? Może się to opłacić, ale ryzyko duże.

– Nie raz szliśmy w grupie, choć to nie takie proste. Żeby się opłaciło, trzeba dużo towaru, a nie każdego na to stać.

– Chyba że się zbierze sporo chętnych.

– Tyle że wtedy trudno o zgodę.  Za dużo wspólników.  Każdy pilnuje tylko swego. A koszty takiej wyprawy też niemałe.

– Han nie jest głupi, musi sobie z tego zdawać sprawę. A mimo to szuka chętnych.

– Otóż to. Coś tu jeszcze jest chyba na rzeczy.

– Jeśli jest, jak mówisz, to tu nie tylko o handel iść musi – naszła mnie ciekawa myśl.. – Zastanów się. Chce iść do Egbatany, nieprawdaż?

– Tak mówi.

– To samo serce Medii, a i letnia stolica partyjskiego króla. Dobrze mówię?

– Prawda.

– Może więc nie o samo miasto idzie, ale o drogę do niego.

– Co też przyszło ci do głowy? – Fandak przystanął, spoglądając  na mnie ze zdumieniem. – Szpieg?! – rzucił po chwili. – Myślisz, że to szpieg?

– Raczej zwiadowca. Handel to jedno, ale drogi to drugie. Mogą nimi iść towary, to   mogą i wojska.

– Czy to też taka wasza rzymska praktyka w interesach? – rzucił nie bez złośliwości.

– Mówisz tak, jakbyś sam tego nie wiedział – roześmiałem się, – Taki obrotny człowiek jak ty? Fandaku, nie udawaj niewinnego.

– Chyba cię jednak nie doceniłem, Viatusie – pokręcił głową. – Myślę sobie, ze może lepiej pomóc ci wracać do domu, niż brać ze sobą do Sogdy. Tak na wszelki wypadek.

– Szukam wiedzy, a nie polityki, Fandaku – odparłem, rozumiejąc, co chciał mi powiedzieć.

– Wiedza to jedno, a jej użytek dla wojska to drugie – oddał mi moje własne słowa.

– Co robić, tak już jest ułożony ten świat – odrzekłem sentencjonalnie. – Ale zapewniam cię, że choć wywodzę się z rodziny handlowców i bankierów, i nieobca mi jest polityka, to teraz jestem tylko wędrownym uczonym. Za daleko stąd do rzymskich legii.

– Han też zaszedł daleko od domu. I chce iść jeszcze dalej. – Naraz wybuchnął śmiechem. – A ty? Jak to mówią, chyba wyczuł swój swego, co? Dobrze mówię?

– Niech ci będzie, jak tam sobie chcesz to widzieć. Nie spierajmy się o słowa. Zrobię, co wam przyrzekłem. Sami prosiliście, sami podejmiecie decyzję.

– Skoro domyślasz się, co zamierza, to tak zakręcisz sprawy, ze wyjdzie na jego. A przy okazji i na twoje.

– A ty? Wycofasz się?

– Nie. Ale pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Od nas pójdzie z wami Babur. Za mnie, i za siebie. Ma swój towar, ja też dam go trochę, ale głównie udział. Jest też jeszcze tu kilku naszych chętnych. Sporo się uzbiera. Ale Han odsprzeda mi trochę jedwabiu i drobiazgów po niższej cenie. Wrócę z tym do domu i dobrze na tym zarobię. Jeśli nawet wyprawa się nie powiedzie, wyjdę na swoje. A z Baburem i z innymi, i tak mam swoje rachunki.

– A Menander?

– Tak samo. Tyle że wyśle syna. Chłopak rwie się w świat.

– Dlaczego mam wrażenie, że umyśliliście to sobie we dwóch, jeszcze przed dzisiejszym spotkaniem?

– Viatusie, nie tylko ty jesteś, jak to powiadasz, obrotny.

– Chyba i ja cię nie doceniłem.

– To jesteśmy kwita. Zważ dobrze.  Wszyscy dostana, co chcą – podniósł rękę zaczął wyliczać na palcach. –  Han ruszy w swoja podróż, na wielki zarobek, ale i po to, żeby wypełniać to, co zamyśliwuje. To nas nie dotyczy. My z Baburem dostaniemy, co się da wycisnąć z tej sytuacji. Menander też będzie miał swój zysk. Ty wracasz domu, tanim kosztem, może nawet dostaniesz jaką zapłatę, jako gwarant naszej ugody. Nawet przewodnik i tłumacz, bo znasz języki. Idas też będzie miał korzyść, bo nabierze doświadczenia, i pozna szlak do Partów.

– A za wszystko po większej części zapłaci Han?

– Sądzę, że, tak czy owak, ma to dobrze wykalkulowane. Twoja rzecz wszystkiego się wywiedzieć, a potem ułożyć z nim o koszty tego wspólnego interesu. Jestem przekonany, że jeśli jest tak, jak o nim myślisz, to dużo ustąpi z ceny..

– Wiesz, Fandaku, jest jeszcze coś, co będzie dla mnie znaczyło więcej, niż te wasze zyski – zezłościła mnie jego pewność siebie chytrego kupca, który wszystko mierzy złotem.

– Tak, tak,. Domyślam się. Poznasz bliżej Hanów, żeby to później opisać i zyskać sławę uczonego. No, i dobrze sprzedasz wiedzę, z której może kiedyś twoja Roma skorzysta dla swej polityki.

– Przebiegły z ciebie człowiek, Fandaku.

– Dlatego jeszcze żyję.

– Ale jednak nie wszystko pojmujesz. Może i wiesz, ale nie doceniasz.

– Nie moja to rzecz, uczoność. Zajmuję się tym, na czym się znam. Wystarczy mi, co wiem bez wielkich mądrości z tajemnych ksiąg, których zresztą i tak nie potrafię czytać..

– A nie wystarcza ci to, co już masz?

– I kto to mówi?! Znasz kogoś, kto ma dość? Sam rzekłeś, tak już ułożony jest świat.

Rozmowa urwała się, gdyż doszliśmy już do obozu, i mój towarzysz poszedł do swoich zajęć. Zostałem sam, z myślami, niezbyt dla mnie pochlebnymi. Czułem się nieswojo, gdyż wyszło tak, iż oto dałem się wplątać w sytuację, którą sprokurowali inni, choć zdawało mi się, że to ja sam byłem jej sprawcą. Z jednej strony złościło mnie, że nie poznałem się w porę na tej kombinacji, z drugiej jednak cieszyłem się na taki obrót spraw. Jeśli powstanie ta karawana, ruszę z powrotem, nie sam, w miarę bezpiecznie, o ile w ogóle można tu mówić o jakiejkolwiek pewności bezpieczeństwa. Nie bez znaczenia było i to, że w Egbatanie mógł stać  dwór królewski, więc gdybyśmy zdążyli na czas, zyskałbym sposobność rozeznania się w partyjskich układach władzy. Choć przed Fandakiem udałem, że nie interesuje mnie polityka, to przecież warto byłoby wykorzystać okazję, by jakoś wywiązać się z zadań cesarskiego wysłannika. Ciekawe,, czy mój sogdyjski gospodarz, w swym lisim umyśle, przewidział i taką możliwość?

32. Interesy

Po pewnym namyśle uznałem,  że pierwszą wizytę złożę Menandrowi, który tak ochoczo poparł projekt wspólnej karawany do Egbatany. Choć wiedziałem już od Fandaka, jakie  postawi warunki, przecież to on był gospodarzem naszego wczorajszego spotkania, więc chyba jemu należało się pierwszeństwo w planowanych przez mnie rozmowach. Wybrałem się do niego z samego rana, i zastałem powitany w dobrym nastroju, i pełnej gotowości do rozpoczęcia stosownych pertraktacji.

