JAK OBYCZAJE ZEPSUŁY MUZYKĘ ?

Na początku wypada powiedzieć coś bardzo mądrego, żeby móc potem darować sobie tanie filozofowanie tam, gdzie wystarczy zwykła opowieść i swobodna narracja. Sztuka – a już zwłaszcza muzyka – to rzecz zbyt poważna, by bez przerwy mówić o niej nazbyt serio, niemniej warto wiedzieć, co będzie podstawą prowadzonych tu na jej temat wywodów.

Cokolwiek, co od zarania dziejów powstało jako wytwór ludzkiego rozumu, ducha i rąk, i co nadal tak powstaje, sumuje się do tego, co zwykło się zwać dorobkiem kulturowym, dającym się badać, analizować, klasyfikować i kwalifikować według trzech głównych kategorii opisu: użyteczności, prawdy i piękna.  Z kolei, każda z nich tworzy własną, odrębną przestrzeń wymiarów i miar, pozwalających owe wytwory tak oceniać, porównywać i wartościować tak, by nadawać im jakiś wymierny dla nas sens – nawet jeśli będziemy się poruszali w obrębie nieoznaczoności zjawisk i procesów, lub mechaniki i wręcz metafizyki ludzkich intencji i celów. Żyjemy bowiem na przecięciu dwóch światów – realnego i nadprzyrodzonego, a wszystko, co robimy i tworzymy jest odwzorowaniem obydwu w ich tajemnym splątaniu, które po swojemu rozpoznajemy, lecz którego nie jesteśmy w stanie do końca pojąć.  Nie sposób ich jakkolwiek redukować, a odrębność ich natury powoduje, że nie są do siebie wprost „przywiedlne” – aczkolwiek wspólnie konstytuują zarówno naszą egzystencję jak i to, co czynimy i tworzymy.

 

Cała książka do pobrania TUTAJ

„Kręte drogi do wieczności”

 

Pójdzie człowiek do domu wieczności swojej (Ekkl.12.5)

WSTĘP

Dlaczego, jak, i po co?

Czytając Boską Komedię Dantego, przemierzamy z poetą i jego mentorem, Wergiliuszem, a później z jego ukochaną Beatrycze, wszystkie możliwe do wyobrażenia krainy nieskończonego świata wieczności. Dla jednych pozbawionej nadziei, dla innych wypełnionej obietnicą, wreszcie dla jeszcze innych – spełnieniem duszy w jej obcowaniu z Bogiem.

Lektura to, zaiste, niezwykła, poruszająca wszystkie bez wyjątku władze człowieka – od instynktu poczynając, poprzez rozum, uczucia, intuicję, sumienie, wyobraźnię, wreszcie ludzkiego ducha. Nie sposób pozostać obojętnym w obliczu wizji zwieńczania ludzkich losów w najrozmaitszych formach i odcieniach Boskiej sprawiedliwości i Bożego miłosierdzia. Za sprawą poetyckiego geniuszu świat nadprzyrodzony urealnia się w tysiącznych swych przejawach, jakże wyrazistych, jakże dla każdego zrozumiałych. I dla tego rozumnego, i tego bezrozumnego, dla wierzącego i niedowiarka, dla szczerego, i dla obłudnie zakłamanego – choćby przed samym sobą.

Nawet w zakamieniałych bezbożnikach, czy prześmiewczych sceptykach budzi się przy tej lekturze dojmujące przeczucie czegoś nieuchronnego i ostatecznego, przed czym nie ma ucieczki. Niewiara jest bowiem jedynie lepszą lub gorszą maską, noszoną na co dzień i na pokaz. Lecz w chwilach najważniejszych, rozstrzygających, okazuje się być tylko zwodniczym pozorem. Oszukiwanie samego siebie to kuglarstwo, jakim pycha żongluje pospołu strachem i kłamstwem. Prędzej czy później zmęczenie przeradza się w poczucie bezsensu tej gry, a to rodzi zniechęcenie, potem zwątpienie, a na końcu skrywaną rozpacz. Ci, których wtedy dopada, albo jej się poddają w jakimś potępieńczym zatraceniu – i niszczą sami siebie z kretesem – albo wracają do Boga. Szukają go po swojemu, nieporadnie, jakby po omacku, lecz jednak z nadzieją. A to zwykle zostaje nagrodzone – choć na modłę dla nich surową, gdyż pokutną.

Podążanie za trójką niezwykłych przewodników okazuje się być szalenie niepokojące, gdyż wśród napotykanych dusz – wiecznie pokutujących, oczyszczających się, i zbawionych – koniec końców każdy gdzieś odnajduje samego siebie. W głębi duszy rodzi się wtedy nieodparta, choć wypierana na wiele sposobów pewność, że przed oczami Boga nic nie jest ukryte, że przyjdzie czas zdać rachunek ze swego życia. Na nic zdadzą się sztuczki rozumu, wymawianie niewiedzą, koniecznością, chwilowym zauroczeniem, rzekomo dobrą wolą i dobrymi chęciami, lękiem, lub odruchem słabości. Przychodzi czas przekonania się, czy na szali dobrych intencji i uczynków uzbiera się dostatecznie wiele, by móc już nie tyle przeważyć, ile chociażby zrównoważyć sumę grzechów wielkich i małych, jakie nieuchronnie przyjdzie położyć po drugiej stronie tej wagi. Cóż, dopiero wtedy okazuje się, jak bardzo jest ona czuła i jak dokładnie rejestruje każdy, najmniejszy nawet ślad przemielonych myśli, przeżytych uczuć i wszystkich minionych poczynań – po obydwu stronach wskazówki.

Z każdą czytaną księgą, z zakamarków pamięci wypełzają wspomnienia, dotąd usilnie skrywane, a zawierające w sobie wielkie pokłady rzeczy niemiłych, złych – a niekiedy wręcz nieprawości. Bez wątpienia udaje się odnajdować tam również wiele tego, co dobre, zacne, uczciwe, godne uznania, szlachetne. Wszelako, nadanie temu wszystkiemu znaków i ogólnego sensu nie jest łatwe. Kłopot bowiem w tym, że każdy, we własnym mniemaniu, postrzega sam siebie i to, co robi, odmiennie od tego, jaki w rzeczywistości jest i jak biegnie jego życie. Przebicie się przez tę kutynę, tkaną od najwcześniejszego dzieciństwa z iluzji, jest – w normalnym trybie – niezwykle trudne.

Bywa, iż za sprawą bogactwa wrodzonych talentów, ukształtowania rozumu i charakteru, czy wreszcie niezwykłości jakichś zdarzeń, udaje się niektórym wybrańcom – w przebłysku iluminacji umysłu i duszy, w chwili twórczego natchnienia, lub w działaniu zogniskowanej woli – przeniknąć przez tę zasłonę w szczególnym akcie bezpośredniego poznania. Ale i innym – niekoniecznie tylko tym, obdarzonym szczególnymi darami – przynajmniej raz w życiu przytrafia się taka chwila osobliwej nieciągłości w biegu ich życia, a za nią i w narracji, jaką w sobie prowadzą, by zachować spójność tego, co w nim i co poza nim. Gdy w lepiej lub gorzej uporządkowanym bytowaniu, dochodzi do dramatycznego spiętrzenia trudności, do kumulacji napięć ponad miarę, do ciężkiej choroby, do cierpienia ciała, umysłu i duszy, wówczas człowiek dociera do kresu wytrzymałości, za którym nie ma już sił, ani nawet ochoty czegokolwiek udawać. Właśnie wtedy owo ciśnienie okoliczności i doznań rozsadza ramy, w jakie wtłoczył widzenie i pojmowanie siebie, świata, oraz czasu, w jakim przyszło mu żyć.

Rozpaczliwa szamotanina umysłu i duszy, jaką uruchamia taki stan  wewnętrzny, tylko pogarsza sytuację, gdyż niczego nie rozwiązując, nie wyjaśniając, zatem nie przynosząc pożądanych efektów, powoduje zanikanie poczucia władztwa nad własną egzystencją. Szybko natomiast wyzwala obezwładniający lęk przed jej bezsensem i zatraceniem się w dziwnej pustce bez czasu i przestrzeni. By wydobyć się z tego obezwładnienia, konieczne jest odnalezienie w sobie jakiegoś stałego punktu oparcia. Wymaga to jednak zagłębienia się w siebie na tyle głęboko – i przy tym uczciwie – by dokopać się do czegoś trwałego, czego dałoby się uczepić niczym koła ratunkowego. Dalsze okłamywanie się w tym momencie, choć, oczywiście, możliwe, tylko pogarsza sytuację, gdyż kurtyna i tak się pruje, a z jej strzępków niczego już zszyć się nie da.

Przekłamać się do końca nie sposób. Jest bowiem zadana człowiekowi niemożność przestania bycia dzieckiem Bożym. Musi nim pozostawać, ponieważ nim jest – nawet wbrew sobie, i niezależnie od tego, co o tym sądzi. Jakby się nie starał swe człowieczeństwo w sobie przeinaczyć, sponiewierać czy wykorzenić – nie jest władny się go wyzbyć. Nieodmiennie trwa zapieczętowane w duszy, w owej cząstce nieśmiertelności, jaką Stwórca obdarzył każdego z nas. Tej zaś nie sposób zniszczyć – można tylko poprzez swoje ziemskie życie kierować ją bądź ku swemu uwzniośleniu, bądź znieprawieniu. Wszystkie dylematy ludzkiej egzystencji rozpięte są pomiędzy tymi dwoma biegunami. Rzadko dochodzi do osiągania stanów skrajnych, natomiast powszechne jest oscylowanie między nimi w sposób mniej lub bardziej świadomy, uporządkowany, czy wręcz kontrolowany.

Nawet ci, którzy Boga odrzucają, lub wręcz negują, podlegają – czy tego chcą, czy nie – prawu odpowiedzialności za to, co czynią z własną duszą. I dopiero poniewczasie, już w innym świecie, którego istnienia nie chcieli w życiu uznać, przychodzi im przekonywać się, jak dalece się mylili w swej negacji. Dotkliwe konsekwencje dotykają także i tych lekkoduchów, którzy, wiedząc skądinąd , że z wiecznością nie ma żartów, zdają się w życiu wyłącznie na żywioł swej natury. Licząc na nieskończone miłosierdzie Boga, ci „duchowo niepełnosprawni”, czy obłudni wobec siebie i swego Stwórcy, zapominają, iż musi się przecież wypełnić również Jego sprawiedliwość. Dopóki starcza życia, zawsze jest szansa na odzew Bożej miłości wobec syna marnotrawnego – potem jednak pozostaje już tylko ostateczność Jego wyroku.

Ta podstawowa prawda pozostaje wciąż niezmiennikiem całościowej konstrukcji świata i ludzkiego w nim życia. Wszelako poetycka konwencja jej opisu, jaką przyjął Dante, odwołuje się – co oczywiste i zrozumiałe – do wiedzy i kosmologii jego czasów. Archaiczność ta w niczym nie umniejsza walorów treści, niemniej nie zawsze przebija się dzisiaj do nowego typu wyobraźni, konstruującej swe obrazy w innych już kategoriach pojęciowych oraz w innych barwach i odcieniach znaczeniowych. Narracja, osadzona w mitach, tradycji historycznej swojego czasu i w antycznej symbolice minionych epok, choć nadal pozostaje emocjonalnie nośna i treściowo wymowna, nie zawsze przystaje do języka i pojęć, wykształconych przez wszystkie wieki, jakie minęły od powstania eposu. Dylematy ludzkiej egzystencji pozostają nadal te same, tak jak niezmienny pozostaje katalog wartości, ludzkich grzechów i cnót. Niemniej aktualizują się one dzisiaj i dokonują w daleko innym świecie zewnętrznym – nadto inaczej postrzeganym, inaczej rozumianym, inaczej przeżywanym. Odmienna jest też dzisiaj jego wizja, tak samo jak odmienne jest myślenie o umiejscowieniu w nim człowieka. Ten zaś, choć sam nadal jest tym, kim zawsze był, musi jednak rozstrzygać o sobie w daleko zmienionych warunkach bytowania, jakie, zresztą, sam sobie stworzył i jakim obecnie nadaje specyficzny, egzystencjalny sens.

Wszelako błędne byłoby twierdzenie, iż chociażby jedno zdanie z dzieła Dantego straciło na wartości, czy aktualności. Co więcej, podobnie jak tablica Mendelejewa, powstała w czasie dopiero co wykluwających się działów wiedzy, wciąż sprawdza się mimo nieustannych zmian w fizyce i chemii, tak samo Boska Komedia nie tylko nie „starzeje się” czy dezaktualizuje, lecz nadal doskonale spełnia swą rolę wszechstronnego opisu ludzkiego życia w konfrontacji z Boską opatrznością i wiecznością. Prawa, rządzące materią, są niezmienne, podobnie jak prawa, rządzące ludzką duszą – niezależnie od tego, w jakim stopniu je poznajemy, czy przedstawiamy. Zmieniać się może jedynie język i zakres tego opisu – istota przedmiotu nadal pozostaje ta sama. Z faktu, iż opis lub obraz jest niedoskonały czy niepełny, wynika tylko tyle, że nasze poznanie i zdolność nadania mu adekwatnej formy wyrazu pozostawiają jeszcze wiele do życzenia. Jest to zresztą niezwykle inspirujące, gdyż wciąż podtrzymuje ciekawość poznawczą, będącą podstawą każdego rodzaju ludzkiej kreatywności – w tym także w sferze poznawania samego siebie.

Epos Dantego wywodzi swój rodowód ze starożytności – z tradycji Homera i Wergilego. O ile jednak tamci dwaj los człowieczy obrazowali poprzez motyw pasowania się z losem w doczesności, w wędrówce przez jej pułapki, ujęte w symbole antyku, o tyle Włoch przeniósł tę ich duchową wiedzę i tradycję w czasy Odrodzenia. Odwzorowując je w chrześcijańskim obrazie świata i człowieka, przedstawionym i objaśnionym przez dwóch wielkich doktorów Kościoła  – Augustyna i Tomasza – stworzył jedno z tych dzieł twórczego geniuszu, które zapewniają trwałość, ciągłość i spójność najdoskonalszych dokonań człowieka, stanowiących podstawę całego dorobku ludzkiego ducha.

Motyw poznawczej wędrówki w zaświaty powróci po kilku wiekach w Fauście Goethego.  Jednakże tym razem wędrowcem nie jest już poeta, lecz uczony, borykający się z pustką, w jaką wpędziły go jałowe harce rozumu. Nie jest więc przypadkiem, że za przewodnika ma nie duchowego mędrca ,czy wysublimowane wcielenie Bożej miłości, lecz przewrotnego diabła z jego zwodniczym kuszeniem. Niemiecki tajny radca stanu pasuje się z Bogiem, którego istnienia przecież nie neguje, lecz którego chciałby jakoś ominąć, zbagatelizować. Musi jednak do Niego powrócić, by koniec końców zwieńczyć los swego zbuntowanego i znudzonego bohatera w akcie miłosiernego przebaczenia.

Jest więc jego dzieło osobliwą, racjonalnie wywiedzioną kapitulacja rozumu, który przez cały czas uporczywie chce dowieść swego władztwa nad losem człowieka. Który nie chce uznać nikogo nad sobą – a nawet z niechęcią przyjmuje inną obecność obok siebie. I który, koniec końców przegrywa, gdy wbrew samemu sobie rezygnuje z własnych prerogatyw w chwili zapamiętania się i podania nieznanemu mu dotąd spontanicznemu, jakże naturalnemu odruchowi duchowego uniesienia. W swym poemacie Goethe nie lubi Boga, gdyż w istocie nie lubi stworzonego przezeń człowieka. Tropiąc wszystkie ciemne strony jego  natury, stara się wykazać, że tym, co o nim stanowi, to jego słabości i jego grzeszność. Deprecjonując stworzenie, chce zdeprecjonować jego Stwórcę. Cóż, poetę w jego dziele nie stać było na pokorę – co wynikało z jego uwarunkowań kulturowych – niemniej przyznać trzeba, że mimo wszystko stać go było na swoistą metafizyczną uczciwość.

