Początek u Kresu Drogi

CZĘŚĆ IV

  1. Obiecujące początki

Rano, skoro świt, zebrawszy się wszyscy przy bramie, zaraz za murami miasta, uformowaliśmy zwarty rząd i ruszyliśmy w drogę. Przyglądała się temu spora grupa miejscowych, chętnych obejrzeć śmiałków, wypuszczających się w tak daleką podróż. Pojawił się też Fandak z Menandrem, by osobiście dojrzeć, jak rozpoczyna się wyprawa, którą po równi z obawą, ale i determinacją puścili w ruch. Darowaliśmy sobie długie pożegnania, obyło się też bez wróżebnych rytuałów, czy składania błagalnych ofiar. Trwało oczekiwanie, kto też da znak do wymarszu. Fandak, ze swoim nieco drwiącym uśmieszkiem, spojrzał wymownie na mnie z ukosa i w końcu wyszło tak, że to ja stanąłem z przodu i, wezwawszy przewodnika, uniosłem rękę, kierując konia na zachodnią drogę. Obok mnie jechał Idas z Patrosem, zwierzęta z towarami i obozowym dobytkiem rzędem za nami, po bokach szło trochę luzaków, zaś dokoła dreptali konni zbrojni w małych grupkach. Babur jechał w środku kolumny, Hanowie trzymali się razem, Sangren miał swojego kamelosa, podobnie jego tajemniczy towarzysz, obarczony wieloma równie tajemniczymi pakunkami. Agis spokojnie krążył między nami, mając baczenie na to, co się dokoła dzieje.

Przebyłem tysiące stadiów, by rozeznać się w szlakach karawan, lecz nigdy ani mi do głowy nie przyszło, że pewnego dnia sam będę z taką wracał, na dodatek, wiodąc ją z woli wszystkich jej uczestników. Wszelako najważniejszy był teraz przewodnik, z którym postanowiłem się dokładniej rozmówić, co do sposobu i czasu jazdy, postojów, pogody, warunków, nawet zagrożeń, jakie mogą nas czekać. Najął go Menander, ręcząc za jego rzetelność, o której miał ponoć okazję nieraz się przekonać. Nie widziałem powodu, by w to wątpić, niemniej chciałem wywiedzieć się jak najwięcej szczegółów, by móc zawczasu, na ile dam radę, jak najlepiej pojąć, co też nas czeka. Taka nauka to bezcenna rzecz dla kogoś, kto o wschodnich karawanach tylko słyszał, lub czytał, ale nigdy nie widział żadnej na oczy, a tym bardziej nie doświadczył na własnej skórze, jak się nią wędruje.

Przewodnik zwał się Sulik, ale z jakiego się wywodził ludu – orzec było trudno. Miał nas doprowadzić do miasta, zwanego przez niego Subzawur, odległego od Merwu o miesiąc jazdy. Niewiele mi to mówiło, podejrzewałem, ze może idzie o Hekatompylos, owo miasto tysiąc bram, o którym czytałem u naszych historyków. Ale pewności nie miałem, prócz tej, że to krainy chorasańskie, przez które niegdyś przeszły wojska Aleksandra, a którymi potem zawładnęli Partowie. Wcześniej, idąc do Baktrii przez Hyrkanię, ominąłem je od północy. Teraz będzie okazja, by przyjrzeć się temu, co opisali nasi kronikarze, i na własne oczy przekonać, czy trafnie i rzetelnie. Niezależnie od tego, jak wypadnie porównanie, pewności siebie dodawała mi możność orientowania się, z pewnym, oczywiście, przybliżeniem, gdzie jesteśmy i będziemy co do miejsc i odległości.

Uspokojony z obaw o sam szlak, pozostawiłem rzeczy swojemu biegowi, zamierzając dokładniej poznać i włączyć do pamięci to, co mijaliśmy. Wędrując śladami historii, przypatrywałem się, co też po niej zostało. Sulik znał mnóstwo tutejszych legend, a widząc we mnie wdzięcznego słuchacza opowiadał je chętnie, tak, jak je rozumiał i potrafił. Pojąłem z nich i to, com już wcześniej sobie wyrozumował z własnych obserwacji w innych miejscach, a mianowicie, że zmieniali się tu władcy, maszerowały tędy różne wojska, lecz zwykli ludzie jak żyli po swojemu, tak żyją nadal. Radzą sobie niezgorzej, mimo iż od dawna płacą wiele za nieustanne zmiany wiatrów historii. Niemniej handel ma wciąż swoją wagę i nic nie jest w stanie na długo powstrzymać ruchu na jego szlakach.

Sulik umiał się dogadywać po trosze w różnych językach, tego wymagała jego praca. Znał ludzi po wsiach i osadach, wiedział też, gdzie czyhają bandy i ile trzeba im się okupić. Wart był swojej ceny, co szczególnie pokazało się niedługo po wyruszeniu z Merwu. Gdy wjechaliśmy na pustynny step, nakazał oszczędzanie wody, gdyż, jak twierdził, do następnego wodopoju dojedziemy dopiero za dwa dni. Gdy nadszedł ów czas, wszyscy wypatrywaliśmy jakiegoś strumienia, ludzie byli już mocno zmęczeni i spragnieni, lecz jak okiem sięgnąć nic nie wskazywało na to, że gdzieś tu może być jakie źródło, albo studnia. Zapanował niepokój, wszyscy spoglądali na przewodnika, w obawie, czy aby się nie pogubił, on tymczasem zachowywał się jakby nigdy nic.

Pierwsze zwietrzyły coś konie, szarpiąc jeźdźcami, a po kilku chwilach, w oddali, miedzy wzniesieniami, poczęły wyłaniać się jakieś ciemne plamy, na które wskazał ręką, nakazując jazdę w tamtym kierunku. Kilku jeźdźców nie wytrzymało i puściło się pędem, za nimi reszta, tylko kamelosy udało się prowadzić dalej swoim krokiem. Gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że trafiliśmy do małej oazy z oczkiem wodnym, przy jednej z tych podziemnych rzeczek, które w swym biegu tu i ówdzie wybijają się na powierzchnię. Stanęliśmy tam na noc, mało może wygodnie, ale bezpiecznie, przy skąpych krzakach i drzewach, które dawały jaki taki cień. Od tego zdarzenia, gdy Sulik nakazywał jakieś ograniczenia w drodze, nikt już nie kaprysił na jego podróżne zalecenia.

Jazda była monotonna, nużąca, z czasem pojawiało się coraz więcej wsi, nawet większych osad. Podobne do siebie, takie same jak wszędzie. Ludzie skromni, raczej przyjaźni, rzadko niechętni, ale zawsze ciekawi, zwłaszcza że nieczęsto widywali tak duże tabory, nie mówiąc już o całkiem nieznanych im hanijczykach. Co jakiś czas, w co lepszej okolicy, robiliśmy dwudniowy postój na odpoczynek i oporządzenie siebie i zwierząt. Zbrojni i słudzy mieli zabronione łupiestwo wśród miejscowych, choć bez swawoli się nie obywało. Agis trochę zajmował się strażnikami, ja zaś szukałem sposobności, by poznać się bliżej z Hanami, zwłaszcza z owym towarzyszem Sangrena.

Zastanawiająca to była figura. Trzymał bowiem tylko ze swoimi, a podczas przerw w podróży wiele z nimi rozmawiał, siedząc przed namiotem, ni to pisząc, ni malując coś na małych, drewnianych tabliczkach. Szybko zorientowałem się, że najzwyczajniej w świecie robi notatki, nawet rysunki. Potwierdzało to wcześniejsze przypuszczenia, iż musi być kimś w rodzaju wywiadowcy, spisującego wszystko, co uzna za ważne po drodze. Miał swego osobnego sługę, pomocnika, który okazał się po trosze i tłumaczem, gdyż umiał porozumiewać się z innymi spoza ich grona.

Bardzo mnie to ekscytowało, aż wreszcie postanowiłem przy pierwszej okazji poprosić Sangrena, by nas ze sobą poznał. Skoro tamten był człowiekiem piśmiennym, edukowanym, więc i trochę uczonym, mógłby, jeśli zechce, użyczyć mi nieco wiedzy o swoim świecie. Prawda, zaniechałem dalszej wędrówki na wschód, zresztą, nie wiem, czy dotarłbym w ogóle do ich krainy, chyba że trawiąc na to lata życia. A tu nadarzała się okazja, by wywiedzieć się o niej wielu rzeczy, i to z pierwszej ręki. Los sam mi ją podsunął, błędem byłoby więc z niej nie skorzystać.

Rozmówiłem się z naszym hanijskim wspólnikiem, a ten, choć z pewnym ociąganiem, przystał na moją prośbę. Przy prezentacji zdziwiło mnie, że zachowuje się wobec swego rodaka bardzo uniżenie, co by oznaczało, ze ów człowiek ma nad nim jakąś przewagę. Nie wnikałem w to – dopóki nie ma kłopotów, ich sprawa, kto jest u nich kim i dlaczego. Skłoniliśmy się sobie, sługa przyniósł drugą matę, ja zaś, zaproszony nieco wyniosłym gestem, usiadłem naprzeciw niego. Tłumacz, stojąc pokornie, ciągle w ukłonach, począł przekładać nasze słowa z dużym mozołem, przez co rozmowa toczyła się powoli, z pewnym nawet namaszczeniem, które, jak już zdążyłem się przekonać, oni tak bardzo lubią.

– Wybacz, panie, zuchwałą ciekawość, lecz widzę, żeś człowiek uczony, a ja mam wielki szacunek dla wiedzy, i tych, którzy są w niej biegli – zacząłem grzecznie, tłumacząc moje nagabywanie. – Jest rzeczą niezwykłą spotkać kogoś takiego wśród skromnych kupców na szlaku, więc zrozumiałe ci się chyba wyda, że rad jestem poznać tak niezwykłą w naszych okolicznościach osobę.

– Jeszcze rzadziej spotkać można, nie tylko miedzy wędrownymi kupcami, osoby obdarzone tak niezwykłymi talentami, jak ty, panie, który nam tu przewodzisz – odparł pochlebstwem, ale nie wolnym od uwagi, pokazującej, iż ma baczenie na nasze układy ze wspólnikami. Tłumacz co i raz zacinał się, usiłując jak najdokładniej wyłożyć w mieszaninie słów greckich i perskich sens naszych zawiłych nieco zdań. Miałem trudność w rozmowie, gdyż nie potrafiłem połączyć tego, co mówił, z odczytywaniem wyrazu twarzy, a bez tego nie sposób wyłapać tonu wypowiedzi i intencji, jakie skrywają.

– Przesadzasz w swej łaskawości, panie – odparłem, wcale niezaskoczony, iż dał świadectwo swego zmysłu obserwacji. – Nikomu nie przewodzę, pomagam tylko w drodze, gdyż o taką pomoc mnie poproszono.

– Kto dobrze patrzy, ten widzi więcej, niż ten, kto dostrzega tylko pozory – nie cierpię takich okrągłych, sentencjonalnych ni to pochlebstw, ni to aluzji, lecz mój rozmówca nie mógł lepiej dać do zrozumienia, że nie da się zbyć gładką mową.

– Masz, panie, bardzo wyostrzony wzroki i umysł, a to dowodzi wielkiej przenikliwości, której nic nie umyka. Lecz, jak zapewne wiesz, przewodzić mogę tylko sam sobie, gdyż idę tu bez żadnego towaru i interesu. Po prostu, wracam do swego kraju.

– Wielka siła i zdecydowanie, z jakim zmierzasz do tak dalekiego celu, pociągają innych, a to wystarcza, by widzieli w tobie przewodnika – najwyraźniej wywiedział się, skąd jestem i co mnie wiąże z pozostałymi w naszej grupie..

– Każdy tu ma swój cel, równie ważny, jak mój. Ty, panie, też chyba nie jesteś tu przypadkiem– wskazałem ręką na leżącą przed nim deseczkę z dziwnymi znakami – bez powodu na tyle ważnego, by wędrować taki szmat drogi.

– Tylko wypełniam swój obowiązek, jaki mi powierzono – taka otwartość nieco zbiła mnie z tropu. Skoro nie zajmował się handlem, to kim był?

– Zatem kupcem raczej nie jesteś?

– Na szczęście nie muszę parać się tak marnym zajęciem – nie trzeba było rozumieć słów, by wyczuć pogardę, z jaką je wypowiedział. Bardzo się to nie spodobało mej tycjanowskiej dumie.

– A co takiego ci się w nim nie podoba?

– Kupcy żyją tylko kosztem innych. Z cudzej pracy. Służą cudzej przyjemności, słabości, albo próżności, ale najbardziej własnej chciwości – niezwykłe irytująca była jego wyniosła maniera mówienia. Nie tyle rozmawiał, raczej oznajmiał, jak ktoś nawykły do posłuchu.

– Chyba się mylisz, panie. Pochopnie oceniasz ludzi, uważam, że nawet niesprawiedliwie. – Wskazałem ręką w stronę namiotów wspólników. – Nie zaprzeczysz, ze wszyscy tu bardzo się trudzą.

– To prawda. Ale tylko noszą to, co zrobili, albo zdobyli inni. Kto, według ciebie, jest więcej wart? Ten, kto umie zrobić piękną szatę, czy ten, kto tylko ją nosi dla własnej ozdoby?

– Sama do niego nie trafi. Nawet do króla, który, przyznasz, zwykle jest wiele wart, choć sam też jej nie utkał.

– Ten, kto go w nią ubiera, jest jedynie sługą – prychnął w odpowiedzi ze wzgardą, zaznaczoną machnięciem ręki..

– Dziwnie mówisz, panie. U nas nie tak to rozumiemy. Twoje słowa bardzo mnie dotykają. Wiedz bowiem, że jestem z rodu kupców i wcale nie mam się za niczyjego sługę.

– Może i jesteś z rodu kupców, ale sam nim nie jesteś.

– A ty, panie? Skoro też nim nie jesteś, to kim? Niczego nie przenosisz, ale jak twierdzisz, wykonujesz jakieś obowiązki. Zatem i ty komuś służysz.

– Ty również nie masz swoich towarów – spojrzał z ukosa, unikając odpowiedzi, lecz aluzja była aż nadto czytelna. – Co nie znaczy, że nie masz nic na wymianę – słowa te padły znienacka, niczym jakaś nieokreślona, niedopowiedziana propozycja.

– Zdumiewasz mnie, panie – odparłem po dłuższym namyśle. – Mam tylko siebie, a to nie podlega targom.

– Mądrzy ludzie mogą wymieniać się tym, co mają najcenniejszego, a czego nie wozi się w jukach – rzekł spokojnie, patrząc mi w oczy. – Jeśli tylko zechcą.

– Co masz na myśli?

– Wiedzę.

– Mówił mi kiedyś pewien rozumny człowiek, że należy bardzo uważać, komu się ją oferuje. W niegodnych rękach łatwo prowadzi do zguby.

– Ostrożność nie oznacza niechęci, lecz słuszną rozwagę. Co nie wyklucza porozumienia.

– Czyżbyś chciał wymieniać się tym, co jednak wozisz w jukach? – wskazałem na deseczkę.

– Nie ma w nich nic, czego byś sam nie wiedział. To zwykłe zapiski z podróży, którą przecież odbywamy razem. Nie o takiej wiedzy mówię.

– A o jakiej?

– O tej, którą nosimy w sobie. Z którą tu przybyliśmy.

– Jest bardzo cennym towarem, choć trudno go liczyć.

– Nie inaczej.

. Nigdy też nie wiadomo, co dla kogo przy wymianie może być zyskiem, a co stratą. I kiedy?

– Niemniej spróbuj rozważyć, co proponuję.

– A dokładniej?

– Mnie ciekawi twój świat, ciebie, jak sądzę, ciekawi mój. Czyż nie warto skorzystać z okazji, że się spotykamy w tak niezwykłych okolicznościach? – zabrzmiało to już bardziej zwyczajnie, bez pokrętnych aluzji. Cóż, niezależnie od tego, kim był, w tym akurat miał rację.

Przywykłem już do przekonania, iż nic nie dzieje się przypadkiem. Skoro bogowie wybrali tak niezwykłe miejsce i czas, by dać mi sposobność poznania rzeczy tajemniczych, nieznanych, dalekich, to rezygnacja ze skorzystania z niej byłaby dla nich wręcz obrazą. A że lubią być niekiedy mściwi, więc lepiej z nimi nie zadzierać. Co prawda, kiepskie to usprawiedliwienie dla folgowania niepohamowanej ciekawości, niemniej moje zastrzeżenia, czy wyćwiczona, odruchowa ostrożność przed cudzym szpiegowaniem, wydała mi się być bardzo na wyrost, by nie rzec – w ogóle pozbawiona sensu. Bo i co miałby tu wyszpiegować?

– Oferta, przyznam, zachęcająca – odparłem, wstając. – Długa przed nami droga, może warto ja wypełnić czymś więcej, niż tylko codziennym mozołem. Umysł też domaga się swego – zaśmiałem się na pożegnanie..

– Mądre słowa, panie – oddał mi pokłon.

Wracając do siebie, i rozglądając odruchowo po obozie, uprzytomniłem sobie, że było w naszej rozmowie coś zgoła nierealnego, jakby ze specjalnie napisanego dramatu dla teatru, tylko nie wiadomo, czy dobrego, czy złego. Oto dwóch ludzi, z dwóch krańców świata, spotyka się gdzieś pośrodku dzikiej krainy, przed wędrownym namiotem, by przepytywać jeden drugiego o swoje sprawy. Nie znają żadnego wspólnego języka, są z narodów, które prawie nic o sobie nie wiedzą, nigdy się nie spotkały i pewnie długo jeszcze nie spotkają. Obydwaj są zwiadowcami, idącymi – choć zapewne z rożnych powodów – w jednej karawanie kupieckiej, tyle że mało zajmują się samym handlem i nadzieją zysków, jaka ją pchnęła w tak daleką drogę. Jeden spisuje to, co poznaje, na drewnianych deseczkach, drugi zaś składa to samo w pamięci, by potem zebrać w księgach. Dokoła stepy, góry, trud, brud i znój wędrówki, niepewność jutra, a oni urządzają sobie pogawędkę, próbując przechytrzyć się nawzajem na słowa. Zdumiewające, zaiste, jakie bogowie wyczyniają sobie z nami brewerie. Ale tak chyba wysnuwają się w historii przedziwne nitki, które z czasem, gdzieś, kiedyś, może zwiążą się w jakiś niezwykły węzeł.

  1. Hanowie

Do Subzawaru dojechaliśmy w niecały miesiąc, bez większych kłopotów i żadnych strat w ludziach i dobytku. Miasto, choć dość okazałe, nie było jednak wypatrywanym przez mnie Hecatompylos. Niczym szczególnym się nie wyróżniało, tyle że znaleźliśmy w nim sposobność do wygodnego odpoczynku po długich dniach spędzonych na grzbietach zwierząt i na wietrznych równinach Chorasanu. Skorzystaliśmy z tego skwapliwie, jak kto chciał i potrafił, wszelako z zachowaniem należytego porządku w obcowaniu z miejscowymi. Tutaj też kończył swą posługę Sulik. Przed odebraniem zapłaty, zgodnie z umowa, przedstawił zmiennika, mającego nas prowadzić do wielkiego miasta Rej.

Człowiek ów, tutejszy Pers, pewny siebie, choć nie zarozumiały, mniej gadatliwy niż poprzednik, zabierał w drogę młodego syna, którego od małego przyuczał na swego następcę. Tak jak wszędzie na świecie, rodzinne przysposabianie do zawodu to zwyczajna praktyka, nie tylko wśród przewodników. Domówiliśmy się szybko, pomógł nam w uzupełnieniu zapasów, doradzając, w co się wyposażyć. Nieco zdziwiło mnie, że przy poznaniu bacznie mi się przyjrzał, co przypisałem ciekawości dla kogoś, kto wydał mu się między nami ważną osoba, niż jakimś nieznanym mi powodom. Hanów nigdy wcześniej nie widział, więc ze zrozumiałych względów oglądał ich z wielkim zainteresowaniem, szukając też zbliżenia z ich tłumaczem.

Następna część podróży trwała około dwudziestu dni, i wiodła na zachód, w pewnym oddaleniu od gór, oddzielających nas – jak się okazało – od ziem hyrkańskich, którymi wcześniej szedłem po tamtej ich stronie do Baktrii. Wiedząc więc mniej więcej, gdzie jestem, czułem się pewniej co do położenia, choć bynajmniej nie bezpieczniej w samej wędrówce. Byliśmy już zgraną drużyną, przynajmniej co do podziału obowiązków, niemniej w drodze dochodziło niekiedy do zatargów miedzy poszczególnymi grupami, zwłaszcza strażników. Na szczęście, Agis, mający duży wśród nich posłuch, łagodził je z właściwą sobie spokojną stanowczością. Z pomocą Patrosa mocno trzymał w ryzach ich narowy, nie pozwalając, by zatruwały stosunki między uczestnikami karawany.

Podczas jazdy obserwowałem okolice, starając się zapamiętywać to, co ciekawsze i ważne dla mych przyszłych opisów, natomiast podczas postojów gawędziłem z kim tylko się dało, i kto, mimo zmęczenia, miał na to siłę i ochotę. Dużo obiecywałem sobie po rozmowach z owym zagadkowym hanijskim kronikarzem wyprawy – tak bowiem nazwałem go w myślach. Rzecz jasna, bez wahania podjąłem propozycje, jaką mi był uczynił – licząc, że uda mi się bliżej poznać ten jakże tajemniczy dla nas naród, a także, przy okazji, czemu i komu mają służyć jego zapiski.

Już na samym początku pojawił się kłopot, a to stąd, iż zrazu trudno przychodziło mi rozumieć sens wielu używanych przezeń terminów i nazw, jako że w ich mowie, a już tym bardziej w piśmie, nie przypominają niczego nam znanego. Mam niejakie zdolności do języków, lecz do końca wspólnej podróży nie uchwyciłem zasady rozróżniania hanijskich wyrazów, ani nawet ich wymowy, czy budowania z nich zdań. Wyuczyłem się jedynie pewnej ich ilości, lecz przez zwykłe naśladowanie, co bywało zawodne, gdyż u nich te same dźwięki co innego znaczą w zależności od sposobu ich wymawiania, czy wzajemnych miedzy nimi związków. Mowa ich jest chrapliwa, raz jakby krótko wykrzykiwana, innym znów razem ciągła, ale w melodii dla mnie nie do uchwycenia.

Pierwsze, co uczyniliśmy, to wyjaśniliśmy sobie imiona, pod jakimi tu występowaliśmy. Ja podałem swój przydomek wędrowca, on zgodził się na miano Tanwena, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało po ichniemu nie tyle wywiadowcę, ile obserwatora. Okazało się, że jest urzędowym wysłannikiem niższej rangi dla sporządzania jak najdokładniejszych opisów i map ziem, przez które szliśmy. I tu pojawiła się pierwsza odmienność, niezwykle ważna dla tego rodzaju zajęcia, która skłoniła mnie do pewnych głębszych przemyśleń.

Otóż u nich do każdej wyprawy, bliskiej, czy dalekiej, u siebie, czy u obcych, czy to wojennej, czy handlowej, dołącza się specjalnie wyedukowanego kronikarza, geometrę i geografa w jednej osobie, który sporządza raport z tego, co widział, zmierzył, policzył i sprawdził na własne oczy. Składa go potem w osobnym cesarskim urzędzie, na dowolny użytek, jaki przyjdzie do głowy władcy, jego służbom, także wodzom. Tym sposobem wiedzę o świecie, bliższym i dalszym, zbiera się u nich systematycznie i zapobiegliwie, niczym zboże w magazynach, czy złoto na rozmaite cele, wszelako pod nadzorem specjalnie po temu powołanej prefektury. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak bardzo to jest pożyteczne dla interesu państwa, nie tylko w sprawach wojennych, ale i dla dobrego nim zarządzania.

U nas kronikarzami, historykami, czy geografami są ludzie prywatni, z zamiłowania, tylko z rzadka przyjmujący wprost podobne zlecenia; zresztą nie ma tak wydzielonego posługiwania publicznego. Robią to bez mocy urzędowej, choć, oczywiście, ich praca bywa wykorzystywane dla państwowych celów. Prawda, są tacy, co pisują kroniki dla poklasku, lub wkupienia się w łaski możnych tego świata, upodabniając się do poetów, schlebiających swym protektorom, nawet szerszej gawiedzi. Ale rzetelnych autorów mamy niewielu, i nie są oni na niczyjej służbie. Rozbawiła mnie myśl, iż Strabon, czy niegdyś Herodot, mieliby wyliczać się ze swych studiów przed jakimś gryzipiórkiem. Uczony lub badacz to człowiek wolny, co nie znaczy, że nie powinien wspomagać swego kraju, gdy zachodzi potrzeba skorzystania z jego wiedzy. Jednak decyduje tu roztropności, gdyż godzić się na taką pomoc należy tylko po rozważeniu sensu owych potrzeb i intencji, jakie im towarzyszą.

Ja sam też na swój sposób wypełniałem zlecenia cesarskie, lecz przecież nie jako najemny sługa. Czyniłem to niejako przy okazji, idąc według własnych, po trosze i rodzinnych planów, dla mnie dalekich od polityki. Być pomocnym, a być najmitą, to dwie różne rzeczy. Sam pomysł handlowania własnym rozumem, bez ważenia racji, tylko dla zysku, wydaje mi się obmierzły. Poznawanie świata na rozkaz trąci szalbierstwem, rodzącym nieraz wielkie oszustwa, gdyż szuka się głównie tego, co chciałby widzieć ten, co rozkazuje i płaci, a pomija, lub ukrywa to, co mogłoby być dla niego niewygodne. Kto tak czyni z własnej woli, poddaje się zniewoleniu, ulegając nadziei zysków, podszytej własnymi słabościami, chciwością, lub pychą. Umysły sprzedajne nie mają ani szacunku dla siebie, ani poważania u innych. Nie znaczy to bynajmniej, że trudno takie znaleźć.

Zastanawiając się na tymi sprawami, czułem jednak, że gdzieś na dnie duszy czai się we mnie obłuda. Nie ma chyba potrzeby szczególnie wyjaśniać, że w pojęciu rozumnego człowieka, wolny umysł, interesownie zaprzedany władzy, wręcz przekupny, to coś sprzecznego z uczciwością, nadto szalenie niebezpiecznego. Wspominałem fenickiego mistrza szkła, Nartasa, i jego sąd o wiedzy, której nie należy pochopnie oddawać w niegodne ręce, gdyż prowadziłoby to do nieobliczalnych skutków. Lecz czyż sam nie oponowałem wtedy twierdząc, że każda wiedza, nawet ta skrzętnie skrywana, prędzej czy później wylatuje na wolność, niczym ptak z klatki, a kto ją złapie, to jego zysk?

Choć puściłem się w wędrówkę z własnej woli, z pragnienia poznawania świata, to przecież i dla szukania sposobności pomnażania rodzinnej fortuny. Czy chcę tego, czy nie, wszystko, czego się dowiaduję, zostanie użyte dla zdobycia przewagi nad innymi. Zatem jest w tym interesowność, i to nie byle jaka – a w przypadku Tycjanów także i wielka polityka. Nadto zgodziłem się zbierać obserwacje dla Korbulona, prawda, że prywatnie, ale nie bez pewnej kalkulacji, nadto doskonale wiedząc, że zechce ją wykorzystać przy kolejnej wojnie, chociażby z Armenią. Jakkolwiek więc bym spekulował, to zawsze wyjdzie mi, że niezależnie od przekonania o własnej wolności, w tym, co robię, kryje się uwikłanie w późniejsze pożytkowanie przez innych wiedzy, jaką zdobywam, i jaką potem im przekażę. Nie mam nad sobą pana, nie pobieram żadnego żołdu, lecz czyż nie oszukuję się, utrzymując, iż o mym życiu i jego owocach decyduję tylko ja sam, kierując się w nim wyłącznie chęcią poznania, którą mam za najważniejszą dla siebie wartość?

Każda rozmowa z Tanwenem dawała asumpt do podobnych, i innych jeszcze rozmyślań. Natomiast mój rozmówca w ogóle nie zaprzątał sobie głowy takimi wątpliwościami. Był tylko urzędnikiem, a nie żadnym demonicznym agentem, czy szpiegiem w naszym rozumieniu. Nie wysłano go na żadną sekretną misję, nie wiózł listów polecających, cokolwiek komukolwiek nakazujących, lub do czegokolwiek upoważniających. Nie trapiły go żadne rozterki, wypełniał obowiązki, za które mu płacono z państwowej kasy. W pewnym sensie był dobrze sporządzonym, żywym narzędziem, bezwolnym, nie roztrząsającym do czego jest używane. Co z początku brałem za szpiegowską chytrość wyższego rodzaju, okazało się tylko szukaniem okazji do jeszcze lepszego wykonania swego czysto kronikarskiego zadania.

Zdumiewało mnie, że wywiązywał się z niego z sumiennością, ale bez własnego o nim sądu, bez cienia zastanowienia nad wartością, obecną czy przyszłą, tego, co gromadził na swych tabliczkach. Wiedza jako taka niespecjalnie go ciekawiła, jej ocenę zostawiał tym, którym ją po powrocie dostarczy. Jego panowie mogliby go wysłać gdziekolwiek bądź, nawet na księżyc, gdzie równie beznamiętnie stawiałby te swoje dziwaczne znaki, bez poruszania wyobraźni, bez szukania większego sensu dla tego, co spostrzega i spisuje. Z trudem pojmowałem tę osobliwość umysłu, przykrojonego do wykonywania czynności, a nie do wnikania w ich istotę i sens. Nie znam się dobrze na filozofii, ale na jego przykładzie pojąłem, co miał na uwadze Arystoteles, odróżniając w człowieku umysł bierny od czynnego. Tanwen był żywym dowodem na to, że można zadowalać się tylko tym pierwszym i mieć się z tym bardzo dobrze.

Zaczynaliśmy od rzeczy prostych, a niezbędnych dla wzajemnego rozumienia miar czasu, odległości, wagi i wszystkiego, co daje się przeliczać dla porządku spraw codziennych i państwowych. Potem stopniowo przeszliśmy do zwyczajów, zasad ułożenia państwa, trochę do historii. Wrócił temat kupców, i tu wyjaśniło się, jakie oni mają stosunki miedzy różnymi grupami ludzi, i dlaczego. Otóż, jeśli wyłączyć same urzędy, to najbardziej cenią chłopów, na których stoi powszechna pomyślność. Wyedukowani urzędnicy wszystkim rządzą wedle woli cesarza i zgodnie z przyjętym porządkiem rzeczy, tamci jednak wszystkich żywią. Dlatego te dwie grupy ludzi cieszą się u nich największym poważaniem, choć dokładnie są od siebie oddzielone. Dalej idą ci pożyteczni przez dobra, jakie wytwarzają pracą rąk i praktycznymi zdolnościami. Poważane jest wyrabianie wszystkiego, co potrzebne w życiu, budowanie, naprawianie. Cała reszta niejako żeruje na cudzym dorobku, jeśli tylko poprzestaje na korzystaniu z niego, nie dając nic w zamian.

Te podziały nieco mnie dziwiły, lecz me zdumienie niepomiernie wzrosło, gdy dowiedziałem się, jak nisko wśród ludzi wolnych stoją u nich żołnierze. Dopiero szersze wyjaśnienie ich życiowej filozofii uzmysłowiło mi, jak wielkie są miedzy nami różnice, z których to wynikało. Otóż za podstawę w państwie przyjmują pracę i pokój wewnętrzny, a dopiero potem szukanie zdobyczy wojennych na zewnątrz. Zatem wojsko, choć ważne, służy najpierw do obrony, a nie do najazdów i szukania łupów na innych. Jest więc przede wszystkim zaporą, nie taranem. Lecz jeszcze jedna okoliczność sprawia, że wojenne rzemiosło nie jest u nich w cenie, a ma ona związek z ciekawym pojmowaniem tego, co dzieje się z człowiekiem za życia i po śmierci.

Otóż, zawsze i we wszystkim najważniejsza jest u nich rodzina i przywiązanie do swego miejsca. Kto umiera, musi być pogrzebany w rodzinnej miejscowości, nadto trafia w zaświatach do swych przodków, którzy mogą go do siebie dołączyć, albo i nie. Na złączenie się z nimi nie ma szansy ten, kto ginie gdzieś daleko od domu, albo straci w walce jakie członki, włącznie z głową. Taki nieszczęśnik skazany zostaje na sromotę i samotność za grobem, a to w hanijskim rozumieniu jest gorsze, niż u nas wieczne potępienie. Oni w ogóle nie pojmują, że można być wyłączony z jakiejkolwiek wspólnoty żyjących, czy umarłych. Dlatego nie ma chętnych do ryzykowania w służbie wojskowej, więc gdy przychodzi potrzeba, zaciąga się do niej niewolników, włóczęgów, nawet więźniów.

Tak u nas ceniony honor żołnierski, sława wojenna, nawet pośmiertna, dla prostego wojaka nie ma u nich znaczenia. Docenia się jedynie wodzów, ale tylko zwycięskich. Kto przegrywa daje głowę, bo nie wypełnił zleconego mu obowiązku. Najważniejszy nawet dowódca jest tylko cesarskim sługą, rzadko kiedy doradcą, ale nikim więcej. Ambicja prywatna to podejrzana wada, jeśli ją kto ujawni, może mieć poważne kłopoty. Wszystko jest służbą i podległością, a sama tylko myśl, by sprzeciwić się władcy, czy wręcz podnieść przeciwko niemu bunt, to karygodne bluźnierstwo. Han z niedowierzaniem słuchał gdym mu opowiadał o naszej historii, w której może rządzić kilku wodzów, nadto ze sobą skłóconych i zwykle starających się wzajemnie zniszczyć.

Nie znaczy to, że Hanowie nie biją się miedzy sobą jak inni, zawsze i wszędzie, gdzie idzie o władzę, ale czynią to zwykle w waśniach rodzinnych. Tanwen opowiadał trochę o ich bratobójczych walkach, ale szybko pogubiłem się kto, kiedy i kogo na dobre wysadził z siodła. Tyle tylko spamiętałem, że panuje teraz nowy cesarz, ponoć wspaniały, mądry i bardzo troszczący się o pomyślność państwa. Interesowało mnie nie tyle skąd się wziął, lecz kim jest i jak układa sprawy publiczne.

Mimo dziwnego dla nas podejścia do żołnierki, Hanowie trzymają trzy wielkie armie, bo do spraw wojskowych przykładają jednak niemałą wagę. W prowincjach stoją osobne garnizony, największe pilnują stolicy i samego cesarza, pełniąc także rolę miejskiej prefektury porządkowej. Oddziały na granicach, z wolnego poboru, służą przede wszystkim do obrony, także przeciw wewnętrznym buntom, niekiedy do wypraw zewnętrznych, jeśli nadarza się okazja tanim kosztem zająć czyjeś sąsiednie ziemie. Służba trwa dwadzieścia pięć lat, ale można się od niej w każdej chwili wykupić. Wolne od niej w ogóle są rodziny urzędnicze wyższych rang. Przestępcy, zaciągnięci z więzienia, mogą liczyć na to, że, zostaną wolnymi osadnikami tam, skąd uda się wyprzeć jakie plemię, albo przy niektórych publicznych zajęciach, jak chociażby pilnowanie stacji kanałów wodnych. W oczywisty sposób nic, ani nikt nie ma prawa się u nich marnować.

Przy okazji dowidziałem się o pewnej osobliwości ich gospodarzenia, u nas w ogóle nieznanej i niepraktykowanej. Otóż wiele urządzeń i magazynów trzymają pod ziemią, budując tak całe labirynty dla swych zasobów. Wykorzystują podziemne rzeki, groty, stawiając nad nimi wejścia i stacje, pilnowane dla ich zabezpieczenia i pożytkowania tego, co ukryte. W razie zagrożenia może tam skryć się także miejscowa ludność, niezwykle utrudniając stamtąd życie każdemu napastnikowi, który zechciałby najechać ich ziemie. Wolą się więc bronić, niż samemu atakować, biorąc tym samym wrogów na wyniszczenie.

Wysłuchując tych opowieści, lepiej rozumiałem niezadowolenie Agisa, utyskującego wciąż na hanijskich strażników, których próbował przysposabiać do żołnierskiego rzemiosła na naszą modłę.

– Oni w ogóle nie myślą. Są jak bezwolne zwierzęta, przyuczone do narzędzia. Każesz iść w prawo, idą w prawo, każesz w lewo, idą w lewo, nawet jeśli jest tam przepaść. Posłuch musi być, to jasne, ale żeby aż tak? W walce bywa, że czasem trzeba umieć też kombinować po swojemu, a oni bez rozkazu ani rusz. Jak im zabić dowódcę, to się pogubią i uciekną, nawet gdy będą w przewadze. Marni z nich żołnierze.

Z obserwacji hanijskiej grupy wyrozumiałem, że trudno pojąć u nich różnicę między służeniem, karnością, a służalczością. Ciągle się sobie kłaniają, wedle rangi, jaką mają, nie tylko we własnej grupie, ale w ogóle w państwie. Wobec nas są wyzywająco układni, a wszystko bierze się z dziwacznej obyczajności, który nazywają etykietą. To jakby powszechna zasada grzeczności, ułatwiającej wzajemne obcowanie, niezależnie od tego, co kto do kogo czuje. Tego bowiem nie ujawniają, chyba że przez zapomnienie lub nieostrożność, z czego potem się tłumaczą w dwójnasób. Nigdy nie wiesz, co taki jeden z drugim o tobie myśli, bo nijak nie da tego po sobie poznać. Podejrzewam, że gdyby dostał rozkaz wbić ci nóż w plecy, najpierw by ci się uprzejmie skłonił, a potem zadźgał z przepraszającym uśmiechem na ustach.

Na ową etykietę składa się zbiór reguł we wzajemnych stosunkach, ćwiczonych od dziecka. Na swój sposób przypomina w praktyce to, co u Żydów jest zestawem przepisów na każdą okoliczność życiową, domową i publiczną. Wszystko ma być jak należy, wedle stosownej reguły, żadnych własnych pomysłów, żadnego okazywania własnej osoby, własnych odruchów, własnego pomyślenia. Czy oni w ogóle wiedzą, co to takiego wolna wola? Samodzielna decyzja, czy własny, niezależny wybór, choćby i na przekór innym? Własne zdanie, co dobre, a co złe? Takie samo mrowisko, tyle że na drugim krańcu świata, także podobna niechęć do obcych, przekonanie o własnej nad nimi wyższości. Powiedziałbym, że taka sama nawet wobec nich pogarda, tyle ze Żydzi okazują ją głośno i jawnie, a Hanowie skrycie, w uśmiechach i ukłonach. Ciekawe, co się będzie działo, gdy kiedyś te dwa narody się zejdą przy jakichś sprawach!

Przy okazji przemyśliwania czynionych obserwacji, wracało nieraz pytanie o to, czy narody mają duszę. Przyglądając się bowiem obydwu tłumaczom przy Hanach, zastanowiło mnie czy zachowali w sobie coś z ducha rodzin, w jakich się zrodzili i chowali jako dzieci. Jeden był z pochodzenia baktryjskim Grekiem, drugi, też z grecką, może nawet i rzymską domieszką, pochodził z Sogdy. Jako młodzi chłopcy trafili – każdy w innych okolicznościach – do hanijskiej niewoli, i wywiezieni do swych panów dorastali już w obcym dla nich świecie. Oczywiście, wyuczyli się nowego języka, lecz przecież nie zapomnieli własnego, co uznano za wielce przydatne.

Ponieważ nic tam nie może się marnować, więc gdy dorośli, dołączono ich do miejscowej społeczności tak, by wykorzystać tę ich umiejętność z jak największym pożytkiem. Pozostali niewolnikami, lecz bardzo cennymi, zwłaszcza że u Hanów zaczął się coraz większy ruch w handlu, i to w obie strony. Nadto przybywały do nich i znaczniejsze figury polityczne, z bliska i z daleka, a do rozmaitych wypraw, także wojennych, dołączali specjalni urzędnicy, sporządzający ich opisy i mapy, do czego potrzeba przecież kogoś pomocnego w rozumieniu obcej mowy. I tak to, różnymi drogami, jeden znalazł się u kupców, którzy go sobie wypożyczali, a drugi wśród urzędów, przy służbie państwowej.

Przez lata niewolniczej tresury upodobnili się do swych panów, lecz trudno było orzec, czy tylko w mowie, zachowaniu i obyczaju, co zrozumiałe, czy też w umyśle i duszy? Dzikie zwierzę, gdy je schwytać i posadzić w klatce, przecież zachowuje swoją naturę i narowy, choć każą mu je powściągać pod groźbą bata. Tłumacz Tanwena miał lepiej, bo służył także trochę jako sekretarz i pomocnik, a to czyniło zeń osobę już bardziej użyteczną, a przez to lepiej traktowaną. Natomiast ten od Sangrena trzymany był krótko, tylko do posługi, także przy najgorszych zajęciach obozowych.

Pierwszy przypominał więc domowego pieska, w sumie zadowolonego ze swego losu, drugi natomiast konia, zaprzęgniętego do orki. Pierwszy na dobre zamienił się w Hana, drugi w jakimś stopniu pozostał chyba tym, kim był z urodzenia, tyle że w pętach, które go uwierały, ale których zerwać nie miał jak. Tak to sobie wyobrażałem, zwłaszcza że dostrzegałem w jego oczach zamyślenie, gdy spoglądał z boku na żołnierzy, ćwiczących pod komendą Agisa i Patrosa. Co by się stało, gdyby znalazł dobrą szansę na wyrwanie się z tych sznurów? Czy w ogóle chętny byłby jej szukać? Czy, gdyby się nadarzyła, skorzystałby z niej, idąc za duchem narodu, z jakiego się zrodził?

Przypomniałem sobie moich Scytów, rodzeństwo, wyrosłe w wolnym plemieniu. Dolan uciekł przy pierwszej okazji i na swój złodziejski sposób pędził żywot małego drapieżnika, natomiast Asza przyczaiła się tylko, by przetrwać czas niewoli. Gdy los zesłał jej pomoc w mojej osobie, szybko odzyskała dawny wigor młodej Amazonki. W podróży okazało się, że nic nie złamało ich natury, pozostali dzikimi barbarzyńcami, bez cienia zniewolenia w duszy. Czy w tym przygiętym do ziemi baktryjczyku o greckim rodowodzie, też odzywa się jeszcze duch wolności, czy został skutecznie zabity przez obcy świat? Czy tli się w nim jeszcze pod przykrywką strachu, czy już w ogóle zgasł?

Pytać wprost o to nie mogłem, bo byłoby to niestosowne, tak wobec niego, jak i wobec Sangrena, lecz niekiedy w przelotnych rozmowach na boku próbowałem wyczuć, czy coś z podobnych myśli chodzi mu po głowie. Gdy raz czy drugi czyniłem w tym kierunku jakieś aluzje, byłem pewny, że je rozumie. Niemniej milczał, nie podejmując tematu. Mówiąc o tym, zadawałem mu zagadkę na jego własny temat, lecz nie wiedziałem, czy rozważał szukanie jej rozwiązania. Zauważyłem jednak, że nie tylko coraz chętniej ze mną rozmawiał, ale przy tłumaczeniu podczas spotkań z jego panem, czy w rozmowach z innymi, jakby unikał nazbyt już ostentacyjnej uniżoności. A może mi się tylko tak zdawało?

 

  1. Nieuchwytne echa na wielkich przestrzeniach

Droga do Egbatany zajęła nam niecałe trzy miesiące, wiodąc przez kolejne miasta, bardzo stare, licznie rozrzucone na dużych przestrzeniach Chorasanu. Wcześniej królestwo Medii, potem Persji, ciągnęło się na wysoko położonych równinach, wzdłuż północnego skraju rozległej pustyni. Teraz rządzili tu Partowie, co zaznaczało się tym wyraźniej, im dalej na zachód się posuwaliśmy. Odnalazło się końcu i owe rzekomo tysiąc bram, tyle że miejsce to zwie się teraz Komesz – choć niekiedy używa się starszej nazwy Damgan, co w tutejszej mowie wykłada się jako miasto magów. Aleksander nadał mu wielkie znaczenie na swoim szlaku, i jest w istocie ciekawe, tyle, ze tych bram jest ledwie trochę więcej, niż zwyczajowe cztery, jak wszędzie. Uchodzi za jedną ze stolic osobnych prowincji partyjskich i perskich, gdzie od zawsze rządzili samodzielni, mali despoci, wyduszając, każdy swoim zwyczajem, ile się dało ze swoich poddanych.

Podobno Komesz jest niezwykle starożytne, tyle że wciąż jakby przesuwa się ku północnym wzgórzom, zastawiając wcześniejsze, niżej położne części napierającym od południa piaskom pustyni. Zachowały się jeszcze resztki starego zamku, używane jako warownia dla wojska, ale i one pewnie z czasem znikną. Zaiste, dziwnie urządzili się tu ludzie, mając po jednej stronie żyzne pola i lasy, z licznymi wodami, spływającymi z pobliskich gór, a zaraz po drugiej – niszczącą martwotę pustyni, której nie są w stanie przeciwstawić się nawet wysokie mury. Cztery dni drogi dalej jest kolejne miasto, co pospołu z wieloma wsiami i osadami między nim a Komeszem tworzy ogromne zbiorowisko ludzi, złączone pod jedną władzą. Nie miałem czasu na to, by w tak szybkiej podróży rozeznawać się w miejscowych stosunkach, zresztą, prawdę mówiąc, nie miałem na to specjalnej ochoty, zadając się na przypadek, który podsunąłby mi jakąś po temu sposobność. I, w rzeczy samej, los zdarzył, że przydarzyła się nam osobliwa niespodzianka, która niepomiernie zdumiała nie tylko mnie samego, ale i mych towarzyszy.

Byliśmy już w drodze do najstarszego ponoć miasta na tutejszym szlaku, zwanego Rej. Trudno mi orzekać o jego wieku, gdyż wszystko tu dokoła było tak stare, jak sam chyba świat, pamiętając czasy z legend Babilonii. Wcześniej nie działo się nic szczególnego, jeśli nie liczyć pierwszych hanijskich prób handlowania z kupcami w Komeszu i dalszym Semnanie. Wszędzie, gdzie się zjawialiśmy, Hanowie, dotąd znani głównie ze słyszenia, budzili zrozumiałe zainteresowane, nie tylko przez oryginalność w wyglądzie, ale i przez ciekawość towarów, jakie wieźli. Gdy tylko rozkładaliśmy się gdzie obozem, zaraz pojawiali się widzowie, żeby ich oglądać jak jakie dziwo. Nie brakowało i handlarzy, węszących za zarobkiem, chętnych do kupowania jedwabiu i rzadkich korzeni, czy ozdób. Sangren czuł się nieswojo, gdyż nie za bardzo wiedział, jak sobie z nimi radzić. Umiał liczyć i wiedział, że im dalej dowiezie swój dobytek, tym więcej zyska, lecz nie był od tego, żeby i w drodze to i owo sprzedać.

Niepokoiło to pozostałych wspólników, gdyż woleli, żeby nie uszczuplał swoich zapasów przed ostatecznymi rachunkami. Sami z kolei handlowali tym co mieli, wymieniając jedne towary na drugie, by ugrać na krótszych przewozach ile tylko się da. Pośredniczyłem w ich rozmowach, starałem się łagodzić niesnaski, lecz nie wtrącałem się do tych targów, pilnując tylko, by się wzajemnie nie oszukiwali. Wspólna wędrówka zbliżyła ich do siebie, ale nie aż tak, by po cichu nie szukali własnych zysków. Z trudem radzili sobie z przeliczaniem swojego na udziały, jakie miała każda ze stron, kręcili, kluczyli, lecz koniec końców godzili się, gdy wkraczałem jako arbiter, rozsądzający sprawy zgodnie z zawartą w Merwie ugodą. Zyskiwałem dzięki temu spore uznanie, a Hanowie na osobności dziękowali mi za pomoc, twierdząc, poniekąd słusznie, że sami pogubiliby się w zupełnie obcych dla nich warunkach. Moja pozycja jeszcze bardziej umocniła się dzięki zdarzeniu, w którym, ku memu zaskoczeniu, niezwykłym echem powróciło pewne spotkanie, jakie miałem kilka miesięcy temu.

Na drugi dzień po wyjeździe z Samnanu, gdy jechaliśmy spokojnie, równym rytmem miedzy wysokimi wzgórzami, naraz w oddali pojawiła się duża grupa konnych, niespiesznie zbliżając się w naszą stronę. Trudno było powiedzieć, jakie mieli zamiary, wiec Agis z Patrosem szybko ustawili naszych zbrojnych w wyćwiczony wcześniej sposób, by nie dać się zaskoczyć jakimś nieprzyjaznym manewrem ze strony nadjeżdżającej gromady. Gdy zbliżyli się, dostrzegłem na ich czele człowieka w perskim stroju, który wyglądał mi na ich przywódcę. Ponieważ nie dostrzegłem oznak gwałtowności, wiec dałem znak, by zatrzymać zwierzęta, po czym, wraz z Idasem, powoli ruszyłem na spotkanie zbliżających się jeźdźców, unosząc rękę w powszechnie przyjętym geście pokoju. Stanęli i oni, a po krótkiej chwili podjechaliśmy na tyle blisko, by pozostawać razem w zasięgu głosu.

Nie wyglądali na pospolitych bandytów, wręcz przeciwnie – dowódca, sądząc po ubiorze, musiał być kimś znacznym, a jego dumna postawa świadczyła o niejakiej pańskości, właściwej lepszemu urodzeniu. Także żołnierze nie sprawiali wrażenia zbrojnej hałastry, lecz karnie wykonywali to, co nakazywał nawet krótkimi spojrzeniami.

– Pozdrawiam cię, panie, który stanąłeś na drodze naszej kupieckiej karawany – odezwałem się pierwszy w perskiej mowie. – Chcę wierzyć, że kieruje tobą jedynie ciekawość, za którą nie kryją się żadne złe zamiary.

– Ty tu przewodzisz? – spytał bez zbytnich wstępów, ale i bez agresywności.

– To wolni kupcy, każdy przewodzi sam sobie – odparłem spokojnie.

– Czy są wśród was Partowie?

– Nie ma – pokiwałem głową. – Są Sogdowie, Baktrowie, nadto ludzie, których zwą Hanami. To przybysze z bardzo daleka.

– Nie wyglądasz na kogoś z tych, których wymieniłeś.

– Nie jestem kupcem, tylko samotnym wędrowcem, który do nich dołączył.

– To czemu wysuwasz się na czoło?

– Ktoś musi. Może dlatego, ze mam najmniej do stracenia. – Wskazałem ręką na jego ludzi, którzy otoczyli nas szerokim półkolem. – Chcę wierzyć, że nie macie złych zamiarów – wyczuwałem, że nie idzie tu o żadne bandyckie pomysły, co nie znaczyło wcale, że jesteśmy bezpieczni. – Nie wyglądasz, panie, na kogoś, kto tak musiałby zdobywać fortunę.

– Nie brak ci śmiałości, człowieku – lekko się uśmiechnął, z wyższością wpatrując się we mnie jak pan na swego poddanego.

– Mam swój honor, panie – odparłem stanowczo – i szukam go u innych. – Zwłaszcza u tych, którzy zdają się wyrastać ponad pospolitość – spojrzałem mu prosto w oczy.

Chce wyniosłości, to będzie ją miał! Przez cały czas starałem się zachowywać grzecznie, jednocześnie zastanawiając, kim jest, i co robi z dużą grupą zbrojnych na szlaku wędrownych handlarzy. Przecież żadnej wojny tu nie ma, chyba że jakieś prywatne waśnie miedzy miejscowymi wielmożami. Skoro nie był zwykłym łobuzem, a wskazywała na to wyraźna pańskość jego obycia, to można było żywić nadzieję, ze nasze spotkanie skończy się tylko na rozmowie. Trzeba jednak ostrożności, by go nie rozdrażnić, co nie znaczy, by okazywać zbytnią uległość. Lecz co miało oznaczać owo pytanie o Partów?

– Nie jesteśmy rabusiami, ani żadnymi rozbójnikami – zaśmiał się – a ty, mimo tego nędznego ubioru, nie wyglądasz mi na zwyczajnego wędrowca w kupieckiej karawanie. Skąd jesteś? – Jakże to irytujące, takie wypytywanie! Przecież nie wyróżniałem się tu niczym szczególnym, więc czymże wzbudziłem tę ciekawość? Chyba tylko tym, że nie umierałem ze strachu na jego widok.

– Z bardzo daleka..

– To żadna odpowiedź.

– Czy to ma znaczenie? Jeśli szukasz Partów, tu ich nie znajdziesz – spróbowałem tym sposobem wydobyć z niego sens wcześniejszego pytania.

– To wasze szczęście. Nie będziemy was zatrzymywać – nadal jednak stał przed mną, bacznie mi się przyglądając.. – Ale nie dostałem odpowiedzi na moje pytanie, kim jesteś, i skąd?.

Nie dał się zbyć, więc nie mogłem tak po prostu pożegnać się i wrócić do swoich. Coś mnie tknęło i podkusiło do zaryzykowania ostrożnej otwartości.

– Jestem obywatelem rzymskim i przebywam tu w prywatnej podróży. Teraz wracam do domu. Czeka mnie droga długa i trudna. Ale liczę na szczęśliwy powrót. – Spojrzałem na niego znacząco. – Pewien kapłan przy ołtarzu ognia niedawno przepowiedział mi, że będą mi w tym sprzyjać i bogowie, i ludzie..

Sam nie wiem, czemu przyszło mi do głowy, że ów wystawny perski jeździec, to ktoś z tutejszego, możniejszego rodu, w którym, być może, żywi się tę samą złudną nadzieję, o jakiej usłyszałem w hyrkańskiej Karcie. Niejawnie więc odwołałem się do wyrażonego wówczas mgliście zapewnienia o wieści, jaka miałby mnie wyprzedzać i chronić w podróży przez te ziemie. Było to z mojej strony kuszenie losu, z niewiadomym skutkiem, lecz ryzyko nie aż tak wielkie w sytuacji, gdy nic nam już chyba nie zagrażało. Przy tak rozległych przestrzeniach, i po tak długim czasie, tamto spotkanie sprzed miesięcy mogło dzisiaj nic nie znaczyć. Niemniej, niczym niewprawny łucznik, wystrzeliłem na oślep w niebo, licząc, iż szczęśliwym trafem ustrzelę jaką zdobycz. Szansa powodzenia była właściwie żadna, ale cuda czasami się zdarzają.

– Chyba coś takiego obiło mi się o uszy – odparł Pers po dłuższej chwili milczenia i przyglądania mi się z uwagą. Strzała chyba jednak dopadła celu! –. Słyszałem o kimś, kto ponoć ciekawie rozprawiał z kapłanem przy ołtarzu ognia o sprawach wielkiego świata. Wędrował w bardzo dziwnym towarzystwie, ale nie aż takim – wskazał ręką na nasza spora karawanę, stojąca w pewnym oddaleniu.

– Byłem wówczas sam, z jednym tylko sługą, jeśli nie liczyć scytyjskiej kobiety i jej małego brata. – Jeśli miałem być wiarygodny, to należało mówić prawdę. – Rozstałem się z nimi już dawno temu. Zatoczyłem krąg, a teraz wracam inną nieco drogą.

– Może więc, rzeczywiście, jesteś tym człowiekiem, który rozmawiał z kapłanem przy ołtarzu ognia? – sprawdzenie wypadło pomyślnie.

– Może i ja lepiej teraz rozumiem pytanie o Partów? – rozmowa przy użyciu pytań, trochę na żydowską modłę, bywa niekiedy szalenie wygodna. Nie wdając się w wyjaśnienia, wiedzieliśmy obaj, o co idzie.

– Skoro tak, to uszanuję kapłańskie słowa.

– Wielka jest twoja przenikliwość, panie – skłoniłem głowę – co przyjmuję z ogromną ulgą.

– Szukałeś honoru, więc go znalazłeś.

– I zachowam w dobrej pamięci.

– Oby ci dobrze służyła w przyszłości.

– Zawsze dotrzymuję danego słowa.

– Zatem ruszajcie. Niech bogowie wam sprzyjają.

Wymieniliśmy pokłony, Pers dał znak swoim ludziom, i w kilka chwili już ich nie było. Gdy wracaliśmy do oczekujących nas towarzyszy, Idas, który cały czas przysłuchiwał się tej wymianie słów, nic z niej, oczywiście, nie pojmując, kręcił tylko głową z pewnym niedowierzaniem.

– Nie podoba mi się to. Zbyt gładko się obeszło. Czy aby nie urządzą nam gdzie jakiej pułapki?

– Zapewniam cię, Idasie, że nic nam nie grozi. Przynajmniej od Persów.

– Co to za sprawa z tym kapłanem?

– To dłuższa opowieść. Kiedyś ci wyjaśnię, w czym rzecz. Na pewno ci się przyda.

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? Wszystko, co nas spotyka, nawet niby przypadkiem, splata się w sposób zgoła nieprzewidywalny, gdy się tego najmniej spodziewamy. Największą chyba sztuką w życiu jest umieć uchwycić i zrozumieć, co i kiedy jest czego skutkiem, a czego jednocześnie może być przyczyną. Tego drugiego odczytywać na bieżąco się nie da, bo nie ma takiego umysłu, który by potrafił przeniknąć głębszy i dalszy sens w czymś, co zdaje się być jedynie ulotnością chwili, potraktowanej z niedbałością dla szczegółu i pozornym brakiem związku z tym, co nas w danym momencie najbardziej zajmuje. Ileż to rzeczy mamy na widoku, a ich nie doceniamy, nawet nie chcemy spostrzegać, biorąc je w ogólności za tło zdarzeń i poczynań, które uznajemy za ważne? Dopiero poniewczasie przychodzi zrozumienie – jeśli w ogóle przychodzi – jak się wszystko łączy się i przenika.