Szybko zorientowałem się, że jest w jego domu, i w nim samym, coś z ducha Tycjanów. Na swój sposób, i na tutejszą miarę, był tu chyba postacią bardzo znaczną, nie tylko przez widoczne bogactwo, ale też wpływy i pozycję w samym mieście. Czuło się w nim swobodę  człowieka pewnego siebie, acz niezbyt skłonnego do przechwałek, czy próżnego wystawiania się na pokaz. Rzeczowy, konkretny, ale i wyrachowany, wręcz przebiegły, miał w sobie coś z pająka, tkającego swe niewidzialne sieci interesów. Nie orientując się w  miejscowych układach władzy, nie byłem w stanie ocenić, jak mocno był w nich osadzony, niemniej tycjanowskie wyczucie i doświadczenie podpowiadało mi, że nitki jego pajęczyny sięgają daleko, i wysoko. Raz czy dwa dałem mu do zrozumienia, że dobrze się na tym wyznaję, co przyjął ze zrozumieniem, i naturalnie, jakbym mówił o oczywistości.

– Od razu zorientowałem się, że jesteś człowiekiem, który wie, co to rozmach w interesach – skwitował moje aluzje. – Tego nie można się wyuczyć w szkołach, to ma się z domu – dodał.. – Domyślam się, że bardzo ważnego, nie tylko w handlu, i obracaniu złotem.

– Niewiele chyba da się przed tobą ukryć, Menandrze – cóż miałem rzec na takie dictum? Nie chciałem zanadto kręcić, ale też i zwierzać się z udziału naszej rodziny w rzymskiej polityce. Zresztą, i tak zapewne niewiele o niej wiedział, i niewiele by pojął z moich wyjaśnień.

– Zatem nie bardzo się pomylę, jeśli uznam, że twoja tu obecność nie jest tak całkiem przypadkowa? – było to ni pytanie, ni stwierdzenie faktu.

– Powiedzmy, że szczęśliwie prowadzą mnie bogowie, wspierając w dobrej sprawie, która ma wiele wątków, prawda, nie tylko handlowych – rzekłem wymijająco, ale nie zaprzeczając wprost jego domysłom.

– Otóż to! – zaśmiał się. – Przeczucie nigdy mnie nie zawodzi. Ale nie moja to rzecz, oczywiście, o ile twoje, jak to byłeś łaskaw rzec, wątki, w niczym nie zaszkodzą naszym wspólnym planom – powiedział ze szczególną nutką w głosie, co zabrzmiało jak wyraźna przestroga.

– Uwierz, proszę, że w tej chwili jedynym moim celem jest znaleźć się jak najszybciej w drodze powrotnej do mego kraju. Wszystko inne nie ma teraz znaczenia. Plany te pod każdym względem są mi na rękę, i uczynię wszystko, by się powiodły.

– Skoro tak, to przedstawię ci, jak ja je widzę – uniósł ręce w geście zgody.

Przystąpiliśmy więc do omawiania owej kombinacji, o której wspomniał mi wcześniej Fandak. Menander mówił nie tylko we własnym imieniu, lecz również kilku innych, baktryjskich kupców, którzy, chcąc pozostawać w cieniu, gotowi byli jednak wyłożyć niewielkie udziały, tyle że to na niego scedowali swoją wolę do zawarcia ugody. Nie było w tym nic osobliwego, gdyż tak się często robi, wciągając mniejszych graczy, nieraz nawet spoza bractwa kupców, w większe interesy, których sami nie byliby w stanie robić. Wnoszą mało, więc ryzykują niewiele, ale przy sukcesie mogą zyskać nie ruszając się z miejsca. Menandrowi udało się zachęcić kilku co odważniejszych do wyłożenia pieniędzy na ten hazard, ustalając z nimi własne zasady rachunków miedzy sobą. Nie była to moja sprawa, niemniej dowiedziałem się, na co można razem liczyć u nich w planowaniu wyprawy.

Moje zadanie sprowadzało się do zorganizowania ugody z Hanem, czyli do przekonania go, iż mu się taki układ opłaci na tyle, by nie zrezygnował z pomysłu pójścia w tak daleką i niebezpieczną drogę. Fandak z Menenanderem stawiali warunki dla niego niezbyt korzystne. Prawdę mówiąc, musiałby zrezygnować ze sporej części zysków na ich koszt, sprzedając im tu na miejscu część towaru za ćwierć ceny, jaką mógłby dostać w Egbatanie. Czy był gotów ponieść taką stratę za wsparcie w dotarciu do samego serca królestwa Partów? Zresztą, czy o same zyski tu chodziło?

– Skoro chce jechać aż tak daleko przy naszej pomocy, to musi za to zapłacić – rzekł bez ogródek mój rozmówca, gdy wyraziłem wątpliwość, czy Han pójdzie na takie targi. – Prawda, mógłby sam nająć więcej straży, przewodników i tłumaczy, ale to niepewna rzecz. Na obcym gruncie dobrze mieć nie tylko najemnych pomocników do samej drogi, bo ci mogą zdradzić za pierwszym zakrętem, ale i wspólników do przyszłych zysków. A to musi kosztować.

– Jeśli wyliczy, ze mu się to nie opłaci, zrezygnuje – odparłem, studząc nieco jego kalkulacje. – Może wybrać mały zysk na miejscu, ale pewny i bezpieczny.

– Mówił ci Fandak, ze wydaje się nam, iż nie o samo złoto tu chodzi? – przerwał moje spekulacje, ale wyraził to, co i mnie kołatało się w głowie. – Już samo to, że w ogóle zaczął koło tego chodzić świadczy, iż musi tu być coś  jeszcze. Hanowie nigdy takich ofert nie składali, w ogóle nie wdają się z nikim we wspólne sprawy. Nie słyszałem, by kiedykolwiek zapuszczali się aż tak daleko. Ta sytuacja to jakaś nowość. Dopóki ma handlowy sens, możemy ją rozważyć.

– Domysły to jeszcze mało, żeby podejrzewać ich o niecne zamiary.

– A kto mówi, co jest niecne, a co nie? Jego rzecz, nie nasza. Ale wiedz, że mam podstawy uważać, że nie on jeden tu decyduje.

– Mógłbyś wyrażać nie nieco jaśniej?

– Jest u nich w obozie pewien człowiek, który wydaje się być zagadką. Nie żołnierz, nie służący, nie poganiacz od zwierząt. A nasz gość bardzo go chyba słucha. Nie uważasz, ze to zastanawiające?

– Skąd to wiadomo?

– Mam swoje sposoby, żeby podejrzeć to i owo – zaśmiał się chytrze. – Komu, jak komu, ale tobie chyba nie trzeba tłumaczyć, że tak się robi, i dlaczego – spojrzał na mnie wymownie. –  Przecież powinienem wiedzieć, co się dzieje w moim mieście. Powiedzmy, ze

z ostrożności i  przezorności – zatoczył ręką krąg, pokazując swoją posiadłość.

– Spróbuję się wywiedzieć, czy masz rację. Ale rozmawiać będę wyłącznie o interesach. Bez nacisków.

– Jeśli jesteś tym, za kogo cię uważam, znakomicie sobie z tym poradzisz. On, z jakichś powodów, przyznam, niezrozumiałych, uznał cię za godnego zaufania, albo wartego wykorzystania. Tak czy owak, to u Hana dziwne. Ale bądź  uważny..

– Menandrze, dajże już spokój aluzjom. Robię to i dla swojej sprawy, więc nie musisz mnie pouczać – odparłem dość ostrym tonem. – Ale dziękuje za ostrzeżenie – dodałem już pojednawczo. – Podaj tylko wasze wyliczenia, resztę zostaw mojej roztropności.