Tej Kantowskiej cnoty zabrakło jednak dwóm jego współplemieńcom – Mannowi i Hessemu – którzy, w kolejnej odsłonie, podjąwszy również wątki faustowskie, doprowadzili swych bohaterów do kresu bez wyjścia, gdyż nie mieli dość odwagi, by tego wyjścia poszukać w transcendencji i w zwróceniu się ku Bogu. Uczynił to natomiast Bułhakow, który odważył się zapuścić do piekła, opisując i odwzorowując je i jego mieszkańców, w świecie realnym, w którym zło jest jednako okrutne jak i groteskowe. Woland to w nim ledwie cyrkowy kuglarz, który, choć „tumani i przestrasza”, zna jednak swoje miejsce w Bożym ordynku, i ograniczoność swej mocy w Bożym ładzie obydwu porządków rzeczywistości. Nawet nie oponuje, gdy zjawia się wysłannik Boga i oznajmia, że odbiera mu bohaterów, którymi tak niecnie się wysługiwał. Co ważne, pisarz konstatuje, iż ziemskie piekło staje się prawdziwie wiecznym piekłem dla tych, którzy je sobie fundują i którzy w istocie zasługują na nie już tu i teraz, na tym padole. Na szczęście jest na nim i czyściec, a ci, w których budzi się duchowa uczciwość, już za życia zyskują szansę rozpoczęcia pokuty.

Podążenie trasą, wytyczoną przez jakże wspaniałych, twórczych wędrowców, wydaje się być przedsięwzięciem tyleż kuszącym, co ryzykownym i niebezpiecznym. Trudno z pewnością orzec, co może popchnąć do wkroczenia na nią i opisania jej na nowo, własnym językiem. Czy tylko megalomańska pycha, czy też chęć rozpoznania i odczytania po swojemu tego, co na niej można napotkać? Wśród wielu motywów, zachęcający do podjęcia się tego zadania, w grę może wchodzić jeszcze chęć odnalezienia tu, na ziemi, najrozmaitszych ścieżek, jakimi ludzie zmierzają – świadomie lub nie, lecz zawsze nieuchronnie – do swego przeznaczenia w „tamtym” świecie”. Może zasadne wydaje się być przypuszczenie, iż trójpodział zaświatów powinien mieć swój odpowiednik w odpowiednio zdefiniowanej troistości aspektów ludzkiego, ziemskiego bytowania? Każdy bowiem nosi w sobie potencjał własnego, ziemskiego piekła, czyśćca i raju. U kresu życia wnosi do wieczności to, co w sobie wyhodował, co osiągnął, co pojął, czego się lęka, a co może napawać go nadzieją.

Zatem nie idzie o to, by mniej lub bardziej dokładnie powtórzyć wędrówkę poety i zadać własną z niej relację. Nikt przytomny na umyśle nie ośmieli się wyczyniać takich  brewerii – zresztą nikt nie byłby w stanie równać się wyobraźnią, talentem i wizjonerstwem z dawnym mistrzem. Lecz przecież można spróbować potraktować jego dzieło w sposób osobliwie przewrotny, lecz chyba jednak dopuszczalny – a mianowicie, jako coś na podobieństwo przewodnika po domniemanych ścieżkach, jakimi ludzie, jeszcze za życia, docierają do punktu, z którego rozpoczął swą podróż. Kręgi piekła, tarasy czyśćca, wreszcie planety raju – to rejony, zaludnione przez dusze tych, którzy piekło, czyściec lub raj tworzyli sobie przez wszystkie lata ziemskiego bytowania; niejako wytworzyli je w sobie i wokół siebie, jeszcze zanim stanęli przed brodatym Charonem lub świętym furtianem. Poeta opisał ich przeznaczenie w wieczności – kronikarz daleko skromniejszy, sięgający nie tak wysoko, mógłby przecież spróbować opisać, jak kandydaci do wieczności sami sobie zapracowują i zasługują na to, co musi się w niej stać się ich udziałem.

Co, dlaczego – i do czego przywiodło ich życie? Czy tak się dziać musiało? W których momentach zapadała przysłowiowa klamka? I nad czym? Czy można było nad tym zapanować? Coś zmienić? Naprawić? Czemuś zapobiec? Czegoś uniknąć?  W zaświatach  to Bóg przydziela nam miejsce w jednej z ich sfer – i jest to wyrok ostateczny, niepodlegający apelacji. Ale tu, za życia, mamy przecież wolną wolę, dokonujemy niezliczonych wyborów w sprawach małych i wielkich. Co więcej, obdarzeni przez Stwórcę rozumem, czuciem, sumieniem, a przede wszystkim duszą, jesteśmy w stanie rozpoznawać i pojmować istotę owych wyborów – a zatem jesteśmy władni samodzielnie nadawać sens i znak wszystkiemu, co myślimy, czujemy i robimy. Jak zatem, i do czego, wykorzystujemy daną nam od Boga zdolność samostanowienia? Wszak to ona przywodzi nas bądź do zguby, bądź do zbawienia. Ludzie gotują dobry, lub zły los nie tylko innym, lecz przede wszystkim sami sobie.

By zamierzona  wędrówka nie była tylko błądzeniem po omacku w „ciemnym lesie” zagubienia rozumu i sumienia, który dla poety był symbolem duchowej pustki, konieczne jest poczynienie pewnych przygotowań. Z kolei, przy poszukiwaniu dróg wyjścia z niego należy pamiętać, by zabezpieczyć się przed nieopatrznym popadaniem w senność, a także strzec  przed krążącymi w lesie dzikimi zwierzętami. Chcąc korzystać z poematu, jako przewodnika, trzeba też znaleźć własny klucz do odczytywania zawartych w nim wskazówek w języku świata realnego naszych czasów – w języku pojęć, symboli i dobrze dziś zrozumiałych odniesień znaczeniowych. Nie wolno przy tym zapominać co niesie w sobie tradycja, kultura i wiara. Zatem to, co archaiczne, archetypowe i transcedentalne, powinno przeplatać się z tym, co nowe, zmienne i ograniczone.

Nie to jednak jest w tym najważniejsze i najtrudniejsze – to ledwie kombinatoryka narracyjna. Idzie bowiem o to, jak w tej wędrówce – nie poetycko obrazowej, a analitycznie badawczej – zachować umiar w osądzie i ocenianiu tego, co napotykane po drodze: ludzkich uczynków, motywacji i intencji, przyczyn i skutków działania, konsekwencji duchowych dokonywanych wyborów. W opisie człowieka – tego, jaki jest on sam i jego życie – nie ma niczego takiego jak beznamiętny obiektywizm, ponieważ wszystko, co myśli, czuje czy robi, ma swój znak, swoje miejsce na skali wartości moralnych. Zatem konieczne będzie przyjęcie kryteriów wartościujących, umożliwiających odwoływanie się do kategorii dobra i zła. Już samo to wykluczy posługiwanie się w analizie i narracji wyłącznie metodami, narzuconymi i usankcjonowanymi przez szeroko rozumiany scjentyzm i racjonalizm.

Oczywiście, wiedza jest ze wszech miar użyteczna i pomocna, niepodobna więc jej lekceważyć. Niemniej niezbędne będzie wyjście poza jej ograniczenia i podjęcie się trudnego zadania kategoryzacji opisywanych zdarzeń, zjawisk i procesów, jako jednoznacznie dobrych, lub złych. Jak jednak sprostać w równiej mierze wymogom racjonalnej klarowności analizy i jednocześnie wymogom przykazania „nie sądźcie, byście nie byli sądzeni”? Czy aby nieuchronnie musi to być konflikt między obiektywizmem opisu, a subiektywizmem osądu? W salach sądowych zapadają wyroki na podstawie  drobiazgowego i obiektywnego badania faktów.  Tam ludzka sprawiedliwość wymierzana jest według prawa kodeksowego, w którym kwalifikacja czynów została wyraźnie zdefiniowana – ale ma przecież również swój wymiar w niepisanym, zwyczajowym kodeksie moralnym.

Stanowione paragrafy częstokroć są bezsilne wobec czynionego zła. Jak bowiem traktować nieskończoną ilość czynów, których nie obejmują  – i nie tylko dlatego, że nie stosuje się wobec nich zasada de minimis non curat lex – choć w sensie moralnym wołają o pomstę do nieba? Jest też i druga strona medalu. Co z dobrymi uczynkami, spełnianymi po cichu, bez oczekiwania nagrody, które często bywają lekceważone, niedostrzegane, traktowane jako przejaw słabości, nawet głupoty, wreszcie wręcz potępiane? Ludowe porzekadło nie bez gorzkiej ironii powiada, iż „każdy dobry uczynek, prędzej czy później zostanie ukarany”. I na koniec, co z ludźmi, w których dobro miesza się ze złem – nieraz bez niecnych intencji, także z ludzkiej niedoskonałości?

Trzeba powiedzieć jasno i wyraźnie, że w oglądzie i opisie ludzi oraz tego, co czynią ze sobą i wobec świata  –  z ich rozumem, uczuciami, działaniem, sumieniem – czysty obiektywizm to fikcja, lub zamierzona hipokryzja. Wszystko ma swój znak – inaczej traciłoby jakikolwiek sens. A już zwłaszcza kwalifikacja moralna, niejako z założenia, nigdy nie może być obiektywna. Ucieczka przed nią, jeśli nie jest powodowana strachem lub interesownością, znamionuje bezduszną obojętność, która za życia budzi niechęć lub pogardę, a w zaświatach słusznie zostaje srogo ukarana. Nie jest więc przypadkiem, że w przedsionku piekła poeta napotyka samolubne „dusze mizerne”, które „żyły ni wrogie Bogu, ni też wierne”, których „niebo nie chce, a piekło wyklucza”. I jedno, i drugie nie życzy sobie ich obecności, gdyż „niosłyby zgubę piękności pierwszego”, a w tym drugim „gorsi mogliby zyskać chlubę”. Cóż, wydaje się, że poetycki skrót ujmuje istotę sprawy aż nadto wyraziście i lepiej chyba trafia zwykłemu człowiekowi do wyobraźni, niż wnioski, wywodzone z uczonych, a zawiłych traktatów filozoficznych.

Istnieją prawa naturalne, prawa Boskie, prawa ludzkie. Czy można mówić o ich wzajemnych relacjach nadrzędności i podrzędności? Czy tworzą hierarchię, czy też są od siebie niezależne? Czy obowiązuje tu zasada wynikania jednych z drugich, i zawierania się jednych w drugich? Czy wszystko da się objąć kodeksami? Czy w prawie jakkolwiek spisanym, należy kierować się jego literą, czy też jego duchem? Stawianie tego rodzaju pytań –  i innych im pochodnych – to efektowna, wyrafinowana ekwilibrystyka filozoficzna lub teologiczna, uprawiana od wieków. Rozstrzyganie sporów, toczonych przez uczonych i natchnionych mężów, przekracza kompetencje zwykłego kronikarza, który nadto ma do nich stosunek wysoce niechętny. Dla Dantego rzecz była oczywista – i taka też powinna być dla tych, którzy ośmielą się podążać jego śladem. Prawo moralne zadane zostało przez Boga w Dekalogu oraz w jego rozwinięciach – i to ono stanowiło dla poety podstawę wykładni ludzkich czynów. I niech tak zostanie.

Wszelako dla włoskiego wędrowca po zaświatach nader bolesnym dylematem była nie tyle jednoznaczność osądu i kar, nałożonych na tych, których pod drodze napotyka, ile jego walka z uczuciem litości dla potępionych lub pokutujących. Trudowi poznania i pojęcia Bożej sprawiedliwości towarzyszyły „litości katusze”, które musiał jednakże kiełznać rozum za sprawą pamięci, „co jej błąd nie pęta”. Przebaczenie nie jest tylko odruchem uczucia, którego nadużywanie mogłoby przekształcać się w czułostkową pobłażliwość dla zła, a nawet jego zapomnienie. Wykluczyć więc powinno się tu wszelki relatywizm osądu – mimo licznych wątpliwości, zrodzonych z dobrotliwej wyrozumiałości. Zwłaszcza wtedy, gdy na scenie pojawiają się „duchy, co dawniej były chlubą ziemi”, a przecież osadzone w pierwszym kręgu piekła. Czemu trafiły właśnie tam?

Woli Bożej opatrzności i łaski Bożego miłosierdzia nie da się zgłębić wedle ludzkiej miary pojmowania zasady przyczyny i skutku. Zdumiewa więc, iż cnoty wielkich mędrców z dalekiej przeszłości nie zostały nagrodzone wyniesieniem ich poza kręgi pokutne, podczas gdy łotr, który wszak zasługiwał na karę za swe czyny, zyskał przebaczenie na krzyżu. Rachunek ziemskiej sprawiedliwości jakoś się tu nie bilansuje. W czym zatem rzecz?

Mądrość, nawet najwyższej próby, wspomagana nadto wielkimi przymiotami ducha i cnotami moralnymi, sama przez się nie otwiera bram raju. Nawet wspaniali, mądrzy i cnotliwi „bezgrzeszni są, ale z tej miary/jeszcze się zasług zbawienia nie bierze”. Ich przeznaczeniem jest więc wieczne trwanie „w tęsknocie próżnej i bezczynnej” – tyle, że oszczędzone im są  katusze piekła. By przekroczyć próg transcendentnej iluminacji trzeba więc jeszcze czegoś więcej, niż najtęższy nawet i najbardziej przenikliwy umysł, czystość intencji i godziwe, twórcze życie,.

Filozoficznie wyrafinowani i „podprogowo”, refleksyjnie melancholijni, antyczni Grecy oraz rzymscy moraliści, nie przekroczyli progu zrozumienia pojęcia zbawienia. Nie mogli więc pojąć, że owym „czymś”, przepustką do niego, jest cierpienie – przeniknięcie jego istoty i jego przeżycie w akcie dobrowolnej pokuty, posuniętej aż do ofiary z samego siebie. Znamienne jest, że w wizjach poety Chrystus, zstąpiwszy do Otchłani, wyprowadził stamtąd tylko starotestamentowych patriarchów, odkupionych męką.

Pozostałe dusze przedchrześcijańskie, pierwotnie pogańskie, lecz na swój sposób godne Bożego miłosierdzia za swe czyny i dzieła, obdarzono, mimo wszystko, łaską wiecznego spokoju na zamku „zacnych duchów”, wiodących „wywyższone życie”. Wszelako zamek ten stoi w pierwszym kręgu piekła, górując nad nim niczym świątynia wiecznych rozmyślań – wszechstronnych, doniosłych, wspaniałych, a mimo to po Bożemu jałowych. Sama tylko mądrość rozumu i zacność żywota nie jest kwalifikacją do wieczności w raju. Co ciekawe, nie daje też przepustki do czyśćca – nie jest przecież grzechem, który wymagałby odkupienia. Grzechy, w jakie można popaść za sprawą wywichnięcia się z zawiasów takiej tylko mądrości– zwłaszcza pycha i działanie przeciwko innym – mają w zaświatach swoje osobne miejsce.