Rozum nie ogarnia wszystkiego, co się dzieje, bo to się, po prostu, nie da, zatem wyciąga wnioski tylko cząstkowe co do przyczyn i skutków w biegu naszego życia. Skupiony na jakimś zadaniu, dostrzega głównie to, co z nim jest związane, resztę mając za mało ważny dodatek. A przecież w owych pomijanych drobinach dziejących się zdarzeń kryć się mogą – i zwykle tak właśnie bywa – zalążki rzeczy, decydujących za czas jakiś o naszym losie. Co więcej, nie wiadomo, jak, i kiedy do tego dojść może.

Jakże bowiem podczas niegdysiejszego spotkania w Karcie, a i zaraz po nim, mógłbym przewidywać, kiedy i gdzie spotka mnie takie jego następstwo, jakie właśnie się wydarzyło, i to w tak dziwacznej postaci? Bo że dwa te zdarzenia się ze sobą wiązały, to oczywistość, którą spostrzegłem dopiero w chwili, gdy w rozmowie naszło mnie przypomnienie tamtych słów kapłana, a za tym nagła myśl, iż coś takiego jest w ogóle możliwe. Gdy się to przed chwila potwierdziło, wszystko ułożyło się w logiczną całość.

Czym zatem są nasze starania przeniknięcia logiki zdarzeń, skoro nie umiemy ogarniać ukrytych w nich przesłanek dla skutków, które w najgłębszym przekonaniu zdają się nam być przypadkami? Owszem, pewne rzeczy dostrzegamy, rozważamy, budujemy na nich plany, składamy z nich obraz własnego życia. Lecz jeśli umysł i zmysły zanadto zajęte są bieżącą chwilą, nadto gdy zaciemnia je wyobraźnia, przenikają pragnienia, namiętności, najrozmaitsze fantazje, wówczas wiele z tego, co się nam przytrafia, mamy za kaprysy bogów, losu, zwykłe przypadki. Im dłużej jednak wędruję, tym mniej wierzę już w zwykłe i niezwykłe zbiegi okoliczności, choć żadną miarą nie umiem znaleźć zasady, jaka rządzi ich układaniem się w łańcuchy przyczyn i skutków. Zresztą, nie lubię sofizmatów, wolę ujmować rzeczy praktycznie.

Czy jednak, jako praktyk, mogłem zawczasu założyć, że tak się to ułoży? Gdybym nawet uważał, że tamte słowa kapłana o wyprzedzającej mnie wieści nie są z jego strony tylko czczą obietnicą, podszytą urojeniami o domniemanej, własnej roli w nadawaniu biegu tutejszej historii, to przecież byłbym szaleńcem, licząc na ich sprawczą moc w każdej chwili mej wędrówki przez te ziemie. Wszelako z drugiej strony nie mogłem zaprzeczyć doświadczeniom z podróży w górach medyjskich, i tego, o czym przekonywała mnie wówczas Asza przy okazji naszych spotkań w tamtych miasteczkach i osadach. Dziwne i wręcz niesamowite wydało mi się teraz uzmysłowienie, iż na tych ogromnych przestrzeniach krąży coś nieuchwytnego, ulotnego, a przecież jak najbardziej rzeczywistego, co jest moim znakiem rozpoznawczym wśród tych, którzy potrafią go dostrzec.

Zatem, przez to, co robimy i co nam się przytrafia, stajemy się obecni, nawet wówczas, gdy dzieje się coś mimo naszej woli. Pozostawiamy ślady swej obecności, choć nie wiemy, jakie będą jej skutki, nieraz nawet nie zastanawiając się, kto, i w jakich okolicznościach je odczyta. Niekiedy przybierają one postać ulotnej wieści, przenoszonej przez ludzką pamięć, kiedy indziej bywają bardziej trwałe, wręcz wielce osobliwe, jak chociażby ten, który pozostawił po sobie Maes w Batnei!

Czy mój awanturniczy przodek, folgując sobie dla przyjemności, mógł przewidzieć, czym mogą okazać się po latach, następstwa jego prywatnych uciech? Szalenie rozbawiła mnie myśl, że to, czego nie udało mu się dokonać wieloletnią przebojowością na szlakach handlowych, w dwa pokolenia po nim wypełni się, być może, dzięki kilku chwilom wytchnienia w objęciach pospolitej dziewczyny, przygodnie spotkanej gdzieś w podłej, syryjskiej gospodzie. Do tego, oczywiście, potrzeba było i przyjścia na świat mojej osoby, mego wychowania i edukacji, przemiany dziecięcych marzeń w azjatycką wyprawę, tycjanowskich planów, nadto dobrej jeszcze setki niezależnych od siebie powodów i przyczyn, które pospołu złożyły się na pamiętne spotkanie w z owocem tamtych igraszek.

Gdy planowaliśmy z ojcem moją podróż, nieraz wspominaliśmy Maesa i jego doświadczenia, lecz tego rodzaju okoliczność, nikomu nawet nie przychodziła wtedy do głowy, nawet w żartach. A tu proszę, jakiego los spłatał nam figla! Przez chwilę przemknęła mi przez głowę niespokojna myśl, czy aby przygoda z Aszą nie będzie miała gdzieś, kiedyś podobnych następstw. Czy mogłem mieć pewność, że przy rozstaniu scytyjska wojowniczka nie poniosła ze sobą do swego plemienia zalążka aż nadto konkretnej pamiątki naszej miłostki? Szybko jednak otrząsnąłem się z tych rozmyślań, uznając, że zbytnio ponosi mnie fantazja, niepotrzebnie psując dobre samopoczucie po pomyślnie zakończonej przygodzie z perskim oddziałem zbrojnych.

  1. Życie w teorii i praktyce

Moi towarzysze, nieco zaskoczeni tym, jak szybko uporałem się z przeszkodą na drodze, wypytywali o szczegóły spotkania, lecz zbyłem ich kilkoma ogólnikami. Idas też niewiele im wyjaśnił, niemniej podsycił aurę tajemniczości, powiadając, że perski dowódca uznał chyba we mnie kogoś, o kim wiedział coś dobrego, dzięki czemu nie nastawał na wtrącanie się w bieg karawany i zostawił nas w spokoju. Nie zaprzeczałem, niemniej niczego bliżej nie tłumaczyłem. Prawdy domyślił się jedynie Agis, przed którym nie miałem tajemnic. Rozpytywany na boku przez innych, trzymał się jednak roli prostego sługi i rozkładał ręce na znak, że nie ma pojęcia o żadnych ważnych sprawach swego pana. Tak czy owak, przygoda ta przydała mi aury pewnej niezwykłości, a moja pozycja w grupie bardzo się umocniła. Gdym zapewnił – trochę może na wyrost – że ze strony Persów nic nam grozić już nie będzie, przyjęto to z ulgą i zadowoleniem, jako oczywistość, nawet nie dopytując się skąd ta pewność.

Wszelko Hanowie próbowali podchodzić mnie pytaniami, jeśli nie wprost, to aluzyjnie, gdyż nie mając pojęcia o tutejszych stosunkach, dziwili się, że człowiek obcy, z dalekiego kraju, bez złota, towarów, czy oznak władzy, układa się jak równy z równym z kimś, kto, wedle ich domysłów, najwyraźniej ma tu pewne znaczenie. Tanwen raz po raz starał się dociec, kim naprawdę jestem, ponieważ nie mieściło mu się w głowie, że bez określonego przydziału w społeczności i bez wysokiej w niej pozycji, można mieć taki posłuch między ludźmi, i to jeszcze nie w swoim państwie. Oczywiście, widział to po swojemu, więc nie pojmował, że nie wszędzie ludzie żyją wedle praw mrowiska, w którym każdemu wolno tylko tyle, ile mu zostanie zadane. U nich liczy się nie osoba, lecz to, co kto robi, a i to z jedynie z urzędniczego nadania. Jeśli robi wiele, to nie z własnej woli, ciekawości czy samodzielnego pędu do działania, lecz dlatego, że takie jej przyznano prawo i przydzielono zadania. Wywiódł sobie, że muszę być kimś znacznym, kto wykonuje poważne obowiązki, zlecone przez zwierzchność. Tak to sobie tłumaczył i do końca podróży uparcie się tego trzymał, nie będąc w stanie pojąć, że nie wszędzie są mrowiska, uznające ludzi tylko według nadanej im rangi. A już w ogóle nie mieściło mu się w głowie, że ktoś spoza takiego roju może mieć posłuch tylko przez to, kim jest sam z siebie przez swe zalety.

Gdym próbował trawić jego opowieści, uzmysłowiłem sobie, że w gruncie rzeczy w hanijskim ułożeniu państwa jest coś z Platona. Ludziom, poukładanym w kręgi, przypisane są pozycje, wyznaczane wedle zakresu ich użyteczności dla ogółu. Każdy ma swoje miejsce, zna swoje powinności, wie, co wolno, kogo ma słuchać, co myśleć i co robić. Zamiast cesarza jest grono mędrców, które rządzi absolutnie wszystkim bez wyjątku, nawet tym, kto z kim ma płodzić potomstwo, kiedy i w jakiej ilości. Co u greckiego filozofa jest teorią, ciekawą, acz nieco odpychającą, u Hanów jest praktyką, która nie przypadła mi do gustu.

Wielbiciele rzekomej doskonałości platońskiej idei powinni bliżej poznać Hanów, by przekonać się, że jej przełożenie na zwykłe życie i ludzką niedoskonałość, prowadzić musi do zwyrodnienia natury. Za tą rzekomą szlachetnością i dążeniem do utopijnej harmonii w ludzkiej zbiorowości kryje się zagrożenie zniewalaniem ducha wolności i umysłu. Kto z życia próbuje robić matematykę, zawsze potknie się na jakichś liczbach, które nie dadzą się wtłoczyć w wymyśloną czy pożądaną regułę. A wtedy biada tym, których zawiedziony rachmistrz zacznie karać za to, że nie przystają do jego gładkich wzorów. W imię poprawności swych wyliczeń gotów jest usuwać to, co im przeczy, i – przechodząc od teorii do praktyki – zabrać się za łamanie kości, lub wręcz obcinanie głów.

Nie przypadkiem Platon wygonił ze swego państwa artystów. Ci bowiem niesforni wybrańcy Muz, nie poddają się mrowiskowym rygorom, lecz idą za swą naturą, bardzo nieraz porywczą, niekiedy wielce nieobyczajną, nie uznając w tym żadnego wędzidła. Bywają okropni, próżni, kapryśni, mają liczne wady, lecz wszystko to okupują pięknem, jakie tworzą. Co więcej, w swych dziełach potrafią dowieść, iż rozumieją świat nie gorzej, niż uczeni mężowie na swych pomnikowych cokołach. Czym przenikliwość młodego Lucjusza z Antiochii jest gorsza w postrzeganiu ludzkiej natury od rozważań filozofów? A on przynajmniej nikogo nie poucza, ani nie przydziela roli, jaką ma pełnić ten, kogo portretuje.

Tanwen uparcie powtarzał, że nadmiar wolności tylko psuje ludzi i państwo. Według niego pojedynczy człowiek, nikomu niepodporządkowany, bez swego przydziału, to osobnik wręcz niebezpieczny. Nie rozumiał, co ja tu robię i po co wędruję z dala od domu, a już całkiem głupiał z tego, że tak swobodnie sobie poczynam wedle własnej woli.

– U nas nie jest możliwe, by kto obcy, bez powodu, swobodnie panoszył się po kraju. Gdyby nawet miał na to zezwolenie, musiałby mu towarzyszyć specjalny przewodnik cesarski ze stosownym pismem. Ale i tak nikt by z nim nie rozmawiał, ani go nie słuchał.

– Nawet gdyby znał waszą mowę?

– Tym bardziej byłby podejrzany.

– A swoich wolnych wędrowców nie macie?

– Chyba tylko kapłani. Ale to cesarz decyduje, które świątynie jakie mają znaczenie i co z tego wynika.

Teraz ja się pogubiłem, gdyż stopniowo wydało się, jak oni traktują prawa. Jedynym prawodawcą, o mocy niemal boskiej, jest cesarz, jakby najwyższy pater familias. Wszelako to, co spisane na jego rozkaz, jako obowiązujące dla urządzenia i działania władzy, dla ogółu pozostaje nieznane. Postępować należy wyłącznie w zgodzie z naturalnym nakazem moralnym. Kto by znał kodeksy, mógłby te nakazy przekraczać, albo obchodzić, gdyż tam, gdzie prawo czego nie zabrania, można by, chytrze spekulując, swobodnie czynić to, na co się ma ochotę. Nadto uważają oni, że przy powszechnej znajomości praw, lud mógłby ośmielać się kwestionować wyroki jako niesprawiedliwe, a to z kolei podważyłoby autorytet władzy. Samodzielne myślenie na własny użytek, okazywanie własnej woli, w ogóle jest u nich nie do wyobrażenia.

Ponieważ u Hanów najważniejsza pozostaje rodzina, wiec wszędzie strażnikiem obyczaju jest jej głowa, i to ona feruje wyroki wedle swego uznania. Nabierają jednak mocy dopiero po zatwierdzeniu przez specjalnych urzędników, którzy łączą w jednej osobie role sędziego, prokuratora i obrońcy. Ojciec może skazać syna na śmierć, ale na egzekucję trzeba cesarskiej zgody ze stolicy, uzyskiwanej drogą urzędową. Zdumiało mnie, że taki wyrok nie może być wykonany w sprzeczności z rytmami natury, chociażby wiosną, kiedy wszystko budzi się do życia, ani też podczas urzędowo nakazanych świąt. Zostawała więc jesień i zima.

Najciekawsze jednak jest to, że egzekwować prawo można na kimś zastępczym, bo sądzi się czyn, a nie osobę! Ukarane ma być samo przestępstwo, a niekoniecznie ten, kto je popełnił! To już nie mieściło się w rozumie, choć Tanwen usiłował wyjaśniać mi skomplikowana filozofię takiego procederu. Zrozumiałem z tego tylko tyle, że najważniejsza jest nie sama wina, lecz intencja, a kara ma przede wszystkim przywracać harmonię świata, którą dany czyn naruszył. A kto ją odbędzie, to już inna rzecz. Ta oczywista niedorzeczność bardzo mnie poruszyła. Spytałem, czy gdyby kto zabił jego matkę, to czy zadowoliłoby go ukaranie nie mordercy, lecz jakiejś figury, podstawioną za stosowną cenę? Czy nie czułby w sercu sztuczności takiego rozwiązania sprawy? Czy to sprawiedliwe?

– Co liczy się bardziej, słuszność cesarskich praw, czy jakaś niejasna sprawiedliwość? Czy u was zawsze, to, co sprawiedliwe, jest słuszne dla ogółu? – odparł pokrętnie, nie okazując cienia poruszenia uczuć. Oni w ogóle, chyba ich nie mają, jakby nie byli z krwi i kości. Na wszystko jest jakiś przepis, więc chyba i wzajemnie kochają się wedle tego, co im każe ta ich etykieta.

Dałem sobie spokój z dociekaniem, co kryje się za jego mętną sofistyką. Równowaga żywiołów, o jakiej mi przy tym mówił, to jedno, a żywy człowiek, to drugie. Co mają żywioły do wyrzynania całych rodzin i rodów, praktykowanego zresztą z lubością i u nas, niekoniecznie tylko podczas zwrotów historii, czy w zgodzie z jakąś filozofią? Wszędzie silniejszy i tak robi co chce, nieważne, jakimi podpiera się argumentami. Idzie jednak o to, by miarkować niepotrzebne, często zapamiętałe okrucieństwo, nie dawać mu się panoszyć, jak u dzikich barbarzyńców. Nigdy nie rozumiałem, skąd bierze się żądza mordu, zwłaszcza na niewinnych ludziach w czas wojny. Co innego impet bitewny wobec żołnierzy wroga, a co innego dorzynanie kobiet i dzieci w już pokonanych miastach. Zemsta w gorączce i afekcie da się jeszcze jakoś wytłumaczyć, ale podcinanie gardeł na zimno, z wyrachowaniem, to już dzikość, jakiej nie znajduje się nawet u zwierząt.

Tak oto rozmyślałem sobie, jadąc równym rytmem na swoim kamelosie, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić, polubiwszy nawet siedzenie na nim i obserwowanie z wysoka nie tylko drogi i mijanych okolic, ale także towarzyszy podróży. Co i raz z satysfakcją przekonywałem się, że opowieści Tanwena o hanijskiej filozofii życia w mrowisku niekoniecznie przystają do rzeczywistości. Patrząc na niego i na Sangrena spostrzegałem, jak urzędnicza ograniczoność umysłu przegrywa z zaradnością kupca, starannie pilnującego swego interesu. W miarę jak cesarski skryba i geograf coraz bardzie mnie rozczarowywał, nabierałem coraz większego uznania dla bystrości drobnego Hana, szybko uczącego się radzenia sobie w nieznanym mu świecie. Choć może i niższy rangą w rodzinnym kraju, rozumem zdecydowanie przewyższał swego przemądrzałego rodaka, choć, oczywiście, nie dawał nic po sobie poznać, a w rozmowach z nim trzymał się oficjalnej uniżoności, jaką nakazywała mu ich etykieta.

Już na samym początku udzieliłem im obydwu kilku lekcji o naszych pieniądzach, ich rodzajach, odmianach greckich, perskich, nawet armeńskich. Tanwen dokładnie to spisał, i na tym poprzestał, natomiast Sangren błyskawicznie nauczył się wyceniać w nich swoje towary, koszty wyprawy, ceny wszystkiego, co w drodze potrzebne, co na wymianę, nawet wielkości koniecznych opłat miejskich, czy haraczy, jakie przyszło nam po drodze dwa czy trzy razy zapłacić. Gdybym miał porównać te dwie głowy, to rzekłbym, że jeden miał w swej tylko składowane deseczki, drugi natomiast duży abakus w ciągłym użyciu.

Co więcej, Sangren potrafił swobodnie spekulować o ryzyku i decyzjach, jakie miał podejmować. Stać go było na samodzielność myślenia, bez instruktywności, i wyraźnie mu się ta praktyka udawała. Oczywiście, gdy trzeba było, trzymał się hanijskich reguł, zwłaszcza wobec swych sług, którym kilkakrotnie wymierzał – wedle ich zwyczaju – kary lekkiej chłosty za drobne przewinienia, na co miał zezwolenie Tanwena, jako cesarskiego urzędnika. Niemniej za tymi rytuałami skrywał zdrowy rozsądek i silną wolę człowieka, który, jak każdy dobry kupiec, wie czego chce i zmierza do swego celu, należycie dostosowując się do okoliczności.

Jeśli Hanowie chcą wejść do dużego handlu z obcymi, musza to zrobić nie za pomocą etykiety, lecz chytrością, sprytem i bezwzględnością. A do tego potrzeba ludzi takich jak właśnie Sangren, z otwartymi głowami i przebojowością, której nie da się ująć w karby cesarskich przepisów. Może oni u siebie mają swoją ulubioną harmonię świata, ale w targowaniu się idzie nie o równowagę, ale o niepewność w grach na przewagi, i to tym większą, im znaczniejsze mają być zyski. Ludzkiej natury nic nie zmoże, więc jestem dziwnie spokojny, że z czasem doskonale się tego wyuczą. Przy ich mrowiskowej karności może się jeszcze okazać, że pod wodzą coraz to liczniejszych kupców w rodzaju Sangrena staną się groźnymi dla innych przeciwnikami.

Porównywałem też dwóch innych wspólników wyprawy, Babura i Idasa. Sogdyjczyk od początku niezbyt mi się podobał, gdyż miał w sobie małostkową chytrość, bez rozmachu, choć trzeba przyznać, że skrupulatnie pilnował powierzonych mu przez Fandaka spraw. W drodze co i raz szukaliśmy okazji do handlowania przez wymianę towarów od miasta do miasta na mniejsze odległości. Babur z zadziwiającym sprytem wywiadywał się u kolejnych przewodników co i gdzie się w tym opłaci, a choć były to zyski małe, to przecież zawsze wychodził na swoje. Idas nie miał do tego głowy, a choć również czynił podobne interesy, to jednak liczył głównie na rozliczenia w Egbatanie. Niemniej, na swój sposób, po cichu skrzętnie zbierał wiadomości o tym, co na szlaku warto przewozić, skąd i dokąd.

Babur był małym straganiarzem, skutecznym, ale bez polotu, natomiast Baktryjczyk widział szerzej i dalej. Czuło się w nim ducha jego ojca, patrzącego za korzyściami nie tylko doraźnymi, ale i na przyszłość. Świadczyło o tym i to, że chętnie poznawał obyczaje miejsc, jakie mijaliśmy, a mimo trudności językowych nawiązywał przydatne, prywatne znajomości nie tylko w największych miastach, ale i w mniejszych osadach. Mając w sobie przyrodzoną ciekawość świata, bacznie go obserwował, by się w nim odnajdować, gdy przyjdzie do kolejnych wypraw, jakie już teraz planował. Wiele rozmawialiśmy, wypytywał o moje doświadczenia, nawet o historię i politykę krain, przez które jechaliśmy. Polubiłem go, bo czułem w nim bratnią duszę urodzonego wędrowca i poszukiwacza przygód, wręcz z pewną skłonnością do brawury. Skłonny byłem nawet widzieć w nim jakby baktryjskiego Maesa, o którym zresztą mu kiedyś opowiedziałem, ku jego ogromnej uciesze.

W dwa miesiące przebyliśmy większą cześć drogi do Egbatany, zatrzymując się na dłuższy postój w mieście, zwanym Raga, skąd do końca naszej podróży było już tylko dwa tygodnie jazdy. Dotarliśmy więc do dawnej Medii, teraz pod rządami Partów, których zaczęło się pojawiać coraz więcej. Dotąd wśród zwykłych ludzi przeważali Persowie i Medowie, także inne pomniejsze plemiona, teraz mieszały się z nimi rodziny osadników partyjskich, wtopione w codzienność życia własną pracą, a nie tylko przewagą zdobywców. Dziwnie jednak to się układało, gdyż szukali oni przyjaźni głównie z Grekami, których było tu wielu. Z racji zaszłości historycznych skazywało to ich na jeszcze większą perską do nich niechęć, mimo że sami z siebie, prywatnie nie czynili przecież nikomu żadnej krzywdy. Tak to już jest, że między pospólstwem, wrośniętym od pokoleń w swoją ziemię i tradycję, niełatwo znikają podziały na swoich i obcych, nawet w czasach spokojniejszych. Grecy i Partowie to dla Persów narody, które ich podbiły, więc życzliwości do nich nie ma, co niejako naturalnie skłania tamtych do szukania wzajemnego wsparcia.

Czy aby nie dzieje się tak samo w krainach, podbijanych przez Rzym? Przychodzimy, zdobywamy, zostawiamy swoich osadników, zaprowadzamy własne porządki, ale przychylności w prostym ludzie nie mamy. Możni i bogaci układają się ze zwycięzcami, bo im to wygodne dla własnych interesów, zachowania pozycji i gnębienia sług, ale oni dla tych powodów gotowi zawierać przymierza z każdym, byle nie naruszał ich spokoju i zysków. To samo czynią kupcy, uznający każdą władzę, która nie będzie ich zanadto łupić. Wielka polityka sobie, a zwykłe życie toczy się własnym rytmem, bo tak być musi. Jedyne, co może wzburzyć ten stan rzeczy, to narzucanie cudzych bogów przeciwko miejscowym, na których stoją ich prawa, zwyczaje, legendy i zwyczaje. Kto tego próbuje, źle na tym wychodzi, bo ma w podbitych prowincjach wieczne niepokoje, chociażby takie jak my w Judei.

Rzym podbił Greków, Partowie podbili Persów, i choć to dwa całkiem osobne światy, to przecież każdy powinien radzić sobie wśród zwyciężonych nie tylko z pomocą siły, lecz rozumności w panowaniu nad nimi. Czerpać korzyści to jedno, ale trzeba choćby trochę do siebie przekonać i zachęcić, a to nie takie proste, bo trudno oferować narodom o wielkiej tradycji coś nowego i przyciągającego. My stopiliśmy się z Grekami w jedno, ale Partowie nie potrafią chyba znaleźć klucza do perskiej duszy, a i sami niewiele z niej chcą brać, wiec prędzej czy później przegrają. Choć umieją się zebrać do walki w polu, to przy rozbiciu się na małe królestwa nie mają jednej, mocnej ręki, która by trzymała całość w karności i porządku.

Nasze wojny domowe bywały krwawe i bolesne, ale zapewniły w końcu jedynowładztwo, prawda że trudne i nie każdemu się podobające, lecz zbawcze dla jedności i siły cesarstwa. Republika się nie sprawdziła, bo za dużo w niej było pola dla prywaty i gry ambicji. August brutalnie rozegrał bratobójcze waśnie, lecz znalazł w końcu sposób na zapewnienie wewnętrznego pokoju, wszelako trzymanego pewnie jedną ręką. Dobry woźnica wie jak powozić zaprzęgiem wielu koni tak, by wszystkie pospołu ciągnęły wóz w jedną stronę, bez wywrotki. Każdy szarpie po swojemu, ale w odpowiednim momencie przywoływany zostaje do porządku i dla bezpieczeństwa jazdy hamuje swoje zapędy. Cesarz był rozumnym człowiekiem, więc miał posłuch, nawet u wrogów, ale co dalej? W Tyberiuszu jest zbyt dużo dzikości, zapiekłości za doznane krzywdy, nie ogarnia całości, a historia z Sejanem, choć skończyła się szczęśliwie, to znak, że ową augustową budowlę łatwo może wywrócić byle drapieżnik, od jakich roi się Rzym.

Te moje rozmyślania przywracały wspomnienie o rozmowie z Marosem na Cyprze. Przekonałem się już byłem w drodze, że i my jesteśmy dla innych barbarzyńskimi zdobywcami, budzącymi niechęć, nawet wrogość. Nie da się nieść pięknych i szlachetnych idei na legionowych mieczach, niemiłosiernie rabując, nadto bez rozumienia i poszanowania odrębności tych, których się pokonuje. Jeśli rzecz cała ma sprowadzać się do zdobywania łupów, wówczas ci, z których się je zdejmuje, nie dostając niż w zamian prędzej czy później podniosą bunty i przegonią zdobywców. A co mogą zaoferować idący za wojskami urzędnicy? Prawda, powstają budowle, odeony, tu i ówdzie nawet akademie i inne, imponujące ozdobności, ale czy formą da się pokryć brak płynącej z ducha głębszej treści w panowaniu, którego podstawą jest przyzwolenie na zwykłe łupiestwo?

Przygoda w Hyrkanii, a potem jej echo w spotkaniu z dowódcą perskiego oddziału zbrojnych, przekonały mnie, że pod widzialną rzeczywistością drzemią ukryte siły, wywodzące się z najstarszych tradycji podbitego tu narodu. Zdławione, ale przyczajone, tak długo będą szukały sposobności do ujawnienia się, aż w końcu ją odnajdą i wezmą odwet za miniony czas zniewolenia. Ciekawe, czy w naszych prowincjach dzieje się podobnie? Czy wędrowni kupcy, kapłani, nawet zwykli grajkowie i bajarze, nie przenoszą w swych opowieściach pamięci o minionych czasach, mimowolnie podtrzymując nadzieje na powrót rodzimych królów? Tego nie da się sprawdzić, bo i jak? Lecz że tak jest w Partii przekonałem się nie tylko przy hyrkańskim ołtarzu ognia i w krótkiej rozmowie na szlaku, lecz i w dziwnych uwagach nowego przewodnika, mającego nas prowadzić z Ragi już do samej Egbatany.

Utarło się, że zmieniając ich co kilka miast, za każdym razem braliśmy kogoś zaufanego na dalszą podróż z poręki poprzednika. Tworzą oni jakby osobne bractwo, rozproszone, lecz na swój sposób trzymające się razem. To bardzo popłatne zajecie, trudne, wymagające wielkiego doświadczenia, także licznych znajomości w drodze. Nie przypadkiem większości z nich towarzyszą młodzi synowie, szykowani przez ojców do tego fachu. Z pozoru zwyczajni, nierzucający się w oczy, wywodzą się z miejscowych, i choć nieraz trudno orzec z jakiej mieszanki, to jednak należało uznawać ich za Persów. Zauważyłem, że odnosili się do mnie z cichą atencją, co przypisywałem dotąd temu, iż w karawanie uważano mnie za nieformalnego przywódcę. Wszelako, gdy przy zapłacie poprzednik przedstawiał mi swego następcę, usłyszałem od tego drugiego dziwne słowa.

– Cieszę się, ze będę mógł ci pomagać, panie. Powiadają, że jesteś nie byle kim – rzekł, grzecznie się kłaniając.

– Skąd miałbyś co o mnie wiedzieć? – spytałem, zdziwiony, że obcy, niepozornie wyglądający człowiek mógłby cokolwiek słyszeć ponad to, że należę do karawany, budzącej tu pewne zainteresowanie.

– Różne chodzą wieści po świecie, panie. Kto umie słuchać, ten usłyszy to, co powinien wiedzieć – odparł ezopowym sposobem, spoglądając przy tym znacząco na swego kompana, który nam dotąd towarzyszył.

– Musisz mieć zatem szczególnie wyostrzony słuch, człowieku.

– Nienajgorszy. Zwłaszcza na to, co ważne.

– Mam nadzieję, że równie dobre okażą się twoje umiejętności przewodnika.

– Nie obawiaj się, panie. Słyszałem, jak cenne jest to, co idzie z tą wyprawą. I że powinno bezpiecznie dojść de celu.

– Chcesz jeszcze podbić cenę?

– Dajecie godziwą zapłatę. Jest jak się należy. Ale mój słuch podpowiedział mi, że powinienem mieć szczególne na was baczenie.

– To przez te wieści?

– To ty rzekłeś, panie – odparł, unosząc ręce w górę. – Wiem, ile powinienem wiedzieć, i wypełnię swoją powinność. Reszta to już nie moja rzecz.

Nie padły żadne wyjaśnienia dla tych aluzji, ale jasne było dla mnie, że w tych słowach pobrzmiewało echo owego zapewnienia, jakiego udzielił mi hyrkański kapłan, a które zapewne zapewniło przychylność spotkanych w drodze Persów. Dawało to niejaką nadzieję na spokojny przejazd do Egbatany – czy jednak aby nie złudną? Ile warte są obietnice, budowane na rojeniach fantastów, nawet jeśli przydają im aury prawdziwości? Nie miałem pojęcia, kim była dla nich moja osoba, jeśli w ogóle nadawali jakiego znaczenia dla swoich mrzonek. Czy mogłem ulec tej mistyfikacji?

Dobrze jest czuć się kimś ważnym, choćby i cudzego nadania, lecz należy mieć na względzie ulotność takich opinii, podszytych oczekiwaniami, w których więcej jest wyobrażeń i domysłów, niż trzeźwego sądu. Czy oni aby nie chcą widzieć we mnie jakiegoś swego tajnego posłańca w grach, które sobie uroili? Nie lubię być aktorem w teatrze, pisanym nie dla mnie, nie przez mnie, ani za moją zgodą. Prawda, nie da się żyć całkowicie poza nim, lecz należy mieć zawsze możność zrzucenia kostiumu i maski, gdy zaczną uwierać przez fałsz, śmieszność, lub niegodziwość. Gdy kto przez własną próżność zapamięta się w pięknej roli, jaka mu zostanie przydzielona, szybko się w niej zatraca, zapominając, kim właściwie jest.

Czułem się teraz podobnie, jak wówczas, gdym odgrywał kapłana ognia miedzy prostymi ludźmi z gór. Tyle ze wtedy używałem fenickiego szkła, które trzymałem we własnych rękach, i na swój sposób byłem panem sytuacji. Jeśli nawet było w tym oszustwo, to przecież dawało widzialny efekt, przydający mu znamion prawdziwości, choć jedynie w mniemaniu tych, którzy go mogli namacalnie sprawdzić. W rozmowie z hyrkańskim kapłanem padały tylko słowa, bez efektownych popisów, bez konkretów, bez widoków na ich sprawdzalność, a przecież skutki ich wypowiedzenia okazywały się aż nadto realne. Persowie wywiązywali się ze swych obietnic, bez pewności, że ja wywiążę się ze swoich. Zresztą, co miałoby to w ogóle oznaczać, gdybym nawet przedstawił ich sprawę mojemu cesarzowi?

Wiadomo, że nawet mały kamyk może poruszyć wielką i niszczycielską lawinę, lecz trzeba być niespełna rozumu, by przypisywać sobie takie znaczenie. Z drugiej jednak strony, przeszłość uczy, że niejednemu statyście udawało się wyjść przed szereg i, wydawszy z siebie cienki pisk, tak zakręcić kołem historii, ze w swym pędzie odmieniało ono losy świata. Lecz czy rzeczywiście sami z siebie byli demiurgami, świadomymi tego, co powodują, czy tylko mniej lub bardzie bezwolnymi narzędziami w rękach bogów? Czy spotkanie przy ołtarzu ognia, nieprzewidziane, z pozoru niemające nic wspólnego z celem mojej wyprawy, było tylko zbiegiem okoliczności, tak dla mnie, jak i dla tamtego człowieka? Ale przecież zawiązało dwie osobne nitki losu w jakiś mały węzeł, łączący ludzi z dwóch odległych, jakże odmiennych krain. Czy mógł on, przy ich udziale, jakkolwiek odmienić kształt wzoru na tkaninie dziejów świata, jaką wyplatały jakieś niewidzialne dla nas dłonie?

Od jakiegoś czasu przestałem wierzyć w przypadki, próbując – jeśli nawet nie od razu, to po jakimś czasie – doszukiwać się głębszego sensu w zdarzeniach nieoczekiwanych, niespodziewanych, nieraz błahych. Jeśli w tej awanturze kryły się jakieś znaki, to jak należałoby je odczytać? Próżność podsuwała myśli nader podniosłe, rozwaga nakazywała powściągliwość – ale co się stanie za czas jakiś? Brakło mi tu konceptu, więc nie chcąc dłużej mamić się górnolotną grą wyobraźni, zrezygnowałem z rozstrzygania tego dylematu. Niemniej cieszyło mnie, że – za sprawą już to niepojętych sił boskich, już to ludzkich marzeń – moja droga do domu, choć w tej jej części będzie bezpieczniejsza, niż gdyby to wszystko się nie zdarzyło.

Początek u Kresu Drogi

39. Koniec wieńczy dzieło

Po krótkim, ale udanym odpoczynku w Radze, po uzupełnieniu zapasów ruszyliśmy w ostatni etap podróży. Babur cieszył się z kolejno poczynionych drobnych interesików, Hanowie opędzili się wreszcie od ciekawskich, a Tanwen zapełnił malowanymi znaczkami ze trzy deseczki. Idas, swoim zwyczajem, zaprzyjaźnił się z kimś ważnym spośród miejscowych, w czym pomogła mu pewna kobieta, z którą ani chybi zażył wiadomych atrakcji, ja zaś również skorzystałem z łaźni nie bez prywatnej przyjemności. Agis z Patrosem wraz ze zbrojnymi mieli trochę wolnego czasu, więc, darując sobie ćwiczenia, odwiedzali liczne gospody, dając popisy opilskiej wytrwałości. Hanowie zachowywali się w tym wstrzemięźliwie, gdyż – jak już zdążyliśmy się przekonać – mocniejsze trunki bardzo im szkodziły, a kto z nich przesadził, zaraz dostawał rózgi. Jednym słowem, rzeczy toczyły się utartym trybem, gdy więc znaleźliśmy się już w drodze, postępowaliśmy dobrym rytmem, bez najmniejszych kłopotów czy niespodzianek.

Każdy dzień był podobny do poprzedniego, jechaliśmy bez wytchnienia, chcąc jak najszybciej dotrzeć do końcami wyprawy. Jazda była po równo mecząca, jak i nużąca. Codziennie w siodle, z niewielkimi przerwami na marsz, by dać zwierzętom choć trochę odpoczynku, potem rozbijanie obozu, porządki, trochę ćwiczeń. Czasami zatrzymywaliśmy się w mniejszych wsiach, czy osadach, już coraz liczniejszych i okazalszych w miarę jak zbliżaliśmy się do Egbatany.

Mimo zmęczenia, zwolna, niejako z nawyku, począłem przypominać sobie wszystko, com kiedyś wyczytał o tym mieście, owianym legendami, a przez Polibiusza uważanym wręcz za najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek zbudowano. Co prawda, w opisach najwięcej było mowy o czasach Aleksandra, także o dawnych Persach, niemniej coś z tamtej świetności przecież musiało się zachować, chyba że barbarzyństwo nowych zwycięzców do cna zniszczyło to, co pozostawili po sobie poprzednicy. Zresztą, i Grecy bezlitośnie złupili legendarne skarby Medów i Persów, nawet ogołocili liczne, starożytne mury ze złoceń, niezwykłej ponoć urody. Zobaczymy, czy przynajmniej nie wyblakły barwy, jakie im kiedyś nadano.

Czekała mnie więc kolejna okazja przekonania się, jak historia przemienia miejsca, niegdyś sławne i bogate w tradycję, poddając je próbom ciągłych wojen, prowadzonych dla ambicji królów i wodzów. Wielka siła tkwi w ludziach, radzących sobie na przekór zmienności losu, ciężko ich nieraz dotykającego. Jest niezniszczalna, dana z przyrodzenia, a nie z nadania kogokolwiek, komu mogłoby przyjść do głowy mienić się panem świata. Kto uroi sobie, że stanie się równy bogom, że narzuci swoje prawa każdemu ludzkiemu istnieniu, że będzie mógł je dowolnie lepić na własną modłę, ten nie tylko zostanie srogo ukarany za te pomysły, ale prędzej niż później popadnie w zapomnienie. Jeśli pozostanie gdzie w jakich kronikach, to chyba tylko jako ponure memento dla chętnych iść w jego ślady.

Niestety, głupota i jej córka pycha są chyba jednak wieczne jak świat, więc bez wątpienia wciąż będą zjawiać się naśladowcy, przekonani, że wbrew oczywistości, po wielokroć sprawdzonej, właśnie wymyślili nowy, tym razem niezawodny sposób na okiełznanie natury wedle własnych rojeń. Ale i oni, mamiąc wizjami szczęśliwości i czyniąc swe szaleństwa kosztem tysięcy ofiar, podążą do Tartaru szybciej, niż im się to zdąży przyśnić.

Zbliżając się do Egbatany umyśliliśmy sobie ułożyć plan jazdy wedle utartego obyczaju, by do miasta zjechać około południa, kiedy panuje w nim największy ruch. Wieść o zbliżającej się karawanie na pewno dotarła już przed nami, więc szło o to, by wywołać duże wrażenie i przedstawić się okazale mieszkańcom i handlarzom, a także zaciekawić wielmożów i dworaków, którzy ponoć zjechali tu na lato wraz z królem i jego synami. Oczywiście, główną atrakcją byli Hanowie, nie tylko dla wiezionego jedwabiu i rzadkich towarów, ale dla nich samych, znanych jedynie z najrozmaitszych opowieści, przeważnie wielce fantazyjnych. W miarę, jak dojeżdżaliśmy do celu, Sangren i Tanwen, każdy na swoją modłę, coraz więcej rozpytywali mnie o co tylko się da – o Partów, Greków, Armenów, o historię, o królów, handel, także o miejsce Rzymu w tutejszej polityce.

Podobnie Idas, choć osłuchany w tematach partyjskich i greckich, szukał nowej wiedzy na te tematy, tyle że dodatkowo wielce go ciekawiły rozmaite obyczaje miłosne, gdyż gorąca natura ciągnęła go do przygód z kobietami. Nawet mrukliwy Babur nie był od tego, by przysłuchiwać się naszym rozmowom, bo choć sporo wiedział o handlu z Partami, to przecież i jemu udzielił się nastrój oczekiwania na przyjazd do Egbatany. Patros trzymał się Agisa, z którym wciąż omawiał wiele spraw żołnierskich i wojskowych w nieznanym mu świecie. Jednym słowem, wszyscy z niecierpliwością wyglądali końca podróży, tym bardziej, że coraz bardziej dawało się w znaki zmęczenie ciała i niejakie otępienie umysłu, znużonego monotonią trzymiesięcznej jazdy. Gdy wreszcie wyłoniły się mury miasta, nawet zwierzęta wyczuły, że nadchodzi dla nich czas dłuższego odpoczynku.

Pierwszym zajęciem było jak najdogodniejsze rozłożenie obozu tuż przed murami, gdyż wjazd do miasta, poza tym, ze bardzo drogi z powodu wręcz złodziejskich opłat, nie miałby zbyt dużego sensu przez niewygody z pilnowaniem towarów i dobytku. Prawdę mówiąc, byłem w pewnej rozterce, gdyż nie widziałem powodu, dla którego miałbym rezygnować z korzyści, jakie dałoby zatrzymanie się w jakim dobrym domu podróżnym, jakich, bez wątpienia, musiało być w Egbatanie wiele. Ponadto tu kończyła się moja rola współtowarzysza wyprawy. Czekało mnie teraz zadanie najtrudniejsze, czyli dopilnowanie rozliczeń miedzy wspólnikami, do czego zobowiązywała umowa, zwarta w Merwie. Obawiałem się, że wspólnota drogi nie przełoży się na zbyt przyjacielską zgodność przy rachunkach. Dotąd wszyscy bez szemrania dzielili pospołu trudy wędrówki, jednakże, gdy lada moment ruszą abakusy w głowach, hurgot kulek będzie na tyle głośny, że gotów zagłuszać głos rozsądku, wzbudzając chciwą małostkowość.

Chciałem więc załatwić sprawę jak najszybciej i uwolnić się od wziętego na siebie obowiązku, by znów stać się Viatusem, wolnym wędrowcem, nareszcie powracającym już do domu. Zamierzałem odpocząć kilkanaście dni w Egbatanie, by obejrzeć sobie miasto, a także poszukać jakiego dojścia do królewskiego dworu, jeśli jeszcze nie wyjechał do Ktezyfonu, zwanego tu też Tysponem. Byłaby to bowiem okazja do wywiązanie się, choćby w niewielkim stopniu, z powinności cesarskiego wysłannika, jakim przecież byłem. Żywiłem też cichą nadzieję, że może natrafię na jakieś ślady po Maesie, który niewątpliwie krążył niegdyś w tych stronach.

Zaraz więc po przyjeździe zaproponowałem, byśmy przed wieczorem, gdy już stanie obóz, zeszli się w namiocie Idasa i spróbowali rozmówić co do zaplanowanych uprzednio rozliczeń. Zgodzono się na to skwapliwie, gdyż najwyraźniej każdy chciał szybko zająć się własnymi interesami. Trzech kupców, wraz ze mną i stojącym za Sangrenem hanijskim tłumaczem, zebrało się wokół stołu i – choć wszystko było niby domówione wcześniej – zaczęły się targi.

Długo by trzeba opisywać ten wieczór, lecz po prawdzie szkoda na to mitręgi. Kłótni wielkich nie było, miałem spisane co komu się należy, nikt tego nie podważał, niemniej poszło, jak zwykle, o szczegóły. Każdy po swojemu chciał liczyć koszty, poniesione w podróży, co przekładało się na spore sumy, odliczane od ogólnego rachunku. Niechętnie też odliczano od nich zyski, jakie kto załatwiał sobie w drodze przy różnych okazjach, zapominając, ze nie byłoby ich, gdyby nie wspólna wyprawa. Okazało się, że przez cały czas jedni podglądali drugich, i teraz wyliczali sobie nawzajem, kto, ile, i na czym skorzystał, kto ile stracił, i z jakiego powodu.

Babur udawał skrzywdzone niewiniątko, Idas z trudem powściągał gorący temperament, Sangren zaś swoim chytrym spokojem co i raz irytował współtowarzyszy, pokazując im swe hanijskie deseczki z własnymi wyliczeniami, które przez całą drogę sporządzał mu Tanwen. Wydało się, że ten nie tylko spisywał to, co mu nakazywał obowiązek cesarskiego kronikarza, lecz także prowadził na boku – podejrzewam, że za osobną zapłatą – rejestr handlowy swego rodaka. Może i gardził nim jako kupcem, ale nie był od tego, żeby nie szukać na nim dodatkowego dla siebie zarobku.

Cóż, urzędnicy wszędzie są tacy sami, patrzą tylko, gdzie i z kogo co wydusić dzięki swej pozycji i przydatnym umiejętnościom. Są obrzydliwi i groźni, niezależnie od pozorów, za jakimi się chowają. Służalczy wobec wyższych od siebie, wobec tych, których mogą cisnąć są nieodmiennie bezwzględni, aż do okrucieństwa. Zwyczajowo kradną wedle rangi, ale oprócz tego fałszywością obietnic oskubują każdego, kto im powierza swoje sprawy. Gdy zechcą – pomogą, lecz za cenę wzajemności usług, nigdy ze zwykłej przyzwoitości. Przebiegli i wyrachowani, liczą się tylko z silniejszymi, ale i tu patrzą czujnie czy aby wiatry się nie zmieniają i czy nie szykuje się zmiana panów. Robaczywe to plemię, lecz chyba nie do wytępienia, gdyż każda władza potrzebuje sług, którymi, co prawda, gardzi, lecz których trzyma dla ich przydatności w zniewalaniu poddanych.

Długo trwało zanim udało mi się zapanować nad sporami, którym zdawać się nie było końca. Wreszcie, widząc narastające zamieszanie, oznajmiłem stanowczo, że moje zadanie dotyczy dopilnowania tego, do czego zobowiązali się w Merwie, i że mam zamiar ograniczyć swoją rolę arbitra tylko do tamtej ugody. Zatem niech się przy mnie wywiążą z umowy z Sangrenem, a resztę załatwiają już miedzy sobą, bez mej pomocy. Jako jedyny w tej grupie bez własnego towaru i udziału, mogłem sobie pozwolić na tego rodzaju obojętną wyniosłość w rozsądzaniu spraw. Tak też się stało, aczkolwiek byłem pewny, że gdy tylko opuszczę to kłócące się zgromadzenie, wrócą do swych targów z kupiecką zaciekłością.

Wyszedłem w końcu z namiotu Idasa, zadowolony, ze mam to wreszcie za sobą i  jestem już wolny od wszelkich wobec nich zobowiązań. Nie rozstawaliśmy się jednak jeszcze, gdyż za ich zgodą miałem trzymać w obozie zwierzęta i własny, dość już chudy dobytek, aż do czasu, gdy coś postanowię na przyszłość. Agis, ku zadowoleniu Patrosa, pozostawał z nimi, by doglądać porządków, trochę dla mnie szpiegować, także jeszcze ćwiczyć ich strażników, ja zaś uznałem, że pora zająć się sobą. Szczęściem zostało mi trochę pieniędzy z tego, co wcześniej dał mi był Menander, więc postanowiłem wydać z nich co nieco dla własnego pożytku i upodobania. Miałem bowiem własne plany, nie związane ani z zakończoną karawaną, ani z jej uczestnikami.

Następnego dnia rano, nie pytając w ogóle o zakończenie ich sporów, rozmówiłem się z Idasem i Hanami co do zakończenia naszych umów. Szło głównie o zwierzęta, ale także o nasze wzajemne stosunki podczas pobytu w Ekbatanie. Obiecałem, że będą wiedzieli, gdzie się zatrzymam, żeby mnie w razie czego odszukać, no i że będę ich odwiedzał, tyle że nie wiem kiedy. Poprosiłem, by rozważyli odkupienie mego kamelosa, dając w rozliczeniu jednego dobrego konia. Chciałem pozbyć się tego złośliwego bydlęcia, bo choć nauczyłem się na nim jeździć i je obsługiwać, to zaprzyjaźnić nam się nie udało.  Zresztą byłby to teraz tylko niepotrzebny zbytek, gdyż dobytku mieliśmy już niewiele, a pieniądze ze sprzedaży, całkiem spore, zapewniłyby nam spokój aż do rzymskiej Syrii, gdzie mógłbym liczyć już na urzędowe wsparcie jako cesarski wysłannik, lub prywatnie, jako członek rodziny Tycjanów.

Pożegnawszy się, zabrałem sakwę z dokumentami i ważnymi drobiazgami, pas z monetami i mały sztylet, po czym pieszo, w towarzystwie Agisa, który mnie odprowadzał, przekroczyłem bramę miasta, kierując kroki ku okazalszej części jego pierwszego kręgu, na tyle jednak bliskiej murów, by w razie potrzeby móc szybko wrócić do obozu. Znalezienie dobrej gospody nie sprawiło kłopotu, bo było w czym wybierać. Rozejrzawszy się tu i ówdzie, zdecydowałem się na jedną, wyglądająca ani zbyt wystawnie, ani zbyt skromnie, ot, w sam raz dla zwykłego, ale dość zamożnego przyjezdnego, szukającego spokojnego schronienia z dobrą obsługą.

Zwyczajowo ciekawski gospodarz, przyjął mnie wręcz uniżenie, dobrze bowiem zwęszył, że mam coś wspólnego z dopiero co przybyłą karawaną, o której już rozpowiadano w okolicy z niemałą ekscytacją. Zbyłem go jednak tak, że zaniechał nadmiernego wścibstwa, ostrzegłem również, że za murami stoi kilka dziesiątek zbrojnych, gotowych przyjść mi z pomocą, gdyby komu przyszły do głowy jakie niecne wobec mnie zamiary. Widok Agisa wyraźnie przekonał go, że nie są tylko to czcze słowa. Bardziej już zgodnie poprosiłem o kilka praktycznych rad co do tutejszych zwyczajów, by nie popełnić jakiego głupiego błędu przy obcowaniu z miejscowymi. Spytałem też, gdzie mogę kupić dobre ubrania, na co polecił mi kilku handlarzy, zapewniając, że znajdę u nich wszystko, czego tylko może pragnąc najbardziej nawet kapryśny i wymagający klient.

Urządziwszy się całkiem nieźle, najpierw wybrałem się po zakup nowego przyodziewku, włącznie ze spodniami, do których zdążyłem się już przekonać w podróży. Zaraz potem wkroczyłem do pierwszej napotkanej, okazałej łaźni, jaka wydała mi się warta, by ją nawiedzić. Nie sposób opisać uczucia, jakie daje zanurzenie się w ciepłym basenie po trzech miesiącach w siodle, zmycie kurzu i brudu, który wżerał się w skórę mimo omywania w strumieniach, poddanie się masażowi wprawnych rąk, wyciągających z ciała zmęczenie. i przywracających mu sprężystą rześkość. Po zażyciu tych przyjemności, odziany w nowe szaty, poczułem się jakby nowym człowiekiem, pełnym ochoty do życia. Odżył we mnie Tycjan, godny, rzymski obywatel, gotów stawiać czoła światu, do jakiego się zapędził.

Wszelako ów nowy Festus, jaki wykluł się podczas wędrówki, mitygował chęć do nadmiernej wyniosłości, nakazując powściągliwość w nadmiernym zadowoleniu z siebie. Nauczyłem się bowiem, iż należy roztropnie zachowywać równowagę obydwu części mej natury, by jednako bacznie ważyć racje, nie ulegać pozorom czy złudnym mniemaniom o tym, co mnie otacza i dotyka, ale przy tym wystrzegać się pochopnych sądów, zrodzonych z odruchów umysłu i nawyków rzymskiego patrycjusza. Chłodnemu, wyrachowanemu tycjanowskiemu rozumowaniu przybyło bowiem wrażliwego wyczulenia na to, co dobre i cenne może się kryć tam, gdzie zmysły i rozum skłonne są dostrzegać tylko płaską zwyczajność, nawet pospolitość. Tycjan nadal pilnował, by nie popadać w złudzenia, lecz Festus chętny był szukać rzeczy wartościowych nawet w tym, od czego ten pierwszy skłonny był się odżegnywać niejako z zasady.

Okazawszy zadowolenie dobrą zapłatą, oznajmiłem, że chętnie tu znów wrócę, po czym, nakazawszy najpierw odnieść me stare ubrania do wskazanej gospody, wyszedłem w doskonałym nastroju na pierwszą przechadzkę po jakże zagadkowej dla mnie Egbatanie. Wiele sobie obiecywałem tu zobaczyć, ale na pierwszym miejscu pałac, fortecę, oraz świątynię Mitry, któremu wszak byłem poświęcony, a który nie był tu bogiem obcym i traktowanym z rezerwą, jak u nas w Rzymie, lecz należał do najpierwszych w perskim panteonie panów żywiołów, życia i śmierci.

Zgodnie ze swą naturą traktowałem wiarę bardziej przez rozum, jako poszanowanie dla ładu świata, jego praw i zadanego w nim porządku, którego, co prawda, nie ogarniałem w pełni, lecz któremu poddawałem się tym chętniej, im lepiej pojmowałem zasady życia, z niego wynikające. Uznawałem nakazane racje moralne, przyjmując za słuszne, iż ich nieprzestrzeganie winno być karane, zarówno z powodu naruszania stosunków miedzy ludźmi, jak i dla prostowania ścieżek, po jakich błąkają się dusze zagubione już to przez słabości, już to przez niezwykłą nikczemność.

Daleko mi było do modlitewnej ekscytacji, zamieniającej się nieraz w bezrozumny fanatyzm, dla którego czułem odruchową niechęć. Bogów szanowałem, ale nie czciłem ich bezmyślnie, jak czyni to wielu z lenistwa umysłu, lub po prostu ze strachu przed niepojętymi dla nich siłami, od których zależy ich los. Nie ze wszystkim bogów rozumiałem, ale przyjmowałem ich wyroki  ze stoickim spokojem. Uznawałem bowiem, iż mają dla nich swe słuszne racje – jeśli nawet dla mnie nieznane, to kryjące jednak głębszy sens, który prędzej czy później się objawi.

Mitra był mi bliski przez swą prawość i sprawiedliwość, z jaką traktował ludzkie postępki. Chciałem w nim widzieć najwyższego arbitra, kierującego się słusznością i dobrem, acz bez nadmiernej pobłażliwości dla tych, którzy świadomie i celowo naruszali ustanowiony porządek rzeczy. W moim przekonaniu była w nim też szlachetna wyrozumiałość wobec zepsutych przez chwiejność charakteru, ale i stanowcza surowość dla tych, którzy czynią źle z rozmysłu. Najbardziej jednak ujmował mnie stanowczością w przestrzeganiu praw, jako że obca mu była kapryśność, właściwa wielu naszym bogom.

W trakcie podróży przez ziemie partyjskie, lecz przecież z tradycji perskie, widziałem tu i ówdzie jego świątynie, lecz żadnej nie odwiedziłem, głównie z braku czasu dla spokojnego zatrzymania się i skupienia. Na tych ziemiach wszystko miesza się ze sobą, niemniej najpierwszym żywiołem jest wieczny ogień, który wszędzie płonie ku czci wielu bogów i pomniejszych, dobroczynnych duchów lokalnych. Mieli niegdyś Persowie swego proroka, który spisał wszystkie boskie prawa i nakazy, nawet kilkanaście rodzajów tego ognia, ale rozeznać się w tym jest trudno, gdyż strzegą tego kapłani, niechętni rozmowom na te tematy, a już zwłaszcza z obcymi. Większość wiedzy czerpałem więc z obserwacji, także opowieści przygodnych ludzi, a najwięcej od kolejnych przewodników, których rozpytywałem o kolejno mijane po drodze oznaki różnych kultów.

Wielką dla mnie ciekawostką były małe, a licznie pobudowane na wzgórzach budowle kamienne lub drewniane, zwane wieżami ciszy i milczenia. Otóż Persowie, niezwykle przestrzegający czystości, dość szczególnie traktują zmarłych. Nikt, za wyjątkiem dwóch wybranych osób, nie może ich dotykać, palą jedynie ubrania, ciała oddając na żer sępom. Nie chcąc kalać czystości ziemi i powietrza, żywi nie grzebią, ani spopielają umarłych, lecz układają nagich na takich właśnie wieżach, by ptaki dokonały swego dzieła. Bliscy i chętni mogą oddać się tam modlitwie, ale po uprzednim oczyszczeniu.

Jest to zwyczaj, praktykowany niemal powszechnie z wielkim namaszczeniem. Wieże te nie mają osobnych strażników, po prostu stoją, wtopione w tło, więc niewidoczone z daleka, a ich obecność zapowiadają tylko wiodące do nich, wydeptane na ziemi ścieżki. Jest też dla nich i inne zastosowanie, całkiem praktyczne i wcale nie żałobne. Są bowiem znakami, pozwalającymi orientować się w drodze przez wielkie przestrzenie tych krain. Dobry przewodnik zna ich położenie i wedle tego pewnie prowadzi wędrowców od jednych osad ludzkich do drugich, a także odnajduje znane mu miejsca, gdzie jest woda i popas dla zwierząt. Wiedzę tę nabywa się jedynie przez doświadczenie, co dobrze tłumaczy zwyczaj zabierania ze sobą w drogę dorastający synów, którzy dzięki takim naukom potrafią później zastępować ojców. Doprawdy, niezwykle poukładane są rzeczy na świecie, gdzie ludzka przemyślność łączy to, co boskie, z tym, co zwyczajne i praktyczne.

Tak rozmyślając szedłem ulicami w stronę widocznego zewsząd wzgórza, gdzie za murem wewnętrznego kręgu wznosił się pałac wraz ze starodawną fortecą i przyległościami. Na dostanie się tam nie było co liczyć, gdyż wszystkich czterech żelaznych bram pilnowali strażnicy, nie wpuszczając nikogo, kto nie należał do dworu, był zaproszony lub specjalnie wezwany. Niemniej do samej świątyni po południowej stronie zbocza, prowadziła osobna, acz również strzeżona, schodkowa aleja, przeznaczona dla zwykłych ludzi, pragnących oddać bogu cześć i złożyć mu ofiarę. Gdy pokonałem te drogę, wyszedłem na tarasowy plac, gdzie ujrzałem dwie wykute w skałach groty, w pewnym od siebie oddaleniu, z okalającymi je budowlami i kolumnami, przetykanymi srebrem i złotem. Wielkie to zrobiło na mnie wrażenie nie tylko dla harmonijnego piękna całości zabudowy, ale i dla tak niezwykłego zespolenia jej z naturą.