Zabraliśmy się za liczby, rachunki, liczenie kosztów, ewentualnych zysków, i ile trzeba by zapłacić za samą wyprawę i jej obsłużenie. Wyszła z tego pokaźna suma, do podziału na wspólników, stosownie do ich udziałów. Wreszcie przyszło do ceny, jaką Han miałby zapłacić za owo wspólnictwo. Stanęło na pewnej ilości jedwabiu, z tym, że część  sprzeda im tu, na miejscu, a resztę w Egbatanie, tyle że niewiele wyższej niż tu cenie. Menander chciał podzielić to pół na pół, ale przekonałem go, że opłaci się nawet przy podziale jeden do dwóch, w łącznym rozliczeniu miedzy niego, a ich dwóch. Choć bardzo się krzywił, targował niczym przekupka na straganie o dwa garnki, w końcu jednak przyjęliśmy taki właśnie zakres swobody dla planowanych pertraktacji.

– Niech będzie moja strata – westchnął z udanym żalem, gdyśmy zakończyli te targi.

– Menandrze, skoro masz mnie za kogoś, o kim myślisz, to co myślisz, to nie mów, że źle radzę. Obydwaj wiemy, że nie jest to zły układ. Niezależnie od tego, co się za nim kryje.

 –  Ciężki z ciebie człowiek, rzymianinie – kręcił głową. – Dobrą masz szkołę. I doświadczenie chyba nie tylko handlowe – dodał znów znacząco. Wierzę, że sobie poradzisz  Byleś tylko nie dał poznać, że czegoś się domyślamy.

– A czy my się czegoś domyślamy? – skwitowałem to pytaniem, robiąc udatnie żartem głupio zdziwioną minę..

Roześmieliśmy się wstając, i pożegnali w całkiem dobrych humorach. Wróciłem do

obozu, dając sobie spokój z dalszym dziś wizytowaniem innych kandydatów do wyprawy. Gdy pojawił się Fandak, opowiedziałem mu, com ustalił z Menandrem. Uznał to za słuszne, i dał zgodę na przyjęte warunki, także w imieniu drugiego Sogdyjczyka, obecnego na wczorajszym spotkaniu. Ów Babur był bardziej jego klientem, niż samodzielnym wspólnikiem, a nie było moją sprawą, jakie mają oni ze sobą umowy. Z tego, com ów zaobserwował, ów człowiek sprawiał wrażenie sprytnego, lecz tylko w pomocy, a nie w samodzielnym rozważaniu i podejmowaniu decyzji. Mając zatem jasność co do zamiarów po stronie partyjskiej i sogdyjskiej, postanowiłem przygotować się do rozmowy z Hanem. Udało się w okolicy znaleźć pewnego skrybę, który za drobną opłatą użyczył przyborów do pisania, więc tak wyposażony zabrałem się do wstępnych rachunków.

Najpierw jednak odbyłem dłuższą rozmowę z Agisem i Patrosem, by poznać ich zdanie na temat eskorty, jak będzie nam potrzebna, także obsługi zwierząt, wyposażenia i broni. Czułem się z tym wszystkim nieco dziwnie, trochę jak wódz, planujący małą, ale daleką wyprawę wojenną. Co prawda, nie wiedzieliśmy ilu jest Hanów, lecz skromnie licząc wyszło na to, że w drogę ruszy w sumie dobre kilka dziesiątek ludzi, kamelosy i konie, także całkiem spory juczny tabor. To już nie samotna wędrówka, gdzie można sobie pozwolić na   dowolność w ruchu, kierunku, i czasie. Zastanawiałem się też, jak długa to może być droga. Z tego, com pamiętał z ksiąg, jak i z własnego już doświadczenia, liczyć powinna nie mniej jak siedem do ośmiu tysięcy stadiów, co, razem z postojami, dawało około trzech miesięcy wędrowania, oczywiście, jeśli nie zajdą jakie nieprzewidziane okoliczności. Rzecz więc była niebagatelna, ale i wyzwanie ogromne, choć niezwykle dla mnie ciekawe i obiecujące.

No, i jeszcze rzecz bodaj czy nie najważniejsza, czyli przewodnicy. Nie było chyba tu nikogo, kto znałby całą drogę, czy miał w ogóle o niej jakiekolwiek pojęcie, więc należało przyjąć, że będziemy ich zmieniać co jakiś czas, przechodząc przez kolejne miasta, nawet osady. W Merwie Menander ma na pewno kogoś zaufanego, lecz na ile nam go wystarczy? Jak to wszędzie bywa, tworzą oni coś na podobieństwo bractwa, jakby rozstawioną sztafetę na największych nawet odległościach. Lecz bardzo to niepewna sprawa, gdyż nie wiadomo, czy aby który nas gdzie nie zdradzi, albo nie wyprowadzi na manowce, i wyda bandytom. Ze zrozumiałych względów miałem na uwadze chociażby przykład Krassusa spod Carrhae. Nie było co jednak teraz roztrząsać tego tematu, bo i tak niczego się przecież z góry nie da przewidzieć. Tyle tylko, że skoro dla nas była to poważna kwestia, to co dopiero mówić o Hanie, który poruszałby się po tych ziemiach bezradny, jak małe dziecko. Jego zgoda na wspólną wyprawę, tak dla wszystkich niezwykła i zaskakująca, miała więc swój sens, który tłumaczył się tylko tym, że nie samo kupiectwo kryło się w jego własnych planach.

Nazajutrz, poszedłem do ich obozu, ze spisem liczb i spraw, przygotowanym tak, jak to robi się w naszych rodzinnych interesach. Obwarowani własnymi strażnikami, pilnowali, by nikt obcy nie kręcił się między nimi, chyba że za osobnym przyzwoleniem. Stanąłem przed dwoma niezbyt rosłymi żołnierzami w dziwnych strojach, bezradnie usiłując dać im gestami do zrozumienia, że jestem tu oczekiwany przez samego ich przywódcę, lecz nie znając jego prawdziwego imienia, nie mogłem wskazać o kogo mi chodzi. Nareszcie jeden z nich gdzieś poszedł, po czym wrócił ze znajomym mi już tłumaczem, a ten, skłoniwszy się grzecznie, przeprowadził przez straże w stronę całkiem okazałego namiotu po drugiej stronie obozu, gdzie u wejścia czekał już nasz kupiec. Po powitaniach, niezwykle ceremonialnych, weszliśmy do środka. Tak zaczęła się moja przygoda z hanijskimi przybyszami, która, jak się potem okazało, miała trwać przez najbliższe miesiące, i przynieść wiele niezwykłych doświadczeń.

Usiadłszy na ziemi, na rozłożonych małych matach, po kilku wstępnych uprzejmościach rozpoczęliśmy rozmowę. Wyjąłem zawczasu spisany pergamin, co uczyniło na nim wielkie wrażenie, gdyż nie spodziewał się chyba takiej formy mego przygotowania do naszych pertraktacji. Tłumacz cały czas stał obok, i po kolei wykładał, co mówiliśmy, tyle ze nie byłem w stanie stwierdzić, jak wiernie oddawał  nie tyle treść, ile sens moich wywodów. Mimo ciągłych powtórek, dodatkowego wyjaśniania słów, wspieranego gestami i liczeniem na palcach, powoli dogadywaliśmy się co do przyszłego układu. W końcu liczby, to liczby, a te przecież wszędzie są takie same.

Na samym początku przedstawiłem się jako Viatus z dalekiej Romy, wyjaśniając, co też to oznacza w moim języku, po czym poprosiłem, by podał mi imię, jakim mam się do niego zwracać. Brzmiało ono w naszej wymowie Sangren, co, jak wyjaśnił tłumacz, oznacza po prostu kupca. Zrozumiałem, że, tak jak i ja, posługuje się tu jedynie przydomkiem, zostawiając w ukryciu nazwanie własne i rodowe. Nie miało to żadnego znaczenia, zresztą żadnemu z nas pełne nazwy czy tytuły niczego by bliżej nie wyjaśniały.