Należy więc domniemywać, że w logice Bożej sprawiedliwości cierpienie jest czynnikiem, jeśli nie jedynie rozstrzygającym o zbawieniu, to jednak koniecznym do jego osiągnięcia. Sens tej metafizycznej konstrukcji zawiera się w tym, iż cierpienie spełnia swą rolę siły zbawczej tylko wówczas, gdy nie zostanie zmarnowane – roztrwonione na próżne żale, na żądzę odwetu, na samobiczowanie, nawet na handel na targowisku próżności. Lecz i wtedy warunkiem koniecznym pozostaje jeszcze przeżycie go w imię czegoś wyższego, niż tylko racje kalkulującego rozumu – w imię miłości Boga i ludzi. Wszelako jej źródłem jest nie praktyczny i spekulatywny umysł, a serce.

W dziejach ludzkiego ducha wielką wagę przypisuje się przeżyciu katharsis, będącym – w biegu życia tych, którym dana zostaje szansa na duchową iluminację – przejściem przez tajemniczą granicę nieciągłości poznania. Tego doświadczenia i doznania nie da się wyspekulować, wyrozumować, przewidzieć, czy zaprogramować. Cóż, może dlatego racjonalny, po ludzku sporządzany, niejako „jednowymiarowy” bilans czynów policzonych i spisanych „podług zakonu”, traci wtedy swą moc rozstrzygania o tym, jaki dusza dostaje „przydział w wieczności’? Dlatego właśnie najlepsze nawet w niej „miejsce” może dostać przysłowiowy łotr, który przeżyte cierpienie duchowe przekształci w świadomie pokorną pokutę – jakkolwiek sprawowaną w imię odkupienia win. Drogę do zbawienia wytycza wówczas sumienie i miłość – a to już wymyka się jakiemukolwiek obiektywizmowi czy kalkulacjom rozumu.

Antykowi taka wizja człowieka i jego losu była obca i może właśnie dlatego zatrzymywał się w pół drogi do Boga, gdyż cierpienie i pokutę pojmował jako karę, nakładaną w imię obowiązku i honoru, a nie wiary, miłości i zbawienia. Miłość miał za osobliwe, emocjonalne, psychofizyczne zaburzenie harmonii życia i równowagi rozumu, nie potrafił więc wkomponować jej we własne wizje porządku świata i uznać w niej siły sprawczej w rozwoju duchowym człowieka. Z trudem też akceptował ideę pokory, gdyż ze swymi bogami aż nadto się fraternizował. A bez bojaźni Bożej nie jest łatwo wyzbyć się pychy.

Jakiekolwiek więc trapiłyby wędrowca wątpliwości, w szukaniu na nie odpowiedzi winien umieć wznieść się ponad ludzką miarę osądu i rozważyć, czy aby nie należy zdać się na logikę wiary – a przynajmniej rozważyć racje, jakie za nią mogłyby stać. Czy aby nie kryją one w sobie sensu o wiele głębszego, niż zdawać by się to mogło racjonalnemu rozumowi? Uporanie się z tym pytaniem może okazać się zadaniem bodaj czy nie najtrudniejszym, gdyż w perspektywie odpowiedzi na nie jawi się odwołanie do czegoś ponad samym sobą, co nie zawsze chciałoby się akceptować. Taka rezerwa niekoniecznie wynika z samego tylko niedowiarstwa – może być osłoną, blokującą w świadomości ludzi nawet wierzących możliwość odkrycia we własnej duszy wstydliwych zakamarków, lub nieznanych dotąd regionów, wpędzających ich w zakłopotanie. Często niewiara, lub choćby tylko programowy sceptycyzm, wynika z lęku przed niewygodną dla siebie prawdą, jaką się gdzieś w sobie przeczuwa. Jej przyjęcie burzyłoby dobre samopoczucie, a niekiedy wręcz nakazywałoby przewartościowanie całego własnego życia. Stąd, między innymi, tak silne, samoobronne reakcje – nie zawsze nawet uświadamiane.

Przed podjęciem wędrówki w świat ludzkich dusz, gotujących sobie tu, na ziemi, swój los w zaświatach, warto więc spenetrować własne wnętrze, by niejako „uzdatnić” do tego przedsięwzięcia zarówno umysł, jak i uczucia oraz sumienie. Lecz potrzebna jest do tego wielka odwaga. Nie da się bowiem przeniknąć i zrozumieć drugiego człowieka, jeśli nie umie się uczciwie spojrzeć na siebie bez strachu przed własną pamięcią. Bez zmierzenia się z demonami, które zadomowiły się we własnej duszy, nie da się uleczyć zaburzeń duchowego czucia, słuchu i wzroku. I nie idzie o jakąś cudaczną autoterapię pod okiem instruktorów od psychicznego komfortu, lecz o uwolnienie swych władz poznawczych z warstw filtrów, zniekształcających obraz siebie i swego życia. Dopiero zrozumienie mechaniki powstawania własnych złudzeń i iluzji rzeczywistości otwiera umysł i duszę na pokrętne zawiłości wewnętrznego świata innych ludzi.

Lecz i na tym nie koniec jeszcze przygotowań do podjęcia zamierzonej wędrówki.

Tak, jak możliwe jest specjalne wyćwiczenie zwykłych zmysłów, by w pełni wykorzystać ich potencjał rozdzielczości i precyzji postrzegania, tak samo można uwrażliwić swe zmysły wewnętrzne – intuicję, empatię, sumienie – by je maksymalnie wyczulić na najdrobniejsze, najsubtelniejsze nawet sygnały, znamionujące stan ducha drugiego człowieka. Wędrowiec winien udoskonalić w sobie osobliwy „poznawczy radar”, „duchowy aparat rentgenowski” – czujniki, wychwytujące to, co zwykle niewyczuwalne, niewyraźne, zmyślnie maskowane. Zyska wtedy zdolność dostrzegania rzeczy zaiste niezwykłych. Przychodzi ona z wiekiem, z latami doświadczeń, aczkolwiek osoby, obdarzone przez naturę twórczymi talentami, już w młodości orientują się, że ich przenikliwość daleko wykracza poza granice władz poznawczych, w jakich zamyka się „przeciętne” postrzeganie i rozumienie świata oraz ludzi. Z nich też rekrutują się wielcy artyści, uczeni, odkrywcy i zdobywcy, rozmaici charyzmatycy. Niech się jednak nie dziwi badacz ludzkich dusz, gdy ta umiejętność, zostawszy wykryta, zrodzi niechęć otoczenia, a nawet wrogość. Ale nikt przecież nie obiecuje, że całe to przedsięwzięcie będzie łatwe, lekkie, czy nawet przyjemne.

Na koniec rzecz bodaj czy nie najciekawsza – trasa podróży, a także sposób jej pokonywania. W zaświatach Dantego jest ona wytyczona przez kolejność i następstwo poszczególnych sfer i ich fragmentów. Nie potrzeba tam mapy po oznakowanych szlakach – wędrówka zmierza prosto, do określonego celu. Poza tym, poeta ma przewodników, znających kierunek marszu, a także czające się po drodze zagrożenia.

Lecz ludzkie życie – również i to duchowe – biegnie zakolami, ma swoje nawroty, ślepe uliczki, skrzyżowania dróg. Jest niczym błąkanie się po labiryncie ogromnego zamku, pełnego sal, długich lub krótkich korytarzy i amfilad, tajemnych przejść, drzwi i schowków, nie wiadomo dokąd prowadzących i co skrywających. Zamek ma wiele pięter, strychy i lochy, z salami tortur włącznie; schody wielkie, małe, proste i kręte; zapadnie i pułapki; boczne skrzydła, wieżyczki. Są w nim i dziecięce bawialnie, i pokoje młodzieńczych harców, buduary i biblioteki. Całość, od podłóg po sufity, wypełniona jest najrozmaitszym dobrem i różnościami, już to użytkowymi, już to ozdobnymi, pięknymi i szpetnymi, wielobarwnymi, o znanych kształtach i przeznaczeniu – ale także i całkowicie niezwykłymi, jakby obcymi, niezwyczajnymi.

Życie człowieka to pobyt w tym zamku. Kres wyznacza znalezienie się przed jednym z trzech wyjść, wywodzących duszę bądź do piekła, bądź do czyśćca, bądź do raju. U początku drogi nie wiadomo, dokąd dojdzie – wszystko zależy od tego, jaką trasę przejdzie. Władny jest dokonywać wyborów, decydować o tym, którędy będzie kierował swe kroki. W każdej z sal zamkowych czekają na niego niespodzianki, pokusy, fanty, znaki ostrzegawcze, lecz również i zachęty do dalszej drogi. Przejścia między salami również pełnią swoją rolę w tej życiowej grze. Tym różni się ona jednak od gry komputerowej, że wybór opcji jest nieodwracalny, z wszystkimi tego konsekwencjami – no i że jest tylko jeden gracz, z jednym tylko życiem. Kończy się ono przy jednych tylko drzwiach, które zatrzaskują się nieodwołalnie, gdy już się przez nie przejdzie.

Wychynięcie na drugą stronę może być wielkim zaskoczeniem  – dla jednych radosnym, dla drugich pełnym nadziej, dla innych wreszcie pełnym grozy. Nie zawsze bowiem przychodzi „wylądować” zgodnie z wcześniejszymi oczekiwaniami. Każdy dostaje przydział do konkretnego lokum w określonym miejscu tej sfery wedle prawdy swego życia, a nie wedle tego, co o nim sobie wcześniej myślał, czy jak po kunktatorsku szacował swoje szanse na jak najkorzystniejszy dla siebie werdykt. Kto liczy na jakieś ciche kombinacje przed obliczem Boga, tego czeka los Ananiasza i Safiry, gdyż wie On o nas więcej, niż my sami chcemy wiedzieć o sobie.

Co powoduje, że trasy, jakimi wędrują wkraczający do zamku, tak się między sobą różnią? Że każdy co innego omija, czego innego się wystrzega, co innego woli, a czego innego nie chce? Co innego wybiera, z czego innego rezygnuje? Jaką drogę trzeba przejść, by trafić do jednego z tych trzech wyjść i tam dostać swoją „kartę powołania” do tego, a nie innego punktu zbornego – wraz ze stosownym wdziankiem i odpowiednim wyposażeniem?

Człowiekowi zadane są trzy aspekty jego egzystencji – trzy siły-żywioły nim powodujące: ciążenie materii i potrzeb natury, dążenie umysłu do poznania , wreszcie pragnienie duszy do wyzwolenia i transcendencji. Działają pospołu w jednym ciele, wykorzystują do swych celów wszystkie władze, poznawcze, sprawcze i wykonawcze, w jakie Stwórca wyposażył swe dzieło. Różnie skonfigurowane, tworzą rozmaite wypadkowe, nadające – w danym momencie, w danych warunkach i okolicznościach – bieg życiu w określonym kierunku, z określonym impetem, ale też i z określoną bezwładnością. Czy istnieją jakieś stałe prawa tej egzystencjalnej mechaniki? To wielka zagadka, nad którą głowią się mędrcy świata od zarania dziejów. Jak dotąd nie udało się ich poznać – zresztą podejrzewać należy, że nigdy nie zostaną odkryte. Wiele wiadomo o skutkach, jakie wywołują, lecz wiedza ta wciąż pozostaje tylko szczątkowa.

Może ich poznanie to nie tylko kwestia spekulacji, lecz emocji, wyobraźni, intuicji i instynktu, wreszcie wizjonerstwa czy iluminacji, niedających się razem ująć w żadne formułki, nawet słowa, lub obrazy? A może to w ogóle jest niemożliwe, a ta niemożność wpisana jest w nasz los, w naszą ziemską niedoskonałość? Czy aby nie o tym mówią ostrzegawcze przekazy w wielu mitach o śmiałkach, którzy porwali się na wydarcie bogom ich sekretów? Czy możliwe jest poznanie za życia tajemnicy zmartwychwstania i zbawienia? Nawet geniusz naszego poety nie był w stanie tego osiągnąć – dane mu ono zostało jedynie w wizjach ma miarę ludzkich możliwości. To, co skończone i ograniczone w czasie, nie jest bowiem w stanie ogarnąć nieskończoności i wieczności. Dostępne jest jedynie nieśmiertelnej duszy – pod warunkiem, że nie zagubi się i nie znikczemnieje podczas swej ziemskiej wędrówki.

Zamierzona podróż wydaje się być przedsięwzięciem karkołomnym, lecz przecież nic, ani nikt, nie może jej zabronić. W naturę człowieka wpisana jest ciekawość i chęć jej zaspokajania – nawet wbrew ostrzeżeniom rozważnych doradców i sceptyków, czy kpinom prześmiewców. Wędrowiec może wycofać się w pół drogi, poddać, przerazić, nie podołać trudom, znudzić się, lub zbrzydzić – słowem, zrezygnować z jakiegokolwiek bądź powodu. Lecz nawet wtedy będzie sobie mógł powiedzieć, że jednak próbował, że mimo niepowodzenia i tak czegoś się nauczył, coś zobaczył i poznał, zatem coś zyskał. Tu nie może być przegranej – co najwyżej nie ma trafienia, gwarantującego wygranie całej puli.

Na koniec wreszcie uwaga ostatnia. Podczas symbolicznej wędrówki po zamku ludzkiego żywota nie należy zbytnio ufać świadectwom tych, którzy wcześniej próbowali tego dokonać – choć warto je znać, i doceniać wysiłki poprzedników. Z rezerwą więc przyjdzie traktować uczone traktaty filozofów i teologów, mądre teorie naukowców, dobre rady intelektualnych pięknoduchów – gabinetowych, salonowych czy wręcz kawiarnianych; tych, którzy „zjawiska na ziemi i niebie potrafią rozeznać”, lecz nie zawsze umieją dokładnie odczytywać znaki kondycji człowieczej.

Lepiej zdać się na wizje czy impresje tych odważnych, twórczych duchów, których nigdy nie ograniczały czy zniechęcały definicje, normy i kryteria oceny, logika, tytularna hierarchia, zakazy i nakazy ostrożnych i zalęknionych, wreszcie strach przed cudzymi opiniami. Nie oznacza to kwestionowania wiedzy, czy tradycji, kultury i doświadczenia pokoleń. Wszystko to jest cenne – lecz z natury rzeczy niedoskonałe, niepełne, niekiedy wątpliwe, innym znów razem nazbyt kategoryczne. Wolność wewnętrzna cechuje się odruchową niezgodą na każde rzekome domknięcie poznania. To właśnie przekonanie stanie się motywem przewodnim całego przedsięwzięcia.

Trawestując słowa pieśni pewnego barda, „najciekawsze są te góry, na które nikt jeszcze się nie wspiął”. Zatem równie ekscytujące mogą okazać się wędrówki po szlakach dotąd nieznanych lub po terenach mało jeszcze spenetrowanych. Nie tyle cel wyznacza drogę, ile droga – jakkolwiek byłaby niebezpieczna – staje się celem samym w sobie. Cóż, na jej końcu wędrowiec – niczym powieściowy stalker – może dojrzeć coś, co i tak nadal pozostanie tajemnicą. Lecz to już zupełnie inna sprawa.