Okazało się, że pierwszym tu bóstwem jest Anaita, dopiero potem, w parze z nią, Mitra. Imponujący ołtarz ognia ustawiono w głębi jednej z grot, ale ważniejszy zdawał się być posąg bogini w drugiej z nich, omywany od dołu wodą, przemyślnie doprowadzaną z pobliskiego strumienia. Nie trzeba było wielkiej domyślności, by pojąć, że oto zestawiono ze sobą dwa najpotężniejsze, życiodajne żywioły. Wyczytałem u Strabona, że według Persów Anaita oczyszcza łona i piersi kobiet oraz nasienie mężczyzn, zapewniając im płodność i pomyślność potomstwa. Jej głowę okalał złoty wieniec, gęsto zdobiony klejnotami, w rękach trzymała gałąź jakiejś nieznanej mi rośliny, a na szacie, wśród innych znaków, których sensu nie rozumiałem, wyraźnie odcinał się wyryty sierp księżyca.

W obawie by nie popełnić jakiej niezręczności, obszedłem ostrożnie plac, ustępując miejsca nielicznym ludziom, którzy tam akurat przebywali, Zza ołtarza dochodziło niegłośne, śpiewne zawodzenie kapłanów, krążących wokół niego i pilnujących ognia. Wyczuwało się aurę świętości, ale i mocy, jaka przenikała to miejsce. Nie ośmieliłem się wejść do żadnej z grot, jedynie usiadłem nieco dalej z boku, na dużym kamieniu, i poddałem nastrojowi, jaki tu panował. Nie byłbym sobą, gdyby nie począł rozważać sensu tego, co oglądałem, a także doszukiwać się różnic i podobieństw miedzy tym, co rzymskie, greckie i perskie.

Anaita to potężna bogini, czczona w Azji aż po Baktrię, a Armenowie, wespół z Medami, uważają ja wręcz za Wielką Matkę swych narodów, zapewniającą im pokój i wszelkie życiowe korzyści. Uchodzi też za boską wojowniczkę, strzegącą ludy przed demonami zła, także za uzdrowicielkę i odnowicielkę życia.  Jak głosi legenda, Aleksander kazał zniszczyć tę świątynię, mszcząc się za to, że nie ustrzegła przed śmiercią jego najbliższego przyjaciela, Hefestiona, który zmarł właśnie w Egbatanie podczas greckiej wyprawy.. Później Persowie, a po nich Partowie pieczołowicie przywrócili świetność temu miejscu, a to, co teraz oglądałem dowodziło, iż potęgi bogów nie zmogą żadne ludzkie szaleństwa. Po tamtych zdarzeniach pozostał tu jedynie stojący dziś na uboczu posąg lwa, jaki Macedończyk kazał wtedy postawić na pamiątkę swego ukochanego, aczkolwiek prochy po zmarłym z wielką pompą pochował dopiero aż w odległym Babilonie.

Wiele mitów krąży o tej bogini. Niektórzy uważają, że była dziewiczą matką samego Mitry, co wydaje mi się głupotą, gdyż nie da się raczej pogodzić dziewictwa z naturalnym rodzeniem kogokolwiek, nawet istoty boskiej. Zresztą, jak głosi legenda, słonecznego boga wyzwoliło ze skały tchnienie woli najwyższego Mazdy. Większość zgodnie wierzy, że jest Anaita jego siostrą, wywiedzioną przez tę samą siłę, tyle że z podziemnych wód, co, jako żywo, nasuwa myśl o cypryjskiej Afrodycie. Grecy przypisują jej także wielką mądrość, przyrównując do Ateny. To połączenie może mieć swój sens, jeśli przyjąć, że kobiece bóstwa obejmują opieką ludzkie życie nie tylko w jego odradzaniu się, ale i praktycznym bytowaniu. Wszelako wartość nadają mu dopiero prawa moralne, lecz nad ich przestrzeganiem czuwają już męskie bóstwa ładu i porządku świata. Tak to sobie tłumaczyłem, przyglądając się owym dwóm grotom, które dopiero we wzajemnym zestawieniu łączyły w całość gry przeciwnych żywiołów, jakim podlegamy.

Nasi bogowie obdarzeni są cechami ze wszech miar ludzkimi, także ludzkimi słabościami i namiętnościami, tutejsi natomiast – ci najważniejsi – są raczej strażnikami i emanacją mocy, których istoty nie jesteśmy w stanie pojąć, choć odczuwamy ich działanie w każdej chwili życia. Trudno mi sobie było wyobrazić Anaitę, rywalizującą o miano najurodziwszej wśród swych boskich sióstr, i obrażającą się za to, że zwykły śmiertelnik odmówił jej w tym palmy pierwszeństwa. Gdym wpatrywał się w jej posąg, jakoś nie mieściła mi się w głowie myśl o zemście za urażoną, kobiecą próżność. Niemożliwa do wyobrażenia była także podstępność Mitry w uganianiu się za jakże przyziemnymi uciechami, w ogóle wszelka chutliwość, w jakiej nieodmiennie lubował się chociażby Zeus.

Na Olimpie od zawsze wiele było po ludzku urażonej ambicji i mściwości za doznane urazy i osobiste niepowodzenia. Od dawne mnie to raziło, może dlatego, że przez nadmierne oczekiwania czy wyobrażenia, chciałem widzieć w bogach coś więcej, niż tylko inaczej objawiająca się zwykłą pospolitość, tyle ze władającą mocami, dla nas nieosiągalnymi. Tu czuło się coś bardziej podniosłego, aczkolwiek gdybym lepiej może znał się na perskich mitach, znalazłbym w nich coś podobnego – co bardzo by mnie chyba rozczarowało.

Rozmyślania te przywołały pytania, jakie nieraz sobie stawiałem, a na które nie znajdowałem dotąd zadowalających odpowiedzi. Co bowiem by się działo, gdyby człowiek nauczył się ciskać gromy i szafował  piorunami wedle woli, upodobania, lub zwykłej zachcianki? Kim by wtedy się stał? Czy rzuciłby wyzwanie dzieciom Kronosa i Rei? Czy pokonałby ich w walce, czy raczej podzielił los Prometeusza lub Ikara? Dokąd prowadziłaby go wtedy pycha, którą tak trudno przecież trzymać w ryzach? Przypomniałem sobie moje szkło fenickie i przestrogi Nartasa, iż moc w rękach niegodnych, to groźba panoszenia się szaleństwa bez umiaru.

Co prawda, zapędy złe, głupie czy nawet zbrodnicze jest w stanie powściągać wola, ale przecież jakże często pcha ona ludzi do czynów zgoła nieobliczalnych i niszczycielskich. Maros twierdził, że nie jesteśmy do końca panami swego losu, lecz czy nie miał aby na myśli właśnie niezdolności trzymania na uwięzi swych wad? Wszak możemy i powinniśmy panować nad własnymi postępkami tak, by nie czynić tego, co naganne, wszelako zważywszy życiową praktykę, ta prawda, zda się oczywista, jednak wcale taką nie jest.

Powiada się, że wola winna służyć temu, by nasze czyny były zgodne z tym, co nakazują boskie prawa. Ale przecież wiadomo, że daje i takie władztwo nad sobą, by się do tych praw nie stosować. Źle użyta, przynosi karę, lecz czy aby na pewno? A co z nagrodą za posłużenie się nią ku dobru? Czy mierzyć ją tylko zyskami miedzy ludźmi? Ale jakimi? Przecież nawet dziecko wie i wciąż widzi, że powszechnością jest, iż nikczemnicy mają się całkiem dobrze, czerpią sławę i korzyści ze złych uczynków, a ludzie prawi idą na zatracenie, nieraz na pośmiewisko, wręcz na pohańbienie.. Cóż więc mają z dobrze używanej woli? Co to w ogóle znaczy, że używamy jej dobrze, lub źle?

Aż dziw, do czego prowadziły mnie spekulacje podczas wpatrywania się w perskie ołtarze i posągi. Myśli splatały się w sprzeczności, nie do rozwiązania. Umysł, nieco zgnuśniały w podróży, kiedy nie było ani czasu, ani nawet siły, by oddawać się swobodnym rozmyślaniom, teraz jakby ocknął się z odrętwienia. Niestety, nie znajdowałem nikogo, z kim mógłbym podzielić się swymi wątpliwościami, czy wdać w dysputę o zawiłościach ludzkiej kondycji w obcowaniu z tajemnicami bogów. Nie dał też do tego sposobności nawet jeden z kapłanów, kręcących się po placu, który, przyjrzawszy mi się z dala, podszedł, zapewne zaciekawiony, kim jest siedzący na uboczu człowiek, nie okazujący chęci włączenia się w modlitewne obcowanie z bogami w świątyni.

– Witam cię, panie – powitał mnie nieco wyniośle. – Widzę, żeś obcy, ale nie wiem, czego tu szukasz.

– Nie jestem nikim szczególnym, ot, przejezdnym gościem w mieście. Ale kiedyś poświecono mnie Mitrze, więc przyszedłem złożyć pokłon przed jego ołtarzem – odparłem, wstając dla zachowania grzeczności.

– Słusznie robisz. Czy wolno spytać, skąd przybyłeś?

– Z daleka. Bardzo daleka. Aż z Rzymu – nie widziałem powodu, by skrywać swe pochodzenie.

– To niezwykłe! – uniósł ręce w geście niemalże teatralnym. – Czy tylko oddano cię pod opiekę naszemu bogu, czy też masz już jaki stopień – spytał już bardziej zwyczajnie.

– Jestem żołnierzem, i na tym koniec, gdyż daleko mi chyba do Persa – grą słów wskazałem, że nie mam wysokiej rangi. – Właściwie powinienem pozostać krukiem, gdyż w drodze prowadzi mnie nie Mars, lecz Merkury – nie wiedziałem, na ile są mu znane nasze, rzymskie miana, lecz posłużyłem się nimi, by wybadać, czy ma jakieś o nich pojęcie.

– Zatem witaj, kimkolwiek jesteś – zabrzmiało to protekcjonalnie i mało zachęcająco. Dłuższą chwilę wpatrywał się we mnie, jakby nad czymś się zastanawiając. – Pozostań między nami tak długo, jak tylko zechcesz, wracaj, jeśli czego będziesz potrzebował – to rzekłszy, skłonił lekko głową, odwrócił się i zniknął miedzy ludźmi na placu..

Nie pojąłem, czy była to tylko zwyczajowa wymiana uprzejmości, czy miał ten człowiek jeszcze co innego na myśli. Ani mnie spytał o Rzym, ani o rzymskie mitreum, ani o powody, dla których przewędrowałem pół świata i trafiłem do Egbatany. Z drugiej jednak strony moje zmysły, szczególnie wyczulone po osobliwych spotkaniach w Hyrkanii i na stepie, uchwyciły we wzroku i w słowach kapłana jakby aluzyjne zrozumienie kim mógłbym być. Zapewne to przesadna imaginacja, niemniej nie należało wykluczać i takiej możliwości. Nic z tego chyba nie wynikało, lecz kto wie, czy w łańcuszku pozornie przypadkowych spotkań, to tutaj nie miało aby swego znaczenia. Nauczony doświadczeniem, wolałem mieć na względzie i to, że w przyszłości taki epizod może ujawnić swój ukryty dziś sens.

40. Wielka polityka

Dość miałem już wrażeń jak na pierwszy dzień wolności od monotonnej jazdy, kupców, interesów niewygód i ciągłej czujności w drodze. Wróciwszy do gospody, zasiadłem przy ulicznym stole, by, zjeść godny posiłek, a potem, swoim zwyczajem, popijać wino i leniwie przyglądać się nowym dla mnie widokom. Było już dobrze po południu, ale ruch panował jeszcze duży, było wiec na co patrzeć. Zwolna popadałem w miły nastrój człowieka sytego i zadowolonego, który zażywa tych spokojnych chwili, kiedy nic nie musi, niczego specjalnego nie oczekuje, ani się nie lęka, też niczego akurat nie planuje. Trwałem tak już czas jakiś, gdy wtem z tego błogiego stanu wyrwał mnie znienacka człowiek, który podszedł z boku, po czym przystanął, z wyraźnym zamiarem wszczęcia rozmowy.

– Czy pozwolisz, panie, że się dosiądę?  Nie chcę przeszkadzać, ani urazić, lecz też mam ochotę odpocząć i napić się czegoś dobrego, a już najchętniej w dobrym towarzystwie – mówiąc to skłonił grzecznie głowę w geście zapytania.

– Jeśli nie w złych zamiarach, to bardzo proszę – odparłem, przyjrzawszy mu się przez chwilę, by zobaczyć, czy to aby nie jaki podejrzany typ, szukający darmowego poczęstunku.

Mężczyzna wydał mi się osobą niegroźną, o rozumnym spojrzeniu, tyle że z błąkającym się na ustach uśmieszkiem ni to rozbawienia, ni to przekory, także z wyczuwaną w głosie pewnością siebie. Już niemłody, raczej w średnich latach, ubrany dobrze, acz nie wyzywająco, na lewej ręce nosił spory pierścień z nieznanym mi znakiem na ozdobnym klejnocie, co uznałem za świadectwo zamożności, może nawet przynależności do jakiego znamienitego rodu. Uznałem, że może okazać się ciekawym rozmówcą, a spotkanie znakomicie zwieńczy jakże miło spędzony dzień. Moje odczucie wzmogło się, gdy z miejsca pojawił się przy nas gospodarz, jakby przygnany wiatrem, i, kłaniając się w pas, zwrócił do nowo przybyłego gościa słowami, wyrażającymi pokorny szacunek.

– Wielki to dla mnie honor, gościć cię w mych niegodnych progach, szlachetny panie – aż mu się ręce trzęsły z ekscytacji. – Czy pozwolisz, bym mógł osobiście usłużyć ci wedle twego życzenia? – ta czołobitność była wielce zastanawiająca, gdyż świadczyła, że mam oto do czynienia z osobistością tu znaną i poważaną. To jeszcze bardziej zachęciło mnie do podjęcia rozmowy, a przeczucie podpowiadało, że znów zdarza się coś przypadkowego, co jednak przypadkiem wcale być nie musi.

– Nie byle kim chyba jesteś, panie, skoro taką ci okazują usłużność – rzekłem, gdy gość, oddaliwszy gospodarza ze stosownym poleceniem, zasiadł naprzeciw, przyglądając mi się ze swym przekornym uśmieszkiem na twarzy. Mylący to był jednak znak, gdyż wzrok miał czujny i przenikliwy.

– Na pewno nie ostatnim – zaśmiał się. – Ale bez przesady.

– Cóż więc skłania cię, byś się przysiadał do przygodnego nieznajomego?  Czy to taki twój zwyczaj, czy może coś jeszcze?

– Raczej ciekawość.

– Czego, jeśli wolno spytać?

– Zdaje się, że przybyłeś tu z tą niezwykłą karawaną, jaka stanęła pod miastem, nieprawdaż?  – zgrabnie wywinął się od odpowiedzi.

– Dobre masz wiadomości. Zbierasz je z przypadku, czy z obowiązku?

– Wieści szybko się rozchodzą. Nawet z wyprzedzeniem. Głośno o was już od kilku dni od przyjezdnych z okolicznych wsi. A ludzie ciekawi są atrakcji.

– Jesteś kupcem?

– Nie. Ale kupcy bardzo mnie interesują.

– Nie ciebie jednego.

– Otóż to, Zwłaszcza tak niezwykli. Wiele można się od nich dowiedzieć.

– Od nich, czy o nich?

– I jedno, i drugie.

– Pierwsze dobrze rozumiem, ale drugie mnie dziwnie zastanawia. Trzeba mieć po temu swoje powody. Kupcy, to kupcy,  przywożą towary, handlują, opowiadają różne rzeczy. Czy to ważne, jacy są?

– Nie tyle jacy, lecz kim są.

– Handlarzami, szukającymi zysków.

– Więc czemu ty ich nie szukasz?

– Skąd ta pewność/

– Opuściłeś towarzyszy, którzy dziś od rana robią interesy, zdaje się, że nawet duże. Wielki jest koło nich ruch, zamieszanie. A ty sobie spokojnie popijasz wino, jakby cię to w ogóle nie dotyczyło.

– Dużo wiesz, jak na zwykłego człowieka, i nie kupca.

– Lubię dużo wiedzieć.

– Spytam raz jeszcze, czy aby nie z obowiązku? Może jesteś przełożonym nad celnikami?

– Nazwij to, jak chcesz.- to już zakrawało na niegrzeczność.

– Skoro, jak mówisz, nie jesteś tu ostatni, to może należysz do pierwszych? Ale byłoby to dziwne, bo tacy nie przechadzają się samopas popołudniami po ulicach tylko dla rozrywki. Sadzę więc, ze nie pojawiłeś się tu przypadkiem.

– Cóż, skoro tak uważasz, to niech i tak będzie – teraz już stawał się bezczelnie wyniosły.

– Czy mógłbyś, panie, wyrażać się jaśniej? – spytałem już stanowczo, gdyż zezłościł mnie swa protekcjonalnością.

– Szczerze? Bardzo proszę. Zastanawia mnie, co sprowadziło tu wędrowca aż z samego Rzymu – rzucił to jakby od niechcenia, wszelako jakby w urzędowym wręcz tonie.

– Skąd przyszedł ci do głowy pomysł, że jestem z Rzymu? – zachowałem spokój, choć mocno mnie zaskoczył. – Nie mam tego wypisanego na czole.

– Byłem rano na placu, rozglądałem się, poznałem się nawet bliżej z sogdyjskim kupcem. Bardzo rozmowny człowiek. Chętnie opowiada o waszej podróży każdemu, kto tylko chce posłuchać. Rzeczywiście, imponująca przeprawa, bardzo się nią szczycił.

Cóż. dopadł Babura, a ten, oczywiście, spragniony podziwu i rozgłosu, rozpuścił język niczym kramarz na fenickim targu. Po prawdzie, za dużo o mnie nie wiedział, znał mnie jako Viatusa z Rzymu, ale pewnie coś nazmyślał dla barwności swych przechwałek.

– Czy to wystarczy za odpowiedź? – nieznajomy zakończył wyjaśnienia pytaniem.  Nie było co wypierać się, skąd przybyłem, ale resztę przemilczałem, i dalej drążyłem swoje.

– Czy wszystkie ważne osoby w mieście mają w zwyczaju odwiedzać z samego rana przyjezdnych kupców? Tak, tylko dla pogawędki i urozmaicenia porannej przechadzki?

– Co to, to nie – wyraźnie rozbawiły go moje słowa. – O tej porze wielu z nich jeszcze nawet się nie budzi – dodał nieco wzgardliwie. – Ale ja to lubię – rzekł po chwili. – I mam z tego swoje korzyści.

– Myślę, że to twoja praca. Wiedzieć i sprawdzać, co się dzieje w mieście – dość miałem już tej zabawy w nieodmówienia. – Musisz być jakimś wysokim strażnikiem, może nawet nie z tych zwyczajnych, a od sekretów. To wiele by wyjaśniało.

– Twoja umiejętność w dociekaniu sedna spraw też wiele wyjaśnia. Co czyni tę rozmowę nader obiecującą.

– W jakim sensie?

– Są rzeczy ważniejsze, niż tylko handel, choćby i najcenniejszymi towarami – zaczynało być ciekawie.

– Nie pojmuję, czegóż takiego ważnego mógłbyś po mnie oczekiwać – odparłem powoli, z namysłem. – Jestem zwykłym podróżnikiem, może trochę uczonym. Ot, i wszystko.

– Uczoność przynosi ci zaszczyt, panie, ale podróżowanie ma zwykle jakiś cel.

– Gdybym nawet go miał, to chyba nie przypuszczasz, że rozprawiałbym o nim z każdym, kto zechce napić się wina w moim towarzystwie. Choćby nie wiem, jak bardzo chciał wydać się przyjazny – wymownie skinąłem mu głową. – A co dopiero z kimś nazbyt wścibskim – dodałem złośliwie.

– Miło jest spotkać kogoś o tak bystrym umyśle – podniósł kubek z winem w moją stronę. – Mówię to nie po to, by ci tanio schlebiać, panie, lecz by zachęcić do rozmowy bardziej… by tak rzec… treściwej.

– Kłopot, panie, w tym, że wciąż mówisz nazbyt dla mnie zagadkowo.

– Cóż, niech ci będzie. Zatem wiedz, że umiem dodawać dwa do dwóch. I a rachunku wychodzi mi, że jesteś rzymianinem z jakiegoś bogatego rodu. Może nawet, z tego, o którego sławie, bogactwie i wpływach wiadomym jest nawet na naszym dworze, choć nie tylko. Podróżujesz zapewne w rodzinnych interesach, nawet domyślam się, w jakich, ale to mnie w tej chwili mniej interesuje.

– Schlebia mi, panie, twoja opinia – wszedłem mu w słowo – choć, doprawdy, nie wiem, co tym sądzić. Nie pojmuje powodu tego pokrętnego przepytywania. Nie wiem, czy mi się to podoba – rzekłem stanowczo i mało przyjaźnie. Tycjanowska natura nakazała mi przyjęcie postawy wyniosłej, i stosownego dla niej zachowania. – Jeśli chcesz, byśmy dalej prowadzili tę dziwną rozmowę, musisz mnie przekonać, że jest w niej jakiś sens. No, i wyjaśnić, kim jesteś., Bo że nie zwykłym przechodniem to już wiem.

– Pozwól, ze skończę myśl, a potem sam uznasz, czy ci się ona spodoba, czy nie. I zrobisz, co uznasz za stosowne.

– Słucham.

– Otóż uważam, że byłoby dziwne, gdyby ktoś taki, jak ty, panie, nie korzystał z okazji rozeznania się w tym, co dla Rzymu ważne. Jeśli nawet chcesz uchodzić tylko za kogoś, kto szuka nowych sposobów na duże zyski z handlu, to zważywszy, że musisz być ze znacznej rodziny, logika podpowiada mi, że w twej podróży musi być  i polityka. Przypuszczam, że na dworze cesarskim znajdą się, ludzie, których bardzo będą ciekawiły twoje wnioski, nie tylko jako uczonego.

– Przeceniasz mnie, panie.

– Pozwól, że będę obstawał przy swoim.

– Niech ci będzie. Ale co z tego miałoby wynikać?

– Tylko tyle, że może byś zechciał poznać pewne sprawy niejako z pierwszej ręki.

– Czyli twojej?

– Tym razem to ty mnie przeceniasz.

– Cóż zatem masz do zaoferowania?

– Pokazanie ci, jak mają się u nas rzeczy, i jak warto na nie spojrzeć z odległego Rzymu.

– Spróbuj mnie czymś przekonać, ze będziesz w tym wiarygodny.

– Czy zgodzisz się, że mamy teraz z wami dobre stosunki? Tyberiusz popiera naszego króla, a my wspieramy was w Armenii.

– Ale dusicie nasz handel.

– Nie my, lecz nasi Grecy. Artaban od dawna stara się ich ukrócić, ale to trudne, bo mają wielkie pieniądze i wpływy, nawet jeszcze na dworze.

– To wasze kłopoty.

– Ale wasze interesy. I to duże.

– Cóż więc proponujesz?

– Król ma dwóch synów. Jeden jest za ojcem, drugi przeciw niemu. Dobrze byłoby, i dla nas, i chyba dla was, by w przyszłości to ten pierwszy zasiadł na tronie.

– Innymi słowy, chciałbyś, żeby Rzym już teraz, poparł jednego przeciw drugiemu.

– Chcielibyśmy spokoju na zachodzie, bo mamy nieco zamętu na wschodzie.

– No, także niełatwo wam idzie z Persami. Niezbyt was lubią.

– Artabanowi udaje się z nimi układać całkiem nieźle. Może nie ze wszystkimi, ale wystarczy tego, żeby unikać buntów. Wsparcie Rzymu miałoby tu swoje znaczenie.

Miał rację, choć wyglądało mi to wszystko na dość prostą intrygę. Zapewne synowie królewscy już teraz zagryzają się w walce o schedę po ojcu, i zbierają sojuszników. Gdy który z nich poczuje się silniejszy, urządzi rodzinie krwawą łaźnię i zagarnie władzę. Tak to się załatwia, nie tylko u nich. Partowie mieli już niedawno podobną awanturę. Swego czasu, August, dla okazania swej przyjaźni, podarował poprzedniemu królowi niewolnicę, niejaką Musę, ale ta, nie dość, ze szybko omotała swego nowego pana, to jeszcze potem otruła go, kazała wymordować liczne jego przyległości, i osadziła na tronie swego syna Fraatesa, który z wdzięcznością odpłacał się we wszystkim pierwszemu protektorowi swej matki. Zgubiła go jednak nadmierna pewność siebie w wyrzynaniu arystokratów, także zawziętość wobec Greków. Nie zawsze zatwierdzał ich na urzędach, choć mieli do nich prawo. Czcił grecką sztukę, greckich bogów, ale ich ludziom niedowierzał, więc się na niego uwzięli i stanęli po stronie owego nieszczęsnego Wononesa, który sam nie wiedział, kim właściwie chciał być. Skończyło się przegnaniem go, ale i nowymi dla nas kłopotami..

Dziwne było, co mówił ten człowiek, gdyż Artabanus nie był przecież niewinnym dzieciątkiem. Z Grekami i Persami wpierw układał się, żeby w swych grach rodzinnych obalić Wononesa, naszego przecież sojusznika. Potem, gdy poczuł się pewnie, rozegrał skłóconych Persów, i część z nich przekonał, jak bardzo sam chce być bardziej perski, niż oni. Teraz wspólnie gnębili Greków, głównie z chęci ograbienia ich ze złota, także dla zapewnienia swoim kupcom przewagi w zyskach we wschodnim handlu Może dałby nam trochę więcej w nim swobody, ale i tak to on przecież nakładałby cła. Cóż, jeszcze nie urodził się taki władca, który zgodziłby się popuszczać innym tam, skąd możne sam czerpać złoto.

Coś tu się jednak nie zgadzało. Nie miałem dobrego rozeznania, jak naprawdę mają się sprawy w układach z Armenami, ale wiedziałem, że na tamtych granicach jest ciągłe wrzenie. Partowie nieraz już wspierali ich w walkach z nami, więc w tym, co teraz słyszałem, kryła się obietnica bez pokrycia. Tym bardziej, że kiedy się tylko dało, szukali własnych przewag nad Armenią. Poza tym nie było chyba prawdą, że tak znakomicie układają im się stosunki z Persami, o czymś świadczyły moje spostrzeżenia i doświadczenia w podróży. Królestwo partyjskie było zlepkiem prowincji, wciąż ze sobą skłóconych w rozmaitych układach. Ich władca, kimkolwiek by był – był jednak słaby i nie ogarniał całości. A Persowie po cichu spiskują, by Partów przepędzać, skąd tylko się da.

Dlatego wsparcie potężnego Rzymu dawałoby Artabanowi wewnętrzne przewagi, ale nam mogłoby przysparzać samych trosk. Na wschodzie wypierali go Kuszanie, trudną też miał sytuację z Nabatejczykami, tuż nad Eufratem. Tam szło już wyłącznie o panowanie nad szlakami handlowymi z południa, w czym brały udział również i nasze legie syryjskie.  Partowie mogliby je wspierać, lecz gwarancji na to nie było żadnych, zwłaszcza gdyby udało się im te szlaki już przechwycić.

Co więcej, w Partii panował jeden wielki bałagan, i nie wiadomo, ile zyskalibyśmy na tak niepewnym sojuszniku. Z drugiej jednak strony, było to państwo ogromne, mimo wszystko dość jeszcze silne, które w obawie przed rozpadem mogłoby popaść w konwulsje nader dla nas groźne. Ponieważ w tym splątaniu wątków liczyły się i nasze rozmaite interesy, należało je traktować nader poważnie, acz z dużą rozwagą i ostrożnością. Zatem warto było kontynuować prowadzoną teraz rozmowę, acz bez nadmiernej ekscytacji w oczekiwaniu na propozycje, jakie w niej mogły paść.

– Nie mam prawa wypowiadać się w imieniu Rzymu, ale zawsze chętnie słucham tego, co mogłoby mu sprzyjać. To chyba oczywiste.

– Korzyścią dla niego jest spokój i przywileje celne w handlu – powiedział to tak, jakby był władny je zapewniać. Na wszelki wypadek uznałem to za dobrą monetę.

– Wy natomiast będziecie rosnąć w siłę – podjąłem tę kolejną już grę w statystów historii. –  Teraz grozi wam rozpad. Synowie królewscy będą szarpać, aż rozszarpią państwo. Albo wpędzą je w wojny domowe. Domyślam się, ze komuś musi zależeć, by tego uniknąć. Ale czy z dobrym dla nas skutkiem?

– A mówiłeś, że jesteś tylko podróżnikiem, ciekawym wrażeń. Że nie znasz się na polityce.

– Ty zaś, panie, też chyba nie przechadzasz się ot, tak, w poszukiwaniu ciekawych rozmów dla zabicia czasu? Dlaczego miałbym ci wierzyć? Nie wiem, kim jesteś.

– Znają mnie pod imieniem Tamisa.

– Co nie znaczy, że tak się nazywasz. Zresztą, i tak nic mi to nie mówi.

– Niech ci będzie. Wiedz zatem, że jestem… jakby to powiedzieć…  królewskim doradcą, choć nie w radzie. Powiedzmy, ze na uboczu.

– Czyli zausznik. Cichy, od cichych zadań.

– Nie szukam rozgłosu.

– Ale nasz gospodarz kłania ci się tak nisko, jak pozwala mu jego brzuch.

– Wie, po co to robi, i dlaczego.

– Nie moja to rzecz, twoje sekrety. Zwłaszcza wywiadowcze, jak mniemam. Mów wprost, czego chcesz.

– Byś wysłuchał argumentów, które mogłyby zainteresować twych rzymskich… powiedzmy… przyjaciół. Zwłaszcza, na cesarskim dworze. Bo i tam też chyba ich masz… jak mniemam? – odbił moją ironię.

– Czy na królewskich dworach istnieje przyjaźń – zaśmiałem się. – Skoro jesteś tym, za kogo się podajesz, wiesz o tym lepiej niż ja.

– Uwaga, godna znawcy tematu – rzekł ze zrozumieniem. –  Tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że słusznie robię, rozmawiając z tobą.

– Nie uda ci się, panie, wciągnąć mnie w wasze machinacje. Chętnie wysłucham, co masz do powiedzenia, lecz niczego obiecać nie mogę. Ale wiedza zawsze bywa przydatna, choćby dla lepszego poznania, jak wygląda daleki świat. – Nie odżegnywałem się od sprawy, lecz z zachowaniem pozorów obojętności.

– A co, gdybym zaproponował ci pewne spotkanie? Ponieważ trafnie oceniasz sytuację, wiec może przekonałbyś się przy okazji, co może nas czekać. I sam wyciągnąłbyś własne wnioski.

– Na czym polega ta pułapka?

– W niczym ci to nie zagrozi, masz moje słowo.

– Królewskiego zausznika? – roześmiałem się, szczerze rozbawiony. – Niepewna to gwarancja.

– Działam w najlepszym interesie nie tylko króla, ale nas wszystkich. Daleki jestem od żartów, czy tanich gierek. – Tym razem w jego głosie zabrzmiało coś bardziej poważnego. Czy było to udawane, by mnie podejść?

– Z kim miałbym się spotkać.

– Zanim odpowiem, przybliżę ci sytuacje na dworze. Jak wiesz, król ma dwóch synów. Po prawdzie jeden z nich to tylko usynowione książątko z dahijskich władców. Doszło do tego wiele lat temu, dla zapewnienia sobie ich przychylności w granicznych prowincjach, głównie przeciw Scytom, ale i buntującym się tu i ówdzie Medom, szukających sojuszy z Armenią. Ta kombinacja, choć niegdyś się udała, teraz obraca się przeciw Artabanowi. Ów przybraniec knuje, by zawładnąć tronem i zniszczyć przybranego brata.

– Tak to już bywa w królewskich rodzinach.

– Gotarzes – bo tak się zwie – jest człowiekiem nieokrzesanym i okrutnym. To jedno wielkie nieszczęście dla Partów.

– Czyż nie wywodzą się właśnie z Dahów

– To dla niego dobry pretekst. Zależy mu jedynie na własnej sławie, władzy i bogactwach.

– U królów to nic nowego.

– Gotów podnieść taki zbójecki zamęt, że ani się obejrzymy, jak wszyscy skoczą sobie do gardeł.

– A co ty masz z tym wspólnego?

– Pomagam królowi czuwać nad sytuacją.

– Czyli szpiegujesz na jego rzecz. Zapewne i coś więcej.

– Nazwij to, jak chcesz.

– A jakie są jego zamiary?

– Król widzi jako swego następcę prawowitego syna, Wardanesa.

– Niech więc to ogłosi. Albo jakoś umiejętnie pozbędzie się intryganta.

– Na razie musi lawirować, nie chce nikogo rozdrażniać. Nie będę cię zanudzał szczegółami.

–  I do tego potrzebuje pewnych sojuszników, także na zewnątrz. Na przykład w Rzymie.

– Byłoby dobrze, gdyby, by wasz cesarz pozostawał nam życzliwy – za tym określeniem kryć się mogło dosłownie wszystko. – Może nie do końca rozeznaje się w naszej sytuacji? Kto wie, jakie dochodzą do niego głosy?

– Mówiąc krótko, i bez ogródek, proponujesz mi, ni mniej, ni więcej, bym został jakimś osobliwym posłańcem królewskich interesów?

– Kupcy wiedzą, co dla nich korzystne. Zwłaszcza tacy, którzy daleko patrzą.

Zamęt to miałem teraz ja, we własnej głowie. Do czego to doszło? W podróży zaprzyjaźniłem się z Sogdyjczykami, Baktrami, nieco zbliżyłem do tajemniczych Hanów, wreszcie zyskałem zaufanie pewnych Persów. A teraz zausznik partyjskiego króla wciąga mnie w tutejsze intrygi i oczekuje, że opowiem się po jednej ze stron przed samym Tyberiuszem. Trochę tego dużo, i zbyt to poplątane. Lecz nie wolno mi zapomnieć o powinnościach cesarskiego wysłannika. Nie wyczułem zagrożenia w propozycji tego Tamisa, czy jak się tam zwał ów dziwny człowiek przede mną.

– Co więc proponujesz?

– Spotkanie z Gotarzesem.

– Nie rozumiem. Właśnie z nim?

– Gdy go poznasz, zrozumiesz o czym mówię. Zresztą tylko on został w Egbatanie. Król, z większością dworu, wrócił do stolicy.

– A ty pilnujesz jego wroga?

– Zbiera różnych ludzi, awanturników, szukających korzyści przy pańskim stole. Obcych, swoich, możniejszych, mniej ważnych, kogo się da. Trzeba to wiedzieć.

– Wie, że go szpiegujesz? Przecież jesteś człowiekiem jego ojca.

– Próbuje mnie kupić, jak wielu. A ja udaję, że się waham. Niezbyt mi ufa, lecz da się namówić na spotkanie z kimś ważnym z Rzymu. Słyszał też o waszej karawanie. Wszyscy tu o niej mówią.

– Nie jestem nikim ważnym.

– Łatwo go przekonam. Jest próżny, więc chętnie cię przyjmie. Choćby z ciekawości. Ale będzie namawiał do swoich pomysłów.

– Jakich?

– Nie wiem, jak je nazwie, ale skryje za tym propozycję, by go wspierać jako przyszłego króla Partów.

– Ale Rzymu nie lubi?

– Ponarzeka, postraszy, ale to tak dla pokazania, jaki jest ważny. On gotów wejść w sojusze nawet z demonami, byle zdobyć, co mu się marzy.

– Nie lubię, jak mnie kto straszy.

– To tylko teatr, nic więcej.

– Cóż, zaryzykuję. – Zgodziłem się, bo i tak nie miałem teraz nic lepszego do roboty. – Ale obiecaj, że przy okazji pokażesz mi pałac. Czytałem o nim, interesuje mnie historia.

– Zgoda.

– Kiedy?

– Jutro, w południe?

– Może być.

– Będzie też okazja, żeby jeszcze porozmawiać.

– Jeśli tylko ujdę z życiem.

– Bez obawy – zaśmiał się, wyraźnie zadowolony. – Przyślę eskortę.

– Bez przesady!

– Będzie, jak należy – mówiąc to wstał, by się pożegnać. Wymieniliśmy stosowne gesty, i już go nie było.

Zostałem sam przy pustym już dzbanie wina. Czy aby nie pakuję się w jakieś tarapaty?. Ale słowo się rzekło, zresztą może być ciekawie. Że też na mnie to padło! Lecz takiej okazji przepuścić nie wolno. Nic, ani nikt do niczego mnie zobowiązać nie może, a co zobaczę, to moje.

41. Dyplomacja i świeży trop

Nazajutrz długo nie mogłem wygramolić się do życia. Po miesiącach sypiania w drodze, gdziekolwiek i jakkolwiek bądź, wygodne i miękkie łoże zdawało mi się nieziemskim wręcz cudem. Służba przyniosła odświeżone ubrania, a na poranny posiłek zszedłem do sali w gospodzie, gdzie, mimo wczesnej pory, gości nie brakowało. Gospodarz traktował mnie z wielką atencja, mając, widać, za kogoś bardzo ważnego. Uznał tak zapewne po wczorajszych  odwiedzinach Tamisa, bez wątpienia znanego mu z pozycji i rodzaju zadań, jakie wykonywał. Gospody to miejsca, gdzie rozwiązują się języki miejscowych, pojawiają rozmaici przyjezdni, a szpiegowanie to w dużym przecież stopniu zbieranie zasłyszanych drobiazgów, z których zawsze da się wyłowić coś, interesującego, by potem składać to w większe całości. Nie ma na świecie chyba ani jednego karczmarza, który by nie pomagał odpowiednim służbom, w obawie, by nie dociekały zbytnio, co ma sumieniu przy prowadzeniu swych interesów.

Około południa przed gospodę zajechał konny strażnik, prowadząc ze sobą luzaka. Odszukawszy mnie, grzecznie zaprosił do podążenia z nim na spotkanie w pałacu. Zauważyłem, ze konie, oprócz ozdobnych siodeł i uprzęży, miały jeszcze na łbach małe, kolorowe pióropusze. Wyjaśniło się, ze to znaki królewskie, nakazujące ustępowanie jeźdźcom z drogi. Tak więc, odprowadzani ciekawymi spojrzeniami obecnych, ruszyliśmy w górę, ku pałacowym murom. Tam, za ostatnią bramą, wjechaliśmy na mały, boczny dziedziniec, gdzie czekał już na mnie Tamis. Po powitaniu, weszliśmy do środka, po czym, przemierzywszy wiele sal i korytarzy, weszliśmy do okazałych komnat królewskich. W jednej z nich, siedział młody jeszcze mężczyzna, w otoczeniu kilku stojących wokół niego osób. Tak oto stanąłem przed owym Gotarzesem, o którym tyle naopowiadał mi wczoraj mój popołudniowy gość.

Powiada się, że nie można po raz drugi zrobić dobrego, pierwszego wrażenia. Ten człowiek nie mógłby tego zrobić ani za drugim, ani nawet za dziesiątym razem. Młody osiłek, ubrany niedbale, ale bogato, rozwalony na ozdobnym krześle, z twarzą, znamionującą wszystko, tylko nie rozum. Gdy skłoniłem się grzecznie, przez dłuższa chwilę wpatrywał się we mnie w milczeniu, z pysznym uśmieszkiem, po czym naraz wybuchnął śmiechem.

– Proszę, proszę, kogóż my tu mamy – rzucił wręcz wzgardliwie, zamiast spodziewanych przeze mnie słów powitania. – Słyszałem, słyszałem o niezwykłych gościach w mieście – spojrzał na mnie niczym na jakąś egzotyczną ciekawostkę. – Mówiłeś, że to bogaty kupiec z Rzymu? Wygląda dość niepozornie – zwrócił się do Tamisa. – Zatem witam, drogi panie – pochylił się w moją stronę, niczym drapieżnik ku swej ofierze – witam cię Cieszę się, że nas odwiedziłeś, że znajdujesz za celowe złożenie należnego uszanowania na naszym dworze.

– Pozwól wyrazić moje dla ciebie słowa szacunku, panie – odparłem chłodno. – Widomym mi jest, jak ważną i znakomitą jesteś osobą, a mając niepowtarzalną okazję poznania cię, nie mógłbym z niej nie skorzystać, by zapewnić, że rzymscy kupcy wiele uwagi przywiązują do handlu z królestwem Partów – nie chciałem wychodzić poza rolę, w jakiej mnie widział..

– No, proszę, gładkie słowa, a z miejsca zaczynasz mówić o interesach. I my im sprzyjamy, lecz liczymy w nich nie tylko zyski w złocie, ale i w innych korzyściach – zaskoczyło mnie, że od razu przystąpił do tak prostackiej dyplomacji. – Nasza przychylność ma swoją cenę – rzekł, niczym udzielny władca, pewny swej siły. – Chętnie was będziemy wspierać, jeśli tylko będziemy mogli liczyć na wzajemność – pokiwał ręką jakby z ostrzeżeniem. Jeśli uważał, ze tym sposobem pokaże, jak wytrawnym jest graczem, to musiał być skończonym durniem.

Byłem przygotowany na rozmowę bardziej subtelną, przyjazną choćby dla pozoru, na jakieś, zwyczajowe pytania o podróże, o sprawy ogólniejszej natury, nawet o kombinacje polityczne. Tymczasem królewski syn zachowywał się butnie, wyniośle, wręcz opryskliwie. Postanowiłem jednak spróbować wyciągnąć z niego coś bardzie konkretnego.

– Kto dobrze umie i chce kalkulować, ten powinien znać argumenty tych, z którymi dobija targów, nieprawdaż panie? – nie było powodu, by bawić się w delikatność. Udałem małego chytrusa, bo to chyba najlepiej mogło przemówić do jego wyobrażenia o prowadzeniu polityki.

– Proszę, to rozumiem – zarechotał zadowolony z prosto wyłożonego pytania. – Otóż, drogi panie, wrota na mostach i komory celne dla towarów można otwierać lub zamykać wedle uznania. Chętnych jest wielu, ale my najbardziej sprzyjać będziemy tym, za którymi stać będą pewni sojusznicy przeciw naszym wrogom. Zewnętrznym – zawiesił głos – ale i wewnętrznym.

– My, kupcy, nie mieszamy się za bardzo do polityki. Ale jesteśmy chętnie słuchani przez tych, którzy ją prowadzą.

– Otóż to!  Niegłupi jesteś, rzymianinie. Chcę wierzyć, ze nasze oczekiwania trafią gdzie trzeba.

– To nie jest niemożliwe.

– Wiedz zatem, że mogą przyjść u nas zmiany, nawet duże zmiany, więc lepiej zawczasu się do nich przygotować – mówiąc to, rozejrzał się wymownie po zebranych, którzy przytaknęli tym słowom ze służalczymi minami. – Mówię to na wszelki wypadek, ot tak, po przyjacielsku.

– Bardzo sobie cenimy przyjaźń królów, także i ich synów, a już tym bardziej tych, których może czekać wspaniała przyszłość – chce pochlebstw, to niech się nimi dławi.

– Cieszę się, że dobrze pojąłeś sens moich słów – klasnął w dłonie z wielkim ukontentowaniem. – Mam więc nadzieję, że pomyślnie wrócisz do Rzymu i zaświadczysz komu trzeba o naszej dobrej woli.

– Nawet jeśli jest tylko warunkowa, to przecież nie wolno jej lekceważyć – nie mogłem sobie darować szczypty złośliwości, której i tak pewnie nie pojął w tym swoim małym rozumku, skupionym na własnej próżności.

– Zatem żegnam cię, panie, i życzę bezpiecznej drogi – uniósł rękę w widowiskowym geście wielkiego pana. Żadnych oznak szczególnej gościnności, żadnych swobodnych żartów, nawet zdawkowych pytań, czy uwag.. Ot, łaskawość wobec petenta, popis lekceważącej pychy, połączonej ni to z przestrogą, ni groźbą. Szybko, krótko, bez ceregieli, z pokazaniem swej wyższości.

– Niech bogowie mają cię w swej opiece i wspierają we wszystkim co, najlepsze – pożegnałem go zwyczajowym zwrotem, skłoniłem się, i wraz z towarzyszącym mi Tamisem opuściłem to obrzydliwe dla mnie zgromadzenie.

Przeszliśmy w milczeniu kilka pałacowych przejść, wreszcie dotarliśmy do sporego pokoju na końcu jednego z korytarzy, za ciężkimi drzwiami, z wyjściem na mały, kolumnowy taras.

– I tak miałeś, panie, szczęście, że był dziś w dobrym humorze – mój gospodarz krótko skwitował dopiero co zakończone spotkanie. – Potrafi bardziej dosadnie okazywać swe groźne miny – nawet nie próbował kryć się z niechęcią do syna swego króla.

– Nie znam się na obyczajach wschodnich władców, lecz powiem ci, panie, że miałem wrażenie, jakbym znalazł się w jednej klatce z niebezpiecznym zwierzem, tyle że chwilowo mało rozdrażnionym, bo akurat po śniadaniu.

– Dosadnie powiedziane, ale prawdziwie – uśmiechnął się kwaśno. Może i nie znosił Gotarzesa, ale to przecież jego kraj, jego królowie, a tym, co zobaczyłem, żadna miarą poszczycić się przed obcym nie mógł.

– Masz rację, może wam narobić niezłego bałaganu w państwie. Nie wiem, jaki jest drugi królewski syn. Ale w krwawych intrygach o władzę, niewiniątek wokół tronu trudno chyba szukać?

– A w Rzymie jest inaczej? Zdaje się, że wam też wojen przez prywatne ambicje nigdy nie brakowało?.

–  Ale jest u nas jedna idea państwa. Jego jedności. Wiele nam zagrażało zamętów, i jeszcze będzie zagrażać, ale nikt nigdy nie dopuszczał nawet myśli, by je rozszarpać na kawałki.

– Pokusy i pycha potrafią ogłupić nawet rozsądnych ludzi. Wielu wręcz znieprawić.

– Cóż, różnie bywało. Zdarzała się prywata, owszem, niepohamowana, nawet groźna, lecz nie zdrada. Zawierano dziwne sojusze, nawet przeciw swoim, ale nie przeciw państwu.

-. Kogo zaślepi ambicja, gotów jest na wszystko, byle niepodzielnie panować, choćby i na małym skrawku ziemi.

– Nawet szaleństwa takich głupców mają u nas granice. To prawda, bijemy się miedzy sobą, jak wszędzie, ale Rzym rośnie w siłę. Zdrajcy zawsze dają głowę.

– Mieliśmy kiedyś króla, który stworzył wielkie państwo. Niezwykły rozum, siła. Nie musiał nikogo o nic prosić, to inni szukali w nim sprzymierzeńca.– bez wątpienia miał na myśli Mitrydata, który podbił i zebrał w całość ziemie od Armenii po Baktrię. – Przydałby się znów ktoś taki.

– Wierzysz, że może nim być ów drugi syn Artabana?

– Wierzę, że nie zechce trwonić tego, co mamy. Ale pewności nie mam. Wolę jednak na tronie kogoś bardziej przewidywalnego, zdolnego do miarkowania dzikości własnej natury.

– Czy nie za dużo oczekujesz? Sam powiedziałeś, że władza ulega pokusom.

– Przekonamy się.

– Tak czy owak, dziękuje za dzisiejsze zaproszenie. Trochę mi przejaśniło w głowie.

– W drodze powrotnej zatrzymasz się w Ktezyfonie?

– Zdaje się, że lepszej drogi nie mam. Ale wystarczy mi waszych królewskich spraw. Zostanę tam kilka dni, bo chce spróbować kogoś odszukać. To sprawa całkiem prywatna, nawet nie w interesach.

– Zatem nie pytam, bo nie wypada.

– To żadna tajemnica. Szukam śladów rodzinnych. Stare dzieje, ale dla mnie ważne.

Tknięty pewna myślą, sięgnąłem do sakwy, z którą się nie rozstawałem, po czym wygrzebałem z samego jej dna ów mały amulet, jaki dostałem w domu przed podróżą, a który był pamiątką po partyjskiej matce mego dziadka. Na nieznanym mi kamieniu, obrobionym w kształcie prostokąta, wyryto jakieś znaki, mocno już wytarte, których znaczenia nie rozumiałem, bo i skąd.

– Skoro jesteś, panie, taki u was wszechwiedzący, to może poznasz, co to takiego? – spytałem trochę przekornie, ale i z nadzieją, że dowiem się czegoś, co mnie naprowadzi na jakiś trop.

Wziął kamień do rąk, oglądał go przez dłuższą chwilę, wreszcie oddał mi, uśmiechając się z zadowoleniem

– To znak cechowy, najwyraźniej medyków. Poznaję, bo w mojej rodzinie też mamy podobny.

– Przecież nie jesteś medykiem.

– Jest nim mój ojciec, a od niedawna i brat.

– Czy umieliby rozpoznać, do kogo to należy, albo należało?

– Nie wiem. Ich musisz pytać.

– Gdzie ich znajdę.

– Powiem ci, jakich szukać. Skąd to masz, panie?

– Zdziwisz się, ale to pamiątka po mojej prababce. Była grecką partyjką, lekarską córką.

– No proszę! A więc rzymski bogacz jest po trosze Partem?

– Na to wychodzi.

– Coś mi świta w głowie. Czy ktoś z twoich przodków nie prowadził handlu na wschodzie?

– Czemu pytasz?

– Gdy byłem mały, słyszałem od rodziców o pewnym handlarzu z Rzymu, który miał u nas rodzinne korzenie. Znał mnóstwo ludzi, kręcił się za wielkimi interesami, jeździł ponoć nawet do samego Charaksu.

– Coś jeszcze?

– Tyle, że wielkie wyczyniał u nas awantury, ale nie pytaj, jakie, bo nie wiem. Podobno strasznie był łasy na kobiety. Więcej nie pamiętam.

– A twój ojciec? Znał go?

– Nie mam pojęcia. Może tak, może nie. Sam go spytaj.

– Nie omieszkam.

– No, no, proszę, jakie to cuda zdarzają się na świecie. Kiedyś jeden Tycjan, teraz drugi!

– Skąd znasz to imię?

– Nie byłbym tym, kim jestem, gdybym nie znał różnych rzeczy, i nie umiał składać jednej z drugą, szlachetny Viatusie. Czy rzeczywiście tak się nazywasz??

– Skoro jesteś tym kim jesteś, to powinieneś znać odpowiedź.

– Dobre więc miałem wyczucie. Zatem Tycjanowie nie popuszczają na wschodzie. W Syrii od dawna jesteście wielkimi panami. A teraz ta karawana. Dobrze to pomyślane. Daleko sięgacie. Czy wciąż chcesz mnie przekonywać, że nie znasz się na polityce? Przecież wasz cesarz musi siedzieć w waszej kieszeni jak ryba w saku.

– Nie rozpędzaj się Tamisie, bo dostaniesz zadyszki.

– Nie obawiaj się, w niczym ci nie zagrażam, ani nie chce uchybić. Cieszę się, że cię poznałem. Możesz być nam bardzo pomocny. Mam na myśli króla.

– Chcesz powiedzieć, że przydatny.

– Na jedno wychodzi.

– Teraz ty zaczynasz?

– Tak to już jest w polityce. Ale chyba sam się przekonałeś, że warto wam uważać, i na co.

– To znaczy?

– Tu w handlu rządzą Grecy, trochę Żydzi. Nikogo do niego nie dopuszczają, a rzymskich i fenickich kupców nienawidzą. Artaban ich gnębi, poodbierał im różne przywileje, ale są za słabi, żeby iść z nim na udry. A że maja góry złota, więc mogą dać go trochę Gotarzesowi, który chętnie im naobiecuje wielkie rzeczy, a potem wystawi do wiatru. Oni to wiedzą, ale gotowi są zaryzykować. W chaosie łatwo robić swoje, zwłaszcza jak się ma za co. W sumie mało ich obchodzi państwo, nie uważają je za swoje, liczą tylko zyski i patrzą, czy ich wciąż mają za najmądrzejszych i najwspanialszych. Więc dodaj sobie teraz to wszystko razem, i zobacz, co wam wyjdzie z rachunku.

– Rachunki to jedno, a praktyka to co innego. Wiele sił tu działa, nie tylko sam handel.

– Oczywiście. Warto jednak patrzeć, na co można mieć wpływ. Bez nas nie tak łatwo przebijecie się z nim dalej na wschód. Sądzę, że wnioski z kalkulacji, o jakich mówię, na pewno dałyby Tycjanom należyte argumenty w szerszym przedstawianiu spraw Tyberiuszowi.

– Chyba i ty nie jesteś tylko zwykłym królewskim doradcą od dworskich sekretów i intryg? Też wysoko mierzysz.

– Mnie wystarczy pozostawać w cieniu.

– Pozwolisz, że nie uwierzę.

– Twoja rzecz. Niemniej, warto, byśmy się dobrze rozumieli.

– Ale bez zbyt wielkich oczekiwań.

– Cóż, trzeba próbować korzystać z każdej okazji.

– I niech tak zostanie.

Tamis zamilkł, potem podszedł do stołu, stanął do mnie tak, bym nie widział co robi, po czym otworzył małą w nim skrytkę, z której wyjął jakiś drobiazg.

– Dam ci dowód mej dobrej woli – rzekł, wręczając mi spory pierścień, z wyrytym na nim szczególnym znakiem, podobnym do tego, jaki sam nosił. – Każda straż, każdy urzędnik u nas, wie, co on oznacza, i kto ci go dał. Nikt nie będzie cię niepokoił, o nic pytał, ani zatrzymywał.

– Długi jest ten cień, w którym się kryjesz, Tamisie.

– Może nie aż tak długi, jak chciałbyś wierzyć, ale użyteczny – zaśmiał się. – Noś go, ale nie obnoś się z nim zanadto na widoku. Nie każdemu się spodoba.

– Dziękuję. Wielka to dla mnie będzie pomoc, a i bezpieczeństwo. Czemu mi go dajesz, w końcu obcemu?

– Zależy mi, żebyś wrócił do domu cały i zdrowy. Do Eufratu nic ci nie zagrozi, chyba że zwykli bandyci. Z mojej strony to prosta kalkulacja, choć daję ci ten znak trochę i przez wzgląd na twe partyjskie koligacje. Czyż nie wywodzimy się obaj z medyków? Zdumiewająca okoliczność, musisz przyznać?

– Bogowie nieźle sobie to wykombinowali.

– Oby z dobrym dla nas pożytkiem – rzekł sentencjonalnie. – Chciałeś obejrzeć pałac. Chodźmy, odprowadzę cię i pokażę, co się uda..

Nie trwało to długo, gdyż Tamis nie chciał za paradować po pałacowych wnętrzach w towarzystwie obcego, na widoku kręcących się dworzan i strażników. Zdążyłem obejrzeć nieco zebranego bogactwa i kilka okazałych sal, urządzonych z wielkim rozmachem i przepychem. Na zewnątrz pokazał mi sporą budowlę, w której niegdyś znajdował się słynny skarbiec, ogołocony przez Aleksandra. Przypomniałem sobie przekazy o starym, znamienitym wodzu, Parmenionie, którego Macedończyk kazał tu zamordować za rzekome przewiny jego syna, podejrzewanego o spiskowanie przeciw swemu władcy i kradzież części zrabowanego złota.

Trzeba przyznać, że po dawnych wojnach odbudowano pałac z wielka starannością, choć nie udało się przywrócić ani wielokolorowej urody murów, ani bogatych złoceń, jakimi okładano ponoć cyprysowe i cedrowe drewno, sprowadzane z daleka, a użyte do wystroju całości,. Trudno mi było jednak wyrobić sobie zdanie, gdyż w zapiskach historyków prawda zwykle miesza się z fantazją, w stopniu zależnym od osobistych odczuć i gustów autorów.

Rozstając się z Tamisem przed bramą na dużym dziedzińcu, spytałem, czy przyjmie zaproszenie na spotkanie z moimi towarzyszami podróży, jakie zamierzałem urządzić przed wyjazdem z miasta.

– Chciałbym pożegnać się z nimi jak najlepiej, by zachować dobre wspomnienia z wyprawy, w której tyle poznałem i tak wiele się nauczyłem. Sądzę, ze znajomość z tymi kupcami przyda ci się na przyszłość, a gdy przekonasz ich, że są tu mile widziani – kiedyś okaże się bardzo użyteczna, i dla nich, i dla ciebie.

– Wychodzi z ciebie jednak polityk, Tycjanie – roześmiał się, kręcąc głową. – Nie przepuszczasz żadnej okazji do załatwiania interesów. Teraz lepiej rozumiem, dlaczego twoja rodzina doszła do tak wielkiej fortuny i sławy. Umiecie daleko patrzeć.

– Ty też masz niezły wzrok, Tamisie.

– Zaproszenie przyjęte. Kiedy?

– Za dwa dni. W mojej gospodzie. Będzie skromnie, ale miło i ciekawie, zapewniam cię.

Wróciłem do miasta, a wczesnym popołudniem wybrałem się do obozu kupców, by sprawdzić, jak stoją moje sprawy. Agis, ujrzawszy mnie, przerwał prowadzone właśnie ćwiczenia z hanijskimi żołnierzami i pokrótce opowiedział mi, co tu się dzieje. Przy rozliczaniu towarów i pieniędzy obyło się bez większych swarów, znalazł się chętny na naszego kamelosa, pozostawało tylko dopełnić targu i znaleźć dobrego konia. Babura nie było, zapewne kręcił się gdzieś, węsząc po swojemu wśród okolicznych handlarzy. Zaszedłem do Sangrena, potem do Idasa, który właśnie był wrócił w doskonałym nastroju, ponieważ znalazł kolejną ofiarę swych miłosnych zapędów i namówił się z nią na dzisiejszą noc. Nie pytałem o nic, lecz gdy zostaliśmy sami, zabrał mnie do swego namiotu, i bez zbytnich wstępów wręczył mi spory, i całkiem pokaźny mieszek z pieniędzmi.