Spotkanie, przedłużające się z powodu  zrozumiałych trudności językowych, zakończyło się nad wyraz pomyślnie. Sangren targował się o mniejszy okup za wspólnictwo w karawanie, lecz bardziej dla zasady, niż z zawziętości kupca, wykłócającego się o każdego denara. To tylko utwierdziło mnie w przypuszczeniach, że jego determinacja do tej wyprawy musi mieć inne powody, niż tylko sam handel i zysk. Udawałem, że bardzo jestem rad ze swej chytrości, on zaś udawał, że nie zostaje mu nic innego, jak zgodzić się na nasze warunki. Chyba jednak domyślał się, że przejrzałem jego zamiary, gdyż po skończonych targach, i umówieniu terminu następnego spotkania z pozostałymi wspólnikami, by rzecz całą przypieczętować, pożegnał mnie z lekkim, ale wymownym uśmiechem.

– Rzadko kiedy spotyka się tak znakomitego rozmówcę, który umie słyszeć i rozumieć słowa nawet niewypowiedziane – kwieciście wyraził swe domysły. – Wielka to mądrość, panie, której nie ukryje pozorna skromność, w jaką się przyobleka – tłumacz wyraźnie miał  sporo kłopotu, by oddać dokładnie tę zawile ułożoną myśl.

Pierwszy raz zetknąłem się z ową szczególną, hanijską ozdobnością mowy, zasadzającej się na dość zawiłej wieloznaczności. Wyuczony w posługiwaniu się aluzjami, podchwyciłem ten ton z niejaką wyniosłością światowca.

– Sztuka pozorów jest nader użyteczna, o czym musisz wiedzieć, panie, jako jej wytrawny znawca – odparłem bez namysłu. – Czy pomylę się, jeśli stwierdzę, że i ty doskonale wiesz, jak, i kiedy się nią posługiwać?

– Tylko wtedy, gdy to konieczne – tym razem odparł wprost, bez ogródek.

– W ataku, czy obronie?- i ja odstąpiłem od zbyt zawiłych niedomówień.

– Zawsze w dobrze pojętym swoim interesie.

– Tak się składa, że interesy mamy teraz wspólne. Do pewnego stopnia – dodałem znacząco.

– Czuję się zaszczycony, że tak wiele nas teraz może połączyć w tym obcym dla nas obydwu świecie – uwagą tą dał do zrozumienia, że liczy na cichy, osobny ze mną sojusz w grupie przyszłych wspólników do wyprawy.

– Uznając, jak i ty, panie, prawa konieczności – odrzekłem ostrożnie, acz zdecydowanie, nie chcąc go ani płoszyć, ani mu niczego obiecywać – wyznaję jednak zasadę wzajemnej przyzwoitości, której nigdy nie łamię bez wyraźnego powodu. – Niech wie, że nie jestem do kupienia. – Jeśli nawet będę miał korzyść, to przecież nie  liczoną w zyskach. To mi daje dużą swobodę wyboru działania.

Tłumacz, który świetnie sobie radził przy liczbach i konkretach, teraz co i raz się zacinał, co odbierało rozmowie owej płynności, przydającej urody wymianie myśli, kiedy to słowa są tylko pretekstem do prowadzenia gry dwóch umysłów. Rozstaliśmy się, umawiając, iż nie później jak za dwa dni powiadomimy go o spotkaniu, przeznaczonym dla podjęcia ostatecznych decyzji.

Wracając przez obóz Hanów spostrzegłem przed innym namiotem człowieka, który przy naprędce skleconym stoliku coś pisał na drewnianej tabliczce. Mijając go wymieniłem z nim spojrzenia i krótkie, grzecznościowe ukłony. Zaintrygował mnie, gdyż jako osoba piśmienna, a więc wyedukowana, nie należał ani do straży, ani do służby. Dotąd nie brał udziału w naszych rozmowach, ale to niczego jeszcze nie przesądzało. Może to ktoś z rodziny Sangrena, albo jego cichy wspólnik, trzymający się w cieniu? A może jakiś wysłannik, lub właśnie wywiadowca, który robi swoje pod przykryciem kupieckiej wyprawy? Choć korciło mnie, by wypytać o niego odprowadzającego mnie tłumacza, to jednak wstrzymałem się, czekając z wyjaśnieniem tej zagadki do czasu, gdy już wszyscy znajdziemy się w drodze.

33. O tym, co nieuchronne

Sprawy potoczyły się teraz szybko, i bez najmniejszych zatrudnień. Dwa dni później spotkaliśmy się znów u Menandra, już bez wystawności, lecz zwyczajnie, dla przypieczętowania ugody i omówienia szczegółów podróży. Nie wdawałem się w ich kupieckie targi, choć cała czwórka, z niezrozumiałych dla mnie powodów uznała, iż to ja mam być gwarantem rzetelności ich rozliczeń, i ewentualnym rozjemcą w razie jakich nieporozumień. Niepokoiło mnie to drugie zadanie, gdyż przez trzy albo i cztery miesiące przybywania ze sobą trzech, jakże odmiennych grup ludzi, o zatargi nietrudno. Przyszedł mi go głowy pewien mglisty nieco pomysł, który na razie zachowałem jednak dla siebie. W tym momencie co innego bowiem zaprzątało moje myśli.

Choć było oczywiste, że zabiorę się z nimi w drogę, to przecież nie wiedziałem, na jakich warunkach. Dla pojedynczego wędrowca taka wyprawa to kosztowna rzecz, a ja musiałem już bardzo rozważnie liczyć każdą sztukę srebra. Oprócz resztek soli, i kilku drobiazgów, miałem na wymianę trzy zdobyczne konie, pozostałe po potyczce z bandytami w Hyrkanii. Wyzbywając się ich już teraz, ryzykowałbym na przyszłość, w której nie wiadomo, co mnie czeka. Sprawę delikatnie rozwiązał Fandak, oznajmiając, iż wraz z Menandrem pomogą mi uzupełnić wyposażenie na drogę. Sangren również dał do zrozumienia, że i on mnie wesprze,  co w sumie oznaczało, że biorą mnie oni niejako wspólnie na żołd, jako swego doradcę.

Wystawiało to tycjanowską dumę na niełatwą próbę, lecz dawało zabezpieczenie nieuchronnie topniejących zasobów. Cóż, w ciągu nieco ponad pół roku zdążyłem już być wojskowym skrybą, porywaczem niewolnic, medykiem, kapłanem ognia, czemuż więc nie zostać najemnym pomocnikiem w cudzych interesach? Wciąż nie rozumiałem, skąd ta przychylność do mnie, co ich skłania do wciągania kogoś tak obcego do swych spraw, ale skoro tak się ułożyło, dla mnie bardzo nawet pomyślnie, rozważania na ten temat odłożyłem na inny czas.

Ustalono, ze ruszymy zaraz po tym, jak wspólnicy załatwią z Sangrenem pierwsze wymiany, zbiorą swoje towary, udziały i środki, potrzebne w drodze. Powstał pewien kłopot, gdyż Hanowie używają monet z jakiegoś metalu, który u nas nie ma żadnej wartości. Pierwszym wiec zadaniem było uporanie się ze stosownymi rachunkami, co przy okazji dało mi asumpt do wykazania, jaką korzyścią w interesach jest jeden pieniądz. Przeliczanie cen w srebrze złocie, przy odmienności wag monet baktryjskich, sogdyjskich i perskich, i nie wiadomo jakich hanijskich miarach, okazało się sporą łamigłówką, którą udało się w końcu rozwiązać za zgodą zainteresowanych. Było to konieczne, zwłaszcza mając na widoku późniejsze, ostateczne rozliczenia w Egbatanie.

Pisemnej ugody nie sporządzono, gdyż nie miałaby na to żadnego sensu. Nikt tu nie był specjalnie biegły w piśmie, ani własnym, a już zwłaszcza my w hanijskich, dziwnych znakach, jakie na próbę obejrzeliśmy. Nie znają tu tego handlowego obyczaju, a zresztą gdzie szukać sądów, które w razie czego wszyscy uznawaliby za jednako wiarygodne.  Wyszło na to, że to mnie powierzono rolę arbitra, co z jednej strony zadowalało moją próżność, ale z drugiej – stawiało w trudnym położeniu trzymania się w równym dystansie wobec każdego ze wspólników.