Przez rozpoczęciem wędrówki, trzeba się więc dobrze do niej przygotować, zastanowić, co też będzie w niej przydatne. Gdy w grę wchodzą ludzkie losy i ludzka natura, tropienie zagadek i tajemnic w nich ukrytych, rozsądek podpowiada, że nie od rzeczy będzie sporządzenie sobie jakiegoś przewodnika po wiedzy, jaką na ten temat zgromadzono – zarówno tej „uczonej”, jak tej potocznej, zwyczajowej. Uzbroiwszy się w cierpliwość, warto  zawczasu przyjrzeć się jej, niezależnie od tego, czy zawiera rzeczy rozumne, czy nie. Oczywiście, można dać sobie temu spokój i puścić się na żywioł – lecz czemu bez powodu popełniać grzech zaniechania? Bez wątpienia, zbyt ciężki balast – w formie wstępnych założeń, uprzedzeń, oczekiwań czy nadmiernej wiary w rozmaite teorie – bywa niekiedy zawadą, lecz wędrowanie na oślep również nie byłoby najlepszym pomysłem. Roztropność nakazuje więc, by rzucić okiem na to, co ludzie – i mądrzy, i zwyczajni – mieli i mają w tych sprawach do powiedzenia. Szaleństwo uskrzydla, lecz szczypta rozwagi i pokory na pewno nie zaszkodzi…

Rozdział 1

Bezradność uczoności wobec tajemnic

Człowiek – materia, rozum i duch. Te trzy aspekty łączą się w jedno, tworząc w niepojęty dla nas sposób jedną spójną, zespoloną, nierozdzielną całość. Nieodgadnioną – raz na zawsze – tajemnicą jest właśnie zasada owego zespolenia, splątania w jedno tego, co z osobna przecież jest do siebie nieprzywiedlne, jako należące do odmiennych porządków świata realnego i nadprzyrodzonego. Są te aspekty do siebie nieredukowalne i ze sobą nieporównywalne – nie ma dla nich wspólnych miar i wag, nie rządzą się tą samą logiką przyczyny i skutku. Ich połączenie nie jest więc prostą sumą składowych – bo taką być nie może – lecz istnieje i funkcjonuje jako „twór” specyficznie odrębny.

Człowiek jest istotą z materii uformowaną, także w materii zamkniętą. Jest zarówno podmiotem, jak i przedmiotem poznania. Duchowo zdolny do transcendencji, pozostaje przecież uwięziony w swej ograniczoności wobec Boga i natury. W każdym z trzech swych aspektów jest rozpięty między dwoma biegunami – wolności poznania i działania oraz konieczności poddania się prawom, rządzącym porządkami rzeczywistości materialnej i niematerialnej, ludzkiej i boskiej. I choć każdy akt – poznawczy, sprawczy czy wykonawczy – dokonuje się jako jeden łączny efekt owych trzech konstytuujących go składowych, to przecież każda z nich ma w nim swój własny, osobny udział, w rozmaitym stopniu stymulujący, moderujący lub hamujący. Daje to nieskończoną – acz w zadanej i ograniczonej przestrzeni zdarzeń – ilość możliwości działania w dowolnej sytuacji, w przypadku każdego rodzaju aktywności, zarówno reaktywnej, jak i generatywnej.

Tę zasadę egzystencjalnego rozpięcia między całkowitą podmiotowością, a całkowitym uprzedmiotowieniem, unieważnić może jedynie ingerencja Boga – akty Jego woli i łaski. One same pozostają jednak niedostępne bezpośredniemu poznaniu – w odróżnieniu od ich następstw, które wszelako winny być rozpoznawane, a także pojmowane i doświadczane wyłącznie jako dzieła Bożej opatrzności. Czy się to komuś podoba, czy nie, czy ktoś to akceptuje lub nie, czy rozumie czy nie, czy wreszcie w to wierzy czy nie – nie ma na to żadnego wpływu. Trudno jest wtłoczyć w ramy logiki czystego rozumu rozmowę Hioba z Bogiem, czy mistykę Jana od Krzyża, a nawet biografie wielu świętych – z Pawłem, Augustynem, czy Franciszkiem na czele. A przecież pod względem potencjału „zaczątkowego” byli to tacy sami ludzie jak miliony innych – z krwi i kości, obdarzeni sprawnym umysłem, wreszcie taką samą duszą.

Kwestia rozłączności logiki różnych porządków bywa powodem wielu nieporozumień w postrzeganiu i opisie człowieka – zarówno antropologicznym jak i fenomenologicznym czy egzystencjalnym. Dobrym tego przykładem może być znane powiedzenie, iż „byt określa świadomość”. Jest ono zwyczajnie, po ludzku dobrze zrozumiałe, gdyż doskonale wpisuje się w całą mechanikę ludzkich potrzeb, motywacji i funkcjonalnej aktywności życiowej. Rzecz jednak w tym, czy istnieje aby tylko jedna świadomość?

Na bazie antropologii personalistycznej daje się łatwo obronić tezę, iż mamy do czynienia z dwoma jej rodzajami. Oprócz bowiem świadomości psychologicznej, obejmującej to, co psychofizyczne i społeczne, funkcjonalnie operacyjne i regulacyjne, ma człowiek również świadomość duchową – świadomość sumienia i miłości, wartości i moralności (Merton). Tu już nie da się mówić o bezpośredniej czy bezdyskusyjnej przyczynowości między zewnętrznymi warunkami, czy okolicznościami bytowania, a prostą, regulacyjną motywacyjnością działania. Duchowe siły sprawcze aktualizują się i manifestują często wbrew logice rozumu, niejednokrotnie pozostając z nim w niejawnym lub zgoła otwartym konflikcie na poziomie decyzyjnym.

Ponieważ wola nie bywa ambiwalentna, musi więc działać na zasadzie wyłączności jednego z dwóch imperatywów – zgodnie z nakazem bądź jednej świadomości, bądź drugiej. Powstają wtedy dylematy egzystencjalne zarówno w sferze dokonywania fundamentalnych wyborów życiowych, jak i gotowości godzenia się z ich następstwami. Bywa, że racje rozłożone są po równo między rozum i sumienie, a każda decyzja ma swe dobre i złe strony – zarówno praktyczne i doraźne, jak i według miar wielorakich użyteczności w perspektywie całego życia. Rozstrzyganie o słuszności dokonanych wyborów to nie tylko kwestia bilansu zysków i strat w wymiarze ziemskim, lecz również – a może przede wszystkim – w planie wieczności.

Można, oczywiście, obejść tę dychotomię twierdząc, że istnieją dwa odrębne rodzaje konieczności, niejako dwie jej klasy – funkcjonalna i duchowa. Racjonalnie rzecz biorąc, jest oczywistością, że z punktu widzenia mechaniki zachowań obydwie mają swój walor regulacyjny; lecz nie o to tylko chodzi. Czym bowiem miałaby być ta druga z nich? Jeśli uznać, że konieczność jest jakąś formą nieuniknionego przymusu, naginającego wolę do określonego działania, to w czym miałaby zawierać owa przymusowość w sferze ducha? Jaki zbiór czynników zewnętrznych lub wewnętrznych miałby tu pełnić rolę ogranicznika, moderatora lub stymulatora poczynań człowieka – niezależnie od jego potrzeb, motywacji, pragnień, lęków, czy nadziei? Źródłem ograniczeń w konieczności funkcjonalnej, zadaniowo-operacyjnej, jest zwykle zespół czynników zewnętrznych – sytuacja, okoliczności, jakaś niemożność, brak środków do realizowania celów; słowem – każdy możliwy do wyobrażenia, a niemożliwy do pokonania opór materii otoczenia. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że to, przez co człowiek zostaje uprzedmiotowiony, a czemu nie jest w stanie się przeciwstawić, znajduje się wyłącznie poza nim samym.

W grę wchodzą tu także czynniki wewnętrzne, lecz zaledwie psychologiczne – przede wszystkim odruchowe, obronne i lękowe (co na jedno wychodzi). Wpływają ograniczająco, lub pobudzająco głównie za sprawą emocji i wyobraźni, a za ich sprawą, wtórnie – przez zaburzanie rozumu. Wytworzone w trakcie życia zahamowania rozmaitego rodzaju uruchamiają lękową imaginacyjność i w efekcie potrafią tak zblokować umysł i wolę, iż działanie (lub niedziałanie) staje się zracjonalizowaną koniecznością w randze osobliwego, nieraz wręcz patologicznego imperatywu. Niemniej ta kategoria czynników pozostaje w gestii świadomości psychofizycznej, która nie obejmuje sfery duchowości człowieka.

Stwierdzenie, iż psychiczność i duchowość to odrębne sfery natury człowieka, bywa trudno zrozumiałe, zwłaszcza w paradygmacie antropologii redukcjonistycznej, w której wszystko, co niematerialne, a co manifestuje się przez materię, upycha się pod jeden strychulec ludzkiej psychiki. Jeśli przyjąć za Pascalem, że ciało jest jedynie płaszczem okrywającym duszę, to „psychiczność” byłaby tu ledwie jego podszewką i ozdobnością. Dusza jest niejako „ubrana” w ciało i psychikę, lecz sama pozostaje całkowicie innym, odrębnym aspektem istoty ludzkiej. Nieco inaczej, alegorycznie zobrazował to pewien mądry sufi, stwierdzając, iż „dusza to zwierciadło Boga, pokryte kurzem ciała”.

W przypadku konieczności pierwszego rodzaju to, co psychiczne, bywa jedynie reaktywnością, uwarunkowaną przez doświadczenie – niczym u psa Pawłowa. Przejawy obronności lub lękowości mają cechy nabytych odruchów, nawet natręctw, które wyprzedzają myślenie i są w stanie zdominować procedury decyzyjne. Trudno więc, oczywiście, mówić tu o wolnej woli, o samostanowieniu podmiotu. Uznanie czegoś za konieczność tylko dlatego, że przed czymś się wewnętrznie bronimy lub czegoś wewnętrznie boimy – i znakomicie to racjonalizujemy – to zwykłe oszukiwanie samego siebie. Charakterystyczne w tym jest, iż  w głębi duszy wiemy, że temu czemuś ulegamy wbrew sobie, wbrew jakiemuś głosowi wewnętrznemu. Ów dysonans bywa szczególnie silny wówczas, gdy podjęta decyzja lub dokonany wybór i późniejsze działanie mają silną, negatywną konotację moralną.

Określenie, iż „byt określa świadomość” niesie w sobie często jakąś rezygnację, poczucie przegranej, a w konsekwencji rodzi jakąś postać właśnie dysonansu – w sferze rozumu, emocji i ducha. „Nie wolno kłaniać się okolicznościom/a prawdzie kazać, by za drzwiami stała” – ta poetycka sentencja kryje w sobie nie tylko ogromną mądrość, lecz także i ważne przesłanie, zarówno psychologiczne, jak i duchowe. Jest bowiem ostrzeżeniem przed zniewoleniem każdego rodzaju – zniewoleniem, za które gorzko się płaci. Nawet psycholog, który ująłby to w kategoriach zaburzenia samooceny czy samoakceptacji, potrafiłby w swoim języku wytłumaczyć, jak destrukcyjne potrafią być konsekwencje takiego postępowania. A przecież w grę wchodzi tu także osąd moralny skutków poddania się konieczności tego pierwszego rodzaju. W działaniach pod naporem okoliczności często dochodzi do działań nagannych, złych, niszczących – siebie, lub innych. Psychologiczne pojęcie zaniżania samooceny, czy narastania poczucia winy, nawet w ułamku procenta nie oddaje istoty tego, co dokonuje się wtedy ludzkim sumieniu i emocjach.

Nie ma bowiem w języku nauki wyjaśnienia dla rozpaczy, cierpienia duszy, poczucia sprzeniewierzenia się dobru, wyrzutów sumienia. Jeśli nawet jakoś uczenie opisuje się tego rodzaju stany ducha, to jedynie w kategoriach dysfunkcjonalności i osobistego dyskomfortu. O tym, że jedynym ratunkiem jest w takiej sytuacji odwołanie się do świadomości moralnej i do jej źródeł, do płynących z nich nakazów, nauka już nie wspomina. Takie pojęcia jak zadośćuczynienie, skrucha, pokuta, ekspiacja, czy przebaczenie, są jej całkowicie obce, gdyż należałoby powiedzieć, na czym polega istota miłości i miłosierdzia. Wprowadzanie do opisu mechaniki ludzkiej natury i ludzkiego działania wyższej od rozumu instancji o niej rozstrzygającej, a zlokalizowanej poza samym człowiekiem, wymagałoby „pogodzenia się z Panem Bogiem” – a na to dzisiaj w nauce zgody nie ma. Pokora to odstąpienie od pychy, rezygnacja z prerogatyw władztwa – a na to z trudem godzi się rozum, niechętny przyznaniu czemukolwiek poza sobą statusu chociażby partnera.

Czy to oznacza, że działanie pod naporem konieczności pierwszego rodzaju musi owocować złem? Często powiada się, że bywa wyborem mniejszego zła. Zatem postrzegane jest jako coś mimo wszystko nagannego, niewłaściwego, choć niejednokrotnie powodującego, iż udaje się obronić jakieś elementy dobra. Rzecz jednak w racjonalizacji zarówno motywów, jak i efektów dokonania takiego wyboru. Dzięki odwołaniu się do pokrętnej dialektyki, rozum, potrafiący niebywale sprawnie żonglować argumentami, zawsze znajdzie stosowne uzasadnienia dla poddania się konieczności, wymuszanej przez okoliczności lub własne lęki. Odwołuje się wtedy do słuszności lub użyteczności działania, rezygnując z kwalifikowania go w kategoriach dobra lub zła. Wszelako wchodząc w rolę demiurga „aksjologicznego relatywizmu”, dokonującego cudów racjonalizującej ekwilibrystyki, stara się nie tylko dany wybór uzasadnić, lecz nade wszystko go usprawiedliwić. Każdy relatywizm ma właśnie to do siebie, że się z czegoś tłumaczy, broniąc przed osądem moralnym. Powstaje pytanie – przed kim, i z czego?

Jest w tym osobliwy acz zabawny paradoks. Nawet ten, kto nie uznaje istnienia instancji wyższej i praw moralnych przez nią ustanowionych, w swych racjonalizacjach czuje się jakoś wewnętrznie zmuszony do formułowania usprawiedliwień za poddawanie się konieczności pierwszego rodzaju – tak jakby czuł się do tego dziwnie przymuszony przez coś, lub przez kogoś. Gdyby było inaczej, gdyby nie miał żadnych wątpliwości, podejmowałby decyzje niczym komputer, ustalający funkcje kryterialne – w trybie oznajmującym, a nie warunkowym. Jednakże nieodmiennie rodzi się w nim wewnętrzna potrzeba refleksji, wykraczającej poza kalkulacje zysków i strat, poza bilans kosztów antycypowanej użyteczności.

Nie jest przypadkiem, że psychologia ma tak ogromny kłopot z analizą ludzkiej decyzyjności. Doskonale bowiem wie, że istnieje ogromna ilość czynników dla niej nieoznaczonych, wręcz niepojętych, które są w stanie w każdej chwili unieważnić w człowieku racjonalną argumentację na rzecz dokonania takiego czy innego wyboru. Ba, co więcej, w najbardziej niespodziewanym momencie potrafią one „wyłączyć” ustalony wcześniej algorytm działania i „zawiesić” program realizowania tego, co zostało wcześniej ustalone. Nauka mówi wtedy o nieprzewidywalnych artefaktach, zakłócających proces decyzyjny. Skąd jednak bierze się tak wielka siła sprawcza, władna skutecznie przeciwstawić się racjonalności najdoskonalszego nawet umysłu i poddać sobie wolę działania wbrew jego nakazom? Czy jest to tylko owa dysfunkcyjna, odruchowo obronna lub lękowa nieracjonalność psychologiczna – czy też coś jeszcze innego? Czy aby nie wchodzi tu w grę jakiś inny przymus o niekoniecznie psychologicznym rodowodzie? Czy aby nie rozpoznaje go i wprowadza do „rachunku kosztów” wyłącznie owa druga świadomość – moralna,  nadająca  mu wymiar zgoła innej konieczności w randze imperatywu kategorycznego?