– Ojciec nakazał mi, bym dopilnował twojej zapłat za pomoc, jakiej nam udzieliłeś. – Ani chybi była to sprawka Fandaka, który mi tak sprzyjał w Merwie. Zapewne wolał załatwić to przez Menandra, niezbyt widać ufając Baburowi i jego rzetelności w obracaniu cudzymi pieniędzmi. Sogdyjskich interesów strzegł dobrze, bo czuł na sobie wzrok Patrosa, ale już z innymi nie był zbyt godny zaufania.

– Na nic takiego się nie umawialiśmy.

– Ale wszyscy tu uznaliśmy, że tak się należy. To wspólne rozliczenie, według naszego uznania.

– Skoro tak, to dziękuję. Przekaż ojcu moja wdzięczność i wyrazy szacunku. Ja też mam coś dla was. Choć nie w złocie, lecz dla dobrego kupca może nawet bardzie cennego. Na pewno ci się spodoba.

– Co takiego?

– Przekonasz się za dwa dni.

Zostawiłem go w niepewności, po czym wstąpiłem jeszcze do Tanwena. Spytałem czy zechce przyjąć moje zaproszenie na spotkanie, jakie planuje.

– Wiem, że niechętnie zadajesz się z obcym, i to niższego stanu, lecz uczyń mi ten honor i odstąp na jednio popołudnie od swoich zasad. Przekonasz się, że warto, bo poznasz kogoś,  kto na pewno cię zainteresuje.

Han, jak to Han, nie dał nic po sobie poznać, długo rozmyślał, wreszcie skinął głową na znak, że się zgadza. Lecz nie byłby sobą, gdyby nie opatrzył tego jakimś niby urzędowym komentarzem.

– Zdążyłem się już przekonać, że nie jesteś tym, za kogo chciałbyś uchodzić. Dostrzegam w tobie kogoś więcej, niż zwykłego wędrowca. W tej propozycji musi więc kryć się coś jeszcze, nie tylko chęć prostej uciechy. Zakładam, że będzie to warte mego czasu.

– Dobrze myślisz, Tanwenie, jak zwykle – po tygodniach, spędzonych na wspólnych rozmowach, całkiem spokojnie znosił moją żartobliwą familiarność.

 Pokręciłem się jeszcze trochę po obozie, domówiłem, z kim trzeba czas i miejsce planowanego spotkania, po czym ruszyłem z powrotem, tak by jeszcze przed zmrokiem zdążyć wrócić do gospody, nie narażając się na wieczorne niespodzianki ze strony miejscowej łobuzerii.

42. Pożegnania

Cały następny dzień spędziłem na miłym lenistwie, połączonym z przechadzką po mieście i jego okolicach. Znalazłem sporo ciekawostek z czasów bardzo odległych, choćby posąg Herkulesa, czy groby dawnych władców, wywodzących się jeszcze od Deicesa, legendarnego króla Medów, który Egbatanę zbudował i wyniósł do rangi stolicy państwa, niegdyś sławnego i potężnego. Jej położenie sprawiło, że pełno tu śladów historii po Persach i Grekach, i po nieustannych wędrówkach wojsk szlakiem królewskim z zachodu na wschód. Teraz idą nimi głównie kupcy, dzięki czemu miasto, niegdyś długo łupione i niszczone, teraz się odrodziło i obrasta w bogactwo, jakie zwykle towarzyszy udanym interesom.

Zaniosło mnie również pod ogromną, gładką skałę na pobliskim wzgórzu, gdzie w zadumie obejrzałem dwie niezwykłe, wykute w skale tablice z inskrypcjami, wyrytymi z polecenia najpierw Dariusza, potem Kserksesa.  Trzeba przyznać, że Persowie mieli rozmach, którego brakuje Partom,  pobawionym ducha wielkości. Miasto, choć tak przecież ważne dla obecnych władców, nadal pozostaje perskie tak z tradycji, jak i zwyczajów. Partowie, jak my w Grecji, przejęli cudzych bogów, lecz – jak to kiedyś ujął w metaforę Maros z Cypru – zapomnieli o tutejszym Olimpie. Więcej użytkują, niż sami tworzą. Kiepsko widzę ich przyszłość. Ich siła osłabnie przez brak dobrych praw i urządzeń, spajających państwo, i przez bezrozumne ambicje, przedkładające interes prywatny nad wartość i dobro wspólnej całości.

Dzień zakończyłem krótką wizytą w obozie, gdzie domówiłem z Agisem szczegóły naszego wyjazdu, zostawiając mu też trochę pieniędzy, by dokupił, co trzeba, do naszego ekwipunku. Wszystko było już załatwione – obrzydliwy kamelos został sprzedany, czekał nowy, dodatkowy koń, rozliczenia zaś zakończyły się wielce dla mnie pomyślnie Przypomniałem wszystkim o jutrzejszym spotkaniu i wróciłem do gospody. Tam rozmówiłem się z gospodarzem, nakazując mu, by przygotował na jutro osobne miejsce dla mych gości, i dobrą, acz niekoniecznie zbyt wystawną wieczerzę..

– Ma być wygodnie, skromnie, cicho, spokojnie i czysto – wyliczyłem me wymagania.

– Wielki to dla mnie zaszczyt, panie – giął się w ukłonach. – Zapewniam cię, że będziesz zadowolony. Czy zechcesz powiedzieć, jak liczne będzie to grono?

– Kilka osób, sześć, siedem, to się jeszcze okaże. I pamiętaj, spraw się dobrze, bo to ci się bardzo przyda na przyszłość.

– Zdążyłem się już tego domyślić, szlachetny panie – najwyraźniej przekonała go do tego moja nadspodziewanie długa i przyjazna rozmowa z Tamisem. Uznał, ze muszę być kimś ważnym, skoro zechciała mnie nawiedzić tak znacząca figura, poświęcając tyle czasu obcemu przybyszowi. Zapewne wywąchał też swym czułym nosem, skąd i z kim tu przyjechałem. Niewątpliwie dobrze spożytkuje z zyskiem obydwie te okoliczności dla podniesienia rangi swej gospody, umiejętnie rozpowiadając, kto też to u niego nie bywał.  Stanie więc na głowie, by nam dogodzić.

O umówionym czasie wszystko było już gotowe, ja zaś czekałem na towarzyszy niedawno zakończonej podróży, konstatując z zadowoleniem, że tak duża część powrotnej drogi przeszła pomyślnie, przynosząc mi nawet niewielki zysk, na który przecież nie liczyłem. Największej korzyści upatrywałem jednak w tym, że los dał mi możność poznania wielu niezwykłych ludzi, zwłaszcza Hanów, także zobaczenia na własne oczy krain, o których tyle kiedyś czytałem i słyszałem, a które swą tajemniczością od dziecka rozpalały moją wyobraźnię. Doświadczyłem wielu niezwykłości, otarłem się o najdawniejszą historię, nawet trochę zaplątałem w politykę, szczęściem, bez żadnych – jak na razie – złych dla mnie następstw.

Dopełniłem zobowiązań rodzinnych, znajdując niejakie możliwości dla prowadzenia nowych interesów na wschodzie. Nie tylko w Syrii, w Batnei, gdzie niezwykłym trafem natknąłem się na wielce osobliwy ślad po Maesie. Obiecujące wydały mi się znajomości na drogach medyjskich i perskich, niemniej za najważniejsze uznałem te całkiem bliskie i użyteczne, z kupcami z dalekiej Baktrii i Sogdy, nie mówiąc już o hanijskich. Przeczucie mówiło mi, że  prędzej, niż później zobaczymy ich – wszystkich razem, lub z osobna – u nas nad Tybrem.

Wiozłem również wieści dla cesarza, może nie aż tak ważne, lecz dostatecznie znaczące dla jego rozeznania o siłach, jakie poruszają tu i ówdzie światem poza krańcami naszego imperium, zwłaszcza w Partii. Choć wcale się o to nie prosiłem, tak się ułożyło, że różni ludzie uznali, iż mógłbym stać się rzecznikiem ich interesów w Rzymie – co najzabawniejsze, wzajemnie ze sobą sprzecznych. Nie moją sprawą jest stawanie po czyjejkolwiek stronie, przedstawię je najchłodniej, jak będę umiał. Spiszę raport, a jeśli cesarz zechce mnie wezwać, by poznać moje zdanie, będę się trzymał tego, co w moim przekonaniu może okazać się najlepsze dla Rzymu.

Dowiedziałem się przecież o knowaniach na partyjskim dworze królewskim, o drzemiącym w utajeniu oporze Persów przeciwko ich nowym panom, a także co nieco o porządkach w Syrii. Niewątpliwie Tyberiusza zainteresują również Hanowie, choć bardziej jako nowinka, niż nowy żywioł, który należy uwzględniać w polityce. Jeśli już zwróci na nich uwagę, to raczej ze względu na osłabianie Partów na wschodzie. Ale tam jest tyle rozmaitych wirów, tak od nas odległych i mało groźnych, że zajmowanie się nimi to chyba strata czasu. Zresztą, niech mądrzejsi rozstrzygają, co zrobić z wiedzą, jaką im przywiozę.

Inaczej jednak przyjdzie rozmawiać w domu, gdyż polityka to jedno, a korzyści Tycjanów – mimo iż się z nią wiążą – to drugie. Jeśli Melosowi udałoby się stworzyć dla nas przyczółek w Batnei, wówczas bliżej już będzie do szlaków z Sogdy i Baktrii, a tam i do Hanów. Co z tego wyjdzie, trudno teraz przewidzieć. A wszak czeka mnie jeszcze stolica Partów, potem długa droga wzdłuż Eufratu. Może tam znajdzie się również coś obiecującego? Zwłaszcza sposobność przebicia się przez greckie zapory, stawiane przeciwko rzymskim kupcom, a więc i naszym interesom na wschodzie? Tak czy owak, na wielkie plany potrzeba będzie rozwagi, dużych wkładów złota, odpowiednich ludzi, i czasu.

Wybiegałem myślami w przyszłość, lecz przecież przede mną jeszcze kolejne miesiące trudnej i wyczerpującej wędrówki ku Syrii. Dzięki hojności wspólników, zwłaszcza cichemu wsparciu Menandra, nie musiałem się martwić o pieniądze, oczywiście, o ile nie wydarzy się co nieprzewidzianego, lub bandyckiego. Pierścień Tamisa dawał jeśli nie gwarancję,  to przynajmniej nadzieję na bezpieczny przejazd przez ziemie partyjskie. Potem, bez wątpienia, napotkam już nasze legiony.  Czegóż chcieć więcej?

Byłem rad, że dalsza podróż, niewątpliwie równie ekscytująca, jak dotąd, z każdym dniem będzie przybliżać mnie do domu. Mając coś takiego na względzie, inaczej liczy się czas, jako że płynie ona jakby inaczej. To, oczywiście, tylko wrażenie, wszak dnie i noce trwają tyle samo, następują po sobie w takim samym, jak zwykle porządku. Tyle tylko, że w przeżywanie ich poszyte jest pewną niecierpliwością, która jakby spowalnia jego bieg. Gdy zmierzałem do Baktrii, wyznaczony cel pozostawał nieco mglisty, tak co do miejsca, jak i chwili jego osiągnięcia. Uwaga skupiała się na nowości każdego szczegółu, na niezwykłości doświadczania samej podróży, na zaspokajaniu oczekiwań, rozbudzonych przez wieloletnie marzenia. Czas uciekał więc szybko, było go jakby za mało na ogarnianie nowej wiedzy, i wszystkiego, co się wokół działo.

Gdym w Merwie podjął decyzje o powrocie, sytuacja się odwróciła. Nie ubyło wrażeń, wciąż poznawałem nowe miejsca, nowych ludzi, niemniej samo wędrowanie stało się już tylko nawykiem, codzienną mitręgą. Rodziło się znużenie przyzwyczajeniem, a dni dłużyły się aż do znudzenia. Na szczęście, urozmaicały je rozmowy z Tanwenem i Idasem. Od pierwszego czerpałem wiedzę o Hanach, drugi opowiadał mi o baktryjskich dziejach i zwyczajach, o walkach z Kuszanami, także nieco o Indach. Wieczorami, w szerszym gronie, rozmawialiśmy o prowadzeniu handlu, o rozmaitych towarach, ich pochodzeniu, wyrobie i cenach, słowem, o kupieckich praktykach, w wielu rzeczach podobnych do naszych. Jednakże okazji na to było niewiele, gdyż w drodze trudno o skupienie umysłu ze względu na samą jazdę, na postojach zaś zmęczenie brało górę nad ochotą do dłuższych pogawędek.

Ku memu zadowoleniu, przez te tygodnie wspólnej podróży obyło się bez poważniejszych niesnasek. Tylko Babur irytował nas małostkowością w swoich interesikach, też czujnością małego chytrusa, rozglądającego się jedynie dokoła swego kramu, a niepojmującego większego sensu naszej wyprawy. Tacy ludzie nigdy nie wybijają się na coś więcej, niż przeciętność na służbie tych, którzy nadają impet sprawom naprawdę poważnym i dalekosiężnym. Spytałem nawet Patrosa, gdzie Fandak, przecież człowiek ze wszech miar rozumny i odważnie patrzący w przyszłość, wynalazł tę mizerotę, i czemu wziął ją na wspólnika. Z pokrętnej odpowiedzi zrozumiałem tylko tyle, że musi tam być jakaś zależność rodzinna, i że nasz paskudny sogdyjczyk ze wszystkim wisi na łasce swego rodaka, który trzyma w kieszeni cały jego majątek i pozycję. Wyczułem też, że Patros miał za zadanie nie tylko dowodzić zbrojną strażą Sogdów, lecz także mieć ciche baczenie na poczynania tego małego dusigrosza.

Oczywiście, przesadą byłoby twierdzenie, że chciałem już jak najprędzej znaleźć się w Rzymie. Miałem nadzieję na wiele dalszych atrakcji, wszak czekała mnie po drodze stolica Partów, dalej miasta nad Eufratem, potem, w zależności od wyboru kierunku, może nawet przejazd przez ziemie Nabatejczyków. Wiele spodziewałem się jeszcze zobaczyć, poznać, posmakować. Lecz czułem się trochę jak wódz, który, pokonawszy wroga w walnej bitwie, powraca spokojnie do ojczyzny, by odbyć zasłużony tryumf. Liczy zdobyte łupy, patrzy, co by tu jeszcze zabrać, zostawia po sobie ślady, lecz nie zajmują go już drobiazgi. Gotów wtedy zapominać, że takie rozprzężenie nastroju może drogo kosztować. Zadowolenie z sukcesu wzmaga próżność i pewność siebie, lecz osłabia czujność na to, co człowieka otacza. Łatwo wtedy nie tylko nie dostrzegać nowych, z pozoru mniejszych okazji na poznanie rzeczy ciekawych i pouczających, ale i w pośpiechu zaniedbać względów bezpieczeństwa. A to aż prosi się o niepotrzebne kłopoty.

Przy takich oto rozmyślaniach czekałem na mych gości, rad, że nasza wspólna przygoda zakończyła się pomyślnie, nadto czując także pewną dumę, że stało się tak trochę i za moją przyczyną. Zaufali mi, nie zawiedli się na podsuniętym im pomyśle, i dobrze chyba nim wyszli. Mnie trafiła się bezpieczna asysta na azjatyckich stepach, wiele poznałem i się nauczyłem, a wszystko to nie tylko za darmo, lecz nawet z pewnym zyskiem. Rozstaniemy się więc w zgodzie, a co kto sobie po cichu o kim pomyśli, to jego rzecz.

Na pożegnanie zostawię im znajomość z Tamisem, człowiekiem wpływowym, od którego wiele tu zależy. Dla kupców dobre układy z ludźmi polityki bywają nieocenione, jeśli tylko obie strony potrafią znaleźć wspólny język. A że tak się stanie, byłem pewny, jak mało czego! Szpiegowska ciekawość Tamisa, zręcznie wspierana obietnicą sprzyjania zyskownym interesom przybyszów znad dalekich granic jego państwa, ani chybi znajdzie dopełnienie w ich gotowości służenia mu rozmaitymi wiadomościami i przysługami, które on z kolei wykorzysta do zdobywania przewag we własnych intrygach. Cóż, różne bywają odmiany cichych związków złota i władzy, o czym, jako Tycjan, wiedziałem aż nadto dobrze z praktyk rodzinnych. W końcu, czyż sam nie byłem tego najlepszym przykładem?

Najpierw przyszli towarzysze podróży – obydwaj Hanowie, Idas oraz Babur z Patrosem. Agis został w obozie, by wraz z wszystkimi strażnikami pilnować wspólnego dobytku. Tamis pojawił się nieco później, gdy już rozsiedliśmy się za dobrze zastawionym stołem. Zapewne czekał gdzieś w pobliżu, by, na wszelki wypadek, z ukrycia sprawdzić, czy aby nie szykuje się tu jakaś niemiła niespodzianka. Przedstawiłem go jako mego znajomego spośród miejscowego, dobrego towarzystwa, ciekawego niezwykłych kupców z dalekich krajów. Nie chciałem wydawać jego prawdziwego zajęcia, ani pozycji, uznając, że jeśli zechce, sam to uczyni w stosownym czasie, i temu, komu zechce. Zebrani przyjęli to za dobra monetę, z wyjątkiem Tanwena, który swoim urzędowym nosem wyczuł, że ma przed sobą kogoś, kto nie jest tym, za kogo chciałby uchodzić. Obydwaj, wiedzeni niezawodnym wyczuciem, rozpoznali się niczym dwa zwierzęta tego samego gatunku. Swój poznał swego, lecz obydwaj udawali, że jest tak, jak zostało powiedziane.

Babur niezwykle się ucieszył, gdy rozpoznał w gościu człowieka, z którym już był rozmawiał pierwszego dnia na placu obozowym, oczywiście, nie mając wtedy pojęcia, że ten wziął go na spytki wcale nie z sympatii, tylko dla jego gadulstwa. Zrazu próbował nawet pewnej z nim familiarności, lecz Tamis ostudził jego towarzyskie zapały, poświęcając większą część uwagi Hanom, a potem Idasowi. Part znakomicie władał, zarówno greką, jak i mowa perską, więc rozmowy toczyły się wartko, zmuszając przy tym do dużego wysiłku obydwu hanijskich tłumaczy, warujących za plecami swymi panów. niczym dwa wierne psy.

Po wymianie wielu grzeczności, języki się rozwiązały, zaczęto wspominać co ciekawsze przygody z podróży, sypnęły się żarty. Gospodarz wywiązał się znakomicie ze swego zadania, służba uwijała się sprawnie i bezszelestnie. Tamis zręcznie udawał pełne niedowierzania zachwyty nad dzielnością kupców, ich pomysłowością i wytrwałością, dzięki czemu wydobył z nich wiele wiadomości zarówno o nich samych, jak i o krajach, skąd przybyli. Jeden Tanwen zachowywał ostrożność, powściągając też swego rodaka przed nadmierną wylewnością. Part unikał wobec nich natarczywości, lecz koniec końców zyskał tyle, że Hanowie zgodzili się, by ich odwiedził w obozie pod pretekstem ciekawości dla pewnych rzadkich towarów, z jakimi tu przybyli. Pewne niedomówienia, jakie padały między nimi wskazywały, iż hanijski urzędnik i partyjski, dworski wyga wiele sobie po tej wizycie obiecywali, i to bynajmniej nie w sprawach handlowych. Wiele bym dał, by móc z ukrycia podpatrzyć i podsłuchać, jak też będą miedzy sobą chytrzyć.

Przysłuchiwałem się tym zabiegom ze sporym rozbawieniem, widząc jak królewski szpieg i zausznik umiejętnie zyskuje przychylność kupców, podsuwając im różne aluzje co do możliwości nawiązania korzystnych dla nich stosunków na przyszłość. Nie mówiono o szczegółach, nie padały żadne obietnice, natomiast wymieniono się zaproszeniami do dalszych jeszcze spotkań, podczas których rozmowy zapewne okażą się bardziej konkretne, tyle że dla każdej ze stron w innym nieco sensie. Przyznam, że byłem pełen podziwu dla umiejętności, z jaką Tamis grał na odmiennych przecież charakterach każdego z obecnych. Umiał wyczuć, co kim najbardziej powoduje, i – niczym dobry muzyk, który wie kiedy, i w jaka strunę uderzyć dla najlepszego efektu – podsuwał pomysły tak, by rozmówcom wydawało się, iż to oni sami są ich autorami. Obserwując jego zmyślność, gotów byłem przysiąc, że w mąceniu ludzkich umysłów pobierał nauki u najlepszych mistrzów sofistyki.

Nawet Hanowie łapali się na niejeden haczyk, jaki podsuwał im pod nos. Tamis przebił się przez ich etykietę do tego stopnia, że zaniechali wyuczonej sztywności w zachowaniu, i sztucznej wykwintności w mowie. Udało mu się nawet, przez zaskoczenie, raz czy dwa wywołać u nich okazanie wesołości w żartach, czego nie widziałem u nich przez wszystkie tygodnie wspólnej jazdy. Śmiejący się szczerze Han to doprawdy wielkie dziwo!  Nie mogłem powstrzymać się od myśli, iż nie ma w człowieku takiego muru, w którym nie da się uczynić wyrwy. To niby oczywiste, ale w zetknięciu z kimś tak odmiennym, jak hanijski urzędnik, proste nie jest. A tu, proszę, Tamis, znalazł sposób, by tego dokonać. Po prostu zagrał Tanwenowi na próżności, dając mu do zrozumienia, że domyśla się, jak ważną jest figurą, i że sam, będąc nie byle kim, chętnie wyróżni go osobną rozmową o sprawach najwyższej wagi – kto wie, czy nawet nie państwowej.

Nie ma na świecie takiego człowieka, który by nie uległ pokusie uwierzenia w swą wyjątkowość. Tamis, unikając pochlebstw, miał dla każdego z zebranych przy stole słowa, jakby tylko dla niego przeznaczone, w uznaniu jego niepowtarzalnej niezwykłości.  Babura wziął na chytrość w interesach, Hanów – na podziw dla tajemniczej wspaniałości ich samych, i ich bogatego państwa, Idasa zaś ujął wizją wielkiej przyszłości dla młodego kupca o duszy awanturnika. Także Patros znalazł u niego uznanie jako wojownik, wart szacunku, nawet gdyby przyszło walczyć z nim w polu. Jednym słowem, nie minęło wiele czasu, jak wzbudził powszechną sympatię, i chęć do dalszych spotkań. A przecież o to mu chodziło.

Nie byłbym sobą, gdybym i ja nie zagrał w podobną grę. Choć nigdy dotąd nie padło w tym gronie moje prawdziwe imię, przecież wszyscy w jakimś stopniu domyślali się, lub wręcz wiedzieli, że wędruję po świecie nie tylko dla ciekawości badacza, czy przyjemności poznawania dalekich krajów. Gdy z nastaniem wieczoru biesiada powoli miała się już ku końcowi, poprosiłem, by wysłuchali kilku słów na pożegnanie. Najpierw wyraziłem radość, iż mogłem poznać tak znakomitych i godnych szacunku ludzi, odważnych kupców, którzy nie zawahali się przed podjęciem nowego dla nich wyzwania, także wspaniałych towarzyszy podróży. Podziękowałem za okazane mi zaufanie i życzliwość, wreszcie oznajmiłem coś, co miało zabrzmieć zarówno jako obietnica, jak i propozycja.

– Znacie mnie pod imieniem Viatusa, rzymianina z bardzo daleka. Otóż chce, byście wiedzieli, że jestem z rodziny w moim kraju znamienitej, bogatej i wpływowej, prowadzącej rozległe interesy w całym znanym nam świecie. Tycjanowie – bo tak się zwiemy – nie są wśród was znani, lecz jeśli kiedykolwiek znajdziecie się tam, gdzie sięga nie tylko władza Rzymu, ale i większa o nim wiedza, przekonacie się, ile znaczą. Poznałem, jak wiele jesteście warci, a wy, jeśli starczy wam chęci i determinacji do dalszych wędrówek szlakami karawan, gdy dojdziecie w nasze strony, przekonacie się, że moje słowa nie są czczą przechwałką. Mam nadzieję, że w przyszłości znajdziemy okazję, by się odszukać, i wzajemnie sobie pomagać. Obiecuje, że uczynię wszystko, by Tycjanowie wypłacili się wam taką samą życzliwością, jaką wy mnie obdarzyliście. Nie wiem, czy jeszcze się spotkamy, w takim jak tu gronie, lecz jestem pewny, ze bogowie będą nam sprzyjać, i że wasze drogi skrzyżują się kiedyś z naszymi ku wspólnym korzyściom.

Słuchano mnie z rosnącym zadziwieniem, ale i zadowoleniem. Zapewne każdy po swojemu przekładał sobie to, com powiedział, na własne wyobrażenia, jak mógłby skorzystać ze znajomości ze mną zawartej. Wyjąwszy Tamisa, o Rzymie wiedzieli tyle, co nic, głównie to, com im sam naopowiadał pod drodze. Jeden Patros mógłby powołać się na dzieje rodzinne, nie była to jednak wiedza, lecz stare opowieści, które miał bardziej za legendy, niż prawdę. Tanwen, z którym wymienialiśmy wiele wiadomości o naszych państwach i zwyczajach, teraz, w obrazie, jaki sobie wytworzył, próbował umiejscowić mnie na jakiejś pozycji, nieprzystającej do tej pośledniej, jaka u Hanów zajmują kupcy. Już wcześniej miał kłopot ze zrozumieniem, że duże pieniądze mogą pozostawać poza władzą cesarską, i same są władzą, z którą ta pierwsza musi się liczyć, jeśli chce skutecznie prowadzić swa politykę.

– Od razu, gdym cię ujrzał, szlachetny panie – rzekł w ciszy, jaka zapadła po mych słowach – pomyślałem, że musisz być kimś niezwykłym, kto jednak dla sobie wiadomych celów chowa się za zwyczajnością zwykłego wędrowca. Idąc swoimi ścieżkami, umiesz zdobywać bez prowadzenia wojny, a to oznaka wielkiej mądrości, przed którą chylę czoła – uderzył w ton niebywale ceremonialny, co w jego etykiecie oznaczało, iż nadał mi jakąś wysoką rangę. Było to niezwykłe, lecz dla mnie zrozumiałe. U nich człowiek sam z siebie jest nikim, skoro więc tak mnie uhonorował, musiał przydać mi czegoś, co w jego świecie daje temu uzasadnienie. Nie pytałem, bo było to bez znaczenia, niemniej pokazałem, że przyjmuję jego słowa z wdzięcznością.

–  Uczony Tanwenie – odparłem z pewną wyniosłością, jaką teraz powinien uznać za słuszną – dziękuję, że ująłeś to tak pięknie i rozumnie. – sam zdziwiłem się, jak łatwo znów wszedłem w rolę Tycjana. Lecz wobec niego było to wręcz konieczne, gdyż w przeciwnym razie straciłbym szacunek, jakim teraz postanowił mnie obdarzać.

Na szczęście, pozostali darowali sobie oficjalność, przyznając jedynie, że i tak domyślali się we mnie czegoś więcej, niż sam im o sobie mówiłem. Idas uśmiechał się, twierdząc, że jego ojciec, po tym, co słyszał był od Fandaka, przejrzał mnie na wylot, choć, oczywiście, nie miał pojęcia ani o Tycjanach, ani o ich pozycji w Rzymie.

– Uznał, że musisz być kimś z ludzi bardzo bogatych i wpływowych, i że pojawiłeś się u nas nie przypadkiem. Zaimponowała mu też twoja odwaga..

– Skąd akurat to przyszło mu do głowy?

– Kupcy idą z towarami. A ty przyszedłeś z pomysłami. To wielkie ryzyko puszczać się tak daleko, żeby przecierać drogę dla przyszłych interesów. A wielkie muszą być wasze plany, skoro tak daleko chcą sięgać. Odwaga to nie tylko wojowanie, ale i śmiałe myślenie – taka uwaga w ustach baktryjskiego młodzika dowodziła, że za animuszem wieku kryją się zaczątki niezgorszego rozumu.

– Wam też niczego nie brakuje. Przecież wybraliście się na te wyprawę.

– Głównie za twoją namową.

– Gdyby twój ojciec nie miał otwartej głowy, nigdy by się na nią nie zdecydował.

– Ale się wahał.

– Przyznaj, żeś go do niej mocno zachęcił. Masz duszę ryzykanta.

– Lubię wyzwania.

– Wiemy, wiemy – zaśmiał się Patros. – Wystarczy policzyć twoje zwycięstwa, zwłaszcza te nocne.

Prosty żart rozbroił podniosłość nastroju, wszyscy poczęli mówić ze sobą jeden przez drugiego, zrobił się więc szum, narastający w miarę jak służba dolewała wina. Siedzący koło mnie Tamis też się rozweselił, zadowolony, że zawiązał wśród kupców swoje niteczki, z których, już po moim wyjeździe, będzie dalej tkał większe sprawy. On jeden tu wiedział, co oznaczało moje przyznanie się do imienia, które przecież musiał doskonale znać.

– Znakomicie to sobie umyśliłeś, Viatusie. Teraz, gdziekolwiek się zapuszczą, będą się powoływali na Tycjanów, a to tylko rozsławi wasz dom. Mają sukces, i łączą go w głowach właśnie z wami. To już im zostanie na zawsze.

– Jesteś, Tamisie, niezwykle niebezpiecznym człowiekiem. I doskonale o tym wiesz..

– Powiedziałbym, że raczej pozbawionym złudzeń co do ludzi.

– Umiesz czytać w nich jak w księdze, i wiesz, jak z tego dla siebie korzystać.

– Tobie też niczego nie brakuje – potoczył wzrokiem po zebranych przy stole. Potem spojrzał na mnie niezwykle wymownie. – Chciałbym wierzyć, że nie będziemy musieli kiedyś stawać przeciwko sobie. Choć to nie od nas tylko będzie zależało – dodał niechętnie.

– To ty zajmujesz się polityką, nie ja.

– Ale wy macie na nią pieniądze.

– Tak już jest. Trudno nas ich pozbawić.

– Śmiało powiedziane.

– Mamy w tym duże doświadczenie. Złoto zawsze pozostaje złotem, i jest trwalsze niż jakakolwiek władza.

– Pod warunkiem, że ludziom, którzy je trzymają w garści, ktoś nie obetnie rąk.

– Od tego jest głowa, żeby wiedzieć, jak się nimi posługiwać. Gdzie, i kiedy.

– Głowy też obcinają.

– Niektórym odrastają.

– Jak u hydry?

– Złoto jest bardzo żywotne.

– Ale nic nie jest wieczne.

– Tamisie, to filozofia nie tylko tania, ale i ponura.

– Ale konieczna. Praktyczna. Za wiele obydwaj wiemy, żeby jej zaniechać.

– Nie psujmy sobie wieczoru. Ja mam swoje, ty również. Czegóż chcieć teraz więcej?

– Dziękuje ci za to zaproszenie. Wiedziałeś, co robisz.

– Przysługa za przysługę.

Goście, choć rozochoceni, lecz już zmęczeni, zebrali się do wyjścia. Wyszliśmy przed gospodę, tam tez pożegnaliśmy się na dobre. Bez wielkich słów, za to z uśmiechami, hanijskimi pokłonami, prosta serdecznością, życzeniami powodzenia i pomyślności.  Ostatni odszedł Tamis.

– Uważaj na siebie, rzymski bogaczu – – rzekł przekornie. – Nigdy nie wiadomo, co czeka za najbliższym zakrętem. – Zamilkł na chwilę, po czym dodał jakby od niechcenia. – I jeszcze jedno. Do Ktezyfonu będziesz jechał przez ziemie, choć nasze, to pełne Persów. Wiedz, że to bardzo przewrotny naród. Mogą wydawać się przyjaźni, lecz potrafią być okrutni. A w obietnicach wiarołomni. Nie każdy, kogo spotkasz na drodze, chętnie ci ustąpi.

Czy była to jakaś aluzja? Czy wiedział coś o ich dla mnie dziwnym, a cichym wsparciu w podróży, i o jego powodach? Zapewne Babur w swym gadulstwie opowiedział mu o spotkaniu z oddziałem perskich jeźdźców. A Tamis umiał wyciągać wnioski chyba nawet z szumu wody w strumieniu. Jeśli jednak coś świtało mu w głowie, czemu wyszedł z tym dopiero teraz? A może zrobił tak, by sprawdzić, jak się zachowam? Nigdy tego się nie dowiem.

– Będę o tym pamiętał, Tamisie – odparłem, udając, że przyjmuję jego słowa wyłącznie jako dobrą radę przed podróżą. Uczyniłem jednak coś, czego dotąd nie robiłem w drodze wobec nikogo  – wyciągnąłem rękę do pożegnania. – Prawie się nie znamy – dodałem – lecz nasze spotkanie zapamiętam na całe życie. Dziękuję i za to – wskazałem wzrokiem pierścień, który nosiłem odwrócony dla niepoznaki tak, by nie było widać czym jest.

Nieco zaskoczony, odwzajemnił gest, pieczętując tym ów szczególny rodzaj zażyłości, właściwy tylko ludziom sobie bliskim. Ktoś taki jak on, człowiek wiecznie nieufny, podejrzliwy, czujnie wypatrujący najmniejszej oznaki zagrożenia, sam też wielce niebezpieczny, umiał docenić znaczenie okazanego znaku przyjaźni. Przez mgnienie oka, zza niewidzialnej maski, jaką nosił, a której nie zdejmował chyba nawet do snu, wyjrzało oblicze kogoś zwyczajnego, tyle że bardzo udręczonego, zmęczonego rolą, jaką przyszło mu grać. Dojrzałem na nim nie tylko zdziwienie, ale i wdzięczność za okazanie zwykłego, szczerego odruchu ludzkiej sympatii dla kogoś, kto ubabrany w błocie, w jakim żył, wymieniał się z ludźmi tylko strachem, podstępem, i wrogością.

Podałem mu rękę bezinteresownie, w dobrej intencji, a on ją przyjął w dobrej wierze, choć przecież nasze rozmowy nie było wolne od chytrości i podejrzliwości.. Poznaliśmy się ledwie przed trzema dniami, przyszedł, by mnie wybadać, potem włączyć do swych politycznych kombinacji, miałem więc powody, by zachować wobec niego dystans i nieufną rezerwę. Lecz z jakiegoś powodu spodobał mi się, dla żywości i przenikliwości rozumu, wiedzy, woli działania. Dojrzałem w nim człowieka niebezpiecznego, lecz mimo wszystko niezepsutego, gracza wyrachowanego i przebiegłego, lecz nieznieprawionego. Wyczułem też samotność duszy człowieka, wyrastającego ponad przeciętność, której oddał swe usługi w imię jakichś wyższych, acz sobie tylko wiadomych racji. Zaoferował mi szczególne wsparcie, czego robić nie musiał, myślę, że także w geście życzliwości, a nie z samej tylko kalkulacji. Wyciągnięcie ręki do pożegnania było na to podobną odpowiedzią, po ludzku zwyczajną i szczerą.

Tak wyraźne okazanie sobie sympatii było dla nas obu sporą chyba niezwykłością, tak przez moją – niespodziewaną nawet dla mnie samego – otwartość wobec kogoś właściwie nieznajomego, jak i przez ujawnioną przezeń – chyba też wbrew sobie – gotowość do uwierzenia, że nie ze wszystkim jesteśmy dla siebie tylko walczącymi na arenie zwierzętami. Cóż, w chwilach i sytuacjach niespodziewanych, a ulotnych, wychodzą z nas skrywane głęboko właściwości natury, których istnienia sami nawet się podejrzewamy. Już nieraz przekonałem się, że ludzi lepiej da się oceniać po odruchach, nad którymi nie zawsze panują, zwłaszcza w zaskoczeniu, niż po przemyślanych słowach, czy zachowaniach, trzymanych w ryzach woli. Teraz, tu, przed gospodą w dalekiej Egbatanie, doświadczyłem takiego właśnie iluminacyjnego poznania drugiego człowieka. I bardzo mi się to spodobało. Nadto znów przekonałem się o trafności słów mądrego Marosa, przepowiadającego mi onegdaj, że najważniejsze w mej wędrówce będzie nie to, dokąd dojdę, ile to, co i kogo spotkam w drodze.

Gdy Tamis oddalił się, zostałem już tylko ze swoimi myślami i wrażeniami. Rozstałem się z ludźmi, z którymi na czas jakiś połączył mnie los, obdarowując mnie więcej tym, co dobre, niż złe. Niemniej, choć polubiłem ich, to jednak cieszyłem się, że mam już za sobą karawanowa wędrówkę w tak wielkiej gromadzie. Gdy idziesz sam, jesteś panem siebie, swej drogi i czasu, nie musisz z nikim się liczyć, tyle tylko, że w kupie jest bezpieczniej. Cóż, co było, minęło – szczęśliwie z dobrym skutkiem. Teraz czułem już dobrze mi już znajome uczucie niecierpliwego oczekiwania na nowe wyzwaniem.

Rozliczyłem się z gospodarzem, który, choć nie zdarł ze mnie ostatniej skóry, to jednak kazał sobie dobrze zapłacić za wieczerzę, nawet nie kryjąc się ze swoją chciwością. Dla zasady potargowałem się z nim jak trzeba, nie skąpiąc jednak zbytnio, gdyż, po prawdzie, doskonale wywiązał się ze swego zadania. Zasiadłem jeszcze na chwilę przed gospodą, by ochłonąć po odbytym spotkaniu, po czym poszedłem spać, przedtem nakazując, by służba obudziła mnie tuż po świcie. Rano szybko oporządziłem się ze sobą i niewielkim dobytkiem, po czym żwawo ruszyłem ku zachodniej bramie miasta, za którą, jak było wcześniej umówione, czekał na mnie Agis z końmi. Wyjechaliśmy na trakt, wskazany mi wcześniej przez Tamisa, i w dwie miary czasu Egbatana pozostała już tylko mglistym zarysem oddalonego miasta, co jakiś czas wyłaniającym się jeszcze zza mijanych wzgórz. Z moich kalkulacji wynikało, że miałem za sobą niemal połowę drogi do domu, czekało mnie więc jeszcze sporo – lecz kto wie czego, i gdzie?

Początek u Kresu Drogi

43. Rodzina

Droga do Ktezyfonu, choć trwała prawie miesiąc, nie była zbyt męcząca, mimo że wiodła miedzy górami, niekiedy całkiem sporymi. Była natomiast wielce pouczająca i ciekawa, gdyż cała ta kraina, gęsta od śladów po historii, to jedno pasmo osad, miast i miasteczek, usadowionych jedne za drugimi na ziemi żyznej, spokojnej i raczej przyjaznej wędrowcom – oczywiście, jeśli tylko mają czym wypłacać się za gościnę. Tutejszy świat wyraźnie dzielił się na część grecką, perską i partyjską, lecz w bardzo nierównych proporcjach. Najkrócej rzecz ujmując, Partowie mieli siłę, którą wsparli na Grekach – ich wiedzy i pieniądzach – przeciwko najliczniejszym tu Persom, którzy z kolei trwali przy swojej ziemi i tradycji, okazując niechęć i jednym, i drugim. Nad dawnym imperium Dariusza krążyły potężne cienie Aleksandra i Mitrydata, lecz nie były w stanie zapanować nad duszą podbitego narodu, który nadal żył wedle starych zwyczajów i starej wiary.

Rozdzielenie się Greków i Persów widać nawet w układzie miast. Zwykle sąsiadują ze sobą dwa podobne, lecz w każdym kto inny jest górą. W połowie drogi do Ktezyfonu jest i Kangawar i Baktaran, oba równie duże, lecz całkiem inne z ducha i tradycji. W każdym zbudowano kamienny plac świątynny,. z tym, że jeden poświęcony Artemidzie, drugi zaś Anaicie. Jednak bogini perska wygrywa z grecką, zarówno wielkością kamiennego tarasu, jak i bogactwem budowli. Rodzime bóstwa mają swe ołtarze wszędzie, nawet w małych miasteczkach, natomiast to, co greckie jest powszechnie przez lud odrzucane, z wyjątkiem chyba jednego Herkulesa, czczonego nawet przez barbarzyńców. Inna sprawa, że to Grecy trzymają w ręku daleki handel wschodni, z czego żyje miejscowa, ludzka drobnica. Nie przysparza im to sympatii, bo nikogo nie dopuszczają do interesów, mocno zdzierają i dzielą się tylko z partyjską władzą, która zapewnia im wsparcie, uznając w nich też swego rodzaju mentorów w naukach i mądrości. Ze strzępów zbieranych wiadomości ułożyłem sobie ciekawy obraz tych dziwnych miedzy nimi stosunków.

Otóż po bardzo dawnych wojnach persko-partyjskich, Grecy przejęli to, co zostało po babilońskich świątyniach najcenniejszego, czyli starożytną wiedzę, także tę praktyczną. Prostaccy Partowie nie mieli skłonności, ani zamiłowania do uczoności, wiec zostawili ją tym, z którymi połączył ich niepisany sojusz niechęci przeciwko wspólnie ciemiężonym Persom. Skutecznie używany rozum i wielka siła dały połączenie, którego obalić nie sposób. Można rzec, iż dwa obce żywioły zapanowały nad wielkim narodem, któremu zabrakło mądrych przywódców i wodzów, i zamieniły go w zbiorowisko jeśli nie swych niewolników, to na pewno wyrobników. Prosty lud i tak ciężko pracuje, jak pracował, więc mu wszystko jedno, kto nim rządzi, pod warunkiem, że nie ma wielkich gwałtów. Większe i mniejsze perskie rody przetrzebiono, zostali tylko ci, którzy albo dali się przekupić, albo wycofali gdzieś daleko do swych posiadłości i do niczego się nie mieszają.

Maros twierdził, że duch grecki panuje nad światem, lecz źle chyba jednak ocenia to, co się w nim dzieje. Grecy, owszem, doszli do Baktrii, założyli tam swoje państwo, lecz szybko ich pokonano, i teraz są już tylko drugorzędnymi świadkami naporu sił daleko od nich żywotniejszych. Mieli jeszcze jeden pomysł z Indami, który im też się nie udał, gdyż to nie oni zapanowali nad obcymi, lecz sami im ulegli i uznać musieli wyższość rasy ze wszech miar sobie obcej, ale niezwykle ambitnej i prężnej. Dowiedziałem się o tym nieco właśnie tu, w tych okolicach, jako że w tej części dawnej Medii zbiegały się ważne drogi nie tylko ze wschodu na zachód, ale i z północy na południe. Otóż, owa druga z nich wiedzie aż do krainy induskiej, i nią to niegdyś poszedł Aleksander na wyprawę, która przerosła siły nawet jego geniuszu, zapoczątkowując kres macedońskiej potęgi. Żałosny odwrót do Persji, potem szaleństwa w Suzie, wreszcie obłąkańcza pycha – wszystko to spowodowało, że dokonał żywota znienawidzony nawet przez swych najwierniejszych towarzyszy.

Stary szlak, którym prowadził swe wojska, wiedzie ponoć przez wielkie góry i jest szalenie wyczerpujący. Niezwyciężony dotąd zdobywca wytracił tam mnóstwo żołnierzy, każąc im przenosić nie tylko ekwipunek, ale i łodzie do przeprawiania się przez ogromną rzekę Indus – czym zresztą rozwścieczył wojsko aż do granicy buntu. Skończyło się to klęską, chorobami i niechlubną ucieczką. Wszelako przez długie lata to właśnie tamtymi drogami wędrowali kupcy z południa, i na odwrót, wożąc niebywale rzadkie towary, pędząc niewolników, nawet niezwykłe zwierzęta. Potem jednak to ustało, a przynajmniej osłabło. Przypisałem to znalezieniu sposobu na w miarę bezpieczne podróże morskie, ponoć dzięki poznaniu tajemnicy tamtejszych wiatrów. Teraz handel idzie głównie wodą do Charaksu, tyle że stamtąd do nas trzeba przewozić towary dalej przez pustynie, pełne rozmaitych bandyckich plemion. Tak to sobie poukładałem, zbierając w jedno całą moją wiedzę, wyniesioną zarówno z domu, jak z opowieści i ksiąg Strabona, wreszcie z własnego rozpytywania w drodze przypadkowych, lecz co bardziej rozgarniętych rozmówców.

Z Grekami, rozproszonymi po świecie, jest teraz chyba tak, jak z pszczołami, które straciły swą matkę-królową. Jeszcze trochę żyją, lecz szubko giną, bo nic je już ze sobą nie spaja. To tylko kwestia czasu. Bez własnego państwa, które daje oparcie, ma własną moc i wielkie rezerwy, nie da się długo żyć samym duchem i pamięcią niegdysiejszej wielkości. W podróży utwierdziłem się w tym, com mówił Marosowi o roztapianiu się greckiego żywiołu w obcych ludach i na ogromnych przestrzeniach, z czym nie chciał się zgodzić. Grecy przepadliby i tu, gdyby nie Partowie i ich siła, z która się sprzymierzyli. Lecz jak długo się ten układ utrzyma? Inaczej już wspominałem rozmowę ze strażnikiem ołtarza w Hyrkanii. Wtedy jego słowa wydały mi się nieziszczalną mrzonka, chorym urojeniem, teraz zmieniałem zdanie, biorąc pod rozwagę znaczenie czasu w dziejach narodów.

Persowie postawili na cierpliwość i wyczekiwanie stosownego mementu, by odbić swoje. Są u siebie, ich duch nie odleciał ze swego gniazda, przyczaili się, i prędzej czy później wygonią obcych. Historia toczy się własnym rytmem, może zbyt wolnym dla ludzi, ale kto patrzy dalej, niż jednio pokolenie, nie pozwalając przy tym, by w jego rodzinie zaległa się małość i rezygnacja, ten koniec końców znów stanie na nogi. Heroizm to nie tylko zabijanie się w krwawych jatkach, lecz – jak to onegdaj ujął był Tanwen – umiejętność czekania, by pokonać wroga bez wojny. Trzeba tylko wielkiego rozumu, by taką cichą walkę prowadzić. Byłem przekonany, że miedzy Persami na pewno go nie zabraknie i że znajdzie się wreszcie ktoś, kto tej sztuki dokona.

Inna rzecz, czym to będzie dla nas, dla Rzymu? W tej sprawie wracałem myślą do rozmów z Tamisem. Chciałby wsparcia dla Partów, obiecując trzymać Greków na krótkiej smyczy, dając nam w zamian korzyści w handlu. To ciekawa kombinacja. Tycjanom by się opłaciła, lecz wtedy cesarstwo będzie miało w Persach śmiertelnych wrogów, z miejsca gotowych szukać sojuszu z Armenami. A to oznaczało kłopoty w Syrii, w Poncie, nawet w Cylicji i Galacji – a więc nowe wojny, tyle że dla naszego domu szansa na nowe zyski. Byłem więc w rozterce, bo Tycjan walczył we mnie z nowym już Festusem, nawet z Viatusem. Chęć zysku stawała naprzeciw życzliwości wobec zwykłych ludzi, i zrozumienia, że kolejne przemarsze wojsk zmienią im panów, lecz za cenę ofiar, jakie poniosą w swoim bytowaniu. Potem i tak wszystko wróci w stare koleiny, tyle że kto inny będzie zbierał podatki.

Nieuchronna zmienność historii i niezwykła żywotność ludów – oto dwie siły, które wciąż pozostają ze sobą w zwarciu. Tyle tylko, że Klio wypełnia ludzką wyobraźnię i pamięć poematami o herosach, sławiąc ich zwycięstwa, nawet porażki, natomiast nie ma komu śpiewać o bezimiennych bohaterach zwykłego życia, których tamci od zawsze traktowali jedynie jako tło dla swoich ambicji. Ale pomniki nie płodzą dzieci, więc gdy rozpadają się, lub gdy je kto obali, wówczas zostaje po nich ledwie proch i garść kamieni. Natomiast ci drudzy umierają bez fanfar i wielkich gestów, lecz zostawiają potomstwo, które ich cichą siłę z mozołem przenosi z pokolenia na pokolenie. I kto w biegu czasu jest tu górą?

By dojść do Ktezyfonu, trzeba było obejść wielkie góry Zagrosu, co miejscami sprawiało wiele trudności i spowalniało podróż. W końcu wyszliśmy na nizinę od strony zapomnianej krainy Elamu, po której zostały tylko tajemnicze legendy i trochę dziwnych obyczajów, dotyczących kobiet. Ponoć miały niegdyś wiele praw, mogły rządzić się nawet na targowiskach, dzisiaj także nie są tylko domowymi niewolnicami do rodzenia i hodowania dzieci. Wiele już nie mogą, lecz liczy się ich głos, który wolno im zabierać nawet w sprawach ogółu.

Idąc doliną wzdłuż dużej, a bardzo wartkiej rzeki, zwanej Diala, wyszliśmy wreszcie na drogę, wiodąca do stolicy Partów, zwanej tu powszechnie Tysponem. Jak się później dowiedziałem, jeszcze przed powstaniem miasta, była tu garnizonowa osada wojsk Mitrydata, zwana Opisem. Z czasem zaczął się wokół niej wielki ruch, jako że dawały znać o sobie rozgrywki miedzy Grekami, a nowymi zdobywcami tych ziem. Otóż trzeba wiedzieć, że zbiegają się tu dwie wielki rzeki, Eufrat i Tyger, a między nimi, na zachodnim brzegu tej drugiej, jeden z wodzów Aleksandra zbudował miasto, nazwane od jego imienia Seleucją. Pierwsze miejsce zajmowali w nim, oczywiście,  Grecy i ich władcy, strasznie się panosząc z racji swego tu zasiedzenia, co rodziło przeciwko nim ciągłe spiski i rebelie.

Kres greckim rządom położył syn Mitrydata, Fraates. Sprzymierzył się potajemnie z buntownikami i – wspierany przez ludność, głównie medyjską, ale nie tylko, nienawidzącą helleńskich panów – przepędził ich, a wrogiego wodza pokonał w walnej bitwie. Warto  docenić sprawiedliwość jego obyczajności, jako że oddawszy królewskie honory ciału martwego Seleucydy, odesłał je w srebrnej trumnie do Syrii. Niemniej, córkę pokonanego Antiocha, która wraz z bratem i tysiącami greckich jeńców trafiła do partyjskiej niewoli, uczynił jedną ze swych żon. Grecy stracili na znaczeniu, a partyjscy królowie poczęli budować obok Seleucji własne siedziby. Co prawda, Strabon sam nie wiedział, czy nazywać je miasteczkiem, czy już miastem, lecz, tak czy owak, Opis stał się Tysponem, czyli Ktezyfonem, i to w tym właśnie, wciąż rosnącym mieście, rozlokowała się teraz cała władza Partów. Stosunki pomiędzy dwoma stronami rzeki są poprawne, a dawne urazy ustępują miejsca wspólnocie życia w bliskości miejsca. Ludzie się mieszają, a to uładza wzajemne niechęci, gdyż tak już działa czas.

Wjeżdżając do miasta nie wiedziałem jeszcze tego wszystkiego, wiec nie miałem pojęcia, jak się w nim poruszać i na co baczyć w rozmowach z poznawanymi ludźmi. Udało mi się uniknąć większych nieporozumień, choć już od pierwszej chwili poznałem, co to niechęć i podejrzliwość partyjskiej władzy wobec obcych, także z Rzymu – przecież dzisiaj przyjaznego temu królestwu. Mury były niepełne, w budowie, lecz przy wjeździe stała spora strażnica z żołnierzami, uważnie przyglądającymi się każdemu z przybywających. Gdy podjechaliśmy, zatrzymali nas. W najlepszej wierze przedstawiłem się po grecku, co wywołało niechętny grymas na twarzy tego, kto spytał, kim jesteśmy. Od słowa do słowa zaczęła się mała sprzeczka, strażnik chciał wymusić jakąś niebotyczną zapłatę, ja się opierałem, dla samej zasady targu, choć przecież widziałem, że za wejście do miasta zwykle trzeba płacić. Ale nie aż tyle!  Wreszcie, rozeźlony, kazałem prowadzić się do ich dowódcy, który widział całe zajście i najwyraźniej miał ochotę mocno mnie sponiewierać. Odwróciłem pierścień Tamisa i podetkałem mu go pod nos.

– Wiesz, co to za znak? – spytałem tonem bardzo stanowczym, wszelako ryzykując, że nic tym nie wskóram, a tylko wyjdę na durnia.

 Wystarczył mu jeden rzut oka, po którym spojrzał na mnie zaskoczony, a następnie skłonił głowę w żołnierskim pozdrowieniu.

– Wybacz, panie, ale skąd mieliśmy wiedzieć, z kim mamy zaszczyt – wyrzucił z siebie służbiście. – Trzeba było tak od razu – dodał już pojednawczo.

– Dobrze, już, dobrze – gestem okazałem mu łaskawość, zadowolony z efektu, jaki wywołał widok pierścienia. Wielkie, zaiste, musiało tu być znaczenie służb, niewątpliwie sekretnych, jakimi zarządzał Tamis. – Ostrożności nigdy za mało – dodałem, dając do zrozumienia, że rozumiem czujność, z jaką strażnicy pełnia swą służbę. – Doceniam, i pochwalam – wysupłałem drobną monetę. – A to, żebyście zapomnieli o tym zdarzeniu – ściszyłem wymownie głos. Skoro byłem dla nich teraz kimś ważnym, nie zawadzi przydać mej osobie odrobiny tajemniczości. Niech trochę pofantazjują o mnie przy winie na mój koszt.

Wjechałem tedy do Ktezyfonu jakby po pańsku, choć po cichu. Za bramą szybko znaleźliśmy całkiem przyzwoitą gospodę z małą stajnią dla koni. Ponieważ słońce chyliło się już ku zachodowi, zaniechałem wyprawy do miasta, aczkolwiek odwiedziłem na krótko pobliską łaźnię. Wieczorem, zmęczony, ale odświeżony, zasiadłem swoim zwyczajem przy ulicznym stole, przyglądając się ciekawie okolicy i zastanawiając, od czego zacząć jutrzejszy dzień. Czy szukać sposobności, by wypełniać powinność cesarskiego agenta i od razu szukać jakiegoś dojścia do królewskiego dworu, by wywiedzieć się tam czegoś o tutejszej polityce? Czy raczej odszukać ojca Tamisa i śladów po rodzinnych koneksjach, zwłaszcza po Maesie?

Pierwsze niezbyt mnie pociągało, tym bardziej, że po spotkaniach w Egbatanie wiele już widziałem, co tu się dzieje. Bardziej kusiło to drugie. Uznałem, że wielkie sprawy tego świata mogą poczekać, zresztą i tak nie mam w nich nic do gadania, natomiast postać mego przodka nadal rozpalała wyobraźnię przez wzgląd na niezwykłość jego bujnego życia. Los podsunął mi klika tropów, lecz niewiele z nich wynikało dla ustalenia, gdzie też dokonał swego burzliwego żywota. Kiedyś po prostu przepadł, lecz jak, i gdzie – tego nigdy się nie dowiedzieliśmy. Cokolwiek się stało, pozostawało zagadką, którą, jako Tycjan, powinienem przynajmniej próbować rozwikłać.

Nazajutrz więc, skoro świt, wyszedłem do miasta i skierowałem kroki w stronę, gdzie spodziewałem się odnaleźć dom rodziny Tamisa.  Kierowałem się tym, co mi był podał w Egbatanie, lecz bardzo szybko pogubiłem się w gąszczu ulic, biegnących we wszystkie strony bez ładu i składu. Ktezyfon, choć miasto rozległe, wręcz ogromne, stawiano wbrew wszystkim chyba zasadom, jakie obowiązują w znanym mi świecie. Nie ma tu żadnego planu, głównych alei, nawet czegoś, co przypominałoby nasze forum. Partowie myślą chyba, ze wystarczy ogrom budowli, za nic mają proporcje ich wzajemnych zestawień, i korzyści, jakie to daje.

Pierwszeństwo mają siedziby królewskie, pomieszane z wojskiem, potem idą kręgi rezydencji, od najbogatszych, do uboższych. To miasto władzy i hierarchii jej sług, ze świątyniami, powstawianymi wedle uznania, acz bez żadnej myśli przewodniej. Jest bogactwo i rozmach, ale nie ma życia, zwyczajności, malowniczości, różnorodności handlu, drobnych kramów, warsztatów, ludzkiej krzątaniny. To, co z tego być musi, dla obsługi dworu, i tego, co przy nim, i wokół niego, schowane jest jakby z tyłu, za fasadą okazałości, mającej czynić wrażenie potęgi. Nie ma tu wzajemnego przenikania się różnych stanów, tworzących jedną wspólnotę. Ostentacyjna dostojność i siła zwycięzców budzą raczej niechęć, niż podziw i uznanie.

Idąc miastem, coraz silniej czułem jego sztuczność, wręcz martwotę ruchu bez ducha, niczym u ozdobnie przystrojonych figurynek z wosku lub gliny, jakimi u nas dzieci bawią się w teatr. W podróży, od Syrii po Baktrię, przywykłem do gwarnych miast i miasteczek, do ich żywotności, do obcowania w jednym miejscu bogactwa z ubóstwem i ich uzupełniania się w drapieżności życia, do ruchliwości ludzkiego mrowia, krzykliwej wesołości ulicy, pomieszanej z biedą i występkiem. Bywało niebezpiecznie, ale ciekawie, tu natomiast wiało nudną pompatycznością. O ileż wspanialsza była Egbatana, lecz tam Partowie tylko wcisnęli się do dawnej, miejskiej tradycji wschodu, przez wieki tworzonej pospołu przez Medów, Persów i Greków. W Ktezyfonie zbudowali własne gniazdo na pustym miejscu, zostawiając co stare po drugiej stronie rzeki. To, co stworzyli, raczej mało kogo stamtąd przyciąga – bo niby czym? Siłą można coś zdobyć, ale sam tylko garnizon zwycięzców, jak by nie był ogromny i okazały, to tylko zestaw bezdusznych budowli – nie tylko zniechęcających wrogów do napaści, ale i odstręczających zwykłych ludzi od tego, by z nimi wiązać swój los.

Po dłuższych poszukiwaniach wreszcie odnalazłem nieco na uboczu rodziny dom Tamisa, spory, zadbany, wyraźnie zasobny. Nic jednak nie wskazywało, by mieszkający tu ludzie należeli do miejskiej elity. Czyż to nie zastanawiające, że ktoś stąd, ze stanu może nie niskiego, lecz jednak pośledniejszego, wspiął się aż do pozycji królewskiego zausznika i przełożonego nad tajna służbą? Tamis musiał sporo się starać, lecz jak tego dokonał – nigdy się nie dowiem.