Oprócz Hanów, ze strony sogdyjczyków miał jechać Babur, w imieniu swoim i Fandaka, Menander zaś wysyłał syna. W duchu cieszyłem się, że będzie i rzymska obecność w mojej osobie, jeśli nawet nie handlowa, to na pewno symboliczna. Uzupełniał ją Agis, z syryjskich Greków, ale przecież legionowy żołnierz. Fandak dawał grupę swoich zbrojnych pod komendą Patrosa, strażnicy Sangrena mieli własnego przywódcę, u Baktrów wszystkimi ich ludźmi miał zarządzać Idas. Zebrano więc dużą karawanę, która, po oporządzeniu zwierząt i dobytku, powinna ruszyć nie później jak za tydzień,  Gdybyż to królowie i wodzowie, zamiast toczyć ciągłe wojny, i pędzić ludzi na rzeź, umieli tak się dogadywać, jak my tu w Merwie! Cóż, handel był, jest, i będzie zawsze poza nimi, co ich może drażni, lecz mogliby przynajmniej nie przeszkadzać.

Jeśli nawet moja rola była w tej wyprawie tylko dodatkowa, to przecież udział w niej  dawał sposobność poznania wielkiego szlaku, o którym nikt w Rzymie nie miał najmniejszego pojęcia, poza nielicznymi, przypadkowych wędrowcami, z ich niepewnymi, nieraz fantazyjnymi opowieściami. Wiedza, jaką spodziewałem się zebrać, na pewno okaże  się dla Tycjanów skarbem nie do przecenienia na przyszłość. Zapisy z uczonych ksiąg to jedno, ale praktyczna znajomość warunków, pogody, dróg, zagrożeń, różnych ludów, towarów, potrzeb, to zupełnie inna rzecz. Notatki Maesa kończyły się na partyjskich stacjach, tyle że nie sięgających aż tak daleko na wschód. Jeśli nawet nie od razu po moim powrocie uda się przełożyć mych doświadczeń na handlowy zysk, to za kilka lat może da się je spożytkować z wielką dla nas korzyścią, o ile znajdzie się ktoś na miarę chociażby Melosa. Nadto nadarzy się też okazja do jako takiego rozeznania w tutejszej polityce, czymkolwiek ona jest na tych ogromnych przestrzeniach. Czułem więc cichą satysfakcje, iż przeżywając przygody, tak dla mnie prywatnie niezwykłe, wypełnię powinności, jakie mi zadano. Oczywiście, nie mogłem się z nikim podzielić tym uczuciem, wspomniałem o nim  jedynie Agisowi, który przyjął je z dużym zrozumieniem.

Na dwa dni przed wyjazdem odbyłem długą rozmowę z Fandakiem. Najpierw jednak czekała mnie z jego strony niespodzianka w postaci propozycji wymiany trzech naszych koni na jednego baktryjskiego kamelosa z wyposażeniem do jazdy! Wywiązał się więc ze złożonej wcześniej obietnicy, i to nader hojnie. Była to bowiem zamiana korzystna, tym bardziej, że moje  hyrkańskie zdobycze należały raczej do pośledniejszej rasy. Kłopot polegał na tym, że nie za bardzo umiałem jeździć na takim bydlęciu. My znamy je jedynie jako zwierzęta juczne dla wojska. albo ledwie jako ciekawostkę na pokaz. Widywałem je po drodze, trochę w Syrii, a już zwłaszcza w Medii i Hyrkanii. Tutaj używa się ich też do jazdy wierzchem, zwłaszcza przez ziemie pustynne, gdyż bardzo są do tego wytrzymałe. Niezwyczajni, nie za bardzo wiedzieliśmy jak się z takim obchodzić, więc Agis pobrał kilka stosownych nauk u miejscowych poganiaczy. Stanęło na tym, że dopóki nie będzie to konieczne, kamelos poniesie nasz dobytek, my zaś pozostaniemy przy swoich koniach. Niemniej, ów cenny nabytek nabrał dużego znaczenia w ogólnym rachunku moich zasobów.

Podczas  rozmowy spytałem wreszcie Fandaka, czemu zawdzięczam przyznanie mi tak ważnej roli w ich kupieckim planie. Wszak jestem obcy, nie wnoszę swego wkładu, a rady, jakich udzielałem, to dla nich ryzykowna nowość.

– Przecież świetnie sobie radzicie z własnymi interesami – dodałem. – Do czego potrzebny wam dodatkowy doradca od rachunków?

– To prawda, sami też umiemy rachować. A powody? Jak dla mnie, są cztery, Viatusie – wyznał. –  Przyjazd Hanów, nadzieje na przyszłość, ciekawość, wreszcie twoje rzymskie doświadczenie i i wiedza – wyliczył na palcach.

– Rozumiem trzy pierwsze, lecz ten ostatni, to chyba przesada. Nie powiesz, że tak wytrawnym kupcom podobne pomysły nigdy nie przychodziły do głowy?

– Może i przychodziły, ale tu każdy myśli o sobie. Iść samemu tak daleko to rzecz trudna. Niezbyt się opłaca.

– A w większej grupie?

– Ludzie niezbyt sobie ufają. Kłócą się. Zwłaszcza przy rachowaniu kosztów. Niełatwo je rozliczać – powtarzał to samo, co wcześniej mówił Menander.

– A teraz?

– Teraz jesteśmy razem, naprzeciwko Hanów.

– Nie razem z nimi?

– Gdyby sami zaszli tak daleko, to nas wyprzedzą. Zrobi się ciasno.

– Byli chyba tacy, co wypuszczali się nawet do Syrii czy Armenii? Zwłaszcza Partowie.

– Stąd mało kto. Wielu nie wróciło. W pojedynkę szanse są niewielkie. I nikt nie chce się dokładać.

– Więc skąd ta zmiana? Nawet udziały u miejscowych, którzy sami nie pójdą?

– Na mój nos, tu chyba zaczynają się wielkie sprawy. Inni też to czują. Prędzej czy później ktoś się na nie porwie. Więc czemu nie my? Niektórzy nam zaufali. Trzeba próbować.

– Z Hanami?

– A czemu nie? Zresztą, sami się napraszają. Inna sprawa, dla jakich powodów. Ale czemu nie wykorzystać okazji?

– Tylko co ja mam z tym wspólnego?

– Jeśli się uda, to także dzięki tobie.

– Niezbyt rozumiem.

– To trochę tak, jak z dobrą potrawą. Żeby się udała, trzeba nie tylko najważniejszych składników, ale i szczypty przyprawy dla nadania jej właściwego smaku.  Gdy budujesz mur, potrzebne są nie tylko cegły, ale i to, co je dobrze zwiąże.

– Niezbyt to odkrywcza myśl.

– Umiesz przekonywać ludzi. Zjednywać, nawet okręcać wokół palca  – zaśmiał się. – To niebywałe, jak cię słuchają, choć nie szukasz posłuchu. Poza tym nie myśl, że my tu nic nie wiemy o dalekim świecie.

– A jaśniej?

– Persowie, teraz Partowie, ale i Grecy, niejedno mówią, jak to Roma wyrosła na wielkie państwo. Nie wzięło się to znikąd. Nie tylko z samej siły, czy rabunku, ale i z handlu. A ty? – Naraz zmienił ton. –  Przecież rozmawialiśmy przez całą drogę. Umiesz dobrze opowiadać, ale ja umiem jeszcze lepiej słuchać. Domyśliłem się, kim jesteś, albo możesz być. Na pewno nie zwykłym wędrowcem. I nie zwykłym rzymianinem. Na polityce się nie znam, ale na złocie nie najgorzej. A ciebie czuć wielkimi pieniędzmi, aż nadto dobrze wiesz, jak się je robi. – Chciałem mu przerwać, ale mi nie dał. –  Nazwij to przeczuciem, czy jak tam sobie chcesz. Jeśli ich nawet nie masz ze sobą, to masz je za sobą. Skoro więc ktoś taki zadał sobie tyle trudu, by dojść aż tu, to o czym to świadczy? Czego może szukać? Nie na dziś, ale na jutro? Warto z tobą trzymać, bo wierzę, że któregoś dnia, w przyszłości, nasze złoto się zejdzie, jak nie tu, to u was. Albo i tu, i tam.