Świadomość psychologiczna ogarnia wszystko, co wiąże się z funkcjonowaniem psychofizycznym człowieka – ogląd i opis środowiska, analizę danej sytuacji i jej kontekstów, rozpoznawanie siebie w relacji ze światem, motywacje, potrzeby, pamięć, samowiedzę, działanie. Co zatem pozostawać by miało w gestii świadomości moralnej? Czym też miałaby różnić się od pierwszej? Jaką rolę poznawczą, sprawczą i wykonawczą miałaby pełnić w ludzkim życiu? Jak miałaby się kształtować – również w swym rozwoju, jak aktualizować i manifestować we wszystkich tych trzech aspektach życia? Czy „pracuje na tym samym materiale”, co świadomość psychologiczna? Czy też może ma dostęp do jakiejś innej jeszcze, specyficznej wiedzy, której ta pierwsza nie wychwytuje, lub nie potrafi przetworzyć?

Podobnych pytań można mnożyć ad libitum – jeśli tylko chce się analizować obydwa rodzaje świadomości metodą prostych analogii i na miarach, opisujących ludzki funkcjonalizm. Rzecz w tym, że nie o niego tu chodzi – a właściwie nie tylko o niego. Domeną świadomości psychologicznej jest regulacyjny operacjonizm i wypełnianie funkcji życiowych  w praktycznym bytowaniu – nawet tych najbardziej złożonych, z wielce wyrafinowanym myśleniem włącznie. W zakres jej kompetencji wchodzi to, co generuje każdego rodzaju aktywność na poziomie zadaniowym. Jest ona  jakby podstawowym oprogramowaniem operacyjnym żywego komputera, któremu na imię „ludzki organizm”. Jej pierwszym zadaniem jest samopodtrzymanie jego struktury, drugim – jego samoreprodukcja. Ma zachowywać zadany mu „stan posiadania” w warunkach naporu środowiska, tak długo, jak na to pozwalają możliwości degradującej się w czasie biologicznej materii i psychiki. Mówiąc obrazowo, stanowi osnowę i spoiwo owego płaszcza, który wraz z podszewką – mniej lub bardziej użyteczną, wygodną i ozdobną – okrywa i osłania to, co w człowieku najważniejsze, a mianowicie jego duszę w jej ziemskiej wędrówce.

Świadomość psychologiczna jest więc swego rodzaju generatorem niezliczonych „instrukcji obsługi życia i samego siebie”, tworzonych na bazie kryterialnych funkcji  użyteczności i sprawności działania. Gromadzi, analizuje i przetwarza niewiarygodnie dużą ilość danych pod kątem maksymalizacji efektów cząstkowych, służących realizacji dwóch podanych wyżej zadań podstawowych. Nie ocenia, nie osądza, nie wartościuje. Liczy się skuteczność funkcjonowania  – dobre jest to, co ją zapewnia, złe zaś, co jej przeciwdziała, lub zagraża. Jakkolwiek by to zabrzmiało dziwnie, to podobną świadomością psychologiczną obdarzone są także organizmy innych gatunków , tyle tylko, że tam zarówno poziom jak i zakres „psychiczności” jest stopniowalny w zależności od miejsca, zajmowanego na drabinie ewolucji.

Nie jest przypadkiem, że tak szalenie fascynujemy się doszukiwaniem śladów rozumności u zwierząt. Intryguje w nich wszystko to, co dowodzi, iż pod wieloma względami przewyższają nas sprawnością zmysłów, wyrafinowaniem behawioralnym, zdolnością przetrwania. Przypisujemy im inteligencję – i słusznie, gdyż każdy żywy organizm jest wyposażony we własne narzędzia operacyjne, umożliwiające mu lepsze lub gorsze wypełnianie zadanych funkcji. Kłopot zaczyna się w momencie, gdy pojawia się pytanie o świadomość. Intuicyjnie wyczuwamy bowiem, że jest ona czymś więcej, niż oprogramowanie funkcjonalne. Lecz rezygnując z uznania duchowości, musimy konsekwentnie ograniczać się tylko do tego, co narzuca  redukcjonizm. Dlatego skłonni jesteśmy do antropomorfizacji świata zwierzęcego – a tym samym do degradacji człowieka. W konsekwencji, stawiając kolejne pytania, natykamy się w narzuconych sobie ramach metodologicznych na kolejne paradoksy i w efekcie dochodzimy do ściany na końcu ślepej uliczki. Tak oto tkwimy w pułapce Goedla, z której wyrwać można się tylko wtedy, gdy wyjdzie się poza narzucony paradygmat antropologiczny.

Bo jakże może być inaczej. Spróbujmy przyjrzeć się temu na prostych przykładach. Jeśli inteligencję włączymy do świadomości, wówczas powinniśmy uznać, że zwierzęta (i nie tylko one) są nią w jakimś stopniu obdarzone; wszak trudno wyobrazić jedno bez drugiego. Zdajemy sobie jednak sprawę, że świadomość – gdyby ją traktować całościowo – to jeszcze „coś więcej” niż sama inteligencja, jej pochodne oraz jej przejawy – i wzdragamy się, przed przyznawaniem światu zwierzęcemu prawa do posiadania tego najwspanialszego ponoć atrybutu człowieczeństwa. Chyba, że ograniczymy się wyłącznie do świadomości psychologicznej – a, to wtedy można ten problem rozwiązać przez arbitralną parametryzację wszystkiego, co się tylko da w sferze funkcjonalno-operacyjnej. Lecz nawet mnożąc do upojenia miary opisu nie uda się wszystkiego sprowadzić do zbiorów liczb na dowolnie dużej liczbie skal.

Swego czasu panowała moda na przypisywanie innym gatunkom zwierząt osobowości – nawet na jej badanie – lecz te twórcze pomysły spełzły na niczym i okazały się jednym wielkim i humorystycznym humbugiem (Paul). A przecież nie sposób nie zauważyć u nich wielu cech, świadczących o swoistej specyfice „psychicznej” – zarówno w rozwiązywaniu zadań czy regulacyjności i celowości zachowań. Ujawniają tym samym wyraźne znamiona inteligencji, cechuje je także spora reaktywność emocjonalna i wyspecjalizowane zachowania społeczne. Tyle tylko, że ogranicza się to tego, co doraźne, sytuacyjne, operacyjne, użytkowe – i nic poza tym.

O ograniczoności świadomości psychologicznej świadczy bowiem to, że nie tworzy sama przez się i sama z siebie reprezentacji symbolicznej, a także metafizycznej interpretacji świata oraz człowieka. W doraźności życia nie jest to do niczego potrzebne. Podobnie ma się rzecz z pojmowaniem czasu, nieskończoności i wieczności – i umiejscawianiem siebie i własnego życia w jakiejkolwiek do nich relacji, obejmującej cokolwiek ponad proste czy niewiele odroczone następstwa przyczyn i skutków. W efekcie nie generuje niczego, co wykraczałoby poza mniej lub bardzie wyrafinowaną kombinatorykę myślenia i działania na użytek psychofizycznej, życiowej homeostazy. Z kolei to, co zwie się psychologiczną transgresją, a co uchodzi za kreatywność, jest w zasadzie jedynie poszukiwaniem coraz to bardziej złożonych algorytmów działania, a także metod walki i przetrwania, i nie ma nic wspólnego z dążeniem do duchowej transcendencji. Świadomość tego rodzaju sama przez się nigdzie poza siebie „nie wychyla” – ponieważ nie wie dokąd, po co, i w jakim celu. Nie zawracają sobie jednak tym głowy ci, którzy w niej tylko umiejscawiają całość życia wewnętrznego człowieka. Takie podejście reprezentują niektórzy neuropsychologowie (Koch), sekundują im także psychologowie ewolucyjni (Dawkins, Miller, Wright); nawet geniusz Hawking zbywa rzecz całą machnięciem ręki, twierdząc, że do wyjaśnienia „absolutnie wszystkiego” nie potrzebuje Boga, gdyż wystarczają mu do tego prawa fizyki. Skąd się wzięły – to już go nie interesuje.

Na koniec wreszcie rzecz nader subtelna, acz bodaj czy nie najważniejsza: świadomość psychologiczna, w swych kalkulacjach, nie operuje wartościowaniem w kategoriach niefunkcjonalnych. Ani dobro ani zło nie daje się parametryzować. Liczy się rachunek operacyjny, efektywność, sprawność, skuteczność, zysk (jakkolwiek rozumiany). Nie sens działania, lecz wymierny efekt, jaki ono przynosi. Jeśli przy tym tak się złoży, że można przypisać mu jakieś umowne dobro, to staje ono miłą wartością dodaną – i niczym więcej. Z drugiej strony, jeśli okaże się ono jakoś tam umownie złe – cóż, trudno, tego wymagała sytuacja. Żaden modus operandi świadomości psychologicznej niejako ze swej istoty nie przewiduje dobrowolnej rezygnacji z antycypowanej i skalkulowanej korzyści. Byłoby to bowiem „nierozsądne”, „nielogiczne”. Pewien filozof ujął to skrótowo stwierdzeniem, iż „bez Boga trudno jest powiedzieć NIE” (Buttiglione). W tej sytuacji pozostaje jedynie karykaturalna forma czynienia „dobra wzajemnie użytecznego”, a w efekcie konieczność wymiany świadczeń na zasadzie „coś za coś”. Na poziomie praktycznym, sprowadza się do racjonalnie pojmowanej miłości bliźniego w postaci powszechnej korupcji każdego rodzaju – w tym i duchowej. Altruizm jako dająca się racjonalizować strategia działania oraz miłosierdzie w formie jakiejś łapówki – ot, i cała moralność życia społecznego.

Ta praktyczna filozofia zinstytucjonalizowanej, sprawnie zorganizowanej zbiorowości ludzkiej, jest doskonale zrozumiała z punktu widzenia konieczności samopodtrzymania życia, i zaspokajania niezbędnych po temu potrzeb. Hierarchia tych potrzeb, taka, jaką proponuje psychologia – zresztą zgodnie z logiką homeostazy – to nic innego jak naukowa legitymizacja zasady, iż „byt określa świadomość” – tyle że tę psychologiczną, dokonującą na bieżąco analizy warunków bytowania i adaptacji. Tak więc to rozwaga w działaniu wyznacza bieg naszego życia. Lecz myliłby się ten, kto utożsamiałby tę rozwagę z roztropnością – ta bowiem jest cnotą moralną i należy do zupełnie innego porządku ludzkiej egzystencji.

Błędem byłoby jednak sprowadzanie świadomości psychologicznej do roli wyłącznie poddańczo służebnej czy traktowanie jej jako jakiegoś demonicznego Frankensteina. Jest wykonawcą, lecz nie niewolnikiem, jest narzędziem – lecz nie tępym cepem. Jest czymś na podobieństwo procesora komputera biologicznego o niewyobrażalnie ogromnej mocy obliczeniowej, nadto zdolnego do samodzielnego modyfikowania i doskonalenia swego oprogramowania operacyjnego. W ramach zadań, jakie są mu zlecane, lub narzucane, ma ogromną autonomię, aczkolwiek to nie on ustanawia wartości kryterialne dla podejmowania decyzji oraz dopuszczalne granice kompetencji i uprawnień w zakresie środków wybieranych do realizowania zadawanych mu prac. Obrazowo można by go przyrównać do zarządcy majątku, mającego jak najlepiej dbać o zrealizowanie tego, co ustali właściciel. Na etapie wstępnym każdej decyzji, każdego podejmowanego wyboru, może analizować i kalkulować, coś sugerować, doradzać lub odradzać, do czegoś zachęcać lub przed czymś przestrzegać – lecz ostatnie słowo zawsze zależy do gospodarza, który kieruje się własnymi racjami i intencjami. Później trzeba tylko doglądać, by rzecz została wykonane jak należy.

Gdy obydwie strony tego układu żyją w zgodzie, majątek kwitnie – ku pożytkowi wszystkich. Bywa jednak i tak, że ekonom czy rządca zaczyna się zbytnio szarogęsić, stawać okoniem, oszukiwać, po cichu przejmować majątek, by w końcu go zawłaszczyć. Fantastyka naukowa od dawna upaja się wizjami tego, co też będzie, gdy powstanie sztuczna inteligencja, której zamarzy się bunt przeciwko swemu twórcy. Pisarze i naukowcy, wybiegając w daleką przyszłość, nie dostrzegają, że oto ma ich oczach realizują się ich mniej lub bardziej prawdopodobne przewidywania. Rzecz w tym, że dzieje się to nie gdzieś poza człowiekiem, lecz w nim samym. Żyjemy bowiem w czasach, w których – wracając do poprzedniego porównania – człowiek, jako właściciel majątku, całkowicie poddał się swemu zarządcy. W języku filozofii, idąc za Arystotelesem, można by rzec, iż rozum czynny na dobre abdykował na rzecz rozumu biernego. Według prawa Kopernika pieniądz gorszy wyparł pieniądz lepszy.

Człowiekowi zredukowanemu do swej biologicznej materialności i funkcjonalnej, regulacyjnej psychiczności, dusza do niczego nie jest potrzebna. Za sprawą wyniesienia rozumu do rangi jedynowładcy, który zbuntował się przeciwko Bogu, świadomość psychologiczna w ogromnym stopniu wyparła duchowość w ludzkim życiu – jej prerogatywy poznawcze, sprawcze oraz wykonawcze. Nastąpiło odwrócenie ról. Świadomość moralna, istniejąca wszak w każdym człowieku jako jego nieodłączny atrybut, uległa marginalizacji, jest wyraźnie deprecjonowana, i traktowana wyłącznie jako źródło artefaktów, zaburzających racjonalność poznania, myślenia i działania.

Ponieważ nowy, samozwańczy suweren nie jest w stanie – mimo swej rzekomej wszechmocy – zniszczyć tego, co człowiekowi zadał jego Stwórca, więc postanowił ten „naddatek” jakoś odseparować, by swą obecnością nie psuł mu dobrego samopoczucia. Zdegradowawszy go roli niechcianej „ciotki rezydentki” – w jej własnym zresztą majątku, z którego ją skutecznie wyzuł – zesłał biedaczkę na poddasze zawłaszczonej rezydencji, gdzieś w sam kąt poddasza. Nie zachodzi tam nawet na zdawkową, grzecznościową pogawędkę, gdyż się jej po prostu boi. „Dumny, rozparty, miotający z oczu skry’ – nie ma odwagi stawić czoła komuś, kogo ograbił i skazał na taką banicję. Gdzieś bowiem w głębi duszy, którą przecież ma – choć się jej wyparł – czuje wyrzuty sumienia. I nie tylko – trawi go bowiem piekielny ogień niespełnienia. Nuworysz doskonale wie, że przechwycić można czyjś rodowy majątek, lecz nie drzewo genealogiczne właściciela. Że zawsze będzie mu brakowało czegoś, czego nie da się zdobyć ani siłą, ani sprytem, ani chytrością czy podstępem. Nie mogąc tego posiąść, celowo niszczy nawet pamięć po nim, gdyż jej trwanie, choćby w utajeniu, obnaża jego małość w porównaniu z tym, co był zawłaszczył i skazał na poniżenie lub zniszczenie. Tak postępują konkwistadorzy, despoci, rewolucyjni jakobini, okrutnicy, judasze – i, horrible dictu, liczni uczeni specjaliści od badania ludzkiej natury.

W tym właśnie tkwi paradoks całej tej sytuacji. Odoaker, choć zdobył Rzym, to jednak czuł i wiedział, że to, co najcenniejsze, reprezentuje sobą nie on, sprawny, wielki wódz, lecz przegrany, pozornie zidiociały cesarz Romulus. Zaraz potem barbarzyńcy przystąpili do niszczenia  najdrobniejszych nawet śladów wielkości tego, czym zawładnęli. Tak to już jest – i być musi. Rozum, degradując ducha i rugując duchowość z antropologii i aksjologii, to jej właśnie obawia się najbardziej. Niczym Dorian Grey, co i raz biegnie na strych, by zobaczyć, jaka też nowa obrzydliwość pojawiła się na portrecie, będącym wizerunkiem jego prawdziwej natury. I każda taka kolejna konfrontacja z samym sobą boli coraz silniej i wzmaga strach.  Podpowiada mu to jego świadomość moralna, której tak bardzo chce się pozbyć, stłumić, lecz która gdzieś głęboko w nim przecież tkwi – jeśli nawet pozostaje pod strażą pychy. Nawet największy złoczyńca wie, że jest ponad nim siła, przed którą przyjdzie kiedyś zdać rachunek z własnego życia. Przebijając portret nożem, niczego nie osiągnie, gdyż znieprawiona dusza i tak stanie przed sądem Bożej sprawiedliwości.