Wszedłem, przedstawiłem się mym podróżnym imieniem, i powołałem na niego, jako tego, kto mnie polecił. Pod nieobecność gospodarza przyjęła mnie jego zona, kobieta już dobrze w latach, powściągliwa, ale miła. Niezwykle ucieszyła się na wieść, iż jej syn pozostaje w dobrym zdrowiu i nieźle chyba sobie radzi tam, gdzie jest. Ani słowem nie dałem poznać, ze wiem, czym się zajmuje. Rzekłem jedynie, że poznaliśmy się przez przypadek, że podczas naszych rozmów wspomniałem o mych poszukiwaniach dawnego krewnego, on zaś zaproponował, bym tu właśnie spróbował czegoś się w tej sprawie wywiedzieć.

Wysłuchała mnie w dobrej wierze, choć nie dałbym złamanego miedziaka, że mi do końca uwierzyła. Przecież musiała wiedzieć, przynajmmniej w ogólności, o jego szczególnej pozycji na królewskim dworze, a więc i o tym, że mało co u niego dzieje się bez ważnego powodu. Gdym skończył mówić, tylko uśmiechnęła się i bez zbytnich komentarzy spytała, o kogo mi chodzi, i dlaczego sądzę, że właśnie jej mąż mógłby mi pomóc w mych poszukiwaniach. To zaś wymagało, bym – nie podając żadnych imion i okoliczności – krótko opowiedział jej o mej prababce, która niegdyś pomogła rzymskiemu jeńcowi.

– Była córką lekarza, więc chyba zrozumiałe jest, że właśnie wśród medyków szukam jakichś śladów tamtej historii. Także jakichkolwiek opowieści o jej synu, który ponoć tu nieraz wracał w swych podróżach i zapewne odwiedzał kogoś ze swej partyjskiej rodziny.

Ku memu zaskoczeniu kobieta roześmiała się wesoło i aż klasnęła w ręce, jakby z wielkiego ukontentowania.

– Jakie też cuda dzieją się na świecie! – zawołała sama do siebie. Co za historia! Chyba wiem, o kogo ci chodzi.. Zdaje się, że Maes mu było, nieprawdaż? Otóż, wyobraź sobie, panie, że poznałam go jako dziecko. Przez jakiś czas przyjaźniłam się z najstarszą córką jego bliskiej kuzynki, czy kogoś takiego. Tam go widziałam, nawet kilka razy. Pamiętam, bardzo go wszyscy lubili, wesoły był człowiek. Ale nic ci o nim nie powiem. Zresztą, potem w ogóle przestałam chodzić do tamtych ludzi, więc mało wiem. Tylko tyle, że podobno miał jakieś kłopoty, a potem zniknął.

Przyznaje, żem z trudem zapanował nad sobą. Tyle czasu, tyle zagadek, tyle różnych niejasności, poszukiwań, a tu proszę – żadnej tajemniczości, niezwykłości, po prostu żywy człowiek, wspomnienie z dzieciństwa, namacalna realność z przeszłości. Kobieta poczęła mi się przyglądać z większą już uwaga.

– Zaraz, zaraz, skoro to twój krewny, to kto?

– Był bratem mego dziadka. Kimś bardzo ważnym w naszej rodzinie. Tylko słyszałem o nim, urodziłem się, gdy słuch po nim zaginął.

– Dziadka, powiadasz? Nic mi to nie mówi. Musisz poczekać, aż wróci mój mąż, Beros. Będzie więcej wiedział. Zaczynał nauki u krewnego tej mojej przyjaciółki. Jest ode mnie wiele starszy – dodała, jakby tłumacząc się ze swego wieku.

Szybko zacząłem liczyć w głowie, czy nie ma tu jakiej pomyłki w latach. Kobieta mogła mieć ich z pięćdziesiąt, jej mąż – zapewne sześćdziesiąt, albo i więcej. Szczęśliwie się złożyło, że dożyli tak sędziwego wieku w dobrym zdrowiu.  U medyków to zwyczajność, wiedzą, jak dbać o zdrowie, nie tylko cudze, ale i własne. Jeśli znała Maesa jako mała dziewczynka, byłoby to jakieś czterdzieści lat temu. Choć w przybliżeniu, lecz wszystko się zgadzało.

Nie chciała mnie puścić, ugościła winem, więc z konieczności wdałem się z nią w pogawędkę, głównie o medykach, ich trudnej pracy, wdzięczności i niewdzięczności klientów. Więcej słuchałem, niż mówiłem, bo i niewiele o tym wiedziałem. Zaciekawiło mnie tylko, gdy wspomniała o tym, jak bardzo zamknięty jest klan lekarzy.

– Mój ojciec był medykiem, mąż nim jest, syn też już się wyuczył, córka wydała się za innego, ale za rzeką. To niezwykłe, że twoja prababka poszła za żołnierzem, i to jeszcze obcym. Jej rodzina musiała być bardzo temu niechętna.

– Nie wiem, jak tam było, ale dobrze wybrała.

– My trzymamy się razem, rzadko przyjmujemy kogoś spoza naszego kręgu. A jak się taki trafi, to zwykle wtedy uczeń żeni się z córką nauczyciela. Taki zwyczaj. Praktyczny.

– A to czemu?

– Klientela teścia przechodzi na zięcia. Wtedy zarobek zostaje przy rodzinie. Nie trzeba zaczynać od pustego garnka, ani szukać po mieście. Jedni polecają drugich i tak to się układa.

Jak wszędzie, zawody się dziedziczy, choć na różny sposób. Wspomniałem przewodników i ich małych synów, warsztaty po wsiach i miasteczkach. Czyż nie inaczej jest z kupcami? A władza? Urzędy? Nawet w żołnierce bywa podobnie, choć tam, kto może, kto nie daje się zabić, pnie się w górę, próbuje uciec od morderczego rzemiosła. Dziedziczy się też niewolę, chyba że ktoś zostanie wyzwoleńcem. Ale i wtedy nie jest łatwo, bo nie ma się własnego miejsca wśród ludzi, żadnych korzeni. A kto nigdzie nie przynależy, musi dopiero pazurami wydrapywać dla siebie jakieś miejsce. Ciekawe, jak to się ma u całych narodów? Wielkich miast?

Dzieci przejmują nie tylko majątki ojców, nawet ich długi. Dziedzictwo to nie tylko rzeczy, lecz imię, stan i pozycja w większej całości.. Czy to fatum, którego nie da się przełamać? Ja sam jestem przykładem tego, że niekoniecznie potomek kupców, musi kupcem zostać. Lecz przecież żyję z kupiectwa, jakie zostaje przy mojej rodzinie, nawet mu służę, choć nie prowadzę interesów. Tycjanowie nigdy nie byli politykami, ani ludźmi władzy, a przecież to przy niej wyrosła ich fortuna. Nie wywoływali wojen, ale z nich żyli. Sam jestem cesarskim agentem właśnie dlatego, że mamy swe interesy i wielką w nich ruchliwość po całym świecie, przydatną dla rzymskich planów. A Maes? On służył Augustowi, ja służę Tyberiuszowi – nieważne, że dla innej potrzeby, niż tylko gromadzenie złota czy intrygowanie w polityce. Przyszło mi do głowy, że za sprawą pewnej odmienności natury, każdy z nas w jakimś stopniu uciekał od owego przeznaczenia, wynikającego z Tycjanowego dziedzictwa, niemniej i tak naszą odmienność w nie wprzęgnięto, gdyż nic u nas nie może się marnować i pozostawać bez swego przydziału.

Roześmiałem się w duchu, wspominając jego rzekomych potomków w Batnei. Nie wiadomo, czy to prawda z nimi, lecz czyż nie są miejscowymi handlarzami?  Coś jakby duch rodzinnego fatum, nawet w takiej kombinacji? Jeśli Melos ich wykorzysta, wówczas dołączą do nas, choć nieświadomi swego pochodzenia. To już nie kaprys bogów, lecz wręcz ich chichot z dobrego żartu!

Nie wiem, jak to było u Maesa, lecz moja pasja do poznawania świata, wciąż wydaje się ważniejsza od powodów, dla których wyekspediowano mnie w tę podróż. Gdy rozpoznano moje dziecięce pragnienia, wówczas uznano je i uszanowano, choć nie tyle dla nich samych, ile z racji ich przydatności dla dalekosiężnych planów domu Tycjanów. Wychowano mnie i wyedukowano nie dla dekoracji ogrodowej, lecz niczym drzewo, które ma rodzić takie, a nie inne owoce. Myśl o tak szczególnej hodowli własnego dziecka powinna irytować, lecz, mimo wszystko, czułem osobliwą wdzięczność do dziadka i ojca, że nie odebrali mi radości z marzeń, nie stłumili porywów duszy. Znaleźli dla nich ujście, prawda, że wyłącznie użytkowe, ale przecież zgodne z mą naturą.

Czy powinienem ich za to ganić? Zrobili to w najlepszej wierze, łącząc swoje dobre do mnie uczucia, ze słusznie pojętym interesem rodzinnym. Mogli przecież wymusić na mnie rezygnację z zapędów podróżniczych, wyuczyć na kupca, któremu niepotrzebne są wszechstronne nauki najlepszego nawet badacza i uczonego. Zamiast zezwalać na spędzanie długich godzin ze Strabonem, zapędzaliby mnie do abakusów i ksiąg rachunkowych, prowadzali po składach towarów, pokazując, jak odróżniać, które dobre, a które złe, uczyli jakie ceny na nie daje się wyduszać, i gdzie. Z czasem pewnie wciągnęliby mnie do spraw publicznych, może nawet i jakoś udanie ożenili.

Gdym tak siedział i przysłuchiwał się gadatliwej żonie partyjskiego medyka, wizja dostojnego i dostatniego Festusa, wplecionego w tycjanowską pajęczynę, jako jedna z jej nitek, wydała mi się aż nadto komiczna. Chciałem już wychodzić, gdy zjawił się gospodarz, ów Beros, mąż mej rozmówczyni. Przedstawiwszy się, wyłożyłem mu swoją sprawę, najogólniej jak się dało. Pokiwał głową, rzekł, iż coś mu w głowie świta, lecz rozmowny zbytnio nie był.

– Spraw rodzinnych mego nauczyciela nie znałem. Uczniów nie dopuszczano tam do stołu, więc niewiele ci mogę powiedzieć. Pamiętam tylko tyle, że kiedyś, gdy już byłem na swoim, wezwał mnie, bym mu pomógł w kurowaniu ich krewnego, ponoć z dalekich stron. Może to był on, a może kto inny?

– Co mu było?

– Był mocno poobijany. Podobno omal nie zginał w jakieś przygodzie w drodze z Charaksu. Ale szybko wydobrzał, choć potem trochę kulał na jedną nogę.

– Coś mówił, opowiadał.

– Nie mnie, i nie przy mnie. Ale dzielnie się trzymał. Wciąż żartował, choć z początku mocno cierpiał.

– Nic więcej?

– Nigdy go już potem nie widziałem, ani o nim nie słyszałem.

– A żona?

– Beros poznał mnie, gdy byłam już starsza – wyjaśniła jego zona, jakby się tłumacząc. – Z przyjaciółką już się nie spotykałam. To dawne czasy, panie. Wiele się działo, kto by miał głowę do takich rzeczy.

– Daj spokój, kobieto – zganił jej gadulstwo. – A ty, panie, jeśli chcesz, odszukaj wdowę po moim nauczycielu. Podobno jeszcze żyje, choć nieszczególnie jej się wiedzie. Ale zdaje się, że ma dobre dzieci, pomagają jej.

– Gdzie jej szukać?

– Bliżej rzeki, ale przed dzielnicą warsztatów. Pytaj o Alenę, wdowę po starym medyku.

– Tylko tyle?

– Więcej ci nie powiem, bo sam nie wiem.

– Nie ciekawiło cię nigdy, co się z nią dzieje? Była córką twego nauczyciela.

– Jakoś się nie złożyło.

Więcej nie pytałem, bo człowiek ten wzbudził we mnie niechęć, był opryskliwy, nieskory do rozmowy. Zapewne mógłby jeszcze coś dodać, jakiś komentarz, swoje wrażenia z przeszłości. Przecież oni się tu wszyscy znają, dużo o sobie wiedzą, niechby nawet i plotek. Najwyraźniej moja wizyta była mu nie smak, bo pożegnał mnie z nieskrywaną ulgą. Nie, to nie – dobre i to, co mi powiedzieli, choć było tego niewiele. Ale jakiś bliższy już trop znalazłem.

Następnego dnia dotarcie do celu zajęło mi cały ranek do południa. Dzielnicę znalazłem, kluczyłem po niej, wypytywałem, głównie po sklepach, aż wreszcie wyjaśniono mi, gdzie mam się udać. Z wyrywkowych zdań, jakimi mi odpowiadano, mogłem wnosić, że owa Alena nie była wcale nieznaną tu osobą. Zdaje się, że zajmowała się trochę pomaganiem kobietom w ich szczególnych chorobach, także w kłopotach z rodzeniem, albo nierodzeniem dzieci. Córka i żona medyka, musi znać się co nieco na rozmaitych lekarskich sztuczkach i miksturach. Czyż matka Artusa i Maesa nie robiła tego samego w Rzymie? Słynęła przecież w rodzinie ze swych umiejętności, przychodziły do niej po rady nie tylko nasze kobiety, ale i te z kręgów ich znajomych, które szukały cichej pomocy. Pomagała nie dla zarobku, to oczywiste, lecz z dobrego serca, może trochę z wyrachowania. Obca wśród obcych, zaskarbiała sobie tym przyjaźń w świecie, który wcale nie musiał jej ani lubić, ani chcieć uszanować, mimo że była żoną jednego z Tycjanów.

Wszedłem do skromnego domostwa z mieszanymi uczuciami. Ogromnej ekscytacji towarzyszył lęk, czy aby nie ujrzę niemiłego ubóstwa starej kobiety, z trudem radzącej sobie z życiem.  W rzeczy samej, spora i zagracona izba nie sprawiała najlepszego wrażenia, choć nie panował w niej nieład, właściwy tym, którzy przestają już dbać o porządek wokół siebie. Kobieta, jaką ujrzałem także nie wydała mi się jakimś ludzkim wrakiem. Wręcz przeciwnie. Mocno wiekowa, ale z wyglądu krzepka, bez spowolnienia ruchów, spojrzała bystrym okiem na przybysza, nie okazując zdziwienia, ani niepokoju wizytą nieznajomego.

 Przyglądaliśmy się sobie przez dłuższą chwilę, obydwoje z równym chyba zaciekawieniem. Nie za bardzo wiedziałem, jak zacząć, głupio było tak od razu pytać wprost o rodzinne wspomnienia. Ona tymczasem najpierw spokojnie obejrzała mnie od stóp do głów, potem, jakby nieco zaskoczona, podeszła bliżej i poczęła przypatrywać mi się już uważniej, z coraz większym niedowierzaniem, zaznaczającym się na pomarszczonej twarzy. To jeszcze bardziej mnie zmieszało, wiec tak staliśmy, spoglądając na siebie, ja, uśmiechając się niepewnie, ona – z narastającym ożywieniem.

– Gdybym nie wiedziała, że to niemożliwe, powiedziałabym, ze jesteś duchem kogoś, kogo dawno już nie ma między żywymi – rzekła przytłumionym głosem. – Kim jesteś, dziwny człowieku?

– Na pewno nie duchem, raczej kimś, kogo jeden taki tu przywiódł, żeby przekonać się, czy ktoś jeszcze miedzy żywymi go pamięta – odparłem niby żartobliwą aluzją, w nadziei, że wzbudzę w niej głosy z pamięci.

Już spotkanie w Batnei przekonało mnie, że coś musi być na rzeczy z moim rzekomym, czy prawdziwym podobieństwem do Maesa. Skoro dostrzegła je tamta szalona kobieta na ławeczce w obejściu Gety, to czemu nie miałoby stać się podobnie i tu, w skromnej izbie na innym końcu świata? Wyjąłem znak rodzinny i pokazałem jej w otwartej dłoni. Spojrzała, zamarła, ze wzrokiem wbitym w ten mały przedmiot, potem potarła ręką czoło.

Bywa tak, że trudno przyjąć oczywistość, jaką się ma przed oczami, z przekonania o jej niepodobieństwie, nierzadko z obawy, iż to, co pokazują zmysły, okaże się tylko pomyłką i rozczarowaniem, albo niespodziewanym zagrożeniem. Zobaczywszy jednak, że co zdawało się niemożliwe, jest nie tylko możliwe, ale i rzeczywiste, namacalne, wówczas, po chwili zaskoczenia, nawet osłupienia, przychodzi wzburzenie, tym silniejsze, im bardziej niezwykłość owej realności odbiega od tego, co nakazywałby chociażby zwykły zdrowy rozsądek. Kobieta zamachała rękami, brakło jej słów.

– Jeśli to żart, to głupi i niesmaczny – warknęła, jakby broniąc się przed widokiem świadectwa naszego pokrewieństwa, także przed własnymi myślami. –. Skąd to masz? I skąd tu się wziąłeś? – spytała podejrzliwie.

– Nie żartuję tam, gdzie rzecz jest poważna. Jestem z dalekiej podróży. Aż z Rzymu. – Uniosłem rękę, trzymającą mały amulet. – A to dostałem w domu, na drogę. Chyba wiesz, co oznacza?

– Aż za dobrze! – odstąpiła na krok, nie przestając oglądać mnie, jakbym był wystawiony na sprzedaż. Trwało to dłuższą chwilę, ja zaś, zakłopotany, nie wiedziałem, jak się zachować.

– Nawet podobny jesteś – naraz zachichotała. – Niesamowite! – Nie padło żadne imię, lecz oboje już wiedzieliśmy, o kim, i o czym będzie mowa. – Tyle lat! Czekaj, czekaj. Synem być nie możesz, pewnie jakimś wnukiem – jakby nigdy nic przeszła od razu do rzeczy..

– Po jego bracie. Moim dziadku – odparłem wprost, bez zbędnych wyjaśnień.

– Po dziadku, mówisz? Tym, co się tu urodził?! – palcem wskazała na znak. – To po jego matce. Mojej upartej ciotce – westchnęła, uśmiechając na wspomnienie sprzed tak wielu lat.

– Nie inaczej.

Nie przestawała kręcić głową, machała rękami, wreszcie, ku memu zaskoczeniu, roześmiała się w głos i znienacka klepnęła mnie po ramieniu..

– No, to jestem dla ciebie niby babka – rzuciła, wciąż niezwykle rozbawiona. – Patrzcie, patrzcie, mam wnuka aż w Rzymie! – Bariera pękła, przeszłość zeszła się z teraźniejszością.

 Siadaj, siadaj – usadziła mnie na stołku. – Z samego Rzymu, powiadasz? – aż klasnęła w dłonie. – Ten łobuz opowiadał mi o was,  ale niewiele.

– My też o was mało co wiemy. Dlatego tu jestem.

– Nie łżyj, że przyjechałeś tylko po to. Pewnie taki sam z ciebie włóczęga, jak on. Poznaję po oczach.

– Nie powiem, byłem tu i ówdzie. A teraz wracam.

 – I zaniosło cię aż tutaj! Mój braciszek, prawda, że cioteczny, ale przecież braciszek, też się tak pojawiał. Wpadał, jak po ogień, ale zaraz odlatywał, jak wiatr. Ciągle jakieś awantury, interesy. Tacy już, widać, jesteście. Pewnie i do kobiet też masz taką skłonność, jak on, co?

Ożywiała się coraz bardziej, jakby wyprostowała na wspomnienie czasu młodości. Jeszcze teraz, nawet w jej latach, widać było, że żwawa i silna musiała z niej być kiedyś kobieta, stanowcza, ale i wesoła, raczej pyskata, niż gderająca. Zdałem sobie sprawę, jak bliskie są nasze więzy, i że przeszłość, choć daleka i niewypełniona wspólnotą życia, nie jest żadną przeszkodą, która utrudniłaby porozumienie. Z każda chwilą nabierałem do niej sympatii, czułem się coraz pewniej, bez obawy o jakieś zadrażnienia.

Niemniej trochę to wszystko było zagmatwane. Z rachuby lat wynikało, że jej matka musiała być dużo młodsza od swojej siostry, matki Festusa i Maesa. To by tłumaczyło różnice wieku osób w tej rodzinnej układance. Żywotność, to jedno, wiedza lekarska – drugie, lecz natura ma swoje prawa. Dziadek umarł dobre piętnaście lat temu, więc wszystko tu było chyba jakby poprzesuwane do przodu. Ale czemu nie? W wielu rodzinach pokolenia jeszcze bardziej się mieszają, a dziwne ich zestawienia bywają przyczyną zarówno żartów, jak i sporów majątkowych.

– Jak mnie znalazłeś? –  spytała z zaciekawieniem. – Tylko mi nie mów, że to ten duch wskazał ci mój dom – nie kryła wesołości.

– Przez niejakiego Berosa, medyka.

– A jakżeś ty trafił na tego paskudnego człowieka? – aż się żachnęła na dźwięk podanego imienia. – Straszny obrzydliwiec. Choć dobry medyk. Ojciec go chwalił jako ucznia, ale potem nie znosił.

– Czemu?

– Wielkie ambicje. I chciwiec, jak był, tak i został. Ale dopiął swego. Strasznie wysoko się nosi, bo jego syn jest ponoć kimś ważnym, jakąś znaczną figurą na królewskim dworze. To i w głowie mu się przewróciło.

Wyjaśniło się, czemu ów Beros tak mnie zbył. Gdyby nie polecenie Tamisa, pewnie w ogóle by ze mną nie rozmawiał. Ale nic mi do tego jaki jest.. Wystarczy, że mnie tu naprowadził.

– Przypadek, Poznałem kogoś w drodze, pytałem o tutejszych lekarzy, i mi go polecono.

– A kogóż to pytałeś? – drążyła dalej. – On ma dobrych klientów. Samych bogatych. Może to ktoś z nich?

– Trudno powiedzieć – po jej perorowaniu nie chciałem wyjawiać, że znam jego syna

– Znowu łżesz! – pogroziła palcem. – Przecież widzę. Tak samo mrużysz oczy. Te wasze tajemnice! Ale niech ci będzie – machnęła ręką. –  Nie chcesz mówić, nie mów.

– Może innym razem. Ważne, że tu jestem.

– Też prawda.

– I że mi opowiesz o Maesie.

– A co byś chciał usłyszeć?

– Ci się da. Co pamiętasz. Co robił? Jaki był? Dokąd jeździł? Skąd przyjeżdżał. Co sam opowiadał? Jak zniknął?

– Ale żeś się rozpędził!

– Dziwisz się?

– No, nie, oczywiście, że nie. Ale się zawiedziesz, bo mało już pamiętam.. Więcej, jaki był, niż co robił. Że interesy, to wiadomo. Ale jakie, i z kim, nie mam pojęcia.

– Powoli, po kolei. Spokojnie,. Mamy czas.

I tak to, od słowa, do słowa, zaczęła się rozmowa, zrazu chaotyczna, lecz z czasem składająca w zborną całość obraz człowieka doprawdy niezwykłego, tak wiele znaczącego i dla rodziny, i dla mnie samego – choć to już w innym nieco sensie. Jako dziecko wyobrażałem go sobie na wiele sposobów, lecz zawsze w jakichś przygodach, intrygach, niebezpieczeństwach. Marzyłem o dalekim świecie, a on był w nim bohaterem, odkrywcą i zdobywcą. Dopóki nie dowiedziałem się, że za tym, co robił, stała zimna kalkulacja w interesach, przekładająca się na przeliczalne zyski w złocie, jawił mi się niczym ktoś zgoła mityczny, wielki duchem i szlachetną odwagą bezinteresownego herosa. Jednym słowem, stworzyłem sobie fantazyjną postać na potrzebę mej wyobraźni, wtedy jeszcze nieskażonej wiedzą o brutalności świata, o bezwzględności prowadzonych w nim gier, o drapieżności w zagryzaniu się ludzi o przewagi, czy wręcz o przetrwanie. Jeśli nawet później odeszła mnie ta dziecinada, to przecież jakiś sentyment po niej pozostał. Dlatego słuchałem opowieści Aleny nie tylko jako dzisiejszy, dorosły i dojrzały Festus, lecz po trosze jak tamten, dawny, chłopięcy marzyciel. Wszelako mając za sobą niemal roczną już podróż tymi samymi drogami, które i on przemierzał, pojmowałem, że w jego życiu, w wędrówkach, na jakich je spędził, więcej było trudu i znoju, niż wzniosłości

Alena niewiele wiedziała o interesach Maesa i jego kupieckich sprawach. A już w ogóle nie miała pojęcia o tym, że szpiegował dla Rzymu. Bystra kobieta, zapewne domyślała się tego czy owego, lecz nie chciała się zbytnio nad tym rozwodzić.

– Ciągle gdzieś węszył, rozpytywał o kogo się dało. Zawsze miał pieniądze i sporo na to wydawał. Ale czy tylko z handlarzami się zadawał, tego ci nie powiem. Nie zwierzał się, a myśmy o nic nie pytali. Pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć – dodała znacząco.. – Mam rację, prawda? – spytała, patrząc mi w oczy.

– Masz – nie odwróciłem wzroku. – I niech tak zostanie.

– Taki sam chyba jesteś – wzruszyła ramionami – no, może mniej gorączkowy, spokojniejszy.  On ciągle był w ruchu, nie umiał usiedzieć na miejscu. Prędki taki. Jak coś sobie umyślił, zaraz się za to brał. Ale nas w nic nie mieszał. Chyba że kogoś z młodszych chłopaków, do pomocy w pilnowaniu handlarzy. Szybkie, krótkie wypady, nie za dalekie. Nawet nieźle przy nim zarabiali. Ale w długie wyprawy jechał sam.

– Jak długie? Dokąd?

– Mój drogi, kto go tam wiedział. Znikał na rok, albo i lepiej. Kiedyś nie było go i ze trzy lata. Już myśleliśmy, że przepadł. Ale był przebiegły, wywijał się z każdej opresji. Dopiero ostatni razem wrócił mocno pokiereszowany.

– Skąd?

– Mówił, że napadli ich bandyci na pustyni, gdzieś za drugą rzeką. Strasznie złorzeczył Grekom, bo uważał, że to oni nasłali na niego tamtych dzikusów. Uratował się, ale podupadł na zdrowiu. Zresztą, miał już swój wiek, choć wciąż chciał uchodzić za młodzika. Niby taki rozumny, ale myślę, że w końcu gdzieś, z kimś przechytrzył.

– A ci Grecy?

– Nie mam pojęcia. Nie znosił ich, ciągle na nich pomstował, albo sobie z nich kpił, jak to on. Trzymał się swoich, znaczy się, naszych, więc z tamtymi raczej zanadto się nie lubił. Ale żeby aż tak?

– Kiedy to było? Ten ostatni raz?

– Niech policzę. Zaraz potem Linea, znaczy się, moja córka, urodziła syna. Najmłodszego. Czyli będzie trochę lepiej niż dwadzieścia lat. – Zamilkła, zastanowiła się. –  Wiesz, ten chłopak, to jakby twój brat. Daleki, ale jednak swój. Musisz ich poznać! – oznajmiła stanowczo, tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Koniecznie!

– Kto cię wie, czy jeszcze kiedy tu przyjedziesz? A rodzinę znać trzeba! – Popatrzyła chytrze spode łba. – Warto, prawda? Nigdy nic nie wiadomo, co kiedy się przyda – dodała, nie bez lekkiej kpiny w głosie. Niby taka prosta, a proszę, jak przenikliwa.

Rozmowa toczyła się raz prosto, raz zakolami. Wątki mieszały się, lata biegły nie po kolei, więcej było w tych opowieściach oderwanych szczegółów, niż rzeczy ważnych. Lecz wszystko razem układało się w obraz niezwykle barwny i wyrazisty. Alena musiała bardzo brata lubić, może nawet więcej, bo mówiła o nim ciepło, momentami z nutką melancholii, właściwej kobiecie, zdolnej przeniknąć przez maskę, pod jaka Maes krył swą prawdziwą naturę.

– Niby taki światowy, ale w środku był chyba bardzo samotny. Wybrał sobie życie i los wolnego ducha, wciąż w biegu, od przygody, do przygody. Ale pod koniec jakby przygasł.

– Czyli co?

– Myślę, że stracił zapał do tych swoich awantur. Szukał ich, bo inaczej żyć już nie umiał. Nie miał nic swojego, oprócz gonitwy po świecie. Nawet przyjaciół. Nikogo bliskiego, chyba tylko brata, twego dziadka, daleko stąd. Ale nie widywali się, może tylko kilka razy, gdzieś w drodze. Był obcy miedzy obcymi.

– To był jego wybór.

– Bez gniazda trudno żyć, nawet najmocniejszym.

–  A tu? U was?

– Cóż, wracał, wylizywał się, robił plany, i znów gdzieś go niosło. Te wasze wieczne interesy! – rzuciła z niechęcią. – Są jak wino dla pijaka. Upaja, potem boli głowa. Ale jak przechodzi, znów szuka się tego upojenia. A to dużo kosztuje. Nie tylko pieniędzy.

– Chyba przesadzasz.

– Sam się kiedyś przekonasz, jak cię to wciągnie. Obyś się nie zatracił, jak on..

Zbyłem to milczeniem, nie chcąc wdawać się w dysputę o odmienności życiowych wyborów, dokonywanych w imię powinności, czy nawet konieczności, o których kobiety mają zwykle mgliste pojęcie. Było jednak coś na rzeczy, w tym, co mi rzekła z życzliwością, nawet troską. Ciekawe, czy podobnie rozmawiała ze swym bratem.

– Rozmawialiście kiedyś o tym?

– Kiedy zaczynałam, zaraz zmieniał temat. Nie chciał, uważał, że zrzędzę. A może bał się zajrzeć zbyt głęboko w siebie.

Zdumiała mnie ta uwaga, krótka, wszelako świadcząca o subtelnej mądrości życiowej. Miała dar widzenia, jaki bierze się zarówno z kobiecej natury, jak i wielkiego doświadczenia.  Iluż wielkich filozofów lubuje się w rozprawianiu o wszystkim, o czym się da, wygadując, co im przyjdzie do głowy? Obracają rozumem z wielką wprawą, zadowalając najsubtelniejszych nawet znawców ludzkich spraw. Lecz rzadko kiedy mają ową szczególną zdolność sięgania wprost do duszy, nie pojmują, jak można poznawać cokolwiek, bez wnikliwego badania rozmaitych przesłanek i zawiłych spekulacji. A przecież są jeszcze inne zmysły, o których wiadomo, że bywają niezawodne, choć nie wiadomo, jak działają. Powiada się, że to wyczucie, jakby sięganie przez zasłony do samej istoty rzeczy, niewidocznej w zwykłym oglądzie. Daje szczególną wiedzę, która nie podlega zwykłym wyjaśnieniom, a którą uznajemy za oczywistą. Dzięki niemu właśnie Alena opisała Maesa w dwóch zdaniach trafniej, niż by to uczynił ktokolwiek w długim wywodzie, na podstawie rozumowych studiów nad jego życiem.

Ani się obejrzałem, jak dzień zamienił się w późne popołudnie. Nie chcąc wracać do gospody po zmierzchu, przerwałem rozmowę, mówiąc, że wrócę tu jutro, bo wiele jeszcze chciałbym od niej wysłuchać. Wymówiła się jakimiś obowiązkami, lecz zaproponowała, bym zjawił się u niej za dwa dni.

– Przyjdź wcześniej, to zaprowadzę cię do Linei. Babkę już poznałeś, poznasz i ciotkę – wyraźnie bawiła ją ta wyliczanka rodzinnych związków. – Może i jej męża, jeśli akurat będzie w domu? I dzieciaki. Przekonasz się, jaką masz tu niezłą rodzinkę!

Pożegnaliśmy się, wyprowadziła mnie na ulicę. Stanęła w drzwiach, patrząc jak odchodzę. – Tylko uważaj na siebie, tu łatwo o kłopoty – doszedł mnie jeszcze jej podniesiony głos.

Nazajutrz wałęsałem się po mieście, bez specjalnego planu. Jedyne, co warte było uwagi, to ogromna świątynia ognia, bardziej jednak perska z ducha, nie partyjska. Reszta wydała mi się nieciekawa, napuszona, bardziej na pokaz, niż do zwykłego życia. Znalazłem mały targ, ale bez różnorodności ludzi i towarów, jaką zwykło się widywać w miastach daleko mniej imponujących. Niemniej udało mi się kupić dwa niebrzydkie i całkiem niedrogie szale, które zamierzałem darować Alenie i jej córce podczas planowanej wizyty.. Zapewne już tu nigdy nie wrócę, więc niech zostaną po mnie. choćby i takie drobne pamiątki.

U swej nowej niby babki stawiłem się zgodnie z umową. Wypatrywała mnie już przed domem, a gdy się zjawiłem, nie zapraszała do środka, tylko od razu poprowadziła uliczkami w stronę dzielnicy małych domków, całkiem zgrabnych i dostatnich. W jednym z nich, czekano na nas, okazało się, że zebrała się niemal cała rodzina. Z początku panowało niezręczne zmieszanie, lecz szybko zastąpiło je wesołe pokrzykiwanie kobiet, ucieszonych podarunkami, jakie wręczyłem. Zasiedliśmy w dużej, gościnnej izbie, zaczęły się pierwsze objaśnienia z obydwu stron, wreszcie rozmowa potoczyła się wartko, bardzo ciekawie. i miło, choć nieco chaotycznie.

Linea wdała się w matkę, tak z wyglądu, jak i charakteru. Już niemłoda, lecz żywa, wesoła, bezpośrednia w zachowaniu. Jej mąż, medyk, poważniejszy, ale nie sztywny, przyglądał mi się z zainteresowaniem, choć bez ekscytacji. Należałem do rodziny po stronie kobiet, nie z jego krwi, więc zachowywał pewną powściągliwość, co nie znaczy, że tylko zwyczajową gościnność pana domu. Poznałem też ich córkę i syna – dwoje młodych, nieco ode mnie młodszych, lecz – jak wynikało z rodzinnego rachunku – bliskich krewnych, jakby rodzeństwo. Po domu kręciła się też dwójka drobiazgu, maleńkich dziatek córki Linei.

Tak więc, w jednym miejscu zebrały się cztery pokolenia partyjskiej części tycjanowskiej całości! Siedząc tak miedzy nimi i rozprawiając o przeszłości, czułem się swobodnie, jak między swoimi. Historia zatoczyła niezwykle koło. Maes miał tu swoją ciotkę i siostrę, ja mam teraz swoje tego podobieństwo. Zdumiewająca ciągłość więzi rodzinnych, objawiona po tylu latach, nadawała temu spotkaniu szczególnej aury naturalnej bliskości, mimo tak wielkiej przecież między nami odległości w czasie i przestrzeni.

Najpierw dowidziałem się, skąd, i dlaczego trafili do Ktezyfonu. Gdy po wojnie z Krassusem, po poszukiwaniach Lucjusza, wydało się w końcu kim jest obcy, przechowywany w domu wojskowego medyka, kazano wodzowi Surenie, jeszcze nim skrócono go o głowę, oddać ich wszystkich do dyspozycji Orodesa. Po wykupieniu Marka, ojciec dziewczyny zyskał niezgorszą reputację i całkiem nieźle mu się wiodło, zrazu po cichu, potem już w dużym uznaniu. Wszelako z czasem utracił łaski króla, a to za sprawa greckich lekarzy, zazdrosnych o swą pozycję w stolicy. Odtąd rodzina żyła nieco na uboczu, choć już na dobre w Ktezyfonie, gdyż w pobliskiej Seleucji nie miała czego szukać, znów za przyczyną zawodowej zazdrości Greków. Ale że teść Maesa dobrze znal się żołnierskich chorobach i ranach, więc w tym wojskowym mieście nie brakowało mu zajęcia. Znajdował chętnych uczniów i zakorzenił się tu na dobre. Słuchając ich, pogubiłem się w licznych powiazaniach wszystkich krewnych z wielu lat, rozrzuconych od Syrii, aż po różne, tutejsze miasta.

Z kolei, moim opowieściom nie było końca, głównie o podróży i przygodach, jakie mi się przytrafiły. Ze zrozumiałych względów najbardziej interesowały ich te, w których pojawiały się ślady Maesa. Niezwykłe poruszenie wywołała historia z Batnei i postacie rzekomych, kolejnych kuzynów z dalekiej Syrii. Alena śmiała się jak dziecko, rozbawione popisami jarmarcznych wesołków.

– Wesoły chłopak, nie ma co! Ciekawe, ile on tego rozsiał po świecie. Nie dawały mu spokoju te baby. A lubił je, że hej – pohukiwała z uciechy.

Poważniej wysłuchali mego wspomnienia o wycieczce na pole pod Karrami. Niby nic tam się nie wydarzyło, lecz przecież tam wszystko się zaczęło.

– Gdyby nie twoja ciotka, ojciec Maesa przepadłby z kretesem. I nie byłoby mnie tu. W ogóle, wiele rzeczy by się nie wydarzyło. Dzielna musiała być z niej dziewczyna – zwróciłem się do Aleny, w nadziei, że coś sobie jeszcze przypomni.

– Uparta. Wiem tyle, co z opowieści matki. Ale ona też mało co pamiętała. Miała pięć lat, gdy to się wtedy działo. Dziadek ciężko przeżył wyjazd ukochanej córeczki. Zawziął się, nigdy nie wracał do tamtej awantury. Ale na starość zdążył jeszcze poznać rzymskiego wnuka. Strasznie się wtedy rozkleił. Wszystko jej wybaczył.

– U nas jest wręcz rodzinną legendą.

– Dobrze wam, widać, robią nasze kobiety – rzuciła Linea. – Może i ty byś sobie jaką tu znalazł? – dodała przekornie.

– Pomyślę. Ale jeszcze nie teraz

– On taki sam jak mój braciszek! – stwierdziła uszczypliwie Alena. – Przyznaj – zwróciła się do mnie – że też lubisz latać z kwiatka na kwiatek.

– Nie za bardzo. Zbyt to męczące – chciałem wykpić się żartem.. Coś jednak musiało być w moim głosie, ze zamilkła na chwilę, spojrzała podejrzliwie, po czym zaszła mnie od drugiej strony.

– A co z tą scytyjską dziewczyną? Wspomniałeś o niej, ale jakoś tak półgębkiem.

– A co, niby, miałoby być?

– Mój drogi, nie powiesz mi, że jechaliście razem taki szmat drogi, tyle czasu – i nic. Jak się zwała? – nie dała mi szansy na chwile zastanowienia.

– Asza.

– Dziwne, nosić imię po bogini, nie uważasz? Na dodatek, nie swojej. Bo to przecież perskie bóstwo.

– Nie pytałem, a ona się nie tłumaczyła.

– Ale przecież o czymś rozmawialiście – Linea włączyła się do tej przepytywanki. Jak by nie uważać na słowa, w sprawach miłosnych kobiety zawsze wyczują, że coś się za nimi kryje. I nie ustaną, aż nie wyduszą, co też to takiego być może.

– Pewnie o ujeżdżaniu koni – do matki dołączyła ze śmiechem jej córka, moja najnowsza siostra. – Scytowie to przecież wyborni jeźdźcy. Nie złość się – dodała szybko, widząc, jak się zżymam na ten niewybredny komentarz – sam to powiedziałeś.

Z opresji wybawił mnie mąż Linei, Surdyn. Spokojnie przysłuchiwał się żartom, lecz najwyraźniej uznał, że kobiety mocno już przesadzają.

– Dajcież wy mu spokój! Jak zechce, to opowie. Lepiej podajcie coś na stół. Już pora, zgłodniałem – rzucił tonem, nieznoszącym sprzeciwu.

Gdy odeszły, i zostaliśmy z nim sami, począł wypytywać o moje spotkanie z kapłanem na Cyprze.

– Zazdroszczę ci, Festusie. Miałeś okazję poznać największych medyków, o jakich wiemy.

– Nie rozmawialiśmy o sztuce lekarskiej. Nie mam o niej pojęcia.

– Oddałbym pół życia, żeby móc się u nich pouczyć. Choćby i krótko.

– A tutejsi Grecy?

– To nie to samo. Zresztą od jakiegoś czasu nie biorą już obcych do nauki.

– A inni medycy?

– Mamy już od dawna własnych mistrzów. Są i Persowie, też mają swoją wiedzę. Nie jest tak źle – skwitował z uśmiechem.

– Coś ci pokażę – w odruchu sympatii postanowiłem pokazać mu leki, jakie dostałem w Pafos. Wyjąłem z sakwy, z samego spodu, buteleczki i pudełko z maścią. – Popatrz, to dostałem od tamtych kapłanów. Obejrzyj sobie.

Surdyna niezwykle poruszył widok moich uzdrowicielskich skarbów. Ostrożnie brał je po kolei do rąk, otwierał, wąchał, oglądał pod światło. Kazał sobie wyjaśniać, co do czego służy. Gdym mu opowiedział o uleczeniu rannego na hyrkańskim stepie, kiwał głową z niedowierzaniem.

– Rzadko kiedy udaje się zaleczyć takie duże rany. I tak szybko.

– Jakoś się udało.

– Ten kapłan bardzo cię uszanował, skoro ci to dał. Nieznajomemu, na dodatek nie lekarzowi – wciąż kręcił głową.

Przyszedł mi do głowy pewien pomysł, niezbyt może chlubny, lecz nieprzekraczający granic dobrego smaku. Może uda się ubić z nim mały interes.

– Powiedz mi, czy masz wśród swoich klientów jakiegoś kupca, albo chociażby drobnego handlarza?

– O co ci chodzi? – spytał po dłuższej chwili. Moje pytanie nieco go zaskoczyło, patrzył na mnie ze zdziwieniem.

– Chętnie bym kogoś takiego poznał.

– Taki sam jak tamten! – od drzwi dał się słyszeć podniesiony głos Aleny. – Nie popuści – irytowała się. – Każda okazja dobra, byle coś ugrać dla siebie. Nawet nie odczekasz kilku dni, dla przyzwoitości. Wstydziłbyś się!

– Nie mam tu żadnych interesów, więc niepotrzebnie się tak złościsz – spróbowałem ją ugłaskać.

– Teraz nie masz, ale kto cię wie? – dalej pohukiwała ze złością.

– Przecież tylko pytam. A co mówiłaś wczoraj? –  przypomniałem wczorajszą jej aluzję.

– Co mówiłam, to mówiłam. Słyszałam, i swoje wiem – oznajmiła gromko i usiadła wyraźnie rozeźlona.

Poczułem się nieco głupio, i skarcony, nie bez pewnej słuszności. Tymczasem Surdyn uśmiechnął się, podniósł rękę, by nas uspokoić.

– Przestańcie się kłócić. Nic się nie stało. Ma swoje powody, to i pyta.

– Jeśli cię uraziłem, to wybacz, nie chciałem – rzekłem do niego ugodowo. – Może jakoś cię przebłagam, a ty zapomnisz urazy. – Teraz postanowiłem użyć argumentu nie do odrzucenia. –  Co byś powiedział, gdybym ci użyczył trochę tego, co ci pokazałem? – wskazałem na greckie leki, leżące jeszcze na stole.

– Patrzcie go, jaki hojny! – Alena nadal się boczyła, lecz naraz zaczęła się śmiać. – Umiesz się wyłgać! Dobry jesteś!

– To u nas rodzinne, babciu – wszedłem w jej kpiarski ton, zadowolony, że już po kłopocie.

Surdyn z miejsca przyjął propozycję z wielką ochotą. Poszliśmy do drugiej izby, gdzie przyjmował chorych, zastawionej wszelkim sprzętem, jaki medyk potrzebuje w pracy. Tam ostrożnie rozdzieliliśmy zawartość buteleczek i pudełka na połowę, a choć było tego niewiele, to gospodarz aż zacierał ręce z ukontentowania.

– Cóż ci mam powiedzieć? Dziękuję. A na babkę nie zwracaj uwagi, lubi czasami pogderać – dodał półgłosem. – Ale to dobra kobieta.

– Przecież widzę.

Drobna scysja zakończyła się powszechnym śmiechem, a ja zyskałem tyle, ze Surdyn umówił się ze mną na jutro, by odwiedzić pewnego właściciela sklepu, któremu niedawno wyleczył żonę z jakieś ciężkiej przypadłości.

– Jest pretekst, żeby sprawdzić, jak się wykurowała. Zajdziemy, niby po drodze.

– Tylko zyskasz na reputacji. Jako dbający o swoich klientów.

– Pod warunkiem, że nie weźmie pieniędzy – rzuciła złośliwie Linea.

Spotkanie rodzinne trwało jeszcze czas jakiś, lecz pora była się żegnać. Nadmiar wrażeń zmęczył mnie, chciałem sobie poukładać w głowie to, czegom się dowiedział, nadto czekała mnie jeszcze wcale niekrótka droga do gospody, a nazajutrz trzeba było wcześnie wstać, by zdążyć na umówione spotkanie z Surdynem. Rozstaliśmy się w doskonałych humorach, życząc sobie wszystkiego, co najlepsze.

Odwiedziny u handlarza niewiele dały, gdyż był to człowiek bez wyobraźni i owego szczególnego kupieckiego wyczucia, które znamionuje ogląd świata większy, niż podwórko własnego domostwa. Przedstawiony jako przyjezdny z daleka, ciekaw tutejszych zwyczajów i ostrożnie liczący na jakąś przyszłość w tutejszym handlu, nie znalazłem u niego żadnego obiecującego odzewu. Przekonawszy się, że nie mam nic na sprzedaż, niczego nie chcę kupić, ów lichy kramarz nie okazał żadnego zainteresowania dla mych aluzyjnie podpowiadanych konceptów. Szybko wiec dałem sobie z nim spokój i odczekawszy, aż Surdyn skończy medyczne oględziny swej klientki, wyszedłem razem z nim, srodze zawiedziony ta nieudaną dla mnie wizytą.

– Chyba się na nim zawiodłeś? – zauważył mój krewniak. – Cóż, tu ludzie, zwłaszcza tacy, raczej nie miewają wielkich fantazji – rzekł, gdyśmy się rozstawali. – Siedzą u Greków w kieszeni, a własnych pomysłów nie mają.

– Trudno. Ale i tak ci dziękuję – mimo rozczarowania, czułem dlań wdzięczność za poświęcony mi czas.

Po kolejnym dniu, spędzonym na włóczeniu się po nieciekawym Ktezyfonie, zdecydowałem, że wyjeżdżamy stąd jak najszybciej się da. Jedyne, co zyskałem – oczywiście, oprócz niezwykłości poznania rodziny – to nieco wiedzy dla Korbulona o tutejszych umocnieniach wojskowych, które sobie dość dokładnie obejrzałem. Z jego punktu widzenia najważniejsze było chyba to, że miasta nie da się zdobywać od strony rzeki, bo jest burzliwa, w zakolach zdradliwa dla dużych łodzi. Agis zaś zauważył, ze niełatwo podejść tu dużą armią, bo Partowie obwarowali miasto wielką ilością mądrze porozstawianych strażnic. Ponieważ strategia wojenna to nie moja rzecz, więc, odnotowawszy w pamięci, co warte było odnotowania, na dobre zaniechałem tematu.

Postanowiwszy o wyjeździe, nie zwlekałem już z ostatnimi przygotowaniami, szczególnie w uzupełnianiu ekwipunku i sprawdzenia stanu naszych zwierząt. Gdy wszystko było gotowe, zostały mi pożegnania rodzinne. Rankiem, w przededniu opuszczenia partyjskiej stolicy, wybrałem się rankiem do Aleny, by oznajmić jej, ze ruszam dalej, do Rzymu. Skryła swój żal za okazaną po kobiecemu troskliwością o drobiazgi, i żartobliwością w krótkiej już rozmowie o niezwykłym zrządzeniu losu, jaki dał nam możność poznania się w tak niezwykłych okolicznościach. Dopiero na sam koniec nieco się rozkleiła.

-. Polubiłam, cię. Dziękuje bogom, że dożyłam tej chwili. Pamiętaj, pilnuj nie interesów, ale samego siebie. Wiesz, o czym myślę. Szkoda, że więcej się nie zobaczymy

W tej sytuacji trudno było zaprzeczać, a jeszcze gorzej szukać taniego pocieszenia. Nie za bardzo wiedziałem, co powiedzieć, ale ta mądra i dobra kobieta zrozumiała stan mego ducha, więc tylko objęła mnie, wkładając w ten serdeczny gest więcej znaczenia, niż można by wyrazić słowami. Odprowadziła do drzwi, uśmiechnęła się, i nie patrząc, jak odchodzę, wróciła do swej izby. Czułem się nieswojo, jakby rozdarty, gdyż, zostawiając za sobą przeszłość Tycjanów, zabierałem ciepłe wspomnienia dzisiejszego, jakże już odmienionego Festusa.  I jedno, i drugie, każde z osobna, było niepowtarzalnym doznaniem, a obydwa łączyły się w ważne dla mnie doświadczenie, warte więcej, niż niejedna przygoda z odbytej dotąd podróży. Znów powróciła echem uwaga starego Marosa o tym, by pilnie baczyć nie tyle na sam cel wędrówki, ile na to, co się w niej wydarza, i kogo się w niej spotyka.

U Linei tez nie zabawiłem długo, gdyż była zajęta krzątaniną wokół domu i wnuków, które akurat zostawiła jej pod opieką córka. Pożegnanie nie miało w sobie tego posmaku ostateczności co u Aleny, gdyż obydwoje nie wykluczaliśmy przecież, ze jeszcze kiedyś się spotkamy. Wszak, co wątpliwe, nie jest niemożliwe, więc żegnaliśmy się ze szczerą na to nadzieją, wylewnie, wręcz wesoło. Życzyłem pomyślności całej jej gromadce, domowi, nadto sukcesów Surdynowi w jego pracy. Uściskała mnie, ucałowała, poklepała po ramieniu, rzuciła kilka dobrotliwych rad – i ze śmiechem wystawiła za drzwi.  Było w tym tyle naturalnej zwyczajności, że zdało mi się, iż rozstajemy się na krótko, ot na kilka dni, a gdy wrócę, posadzi mnie przy stole, każąc sobie opowiadać kolejne nowiny z wielkiego świata.

Nazajutrz, skoro świat, zebraliśmy się z Agisem sprawnie i szybko, po czym, wypoczęci i chętni do dalszej drogi, skierowali przez most na Tygerze, ku Seleucji, by stamtąd, wzdłuż Eufratu , ruszyć przez Partię do Syrii.

44. Los mi sprzyja

Teraz powrotna droga miała w sobie coś ze ścigania się z czasem. Od granic Syrii dzielił nas – licząc skromnie – miesiąc jazdy, oczywiście, jeśli obejdzie się bez większych niespodzianek. Potem drugie tyle, może trochę więcej, ku morzu, już przez ziemie pod rzymską władzą. Zapał do poznawania nowych miejsc, jaki gnał mnie dotąd przez krainy wschodu, teraz przygasał, ustępując coraz silniejszej chęci jak najszybszego zakończenia tej wielkiej wyprawy. Nie było już celu, jakiego bym szukał, dopełniłem powinności, zarówno rodzinnych, jak i wobec cesarza, wreszcie nie tylko odnalazłem ślady po Maesie, lecz i nasze partyjskie korzenie. Zawiązałem wiele obiecujących znajomości miedzy kupcami, wszelako zostałem także po trosze wplątany w politykę, co, prawdę mówiąc, choć ekscytujące, to jednak niezbyt mi się podobało. Zdążyłem bowiem się przekonać, że mnie ona nie pociąga, a to z braku ambicji do zmieniania świata i ochoty do czepiania się wirującego koła historii, które i tak kręci się po swojemu, wedle nieznanych nam praw własnego ruchu.

Coraz częściej rozmyślałem, co mnie czeka po powrocie do Rzymu. Z obowiązku przedstawię Tyberiuszowi zarówno perskie nadzieje jak i partyjskie intrygi, tak, jak je zrozumiałem, ale bez własnego wymądrzania się na ich temat. Dodam do tego wiedzę o Hanach, bo tej nikt u nas nie zna, ale to jedynie jako ciekawostkę, bez wielkiego raczej znaczenia – przynajmniej na dziś. O tym zaś, co dotyczy spraw kupieckich, zwłaszcza w Hyrkanii, Sogdzie i Baktrii, dowie się tylko ojciec i brat. Niech sami decydują, co z tego, i jak, może okazać się przydatne dla interesów naszego domu. Ciekawe, co wymyślą w sprawie rzekomego potomka Maesa? Zapewne każą Melosowi, by się przez kogoś ostrożnie rozeznał, czy ma to jaką przyszłość.

Co więc cesarskie, oddam cesarzowi, a co rodzinne – rodzinie. Lecz zostanie jeszcze to, co moje własne. Uczeń Strabona winien jest wszak zdać sprawę i z tego, co poznał w świecie dotąd nieznanego, niepewnego, co ma – lub mieć może – inny sens, niż tylko korzyści, liczone w złocie, czy polityce i podbojach. Oddam się więc dokładnemu spisywaniu tego, com widział w dalekich krajach, już tylko dla samej wiedzy i ku pożytkowi nauki. Zebrało się tego tyle, że będę miał zajęcie na wiele miesięcy, może nawet lat. Może wyjadę na czas jakiś do Aleksandrii, żeby tam przeszperać jeszcze jakie stare zapisy, zakopane w stertach zapomnianych zwojów. Tak czy owak, planowałem odsunąć się od spraw codziennych, by móc bez reszty poświęcić się zadaniu, dla mnie najważniejszemu w całej tej, rocznej już awanturze życiowej. A co będzie potem? Może znów puszczę się w jakąś nową przygodę? Fantazja podsuwała rozmaite pomysły, lecz czy można aż tak daleko patrzeć w przyszłość, nie wiedząc, czym skończy się najbliższy dzień i miesiąc?

Pierwsze, co nas teraz czekało, to wydostanie się ze zbiegu dwóch tutejszych wielkich rzek i wyjście na drogi, wiodące na zachód, a potem na północ doliną Eufratu. Po dłuższym zastanowieniu dałem sobie spokój z zatrzymywaniem się w samej Seleucji i ominąłem ją  dużym łukiem, bez wjeżdżania do miasta. Od nastania Partów, straciła na znaczeniu, a dawna wielkość niedalekiego Babilonu była już tylko wspomnieniem. Ludzie rozproszyli się, pozakładali mniejsze miasteczka, wszystko jakby się rozdrobniło, rozmyło, utraciło znaczenie i impet. Bogactwo z ziemi i handlu zagarniali nowi panowie, wespół z Grekami, którzy zachowali silną tu pozycję, mimo iż utracili wiele praw.

Podobnie i Żydzi, dotąd wielce znaczący, musieli spuścić z tonu, zadowalając się resztkami dawnych wpływów. Przenieśli się gromadnie do jednego z pobliskich miasteczek i trwali w przyczajeniu, by, przy pierwszej nadarzającej się okazji, odzyskać je i w dwójnasób wynagrodzić sobie ponoszone teraz straty. Trzeba przyznać, że wymyślili to bardzo dobrze, bo wokół sporego dopływu Eufratu, zwanego Benditem, przekopano znakomite kanały wodne, zapewniające urodzajność ziemi, a więc i obfitość darów natury. Chytrość polegała też na tym, że dzięki owym zaletom miejsce to było znakomitym postojem dla wędrownych kupców, z których, oczywiście, zdzierano niebagatelne opłaty miejskie. W moim odczuciu miasteczko to czekała znakomita przyszłość.

Po latach wojen i zamętów wszystko się tu przemieszało, lecz dostatek nie zmalał, gdyż kanałów dla upraw i hodowli było mnóstwo, a dzięki niezłym drogom towary szły wzdłuż Eufratu swobodnie i w dużych ilościach. Schodzą się tu szlaki z wszystkich stron świata, wiodąc do Syrii i Aleksandrii, a stamtąd już do Grecji i Rzymu. Oprócz tego, co przybywa z daleka, handluje się wszystkim, co rodzi ziemia. Budują tu też doskonałe łodzie, zwłaszcza w mieście Is, gdzie kopie się specjalne mazidło do ich uzdatniania i uszczelniania. Fetor z tego jest w okolicy wielki, ale zysk również, więc okoliczna ludność ma się całkiem dobrze i wcale z tego powodu nie narzeka.

Osady, miasta i miasteczka ciągnęły się jedne z drugimi, a granice między nimi dawały się poznać jedynie po odmienności plemion je zamieszkujących. Jechaliśmy spokojnie, bez przygód, raz tylko przyszło mi posłużyć się pierścieniem Tamisa, dla wywinięcia się z małej opresji w pewnej miejskiej gospodzie, w której stanęliśmy na noc.

Z jakiegoś błahego powodu doszło tam do strasznej bójki miedzy miejscowymi. Było zamieszanie, dwa trupy, przybyła straż, która po uspokojeniu walczących zaczęła uważnie przyglądać się obecnym przy tym widowisku. Byliśmy jedyni obcy, wiec chciano nas zabrać gdzieś na spytki, co nie wróżyło nic dobrego. Po wyjściu na zewnątrz odciągnąłem dowódcę na bok i bez zbytnich wstępów pokazałem mu tamisowy znak. Spojrzał spode łba, nic nie powiedział, potem skłonił się i puścił wolno, o nic już nie pytając. Widziałem, że robi to niechętnie, bo choć nic przeciw nam nie miał, zapewne liczył, ze z mocy swej tu władzy oskubie nas na jakieś pieniądze.

Niezwykłą osobliwością tamtejszych ludów jest oddawanie czci dziesiątkom bóstw, właściwie od wszystkiego – od każdego owocu, rośliny, zwierzęcia, nawet od gospodarskich sprzętów i garnków. Mimo tej obfitości sił wyższych ludzie się w nich nie gubią, wiedzą, co, kiedy i któremu złożyć w ofierze, choćby i najmniejszej. Wszelako nad wszystkimi wynoszą się bogowie tu odwieczni, przede wszystkim Marduk, Isztar, zwana tez Inaną, i Aszszur. Marduk to jakby nasz Jowisz, Aszszur to perski Mazda, a Isztar – Wenus. Ich świątynie i ołtarze, budowane od wieków, nowi zdobywcy i panowie oszczędzają, bo sami nie mają zbyt wiele w zamian do zaoferowania.