– Fandaku, zdumiewasz mnie – jego wyznania prawdziwie mnie zaskoczyły. Mówił już nie jak zwykły kupiec, ale wytrawny strateg.

– Pozwól, jeszcze nie skończyłem. Gdyby nie Hanowie, nie byłoby tej całej sytuacji. O nich też sporo wiemy, choć mało kto ich widział. Teraz mają nowego króla, podobno mądrego, wyrastają na potęgę. Od dawna prą naprzód. A my stoimy im na drodze.  Możemy na tym przegrać, albo wygrać. Dla ich wojska to chyba trochę za daleko, zresztą są jeszcze miedzy nami Kuszanie, bardzo bitni, którzy tu próbują zakładać własne królestwo. Ale kto wie, co będzie? Tak, czy owak, zostaje wojna na handel. A do tego trzeba się na nim znać  chyba trochę inaczej, niż my. Więcej ogarniać. Dlatego ktoś taki, jak ty bardzo się przyda, żeby spróbować wygrywać.

– Przeceniasz moje możliwości, a nie doceniasz  własnego rozumu – zdumienie rosło, w miarę jak przedstawiał swoje myśli. Wcześniej ani słowem nie dawał poznać po sobie, że stać go na takie spekulacje.

– Jeśli mamy stawić im czoła, musimy się zebrać do kupy. Twoje pomysły, przyznam, trochę dla nas niebezpieczne, mogą stać się tym, czego dotąd brakowało, co nas zwiąże w jeden mur. Więc nie sądź, że powoduje nami tylko bezinteresowna życzliwość. Chcemy twojej pomocy w nauce na przyszłość, i zapewniam cię, że masz nasze pełne wsparcie. Zwróci się, i nam, i tobie.

– Wciąż twierdzisz, że nie znasz się na polityce?

– Bo nie znam. Ale znam się na ludziach – wycelował palec w moją stronę.

– Skoro tak, to co sądzisz o Hanie? Skąd u niego taka gotowość do współpracy.

– To właśnie jest polityka. Chytrość. Pójdzie na układ, bo jeśli nawet co straci teraz, to odbije sobie potem. Jak nie on sam, to inni, którzy pójdą za nim przetartym szlakiem.

– Czemu akurat mnie zaproponował mnie jako arbitra?

– Trafiłeś mu się tak samo, jak nam. Prawda, to dziwne zrządzenie losu, że tak się złożyło.

– Albo wola bogów?

– Dajmy spokój bogom. Twoim i moim. Mają chyba ważniejsze, albo i ciekawsze  sprawy na głowie. Ale wyszło, jak wyszło. Tylko nie wierz pozorom. On udaje niewiniątko, niby nic u nas nie pojmuje, ale też ma dobre oko. Jesteś bardzo wygodny, bo nie masz własnego udziału, ani w towarach, ani w złocie, więc i w zyskach. Niemniej szybko zorientował się, ile jesteś wart. No, i wie, że masz dobry powód do tej wyprawy.

– Niby skąd?

– Gdym się z nim spotkał po raz pierwszy, wspomniałem mimochodem o moim towarzyszu z dalekich stron, który zamierza wracać do domu. Uważnie nadstawiał ucha.

– Jak go wypatrzyłeś? Przecież oni nie wychodzą do ludzi.

– Nie prywatnie, ale przecież rozpytują o różne rzeczy. I tak się zdarzyło, żeśmy się spotkali.

– Wybacz, ale ci nie wierzę. Sam szukałeś do tego okazji.

– Szukałem, czy nie szukałem, ale ją znalazłem. Pierwszy stanąłem mu drodze. Powiedzmy, że obwąchaliśmy się jak dwa psy, które spotkały się na ulicy. Z dobrym, jak widzisz, skutkiem.

– Ciekawe, kto tu kogo przechytrzył?

– Gra dopiero się zaczęła.

– Z moim osobliwym udziałem?

– Z twoją pomocą.

– Szczerość, za szczerość. Otóż wiedz, iż dał mi do zrozumienia, że widziałby we mnie cichego wspólnika przeciw wam?

– No, proszę!. Oni, zdaje się, też mają jakieś rozeznanie o Rzymie, chyba nawet lepsze, niż nam się wydaje. A ty masz teraz komplet ofert – dodał z rozbawieniem.

– Na handlu może się znam, ale sobą nie handluję. Z nikim!

– Nie złość się.

– Nie o złość idzie, choć przyznasz, że mogę mieć powody do niejakiej irytacji. Nie lubię, jak kto mną próbuje obracać, zwłaszcza bez mojej wiedzy i zgody.

– Nie udawaj, że to, co mówię, szczególnie cię zaskoczyło? Też umiesz kalkulować.

– Niech ci będzie – machnąłem ręką. – Dobrze, podjąłem się zadania, i je wypełnię, niezależnie od tego, kto z was w co zechce grać.

– To w pewnym stopniu i twoja gra, chyba nie tylko o powrót. Wszyscy tu o coś gramy. Choć trochę po omacku, na wyczucie. Ale czujnie.

– Zatem wyprawa zwiadowców?

– Wszyscy pójdą razem, ale każdy będzie starał się przechytrzyć innych.

– Ciekawa kombinacja.

– Czy nie mówiłem, że idzie też o ciekawość? – zaśmiał się.

– Cóż, to wy więcej ryzykujecie. Ja nie mam nic do stracenia.

– Myślę, że to nie do końca prawda. Jeśli my przejdziemy w obydwie strony, a ty dotrzesz do domu, to nawet brak zysku może w przyszłości dać i tobie, czy komu tam jeszcze, duże korzyści.

– Także Hanom.

– Oni mają dalej, i trudniej. Wyprzedzimy ich.

– Przecież tu jest miejsce dla wszystkich.

– Kto pierwszy, ten potem stawia warunki.

– Mają jedwab, rzadkie klejnoty, przyprawy. A tego nie przebijesz.

– Ale to nasze ziemie. I nasze drogi. Swojego też sporo mamy. Więc jeszcze się okaże, co, i jak. Powoli, po kolei.

– Fandaku, jesteś okropny. Zastanów się, czy chcesz być tylko kupcem.

– Po co mi więcej? Kto ma wpływ na złoto, ten ma dobrze przy każdej polityce. Podejrzewam, że kto, jak kto, ale ty doskonale o tym wiesz.

Rozeszliśmy się w niezłym nastroju, choć przyznam, że pewna irytacja we mnie pozostała. Zwolna jednak ustępowała, w miarę, jak rozważałem to, com usłyszał. Fandak nie był żadnym filozofem, ale miał umysł giętki i otwarty, był niczym chytry, szczwany lis, gotów wyjść ze swej nory, by szukać łupu dalej, niż tylko wokół niej. Swym praktycznym, kupieckim rozumem ogarniał więcej, niż niejeden wytrawny polityk, a nawet uczony historyk. Rozmowa z nim więcej mi odkryła o tutejszym stanie rzeczy, niż gdybym sam był w stanie je poznać w możliwym dla mnie oglądzie miejsca i ludzi.