Sama tylko świadomość psychologiczna jeszcze „nie czyni człowieka” – obejmuje jedynie część zadanego mu potencjału człowieczeństwa. Jej dopełnieniem jest świadomość moralna, bez której ów potencjał nie jest w stanie w pełni rozwijać się, aktualizować do postaci osobowej oraz manifestować w życiu jednostkowym i wspólnotowym. Pierwsza z nich powiadamia nas tym, co się dzieje w nas i wokół nas, co i jak należy z tym robić, by realizować konkretne cele i osiągać zamierzone efekty, a także „zdaje sprawę” z naszych działań. Natomiast ta druga osądza wartość naszych intencji, myśli i uczynków (Merton). Określa, czy to, co robimy i jak działamy, jest dobre czy złe. Odpowiada arystotelesowskiemu rozumowi czynnemu, rozpoznającemu dobro, a przynależącemu do naszych władz duchowych i daleko wykraczającemu poza to, co współcześnie uznaje się za rozum czy umysł.

Świadomość moralna obejmuje przede wszystkim wartościowanie wszystkiego, co dotyczy ludzkich poczynań – ich wymiar etyczny, ich ocenę i osąd – a także dyspozycje sprawcze i wykonawcze, przekładające się na powinności w bezpośrednich relacjach z innymi i wśród innych. Rozpoznaje intencje oraz uczynki własne i cudze, a wraz z sumieniem pełni rolę ich sędziego. Dzięki zmysłom wewnętrznym postrzega nie tyle materialną (fizyczną) osnowę konkretnych działań, ile ich emocjonalną treść i emocjonalny kontekst po stronie przyczyn i skutków, w jakim zaistniały, lub zaistnieć mogły czy mogą. Wespół z sumieniem wyznacza dyspozycje do tego, co w życiu chwalebne lub naganne we własnych i cudzych odczuciach, zamierzeniach i działaniach. Sprawuje jurysdykcję we wszystkich naszych życiowych poczynaniach, dla których dyrektywą naczelną winno być czynienie dobra wobec siebie i innych (Hutcheson, MacIntyre). W tym rozumieniu jest instancją, rozstrzygającą, czy nasze uczynki są godne czy też występne.

Sumienie ukazuje moralną stronę naszych myśli i zachowań, także intencji, jakie za nimi stoją, ujawnia znak wartościujący im przypisany. Twierdzi się, że tym samym „cnota i występek pojawiają się przed uczuciami przyjemności i cierpienia; to cnota daje przyjemność, a nie przyjemność prowadzi do cnoty” (jw.). Sumienie jest instancją ostrzegającą przed szukaniem przyjemności i unikaniem cierpienia za wszelką cenę. Jako autonomiczna władza kontrolna, pełni funkcję regulacyjną w naszych stosunkach ze światem i innymi i ludźmi. Zgadza się to z powszechną intuicją, iż sumienie na coś zezwala lub czegoś zabrania. Może nakazać odstąpienie od jakiegoś działania, lub wymusić jego podjęcie. Ktoś uzna jedno bądź drugie za niezrozumiałą albo głupią słabość, ktoś inny za oznakę zwykłej przyzwoitości, a niekiedy wręcz szlachetności. Ponieważ wszystko odbywa ze znaczącym udziałem emocji, wychodzi na to, że silnie wpływają one na wszelkie decyzje życiowe – i te ważne i te pomniejsze.

W tym momencie powraca pytanie o konieczność, wyznaczaną przez okoliczności zewnętrzne i rozmaite uwarunkowania psychiczne. Sprostanie konieczności walki o byt jest domeną przede wszystkim świadomości psychologicznej. To ona analizuje wszystkie rozpoznawane przez nią czynniki, składające się na informacje, jakie należy przetworzyć, by w danych warunkach określić strategie działania na rzecz maksymalizacji zamierzonych efektów docelowych. Ustala też, jakie środki – spośród aktualnie dostępnych – należałoby wybrać, by te cele i zadania zrealizować. Kieruje się jedynie rachunkiem kosztów i sporządza bilans prawdopodobnych zysków i strat. Tym samym wyznacza pulę możliwych decyzji, jakie można by ostatecznie podjąć, by działanie mieściło się w dopuszczalnym przedziale skuteczności.

Jednakże w każdym etapie tego łańcucha decyzyjnego uczestniczy także świadomość moralna, ważąca racje innego rodzaju, niż te, wynikające z rachunku logicznego. Osądowi poddaje wszystko – od wyboru celów, intencji, jakie za nim stoją, środków, jakie mogą być użyte, po skutki, jakie mogą zaistnieć w przypadku odniesienia sukcesu lub porażki. W każdej chwili jest władna spowodować, iż zaniechamy działania lub podejmiemy je – wbrew logice i kalkulacjom. Może nakazać rezygnację z czegoś, lub poświęcenie czegoś – z powodów całkowicie nieracjonalnych. Rozum działa przede wszystkim po coś, sumienie – zawsze w imię czegoś. I nie zawsze to coś warte jest ustąpienia z tego czegoś. Utrata jednego może okazać się ogromnym zyskiem drugiego. Jakże często powiada się, że najważniejsze, to nie stracić szacunku do samego siebie, zachować czyste sumienie, postąpić przyzwoicie. I jakże często naprzeciw jednej konieczności staje druga konieczność, co przekłada się na dylemat: logika czy etyka – wybór należy do ciebie.

Każdy taki wybór przynosi określone zyski i straty – tyle, że w innych miarach, innych porządkach egzystencji. Bywają i takie, które mają wymiar tragiczny, heroiczny; tradycja podaje wiele przykładów, które urosły do rangi symboli. Wszystkie one, niezależnie od ich znaczenia, wyrastają z napięcia wewnętrznego, z konfliktu rozumu i serca lub duszy, pragnienia i intencji, z gry sił ciążenia i wzlotu, homeostazy i transcendencji. W podejmowanych wtedy decyzjach najdobitniej ujawnia się gra miedzy podmiotowością a uprzedmiotowieniem, miedzy wolnością a zniewoleniem rozumu i duszy. Niezależnie od efektu końcowego, człowiek ma zawsze poczucie, iż dokonuje wolnego wyboru jako pan samego siebie. I to jest właśnie w tym najciekawsze.

Jak świat światem, we wszystkich kulturach, umiejętność rezygnacji z użytecznego, wymiernego zysku na rzecz racji moralnych, bywało i nadal jest uznawane za oznakę mądrości. Już starożytni Grecy i Egipcjanie doskonale wiedzieli, że jej siedliskiem jest serce. Mądry Salomon prosił Boga o zdolność sądzenia tą właśnie miarą, a nie samymi tylko odważnikami – i za to został nagrodzony ponad wszelkie wyobrażenie. I nie chodzi tu o sentymentalną czułostkowość czy uczuciową pobłażliwość, lecz o umiejętność czytania w świecie i w ludziach tego, co dobre i złe. Oczywiście, zdarzają się pomyłki, lecz per saldo lepiej chyba postąpić błędnie niż podle. Wymierne straty dają się odrobić, lub zastąpić czymś innym, natomiast uczynionego zła – a często i jego skutków – cofnąć się już nie da. Rzecz jasna, ponosi się nieraz wielkie koszty życiowe w sferze materialnej czy społecznej, lecz łatwiej je chyba zrekompensować niż te moralne i duchowe. Nie dla każdego musi to być oczywiste i słuszne. Cóż, to kwestia osobistych poglądów, postawy, wiary – i niezwykle trudnych decyzji.

Świadomość moralna jest zatem swoistym kontrolerem i regulatorem poczynań człowieka w wymiarze etycznym, ośrodkiem jego autoanalizy, źródłem etycznej samooceny i samoakceptacji, W niej rodzi się poczucie obowiązku oraz odpowiedzialności za własne czyny. Tak, jak świadomość psychologiczna decyduje o tym, co użyteczne i skuteczne, tak ta rozsądza o tym, co dobre i sprawiedliwe, a co złe i naganne. Dlatego też generuje działania i emocje, które – w wymiarze wewnętrznym i zewnętrznym – stają się karą za wyrządzane krzywdy, lub nagrodą za godziwość własnych uczynków. Jest sędzią, wydającym wyroki, tyle że nie kodeksowe, lecz moralne. Waży racje, a nie tylko logiczne argumenty. Czy jednak zawsze te wyroki bywają bezstronne? Prawa logiki, jakie obowiązują w kalkulacjach, są jednoznaczne. Jakie zatem prawa rządzą sumieniem?

Myliłby się ten, kto by sądził, że świadomość moralna nie podlega – podobnie jak psychologiczna – wielu rozmaitym zaburzeniom, że nie może zostać na wiele sposobów przekłamana, czy skorumpowana. Skoro można rozum wywieść na manowce, to czyż nie można tego samego uczynić z ludzką duszą? Skoro udaje się rozmaitymi sposobami instalować – samemu lub z czyjąś pomocą – najrozmaitsze filtry poznawcze (czy „obliczeniowe”) na szarych komórkach, czy nawet na zmysłach fizycznych, to czyż nie da się tego samego zrobić z sumieniem? Zagłuszyć jego głos, zaburzyć lub oszukać emocje, empatię i zmysły wewnętrzne, tak, jak przytępić umysł? Lub odwrotnie – bardziej je wyczulić, wyćwiczyć, udoskonalić „oprogramowanie biologicznego procesora? No, i jak robić i jedno, i drugie? Co wtedy? Jakie mogą być tego konsekwencje?

Należy tu podkreślić, że podział na świadomość psychologiczną i moralną jest jedynie pewną umownością. Można go przyrównać – choć nie bez pewnych zastrzeżeń – do arystotelesowskiego podziału na rozum bierny i czynny. W istocie tworzą one jedną całość, podobnie jak całość człowieka tworzą trzy aspekty jego natury – ciało, rozum i dusza. I tak samo, jak nieodgadniona pozostaje tajemnica zespolenia tych ostatnich, tak samo niepojętą pozostaje zagadka owej dwoistości świadomości. Jednak jej istnienia nie sposób zakwestionować, biorąc pod uwagę chociażby jej przejawy.

Można tu posłużyć się prostą analogią. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie kwestionował jakościowej odrębności owych trzech podstawowych „składowych” człowieka. Pospołu konstytuują ludzkie myślenie, odczuwanie i działanie – bynajmniej nie na zasadzie jakiejś synchroniczności czy superpozycji, lecz właśnie owego zadanego przez Boga i naturę zespolenia, niedostępnego bezpośredniemu poznaniu. Wydzielanie ich jako osobnych „modułów” funkcjonalnych to zabieg czysto formalny, służący opisowi, czy szczegółowemu badaniu rozmaitych cech, stanów i funkcji, jakie im się przypisuje – bądź przez obserwacje, bądź przez domniemanie. Niemniej nie należy tu dowolnie posługiwać się analizą typu pars pro toto.  To, że tak się robi w różnych dziedzinach wiedzy i nauki, wynika z błędnych założeń redukcjonizmu – już to antropologicznego, już to metodologicznego. Dlatego tak wiele formułowanych wniosków nosi znamiona przekłamań, wynikających bądź z przyjmowania fałszywych przesłanek, bądź z uznawania za prawdę prawidłowości cząstkowych lub statystycznych.

Świadomość psychologiczna i moralna „działają” razem i jednocześnie. Wszystko, co do nas dociera z zewnątrz, podlega oglądowi – lecz i osądowi. Podobnie ma się sprawa ze wszystkim, co tkwi w nas samych, co nami powoduje, co w nas uruchamia, przeprowadza i kontroluje działanie oraz spożytkowuje jego efekty. Głównym zapleczem obydwu rodzajów świadomości jest wspólna pamięć, zawierająca zapisy nie tylko „informacyjne”, lecz również wartościujące, znakujące emocjonalnie zarówno wiedzę nabytą, jak i doświadczenie . Istnienie zmysłów wewnętrznych potwierdzają dane, zebrane przez psychologów, którzy wykryli nawet empatię u niemowląt, reagujących na cudze cierpienie i ból w ich bezpośrednim otoczeniu. „Reaktywność moralna” jest oczywistością, z która niezbyt dobrze radzą sobie badacze, analizujący ludzkie myślenie i zachowania w paradygmacie funkcjonalizmu. Zwykle skłonni są traktować przejawy jej oddziaływania jako zakłócenia czy artefakty, niemniej nie są w stanie zanegować ich znaczenia, choć w ogóle nie mają pojęcia, skąd się biorą i dlaczego.

Wydaje się, że błędny byłby zarzut, iż przyjęcie takiej dwoistości w sferze świadomości prowadzi wprost do uznania za uprawnione mówienie o osobliwej „schizofrenii egzystencjalnej”. Nie ma czegoś takiego jak nieuchronne rozszczepienie człowieka na to, co psychofizyczne i to, co duchowe. Jest on istotą „zespoloną”, w której spójnie i niesprzecznie ma łączyć się – przynajmniej w założeniu, w Bożym zamyśle – i jedno i drugie. Zatem obydwa porządki jego natury muszą się ze sobą gdzieś „stykać” – zbiegać i wzajemnie interakcyjnie konfigurować w każdej aktywności poznawczej, sprawczej i wykonawczej.

Efekty tego splątania bywają rozmaite, lecz zawsze przybierają formę całościową i niepodzielną. Są więc także i konsekwencją podejmowanych – świadomie, odruchowo, intuicyjnie, instynktownie, iluminacyjnie – decyzji, wyprzedzających każde działanie. W każdym konkretnym przypadku zagadką do rozwikłania pozostaje ustalenie, który z trzech aspektów, sił-żywiołów przeważył w ukierunkowaniu woli na realizowanie określonego, wybranego celu lub zadania – i na dobór stosownych po temu środków. Czy górę bierze kalkulacja, czy racje moralne? Czy pozostają ze sobą w zgodzie, czy w konflikcie? Czy i jedne i drugie są ograniczane lub warunkowane – a jeśli tak, to jak i dlaczego – przez możliwości wykonawcze? Jakie bywają koszty, straty i zyski obydwu rodzajów? Co oznacza pojęcie spójności wewnętrznej człowieka? Co silniej stymuluje wolę? Pytań jest tu co niemiara.

Życie to ciągły ruch, zmienność stanów ciała, umysłu i ducha, naprzemienność efektów, będących w równym stopniu skutkami tego, co je poprzedzało, jak i przyczynami tego, co po nich może nastąpić. Nic jednak nie dzieje się losowo, przypadkowo, lecz dokonuje zgodnie z jakimiś zasadami to porządkującymi, których naturę staramy się rozpoznać i zrozumieć. Rzecz w tym, że udaje się nam to tylko w ograniczonym zakresie – nawet wówczas, gdy przekonani jesteśmy, iż w pełni panujemy nad własnym życiem.