Nie wróży to im dobrej przyszłości, gdyż sama siła, by trwać, musi nieść ze sobą własny zamysł, większy, niż samo tylko branie łupów i ściąganie podatków. Ku mu memu zdumieniu, złapałem się na tym, że w tym osądzie powtarzam opinię Marosa z Cypru o Rzymie. Jako Grek, ma nas za odmianę barbarzyńców, co w rozmowie z nim wzbudziło mój gwałtowny sprzeciw. Lecz w drodze, w Syrii i Medii, przekonałem się, że tam, gdzie zdobywamy nowe ziemie, niewiele różnimy się od Partów w Persji i innych podbitych przez nich krainach. Kto poprzestaje tylko na rozboju, niczego trwałego nie stworzy.

Czymże jest więc barbarzyństwo? Czy tylko niszczeniem, dzikością życia i obyczaju, zwykłym używaniem tego, co się ma, lub zdobywa dla siebie za wszelką cenę? Czy może brakiem jakiegoś szczególnego tworzywa dla własnego świata, łączącego ludzi we wspólnoty? Łodzie z Is dlatego są tak dobre, że nasyca się je owym naturalnym spoiwem, dzięki któremu łatwo się nie rozpadają, ani nie nabierają wody Nie sztuka złożyć drzewo w jeden statek, rzecz w tym, by nie tonął sam z siebie.

Wielość bogów nikomu tu nie przeszkadza. Oczywiście, kapłanów, czyli – jak ich tu zwą – eribów, nie brakuje, bo tam, gdzie bogato, tam zawsze ich pełno. Jednakże ludzie układają się zgodnie, każdy ma to, co jego z urodzenia i zwyczaju, także to, co sam zechce sobie wybrać do ochrony i protekcji w każdej sprawie. Partowie korzystają z wszystkiego po trochu, ale głównie zdają się na bogów perskich, bliższym zarówno im, jak Medom, których tu jest wiele odmian. Tylko w dużych miastach poddali się żywiołom greckim, ale prosty lud jest Grekom niechętny, rad z tego, ze ukrócono ich rozpanoszenie się w obrocie towarami i złotem. Prawda, że zdany jest na nich w naukach, budowaniu i sztuce medycznej, lecz tylko miedzy możnymi. Grecy przejęli umiejętności po Babilonii, lecz nie ze wszystkim, gdyż wiele z dawnej wiedzy nadal zazdrośnie przechowywane jest w niedostępnych im świątyniach.

Przyglądałem się również rozmaitym miejscom, ważnym z powodów wojskowych, a to przez wzgląd na obietnicę, jaką dałem Korbulonowi. Drogi mają o wiele gorsze od naszych, ale mosty nie najgorsze i dobrze bronione. W miastach są mocne mury, trafiają się fortece, nieduże, ale zmyślnie położone. Mimo wszystko, zdobyć je można łatwo, byle tylko nie zrazić ku sobie mieszkańców, bo ci po większej części Partów nie lubią i łatwo dadzą się przeciw nim przekupić. Agis twierdził, że mądry wódz miałby tu szanse na łatwe zwycięstwa, byle umiał się z nimi dogadywać. Nie znam się na taktyce wojennej, wiec wierzyłem mu na słowo, tym bardziej, że – jak dla mnie – mówił zbornie i sensownie.

Trzymaliśmy się partyjskiej strony Eufratu, gdyż po drugiej stronie rozciągały się ziemie najrozmaitszych plemion pustynnych, wojowniczych i wszystkim niechętnych. Tworzyły jakby osobne, małe księstwa, skłócone ze sobą, lecz dla jakich racji – tego nie sposób było dokładnie się wywiedzieć. Zapewne szło o to samo co zawsze, i wszędzie – o zyski i łupy z rozbojów, także o te kawałki ziem, na których cokolwiek rosło i dawało się hodować. Wyrozumiałem sobie, że, tam górą są chyba ci, którzy mają własny i swobodny dostęp do wody. Ale były to tylko moje wyobrażenia, bo wiedzę o nich miałem więcej niż skąpą, nie mówiąc już o znajomości ich mowy.

Choć chciałem trzymać się ułożonego wcześniej planu powrotu, to jednak bogowie znów niespodziewanie wtrącili się w nie i wszystko mi odmienili, a to za sprawą pewnego człowieka, którego spotkałem w wielkim i słynnym mieście Dura, z grecka nazwanym Europos. Pobudowane na dużym wzniesieniu, również bez ładu i składu, mimo partyjskiej władzy wydawało się jednym wielkim pomieszaniem tego, co greckie, perskie i żydowskie, nawet syryjskie. Tu czuło się wielkie bogactwo, panował ogromny ruch, ale drapieżny, rozbójniczy, bez owego spokoju, jaki daje dostatek, niezagrożony otwartym łupiestwem. Miałem nieodparte wrażenie, że nad całą okolicą unosiły się demony chciwości, zawiści, podejrzliwości i podstępności. Było kolorowo, lecz nazbyt dla mnie wyzywająco, krzykliwie na pokaz, jakoś oszukańczo. Coś odpychało od tego miasta, nakazywało też ostrożność w poruszaniu się po nim. Zwykle lubiłem szukać znajomości w nowych miejscach, wdawać w rozmowy, tu natomiast wolałem tylko przyglądać się i nie odpowiadać na przypadkowe zaczepki.

Zdarzyło się jednak, że w dwa dni po przybyciu, odpoczywałem po południu przed gospodą, w jakiej stanęliśmy, zadowolony z łaźni, z jakiej właśnie wróciłem. Spostrzegłem obok mnie mężczyznę, skromnie odzianego, który zdawał się całkowicie nie przejmować tym, co dzieje się dokoła. Ponieważ zaciekawił mnie nieruchomym spokojem, oszczędnością ruchów, obojętnością w patrzeniu na otoczenie, wiec zacząłem w duchu zgadywać, kim też mógłby być. Widocznie wyczuł, że mu się przyglądam, bo spojrzał w moją stronę, odruchowo, zrazu bez większego zainteresowania. Tak już jednak bywa miedzy ludźmi, że pewne rzeczy dzieją jakby same z siebie. Drobne, mimowolne gesty, wyraz twarzy, skupienie wzroku i wiele innych jeszcze, podobnych drobiazgów powoduje, że w takich sytuacjach wyczuwamy albo odpychającą obcość, albo szczególne podobieństwo myśli i natury z nieznajomym, skłaniające do zastanowienia, czy aby nie warto wymienić z nim kilka słów. Tak też stało się i tym razem – to drugie przeważyło.

Jak skała z Magnesji, która podobno ma duszę i przyciąga pewne metale, a innych nie, tak samo przyciągają się pewne charaktery, choć właściwie nie wiadomo, na czym to polega. Od rzucanych, zdawkowych półsłówek do słów, od słów do krótkich zdań, potem do  żartobliwych uwag o tym, co akurat widać na ulicy – i rozpoczęła się rozmowa. Niezobowiązująca – ale wciągająca, powolna – ale nie leniwa, ostrożna – lecz bez podejrzliwej czujności. O nic się nie wypytywaliśmy, lecz i nie stroniliśmy od dzielenia się rozmaitymi, acz zdawkowymi porównaniami do własnych doświadczeń. Szybko wiec wydało się, że obaj dużo wędrujemy i że wiele widzieliśmy. Bez chwalenia się, oszczędnie wtrącaliśmy krótkie wspominki ze swych co mniej znaczących przygód, raczej wesołych, niż poważnych. Jednym słowem, ani się spostrzegliśmy, jak gawędziliśmy swobodnie, ot, dla zabicia czasu i zwykłego odpoczynku.

Ze strzępów tego, co mówił o swym podróżowaniu domyśliłem się, że wiele chodzi po okolicznych szlakach, głównie po drugiej stronie Eufratu.  Zatem, albo to handlarz, albo przewodnik, bo na zbrojnego nie wyglądał. Lecz czy handlarz siedziałby tak bezczynnie i jeszcze zabawiał się rozmową z nieznajomym, z którym nie ma żadnych spraw? Odrzuciłem też myśl, że mógłby być człowiekiem jakiej świątyni, wędrownym kapłanem, niskim urzędnikiem. Pozostawał jeszcze uczony, artysta, lub budowniczy, lecz sposób wysławiania się nie wskazywał na kogoś szczególnie wyedukowanego. Postanowiłem zaryzykować.

– Duża jest twoja znajomość świata i ludzi – rzuciłem ostrożnie, lecz bez pochlebstwa w głosie. – Lubisz wędrować.

– Robię, co umiem, I co daje zarobek.

– Jesteś przewodnikiem?

– Zgadłeś.

– Stąd?

– Z Tadmur.

– Czyje to miasto? – oszukałem w pytaniu, bo przecież widziałem, że swego czasu Germanik zajął je dla Rzymu. Dzisiaj nazywamy je Palmyrą.

– Swoje. Było, i jest swoje – rzucił wyzywająco.

Nie przeczyłem, by nie zadrażniać dumy, jaką okazał. Zastanowiło mnie, co tu robił? Skoro przyjechał, to zapewne będzie wracał. Może wtedy zabrałbym się z nim? Do Antiochii jest jeszcze dobre dwa miesiące podróży, potem podróż morzem do Aleksandrii, a stamtąd do Rzymu. Dużo tego.

– Daleko stąd?

– Kilka dni. Sześć, siedem, nie więcej.

– A stamtąd do Tyru? Albo do Judei, do Cezarei? – przypominałem sobie zapisy Strabona.

– Do Damaszku drugie tyle, a do Judei już mniej.

Gdybym wybrał taką drogę, to, licząc wszystko razem, skróciłbym podróż prawie o połowę. Nadto w Damaszku, wedle ugody z Rzymem przeciwko Partom, stoją rzymscy legioniści, więc mógłbym szukać u nich wsparcia. Wszak wciąż miałem list Tyberiusza. Dzięki temu mniej by mnie ta droga kosztowała. Samemu iść na pustynię niepodobna – ale gdyby zabrać się z tym tu człowiekiem, przynajmniej do Palmyry? Może czeka na jakich chętnych?

– A czemu pytasz? – jakby czytał w moich myślach.

– Zastanawiam się, jak najszybciej dostać się do Grecji, albo Rzymu.

– Daleko.

– Drogo?

– Nie mało.

– Co byś radził?

– Strasznie kręcisz – zaśmiał się. – Powiedz od razu, że chciałbyś kogo nająć.

– Nie mam za dużo pieniędzy.

– Ale jakieś masz?

– Nie wiem, czy starczy? Przecież potem też trzeba żyć. A jest nas dwóch – wskazałem na Agisa, który w międzyczasie dosiadł się do nas, i popijał coś, przysłuchując się w milczeniu rozmowie.

– A ile możesz dać?

Wymieniłem skromną sumę, co go wyraźnie rozbawiło. Przyjrzał mi się, podrapał w głowę, jakby coś przemyśliwał.

– Bogaty nie jesteś. Ale może znajdzie się sposób.

– Jaki?

Krótko wyjaśnił, w czym rzecz. Otóż przysłał go bardzo bogaty kupiec z Palmyry, by w przydanej eskorcie dowiózł stąd młodą dziewczynę, umówioną mu za żonę. Rodzina wyszykowała narzeczoną, i za dwa-trzy dni dziewczę wyrusza do przyszłego męża, w towarzystwie brata i kilku własnych zbrojnych,. Wszystko jest już domówione, zapłacone, przygotowane.

– Jeśli się zgodzą, mógłbyś się z nami zabrać. A my dogadamy się miedzy sobą. Co zapłacisz, to mój dodatkowy zysk.

– Co to za ludzie?

– Bogacze. I jedni, i drudzy. Teraz przez małżeństwo łączą interesy.

– Tak się często robi.

– Nie moja sprawa. Najęli mnie, bo jestem najlepszy.

Pomysł wydał mi się obiecujący, lecz czy się uda?? Kto zechce zabierać ze sobą obcego w tak szczególna podróż? Ale czemu by nie spróbować? Najwyżej mi odmówią.

Stanęło na tym, że zgodził się zaprowadzić mnie pod dom owych ludzi, a tam już miałem radzić sobie sam.

– Może ci się uda – rzekł, gdy następnego dnia, około południa, doszliśmy przed okazałą rezydencję w samym środku miasta. – Znajdź sobie jakiś dobry powód dla swej prośby.

– Co by się nadało?

– Nie wiem. Ale to ludzie próżni, lubią, jak im nadskakiwać.

Długo trwało zanim przebiłem się przez służbę, ale w końcu stanąłem przed miejscową znakomitością, kupcem – oczywiście, greckiego pochodzenia – który łaskawie zechciał mnie wysłuchać. Przedstawiłem się jako marnotrawny syn rzymskiego handlarza, powracający z dalekiej drogi, od Syrii po Partię. Wyjaśniłem, ze szukałem tam okazji, by wybić się w rodzinie na samodzielność, tyle że niezbyt mi się to powiodło. Starałem się jak najmniej kłamać, raczej zatajałem prawdę, mówiąc o sobie tylko tyle, ile wystarczyło, bym wyglądał wiarygodnie

Schlebiałem mu, acz bez uniżoności, wtrącając niekiedy uwagi o jego wielkim rozumie, planującym tak znakomity pomysł łączenia sił w interesach. Sprawa była tu powszechnie znana, więc moje słowa nie wzbudziły w nim żadnego podejrzenia. Udało mi się wywrzeć wrażenie, iż mam jakie takie rozeznanie w tych sprawach i podziwiam rozmach podjętego przezeń zamysłu. Cóż, gdy należycie schlebiać głupcom i pyszałkom, kupią najlichszy nawet towar, byle go odpowiednio wystroić i przyozdobić. Jednym słowem, obłaskawiłem go na tyle, że spoglądał już na mnie dość przychylnym okiem, choć wciąż nie bez pewnej nieufności. By nie wyjść na pochopnego w decyzji, marudził, podpytywał, okazywał różne wątpliwości. Ustąpił wreszcie, gdy oznajmiłem, że mam nieco pieniędzy, by zapłacić za siebie i swego sługę.

– To jest was dwóch? –zaniepokoił się.

– Mój towarzysz to bardziej przyjaciel, który mnie chroni, bo to dawny żołnierz. Służył w legiach, ale to Grek – dodałem, wiedząc, że ten argument, choć głupi, może mieć swoją wagę. Nie myliłem się.

– Grecki żołnierz! Dobrze wyćwiczony w Rzymie!. Przyda się jeszcze jeden, jakby co – wyraźnie mu się to spodobało, nadto od razu dostrzegł w tym dla siebie korzyść, i to darmową.

Ostrożnie, by nie go spłoszyć, zapewniłem o wielkiej wdzięczności, jeśli da zgodę na moją prośbę. Nie targowaliśmy się o pieniądze, więc nie było powodu do sporów.

– No, dobrze – rzekł na koniec, patrząc, czy należycie doceniam jego wspaniałomyślność. – A wiesz, może nawet mi się kiedyś nadasz – dodał wyniośle.

– Chętnie odwdzięczę się, stosownie do twej wielkiej, zaiste, przychylności. Na czym miałoby to polegać? – spytałem, nie dając poznać po sobie zdziwienia.

– Mam pewne plany. Daleko sięgają, nawet wprost do rzymskich faktorii w Egipcie i Syrii. Skoro twoja rodzina zajmuje się handlem, to niewykluczone, że kiedyś mi się do tego przyda. Dam wam szansę i wyjdzie na to, że twa wyprawa okaże się nie tak całkiem nieudana? – zarechotał z lekceważącą wyższością w głosie.

Czyż to nie fantastyczny wręcz zbieg okoliczności, że oto ja, Tycjan, stoję niczym marny klient, przed kupcem z dalekiej prowincji, który, być może, za jakiś czas, będzie szukał naszej protekcji i sam kłaniał się przed nami, prosząc o wsparcie? Czy to rzeczywiście tylko przypadek?  Wczorajsze spotkanie przewodnika z Palmyry, w tamtej chwil, w moim pojęciu, przypadkowe, przyniosło niespodziewany skutek, jakim będzie skrócenie podróży i przejazd przez tajemniczą i groźną pustynię. Czy z tego wynika, że bogowie postanowili skierować me kroki właśnie tam? Jeśli tak, do w jakim celu?

– Będzie to dla nas zaszczyt, panie – nie wychodziłem z roli skromnego petenta. Wyobraziwszy sobie jednak, że kiedyś przyjdzie mu stanąć naprzeciw tycjanowskiej potęgi – i jak wtedy zdziwi się, gdy usłyszy, z kim miał kiedyś do czynienia – omal nie wybuchnąłem śmiechem.

Wezwał syna, który miał wieść siostrę do Palmyry, i wydał stosowne polecenia. Ostrzegł mnie przy tym, bym nie ważył się zbliżać do jego córki, bo zostanę natychmiast skrócony o głowę. Mam mieć własne zapasy, zwłaszcza sól, bo potrzebna jest, by przetrwać gorąco podczas jazdy. Wszystkie ich pouczenia przyjmowałem z należycie okazywaną powagą, choć nie wiem, kto tu kogo miałby uczyć praktyki wędrowania. Kto doświadczył jazdy przez perskie stepy i pustynie, niczego nowego już dowiedzieć się nie może. Na koniec powiedziano mi gdzie i kiedy mam się stawić, by dołączyć do wyjazdowej grupy. Po licznych ukłonach i wyrazach wdzięczności, wyszedłem z lekkim sercem, i głową, pełną wesołych myśli.

Gdym oznajmi nowinę czekającemu nieopodal przewodnikowi, tylko się roześmiał. –  Musisz być niezły, skoro przekonałeś tego pyszałka – spojrzał na mnie z uznaniem, ale i sympatią. – Ale i tak mi zapłacisz, Choćby za pomysł.

Tak to już jest, że nic nie ma za darmo na tym świecie. Prawdę mówiąc, pieniądze nie były aż takim problemem, jak to przedstawiałem. Wszak mieliśmy luzaka, którego mogłem w każdej chwili sprzedać. Trzymałem go na czarną godzinę, więc gdyby przyszło co do czego, nie byłoby zbyt wielkiego kłopotu, choć wyzbywanie się resztek dobytku rozsądnym nie jest. Byle do Damaszku – a tam już jest nadzieja na rzymskie wojsko, więc i nasze bezpieczeństwo.

45. Na skróty

Dopuszczenie mnie do owej szczególnej karawany, z jednym tylko towarem na grzbiecie specjalnie przysposobionego kamelosa, było korzystne, aczkolwiek bardzo dla mnie niemiłe w stosunkach podróżnych. Traktowano nas podle, a synalek bogacza, przy byle okazji okazywał swą wyższość i nie pozwalał zapomnieć o łasce, jaką nam wyrządził jego ojciec. Pocieszałem się, że to tylko kilka dni, lecz złość we mnie narastała, i gdyby nie Agis, pewnie dałbym jej upust, nie bacząc na konsekwencje. Podobnie przewodnik, choć do niczego się nie wtrącał, gdy tylko mógł dawał po cichu znaki, bym zachował cierpliwość. Pokora wobec losu, niekiedy bolesna, to jedna rzecz, ale znoszenie bezczelności takiego chłystka, nawet jeśli z konieczności i wyrachowania, to wielka sztuka życia. Co innego ostateczność, na którą nie ma się wpływu, a co innego poddawanie się okolicznościom, które samemu się wybrało.- choćby i nieświadomym ich okropności.

Osobliwie więc, niejako nawet wbrew sobie, cieszyły mnie trudy podróży, gdyż zmęczenie zniechęcało do rozmów, nakazywało oszczędnie szafować siłami, a gdy już dochodziło do wymiany zdań, bywały one krótkie i zdawkowe. Trzymaliśmy się z boku, ostentacyjnie unikając zbliżania do kamelosa, wiozącego dziewczynę, a i do samego jej braciszka. Dwa razy nocowaliśmy w szczerym polu, trzy razy – w małych oazach. Tam też pokazywano nam, gdzie nasze miejsce, do wody dopuszczano na samym końcu, nawet po zwierzętach. Jedyną osobą, z którą się zbliżyłem, był przewodnik, chętnie słuchający opowieści o dalekich szlakach i dopytujący o rozmaite, a interesujące go szczegóły tamtych dróg. Prędzej już Agis znajdował zrozumienie u strażników, którzy uznali w nim doświadczonego żołnierza, mnie natomiast uważali wszyscy za marnego kupczyka, któremu z pańskiej łaski trafiła się okazja do taniego przejazdu przez pustynię.

Kobieta była nieznośna, bo co i rusz znajdowała pretekst do odpoczynku, kaprysiła i kazała się obsługiwać, niczym księżniczka w pałacu. Krzywiła się na każdą niedogodność, piszczała na widok pustynnego robactwa, omdlewała przy byle powiewie piaskowego wiatru. Jej przyszły mąż już na wyrost wart był współczucia – chyba że okaże stanowczość i twardą ręką poskromi tę próżną naturę. Mimo woli wspominałem Aszę, jej wytrzymałość, pomocność w podróży, nie mówiąc już o usposobieniu i naszych uczuciach. Choć od rozstania ze scytyjską wojowniczką minęło wiele czasu, wspomnienia wciąż powracały z dużą siłą. Dzika, barbarzyńska, lecz jakże była odmienna od tego rozpieszczonego dzieciaka w kobiecych szatkach.

Z wielką ulgą przyjąłem pierwsze oznaki zbliżania się do Palmyry, a gdyśmy już wjechali do miasta, pożegnałem się chłodno z pyszałkowatym młodzieńcem, wszelako, dla zachowaniu pozorów grzeczności życzyłem powodzenia siostrze, prosząc także o przekazanie wyrazów wdzięczności dla jego ojca. Odprawił mnie niczym udzielny książę, ja zaś dziękowałem bogom, że nareszcie skończyła się ta męka.

Inaczej miała się sprawa z naszym przewodnikiem. Polubiliśmy się, choć bez wylewności, jeszcze w drodze radził mi, gdzie się zatrzymać, na co uważać, co warte obejrzenia. Doskonale wyczuwał, że nie jestem tym, za kogo się podawałem, nawet trochę z tego kpił, gdyśmy byli sami na osobności.

– Chytry z ciebie człowiek. Zagadkowy. Skoro przejechałeś tak szmat drogi, zdrowo i w jednym kawałku, to dalej też nie zginiesz – powiedział któregoś dnia, słuchając mych wspominków z dalekich stron.

Przed dojazdem do miasta zaczęliśmy rozmowę o zapłacie. Nie targowaliśmy się zbytnio, ot, tak, dla zachowania zwyczaju. Przy okazji pochwaliłem jego pewność w prowadzeniu nas przez  kamienną i piaskową krainę, co przyjął jak rzecz mu należną, bez fałszywej skromności, ale i bez zarozumiałości.  Spytałem, czy ma syna, następcę.

– Czemu pytasz?

– Wszyscy przewodnicy, jakich gdziekolwiek spotkałem, szli z synami. Przyuczali ich. A ty jesteś sam.

– Mam. Też przyuczałem. Teraz dorósł.

– Chodzi już sam?

– Jeszcze nie. Ale zacznie.

Gdy rozstawaliśmy się, poprosiłem go o radę w sprawie sprzedaży konia. Pieniędzy zostało już mało, i kto wie, ile jeszcze przyjdzie zapłacić, i komu, za drogę do Damaszku. Sam przecież nie dałbym rady. No, i jeszcze trzeba było gdzieś się zatrzymać na najbliższe dwa-trzy dni. Powiedział, gdzie szukać gospody i handlarzy.

Powiesz, że cię przysyła Szapur, znają mnie – to dziwne, ale dopiero teraz poznałem jego imię. – Oszukają, ale nie tak, jak pierwszego lepszego obcego. A karczmarz lepiej cię obsłuży.

– Gdzie znaleźć kogo taniego, kto nas przeprowadzi dalej?

Spojrzał, zamyślił się, jakby coś kalkulował. Znał tu wszystkich, chyba zastanawiał się, kogo polecić.

– Za dwa dni czekaj na mnie w gospodzie, po południu. Coś wymyślę – tajemniczo się uśmiechnął

– Nie wiem, jak ci się wywdzięczę.

– Wiem, co robię.

Stało się tak, jak mówił. Zaraz po przyjeździe od razu poszedłem do łaźni, żeby zmyć brud i zmęczenie po pustynnej jeździe. Sprawiło mi to ogromna ulgę, ale rozleniwiło na tyle, że nigdzie już się po południu nie wybrałem. Wcześnie ległem spać, a wygodne łoże bardzo dobrze mi się nadało po wielu dniach mordęgi w siodle i znoszeniu humorów obrzydliwego rodzeństwa. Następnego dnia, z samego rana, poszliśmy na skraj miasta, gdzie w sąsiedztwie zwierzęcego targu odnalazłem polecanych handlarzy, i u jednego z nich, dzięki poleceniu Szapura, sprzedałem konia za całkiem znośną cenę. Nie było co wybrzydzać, bo zwierzę swoje przeszło i nie prezentowało się zbyt okazale. Agis trochę kręcił głową, mówiąc, że dałem je za pół darmo, lecz nie było dużego wyboru. Ważne, że mieliśmy teraz pieniędzy dość, by, wydając je oszczędnie, spokojnie myśleć o zakończeniu podróży aż w Cezarei.

Przez dwa kolejne dni włóczyłem się po Palmyrze, co raz popadając w duże zdziwienie. Była swego rodzaju wybrykiem natury, czymś na podobieństwo gigantycznej oazy w środku pustyni. Wody miała w bród z sąsiednich wzgórz i podziemnych studni, gorzej z jedzeniem, gdyż mało co rosło w pobliżu. Podobnie jak Dura, pobudowana była dziwacznie, bez prostej kolumnady, z ulicami, biegnącymi byle jak. Agora i forum nijak miały się do siebie, a domy, i te bogate, i te uboższe, postawiono gdzie popadło. Powiedziano mi, że zmienność i rozrzucenie zabudowy brały się z konieczności przystosowania życia do naporu pustyni, podobnie jak w miastach, które poznałem wcześniej na szlaku baktryjskim.

Obejrzałem sobie wielką świątynię Bela, starożytnego boga, ni to babilońskiego, ni to perskiego, pana ziemi i władcy demonów. Robiła wrażenie, lecz bardziej jako budowla, niż miejsce, chętnie nawiedzane dla składania ofiar. Miejscowi mało chyba przejmowali się swymi bóstwami, bardziej ze zwyczaju, niż z głębokiej do nich czci. Wszystkim rządził tu handel i pieniądz, złoto i towary płynęły zewsząd i odpływały w każdą stronę świata. Schodziły się tu drogi także i od morza południowego, a wiec i to, co zza niego przywożono. Od czasów odważnego żeglarza Hippalusa szły tędy rzadkie dobra od Indów, co dawało pośrednikom i kupcom ogromne zyski. Widziałem takie ilości korzeni, kamieni, balsamów, kadzideł i innych rzadkości, za jakie można by kupić pół Rzymu. Trafiał tu także i jedwab, który zaraz wykupywali Fenicjanie, by barwić go u siebie w Tyrze i Sydonie. Słowem, w tak małym mieście było tak wiele bogactwa, że trudno się dziwić, iż od dłuższego czasu biliśmy się z Partami o panowanie nad nim – zresztą, z całkiem niezłym, jak dotąd, skutkiem.

Trzeciego dnia, po południu, w towarzystwie Agisa czekałem na Szapura przy stole przed gospodą, tak jak się wcześniej umówiliśmy. Zobaczyłem jak nadchodził i od razu domyśliłem się, co mi szykuje. Szedł z nim bowiem młodzieniec, który ani chybu był jego synem, wyuczonym przez ojca do zawodu przewodnika. Podeszli, usiedli, po powitaniu podziękowałem za rady, jakich mi udzielił.

– To mój syn, Temar. Jeśli się zgodzisz na młodzika, to pójdzie z tobą do Damaszku – szybko przystąpił do rzeczy.

– Jeśli za niego ręczysz, to czemu nie?  – trochę mnie zaskoczył.

– Dorósł, to i pora, żeby zaczął chodzić sam. Droga łatwa, na początek w sam raz.

– Ile weźmie?

– Mniej niż ja bym wziął, ale nie za mało. Sprzedałeś konia, więc cię stać – dodał ze swoim kpiarskim tonem w głosie.

Cóż było robić? Chłopak dojrzał, a padło na mnie, żeby się wykazał. Odmówić nie mogłem, nie wypadało, choć nie ukrywałem niepewności.

– Mam nadzieję, że pójdzie dobrze – rzekłem ni to do ojca, ni do syna. – Kiedy ruszamy?

– Choćby i jutro – odparł ten drugi. – Ale lepiej sprawdzić, czy jest wszystko, co potrzeba.

– Domówicie się z mym towarzyszem, a potem zdecydujemy – spojrzałem na Agisa, który kiwnął potakująco głową.  Wiedziałem, że dogada się z chłopakiem, może nawet tak, jak niegdyś z Dolanem.

Na tym skończyliśmy rozmowę o tej jakże ważnej dla mnie sprawie. Agis z Temarem odeszli na bok i do koni, by omówić co trzeba, ja zaś wdałem się z  Szapurem w swobodną pogawędkę przy winie. Rozbawił mnie opowieścią o tym, jaki podniósł się rwetes, gdy rozkapryszona narzeczona, po dojechaniu na miejsce przeznaczenia, natychmiast zaczęła okazywać swe humory i żądania.

– Głupia kobieta, a jeszcze głupszy ten, kto ją sobie wziął – skwitował zakończenie tej historii.

– Czego się nie robi dla pieniędzy? – wtrąciłem sentencję znaną, ale zawsze aktualną.. – Ona wie, co jest warta przez swojego ojca, a on ma nadzieje na duże zyski.

– Z takim demonem w domu i zyski mu nie pomogą, bo wszystko z niego wyciągnie. Dobrze, jeśli ich nie przetraci..

– Podoba mi się twój syn – zmieniłem temat. – Jeśli będzie tak dobry jak ty, możesz być o niego spokojny.

– Jestem spokojny – rzekł z wyczuwalna ojcowską dumą.

I tak, przerzucając się różnymi jeszcze rozmówkami, w końcu rozstaliśmy się, życząc sobie tego, co dla każdego z nas najlepsze. Krótka ta znajomość sprawiła mi wiele zadowolenia, nie tylko z powodu szczęśliwego znalezienia przewodnika. Szapur był człowiekiem ciekawym, małomównym, ale z dużym rozsądkiem życiowym, w istocie z życzliwością, skrywaną pod maską ironicznej obojętności. Bez wątpienia, widział niejedno, mało co mogło go już zadziwić czy zaskoczyć, brał świat takim, jakim jest, bez specjalnego nad nim rozprawiania, utyskiwania na ludzi, czy użalania się nad własnym losem.  Miał w sobie coś z ludowego filozofa, nieuczonego, ale rozumnego, nie szukał zbyt wiele, ale wiele miał w sam w sobie.

Wrócił Agis, oznajmiając, że jest zadowolony, bo na jego ogląd chłopak zna się na rzeczy.

– Az rwie się do tej wyprawy, chce już wyjść spod ręki ojca. Będzie starał się pokazać, co jest wart.

– Oby z dobrym skutkiem.

Wyjechaliśmy w dwa dni później, o świcie. Na moje oko droga była łatwiejsza, niż poprzednia, miejscami na tyle wychodzona, że trudno byłoby zgubić kierunek. Młodzieniec, zrazu nieco speszony, dokładnie sprawdzał znaki, po jakich go rozpoznawał, i z każdą chwilą nabierał pewności siebie. Bardziej rozmowny, niż ojciec, wiedząc, że długo wędrowałem, sam zagadywał o dalekie kraje, także o osobliwości dalekich szlaków. Przy mnie powściągliwy i uważny w słowach, z Agisem rozmawiał swobodniej, czując w nim życzliwą mu duszę. Stary wojak, ojciec dobrze już wyrośniętych synów, obłaskawił go do siebie prostą, szczerą życzliwością, także objaśnianiem wielu praktycznych drobnostek z ekwipunkiem i jazdą, w czym miał przecież ogromne doświadczenie. Po prawdzie, mógłby się najmować jako dobry pedagog dla młodych chłopców z najlepszych nawet rodzin. Gdy mu to powiedziałem w żartach, roześmiał się zadowolony z pochwały, lecz zaraz pokręcił głową.

– Do tego trzeba nie tylko ojcowskiej ręki, ale i dobrej matki. Bez mojej kobiety sam bym sobie z moimi nie radził.

Ta odpowiedź skłoniła mnie do zastanowienia się nad zdrowym rozsądkiem zwykłych ludzi, nieraz skuteczniejszym, niż najmądrzejsze rady filozofów. Ci drudzy zwykli rozprawiać szumnie, gdy jednak przychodzi do radzenia sobie w codzienności, stają bezradni, gdyż, zanim rozważą swoje teorie i sylogizmy, sprawy szybko im uciekają, rozwiązując się same, zwykle wbrew temu, co głoszą, czy czego oczekują. Przypomniałem sobie Żydów w Tarsie przy studni i ich deliberowanie nad mądrymi regułami w sytuacji, w której wystarczyła tylko chwila zastanowienia i odrobina dobrej woli, by ją po ludzku rozwiązać. Tak to małe rzeczy, zestawiane ze sobą, pokazują ile daje się z nich wywieść dla ogólnej nauki o największych nawet życiowych problemach.

Bez nadmiernego pospiechu, ale i bez zwlekania, w kilka dni dojechaliśmy do Damaszku. Kilkakrotnie spotkaliśmy inne grupy podróżnych, idących w obydwie strony, zdarzyły się nawet krótkie z nimi rozmowy, bez wrogości, nawet podejrzliwości. Przekonałem się już dawno, że jest coś  takiego, jak wspólnota drogi, niepisany zwyczaj wzajemnego wspierania się, choćby i w drobnych gestach. Jeśli nie trafią się bandyci, pospolici rozbójnicy, wówczas zwyczaj nakazuje, by spokojnie zatrzymać się, wymienić kilka słów, rozpytać o okolicę, a gdy trzeba – w czymś wzajemnie pomóc, jeśli bez uszczerbku dla siebie.

Ludzie na szlakach rozpoznają, kto swój, a kto niepewny. To jakby osobne plemię szczególnych nomadów, ciągle w ruchu, do niego przypisanych z własnej woli, i – jak sadzę – z własnej, naturalnej potrzeby. Bez swego osobnego państwa, władzy i urzędów, za ojczyznę mają cały świat. Nieodparcie powracało we mnie pytanie, czy aby ja sam, choć rzymski obywatel, patrycjusz z wielkich Tycjanów, nie stałem się członkiem tej rozporoszonej społeczności, w niej znajdując większe upodobanie, niż w światku, z którego się wywodzę? Coraz bardziej czułem się do niej przynależny, swój wśród swoich. Tu byłem tylko Festusem, nieźle już sobie radzącym z trudami podróżowania, odnajdującym swe miejsce miedzy owymi osobliwymi wędrowcami z wyboru, nie konieczności.

Czy nie był taki Maes? Wszak zrezygnował z luksusów i pozycji dla tęsknoty za niezmierzoną przestrzenią, w której czuł się wolny, niepoddany rygorom światowej i towarzyskiej błazenady, gry o błyskotki. Zdobywał wielkie pieniądze, ale przecież na nich nie siedział. Były dla niego dodatkiem do życia, a nie życiem samym.

Jakże przenikliwie przejrzał mnie młody medyk i artysta w Antiochii, oddając w prostym szkicu to, co sam teraz dostrzegam w sobie, a co chyba upodabnia mnie do mego przodka. Może tak właśnie odzywa się – w dziwaczny, a i niepojęty sposób – krew partyjskich barbarzyńców i greckich zdobywców, biorąc górę nad rzymskim wychowaniem i ukształtowaniem charakteru? Czy skryta głęboko natura, przystrajana w rozmaite ozdobności, nie szuka dla siebie ujścia i w końcu je odnajduje, czyniąc z takich ludzi jak ja, swego rodzaju odmieńców we własnym świecie?

Z drugiej jednak strony nie wolno przecież lekceważyć dobrodziejstw, jakie daje wciąż doskonalący się umysł, zdolny poznawać i rozumieć zarówno siebie, jak i świat, w jakim żyjemy. To dzięki niemu oswajamy i jedno, i drugie, wyzbywając się zwierzęcej dzikości, nadto tworząc dzieła, poddające naszej woli drzemiące w naturze siły – na nasz pożytek, choć nieraz i zgubę. Łatwo mi deliberować nad wspaniałością wolnego wędrowca, gdy korzystam z pieniędzy rodzinnych, zdobywanych wszak przemyślnością bystrego rozumu i przy pomocy urządzeń, jakie dzięki niemu mamy. Jak więc Festus i Viatus maja się do Tycjana? Który mógłby bez którego – i bez czego – istnieć? I jak? W mych rozważaniach było sporo obłudy, lecz czułem, że jestem na dobrym tropie, by tę zagadkę rozwikłać. Tylko, czy jest ona w ogóle rozwiązywalna?

W Damaszku pożegnaliśmy się z Temarem, a ja, ze swej strony, dodałem w rozliczeniu jeszcze kilka srebrnych monet ponad to, na co się umówiliśmy, na dobry początek jego samodzielności. Z miejsca też zacząłem rozpytywać wokół, gdzie tu garnizon rzymskich żołnierzy. Ludzie patrzyli na mnie z niechęcią, unikali odpowiedzi, w końcu ktoś wskazał mi, gdzie ich szukać. Trochę trwało, nim odnalazłem wojsko, a tam zaraz kazałem prowadzić się do dowódcy. Przedstawiłem mu się prawdziwym imieniem, co nieco go zdziwiło, a już całkiem zgłupiał, gdym pokazał mu list z cesarską pieczęcią – prawda, że mocno już sfatygowany, lecz całkiem czytelny.

– W czym mogę ci pomóc, panie – nie zadawał zbędnych pytań, uznając słusznie, że i tak powiem mu tylko tyle, ile sam zechcę.

– Muszę jechać do Cezarei, do prefekta prowincji. Potrzebuje asysty, by dotrzeć tam jak najszybciej i najbezpieczniej – oznajmiłem tonem nieznoszącym sprzeciwu. Wysłannik cesarza powinien budzić szacunek, może żądać, z niczego nie musi się tłumaczyć – Jest ze mną jeszcze legionista z Syrii – dodałem, jakby Agis był czynnym żołnierzem, co było, oczywiście kłamstwem, ale przydawało mej tu obecności znaczenia jakby urzędowego, o sporym posmaku tajemniczości.

– To nie wiesz, panie, ze prefekta nie ma w Cezarei?  – spytał nieco nieufnie.

– Jadę z daleka, nie znam ostatnich nowin.

– Wyjechał do Jerozolimy na czas żydowskiego święta.

– Zatem i ja tam chcę jechać.

Trochę to gmatwało moje plany, ale niewiele, bo to przecież sąsiednie miasta, a dwa czy trzy dni zwłoki nie czyniło różnicy dla kogoś, kto przejechał pół świata. Zresztą, nie mogłem okazać wahania, bo miał wierzyć, że nie tyle Cezarea jest moim celem, lecz sam Piłat. Zagadkowy człowiek, z rekomendacją samego Tyberiusza, ze sprawą do władcy prowincji – dla wojskowego dowódcy to nakaz bezwarunkowego posłuszeństwa.

– Dobrze się składa, panie, by i my wysyłamy tam oddział zbrojnych – odparł służbiście. – Takie dostaliśmy rozkazy – dodał, tytułem wyjaśnienia.

– Skoro tak, to jadę z wami – oświadczyłem krótko i bezdyskusyjnie.

– Jak sobie życzysz, panie.

– Zajmijcie się naszymi końmi. Trzeba je obejrzeć, sprawdzić, wyszykować. I dajcie nam namiot na noc – choć nie nawykłem do rozkazywania, polecenia wydawać umiałem całkiem przekonywująco. Teraz byłem ważnym Tycjanem, i nikim innym.

Dowódca pokrótce wyjaśnił, w czym rzecz. Stoi tu centuria legionu italskiego z Judei, strzegąca rzymskiego porządku, zaprowadzonego jeszcze przez Pompejusza. Miejscowi Grecy i Syryjczycy są zadowoleni, bo ukróciło ono panoszenie się Żydów, wspieranych przez kapłanów z sąsiedniej Judei. Nasze wojska w tutejszych prowincjach tłumią żydowskie bunty, nieraz bardzo krwawo, niemniej niepokoje ciągle wybuchają od nowa, Właśnie przybył goniec z pisemnym rozkazem wysłania jednej turmy do Jerozolimy, dodając od siebie, że jest obawa religijnych tumultów, przez co Piłat ściąga dodatkowe siły dla wzmocnienia tamtejszego garnizonu. Mają się stawić jeszcze przed rozpoczęciem żydowskiego święta, które wypadało za cztery dni, więc nie było czasu na odpoczynek.

– Będziemy się spieszyć, panie, jazda będzie szybka – uprzedził dowódca.

– Nie martw się, damy radę.

– A konie?

– Wytrzymają. Muszą.

Rozbito dla nas mały namiot, nakarmiono, zwierzęta pod czujnym okiem Agisa poszły do czyszczenia i opieki. Uprzedziłem go, by mnie nie wydał z kłamstwem, jakie o nim powiedziałem, co go szalenie rozbawiło. Wszedł w swoją rolę tak, że nikt nie mógł mieć wątpliwości, ze ma przed sobą doświadczonego wojaka – zresztą, w tym akurat mój towarzysz nie musiał niczego udawać. Ja sam wstrzymałem się od dalszych rozmów, oprócz tego, co konieczne dla przygotowań na jutro. Ludzie wiedzieli co ich czeka, wszystko odbywało się na legionową modłę, karnie i sprawnie, bez zbędnego gadulstwa.

W tych okolicznościach musiałem zrezygnować z choćby pobieżnego obejrzenia miasta, ponoć jednego z najbardziej starożytnych w znanym świecie. Co dziwne, przyszło mi to całkiem łatwo. O Damaszku wiadomo dużo, więc niewiele nowego bym się dowiedział, a zobaczyć go może będzie jeszcze okazja, bo to przecież nie tak znów daleko, a – zważywszy nasze interesy w Tyrze – wybrać się tu da łatwo w każdej chwili.

Wyruszyliśmy wczesnym rankiem, od razu szybkim tempem. Nie zapomnę tej jazdy. W niczym nie przypominała przygody w Cylicji, gdzie siedziałem wygodnie na taborowym wozie, a piechota szła bez większego pośpiechu Tu jechaliśmy bez przerwy, między wzgórzami, tylko z krótkimi przerwani, by dać wytchnienie koniom. Na trzeci dzień bolały mnie kości, miałem zamęt w głowie, czekałem chwili, gdy ujrzymy mury miasta. Dowódca tak pokierował oddziałem, by ostatniego dnia tylko podjechać pod dalsze przedmieścia, a dojechać i wjechać nim za bramę wczesnym przedpołudniem..

– Musimy pokazać się wypoczęci, z całą siłą i impetem, żeby widzieli kto tu rządzi – oznajmił butnie. – Mają się nas bać. Tak tu mamy nakazane.

Po ostatniej nocy ruszyliśmy nie tak może prędko, ile już w szyku i z wielkim hałasem, roztrącając na drodze ludzi, których, w miarę, jak dojeżdżaliśmy do celu, pojawiało się coraz więcej. Zwróciłem uwagę, że jedni prowadzili do miasta małe jagnięta, inni znów, wracali stamtąd też z takimi zwierzątkami, tyle że już martwymi, niesionymi na plecach. Musiał to być chyba jakiś rytuał, zapewne ofiarny, związany ze zbliżającym się świętem. Dziwnie to wyglądało, zwłaszcza w tak dużej ilości – nigdy, i nigdzie przedtem czegoś choćby i podobnego nie widziałem.

Na koniec ujrzeliśmy samą Jerozolimę, z wielce okazałą wieżą świątynną i jej przyległościami, górującą nad miastem, niczym jaki fort. Idących przybywało, a wszyscy spoglądali na nas z nieskrywaną niechęcią, by nie rzec – nienawiścią.  Ustępowali z drogi, a choć tego nie widziałem, byłem pewny, że za naszymi plecami wygrażają nam pięściami. Żołnierze roztrącali ich, wręcz zadowoleni z takiego okazywania swej władzy. Strasznie zmęczony, nie miałem już ani siły, ani ochoty na myślenie o czymkolwiek innym, niż by czym prędzej podróż ta się skończyła. Z wielkim więc uczuciem ulgi dojrzałem bramę, ku której dowódca skierował nasz rozpędzony oddział. Lecz moje nadzieje na rychłe dotarcie do siedziby prefekta wystawione zostały na jeszcze jedną próbę. Przyszło mi bowiem poczekać na ich spełnienie, i to w nader niezwykłych okolicznościach.

46. Mroczne miasto

Wjechaliśmy najpierw przez mur zewnętrzny, a zaraz potem, ominąwszy wielkie, odkryte baseny, zatrzymaliśmy się na placu dla żołnierzy, przy tylnym wejściu do pretorium, obok murów świątynnych. Coś musiał się dziać, bo w oddali słychać było wrzawę, ruch panował duży, nie wiedziałem, jak się w tym odnaleźć. Nakazałem Agisowi, by zabrał konie, i czekał na mnie gdzieś około wartowni, gdzie go potem odszukam. Postanowiłem rozejrzeć się i sprawdzić, co jest przyczyną panującego zamieszania i hałasów. Odszukać w tych warunkach samego Piłata było nie sposób, uznałem więc, że mogę jeszcze trochę poczekać ze swoimi sprawami. Agis zaniepokoił się, że chcę sam gdzieś wchodzić miedzy ludzi, lecz uspokoiłem go, mówiąc, że nigdzie daleko się nie wybieram, a wojska tu tyle, że żadnego zagrożenia być nie może.

Stałem na koszarowym dziedzińcu, a przed sobą miałem coś jakby małą fortecę, z czterema wysokimi wieżami. Zapytany żołnierz rzucił w przelocie, że prefekt kończy sprawowanie sądu na prośbę kapłanów, i że jest tym chyba jakiś kłopot, bo każą im gotować się do pójścia na ulice, żeby pilnować porządku. Wskazał też, w którą stronę mam się kierować, by wyjść stąd na plac przed świątynią, i dalej, na miejskie uliczki. Wszędzie były schody, schodki, wąskie przejścia, trochę się w tym gubiłem, w końcu jednak wydostałem z tego zamętu – tylko po to, by zaraz wpaść w drugi.

Znalazłem się jakby za tłumem, głośno pokrzykującym, wyraźnie czymś podekscytowanym. Począłem go obchodzić od tyłu, lecz co raz wpadałem w jakieś przejścia miedzy domami, wciąż nie mogąc dostrzec, skąd ta wrzawa. Tak doszedłem do wysokiego muru, na którym stało wielu gapiów, gestykulujących, i pokazujących sobie coś palcami w dole. Udało i mnie się tam dostać, a idąc górą miedzy nimi, po kilku chwilach znalazłem miejsce, skąd wreszcie mogłem spojrzeć w dół, by sprawdzić, co też tam się takiego dzieje.

Uliczką, od świątynnego wzgórza, kilku żołnierzy prowadziło trzech młodych mężczyzn. Dwóch szło spętanych, trzeci, ku memu zdumieniu, niósł na ramionach ogromną, drewnianą belkę. Po obu stronach stłoczeni ludzie przyglądali się temu żałosnemu orszakowi, zostawiając w środku tylko tyle miejsca, by zmieścić się mogli owi nieszczęśnicy, popędzani batami strażników. Musieli to być skazańcy, na których wyroki wydał prefekt, wedle zwyczaju zatwierdzając to, co już wcześniej zdecydowali miejscowi. Nie było wątpliwości, jaka czeka ich śmierć za miejską bramą.

Dwaj skazańcy bez więzów niczym szczególnym się nie wyróżniali – ot, zwyczajni obszarpańcy, zapewne jacyś mordercy, albo pospolici rabusie, których wreszcie dosięgła sprawiedliwość. Jeśli nawet byli kiedyś butni i groźni, to teraz uszła z nich pewność siebie, spoglądali pod nogi, osłaniając się przed razami, jakich nie szczędziła im eskorta. Nie było w nich nic szczególnego, co zachęcałoby do przyglądania się im inaczej, jak tylko z obojętnym zrozumieniem dla słuszności wydanego wyroku. Inaczej jednak miała się sprawa z trzecim człowiekiem, z belką na ramionach.

Nigdy chyba jeszcze nie widziałem kogoś tak jak on skatowanego i umęczonego. Wiadomo, że złoczyńców poddaje się torturom, by zmusić ich do wyznania win, albo wydania wspólników. Niekiedy wymusza się trym sposobem fałszywe świadectwa, by mieć pretekst dla niszczenia tych, przeciwko którym są dawane. Lecz ofiary takich praktyk nie tak znów często wystawia się na widok publiczny. Owszem, jest zwyczaj – dla mnie wielce obrzydliwy – by obcinać głowy wrogom, pokonanym w walce i zawieszać je na drzewcach, dla wyniesienia zasług zwycięzców, ku przestrodze tych, którzy chcieliby kiedykolwiek podnosić rękę na siłę władców, lub państwa. Wszelako zawsze wtedy wiadomo, za co dokładnie spotkał ich zły los i co jest powodem aż takiego pohańbienia. A musi on być oczywisty, zwłaszcza dla pospólstwa, które lubi oglądać krwawe widowiska i cieszyć się upadkiem pokonanych.

Co uczynił ów nieszczęśnik, że tak go zmasakrowano? Kim był, że potraktowano z niebywałym okrucieństwem, nadto wywlekając w takim stanie przed gawiedź? Po co aż tak uniżano kogoś, kto i tak przecież za chwilę zawiśnie na drzewie? Może jest jakaś specjalna po temu przyczyna? A może to celowe ostrzeżenie? Lecz przed czym? Czy był niebezpiecznym buntownikiem, którego trzeba publicznie upodlić, by zastraszyć jego zwolenników lub przyszłych naśladowców? Czyniono by taką okropność z zimnej kalkulacji? A może tylko z prywatnej urazy, albo zemsty?  Ileż jednak wtedy zapiekłej nienawiści musiał czuć ten, kto rozkazał bicie niemal do umartwienia ciała?

Trudno szukać odpowiedzi na takie pytania, gdy nie ma się pojęcia ani o miejscowym prawie, ani zwyczajach, a już w ogóle o sprawach w Judei, i o tym, jak się one mają do nakazanych tu rzymskich porządków? Były tylko dwie możliwości – albo to się działo z decyzji miejscowych, albo prefekta. Piłat mógłby pójść na taki pokaz siły, gdyby szło o zagrożenie buntami w prowincji. Wtedy dawałoby się zrozumieć tę brutalność, choćby z uznania powinności władzy, jaką sprawował. A jeśli tylko zatwierdził wolę miejscowych sądów? Czy trzeba im było nie tylko śmierci winowajcy, lecz i okazania swego znaczenia? Skoro tak, to czemu pozostali dwaj złoczyńcy wydawali się być poturbowani dość łagodnie, jak na okoliczności, w jakich się znaleźli?

Aż dziw, że ktoś tak zmaltretowany mógł jeszcze iść o własnych siłach, a co dopiero nieść na sobie wielki przecież ciężar.  Przygarbiony, pociągał nogami, chwiał się, każdy krok musiał sprawiać mu nieznośny ból. Brudna szata, cała była w plamach zakrzepłej krwi, poranione ręce i stopy wskazywały, że przy biciu nie oszczędzono ani skrawka ciała. Lecz, jakimś niepojętym wysiłkiem woli, wciąż szedł, powoli, krok za krokiem, jakby na przekór prawom natury, nawet chwilami rozglądając się na boki, na skłębiony wokół tłum. Ludzie, jak to ludzie – jedni wznosili wrogie okrzyki, wygrażali pięściami, wytkali go palcami, inni stali w milczeniu, bez ruchu, albo rozmawiali po bramach o tym, co właśnie oglądali. Widziało się też płaczące kobiety, ale i ciekawskie dzieci, osłaniane przez matki przed żołnierzami, rozgarniającymi gawiedź dla zapewnienia przejścia skazańcom przez ciasną uliczkę.

W pewnej chwili, przy zakręcie, ów człowiek z belką potknął się i padł na ziemię. Idący za nim zatrzymali się. Podniosła się wrzawa, lecz zaraz ucichła, zapadła cisza, w oczekiwaniu, co też teraz się stanie. Strażnik podszedł do leżącego i zaczął go brutalnie poszturchiwać, nakazując, by wstał. Ten jednak leżał, ledwie się ruszając. Uniósł tylko głowę, i znad ulicznego bruku spojrzał na rząd ludzi po mojej stronie. Wtedy dojrzałem wyraźnie jego twarz, a jej widok niebywale mnie poruszył – ale i zaskoczył. Poraniona, opuchnięta, wykrzywiona cierpieniem, była jak krwawa maska, tchnąca grozą umęczenia. Na głowie ze zmierzwionymi włosami, zlepionymi krwią i potem, tkwił nasadzony wieniec z jakichś kolczastych gałęzi, co, przy każdym jej poruszeniu, musiało sprawiać dodatkowy ból. Jedyne, co było w nim jeszcze prawdziwie żywe i poruszające, to wzrok – choć przymglony, to wciąż silny, jakby zawzięty, okazujący gotowość sprostaniu wyzwaniu, jakie zgotował mu los za sprawą tych, którzy go skazali na takie upodlenie. Ta przeciwstawność zawartej w nim jakiejś utajonej siły wewnętrznej i zadanego mu upokorzenia, wydała mi się czymś zgoła niepojętym. Jakby duch przeczył ciału, nie poddając się udręce, jaką mu zadano.

Przez chwilę panowało małe zamieszanie. Strażnicy, nie mogą podnieść groźbami na nogi leżącego skazańca, wyciągnęli z tłumu jakiegoś młodego człowieka, nakazując mu batem, by podszedł i pomógł dźwignąć belkę. Opierał się, lecz cóż miał robić? Zmaltretowany nieszczęśnik, ciężko, z wielkim trudem, podniósł się w końcu z ziemi, przyjrzał przydanemu mu pomocnikowi, chyba nawet z cieniem nieśmiałego uśmiechu, po czym podstawił grzbiet pod ciężar, jaki teraz mieli razem nieść. Ruszyli dalej, a za nimi podążała część gapiów, tych najbardziej chętnych do uczestniczenia w widowisku, aż do jego ponurego zwieńczenia.

Cala ta sytuacja, choć trwała krótko, odebrała mi chęć do szukania kolejnych wrażeń, więc uznałem, że pora zawrócić i odnaleźć wreszcie prefekta, zapewne już wolnego po zakończeniu sprawowania sadów. Rzuciłem jeszcze okiem za oddalającym się pochodem skazańców, ich strażników i żądnych wrażeń gapiów. Znikali powoli, idąc w stronę odległej, otwartej bramy, za która dostrzegłem spore wzgórze, gdzie zapewne miał się dokonać ostatni akt tej ponurej historii. Zszedłem z muru i ruszyłem ku pretorium, tym razem już uliczkami, które zwolna pustoszały, jako ze miejscowi, zadowoliwszy się tym, co obejrzeli, rozchodzili się do codziennych zajęć i przygotowań do swego święta.

Na placu koszarowym wskazano mi budynek przy jednej z wież, gdzie zamieszkał Piłat na czas swego pobytu w Jerozolimie. Tam przedstawiłem się straży i kazałem oznajmić me przybycie. Ne minęło kilka chwil, gdy przybył sługa i wprowadził do środka, gdzie w sali tarasowej, przy dużym stole, siedział ów zarządca prowincji przy południowym posiłku. Nie raczył wstać na powitanie, za to dokładnie mnie sobie obejrzał, nieufnie spoglądając na mój niezbyt okazały płaszcz podróżny.

– Festus Tycjanus, obywatel rzymski w podróży, pozdrawia szlachetnego Poncjusza Piłata, prefekta Judei – odezwałem się zgodnie ze zwyczajem. – Wybacz panie mój skromny ubiór, lecz dopiero co przybyłem z Damaszku i postanowiłem bez zwłoki złożyć ci należny szacunek – dodałem już mniej oficjalnie.

– I ja witam cię, Festusie Tycjanie – podniósł się, uniósł rękę w powitalnym geście. – Jacyż to bogowie przygnali cię do tej zapowietrzonej krainy? – widziałem, że był nieco zaskoczony, acz zaciekawiony. – Nie mylę się, mniemając, że mam przed sobą członka znamienitej rodziny? – spytał jeszcze, by upewnić się, z kim ma do czynienia.

– Słusznie mówisz, panie, tej samej, o której myślisz – trzeba było teraz zachowywać formę, stosowną do mej pozycji. – Wracam z dalekiej drogi, i jest moim zamiarem zakończyć ją w Cezarei, a tam znaleźć statek, który zabierze mnie stąd do Aleksandrii, a potem już do Rzymu.

Wahałem się z pokazaniem cesarskiego listu, by go nie spłoszyć, chyba ze zmusi mnie do tego jakąś niechęcią albo podejrzliwością. Na pierwszy rzut okaz nie spodobał mi się, lecz wstrzymałem pochopność sądu. Słyszałem o nim co nieco jeszcze w domu, a nie były to dobre opinie. Na ten tu urząd mianował go Tyberiusz, za wstawiennictwem Sejana, chyba głównie, dlatego, że, podobnie jak jego protektor, nienawidził Żydów – bo przecież nie za własne zasługi.