Na swój sposób przypominał Marosa, nieco pomieszanego z Melosem, tyle że jego rozumność z innych wyrastała korzeni. Nie – jak u pierwszego – z wiekowego gromadzenia wiedzy, z nauki, także ze swobodnej spekulacji i szukania duchowej istoty naszej natury, lecz z dobrze przetrawionego doświadczenia w ciężkich bojach o własne bytowanie. Niemniej podziwiać należało jego przenikliwość i obrotność jak u naszego faktora, wyćwiczoną przez ciągłą czujność wobec codziennych wyzwań i zagrożeń w interesach. Było w tym też i coś z drapieżności moich Scytów, tyle że bez ich zwierzęcej dzikości, zapamiętania w pogoni za zdobyczą, i używaniem życia, także wiele z ich bezwzględności, lecz bez skłonności do odruchowego okrucieństwa. Coś pośredniego miedzy dobrem wyższym, a złem koniecznym, ujętym jednak w karby zimnej kalkulacji, rozsądku, i obyczaju.

W mej pamięci dołączyłem Fandak do grona tych, spotkanych podczas wędrówki ludzi, których uznałem za osoby dla mnie znaczące przez to, jak bardzo zmieniali mnie samego, i moje rozumienie świata. Skonstatowałem przy tym, że choć w nowych zaskakujących okolicznościach, znów miałem być Tycjanem, to przecież z tego, co mówił  Sogdyjczyk, wróciłem do tej roli postrzegany bardziej może jako Festus, jakim stawałem się przez te długie miesiące mej wyprawy. A to dopiero połowa przygody. Kim więc się stanę, gdy pokonam – oby szczęśliwie – drogę powrotną?

34. Dowódca mimo woli

Przygotowania do wyjazdu dobiegły końca. Dokonano pierwszych rozliczeń z Sangrenem, zebrano wszystkie towary, oporządzono dobytek i zwierzęta, rozmówiono się z przewodnikiem. Dzień wcześniej zebraliśmy się w obozie, by domówić szczegóły podróży. Postanowiłem przedstawić im pewien pomysł, który wcześniej przyszedł mi do głowy. Dotyczył on towarzyszących nam zbrojnych, w liczbie dobrze ponad trzydziestu. Najwięcej miał Han, Partowie i Sogdowie wystawili też swe grupy. Każda miała własnego przywódcę, co czyniło z nich raczej zbieraninę wojaków, niż zwarty oddział pod jedną komendą.

Patrosa poznałem już jako dobrego zabijakę, Idas wydawał się również dzielnym człowiekiem, znającym się na walce równie dobrze, co na kupiectwie Nie wiedzieliśmy jednak, ani ja, ani inni, co warci są hanijscy strażnicy, z którymi w razie jakiej awantury trudno byłoby nawet porozumieć się w polu. Należało więc zawczasu zastanowić się, jak to połączyć w jedną całość. Ale jak pogodzić ambicje każdego z dowódców, żeby nie dochodziło miedzy nimi do sporów?

Przedstawiłem rozwiązanie ugodowe, trochę dziwne, ale według mnie pod każdym względem korzystne. Otóż zaproponowałem, by pieczę nad żołnierzami powierzyć Agisowi, czyniąc zeń nie tyle formalnego komendanta, ile doradcę w sprawach prowadzenia walki. W wolnych chwilach przećwiczyłby Hanów, przysposabiając ich do naszych sposobów walki, pokazał  jak korzystnie ustawiać się w różnych szykach, i jak ze sobą w nich współdziałać. Prawda, miał już swoje lata, lecz znał się na sprawdzonym rzymskim rzemiośle wojskowym,, nadto wzbogaconym o znajomość partyjskiego i scytyjskiego sposobu prowadzenia walki, przyjętego po tym, jak kiedyś boleśnie, niestety,  przekonaliśmy się o jego skuteczności. Agis zachował sprawność i siłę, miał ogromne doświadczenie, pewność ręki do broni, nadto nie szukałby wywyższenia wśród obcych wojowników.

Patros, z którym polubili się po drodze do Merwu, chętnie przystał na ten koncept, zgodził się tez i Idas, zadowolony, że przy okazji on sam, a i jego ludzie, nauczą się może czegoś  nowego. Najtrudniej było z Hanami, gdyż do agisowych nauk potrzebna była obecność tłumacza, nadto ich dowódca nie wyglądał ani na zbyt rozgarniętego, ani  wojowniczego. Lecz Sangren zgodził się na taki układ, i wydał swoim stosowne polecenia. Ucieszyło mnie to nie tylko z powodu zapewnienia zwartości naszej ochrony, ale i zapewnienia spokoju w drodze, a zwłaszcza na postojach, kiedy to żołnierze zwykli szukać szybkich i mocnych uciech. Harce i swawole, zwyczajne w takich okolicznościach, łatwo przeradzają się wtedy w bójki, nawet krwawe, jeśli zaczynają się niesnaski, albo głupie ambicje w prostackim rywalizowaniu o dziewki i pijaństwo, nawet o jakieś małe łupy z pokątnego myszkowania. Gdy poczują jako taką wspólnotę, łatwiej będą się dogadywać, co nie zagwarantuje całkowitego spokoju, ale jednak jakoś ograniczy swary.

– A nie mówiłem, że ludzie się ciebie słuchają – rzekł mi Fandak,  gdy wszyscy już  opuścili jego namiot, w którym dobyło się spotkanie. – Niezłej dokonałeś sztuki, Viatusie, z tą strażą.

– To nie żadna sztuczka, tylko zwyczajny, zdrowy rozsądek – odparłem, wzruszając ramionami.

– Sztuką jest przekonać do niego wcześniej, niż potem szukać go w kłopotach, których można zawczasu uniknąć – rzekł sentencjonalnie. – Dobrą odebrałeś edukację. Ale nie każdy tak umie przemawiać do ludzi.

– Jeśli, jak mówisz, tak słuchają, to dlatego, że nie widzą we mnie konkurenta do interesu. Nie węszą podstępów, więc ważą argumenty, a nie swoje podejrzenia, które zaćmiewały by ich rozumienie..

– Nazywaj to sobie, jak chcesz, ja i tak wiem swoje. Przyjęliśmy cię za arbitra, ale przekonasz się, że będziesz przewodził w drodze. To wyjdzie samo z siebie. Już wychodzi.

– Fantasta z ciebie, Fandaku – poklepałem go przyjacielsko po ramieniu – powinieneś układać pieśni dla ludu, złaknionego opowieści o herosach.

– Skąd wiesz, czy ktoś, kiedyś, tego nie zrobi? W moim przekonaniu, ta wyprawa do duża rzecz, choć wydaje się tylko kupiecką awanturą. Jeśli się uda, zacznie się tu duży ruch, i będzie o czym opowiadać.

– Jeśli i ja kiedyś to opiszę, to zapewniam, że znajdzie się tam o tobie dużo dobrych słów. Wiele ci zawdzięczam, i nigdy tego nie zapomnę.

– Nie popadajmy w sentymenty – skrył zadowolenie za szorstkością obycia. – Wdzięczność to rzadki towar, Viatusie, a kupcy rzadko się przyjaźnią. Zachowajmy więc ostrożność

Ku memu zaskoczeniu, na zakończenie wręczył mi spory i ciężki mieszek, w którym wyczułem monety. Nie wiedziałem, co rzec, więc spojrzałem na niego w oczekiwaniu wyjaśnienia.

– Obaj z Menandrem wiemy, że nie masz za dużo pieniędzy. Nie wiadomo, co was spotka po drodze. Nieraz dwie sztuki złota albo srebra więcej mogą, niż oddział żołnierzy. Z tym będzie ci łatwiej pilnować naszych interesów – zmyślnie wyprzedził moje obiekcje przed przyjęciem jakiejkolwiek zapłaty, wykładając sens tego daru jako wsparcie dla wspólnej wyprawy.

– Skoro tak to widzisz, to zgoda – odparłem. Była to już nasza ostatnia rozmowa, co było do powiedzenia, zostało powiedziane. Wyciągnąłem rękę do pożegnania – Sądzę, Fandaku, ze już więcej się nie spotkamy. Ale wiedz, że pozostaniesz w mej najlepszej pamięci dopóty, dopóki będzie mi dobrze służyć.