I właśnie to przekonanie jest źródłem wszystkich podejmowanych decyzji, dokonywanych wyborów – w sprawach wielki, małych, a nawet tych mikroskopijnych. Jeśli więc wędrowiec po świecie ludzkiego żywota miałby szukać jakiejś metody badania wnętrza owego zamku, w jakim ono się toczy, to może powinien zdecydować się na ogląd i analizę tego, co w losie człowieka wydaje się być bodaj czy nie najistotniejsze: mechanikę ludzkiej decyzyjności. W niej bowiem ogniskują się wszystkie jego siły napędowe, wszystkie aspekty jego natury, jego świadomość psychologiczna i moralna, jego pamięć wiedzy i doświadczeń każdego rodzaju, wreszcie jego wola.

Oklepane powiedzenie głosi, iż „każdy jest kowalem swego losu”. Daje się ono odczytywać na wiele sposobów. Wykuć można sobie kajdany, lub kraty, które spętają i odgrodzą od świata; można wykuć pancerz, osłaniający przed ciosami, ale również i przed bliskością ze światem. Można wykuć tarczę i miecz – do walki ze światem; można sporządzić sobie mały nożyk do rozcinania stron w księgach, zawierających nagromadzoną wiedzę i mądrość pokoleń; można wycyzelować wiele ozdobności, które życie upiększą, lecz, gromadzone lub noszone w nadmiarze, potrafią świat przesłonić, lub przygiąć człowieka do ziemi; można wykuć ramę, na której muzyk napnie struny, zamieniając ją we wspaniały instrument; na koniec wreszcie można wykuć wrota świątyni, albo sporządzić prosty kostur pielgrzyma.

Dopełnieniem tych pozornych banałów jest stwierdzenie, iż każdy sam sobie gotuje własny los – w każdej chwili coś wybiera, decyduje się na coś, lub decyduje o czymś. Zatem trasa, jaką przemierza zamek, jest – w każdym jej fragmencie, w każdym momencie życia – jego własnym wyborem. W każdej sali i każdym korytarzu czy pasażu, w każdym zakątku tego labiryntu, może otwierać rozmaite drzwi, zbierać po drodze rozmaite fanty, które będą już to pomocą, już ozdobą, już nadmiernym obciążeniem. W każdej chwili, i w każdym punkcie wędrówki, może zatrzymać się tak długo, jak zechce – jeśli tylko uzna, że go to bawi, że znalazł właśnie jakiś skarb lub coś na tyle cennego, że warto na tym już poprzestać i zaniechać dalszego wysiłku. Wielkość i rozkład owych trzech poruszających nas sił, a udział każdej z nich w podjęciu danej decyzji, bywa nieprzewidywalny – ilość kombinacji jest tu ogromna, wręcz nieskończona. Zawsze jednak powstanie jakaś wypadkowa, która zarówno wytycza kierunek dalszej wędrówki, jak i nadaje impet, z jakim w nią ruszamy.

Rozdział 2

Normalnie czyli po ludzku

Wszystko, o czym była dotąd mowa, brzmiało nadto może serio, uczenie i kategorycznie. A przecież wędrówka powinna być przede wszystkim przygodą, pełną niespodzianek, zaskoczeń, przyjemności z odkrywania rzeczy nowych, grą nieustannej ciekawości, zabawy, refleksji, porównań, niekiedy smutku, zwątpienia, zniechęcenia. Kto puszcza się w podróż – zwłaszcza fantazyjną – nie powinien ograniczać się do beznamiętnego analizowania krok po kroku tego, co napotyka na swej drodze, lecz raczej zdać się na przeżywanie kolejnych zdumień, obaw, nieoczekiwanych zwrotów akcji. Zazwyczaj najpierw jest wrażenie, odczucie – dopiero potem ogarnianie umysłem tego, z czym przyszło się zetknąć. Ta naprzemienność form poznawania świata bywa tym ciekawsza i owocna, im więcej pojawia się niezwykłości, przybywa wiedzy i doświadczenia.

Opis takiej podróży nie powinien być więc tylko rejestrem suchych faktów, odnotowywanych beznamiętnie w kajecie badacza. Można, oczywiście, niczym Darwin na Wyspach Galapagos, skupiać się wyłącznie na skrzętnym odnotowywaniu okazów fauny i flory, po czym – przestudiowawszy już wszystkie żółwie – wywieść wiekopomną, acz kontrowersyjną  „ogólną teorię wszystkiego”. Swego czasu miało to swój sens, swoje  zalety. Ciekawe jednak, czy ów nudnawy nieco badacz jedynie studiował niezwykłe bogactwo przyrody, czy również zwyczajnie, po ludzku je podziwiał? Czy zaświtała mu w głowie myśl, że ma oto do czynienia także z pięknem? Czy zastanawiał się, jak też ono ma się do jego hipotezy? Czy pomijał je jako ledwie uboczną „wartość dodaną” ewolucji, czy może jednak dostrzegał w naturze coś więcej, niż same tylko kości, szkielety, tkanki i komórki? Zakamieniały materialista od wczesnej młodości, był niewątpliwie bardzo racjonalny. Chwała mu za sprawność umysłu, niemniej czy aby cała wiedza, jaka był zebrał,  a ograniczona wyłącznie do konkluzji rozumu, nie była niepełna, poznawczo jakoś zubożona?

Uczoność to rzecz niezwykle cenna i nie raz przyjdzie jeszcze się do niej odwoływać. Nie ona jest jednak najważniejsza. Ludzkie życie nie we wszystkim jest logiczne. Świat to nie wielka kosmiczna machina, a człowiek – nie trybik, który musi kręcić się tylko tak, jak to wynika z praw jej mechaniki. Jest ów świat również „Krainą Czarów, zamieszkałą przez obłąkanych matematyków” (Chesterton), w której zawiera się też pierwiastek poetyczności i uczuciowości. O dziwo, jest jeszcze coś, co wykracza poza rozum i uczucie – alegoryczny, alogiczny nonsens, który „bardzo nieoczekiwanie przychodzi z pomocą duchowemu poglądowi na świat. Nic nie może być <cudowne>, o ile jest zarazem pełne rozsądku. To jest właśnie ten aspekt rzeczywistości, który najpełniej prowadzi do duchowego podziwu dla otaczającego nas świata. Podziwu, wywołanego tym, że to, co nas otacza, jest tak zupełnie niezależne od naszych pojęć rozumowanych i utartych definicji – to właśnie uczucie jest podstawą zarówno uduchowienia, jak i nonsensu” (j.w.).

Duchowość, rozumiana potocznie, kojarzy się  – nieco mętnie, acz górnolotnie – już to z ckliwą uczuciowością, już to z głęboką wiarą, lub powierzchowną religijnością, wreszcie z twórczym natchnieniem, fantazją, wizjonerstwem. Jej wymiar etyczny pojmowany bywa w sposób uproszczony, zwykle na modłę rygorystyczną  – głównie pod postacią nakazów, zakazów, czy dyspozycji normatywnych, tworzących pospołu coś na podobieństwo zbioru instrukcji czynienia dobra. To jednak przekonanie szalenie zwodnicze. Etyka  na swój sposób  logicznie wywodzi, co dobre, a co złe, niemniej nie na samej logice stoi. Jest – a przynajmniej powinna być – imperatywem szczególnego rodzaju interaktywności ze światem.

W swej istocie odwołuje się do „czytania i rozumienia świata” za pośrednictwem zmysłów wewnętrznych, w tym i emocji. Niejednokrotnie wręcz nakazuje, by wyłamywać się w życiu z reguł, narzucanych przez racjonalny umysł. Zalecając działanie godziwe, odwołuje się bowiem do pojmowania tej godziwości również poprzez uczucia, empatię i sumienie. Owo  duchowe „widzenie” wymyka się definicjom, teoriom, modelom, czy rachunkom – tak jak wymykają się im zrodzone z niego wrażenia, przeżycia, niezwykłe skojarzenia, paradoksy, uniesienia, lęki, nadzieje, pozorne głupstwa, niekonsekwencje, zachwyty, obrzydzenie. Nie ogarnie tego żadna uczoność – zresztą, czy rzeczywiście da się tu zbyt wiele mądrze wyjaśnić? Zresztą, czy ma to w ogóle sens, czy jest możliwe – i w jakim zakresie?

Bezradność suchego, naukowego racjonalizmu wobec nieogarnionego bogactwa życia oraz sposobów jego „uprawiania” jest wręcz rozkosznie fascynująca. Dla przykładu – wystarczy zaproponować uczonym specjalistom, chociażby od ekonomii, psychologii czy socjologii, by na swoich mocarnych komputerach spróbowali sporządzić jakkolwiek wiarygodny model pierwszego lepszego bazaru na wielokulturowym Bliskim lub Dalekim Wschodzie. Kto z nich odważy się – bez narażenia na śmieszność – formalizować gry namiętności, chciwości, chytrości, ambicji, próżności, szczególny kunszt zwariowanych  przepychanek osobowości graczy. Targowanie się jest sztuką samą w sobie, teatrem, w którym trzeba umieć zagrać każdą rolę – wykrzesać z siebie artystę, wykreować sytuację, rozegrać emocje.

Kto nie przeżył tego na własnej skórze, nie wcielił się choć raz w przekupkę, w podstępnego lub namolnego handlarza, marudzącego klienta, ten nie ma pojęcia czym jest handel i „wymiana towarowa”. Nawet przy kupnie byle tandetnej szmatki można dowiedzieć się więcej o świecie – no, i o samym sobie – niż z akademickich podręczników nauk wszelakich. A co dopiero, gdy idąc na bazar z zamiarem nabycia czegoś użytkowego, wychodzi się z niego z pstrokatą papugą na ramieniu. Głupota? – ale jakże wspaniała! Kaprys chwili – ale jaki miły! Nonsens? – ale jakże uroczo „sensowny inaczej”!

Z kolei mowa, to wspaniałe narzędzie formułowania myśli i porozumiewania się  –  lecz podziw, zachwyt, strach miłość nijak nie dają się od początku do końca wcisnąć w słowa. Przeżycie, jako stan duszy, jest ze swej natury niekomunikowalne wprost werbalnie – okazać je czy przekazać można przez  zachowanie, modulację głosu i tok narracji, dźwięki, grę barw i symboli obrazu. Można nim kogoś „zarazić”, lecz nie da się go dokładnie opowiedzieć.

Przywykło się perorować o rozumie i etyce z wielkim zadęciem, górnolotnie, przywodząc mnóstwo wyrafinowanych argumentów. Gdy w dyskusjach zaczynamy odwoływać się do duchowości, powietrze aż gęstnieje od intelektualnego wykwintu naszych umysłów. A przecież jeden prosty gest bezinteresownej życzliwości wobec bliźniego więcej nam powie, niż długie wywody o tym, czym może być dobro, czynione w odruchu serca. Podobnie mimowolny grymas, gest niechęci, zniecierpliwienia, gniewu, więcej niesie informacji o człowieku czy sytuacji, niż wypowiadane przy okazji słowa. Wystarczy przyjrzeć się troskliwości matki, czy czułości lub zazdrości  kochanków.

 Nie jest przypadkiem, że tak wiele uwagi poświęca się tzw. mowie ciała, której odczytywanie jest jakże wielką umiejętnością. Swego czasu Leonardo da Vinci, który poświęcił jej lata studiów, napisał nawet był osobny o niej traktacik, analizując technikę  obrazowania ludzkich uczuć na malarskim płótnie. Oczywiście, można ją ćwiczyć do  upadłego, lecz bez szczególnej wrażliwości, owej umiejętności „czytania drugiego człowieka”, ta lektura i wprawki na nic się nie przydadzą.

Nawiasem mówiąc, sprytni pseudonaukowi szamani czynią z tej „mowy” wiedzę tajemną, próbując wmawiać naiwnym, że istnieją tu jakieś wzorce, czy kanony, dające się ubrać w teoretyczne uzasadnienia. Na tę „naukowość” dają się nabierać głównie ci, którzy, z rozmaitych powodów, cierpią na atrofię zmysłów wewnętrznych, na ubóstwo, lub wręcz prymitywizm uczuciowy, na obumarcie empatii. Potrzebują więc prostych instrukcji obsługi kontaktów z otoczeniem. Interesuje to także tych, którzy szukają sposobów na manipulowanie innymi. Niestety, i jedni, i drudzy, zdając się wyłącznie na umysłową ekwilibrystykę  – w czym potrafią być niekiedy znakomici – są na swój sposób ślepi i głusi, a to z racji osobliwego, duchowego daltonizmu. Głupcom łatwo coś wmówić – równie w dobrej, jak i złej wierze. Ludzie mądrzy swoją wrażliwością i doświadczeniem i tak wiedzą swoje. Lecz to już zupełnie inna sprawa…

Na koniec wreszcie wątek, zdawać by się mogło, poboczny, lecz równie ważny, jak ogląd oraz osąd świata i ludzi. To uwrażliwienie na piękno i szpetotę w ich nieskończonych rodzajach i przejawach. Żaden rozum nie jest w stanie samodzielnie ich ogarniać – ani analitycznie, ani syntetycznie, ani w ogóle jakkolwiek spekulatywnie. By je ocenić i docenić, trzeba je najpierw przeżyć, doznać – inaczej pozostaną dla odbiorcy martwe. Ale także i tu trafiają się kuriozalne próby unaukowiania wrażeniowości estetycznej. Swego czasu pewien  uczony filut wyprodukował piramidalny humbug, próbując zamknąć estetykę w ramach modnej podówczas teorii informacji. Przeliczając wszystko na papierze doszedł był do wniosku, że im coś mniej prawdopodobne, tym piękniejsze. Wynikałoby z tego, że pięknem idealnym byłoby coś, co jest absolutnie niemożliwe. Cóż, szkoda człowieka;  przypomina bowiem jakże wielu, którzy „powiadając się mądrymi, głupimi się stali (Rz.1,22).

Tu dochodzimy do konstatacji, która w istocie wywodzi się od Arystotelesa, że istnieje szczególne splątanie etyki z estetyką. Dobro ma bowiem walor piękna, nie tylko moralnego, zaś zło – szpetoty. I jedno, i drugie, jednako postrzegane jest zrazu emocjami – a pośredniczą w tym zmysły, zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne. Grecki mędrzec rozwinął tę idee w wielką  teorię harmonii wewnętrznej człowieka, życia godziwego i kontemplacji duchowej. Ubóstwo wrażliwości emocjonalnej to swego rodzaju kalectwo – zarówno w odbiorze i ocenie tego to dobre lub złe, a także tego, co piękne i paskudne. Jeśli etyka zasadza się na swoistym „moralnym czytaniu i czynieniu świata”, to estetyka nadaje temu „przeczytanemu i uczynionemu światu” barw oraz niezliczonych znaczeń, rozpiętych między zachwytem, a odrazą.

W bardziej ogólnym sensie idzie o rozpoznawanie harmonii, ładu i porządku rzeczy w czasie i przestrzeni – tak w sferze moralnej, jak i estetycznej. To rzecz o wiele poważniejsza, niż układna kindersztuba, śliczne landszafty czy skoczna muzyka. Harmonię tworzy szczególna konfiguracja elementów, składających się na pewną zamkniętą całość – ich  zestawienie w odpowiednich  proporcjach, przenikanie się i powiązanie. Każda ze składowych z osobna nie musi budzić podziwu czy niechęci, dopiero ich połączenie daje specyficzny efekt, tak wrażeniowy, jak i poznawczy. W estetyce będzie to piękno kształtów – ich formy,  rozmieszczenia w przestrzeni, tła i kontekstu; barw dźwięków i ich zestawień, linii  melodycznej, także rytmów; kolorystyki obrazów, perspektywy i światłocieni; wreszcie gry słów i ich znaczeń.