Wywodził się z Pontu, ponoć z Samnitów, a to, po wojnie z nimi, nie sprzyjało awansom. Związał się ślepo ze zdradzieckim ulubieńcem cesarza, by szukać dla siebie miejsca w życiu publicznym, lecz niezbyt mu się wiodło, bo, zdaje się, nie grzeszył ani rozumem, ani talentami, ani obyciem. Brakowało mu pieniędzy, drzwi Senatu miał zamknięte, niemniej jakoś chytrze uczyniono zeń ekwitę. Zaczynał jako niższy rangą trybun wojskowy, potem wysłano go do Germanii, aż w końcu dostał namiestnictwo, tyle że w prowincji barbarzyńskiej, o podrzędnym znaczeniu, a i to w randze jedynie prefekta. Przypomniałem sobie, że Melos wspomniał kiedyś o nim, i to w najgorszych słowach. Cóż, prawdę mówiąc, nie interesowało mnie, jaki jest i jak sprawuje urząd, byle dał mi gościnę na kilka dni. A gdy nadarzy się okazja, dopytam go o dzisiejsze zdarzenie, którego byłem mimowolnym świadkiem, a które z jakiegoś powodu nie dawało mi spokoju.

Zaprosił, bym zasiadł, ugościł, ostrożnie zaczął wypytywać, skąd i dlaczego się tu wziąłem. Choć wyjaśniłem, że podróżuję w rodzinnych interesach, nie do końca mi chyba uwierzył. Był politykiem, prawda, że niższej rangi i jakby na wygnaniu, lecz, jak to polityk, odruchowo wręcz węszył, czy nie ma aby w mojej tu obecności czegoś ukrytego, zwłaszcza takiego, co mogłoby mieć związek z jego osobą. Tym bardziej, ze doskonale wiedział, iż Tycjanowie mocno są osadzeni w Syrii i oprócz prowadzenia spraw handlowych uważnie przyglądają się ogólnej sytuacji w prowincji. W pierwszym jednak rzędzie ciekaw był ostatnich nowin rzymskich, lecz dowiedziawszy się, jak dawno wyruszyłem w podróż, zaniechał dalszych pytań, gdyż więcej chyba wiedział o nich, niż ja. Ożywił się dopiero, gdym wspomniał o pobycie w Antiochii i poznaniu Steliona.

– Niezwykły to człowiek – mówił wręcz z zachwytem – i niezwykle bogaty. Ma szczególny dar, jak Midas, czego się tknie, zamienia w złoto. – Poznałem w jego oczach ów szczególny błysk chciwości, który u pewnych ludzi, nigdy nie gaśnie.

– Oby nie skończył, jak on – odparłem ironicznie, myśląc sobie w duchu, że nieźle musi tu łupić Żydów, odkładając dla siebie niezgorsze sumy.

– I kto to mówi? – zarechotał złośliwie, wydając się jako człowiek nie tylko mało grzeczny, ale zgoła prostacki.

Te niemiłe docinki przerwało wejście kobiety, którą przedstawił jako swoją żonę, Klaudię. Z wyglądu niebrzydka, lecz bez wdzięku, znamionującego delikatność charakteru. Okazała mi jednak większą uprzejmość, niż mąż, który polecił jej zajęcie się mną na czas mego u nich pobytu.

– Szlachetny Festusie, nie odmówisz mi przyjemności goszczenia cię pod mym dachem – rzucił z pańska, wstając przy tym od stołu. – Moja droga – zwrócił się do niej – każ wszystko tak przygotować, by wielcy Tycjanowie nie mogli zarzucić nam, żeśmy prowincjusze – zaśmiał się znów, wręcz obrzydliwie.

Poprosiłem, by zezwolił memu słudze, żołnierzowi, który mi towarzyszy, przynieść moje rzeczy, a samemu zakwaterować się w koszarach do czasu, gdy ruszymy do Cezarei.

– Ależ oczywiście, wydam stosowne zalecenie – zgodził się bez żadnej dodatkowej uwagi. – Muszę wracać do obowiązków – wzruszył ramionami – lecz spotkamy się przy wieczerzy – rzekł na odchodnym.

Kobieta, nie za bardzo wiedząc o czym ma ze mną rozmawiać, po krótkiej wymianie uprzejmości przeprosiła za niedogodności domu, po czym oddala mnie w ręce służby, nakazując, by spełniła wszystkie moje życzenia. Miałem ich niewiele, bo w tym momencie moim głównym celem był odpoczynek po ostatnich przeprawach przez syryjską pustynię.

Zszedłem na dół, do żołnierskich kwater, tam odnalazłem Agisa, po czym – rozmówiwszy się z nim co do najbliższych dni – wróciłem do wskazanego mi pokoju i zająłem przywracaniem się do równowagi ciała i ducha. Nie tak łatwo mi to przychodziło, zwłaszcza że wciąż miałem przed oczami scenę, jakiej niedawno byłe świadkiem.

Mimo woli porównywałem ją do obrazu Aszy, tryumfującej po potyczce na polach Hyrkanii. Mimo odmienności niemal we wszystkim, łączyło je jedno – dzikość w zapamiętaniu się nad ofiarą. Co prawda, tam były trupy, tu  jeszcze żywy człowiek, lecz ta sama aura okrucieństwa i mściwości zwycięzcy. Czymże więc scytyjskie barbarzyństwo różniło się w traktowaniu pokonanego, od poniewierania człowieka, choćby i winnego, przez sąd, odprawiony tu, w Judei? I nieważne czy przez kapłanów, czy rzymskiego prokuratora. Najwyraźniej skłonność do poniżania przegranych wszędzie jest taka sama. Czy zdobycie przewagi, wygrana w walce,  już samo w sobie nie wystarcza?

Po oporządzeniu się, kazałem dać sobie przybory do pisania, by napisać list do Melosa z zawiadomieniem, że jestem cały i zdrów, że  mam nadzieję za kilka dni wsiąść na statek w Cezarei, i że wszystko mu dokładniej opiszę, gdy wrócę do Rzymu. Poprosiłem też, by dobrze i godnie wynagrodził Agisa, którego zamierzałem odesłać do Antiochii. Nie szczędziłem pochwał memu towarzyszowi, wyrażając je tak, by faktor zrozumiał więcej, niż zawarłem to w słowach. Śmiałem się w myślach, wyobrażając sobie, jak też weźmie na spytki poczciwego Greka i wydusi z niego każdy szczegół naszej wyprawy. Dlatego darowałem sobie rozwlekłość opisów, ograniczając się jedynie do tego, co wydało mi się najistotniejsze.

Pod wieczór zeszliśmy się z gospodarzami przy biesiadnym stole, rozmowa potoczyła się wartko, choć Piłat wciąż wracał do tematów politycznych, co mnie nieco nudziło. Podszyty ukrytym niepokojem o własną pozycję, martwił się, co też o nim sądzą w Rzymie. Jego sztuczna życzliwość wobec mnie niewątpliwie miała na celu sprawienia dobrego wrażenia o sobie, jako o człowieku ze wszech miar znakomitego w sprawowaniu urzędu. Znając pozycję Tycjanów, chciał zaskarbić sobie moją przychylność przez okazywanie wielkiej atencji. Widział, jak wiele możemy u Tyberiusza, także w rzymskim światku, i że warto, bym wyrobił sobie o nim jak najlepszą opinie.  Żona bardzo go w tym wspierała, wręcz mi nadskakiwała i po kobiecemu użalała się nad tym, jak ciężko jest jej mężowi nieść odpowiedzialność w tej okropnej prowincji.

– Szkoda, ze nie we wszystkim znajduje zrozumienie na Palatynie – westchnęła. – Bardzo go to deprymuje – dodała, spoglądając na niego z ostentacyjną troską.

Gdym, dla podtrzymania rozmowy, okazał grzeczne tym zainteresowanie, dowiedziałem się, ze cesarz ostatnio nakazał odmienić kilka jego poczynań, jakie powziął był, dla zaznaczenia tu powagi Rzymu i siły jego władzy

– Zanieśli do Tyberiusza skargi za to, że nakazałem czcić naszych bogów i nasze znaki, a on je przyjął – nie ukrywał irytacji.

– Zapewne uczynił tak dla ważnych racji politycznych – odparłem, jak należy.

– Cesarz siedzi daleko, a tu się bez przerwy gotuje – nie ustępował . – Trzeba być stanowczym, bo inaczej Żydzi wejdą nam na głowę bez reszty – dodał, wyraźnie rozeźlony.- Choć to nie takie proste – uniósł ręce w geście rezygnacji.

– Wierzę, ze umiesz być roztropnym, prefekcie – skwitowałem jego słowa małym pochlebstwem. Niech się cieszy, ze go rozumiem.

– No, właśnie, choćby i dzisiaj. Ustąpiłem im w drobnej sprawie, choć bez przekonania. Ale spokój najważniejszy. W Jerozolimie łatwo o tumulty, wiec lepiej nie dawać do nich pretekstu, zwłaszcza gdy niewiele mnie to kosztuje.

– Czyżbyś mówił o wrzawie, jaką zauważyłem rano, zaraz po przyjeździe? – spytałem ostrożnie, nadstawiając jednak uważnie uszu, w nadziei, że czegoś się dowiem o tym, com zobaczył, stojąc na miejskim murze.

– Widziałeś to? – jakby się zaniepokoił.

– Niewiele. I z daleka, prowadzonych skazańców.

– Okropna historia! Nie dość, że zerwali mnie skoro świt, to jeszcze hardo obstawali przy swoim, choć nie mieli racji.

– Jakże to tak?

– Chcieli, żebym zatwierdził wyrok świątyni, na człowieka, który w moim przekonaniu był bez winy.

– I zatwierdziłeś?

– Byłem w kłopocie.  Przedstawili to tak, jakoby podburzał lud do buntów.

– Sprawdziłeś go?

– Kazałem trochę wybatożyć, myślałem, że się do czego przyzna. Ale nic to nie dało – mówił to tak lekko, jakby nie wiedział, że owo badanie skończyło się skatowaniem człowieka niemal na śmierć.

– I co wtedy?

– Rozmawiałem z nim. Podpytywałem. Ale był jakiś dziwny. Pytałem, czy to prawda, co mu zarzucają, że chce został królem żydowskim.

– Co on na to?

– Coś bełkotał, że jego królestwo jest nie tu, a gdzie indziej.  Nawet był zaczepny. Jakby podważał moją władzę. Ale wydał mi raczej jakimś mętnym gadułą, czy ja wiem, religijnym mądralą, niż groźnym buntownikiem. Myślałem, żeby go puścić wolno. Ale kapłani podnieśli krzyk.

– O co?

– Że jest niebezpieczny. Dla nich, dla cesarza, bo wzywa do niepłacenia podatków. Wreszcie sami zaczęli podburzać ludzi, robił się za duży szum. Mają teraz swoje święto, więc sytuacja była delikatna. Wolałem nie ryzykować z nimi awantury.

– I zgodziłeś się?

– Nie za bardzo miałem wybór.

– Niezbyt rozumiem? Ty, najwyższa tu władza?

– Widzisz, drogi Festusie, to wszystko jest polityka. W ostatnim roku podnieśli tu dwa bunty. I wierz mi, żołnierze naprawdę mieli co robić. Więc dla spokoju ustąpiłem, okazałem łaskawość dla ich życzenia. Ich wyrok – więc niech im będzie. Gdyby był mój, przeciw nim, nie mieliby szans. Dla nich winny – bardzo proszę!

– Czyli to sprawa świątyni?

– Na to wychodzi. U Żydów co i raz zjawiają się jacyś prorocy, kapłani pilnują, żeby zanadto się nie panoszyli i nie mącili ludziom w głowach. Widocznie ten nie był po ich myśli, pewnie zanadto już im dopiekł, więc umyślili, jak się go pozbyć. Raz na zawsze.

– Twoimi rękami.

– Przegnać go nie mogli, więc wzięli na się taki sposób. Im nie wolni skazywać na śmierć bez mojej zgody. No, to ją dostali. Ja mam spokój, oni też, ludzie się rozeszli świętować, jest porządek.

– Tak, czy owak, zawisł niewinny.

– Winny, niewinny! – zirytował się. – Jeden martwy Żyd nikomu nie zaszkodzi. Czasem trzeba poświęcić choćby i niewinnego, dla ogólnego dobra – zakończył swoje perory sentencjonalnie, niczym udzielny władca wielkiego imperium. Nie było co drążyć dalej, zresztą wystarczyło mi tego, com usłyszał. Lecz nie był to jeszcze koniec tej opowieści.

– Tu jest chyba coś jeszcze na rzeczy. Wyobraźcie sobie – rzekł do mnie i swej żony – że miałem w związku z tym skazanym dwie wizyty. Najpierw przyszedł jakiś człowiek, żebym zgodził się wydać ciało do pochówku. Nie odmówiłem, bo i czemu. Lecz najzabawniejsze było potem – potoczył po nas wzrokiem, zawieszając głos, jakby chciał wyjawić wielki sekret.

– Zaciekawiasz nas, panie – wtrąciłem pochlebnie, zachęcając do dalszego mówienia.

– Otóż kapłani przyszli z prośbą, żebym dał strażników do pilnowania grobu, w jakim pochowano tego nieszczęśnika.

– Rzeczywiście, trochę to dziwne.

– Nie tyle to, ile powód, dla jakiego to miałbym zrobić. Otóż chcą mieć pewność, że nikt nie wykradnie ciała – niemal zaniósł się ze śmiechu..

– Po co kto miałby to robić? Toż to nieobyczajność. Albo zwykła głupota.

– Otóż, drogi Festusie, nie dla nich. Maja swój powód, by się tego obawiać. Choć przyznam, że równie głupi.

– Czyli, jaki?

– Ponoć niektórzy wierzą, ze ten prorok w trzy dni wstanie z martwych. Podobno sam to zapowiedział! Rozumiesz?! Ożyje!

– Coś takiego mówiła mi moja służka, Fenicjanka – wtrąciła żona Piłata.

– Dajże spokój, kobieto! – huknął na nią. – Po co powtarzasz babskie brednie, i to jeszcze przy ludziach?

– Tylko tak, żebyś wiedział, co opowiadają na mieście – spokorniała, położyła uszy po sobie.

– Co mnie obchodzi, co ludzie gadają! Oczywiście, ożyje! – aż rozpierało go szyderstwo. – I sobie pójdzie, ukazując przez to boską moc – dalej drwił, wreszcie się uspokoił.. – Powiedz sam, drogi Festusie, czy można wymyślić większą bzdurę? – kręcił głową. – Nie wyglądał mi na mocarza, gdym go przepytywał – rzucił jeszcze pogardliwie.

– Dla fanatyków wszystko wydaje się możliwe.

– Właśnie!. Kapłani obawiają się, ze ktoś wykradnie ciało i pokaże pusty grób, na znak, że ów człowiek to naprawdę jakieś nowe żydowskie bóstwo. I że miał racje ze wszystkim, co głosił, nawet z tym królestwem. Strażnicy mają pilnować, żeby nikt się tam nie kręcił podejrzany i nie było żadnych chytrych sztuczek.

– I co?

– Oczywiście, dałem im wartowników. Żeby potem nie wybrzydzali, że jestem przeciwko nim, albo ze nie umiem uszanować ich religijnych praw. Oni są na to strasznie czuli.

Pośmialiśmy się jeszcze chwilę z tego pomysłu, który, rzeczywiście, wydawał się bez sensu, potem porozmawialiśmy o tym i owym, wreszcie zrobiło się już późno i gospodarz dal znak do udania się na spoczynek. Na odchodnym padła jeszcze miła dla mnie propozycja.

– Szlachetny Festusie, za dwa-trzy dni wracam do Cezarei. Zostań do tego czasu, a potem pojedziemy razem. Co ty na to? – spytał przyjaźnie, wręcz familiarnie.

– Wielka to z twojej strony wspaniałomyślność, prefekcie.

– Musimy się przecież wspierać, nie uważasz – spojrzał wymownie, patrząc, czy należycie doceniam zaproszenie.

 – Skoro nalegasz – to z przyjemnością skorzystam.

– Zatem, załatwione – ucieszył się, a ja udałem, że nie dostrzegam jego interesowności. Cóż, nie on jeden wszystko przekłada na tanie kalkulowanie, być ugrać dla siebie co się da. To prosta i powszechna praktyka. Ja coś tobie – ty coś mnie.

Miałem zatem kilka dni wolnego czasu, więc zamierzyłem sobie choć pobieżnie obejrzeć miasto, może nawet i bliskie okolice. O Judei pojęcie miałem niewielkie, a już najmniejsze o Jerozolimie. Prawdę mówiąc, nigdy mnie te strony szczególnie nie interesowały. W swych naukach zawsze wolałem wiedzę o Grecji, prędzej Egipcie, wschodzie, a nade wszystko dalekiej Azji. Zresztą, historia Żydów, ich zwyczaje, mity i religia, uchodzą u nas za mało ważne i nieciekawe.

Judea, z jej mniejszymi częściami, jest prowincją, może i politycznie czy wojskowo wygodną, ale dla naszych ludzi uciążliwą, ze względu na wielką między nami obcość i wszem znaną, wzajemną niechęć, nawet wrogość. Mało kto tu chce przyjeżdżać, czy służyć, cesarze nie podnosili jej zarządców do rangi namiestników, na równi z syryjskimi. Mają własnych władców, każdego niby niezależnego na swoim, lecz mało co znaczących w wielkich grach poza niewielkim skrawkiem ziemi, gdzie i tak gryzą się jedni z drugimi we własnej rodzinie. Handel też nie jest najlepszy, a Tycjanowie nie prowadzą tu zbyt wielu spraw, gdyż Żydzi niechętnie dają innym zarabiać. Są faktorie w Tyrze i Aleksandrii, lecz nie w Cezarei. Jeszcze stary Artus mawiał, że nie ma tu czego szukać, chyba że doraźnie, przez najmowanych pośredników spośród miejscowych Fenicjan z małych portów na judzkim wybrzeżu.

Rano odszukałem Agisa i zwolniłem go z obowiązku towarzyszenia mi w oglądaniu miasta. Urządził się miedzy żołnierzami, sprawiał z naszym ekwipunkiem, zajął końmi. Zaleciłem, by miał oczy otwarte, czyli żeby trochę dla mnie poszpiegował, ale ostrożnie. Może spostrzeże co ciekawego, tu, albo w pobliżu, o czym warto wiedzieć. Zaraz potem, ubrany zwyczajnie, jak w podróży, by nie wyróżniać się rzymskim strojem, wyszedłem z fortecy i niespiesznie wszedłem między jerozolimskie uliczki i zaułki.

Pierwsze, co mnie uderzyło, to brak zwykłej, codziennej krzątaniny i handlu. Żydzi świętowali po domach, było ich wielu przy świątyni, wszędzie panował spokój, czuło się podniosły nastrój, słychać było modlitewne śpiewy. Odruchowo skręciłem w stronę miejsca, gdzie wczoraj widziałem prowadzonych więźniów, a stamtąd doszedłem do bramy, przez którą przeszli na kaźń, wreszcie z ciekawości wyszedłem za miejski mur. Na wzgórzu dojrzałem puste krzyże, sterczące ponuro, niczym znaki ostrzegawcze, pokazujące, co czeka każdego, kto zechciałby pokusić się na popełnienie jakiej zbrodni.

W pewnym oddaleniu dostrzegłem grupkę ludzi przy zboczu wzniesienia, zastawionym wielkim kamieniem. Stało tam dwóch zbrojnych wartowników, z czego domyśliłem się, że musi to być chyba ów grób, o którym wspominał Piłat. Czy zebrani tam przyszli z ciekawości, czy rzeczywiście z wiary w prawdziwość zdumiewającej przepowiedni tego, który obiecywał, że powstanie z martwych? Wolałem tego nie sprawdzać, w obawie, by nie narazić się na jakieś niemiłe zaczepki czy obelgi. Odwróciłem się i ruszyłem w przeciwną stronę, wzdłuż muru, aż po kilku zakrętach natrafiłem na inną bramę, przez którą znów wszedłem do miasta.

Trafiłem do dzielnicy wyraźnie bogatszej, z osobnymi, sporymi willami, zadbanymi, nawet niebrzydko zdobionymi. Co dziwne, były tam aż dwa pretoria, co by oznaczało, że w Jerozolimie starannie zadbano, by mieszkańcy nie zapominali, kto tu rządzi. Krzyże na wzgórzu i straże w całym mieście dopełniały się w jedno ostrzeżenie przed każdym rodzajem nieposłuszeństwa – czy to wobec rzymskiej władzy, czy praw świątyni. Tak to sobie wyobraziłem, i nie za bardzo mi ta myśl przypadła do gustu. Uznaję porządek, rozumiem konieczność jego przestrzegania, lecz nazbyt dobitne przypominanie o koniecznych po temu rygorach, kłóci się z moją potrzebą pozostawania człowiekiem wolnym, który ogranicza sam siebie, jedynie z własnej woli, nakazu moralnego, i tylko dla bardzo ważkich racji. Nie chciałbym żyć tam, gdzie ciągle mam przed oczami znaki mej podległości, czy wręcz zniewolenia.

Zastanowił mnie również brak miejsc i budowli świątynnych, poświęconych obcym dla Żydów bogom. Wszędzie, gdzie bywałem, a gdzie żyli ze sobą ludzie wielu plemion i ludów, znajdowałem takich wiele, z widocznymi oznakami składanych ofiar. Nikomu ta wielość nie przeszkadza, choć, oczywiście, rodzime bóstwa zawsze mają u swoich pierwszeństwo. Nie zetknąłem się nigdy ani z wielkimi kłótniami religijnymi, ani z zapiekłością jednych przeciw drugim. Cześć, okazywana bogom, nie musi się zamieniać we wzajemne wybijanie ich wyznawców. Każdy znajduje coś dla siebie, zostawiając innych w spokoju i oczekując w tym względzie poszanowania dla własnego wyboru. Chyba żeby ktoś w bogów w ogóle nie wierzył – to budzi do takich odmieńców niechęć wszystkich bez wyjątku, gdyż jest wbrew naturze uważać, że świat jest jednym wielkim chaosem, a człowiek jego przypadkowym wytworem.

Na takich spacerach i rozmyślaniach zszedł mi niemal cały dzień, więc po powrocie do twierdzy, późnym popołudniem, z przyjemnością przyjąłem gościnę gospodarzy przy stole. Piłat opowiadał trochę o swoich sprawach, ja o swoi wrażeniach z miasta, zeszło też i na politykę. Gdy wspomniałem o mym zdziwieniu owym brakiem różnorodności miejsc ofiarnych, poniosła go złość.

– Oni uznają tylko jednego boga, resztę mają za nic, wręcz za niegodziwość, którą należy zwalczać.

– Kim jest ten ich bóg.

– Nie mają dla niego nawet jednego imienia. Nie wiadomo kim jest, ani skąd się wziął. Żadnych obrazów, pomników, posagów. Święta tajemnica, skryta w świątyni, do której dostęp maja tylko kapłani, a i to nie wszyscy. Trzeba go czcić, we wszystkim słuchać bez szemrania jego nakazów, czytać księgi i być im posłusznym.

– Bogom należy się cześć, choćby i jednemu. Ale to, rzeczywiście, dziwne.

– Jowisz nigdzie nie spisał, co mi wolno jeść, i kiedy – zakpił mało wyszukanie.

– Ale Zeus Tantala pokarał –przypomniałem, że należy jednak pamiętać, co się należy.

– Za bezczelną pychę

– Za to, że złamał prawo boskie i prawo natury.

– Ale jest jednak łaskawy ludziom. Groźny, lecz wyrozumiały. Ten jest tylko groźny. Trzeba się go wciąż bać. A w jego zastępstwie – bać się kapłanów. I o to chodzi! – zakrzyknął. – Oni swoich trzymają w ciągłym strachu przed sobą – wyłożył to krótko, ale nawet dobrze, jak na niego. Tam, gdzie idzie o władzę, ma wyczucie, bo sam jest jakby jej kapłanem, tyle że z cesarskiego nadania.. Reszta mało go interesuje.

– Ale są tu przecież inni? Grecy, Fenicjanie, Syryjczycy?

– Okazałych, publicznych świątyń nie mają. A co robią pod domach – to ich rzecz. Kiedyś chciałem postawić nasze posągi, ale miejscowi podnieśli straszny krzyk. Cesarz nakazał ustąpić, żeby ich zanadto nie drażnić. No to się rozbestwili, i teraz muszę uważać, jak choćby wczoraj.

– W istocie, trudne masz tu zadanie, prefekcie – nie chciałem już więcej dopytywać, żeby nie wdawać się w delikatne sprawy polityczne.

– Mam nadzieje, że to dojdzie do Tyberiusza i zostanie należycie docenione – nawet nie krył, czego ode mnie oczekuje.

Pokiwałem ze zrozumieniem głową, ale niczego nie obiecałem, nawet aluzyjnie. Nie było moją sprawą, ani zadaniem, mieszanie się do jakikolwiek urzędniczych kalkulacji. Niech sobie załatwiają je we własnym, gronie. Po powrocie, zgodnie z powinnością, spiszę cesarzowi same fakty z tego, com ujrzał w prowincjach, bez własnych komentarzy, a co on z tym zrobi, to już mało mnie będzie obchodziło. Zmieniliśmy temat, wieczór szybko mijał, rozeszliśmy się zgodnie, życząc sobie dobrego wypoczynku.

47. Poza granicą rozumu

Nazajutrz, z samego rana wezwałem przez służbę Agisa i kazałem mu przygotować konie do przejażdżki za mury. Chciałem wyrwać się na chwilę z tego dusznego i zatłoczonego miasta, z zamkniętej, piłatowej fortecy, pooddychać powietrzem, wolnym od fetoru i brudnego, miejskiego kurzu. Nie kłopotały mnie żadne troski, więc i nastrój miałem znakomity. Szybko wydostaliśmy się za bramę i ruszyliśmy dużym traktem przed siebie, bez planu, zdając się na to, co los zdarzy.

Szybko przekonałem się, że nie ma dokoła niczego, co by szczególnie odbiegało od zwyczajności ubóstwa, ciężkiej pracy i zniszczonych nią ludzi. Wzgórza, pola, małe zagajniki, piękne drzewa, ale małe wsie i osady, z taką samą jak wszędzie szarzyzną, udręczonymi kobietami, krzątającymi się wokół domów i rozbieganej dzieciarni. Przyglądano nam się niechętnie, bo tu wolny, konny jeździec musi być albo żołnierzem, albo jakim urzędowym posłańcem. Gdyby nie uroda natury, rzekłbym, iż to smutna kraina, z jakimś ukrytym niespełnieniem, jakby niewykończona przez brak ludzkiej radości życia. W porównaniu z tym, co widziałem na dalekim wschodzie, nawet w miejscach biedniejszych i prostych, tu miejscowi są jakby przygarbieni – a raczej niewyprostowani. Może to tylko moje wrażenie, lecz odmienność ta wydała mi się aż nadto widoczna.

Po niedługim czasie postanowiłem wracać, przejażdżka spełniła swoje zadanie, nie było czego tu więcej szukać. Zatrzymaliśmy się w ni to dużej wsi, ni to małym miasteczku przy głównym trakcie, by przez chwilę rozprostować kości i napoić konie przy studni, obok domu, który był chyba lichą gospodą dla tutejszych podróżnych. Przysiadłem na dużym kamieniu i dla ochłody ocierałem twarz zmoczonym rąbkiem płaszcza, leniwie rozglądając się dokoła.  W drzwiach gospody przez chwilę pojawił się jakiś człowiek, spojrzał na nas i zaraz schował się z powrotem w środku. Trwałem tak w oczekiwaniu aż Agis upora się ze swoim, było cicho, bo dom stał na samym skraju osady.

Miałem już wstawać, gdy wzrok mój dostrzegł w oddali, na widocznym końcu drogi, trzy sylwetki ludzi, niespiesznie idących w naszą stronę. Na ile się zorientowałem, dwóch z nich słuchało tego trzeciego, który coś im tłumaczył, spokojnie przy tym gestykulując. Owe gesty zwróciły moją uwagę, gdyż coś mi naraz przypomniały. Nie byłem pewny, lecz zdawało mi się, ze gdzieś już widziałem tak przemawiającego człowieka. Przebiegając w pamięci różne dawne zdarzenia, wreszcie wywołałem obraz owego popołudnia, gdym, na samym początku mej wyprawy, nieprzewidzianie zawędrował pod judejskie miasteczko, zwane, zdaje się, Betsaidą. Stałem się wtedy mimowolnym świadkiem sytuacji zgoła niemożliwej, a mianowicie rozdawania chleba i ryb wśród ogromnej rzeszy zgromadzonych tam ludzi. Nie umiałem sobie wtedy wyjaśnić zagadki pojawienia się tak ogromnych ilości owych darów, co mnie zirytowało, aczkolwiek zaniechałem – w pośpiechu, a i nie chcąc się ujawniać w obcym dla mnie otoczeniu – z próby porozmawiania z osobą, która zdawała się być głównym sprawcą tamtego wydarzenia.

Mam dobrą pamięć, ćwiczoną do rozpoznawania szczegółów, więc byłem niemal pewny, że widzę właśnie tę sama osobę, zmierzającą ku nam drogą. Wtedy stał bardzo daleko ode mnie, teraz też dzieliło nas sporo, niemniej zauważyłem podobieństwo ruchów, pochylenia głowy, unoszenia rąk. Postanowiłem poczekać, aż dojdą do mnie, po czym zaczepić go i spytać, czy to aby nie on stał wówczas na tamtym wzgórzu i przemawiał do tłumów. Gdyby potwierdził, odpytałbym go o wyjaśnienie sztuczki, jaką był wtedy uczynił.

Wędrowcy nadchodzili całkiem żwawo, zajęci sobą, nie rozglądali się na boki. Wreszcie podeszli na tyle blisko, że dało się widzieć ich twarze. I w tym momencie stało się ze mną coś, czego nie zapomnę do końca swoich dni! Poczułem, jak słupieję, wrastam, w ziemię, jakbym zatrzymał się w ruchu i trwał, w oczekiwaniu, aż ktoś zdejmie ze mnie czar. Czas stanął, wszystko zamarło, tylko myśli wirowały, szukając na gwałt wyjaśnienia dla tego, co pokazywały zmysły. To, co widziałem, nie mogło być prawdą – ale nią przecież było! Widziałem i słyszałem to, czego widzieć i słyszeć nie miałem prawa, bo przecież jakieś reguły rządza tym światem, a według nich niemożliwością powinien być widok, jaki ujrzałem przed sobą!

To była ta sama twarz! Ta sama, którą dwa dni temu widziałem lekko uniesioną nad jerozolimskim brukiem, w grymasie niebywałej udręki. Wtedy opuchnięta, wykrzywiona bólem, pokryta zakrzepłą krwią z zadanych ran – teraz cała, zdrowa, czysta, uśmiechnięta, jakby promieniejąca radością. I te same oczy! Już nie zawzięte, lecz z tą samą godnością spojrzenia. Dwa dni temu człowiek ten ledwo powłóczył nogami, dzisiaj szedł lekko, jakby nigdy pod okrwawionym płaszczem nie miał zmasakrowanych członków. Ani śladu zadrapań na czole po ostrych kolcach, nigdzie żadnych blizn, nawet najmniejszego siniaka. To nie mogło być prawdziwe, rzeczywiste, w ogóle z tego świata – a przecież było, w całej swej realności, jaką odbierały moje zmysły.

Stałem tak, gdy mnie mijali, żaden nie spojrzał nawet na bok, tak byli zajęci rozmową. Przystanęli przed gospoda, jakby wahając się, czy wejść, po czym zniknęli w drzwiach. Ocknąłem się z odrętwienia, bezradnie patrząc za nimi, bez jednej sensownej myśli w głowie. W momentach tak niebywałego zaskoczenia, umysł, niezdolny poradzić sobie z naporem wrażeń, przyczaja się, jakby udając, że go nie ma. Górę biorą wtedy odczucia, tym gwałtowniejsze, im bardziej jest on bezradny w zetknięciu z czymś dlań niepojętym. Tak było i ze mną. Nawet Agis zauważył, ze coś się ze mną dzieje, coś we mnie burzy.

– Czy coś ci jest, panie? – spytał zdziwiony moim bezruchem. – Stało się co?

– Nie, nie, nic – odparłem machinalnie, odwracając wzrok od drzwi, za którymi zniknęła ta niezwykła trójka.

Znów usiadłem, a zamęt w głowie narastał.  Potrzebowałem zrobić cokolwiek, co przywróciłoby mi równowagę ducha, lecz nie wiedziałem co. Tym bardziej, ze po kilku chwilach znów wydarzyła się rzecz dziwna. Otóż z gospody wybiegło dwóch towarzyszy tamtego człowieka i pędem, głośno pokrzykując, pobiegło z powrotem drogą ku miastu. On sam się nie pojawił, zapewne pozostał w środku. Narastała we mnie irytacja, bo wszystko to razem, nie dość, że było niemożliwością, to jeszcze działo się w sposób niemający żadnego wytłumaczenia. Najpierw szli razem, rozmawiali w najlepszej przyjaźni, a teraz nagle uciekali?  Co tu się działo? Co tu się stało?

Wstałem, i zdecydowany raz na zawsze sobie to wyjaśnić, ruszyłem do gospody. Wszedłem do izby gościnnej i ku memu niepomiernemu zdziwieniu zobaczyłem, że jest pusta.. Katem oka dostrzegłem na stole trzy kubki i resztki połamanego placka chlebowego w małym koszyku. Ale tego trzeciego gościa – ani śladu. Szybko wybiegłem na dwór i obszedłem dom, sprawdzając, czy nie ma tu aby innego wyjścia. Nie było. Wróciłem do studni i spytałem Agisa, czy nie widział, kogo wychodzącego.

– Oprócz tych dwóch przed chwila, nikogo – odparł, nadal uważnie mi się przypatrując..

Znów wszedłem do tej samej izby, przysiadłem na stołku, odruchowo wziąłem kawałek placka, i jedząc go, rozglądałem się dokoła, wypatrując, czy nie ma tu aby jakiej chytrej sztuczki. Ten człowiek najwyraźniej musiał być w nich niezłym mistrzem. W końcu zrezygnowany wyszedłem., tak samo głupi jak przed chwilą. Dom jak stał, tak stał, droga była pusta, wokół cisza – jakby nigdy się to wszystko nie wydarzyło. Nic nie pojmowałem, nie miałem żadnego punktu zaczepienia, od którego mógłbym zacząć rozplątywać te zagadkę. Nawet nie zagadkę, a jakiś niedający się, ogarnąć rozumem wybryk natury! Wsiadłem na konia i ruszyłem wolno przed siebie.

Wciąż nie mogłem otrząsnąć się z uczucia, którego nie potrafiłem nawet dobrze nazwać, a gwałtownie zrodzonego w chwili rozpoznania tamtego człowieka. Za niedowierzaniem, zaskoczeniem, osłupieniem, zawieszeniem w czasie, było jeszcze przekonanie o oczywistości czegoś, co rozum musiał mieć przecież za niepodobieństwo. Z drugiej jednak strony – wezbrało wrażenie grozy, lecz jakby pozbawionej lęku, co zakrawało na paradoks, na złamanie praw logiki. Stanąłem przed jakąś tajemnicą, porażającą swą niepojętością, lecz jednocześnie przyciągającą przez przemożną chęć zajrzenia za jej zasłonę.  Przeczuwałem jej ogrom, lecz nie wiedziałem, czy jest przyjazna, czy wroga. Jak dziecko, nieświadome zagrożenia, z wesołą, ale i nieodpartą ciekawością pakuje się w rozmaite tarapaty, tak i ja, zapragnąłem poznać owo dziwo, nie bacząc na skutki, jakie by to mogło spowodować. Może niekoniecznie po dziecięcemu, lecz przecież koniecznie zapragnąłem zbliżyć się czegoś dotąd nieznanego, a niezwykle ekscytującego.

Jako mały chłopiec, pewnego razu myszkowałem po wielkim, opuszczonym domu – starym, mocno zniszczonym, do odbudowy, który kupił dziadek na wsi niedaleko Rzymu. Przed przyjściem robotników łaziłem ukradkiem po licznych jego zakamarkach, mimo zakazu rodziców, obawiających się jakiego dla mnie nieszczęścia, zawalenia się murów, czy dziurawych podłóg. Nie zważając na ich przestrogi, wchodziłem wszędzie tam, gdzie najciemniej, gdzie mogły czaić się jakieś demony, czy złe duchy. Czułem nieraz strach, ale ciekawość przeważała. Przy każdym szeleście, każdym odgłosie, wzdragałem się, lecz zaraz szedłem dalej. Tajemniczość przerażała, tym bardziej, ze byłem chłopcem z bujną wyobraźnią, lecz owo przeszukiwanie niosło obietnice jej przeniknięcia..

Teraz czułem to samo, co wtedy poczuł tamten chłopak, stając przed zamkniętymi drzwiami, za którymi spodziewał się odnaleźć jakieś zapomniane skarby. Gdy naraz uchyliły się, coś za nimi zamajaczyło w środku, przestraszyło ruchem, ale, niestety, znów zniknęło, bo musiałem odstąpić od wejścia do środka, przywołany do porządku dochodzącym skądś głosem matki. Gdy wróciłem tam po kilku dniach, roboty w domu szły już na całego. nie było czego szukać, a ja zostałem z niezaspokojeniem, przepełnionym żalem za utraconą przygodą.

To przypomnienie czegoś dobrze znanego i przeżytego, choć niczego nie wyjaśniało, pozwoliło mi przynajmniej po części zrozumieć swój obecny stan ducha. Rozum, odnalazłszy analogię, począł swoim sposobem porządkować części układanki z ostatnich dni, dopasowując także wspomnienie sprzed roku. Rodziły się pytania, a z nich kolejne, i jeszcze następne, jak w znanej metodzie logicznej spekulacji. Z początku wszystko szło dobrze, potem jednak natrafiałem na same sprzeczności. Jakże bowiem godzić ze sobą zdarzenia, wśród których pojawia się oczywista śmierć i nasze jej rozumienie? Ona albo jest, albo jej nie ma, tertio non datur. I z jednego, i z drugiego coś wynika, i to bezwarunkowo. A tu?

Zbierając w jedno, co sam widziałem i co słyszałem od Piłata, wychodziłoby najprościej, że pewien człowiek, zapewne wędrowny nauczyciel, może i miejscowy prorok, chodził po Judei, przekazując wszem nauki, które nie spodobały się kapłanom tak dalece, ze postanowili uciszyć go raz na zawsze. Schwytali, skazali po swojemu, prefekt wyrok zatwierdził, człowieka powiesili na krzyżu. Do tego momentu rzeczy dawały się układać z sensem, bez niczego niezwykłego, nawet uwzględniwszy ową zapiekłość i okrucieństwo, z jakim go potraktowano, bez wątpienia na pokaz, ku przestrodze na przyszłość. Lecz od razu zaczynały się wątpliwości.

Czy tylko nauczał? Czego, i jak? Nic na ten temat nie wiedziałem, natomiast sam byłem niegdyś świadkiem, gdy uczynił rzecz niezwykłą, karmiąc tysiące ludzi chlebem i rybami, których nie miało prawa przy nim być. Jak to zrobił? Nie wiem, ale jakoś zrobił. Zapewne czynił wiele innych, podobnych niezwykłości, które musiały zdawać się cudownościami nie do pojęcia. Już samo to przyciągało chętnych do oglądania go, a także do słuchania tego, co przy okazji opowiadał. Co mówił – nie wiem. Lecz tak czy owak, gromadził wokół siebie pospólstwo – niewykluczone, by potem, w słowach, buntować przeciw władzy Rzymu albo świątyni. Skoro tak, to jego śmierć miałaby uzasadnienie, gdyż mógłby stać się groźny. Ale sam widziałem, jak tłum urągał mu na ulicach, więc zwolenników, przynajmniej w Jerozolimie, nie miał chyba za wielu? Nikt nie stawał w jego obronie. Niezbyt to mocny argument, lecz przecież swoją wagę miał, gdyż wykluczał dużą, sprawczą siłę głoszonych nauk we wszczynaniu zamętów. A gdyby podważał jakie świętości, prawdy tutejszej wiary, budząc zgorszenie jako bluźnierca – wtedy racja była po stronie kapłanów, a lud tylko cieszył się, że go ukarali.

Takie rozumowanie, choć pokrętne, dałoby się jakoś obronić, gdyby szło tylko o zwykłość następowania przyczyn i skutków. Ale jak mówić o przyczynach i skutkach, gdy okazało się, że śmierć nie wykluczyła dalszego życia?! Sam to zobaczyłem na własne oczy! Co więcej, słyszałem, że podobno zapowiadał, iż tak się stanie. Zatem to wiedział! Czy ktokolwiek z żyjących może coś takiego o sobie wiedzieć, być tego pewnym?! To niemożliwe, tak jak niemożliwe jest, by słońce wstało na zachodzie, a zaszło na wschodzie. Z ludźmi nic takiego być nie może, nie ma prawa! Porządek świata nie przewiduje takich niemożliwości! Nie można wrócić do łona matki! Coś z czegoś wynika, nie wraca do swych początków, a śmierć jest skutkiem nieodwracalnym!

Przypomniałem sobie, że medycy znają ponoć sposoby na udawaną śmierć, kiedy to po zażyciu specjalnych mikstur ktoś najpierw staje się zimny i nieruchomy, by po jakimś czasie wstać całkiem ciepły i żwawy. Ale na to trzeba specjalnych warunków, pomocy zaufanych wspólników, odpowiedniej oprawy zdarzenia. O niczym takim mowy tu być nie mogło – człowiek skatowany, cierpiący z bólu i przybity do krzyża, to nie medyczne misterium, a ponura rzeczywistość bez odwrotu. Zatem taka możliwość także nie wchodziła w rachubę.

Logicznie więc biorąc, nasuwało się jedyne wytłumaczenie, iż nie był on kimś, podlegającym prawom, rządzącym naszym światem. Jeśli nie człowiekiem – to jakimś bóstwem w ludzkiej postaci, które z jakiegoś powodu zechciało wmieszać się między tutejszy lud, czegoś go nauczać, coś z nim robić. Tyle że i z tym niezwykłym przypuszczeniem także nic mi się nie zgadzało. Przecież bogowie nie przechadzają się ot tak sobie, zwyczajnie, miesiącami, dla pouczania po drodze kogo się da – a już zwłaszcza zwykłej, ciemnej gawiedzi. Niekiedy zjawiają się, by karać, o czymś przypominać, coś nakazać, czasem odmienić bieg zdarzeń, lub czymś przerazić dla napomnienia, nawet się zabawić i płodzić potomstwo.  Mają moc czynienia w świecie co zechcą, nawet największych cudów. Wiemy o tym i wierzymy w to, choć prawdę mówiąc, jedynie według starych mitów, a nie dokładnych, historycznych zapisów i opisów.

Nie wiem, jak to jest gdzie indziej, lecz u nas od wieków nie zdarzyło się w tym względzie nic nowego, chyba że w czyjejś fantazji lub przeczuciu. Nawet kapłani i wieszczki, obcujący z boskimi duchami, nie twierdzą, że z nimi jadają wieczerzę lub prowadzą dysputy. Próbują objaśniać wizje, zwykle mgliste, w jakich objawiają swoją wolę, ale nie zasiadają z nimi przy stole. Inna sprawa, że znają sztuczki, które sprawiają, iż ludzie są przekonani, że słyszą duchy, a nawet je widzą. Ale to tylko przy ołtarzach, za którymi można udać wszystko, zwłaszcza gdy użyje się jeszcze specjalnych aromatów, odbierających jasność widzenia, czy sprowadzających dziwne sny.

Jeśli bogowie są panami żywiołów, to poznajemy ich jedynie przez to, jak nimi zawiadują i z jakim skutkiem. Lecz czemu nie odwrócić kolejności” Czy za każdą błyskawicą musi kryć się wola lub kaprys Jowisza? Czy każdy wiatr na morzu i lądzie to sprawka Austera, Akwilona, Fawoniusza i kilku innych jeszcze władców powietrznych, nieustannie machającymi swymi skrzydłami? Strasznie to musi być męczące tak zajmować się najmniejszymi nawet szczegółami, bacząc jeszcze przy tym, by nie wchodzić w drogę swym boskim braciom. Czy rzeczywiście bogowie i ich sługi rządzą wszystkim bez wyjątku, rozdzieliwszy miedzy siebie trudne, a ogromne obowiązki w ogarnianiu spraw naszych i tego świata? Jak, i gdzie się to dokonuje? Czym jest owa niewidzialna przestrzeń miedzy Hadesem a Olimpem, zamieszkana przez niezliczoną ilość dobrych duchów i duszków, złe demony, syreny i nimfy, boginki wesołe i złośliwe, satyry i mroczne dziwadła?  Jak to wszystko się tam układa?

Byłby ów człowiek, którego oglądałem w jego niezaprzeczalnej naturalności i śmiertelności, kimś stamtąd, kto tam się począł i zszedł, szukając dla siebie tu miejsca i zajęcia? Jeśli zaś był bogiem, to czemu dał się zabić? Czy w ogóle można zabić boga, który ze swej natury jest przecież nieśmiertelny? Czemu swą mocą nie utrącił tych, którzy go bili, a potem wieszali? I po co wracał znów w ludzkiej postaci? Czy po to, by dalej robić swoje? Lecz czymże miałoby to być? Czy znów pójdzie miedzy ludzi, znów da się schwytać, powiesić, i znów wstanie z martwych?

Pytania rodziły się bez ładu i składu, coraz dziwniejsze, wzajem się wykluczając, tak jak i odpowiedzi, jakie przychodziły mi do głowy. W tym umysłowym chaosie, odstąpiłem nawet od logiki, gdyż tylko zawadzała. Wręcz gotów byłem – wbrew rozumowi – uznać, ze zetknąłem się z istotą boską, lecz nawet i to nie wyjaśniało owej kaźni, ani w jej przyczynach, ani w jej celowości. Wedle mej edukacji, wiedzy, znajomości historii i mitów, wychowaniu, tradycji, nie znajdowałem nic, do czego mógłbym jakkolwiek przypasować wszystkie świadectwa mych zmysłów i ułożyć z nich cokolwiek z sensem – czy to ludzkim, czy niechby i boskim. Lecz czy człowiek jest w stanie mierzyć się z bogami i prawami ich istnienia? Uczucia mi się mąciły, myśli w głowie skłębiły w jeden wielki węzeł, nie do rozsupłania. Nie uporałby się z nimi nawet Aleksander – zresztą, jakiego miecza miałby tu użyć? Ani siła, ani rozum, ani wiedza, ani chytrość – nic nie byłoby chyba w stanie podołać tej tajemnicy. Zatem – co?

Ani się spostrzegłem, jak dojechaliśmy do miasta. Agis całą drogę milczał – widząc, że nad czymś rozmyślam, nie zwracając uwagi na drogę, o nic nie pytał. Wróciwszy do fortecy, bez pomysłu na żadne zajęcie, siadłem na tarasie i wpatrywałem się tępo a to w świątynię, a to w uliczny gwar, a to wreszcie spoglądałem na widoczne stąd dalsze okolice. Wszystkie rozmyślania ustały, zostało tylko jedno pytanie, – co tu się stało?  A zaraz za nim drugie, jakby zadane przez dawne dziecko, zawiedzione, że musiało odstąpić od wejścia za ledwo uchylone drzwi – czy kiedykolwiek się tego dowiem?

Siedziałem tak długo sam, aż wreszcie nastało późne popołudnie. Niezadługo potem, pojawili się gospodarze i przy wieczornym stole rozmawiałem z nimi już spokojnie, jak zwykle, o wszystkim i o niczym. Ani słowem nie wydałem się z tym, com widział i przeżył, zbywając pytania o wyprawę za miejskie mury ogólnikami bez znaczenia. Natomiast w pewnej chwili Piłat, głosem nie bez irytacji, wspominał o czymś, co miało z tym związek, i to dość szczególny. Zaczął od narzekania, na swe urzędowe obowiązki, aż wreszcie podniósł ręce w teatralnym geście rezygnacji.

– Jak ja mam dość już tego miasta, Żydów i ich problemów – nie skrywał niechęci, a nawet wrogości do miejsca, którym zarządzał z woli cesarza. – Tylko skargi, prośby, ciągłe niezadowolenie.

– Lecz przecież doskonale sobie radzisz, prefekcie – drobne pochlebstwo gładko przeszło mi przez gardło.

– Robię, co mogę – udał skromność. – Nawet jeśli są to głupstwa ponad ludzkie pojęcie – machnął ręką. – Choćby dziś. Znów przyszli kapłani, tym razem narzekając na moich żołnierzy.

– Chyba zanadto się rozzuchwalili – wsparła go żona, potakując ze współczuciem dla męża.

– Wyobraźcie sobie,  co im przyszło do głowy – zaczął wyjaśniać. – Dwa dni temu dałem im strażników, by pilnowali grobu tego skazańca, którego powieszono.

– Jak pamiętam, twierdzili, że ktoś może zechcieć wykraść ciało – wtrąciłem, w nadziei, że usłyszę coś jeszcze o sprawie, której niewiarygodne skutki dopiero co zachwiały równowagą mego umysłu i duszy.

– Tego, co zapowiadał, że ożyje? – zaciekawiła się Klaudia, zapewne przypomniawszy sobie opowieść swej służki.

– Tego samego.

– I co?

– Byli tam dwa dni i dwie noce. Ale ciało zniknęło.

– Nie upilnowali?

– Na to wychodzi. Jeden sam się przyznał, że posnęli.

– Pewnie ze zmęczenia. Albo z nudów.

– Kapłani chcieli, żebym to zbadał, wiec ich dokładnie odpytałem. Wyszło na to, że napili się wina, które ktoś im przyniósł. Musiało być zatrute. No, i teraz jest wielki krzyk, że nie dopełnili obowiązku.

– Co to zmienia?

– Dla mnie nic. Sprawa jest skończona. Był winny, był sąd, był wyrok, człowieka powiesili, pochowali, a co dalej, nie moja sprawa. Dla porządku, żeby okazać surowość władzy, ukarałem tych wartowników. Ale łagodnie, tylko dla zachowania pozorów. Dostali po kilka batów, i na tym koniec.

– A kapłani?

– Co mnie oni obchodzą? – żachnął się rozdrażniony. –  Niech sobie sami teraz pilnują swoich ludzi. Urzędowo jest jak się należy, a o resztę niech się martwią w tej swojej świątyni – ręką wskazał na sąsiednie zabudowania. – Pewnie biegają dokoła i szukają tego trupa – zaśmiał się, z jak z dobrego żartu.

Wysłuchałem go w milczeniu, o nic nie pytałem, niczego nie komentowałem, panując nad rozkołysanymi uczuciami i zmęczonym umysłem. Zresztą, co miałem rzec? Że na własne oczy widziałem tego człowieka, jak szedł drogą, cały i zdrowy? Przecież uznaliby mnie za szaleńca, w najlepszym razie kogoś, kto się pomylił, albo zgoła za niesmacznego żartownisia. Piłat i jego żona to nie byli ludzie, z którymi chciałbym rozmawiać o moich wątpliwościach, czy dziwacznych podejrzeniach. A w przyszłości? Z kim będę mógł się nimi podzielić, by mnie nie wyśmiał? Jak dowiodę swej wiarygodności? Czy me opowieści, jeśli je już przedstawię komu bliskiemu lub zaufanemu, nie zostaną skwitowane wzruszeniem ramion, co najwyżej pobłażliwymi słowami o zawodności zmysłów po zmęczeniu podróżą. Same tylko słowa, naprzeciwko oczywistości śmierci, to za mało, by kogokolwiek przekonać.

Wieczór zakończyło oświadczenie Piłata o rychłym powrocie do Cezarei. Nakazał żonie przygotowania, ponowił zaproszenie, bym mu towarzyszył.

– I tobie, drogi Festusie, przyda się zmiana otoczenia. Przekonasz się, że nie ze wszystkim jest w Judei tak okropnie, jak tutaj – powiódł ręka dokoła. –  Mam nadzieję, że zechcesz uczynić mi ten zaszczyt i zamieszkasz w mym pałacu tak długo, jak ci to będzie potrzebne.

Podziękowałem, jak należy, wymieniliśmy uprzejmości, wreszcie oświadczyłem, że – jak przystało na doświadczonego wędrowca – mogę zebrać się choćby i zaraz.

– Wyruszamy pojutrze, około południa. Pojedziemy przodem, a ty, moja droga – zwrócił się do żony – dołączysz potem, z wszystkimi taborami. – Wydał to polecenie, nawet nie pytając ją o zdanie. Była mu posłuszna bez szemrania.

Dziwna to kobieta, niby cicha, ale zdawała mi się wyrachowana. Już wcześniej zastanawiałem się, co warte jest to małżeństwo. Zapewne wywodziła się z rodziny bogatej, ale bez większego publicznego znaczenia. Wydano ją z rozmysłem za młodego, acz biednego oficera, tyle że obiecującego, gdyż rozpoczynającego karierę przy boku wszechwładnego, cesarskiego zausznika. Duże pieniądze i równie duże ambicje to dobry związek, pod warunkiem, że obie strony nie mają żadnych złudzeń po co się zeszły. On piął się w górę, ona go wspierała, mieli z tego wspólne korzyści, a pewnie i własne przyjemności. Ot, zwyczajna u nas praktyka. Przecież i Tycjanowie nieraz się do niej uciekali, zwłaszcza na początku, gdy rodzina dopiero co wchodziła na wielką scenę. Teraz mamy swobodę i wybór, gdyż są przy nas i pieniądze, i wpływy.

– Nie ma co zwlekać – Piłat wstał, dając znak do rozejścia. Dobrze się czuł, wydając proste rozkazy, wrócił mu dobry humor.

Ucieszyłem się, że za kilka dni, gdy tylko znajdę jaki odpowiedni statek, będę już płynął do Italii, z jedną tylko myślą – by jak najszybciej stanąć w drzwiach rodzinnego domu. Tak to wreszcie zakończył się ten dzień, zdumiewający nad wszelkie wyobrażenie, nawet jak na kogoś, kto przemierzył pół świata, oglądając najrozmaitsze i nieraz zaskakujące jego niezwykłości.

cdn…

Początek u Kresu Drogi

48. Do domu!

Do Cezarei jechaliśmy nieco ponad trzy dni, ani za szybko, ani za wolno, na tyle spokojnie, że było trochę okazji do rozmów na różne tematy, głównie polityczne, ale i historyczne. Wiele mówiliśmy o Pompejuszu, którego Piłat miał za wielką postać, zarówno jako wodza, jak i triumwira. Znał doskonale jego losy, a już szczególnie zwycięstwa, jakie odnosił od Armenii, aż po Syrię i Judeę. Niesławny koniec tego niezwykłego człowieka w niczym nie umniejszał w oczach prefekta jego zasług, a przede wszystkim wyniesienia ponad innych w czasach największej chwały.

– Przez kilka lat był przecież faktycznym panem całego imperium – nie ustawał w zachwytach.  – To senat go poniżył, nawet jego żołnierzy. Wszystko z zawiści – unosił się z oburzeniem.

Nie wspomniał o wojnie z Cezarem, o pysznej ambicji, o ogromnych konfiskatach, i wielu niegodziwościach, jakie się za Pompejuszem ciągnęły. Chciał widzieć tylko sukcesy, wygrane bitwy i zdobyte łupy. Miałem wrażenie, że sam chętnie by takich posmakował, może nawet w marzeniach śnił o podobnej karierze. Pozbawiony zmysłu politycznego, chyba również i wojskowego, nie nadawał się do wielkich spraw, lecz zapewne wyobrażał sobie, że i on mógłby znaleźć dla siebie podobne miejsce w historii. Tak to bywa, że statyści, im większymi są głupcami, tym wyżej mierzą, nie pojmując, jak nisko latają. Śmiałem się w duchu słuchając jego perorowania o własnej roli w judzkiej ziemi, gdyż byłem więcej niż pewny, że Klio z jego strony nic szczególnego nie zagraża – ani w Judei, ani w całym cesarstwie.

Gdy już dojechaliśmy, urządził mnie wspaniale, zapewniając wszelkie wygody i obsługę. Pałac był okazały, niedawno zbudowany, wręcz z przepychem, przez miejscowego króla specjalnie dla namiestników Rzymu. Nie zawsze jedna taka nowość wyróżnia się gustem, nadto tej brakło wielkiego ducha, bo ten zależy od tego, kto go zamieszkuje, a Piłat niewiele miał do zaoferowania.

Niestety, musiałem przez kilka dni brać udział w ucztach, na które spraszał miejscowych bogaczy i osoby co bardziej znaczące, przy okazji popisując się przed nimi swym gościem z rodziny słynnych, rzymskich Tycjanów. Dodawał tym sobie powagi, a i tworzył pozory, jakoby jest dopuszczony do ważnych spraw wagi państwowej i handlowej. Towarzystwo prowincjuszy odnosiło się do mnie z pokłonami, bardziej jednak by schlebiać gospodarzowi, niż przyjezdnemu. Miał tu władzę, ja byłem tylko ciekawostką, choć o naszej rodzinie co nieco słyszeli. Może i marzyły im się interesy ze znanymi kupcami, lecz ważniejsze były układy tu na miejscu. Cezarea dopiero co powstała, jeszcze nie okrzepła, nie miała własnej tradycji, nie mówiąc już o pomysłach z większym rozmachem. Owszem, pojawiły się pieniądze, ale to nie wystarcza, by oderwać się od własnego domu i wychodzić w szeroki świat. Urządzali się u siebie i to ich głównie zajmowało.

Znosiłem piłatową familiarność z coraz większą irytacją, wszelako korzystając z jego gościnności nie za bardzo mogłem się wymawiać od tych spotkań. Dlatego, tak szybko, jak to możliwe, zająłem się przygotowaniami do jak najrychlejszego stąd wyjazdu. Pierwszą rzeczą było znalezienie dobrego statku, którym mógłbym ruszyć w stronę Italii..