Wróciłem do namiotu, gdzie Agis właśnie zbierał i porządkował nasz dobytek. Zapadał zmierzch, a ja poddałem się nastrojowi zadumy. Oto moje wędrowanie w głąb Azji zakończyło się, tu, w Merwie, na skraju Baktrii, na jej styku z Chorasanem. Czy powinienem pójść dalej? Co by mi to dało? Czy warto poświęcać życie na samo tylko zaspokajanie ciekawości, na szukanie coraz to nowych doznań i doświadczeń? Już nie byłem dawnym dzieckiem, wsłuchującym się zachłannie w opowieści Strabona, marzącym o zwiedzeniu całego świata. Po rocznej wędrówce, coraz lepiej pojmowałem, że taki zamysł, to bieg bez końca. Za jednym miastem jest kolejne miasto. Za jednym plemieniem mieszka kolejne plemię. Za każdą równiną są kolejne góry, i znów równina. Można je kolekcjonować we wspomnieniach, tak, jak zbiera się drogie klejnoty, książki, czy piękne dzieła sztuki. Lecz z czasem zaczyna to nużyć, gdyż nie samo ich posiadanie w dużej liczbie czyni z nas tym, kim się stajemy. Wszystkiego zebrać się nie da, zresztą, nie wiadomo, czym owo „wszystko” miałoby być. W ciągłym pędzie za nowością kryje się pułapka pozoru rozumienia życia przez zapamiętanie się w samym tylko ruchu. Wtedy łatwo dostać zadyszki, i paść bez czucia.

Z drugiej jednak strony, wielość poznawanych miejsc i ludzi bardzo jest pouczająca, aczkolwiek w tej różnorodności z czasem zaczyna się dostrzegać podobieństwa treści, mimo odmienności form, w jakie bywają obleczone. Pewne rzeczy pozostają niezmienne niejako ze swej natury. Siły jawne, lub ukryte, jakie nami powodują, są w swej najgłębszej istocie takie same, niezależnie od tego kim jesteśmy. Miasta budowane są wedle takich samych wzorów, dla tych samych konieczności i praktycznych korzyści, niezależnie od tego, jaki lud je stawia. Świat kręci się wokół gry namiętności, gromadzenia i władania, wokół bogactwa, siły, lub pozycji, i korzystania z nich dla własnej przyjemności, albo z potrzeby wyróżniania się nad innych. Ludzie łączą się, walczą ze sobą, lub rozchodzą, nie dla swych cnót, lecz dla pomnażania zysków i zdobywania szacunku za to, co mają, co mieć chcą, lub co mieć się spodziewają.

Coraz wyraźniej rozumiałem już, że w  owym ciągłym ruchu, w jakim żyją, sami i w gromadach, musi być jakaś stała reguła, jak w geometrii, czy archimedesowym prawie równowagi sił. Każdy kształt da się rozłożyć na trójkąty, o tych samych zasadach ich budowy. Znając je, łatwo już policzyć, co kryje w sobie wszelki kształt z nich utworzony. Podobnie musi być z ludźmi i z narodami, nawet z ich historią, która chyba przebiega wedle tego, na jaką figurę zostały stworzone. Ale jak przekładać jedno na drugie?. Gdyby jednak dało się wydzielić i nazwać właściwości, które w nas tkwią, można by wtedy pojąć, co wybija człowieka z równowagi, do takiego, lub innego działania, i czym ona w ogóle może być. Grecki podział na cztery temperamenty ma więc sens, ale zdaje się chyba być dalece do tego niewystarczający.

Czy jednak taki pomysł na składanie człowieka, niczym statku z osobnych kawałków, da się jakoś obronić? Chyba tak, gdyż okręt może być on przecież być duży albo mały, ale by nim się stał, trzeba go złożyć z części takich samych co do rodzaju, choć innych co do wielkości. U ludzi też da się zauważyć, pewną stałą, a ciekawą prawidłowość. Umysł sprawny, acz powolny, potrzebuje na zrozumienie czegoś, czy na wykonanie swego zamiaru więcej czasu i mozołu, niż ten prędki i obrotny, który pojmie, co trzeba, lub zrobi to samo w mig. Skutek taki sam, ale różne siły, dzięki którym zaistniał. Moje przypuszczenia nie były więc chyba pozbawione sensu.

Prawda, ci sami Grecy mówili jeszcze o duszy, którą dali nam bogowie  jakoby w osobnym tchnieniu, która wespół z rozumem odróżnia nas od każdego innego stworzenia, i czyni istotami wyjątkowymi. Powiadali, że za jej to przyczyną mamy nie ustawać w poszukiwaniu porządku w świecie, i stawać się lepszymi, niż jesteśmy z natury. Dziwne to, i dla mnie niepojęte. Nigdy nie przepadałem za filozofią, zwłaszcza za takimi karkołomnymi spekulacjami, które trudno przełożyć na praktyczność. Duszy nikt nie widział, choć ponoć objawia się właśnie w cnotach. Ma ją każdy, ale przecież mało kto się cnotami wyróżnia. Jakże więc to jest? Może, choć niewidoczna, daje takie odmienności w charakterach, nawet i narodom, że jedni pną się w górę, a inni tylko pełzają po ziemi? Ale czy naród może mieć duszę? Same zagadki, sprzeczności, nawet niepodobieństwa dla tak zwykłego umysłu, jak mój.

Pobyt w Merwie wiele dał mi do myślenia. Przez dwa z górą tygodnie zdążyłem wiele tu  obejść i obejrzeć, całkiem dokładnie, jak na ten czas. To duże miasto, bogate, kolorowe, gdzieniegdzie szare, o tysiącach domów, ulic i uliczek, dziesiątkach języków, z dobrą setką  świątyń, i ołtarzy dziesiątków bogów. Ma swoje zapachy i smaki, swój handel, swoich kuglarzy, ulicznych grajków, tancerki i złodziei, swoje powietrze, dogodności i niewygody. Po miesiącach wędrówki, , mimo obowiązków z kupcami, nieco się rozleniwiłem. Ochoczo korzystałem z dobrego jedzenia, wygód, choćby z łaźni i atrakcji, jakie oferowały, łącznie z tymi wiadomej natury. Spodobało mi się tu, choć cały czas czułem swą obcość człowieka z innego świata.. Przyszło wreszcie niejakie znużenie tymi ciekawostkami, ponieważ były  osobliwościami tylko w formie, ale nie w treści, nawet jeśli dostrzegałem ich wielką dla mnie niezwykłość.

Fandak twierdzi, że Merw jest ledwie cieniem tego, co Marakanda, a nawet kilka innych jeszcze miast w dolinach, ciągnących się daleko na wschód. Że jest tam bogactwo niezmierne, wręcz nie do wyobrażenia, mnogość ludów, wielkie interesy. Czy wiele stracę, jeśli ich nie obejrzę? Dla mej przyszłej kroniki na pewno tak, dla palmy pierwszeństwa w ich opisaniu również, lecz czy aby tak wiele dla mnie samego? Gdybym nawet tam dotarł, to przecież za nimi są kolejne miejsca, warte poznania, kto wie, czy jeszcze nie wspanialsze. Lecz pytania i wątpliwości wciąż pozostałyby te same,  gotowe co i raz przyćmiewać radość z napotykania coraz to kolejnych  nowości. Czy to już owa zadyszka, czy zwykłe zmęczenie, a  może brak woli?

Takie oto myśli krążyły mi po głowie, gdym kładł się spać na ostatnią noc przed wyruszeniem w podróż do domu. Czy były jedynie usprawiedliwieniem dla odwrotu, czy może uzasadnieniem dla wyboru, którego sens bardziej wyczuwałem, niż w pełni ogarniałem rozumem? W każdym razie, miałem pewność, że postępuję słusznie.

cdn…