Na szczęście, nie trwało to długo, gdyż zaczynała się pora żeglowania po otwartym morzu i ruch w porcie panował spory. Rozważałem dwie możliwości. Albo płynąć do Aleksandrii, a stamtąd do Ostii, albo najpierw na Kretę, a potem na nasze wschodnie wybrzeże, by stamtąd, lądem, jechać do samego już Rzymu. Wybrałem to drugie, bo policzyłem, że wszystko razem potrwa krócej, niż gdybym jeszcze zawitał do Egiptu, a po drugie – gdyż akurat nadarzyła się stosowna okazja. Pewien grecki kapitan zgodził się zabrać mnie ze sobą do Kanii, na północnym brzegu wyspy, gdzie – jak twierdził – łatwo o duże statki z towarami aż do samej Italii. Płynie się miedzy dużymi wyspami i licznymi, małymi wysepkami, więc jest bezpieczniej, a potem od razu wpływa na morze wewnętrzne, po zachodniej stronie prowincji greckich.  A tam już – dalej, jak kto chce.

Zażądał dużej sumy, targowaliśmy się długo i zawzięcie, jak to z Grekami bywa. Koniec końców, umówiliśmy się na tyle, ile byłem w stanie wysupłać, a i to z wielkim trudem. Z pieniędzmi zrobiło się krucho, lecz o to się nie martwiłem, gdyż mieliśmy przecież dwa konie, które i tak zamierzaliśmy sprzedać. Spytałem Piłata, czy nie ma wśród swoich ludzi kogo, kto mógłby mi doradzić jakiego w miarę przyzwoitego handlarza. Specjalnie się nie namyślając, wezwał człowieka, który zarządzał pałacową służbą i całym gospodarstwem. Ten odparł – jakby wyprzedzając wolę swego pana – iż chętnie mnie do takiego zaprowadzi, bo zna kogoś, komu można zaufać. Przyjąłem to z wdzięcznością, nawet nie przeczuwając, w jak głupim znajdę się niebawem położeniu.

Następnego dnia z rana poszliśmy z owym zarządcą w okolice targu zwierząt, by dopełnić sprawy. Dziwne to jednak było handlowanie. Gdy podałem na próbę swoją cenę, dość nawet wysoką, kupiec, obejrzawszy pobieżnie konie, zgodził się niemal od razu, tylko dla zasady obniżył ją nieznacznie, po czym bez słowa wypłacił należne pieniądze. Żadnych okrzyków, żadnego przepychania się, marudzenia, wzywania bogów, narzekania na biedę – słowem, nie było niczego, co przypominałoby prawdziwe zmagania kupującego i sprzedającego. Zdumiało mnie to, a zaraz potem, gdy pojąłem w czym rzecz – wręcz wściekło. Nie trzeba było wielkiej przenikliwości, by zorientować się, że to sam Piłat wymyślił sobie, by przez podstawionych ludzi wręczyć mi coś na podobieństwo łapówki! Ten prostacki bufon przekupywał Tycjana garścią denarów, by zapewnić sobie – w swoim, oczywiście mniemaniu – dobrą o nim opinię przed światem! Nawet Agis, który przyglądał się temu ze zdumieniem, miał minę jakby chciał gołymi rękami zadusić tych obrzydliwych ludzi.

Nie było już odwrotu, wziąłem woreczek z monetami i ruszyłem z powrotem. Co miałem robić? Wszcząć awanturę? Niby o co? Był handel? Był! Sprzedane – kupione, i po krzyku. A że korzystnie? Tym lepiej! Cały Piłat i jego udawanie niewiniątka. Jak z tamtym sądem. Był człowiek? Był. Niewinny? Kto wie? Ale co z tego. Ma być spokój, choćby i kupiony za cenę życia. Dwie, nieporównywalne sprawy, jedna pełna grozy, druga śmieszna, lecz ta sama reguła. Maleńka chytrość, życiowy spryt i własne zyski. Tam kazał powiesić człowieka, tu upokorzył – choć w jego rozumieniu rzeczy uczynił jak najsłuszniej i najlepiej. W obydwu sprawach rączki zachował czyste, uniesione w górze – nic się przecież nie stało. O co chodzi? To nie ja, to kto inny. Chciałem dobrze. A kupiec wziął konie – i jeszcze dobrze zapłacił. Nic mi do ceny. Pomogłem? Pomogłem. Załatwiłem? Załatwiłem. Jestem przydatny, więc warto to docenić.

Zarządca wymówił się obowiązkami i szybko pognał do pałacu, zostawiając nas samych na środku targowiska. Zapewne przekaże swemu panu dobre wiadomości – udało się, prefekcie, tak, jak kazałeś! A portem wróci cichaczem do handlarza i wypłaci mu tyle, na ile się umówili. Wszyscy oni będą zadowoleni, w przekonaniu, że udała się sztuczka. Nawet im do głowy nie przyjdzie, co też sobie o tym pomyślę. Wszyscy tak robią, w całym cesarstwie, na każdej pozycji, więc czemu ktoś miałby mieć jakieś pretensje. Jest jak się należy!

Gdy odeszła mnie złość, wybuchnąłem śmiechem. Przekupywać Tycjana – na to trzeba mieć tupet! No, ale popamięta już ten ważny prokurator, co znaczy drażnić tygrysa na schodach, choćby i namiestnikowskiego pałacu. Nie jestem mściwy z natury, lecz tym razem postanowiłem, że przyda się nauczka tej małej kanalii. Gdy nadarzy się okazja, srodze się odegram!

Nie chciałem już ani chwili dłużej pozostawać w jego domu, wiec zaraz po powrocie z targu, odszukałem go, grzecznie acz chłodno podziękowałem za gościnę i pomoc, darując sobie aluzje, i oznajmiłem, że właśnie go opuszczam, by przenieść się na statek. Nawet się nie zdziwił, choćby dla pozoru. A może czegoś się domyślił?  Było mi to obojętne. Poprosiłem, by pożegnał ode mnie żonę, wymieniliśmy zdawkowe uprzejmości i gesty, po czym zebrałem swoje rzeczy i szybkim krokiem, zabierając Agisa, opuściłem te zapowietrzoną rezydencję. Ulga, z jaką się od niej oddalałem, była doprawdy nie do opisania.

Takich, jak on, jest nas bez liku. To setki i tysiące ludzi, podobnych i do niego, i do poznanego niegdyś dowódcy Vestusa, czy nawet setnika w Cylicji. Interesy, interesiki, różne co do wielkości zysków, lecz zawsze tak samo załatwiane. Nieważne, że mętne, byle na końcu były pieniądze, lub inny pożytek, który i tak w końcu da się przeliczyć na złoto. Pół biedy, gdy są robione na własny koszt i ryzyko, a nie w majestacie cesarskiej władzy. Lecz moje myślenie to mrzonki, choć przecież pobrzmiewa w nich obywatelska troska. Czy wielu mamy Katonów albo Cyceronów? Państwo stoi na ludziach i jest takie, jakim oni są, niezależnie w jakie szaty odziani. Gdy pod pozłotą kryje się tylko małość, nie pomoże żadna siła, chwała zdobywców, czy szumne igrzyska. Prędzej czy później farba się złuszczy i zostanie tylko ledwie powściągane prostactwo, nawet dzikość. Potem, gdy ludzie oswoją się z brakiem masek, będzie już tylko coraz gorzej, bo tam samo, lecz już bez udawania. Igrzyska zamienią się w zwykłe rzezie, bez opamiętania.

W dwa dni wypłynąłem na morze. Przedtem jeszcze rozstałem się z Agisem, co dla obydwu nas było chwilą trudną i nieco smutną. Przeżyliśmy wspólnie rok wędrówki, był mi raczej towarzyszem podróży, nie sługą, nieraz wyciągał z tarapatów, strzegł nie jak wartownik, a jak przyjaciel. Trafiła się niezła łódź, płynąca przy brzegu aż do Tyru, więc się nią zabierał, i to już nazajutrz.. Dałem mu list do Filipona, w którym nakazywałem faktorowi wyekspediować Greka należycie do Antiochii. Nadto wiózł drugie pismo, do Melosa, nie tylko z wieściami o zakończeniu podróży, lecz i z nakazem, by wręcz obsypał go złotem. Stary przechera, choć skapieć, na pewno wywiąże się z tego z nawiązką, wiedząc, co znaczy takie roczne wędrowanie ze szczęśliwym powrotem.. Gdyśmy się już rozchodzili, wręczyłem Agisowi spory mieszek monet na drogę, zabraniając mu odezwać się choć jednym słowem.

– Nie wiem, czy jeszcze kiedyś się spotkamy – rzekłem z pewnym wzruszeniem. – Dbaj o dzieci, bo pewnie cię już zapomniały, i potrzebują dobrej, ojcowskiej komendy.

W takich chwilach nie wiadomo, co rzec. Ale obydwie strony wiedzą co chciałyby powiedzieć, i co powiedzieć by należało. Żegnamy się z bliskimi osobami niezręcznie, krótko, powściągliwie, bez wielkich słów. Ku jego zdumieniu, wyciągnąłem rękę na pożegnanie. Zawahał się, ale ją przyjął i oddał silny uścisk dłoni.

– Niech cię bogowie doprowadzą szczęśliwie do domu, panie – rzekł stłumionym głosem. – Do końca moich dni będę im dziękował, że mogłem być z tobą. – Tylko tyle, ale jak wiele. Odwrócił się, i zniknął w portowym tłumie.

Jak rok temu, tak i dziś stanąłem na pokładzie statku, z nadzieją na udaną podróż do celu, jaki miałem przed sobą. Wtedy była nim daleka Azja, teraz – równie daleki jeszcze Rzym. Koło zaczęło się zamykać. Zostało niewiele, ot, kilka tygodni na morzu. Znów sam, lcze już bardziej doświadczony, ufny w swe siły, a przy tym jakże odmieniony. W drogę wyruszał Tycjan, wracał Festus. Przyjdzie czas, by porównać te dwie postaci, przekonać się kto zyskał, a kto stracił – i co. Teraz, patrząc jak kapitan pogania marynarzy do wyruszenia z portu, przepełniony byłem dziwnym spokojem, że wszystko stało się tak, jak stać się miało, choć nie do końca wiedziałem, co by to miało znaczyć.

Do Krety dopłynęliśmy wedle planu, tam, znów, po niedługich poszukiwaniach, znalazłem kolejny statek, wiozący duży ładunek aż do Aterunum, czyli wprost do italskiego portu, tyle ze na wschodnim wybrzeżu. Bogowie sprzyjali nam, obyło się bez wielkich burz i przeszkód, płynęliśmy miedzy greckimi wyspami, potem otwartym morzem, aż dotarliśmy szczęśliwie, cali i zdrowi, do miejsca przeznaczenia. Tam, natychmiast odszukałem cesarską służbę pocztową i na pismo Tyberiusza puściłem się rozstawnymi końmi, drogą tyburtyńską, prosto do Rzymu. Zatrzymywałem się jednie na stacjach, dla koniecznego odpoczynku, zmieniałem zwierzęta i jechałem dalej, bez rozglądania się, szukania przygód, czy znajomości. Czwartego dnia tej szaleńczej jazdy, wjechałem do rodzinnego miasta i przebijając się galopem przez ulice – wzniecając przy tym niejaki popłoch wśród przechodniów –zatrzymałem wreszcie przed naszą rezydencją, na niewielkim wzgórzu, nieco z boku od samego forum.

Gdy zeskoczyłem z konia, pierwsza podniosła rwetes służba, poznając mnie i spoglądając z niedowierzaniem, a zaraz potem z wielkim okrzykami. Wszedłem szybko do domu, i ledwo zdążyłem dojść do atrium, gdy zjawiła się matka, Podbiegła, objęła mnie i zaczęła po kobiecemu pochlipywać, niezdolna wypowiedzieć choćby dwa słowa. Zaraz też wpadł ojciec, lecz mitygował się, bo nie chciał na widoku wszystkich zgormadzonych okazywać niemęskiego wzruszenia. Niemal wyrwał mnie matce z rąk, przygarnął, i tak stał, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Dobrze, ze jesteś, synu – rzekł wreszcie cicho. Nic więcej, bo głos mu się łamał.

Narastało zamieszanie, wrzawa, matka natychmiast puściła w ruch całą służbę, nakazując przygotować co trzeba i nie trzeba. Ojciec posłał po mego brata, który był w mieście w interesach, także po siostry i kilku co bliższych kuzynów. Poszedłem do swoich pokoi, wypuszczony z rodzicielskich uścisków tylko dlatego, że stanowczo zażądałem kąpieli i olejków. Minęło trochę czasu, ale nareszcie odświeżony, nieśmierdzący koniem i własnym potem, wszedłem do ogrodu, gdzie schodziła się cała rodzina z przyległościami. Z każdym się witałem, ściskałem, poklepywałem po ramieniu, dzieciarnia mego rodzeństwa gapiła się na mnie zza pleców swych matek.

Zasiedliśmy do stołu, zapalono światła, gdyż zbliżał się wieczór. Na chwilę zapadło milczenie, nikt nie widział, jakie zadać pierwsze pytanie. Po złożeniu dziękczynnej ofiary bogom, wreszcie zacząłem sam mówić, najpierw o głupstwach, żartami, urywanymi zdaniami. Potem opowieść potoczyła się już bardziej wartko – i tak ciągnęła się przez wiele, wiele kolejnych dni i wieczorów, tygodniami, we właściwym porządku.

A co było dalej – to już zupełnie inna historia….

EPILOG

Minęło trzydzieści z górą lat.

Kilka dni temu, ze skrzyni, w której trzymam rozmaite rzeczy, rzadko kiedy używane, wyjąłem pokaźny stosik starych zapisków. Sporządzone dawno temu, leżały nieruszane, gdyż ani do nich nie wracałem, ani też nie miałem nigdy zamiaru ich komukolwiek pokazywać.

Po powrocie z tamtej podróży sporządziłem długi raport dla cesarza, a także uwagi dla Korbulona, tak, jak mu to obiecałem w Antiochii. Sprawy rodzinnych interesów długo omawialiśmy z ojcem i bratem, lecz wszystko zostało miedzy nami, bez żadnego pisemnego śladu. Czy sami coś sobie odnotowali? – nie wiem, i nigdy o to nie pytałem.

Przez następnych kilka lat napisałem wiele ksiąg – o geografii dalekich stron Azji, o ludach, jakie poznałem, o ich historii, jaką mi opowiadali, ich zwyczajach, bogach, budowlach, o czym tylko się dało, nawet o ubiorach i potrawach. Spędziłem rok w Aleksandrii, szperając w bibliotece za rozmaitych wiadomościami o krajach, które  odwiedziłem, by porównywać je z tym, com widział na własne oczy. Znalazłem wiele rzeczy błędnych, tylko z cudzych opowieści, które w swoich dziełach prostowałem. Nadto sporządzałem, niejako przy okazji, glosariusz do języków u nas nieznanych, notując obce słowa literami greckimi. Wielce mnie cieszyła ta zabawa, tym bardziej, że sprawdzałem też przy tym pamięć, dzięki której udało mi się przez rok opanować mowę nie tylko scytyjską – a to dzięki Aszy i Dolanowi – ale i wiele wyrażeń i zdań z mowy różnych ludów, w których wyuczyłem się nieźle porozumiewać.. Przydało się to do zapisywania nazw miast, rzek, wielu miejsc, także i rzeczy, w należytym brzmieniu, czego nie znajdowałem u studiowanych autorów.

Własne przeżycia, spotykani ludzie, przygody, rozmowy, odczucia, przemyślenia, spostrzeżenia, zdziwienia i wątpliwości – wszystko to zostawiłem zrazu w pamięci, uznając, że nikomu nic do tego. Z czasem jednak, powoli, bez pośpiechu, począłem porządkować wspomnienia, tylko dla siebie, aż wyszła z tego księga, której wielkość zdziwiła nawet mnie samego. Gdy skończyłem, odłożyłem ją na dobre, nic już potem do niej nie dopisując. Wszelako zaszły były właśnie pewne okoliczności, które spowodowały, iż ją wyjąłem spod sterty innych gratów, uznając, że powinienem dodać do niej coś, co dopiero dziś ją dopełni.

Ponowna, spokojna lektura dawno temu zapisanych kart zwolna przywoływała na pamięć rzeczy i zdarzenia także późniejsze, jakie miały miejsce przez lata, już po moim powrocie. Wiele się zmieniło, wielu ludzi odeszło na zawsze, o innych nie mam żadnych wieści. Także i ja sam nie jestem już tym samym Festusem Tycjanusem, który swego czasu, pod przybranym imieniem Viatusa, ruszył w świat, potem powrócił i przez czas jakiś jeszcze sporo przebywał miedzy ludźmi, przyglądając się, jak też wszystko ulega nieuchronnym przemianom. W pewnym jednak momencie zszedłem wszystkim z widoku, stałem się samotnikiem, zagrzebanym w książkach, co nie znaczy, że w ogóle nie odwiedzam Rzymu, niczym się nie interesuję, i nie przyjmuję u siebie chętnych do słuchania tego, co mogę im opowiedzieć.

Bardziej jestem teraz Festusem, choć nadal Tycjanem, tyle że odmienionym, nie ze wszystkim już bogatym panem rzymskim, pewnym siebie i dumnym ze swej pozycji. Nabrałem nie tyle może pokory do ogromu świata, ile większej wyrozumiałości dla ludzkich słabości w radzeniu sobie z tym, co niesie. Dlatego przestałem oceniać kogokolwiek tylko wedle pozycji, jaką w nim zajmuje, bardziej ceniąc nie to, kim jest ze swej pozycji, lecz jaki ze swego charakteru. Nie znoszę jedynie głupoty, którą mam nie tyle za nieuchronną właściwość, dana przez naturę, lecz za przejaw dobrowolnego wyboru lenistwa umysłu i gnuśności ducha. Każdy może szukać mądrości, nawet ktoś niepozorny i nieznaczny. O ileż poznany w Antiochii fenicki mistrz szkła, żyjący na obrzeżu wielkiego, bogatego i pysznego miasta, stoi wyżej ze swoją wiedzą, umiejętnościami i pojmowaniem prawdy o ludziach, niż wielu naszych filozofów, choćby i takiego Seneki, pyszałkowatego mądrali, a w gruncie rzeczy obłudnika, chciwego pieniędzy i uznania.

Poznawszy bliżej praktykę interesów, także u rozmaitych ludów, utwierdziłem się w niechęci do służenia bożkowi złota, jedynemu, jakiemu ofiarę składają ze swego życia wszędzie tak samo, z takim samym zaparciem się samego siebie. Podróż przekonała mnie również, że wszędzie takie same reguły i siły rządzą po równo pojedynczymi ludźmi, jak całymi narodami i ich państwami. Nie spotkałem niczego, tak odmiennego, by warto było mieć je za jakiś nowy wzór na przyszłość, choćby i najbardziej odległą – tu w pełni zgadzam się z Cyceronem. Z tym większym więc smutkiem obserwuję, jak bardzo sprawdzają się słowa Marosa z Cypru o moim ukochanym Rzymie, i chorobie, jaka go skrycie toczy.

Więcej już w dalekie podróże się nie wypuszczałem, chyba żeby za taką uznać wyprawę w Egipcie, kiedy to, wyłącznie dla odpoczynku, bez żadnych obowiązków, wybrałam się raz z Aleksandrii w górę Nilu, do Teb i z powrotem. Bardzo to było pouczające doświadczenia, gdyż obejrzałem starożytności z czasów tak dawnych, o jakich nawet się nam nawet nie śni. Tysiące lat, ogromne państwo, potęga, przemieszana z klęskami, nie wiadomo, co tam jest prawdą, co tylko legendą, lub wręcz bajką. Jedno jest pewne. Oglądając wielkie budowle, kanały, świątynie, stawiane wtedy, gdy na naszych ziemiach nie było niczego – chyba żeby przywołać Kreteńczyków i Babilon – nabiera się pokory wobec wielkości, przy której jesteśmy jak dzieci. Ale i ona przeminęła, teraz zasypywana piaskami, zostawiwszy jedynie ślady na pustyni. Gdyby to ode mnie zależało, nakazałbym każdemu, kto ma ambicje na własne miejsce w historii, by, nim zacznie machać jej kołem, wybrał się tam, dla zastanowienia nad swymi poczynaniami i nabrania rozumu. Nie sztuka kochać się z królową i biegać z wojskami wzdłuż egipskiego wybrzeża. To trochę za mało, by nabrać wiedzy o porządku świata i o własnym w nim miejscu. Może kiedyś to opiszę, dodając nieco własnych o tym przemyśleń.

Mieszkam w niedużej willi około Puteoli, sam, z nieliczną tylko służbą. Nie ożeniłem się, nie mam dzieci. Dzięki udziałom w rodzinnym majątku i bieżących zyskach, mam dość pieniędzy, by nie troszczyć się ani o codzienność dzisiejszą, ani jutrzejszą. Żyję bez szumu, poza rzymskim zgiełkiem, nie udzielam się też w rodzinnych interesach, bo nie mam do tego ani głowy, ani ochoty. Uszanowano moją decyzję o życiu w prywatności, której granice sam sobie wyznaczam. Z początku jeszcze zasięgano mej rady, gdy szło o ludzi i sprawy we wschodnim handlu, lecz potem, gdy już się ułożyły na dobre, więcej pytano o wspomnienia, rzadziej o konkrety.

Głową rodziny pozostaje jeszcze mój brat, lecz zwolna przekazuje swe obowiązki swemu synowi, Markowi. Obaj to typowi Tycjanowie, silni, bezwzględni w interesach, znakomicie radzący sobie i z pieniędzmi, i z polityką. Jest też mały Festus, kilkuletni chłopak, mój ulubieniec, jakże podobny z usposobienia i umysłu do mnie samego, gdy byłem w jego wieku. Często mnie odwiedza, zamęcza pytaniami i prośbami o wspominki z mej wyprawy, myszkuje też po zbiorach ksiąg z wprawą małego psiaka, węszącego gdzie tylko uda mu się wleźć. Jak ja kiedyś przy Strabonie, tak on teraz przy mnie chłonie wiedzę i marzy o podróżach. Dziwnie to się układa w naszej rodzinie, że co dwa pokolenia powtarza się to samo – najpierw był Maes, potem ja, teraz ten malec, któremu wróżę ciekawą przyszłość. Chyba też podobnie go edukują, już teraz szykując do takich samych zadań, jakie były moim udziałem. Nie jestem pewny, czy mi się to ze wszystkimi podoba, niemniej ja sam widzę w nim następnego Festusa, z wykluwającą się duszą Viatusa. Lubimy się i rozumiemy jak mało kto. Własnego wnuka nie mam, a ten malec znakomicie wypełnia w mym sercu miejsce, dla kogoś takiego, przeznaczonego człowiekowi z natury.

Było w mym życiu kilka kobiet, lecz z żadną na dłużej się nie wiązałem. Zawsze coś stawało temu na przeszkodzie, ale chyba najbardziej to, że nie potrafiłem nagiąć się do licznych pozorów, jakie – pod nazwa obowiązków pana domu – są konieczne w stałych związkach. Nie bawiły mnie ani towarzyskie wizyty, ani wydawanie przyjęć, nudziła babska paplanina, również za nic miałem owe tysiące błahostek, jakimi wypełnia się życie małżeńskie. Mijały lata, a wraz nimi stygły namiętności. Wszelako do dziś gorąco i serdecznie wspominam Aszę, scytyjską wojowniczkę, która w czasie, gdy razem wędrowaliśmy, pokazała mi, że kobieta nie musi być tylko salonową lalką, albo narzędziem do wydawania pieniędzy i płodzenia potomstwa. Byliśmy do siebie podobni, ale i niepodobni – dwie niespokojne, wolne natury, wszelako z dwóch różnych światów, całkowicie do siebie nieprzystających. Mimo żalu, jaki wciąż jeszcze się we mnie odzywa, doskonale wiem, że szukanie wspólnego z nią życia skończyłoby się dla nas klęską.

Jakiś czas temu miałem dobrą przyjaciółkę, kobietę wolną, z tych bardzo zwyczajnych, nie salonowych, z którą dobrze się rozumieliśmy i zżyliśmy. Pomogłem jej się urządzić, miałem u niej zawsze miejsce, gdy czułem potrzebę wypełnienia mej samotności chwilą swobodniej rozmowy. Jej jednej opowiadałem więcej niż komukolwiek o dawnych przygodach, ona zaś umiała słuchać tego ze zrozumieniem, niewiele dopytując, a wtrącając tylko czasem jaki życzliwy żart. Niestety, w roku, w którym rozszalała się u nas zaraza złej choroby, umarła cicho, mimo starań najlepszych lekarzy, jakich jej sprowadzałem.

Na miarę mego odosobnienia, zawsze uważnie śledziłem – i nadal śledzę – losy Rzymu. To już czwarty cesarz w moim życiu, i doprawdy nie wiem, który z nich gorszy. Największą potwornością był Kaligula, teraz jest starzejący się Neron. Ani jednego ani drugiego nie miałem przyjemności poznać osobiście i wcale tego nie żałuje. Tyberiusz, po przeczytaniu tego, com mu sporządził, kilkakrotnie wzywał mnie na rozmowy, by wyjaśniać sobie rozmaite, podane w raporcie szczegóły. On jeden prawdziwie interesował się wschodem, także i moimi prywatnymi uwagami na temat zawiłości persko-paryjskich stosunków i spotkań w Hyrkanii i Ekbatanie. Ale niedługo już pożył, więc wiele tam nie zdziałał. Drugi, którego poznałem, i z którym również miałem okazję rozmawiać, był Klaudiusz, znany ze swego zamiłowania do historii. Miał dużą wiedzę, ale jako cesarz więcej widział i działał w Europie, nie wyczuwał odmienności Azji, a wojny z Partami i Armenią traktował jako zło konieczne dla zachowaniu stanu posiadania państwa, bez pomysłu na jakieś większe tam gry, chociażby wespół z Persami.

Od Augusta, potem Tyberiusza, nie ma u nas już wielkich ludzi wśród władców. Prawda, są doskonali wodzowie, wygrywający bitwy, ale brakuje strategów dużego formatu. Ostatnio mój dobry przyjaciel Korbulon wykazał się w Syrii, święcił wojenne tryumfy, lecz nie jest on człowiekiem, zdolnym do wielkiej polityki. Nie raz, i nie dwa, odwiedzał mnie, by drobiazgowo wypytywać o poznane przeze mnie krainy, lecz głównie dla wiedzy, przydatnej bardziej w przemarszu wojsk w kampaniach wschodnich, jakie planował, niż dla układania dobrych stosunków z tamtejszymi ludami. Chciałby być jak Cezar, który przychodzi i zwycięża, lecz do prawdziwej wielkości brakuje mu rozmachu i umysłu, pozwalającego potem ogarniać to, co zdobył. Prawda, po udanej wojnie, niedawno zawarł z Partami ugodę, ale strasznie przy tym wszystko skomplikował, wbrew naturze tamtych ludów. Królem Armenii został ktoś z wielkiego rodu partyjskiego, ale władzę otrzymał z ręki rzymskiego cesarza. To musi się rozpaść, gdyż sama tylko zawiła kalkulacja to za mało, by takimi kombinacjami ustanowić coś trwałego tam, gdzie są same tylko kłótnie i wzajemna wrogość od pokoleń.

Mam wrażenie, że jest tak, jak przewidział Maros. Mamy siłę, lecz brakuje ducha. Potrzeba coraz więcej łupów do obdzielania rozmaitej klienteli, dworaków i urzędników, więcej jest używania, niż myślenia, nauki, czy tworzenia rzeczy cennych i pięknych. Są szaleństwa za ogromne pieniądze, bez umiaru, a przykład idzie z samego Palatynu i senatu. Wariował już Kaligula, ale to, co wyczynia teraz Neron, przechodzi wszelkie pojęcie,. Lud się cieszy, bo igrzysk i zboża jeszcze nie brakuje, lecz rozpanoszył się ponad wszelką miarę. I wielcy, i mali, stają się przy tym bezwstydni, a więc i bezwolni, oddając jedynie namiętnościom, bez jakichkolwiek więzów rozumu. Czy to już nie stary Horacy nawoływał, by żyć chwilą, nie ufając przyszłości? Gdy czyni tak jeden człowiek, mamy go za głupca, gdy czyni to całe państwo, rzeczy przedstawiają się jak tragedia, czyli zgoła niewesoło.

Często, nie mogąc zasnąć w nocy, przywołuję z pamięci twarze ludzi, poznanych w tamtym czasie, gdzieś daleko w świecie. Nikogo z nich już więcej nie spotkałem – bo jak, i gdzie? Trochę wiedziałem o Melosie, który nie tak dawno umarł ze zwykłej starości, co przyjąłem z wielkim żalem, bo mało z kim tak się polubiłem, jak z nim. Rządzi tam teraz jego syn, który, przysłany niegdyś do nas do Rzymu, na nauki w prowadzeniu interesów, sprawdził się doskonale i w końcu przejął po ojcu faktorię w Antiochii. Wcześniej stary przechera udatnie wykorzystał rzekomych potomków Maesa, i z ich pomocą związał mocny, kupiecki węzeł aż pod granicą na Eufracie. Mamy z tego wielkie korzyści, tyle że sprawa domniemanego pokrewieństwa nigdy nie została przesądzona, ani zatwierdzona. Wszyscy, i tam i tu, wiedzą, o co chodzi, lecz udają, że sprawy nie ma. Rodzina owego Gety zyskała majątek i znaczenie miedzy swoimi, wszelako nie dopominając się o jawne uznanie rodzinnego powinowactwa. Interesy idą w miarę dobrze, co wystarcza – i w Rzymie, i w Syrii.

Nigdy więcej nie słyszałem też o Tamisie, zauszniku królewskim na dworze w Ktezyfonie. Został mi po nim ów pierścień, również schowany w skrzyni, na samym dnie. Ze spraw partyjskich wiem tylko tyle, że po śmierci Artabana przez czas jakiś rządził jego syn Wardanus, co było po myśli chytrego nadzorcy tamtejszych tajnych służb. Niemniej po kilku latach, ów żałosny prostak Gotarzes, którego miałem wątpliwą przyjemność poznać osobiście, obalił brata, aczkolwiek panował krótko, bo sami Partowie mieli go dość za jego okrucieństwa i głupotę, aż w końcu się go pozbyli, choć nie bez trudu.

Wtedy to właśnie był ten jeden z przypadków, gdy Klaudiusz wezwał mnie bym – jako znający tamte strony – doradził mu, jak ma działać w kraju, o którym pojęcie miał mniej niż słabe. Opowiedziałem mu wtedy o tym, com w Partii widział i zwróciłem jego uwagę na Tamisa, jako zręcznego polityka, z którym warto się porozumieć. Wspomniałem również o perskich nadziejach na pozbycie się partyjskiej zwierzchności nad ich krajem, co przyjął z zainteresowaniem. Chciał rozwiązać problem nader chytrze, ale mu się to niezbyt udało, bo niedostawało mu rozumienia, o co tam tak naprawdę chodzi. Wpadł na niefortunny pomysł, by pogodzić wiodę z ogniem. Uwolnił przebywającego w Rzymie pewnego Persa, księcia możnego rodu, który tu tkwił jako zakładnik, po czym dał mu wojsko na wyprawę za Eufrat. Ten poniósł tam klęskę, ginąc z rąk Gotarzesa, który jeszcze – dla ośmieszenia pokonanego –, przed śmiercią obciął mu uszy. Tak rozpowiadali ci, którzy stamtąd wrócili, a ja, słuchając tego, poprzysiągłem sobie na tematy polityczne nigdy więcej nie udzielać nikomu żadnych rad.

Moje postanowienie utwierdziło się, gdy nastał Neron. Został cesarzem z ręki Agrypiny, która wygrała swoja prywatna wojnę z senatem. Było tam w użyciu wiele trucizn, ale kto czym wojuje, ten i od tego ginie. Miałem wtedy okazję obserwować mego dobrego znajomego, Senekę, jak uwijał się wokół swej kariery i fortuny. Po latach pomyślności przy Klaudiuszu, z poduszczenia wrogiej mu Messaliny sąd skazał go na wygnanie na dziką wyspę, gdzie mógł na własnej skórze przekonać, jak mało znaczą jego moralne pouczenia wśród barbarzyńskiego ludu. Potem, przywrócony do łask, wrócił i oddał swe talenty w służbę matki przyszłego cesarza. Powstał nawet swego rodzaju duet, na wzór Aleksandra i Arystotelesa, tyle tylko, że młody Neron nie miał w sobie nic z wielkości Macedończyka, a nasz gładki i chytry filozof, wbrew pozorom jak był, tak i jest – z umysłu i charakteru – wręcz zaprzeczeniem wielkiego Stagiryty.

Z początku, po młodym władcy spodziewano się wielkich rzeczy, był bowiem silny, zręczny i nie bez zdolności, a imię jego wychowawcy zdawało się ręczyć za duchowe jego przymioty. Rzadko jednak kiedy tak szczytne nadzieje kończą się tak gorzkim rozczarowaniem. Seneka, przy całym blasku swej filozofii i retoryki, jest istotą z gruntu zepsutą, a Neron dawno już przewyższył Kaligulę w wyuzdaniu i okrucieństwie. Myślę, że przekroczył granice szaleństwa, bez odwrotu, i że zawładnęły nim jakieś złe demony, przez co miota się w morderczych konwulsjach. Przepędził z dworu swego mentora, wybił całą rodzinę, trudno sobie wyobrazić nędzę skutków jego łajdactw, No, i jeszcze na domiar wszystkiego, ten pożar w Rzymie! Czy to sam kazał go podpalić dla swych poetyckich majaków, czy stało się to samo z siebie – trudno o tym przesądzać. Lecz nie było chyba w naszej historii nic sobie podobnego, co dzieje się teraz w pogoni za szukaniem winnych.

Na szczęście, Tycjanowie jakoś sobie radzą, choć nie bez trudności. Ojciec, a po nim Marek, zmyślnie wyprowadzili z Rzymu zarówno większą część pieniędzy, jak i statki, trzymając je z dala od chciwych rąk cesarzy i ich popleczników. Złoto jest w ciągłym ruchu, więc nie do przechwycenia, a zyski odkłada się głównie w Syrii, gdzie syn Melosa, udanie nimi zarządza po cichu, ale skutecznie, tak jak to czynił jeszcze jego ojciec. Gorzej mają się sprawy z układami w polityce, bo od dawna przychodzi raczej bronić się przed cesarzami, niż z nimi współpracować, jak to bywało niegdyś, nawet przy dużych wzajemnych niechęciach. Lecz nadal trzymamy się nienajgorzej, bo kasa cesarska wciąż świeci pustkami, więc potrzebny jest ktoś, kto ją po cichu wspomaga, w zamian jednak za pewne zobowiązania, które kiedyś sobie odbierzemy. Rodzina patrzy dalej niż tylko kolejny dzień szaleństw władzy i jej otoczenia. Mamy w tym wielkie doświadczenie – tak robił niegdyś Lucjusz, tak robił stary Artus, tak robi dziś syn Marka.

Z zakamarków pamięci wyłaniają się niekiedy postacie moich dobrych przyjaciół z Sogdy i Baktrii, także i zagadkowych Hanów. Nie mam pojęcia, co się z nimi działo, aczkolwiek chcę wierzyć, że dobrze spożytkowali nauki o nowych dla nich sposobach prowadzenia wspólnych interesów, jakich im wtedy udzieliłem i razem przećwiczyłem w praktyce naszej wyprawy. Okazali wtedy więcej rozumu i wyobraźni, niż niejeden z tutejszych kupców, wliczając nawet Greków, czy Fenicjan. Choć nie mam na to żadnych dowodów, jestem wręcz pewny, że wykorzystali znajomość z Tamisem, z wielkim pożytkiem i dla siebie, i dla niego. Słyszałem kilka razy pogłoski o sogdyjskich karawanach, jakie pojawiły się nad Eufratem, a to by znaczyło, że powoli, ale skutecznie idą ku nam. O Hanach nadal niewiele wiadomo, nikt u nas nie traktuje ich poważnie, a to wielki błąd, bo na moje rozeznanie i oni się tu kiedyś zjawią – pierwsi, zanim my u nich. Prędzej czy później przyjdzie mieć z nimi do czynienia, a kto się zawczasu do tego nie przygotuje, ten może potem mocno tego żałować. Mają straszną w sobie zawziętość, cichą i cierpliwą, posłuszeństwo w działaniu, zbierają wiedzę – i kto wie, ile jej już spisali?

Niezwykle mnie rozczarował ojciec i brat, zaniechując prób dotarcia do naszej partyjskiej rodziny w Ktezyfonie i podtrzymania z nimi bliższych więzi. Uznali, że do niczego im się to nie przyda, a same sentymenty to za mało, by słać tam kogoś, bez konkretnego celu. Ja sam wysłałem do nich dwa razy listy przez Antiochię, lecz czy doszły – nie wiem. Mam skrytą nadzieję, że może mały Festus, gdy dorośnie, pójdzie w nasze ślady – Maesa, i moje – i sam odnajdzie potomków Aleny i jej córki. Dlatego nie żałuję mu opowieści o nich i o tradycji naszych zapomnianych nieco przodków z dalekiego kraju. Przekażę mu, niejako sztafetą, ów znak, jaki mi pozostał, a którego oddania nikt się w rodzinie nie domagał. Oby go – tak jak mnie wtedy – doprowadził do tych, którzy rozpoznają w nim swego.

Nad wszystkie wspomnienia z przeszłości, wznosiło się jednak to, z krótkiego pobytu w Judei. To właśnie ono, niedawno ożywione zgoła niespodziewanie i w sposób wielce zastanawiający, zachęciło mnie, bym wyjął te zapiski i je dopełnił jeszcze tym, co uznałem za ważne – może nawet w sumie najważniejsze z tego, co było, a teraz stało się nową treścią mego życia. A pisząc te słowa, w niczym nie przesadzam.

Otóż, zdarzyło się kilka dni temu, że przebywałem w Rzymie, ot tak, dla spotkania się z rodziną i nielicznymi już dobrymi znajomymi, jacy mi jeszcze zostali. Wracałem powoli piechotą do domu brata, gdzie zwykle się zatrzymuję. Na ulicy, którą szedłem, panował spory ruch koło różnych składów i sprzedawców, przy wejściach do domów stały kobiety, z ożywieniem rozmawiające swoim zwyczajem o sprawach własnych i cudzych, kręciła się dzieciarnia, mężczyźni różnych stanów wymijali się w drodze, albo siedzieli pod kolumnami, omawiając nowiny i załatwiając swe interesy. Ot, zwykłe, codzienne miejskie życie w środku dnia.

Naraz wszyscy poczęli milknąć, spoglądając w stronę, skąd dochodziły jakieś pokrzykiwania, jęki i trzaskanie batów. Po chwili ukazał się nam widok zaiste okropny, ale nie tak rzadki ostatnimi czasy w Rzymie. Oto, ulicą straże prowadziły dobre dwa dziesiątki ludzi w stronę lochów mamertyńskich, co mogło oznaczać tylko jedno. Kolejna grupa schwytanej biedoty, której przypisano podpalenie miasta tylko z racji tego, że należała do tajemniczej, a zakazanej sekty wyznawców nowej wiary, zwanych chrześcijanami, szła na okrutną śmierć. Jak tam było z tym pożarem, nikt naprawdę nie wie, krążą rozmaite pogłoski, lecz cesarz chwycił się sposobu, żeby dać jakieś tego wyjaśnienie, a przy okazji rozprawiać się z każdym, na kogo skieruje swą niechęć i podejrzenie o wrogość wobec jego osoby, jego władzy, o brak podziwu dla jego niezwykłych talentów.

Najnowszemu szaleństwu Nerona nie ma widać końca. Upatrzywszy sobie w tych chrześcijanach winnych zniszczenia Rzymu, każe ich chwytać gdzie tylko się da i zabijać setkami, bez żadnych sądów, bez litości, czyniąc z tego niekończące się widowisko dla gawiedzi, chętnej krwawych igrzysk na cyrkowej arenie. Trwa to już od wielu tygodni, pospólstwo podchwyciło pomysł cesarza o winie tych nieszczęśników, a doszły mnie słuchy, że i sami Żydzi cichaczem jątrzą przeciw nim. Długie ręce muszą mieć pamiętliwi kapłani z Jerozolimy, wielka musi być ich zapiekłość przeciw tym, którzy wierzą w nauki proroka, którego niegdyś skazali na śmierć, a który umknął im w sposób dla nikogo niepojęty. Zniknął, lecz pamięć o nim trwa, a jego nauczanie ma widać w sobie coś takiego, co przyciąga ludzi do tego stopnia, że gotowi je przyjmować, mimo iż mogą za to dawać głowę.

Przez wszystkie lata, jakie minęły od chwili, gdym w Judei zetknął się z oczywistym niepodobieństwem ponad wszelkie ludzkie pojęcie, sprawa ta nie dawała mi spokoju. Mimo długich rozmyślań, nie znajdowałem dla niego wyjaśnienia, nawet gdym – wbrew wszelkiej logice – przyjmował, iż tamten człowiek mógł być jakąś boską istotą. Wciąż te same pytania, wciąż ten sam brak odpowiedzi, wciąż te same wątpliwości. Poprzednie wzburzenie duszy utraciło swą siłę, lecz nigdy nie znikało pragnienie rozwiązania tamtej zagadki. Po dłuższym czasie, gdy wreszcie ukończyłem swe księgi, wolny już od obowiązków, wróciłem do dawnych rozważań, próbując jednocześnie dowiadywać się przy byle okazji, czy jest gdzie co komu wiadome, o tamtych zdarzeniach. Okazało się, że nie odeszły one w niepamięć, lecz dały początek dziwnym zjawiskom.

Ze strzępów zasłyszanych słów, z mętnych opowieści, wreszcie z tego, co mi donosili najmowani szpiedzy, wynikało, że jest u nas tajna sekta, wyznająca nauki żydowskiego nauczyciela, uznawanego za nowego boga. Gromadzi ona ludzi prostych, biednych, chętnych do dawania posłuchu obietnicom lepszego życia na przyszłość. Krążyły pogłoski, iż spotykają się potajemnie, odmawiają wspólnie swe modły i obrzędy – niektórzy wręcz twierdzili, że krwawe. Pospólstwo chętnie to podchwytywało, bo wszystko, co obce, tajemniczo niepojęte, a wyjątkowe, budzi w nim nieufność, łatwo dającą się – zwłaszcza przez podstawionych ludzi – zamienić w przekonanie o czymś złym i złowrogim. Dlatego tak ochoczo przystaje na wersję Nerona o spaleniu Rzymu, i z mściwym zadowoleniem ogląda widowiska, jakich cesarz mu nie żałuje. Lecz był tu jednak pewien kłopot.

Otóż mimo owej rzekomej niegodziwości wyznawców nowej wiary, mającej rzekomo zaświadczać o jej okropności i niegodziwości jej akolitów, zdawała się ona szerzyć nie tylko wśród ubogich, lecz i między rzymianami z wyższych stanów, nawet między wojskiem i nobilami. A to już nie jest byle co, rodem z Suburry. I jakoś nie mogłem sobie wyobrazić zacnych obywateli, pląsających nocami, gromadnie, wokół nieznanych ołtarzy, nadto ociekających krwią. Mimo więc swego odosobnienia, gdym tylko bywał w Rzymie, starałem się wychwytywać każdą wzmiankę o tej sekcie, będąc już pewnym, iż ma to wszystko związek z tym, z czym zetknąłem się u kresu mej podróży w żydowskiej Judei. Tamten człowiek, najpierw powieszony na krzyżu, a potem powstały z martwych, i tu znalazł wyznawców, którzy nie tylko wierzą, że to stało się naprawdę, ale że kryje się za tym jakaś dla nich nadzieja na lepszy los.

Nigdy nikomu nie zwierzyłem się z tego, com sam widział pod jerozolimską stolicą. Nawet, gdy raz, czy drugi rozmowy schodziły na te tematy, milczałem, nie chcąc ani kłamać, ani wychodzić na głupka. Moje wypytywanie przyjmowano jako naturalną ciekawość uczonego, za jakiego już uchodziłem, znanego ze swej dociekliwości w badaniu historii i obyczajów rozmaitych ludów. Nie miałem też wewnętrznego przekonania, że to, czegom doświadczył, nie da się w końcu wytłumaczyć jakim zwykłym sposobem. Zatajałem więc prawdę, tyle że unikałem jej zaprzeczania, co tłumaczono sobie mym aż nadto wybujałym sceptycyzmem.

I oto kilka tygodni temu niezwykle poruszyła mnie zasłyszana gdzieś plotka, że jest podobno w Rzymie człowiek, uchodzący za ucznia tamtego nauczyciela i głoszący jego dzieje, włącznie z cudownym zmartwychwstaniem. Począłem ostrożnie rozpytywać w nadziei spotkania się z nim, wypytania o dawne czasy, by wyjaśnić sobie raz na zawsze, co się wtedy stało, i o co w tym wszystkim chodzi. Niestety, chował się przed światem, a ja nie miałem pomysłu, jak przebić się przez osłaniający go mur wyznawców nowej wiary. Pytać wprost nie mogłem, ze względu na nieufność wobec kogoś nazbyt wścibskiego, niepewnego, a w chodzeniu po omacku po rzymskich zaułkach biedoty nie widziałem najmniejszego sensu.

Teraz stałem na ulicy, na kamiennym podwyższeniu, i przyglądałem się prowadzonym więźniom, których jedyną winą była wiara w cudowność swego proroka. Widząc wśród nich kobiety z małymi dziećmi, współczułem im, jednocześnie zadając sobie pytanie, skąd wcześniej czerpały siłę do takiego ryzyka i w czym zawiera się ich zgoda na takie zatracenie. Nie potrafiłem tego pojąć, choć czułem, że musi to być coś niezwykle ważnego, co nie jest tylko religijnym opętaniem przy ołtarzu, ociekającym krwią.

Przejściu tych nieszczęśników przyglądał się niewielki tłumek, bez szczególnego ożywienia. Podobnych scen naoglądano się już wiele, więc jedna mniej, czy więcej, nie robiła nikomu różnicy. Padło kilka głośnych wyzwisk, ale nikt nie podchwytywał okrzyków. Ot, widok, jaki ostatnio stał się dla Rzymu zwyczajnością. Zniechęcony, już miałem odwrócić się i odejść w swoją stronę, gdy raptem, mimowolnie rozglądając się dokoła, ujrzałem człowieka, który pobudził we mnie slaby odruch pamięci. Podtrzymywany przez rosłego młodzieńca, krył się za kolumną po drugiej stronie ulicy i spoglądał na prowadzonych ludzi z wielką uwagą, nawet jakby coś mówiąc w ich kierunku.

Zatrzymałem się w pól kroku, dając ożyć owemu dopiero co zrodzonemu odczuciu, aż w jednej chwili wróciło wspomnienie sprzed lat. Znów siedziałem na końcu wielkiego zgromadzenia, w pobliżu pewnego miasteczka nad jeziorem, a wokół chodzili ludzie z koszami, rozdający chleb i ryby. Choć minęło trzydzieści z górą lat, w człowieku za kolumną rozpoznałem tego, kto wtedy wręczył mi mały placek chlebowy, a odchodząc uśmiechnął się do mnie, idąc dalej rozdawać swe dary! Wywołane nagle przypomnienie tak mną wstrząsnęło, że aż zabrało mi tchu. Nie panując nad sobą, począłem wpatrywać się w tę zjawę z przeszłości, która oto stała żywa, na wyciągnięcie ręki.

Czy to moja natarczywość spojrzenia, czy jakie niejasne przeczucie – dość, że zwrócił głowę w moją stronę. Nasze oczy, na kilka uderzeń serca spotkały się, co więcej – w natychmiastowym, wzajemnym rozpoznaniu!. Postarzał się, lecz twarz, dziś poryta znakami minionego czasu, okolona brodą, była tak samo miła i wyrazista, tyle, że teraz osnuwała ją aura dostojeństwa, właściwego dojrzałej starości. Wsparty na długim, grubym kiju, popatrzył na mnie, przekazując znów lekki uśmiech, dając chyba znak że sobie przypomina tamto przelotne spotkanie. W każdym razie tak to sobie wyobraziłem. Nieznacznie skinął głową, poczynił nawet nieznaczny gest dłonią, po czym znów skierował wzrok na mijających go więźniów.

Niewiele się namyślając, postanowiłem podejść do niego, lecz zamęt wciąż trwał, więc nie było jak przejść na drugą stronę ulicy. Gdy ustał, starca już tam nie było. Zniknął gdzieś między zaułkami, nie miałem szans, by go dogonić, a tym bardziej odszukać. Lecz poprzysiągłem sobie, że nie spocznę, dopóki nie wpadnę na jego trop, choćbym miał – nawet za cenę całego swego majątku – wypuścić ogromną sforę dużych i małych szpiegów, obiecując ozłocić tego, kto pierwszy go odnajdzie.

Wracałem do domu przepełniony rozkołysanymi wrażeniami, zamyślony tak, że nie zwracałem na nic uwagi. Tak dalece skupiłem się na myślach, jakie wirowały mi w umyśle, że gdym nawet potrącił kogo niechcący, zapominałem o przeprosinach, Wszelako nie było w mej głowie już takiego chaosu, jak niegdyś, pod gospodą, przy drodze do Jerozolimy. Pojawiła się bowiem pewna idea, która, choć z początku pozbawiona sensu, to przecież pozwalająca ująć w jedno wiele z tego, co zdawało się być ze sobą nie do pogodzenia. A wszystko przez to, żem naraz dostrzegł podobieństwo zdarzeń, tak przecież odległych w czasie, a i w miejscach, w jakich je widziałem.

Wtedy miałem przed oczami człowieka, okrutnie umęczonego, idącego na śmierć. Dzisiaj zobaczyłem ludzi, jeśli nawet nie skatowanych, to przecież bitych i poniewieranych, również idących na pewną śmierć. Wszystko było inne – okoliczności, miasta, przyczyny, tłumy, i ci, co skazywali – lecz jedno było takie samo. Na końcu drogi – zarówno tamtego nieszczęśnika, jak i tych dzisiejszych biedaków – była męka i kaźń, cierpienie i haniebne poniżenie. Zadałem sobie pytanie, zgoła szalone – czy aby kluczem do zagadki zarówno owego proroka, jak i jego nauk, tak bardzo już się rozchodzących miedzy ludźmi – nie była właśnie śmierć. A ponieważ jedno głupstwo rodzi kolejne, więc pojawiło się pytanie następne – co dalej?

Wszak człowiek z Judei wstał z martwych, jak zresztą sam zapowiadał, a co sam zobaczyłem, choć wydało mi się wtedy, żem zwariował. Lecz zmysły nie kłamały, tak było! Sam Piłat opowiadał, że zniknęło ciało, złożone do grobu, jakoby przez kogoś wykradzione. Lecz nikt złodziei nie widział, ani nie schwytał, wszystko poznikało. Z kolei, z moich wieloletnich rozpytywań dowiedziałem się, że ówcześni, a żyjący dotąd uczniowie proroka, ponoć utrzymują, że też widzieli swego nauczyciela, i że nakazał im on o wszystkim rozpowiadać po całym świecie. Jednego z nich właśnie ujrzałem – tego samego, któregom spotkał przed trzydziestu laty w grupie swych towarzyszy, przy tymże samym człowieku. Dopiero co stał, przyglądając się, jak jego z kolei uczniowie, a wszyscy wyznawcy owego Chrystusa – bo tak podobno nazywał się tamten judejski ni to człowiek, ni to bóg – idą na krzyż, albo na żer dla dzikich zwierząt. Jakby ich żegnał, po swojemu dodając otuchy. Ale na co? Przecież nie mieli już na nic nadziei? Czyżby?.

Już dawno temu uznałem, że nie sposób ani pojąć, ani pogodzić ze sobą zdarzeń, jakich byłem świadkiem. Wspominając wszystkie słowa, jakie na ten temat padły kiedykolwiek w mojej przytomności, wróciły i te, jakie opowiadał Piłat. Sądzony przezeń podejrzany, pytany, czy jest królem żydowskim, za co właśnie kapłani mieli go znienawidzić, odrzekł – jeśli dobrze zapamiętałem – że jego królestwo jest nie na tym świecie. Prefekt zaśmiewał się z tego, ja sam też wzruszyłem wtedy ramionami. Lecz teraz oświeciło mnie, że coś może być na rzeczy, wszelako pod warunkiem, że ów jego świat, z jego królestwem, jest gdzieś, gdzie można trafić tylko odchodząc z królestw tu istniejących. Zatem znów śmierć – jako przejście stąd gdzieś w nieznane.

Nie miało to najmniejszego sensu, lecz podążyłem tym tropem, bo zdał mi się przystawać do logicznego rozumowania, choć ta logika u samych swych podstaw postawiona była na głowie. Otóż gotowość wyznawców nowej nauki do umierania brałaby się z ich wiary, iż – tak, jak ich ludzki bóg – również wstaną z grobów i trafią tam, gdzie mają obiecane coś lepszego, niż tu. Zgoda – byłby więc i inny świat, i inne królestwo. Lecz gdzie? – oto kolejne pytanie.

Czy trzeba umrzeć w strasznym cierpieniu i poniżeniu, by tam się dostać? Przecież nie wszystkich da się wybić, muszą być i tacy, co poumierają we własnych łóżkach. Czy będą potem gorsi, pozbawieni prawa dołączenia do zażywających obiecanych wspaniałości? Byłoby to rażącą niesprawiedliwością, nadto zniechęcałoby wielu do nowej wiary, bo kto przytomny zechce iść na taki układ? Ofiarność z samego siebie, aż do ostateczności, nie może być ceną za życie gdziekolwiek, nawet w najpiękniejszych i najwspanialszych zaświatach.

Tu nie powinno być tak bezwzględnej alternatywy! Czy przejście do królestwa swego boga jest tylko jedno – przez mękę? Toż to głupota, na którą nie pójdzie nawet najbiedniejszy z biednych, nie mówiąc już o tych, którzy już tu mają się całkiem dobrze. Życie ma swoje prawa, swoją siłę, niełatwo pójść przeciw niej. Co innego w walce, w obronie tego, co ma się za ważniejsze, niż śmierć. Jedni umierają za dzieci, inni za honor, inni jeszcze za wolność. Oczywiście, wielu umiera za złoto, za władzę, z nienawiści, chciwości nawet namiętności, ale to są rzeczy, za którymi nikt nikomu nie każe się uganiać, ani im podlegać.

A może jest jakiś inny jeszcze powód, o którym nie wiem, jaki nie przychodzi mi do głowy? Zastanawiam się, czy aby samo życie nie bywa dla niektórych męką nie do zniesienia. Jest nędza, kalectwo, niewola, praca ponad siły, strata bliskich. Z kolei, niektórzy cierpią z niespełnienia ambicji, przegranej władzy, zawiści o rzeczy i pozycję.  Jakże cierpi chciwiec, nie mogąc zebrać całego złota na świecie? Każdy ma jakąś swoją własną mękę, choćby i najmniejszą, lecz we własnym przekonaniu wielką, i niezasłużoną. Przecież tego nie da się położyć na szali zasług. Byłoby to zwykły handel, a z bogami nie robi się interesów. Chyba więc nie o to chodzi, zbyt to proste, by nie rzec – prostackie, i jakoś chyba nieuczciwe.

Może idzie o to, jak się swoje życie układa? Co się w nim robi? Jak? Z kim, i po co? Może to jakiś rachunek dobrego i złego? Lecz jak to rozsądzać? Niekiedy bywa, że chcemy dobrze, a wychodzi nieszczęście. Prawda, zdarza się i odwrotnie, gdy czynione zło, po czasie obraca się na dobre, wbrew intencji złoczyńcy. Kto może wiedzieć, jaki skutek, i kiedy, spowoduje to, co zrobi? Pytania, wciąż pytania, prowadzące donikąd.

Nasi bogowie, i innych ludów, także nagradzają i karzą, wedle skutków, a nie samych zamiarów. Lecz nikogo nie zapraszają do swego królestwa, nie spożywają z nikim swego pożywienia, nawet chlebowych placków. Nie pospolitują się z biedotą, ani tu, ani u siebie, chyba że dla zabawy, lub pouczenia, w pojedynkę, dla okazania komuś swej woli, lub gniewu. Wszelako nie umierają w ogóle, ani po swojemu, ani po ludzku, nadto w strasznych cierpieniach. Są nam obcy, i choć boimy się ich mocy, to mało kto ma ochotę umierać z ich imieniem na ustach.

Tak mnie wciągnęły te rozmyślania, że ani się spojrzałem, jak doszedłem do domu. Nic mądrego nie wymyśliłem, lecz jakoś sobie wszystko tak poukładałem, że nawet zdało mi się, iż coś zaczynam rozumieć, co nie znaczy, że się na to godzić. Brakowało mi wiedzy o owej nauce, świadectwa ludzi już wierzących, ich objaśnień, o tym, czemu wybrali to, co jakże tajemnicze, niejasne a dla mnie wątpliwe. Wielką nadzieję pokładałem w możności odszukania owego starca i poszukania u niego wyjaśnienia dręczących mnie pytań. Skoro jest jakiś inny świat, niech mi powie, jak go szukać. Nie od razu, przez uganianie się za śmiercią, lecz już tu i teraz, w cierpliwości poznawania prawd jego nauczyciela. Może coś w nich znajdę, czego nie wiem, a co mnie do nich zachęci na tyle, bym uwierzył, ze warto je przyjąć za swoje.

Tak, czy owak, wiedziałem, czego chcę i czego mam szukać. Poczułem się znów jak dawny Viatus – wędrowiec i poszukiwacz. Wtedy szukałem przygód w dalekich krainach, poznawałem je, badałem, później opisywałem. Dziś mierzę gdzie indziej, ale z równą nadzieją zobaczenia niezwykłości, o jakich tylko słyszę, lecz których nie pojmuję, nawet się ich trochę boję.

A jeśli już kiedy trafię do królestwa tamtego boga, wówczas odszukam jego pałac i tak długo będę go zadręczał, dopóki mi nie odpowie na kilka pytań, z których jedno dziś mam za najważniejsze. Nie, jak to wszystko zrobił, bo to tylko sztuczki, choćby i niesamowite. Nie, jak wstał martwych – tego mi nie powie, ale to i tak niczego nie zmieni. Lecz niech wyjaśni, jasno i zrozumiale – po co to wszystko?

Bo to jest właśnie najbardziej zdumiewające i zagadkowe.

Po co on to wszystko zrobił?

KONIEC