Skupiając uwagę na czymś, lub na kimś, mimowolnie zwracamy uwagę, czy „wszystko się zgadza”, czy nie ma w tym czegoś „nie na swoim miejscu”, czy wszystko „do siebie pasuje”. Szybko wyłapujemy dysonanse, w oglądzie i odczuciu wyczuwamy spójność albo niespójność tego, co odbieramy zmysłami każdego rodzaju. Niekiedy nie potrafimy dokładnie określić, co jest „nie tak”. Rzeczy są nie tam, gdzie powinny, czegoś brakuje, lub coś jest „z innej bajki”, u ludzi zaś zachowanie nie pasuje do słów, słowa do wyglądu, reakcje dziwnie nie przystają do sytuacji.

Trudno to precyzować, niemniej wrażenie podpowiada, że obraz ma w sobie jakieś fałszywe nutki, sztuczny koloryt, miejsca zagadkowo puste, lub wypełnione beztreściowym śmieciem. Budzi się niepewność, niekiedy wręcz nieufność. Gdzieś tkwi oszustwo. Wychwycenie go jest możliwe, lecz dopiero wtedy, gdy przy uważnym – i już rozważnym – oglądzie rozpoznamy zachwianie równowagi całości i zlokalizujemy tego źródło i przyczynę. Wtedy da się sprawie przyjrzeć dokładniej, już spokojnie i z rozmysłem.

Piękno moralne, czy estetyczne (tak, jak ich przeciwieństwa) najpierw rejestrują i wychwytują różnorakie „czujniki” emocjonalne i wrażeniowe; dopiero potem zostaje ono poddane pod rozwagę rozumu. Niemniej warto pamiętać, że w zdawaniu się na wrażenia i odczucia niezbędna jest duża ostrożność. Poprzestawanie wyłącznie na emocjach, mglistych nastrojach, wzbudzanych przez to, co dostarczają zmysły wewnętrzne, bez refleksji umysłu bywa wielce zwodnicze, nawet niebezpieczne. Zwłaszcza wtedy, gdy przychodzi dokonać ważnego wyboru, podjąć decyzję, opatrzyć coś znakiem w pamięci. Nie przypadkiem napotkany w niebie święty Tomasz ostrzega poetę: „nie bądź w swych sądach zbyt rączy człowiecze/bo gorzej głupca będzie poniżony/kto zbyt dorywczo rozstrzyga i sądzi/taki się zmiesza zwykle i pobłądzi”. I dalej kwituje rzecz całą, mówiąc, że „gdy uczucie już rozumem rządzi/nazbyt pochopnie bieży ku fałszowi”.

Nie jest zatem dobrze, gdy w poznaniu i decyzyjności dochodzi do zachwiania proporcji na rzecz szeroko pojmowanej emocjonalności. Niedocenianie, czy wręcz lekceważenie racjonalności także prowadzi do deformacji oglądu rzeczywistości, do błędnego wnioskowania, wręcz do fałszowania obrazu świata oraz samego siebie. Przesada w każdą stronę łatwo przeradza się w karykaturę, a w skrajnych przypadkach – wręcz w fanatyzm. Co ciekawe – w obydwu przypadkach dyspozycje moralne nabierają cech ideologicznych. Tracą walor wartości samych w sobie. Pojmowanie oraz czynienie dobra lub zła uwikłane zostaje wtedy bądź w spekulatywność umysłu i utylitaryzm, bądź w grę uczuć, bezrefleksyjną wyrozumiałość, dobrotliwą pobłażliwość i sentymentalną czułostkowość. Naruszanie  harmonii poznawczej zaburza – miedzy innymi – decyzyjność i nieodmiennie rodzi napięcia wewnętrzne oraz konflikty ze światem. Wielu ludzi czyni to z zadziwiającym upodobaniem i uporem, popadając w wieczną prostrację, której przyczyn nie pojmują.

Pamiętajmy zatem – mądrość, a uczoność, to dwie różne sprawy. Ktoś inteligentny,  wcale nie musi być mądry, podobnie jak nie musi być nim ktoś najlepiej nawet wyedukowany  czy nasączony wiedzą. Poznanie to nie tylko zrozumienie – to również przeżycie. Z kolei samo tylko przeżycie, bez ogarnięcie go zrozumieniem, jest ledwie ulotnością chwilowego doznania, wyzutego z treści. Ta poznawcza dwoistość bywa szalenie uciążliwa, niekiedy nawet niebezpieczna. Ludzie o uczuciowości silnie rozwiniętej, lecz kiepsko moderowanej – jeśli nawet nie wyrafinowanym umysłem, to przynajmniej zdrowym rozsądkiem – popadają w skrajności, nieustannie doświadczają wątpliwości i dysonansów wewnętrznych. Zakamieniali racjonaliści mają się nieco lepiej, gdyż swą umysłową  ekwilibrystyką potrafią uzasadniać dosłownie wszystko – nawet największy idiotyzm, czy najpotworniejsze zło. To nie tylko zawodne, lecz bywa, że i zgubne.

Wszelako i jednych, i drugich, łączy dokładnie to samo – poczucie wewnętrznego dyskomfortu. Tyle tylko, że ci pierwsi przeżywają go przed podjęciem decyzji, drudzy natomiast – dopiero po jej wcieleniu w życie. Pierwsi mają wrażenie, że zawsze mogli wybrać inaczej, lepiej, skuteczniej, rozsądniej, drudzy – poniewczasie konstatują, że choć uzyskali zamierzony efekt, to jednak czegoś w nim brak, coś im umknęło; że można było inaczej, bardziej „po ludzku”. Mówiąc językiem technicznym, dysharmonia „na wejściu”, rodzi dysharmonię „na wyjściu”. Jak jednak osiągać pożądany stan zrównoważenia przyczyny i skutku?

Nie ma na to dobrej odpowiedzi. Pozostaje tylko zastanawiać się, który z obydwu wariantów lepiej się sprawdza – tak we własnym sumieniu, jak i w praktyce codziennego życia. To już kwestia indywidualnego wyboru, a także predyspozycji osobowych. Można też rozważać rzecz całą w kategoriach bilansu zysków i strat – użytkowych, psychicznych lub wręcz duchowych. Jednakże każdy musi to porachować i rozstrzygnąć sam – we własnym umyśle, w głębi własnej duszy.

Choć trudno sprawę jednoznacznie przesądzać, to jednak wiele wskazuje na to, że  negatywne konsekwencje dualizmu poznawczego i decyzyjnego bardziej dotykają tych, którzy zdają się wyłącznie na swój rozum i lekceważą lub wręcz tłumią w sobie to, co płynie z ich własnych emocji. Ta dwoistość szczególnie bywa niepojęta dla ludzi uczonych, którzy „znają słowo i nazwę, lecz nie rzecz samą”. „Czegoż wy wszyscy poznaniem nie zwiecie!/Któż ma właściwym mianem rzecz tę ochrzcić?” To pytanie dręczy każdego, kto tylko w formułkach, słowach i spekulacjach, szuka odpowiedzi na podstawowe pytania o kondycję ludzką.

Cóż, ograniczoność poznania – i wszystkich tego następstw – ma swe przyczyny   zarówno w niedowładzie wrażliwości duszy i irracjonalnym lęku przed zawierzeniem odczuciom, jak i w pyszałkowatości rozumu, pogardzającego emocjami. Skłonność do emocjonalności bywa często uznawana za oznakę bezrozumności. Ale czyż nie jest nią również tylko suchy racjonalizm? Może lepiej się prezentuje w formach, w jakie bywa ubierany, w figurach logicznych i sylogizmach, wywodach i rachunkach. Czy aby jednak beznamiętny racjonalista nie przypomina archiwisty-muzealnika, który jedynie porządkuje zbiory dzieł, lecz ich natury i piękna nie pojmuje? Akademickie dysputy gabinetowych mądrali często upodobniają się do sporów o to, który ze sporządzanych przez nich katalogów jest lepszy – alfabetyczny, czy rzeczowy.

Zatem tak źle, i tak niedobrze. Mądrość przez rozum, czy poprzez uczucie? W umyśle, czy w sercu? Starożytne kultury – od Babilonu, Egiptu, poprzez Greków i króla Salomona – nie miały w tej sprawie cienia wątpliwości. Współcześnie pytanie to znalazło swój wyraz w osławionym dylemacie Fausta, archetypowo uniwersalnego uczonego, który „przestudiował wszystkie fakultety” i „jako ten głupiec u mądrości wrót stoi”. Przekonany, że per saldo „wiedzieć nic nam nie jest dano”, lamentuje, że „radość wszelką mu wydarto”. Zamknięty w pracowni, „gdzie zakopconych pergaminów zwały/ bezużytecznych szkieł i retort skład/zapchany mnóstwem instrumentów”, czuje jednak, że „ból jakiś siłą niepojętą/hamuje wszelki życia poryw”.

Gdy na koniec postanawia wyrwać się poza mury, jakimi jego umysł, z całą  nagromadzoną w nim wiedza, oddzielił go od natury i Boga, nie wie w którą stronę się obrócić. Bezradny, lewituje w pustce, bez kompasu i światła. Ma ledwie mgliste przeczucie istnienia innej rzeczywistości, zrodzone z potrzeby otwarcia się na życie. W odruchu buntu wybiera jednak wyjście najgorsze z możliwych – rzuca wyzwanie Stwórcy. Złorzeczy mu, po czym, postanawiając iść „na skróty”, sięga po „fiolkę jedyną”, której zawartość umożliwia mu  przyzwanie odwiecznego, oszukańczego ducha, mamiącego nadzieją poznania wszechrzeczy. W efekcie poddaje się trzeciemu kuszeniu na pustyni – postanawia szukać odpowiedzi w blasku i uciechach świata, oddając duszę w pacht diabłu.

Zdając się nie tyle na przeżywanie życia, ile na jego używanie, czyni wiele zła – sobie i  innym. Pycha prowadzi go od pogardy, do nudy, na koniec do rozpaczy, Przywołana na pomoc antyczna mistyka, okazuje się pusta i jałowa. Wyzwolenie przychodzi w niespodziewanym momencie olśnienia  – zrozumienia i przeżycia wartości zwykłego życia. Uświadamia sobie, że „życia w wolności wart tylko ten, kto sobie/wywalczać musi je na każdy dzień”. Mefisto przegrywa, „gdy mędrzec doświadczony dał/dziecinnym głupstwom wchłonąć się do szczętu”. Tak oto niemiecki poeta na swój sposób, wyłożył był – może bezwiednie – sens ewangelicznego napomnienia: „jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebios (Mt. 18,3).

Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, iż idzie tu jedynie o potocznie rozumianą dziecięcą naiwność, czy wręcz niewinność.  Dzieci to nie żadne niewiniątka, ani czyste, szlachetne aniołki. Sens zarówno słów Chrystusa, jak i irytacji Mefista zawiera się w przesłaniu pewnego mądrego nauczyciela z Correggio (Loris Malaguzzi), zawartym w  poetyckiej apoteozie „dziecka stu języków”. Istoty, obdarzonej zdolnością naturalnego łączenia w sobie pracy i zabawy, realności i fantazji, nauki i wyobraźni, Nieba i Ziemi, rozsądku i marzenia, jawy i snu. Jednym słowem, kogoś otwartego na różne rzeczywistości i umiejącego w nich poruszać się jak w jednym i tym samym świecie  o wielu aspektach i porządkach.

Tresura do dorosłości – behawioralna, mentalna, emocjonalna i każda inna – to nic innego jak pozbawienie dziecka  umiejętności posługiwania się tymi językami. „Okradzione z dziewięćdziesięciu dziewięciu z nich”, ograniczone tylko do jednego, który mu łaskawie pozostawiono, przymuszone zostaje do tego, by – już jako dorosły – „rozumiał bez radości, miłości i zachwytu”. Traci więc umiejętność spostrzegania wieloaspektowego bogactwa rzeczywistości, pokawałkowanej teraz na szereg rozdzielonych części tak, iż „nie należą już do siebie”. Życie zamienia się w jednowymiarowe bytowanie, w którym nie ma miejsca, czasu, nieraz nawet ochoty i siły, by przywoływać utraconą zdolność. Na szczęście istnieją sposoby na kurację ozdrowieńczą aczkolwiek bywa ona zazwyczaj szalenie bolesna i kosztowna – zarówno mentalnie, psychicznie jak i społecznie.

Na marginesie warto poczynić pewną dygresję w formie ostrzeżenia. Otóż dzisiaj księgarnie zapełnione są stosami poradników z gatunku „jak żyć”. Tyle tylko, że kto próbuje kierować się wyłącznie zawartymi w nich instrukcjami, kiepsko w sumie na tym wychodzi. Tego rodzaju „doradztwo” ma bowiem jeden, zasadniczym mankament – mami osiąganiem zarówno zysków (jakkolwiek rozumianych), jak i komfortu, lecz bez ponoszenia kosztów własnych i cudzych. Pomija intencjonalność działania w rozumieniu powinności moralnych, koncentrując się jedynie na zaspokajaniu indywidualnych potrzeb i zachcianek. I, oczywiście, obiecuje złote góry: jeśli będziesz, punkt po punkcie, odrabiał zadane ćwiczenia, wówczas efekt masz murowany. Będzie ci lepiej, rozwiążesz sobie każdy problem, staniesz się wspaniałym człowiekiem sukcesu, zdobywcą, kochankiem, milionerem, no i wreszcie znajdziesz szczęście i ukojenie.

Powiedzmy sobie szczerze – te banialuki to oszustwo, niejako z założenia. Ich wiarygodność jest praktycznie zerowa, podobnie jak skuteczność. Reklamowe mamidła tego,  co najlepsze, najzdrowsze i najwspanialsze, zapowiadają pozytywne efekty – ale tylko w iluś tam procentach. Tymczasem dziwnym trafem ci, którzy im ulegli, poniewczasie stwierdzają, że najwyraźniej nie zmieścili się w „puli gwarantowanej” tylko znaleźli po stronie owej reszty. Tego rodzaju „opowieści mórz południowych”, grające na ludzkich emocjach, nadziejach, nierealnych oczekiwaniach, czy wreszcie lękach, cieszą się powodzeniem tylko dlatego, że w istocie fałszywie obiecują człowiekowi pomoc w pozbyciu się pełnej odpowiedzialności  za własne życie.

Ale tak jak nie ma darmowych obiadów, tak też nie ma darmowego komfortu życiowego, bez ponoszenia konsekwencji za to, co się robi. Mało kto zdaje sobie sprawę, że takie manipulacje kastrują ludzi z duchowości, z wolnej woli, z sumienia. Odpowiedzialne, a wiec i trudne samostanowienie w twórczej interakcji ze światem, moderowane moralnością, zastępują mirażem tzw. samorealizacji. W gruncie rzeczy służą tresowaniu ludzi w zaspokajaniu egoizmu osobniczego, bez liczenia się z wymogami etyki innej, niż ta doraźnie stanowiona na użytek chwili czy okoliczności. Ale za to płaci się niechybnie utratą szansy na wygranie „dobrego losu” na wieczną przyszłość. Nietrudno przewidzieć, do którego wyjścia z zamku wtedy się trafi – a w każdym razie, do którego na pewno się nie trafi.

„Gdy nadejdzie dzień sądu, to nie będziemy pytani o to, co czytaliśmy, lecz o to, co robiliśmy, nie o to, jak pięknie mówiliśmy, lecz jak żyliśmy”. Faust wygrał swoje miejsce w wieczności dopiero wtedy, gdy cała jego poukładana uczoność, zaprawiona rozczarowaniem, zrodzonym z przesytu w zaspokajaniu „samorealizacyjnych” zachcianek, wzięła w łeb w obliczu doświadczenia radości życia i spełniania powinności wobec innych. Zapomniał o cyrografie, o konsekwencjach paktu z diabłem. Rozum ustąpił miejsca olśnieniu i uczuciu, a wyznanie, jakie uczynił, zaświadczyło o dokonanym ostatecznym wyborze życiowym. I, niczym dziecko, zapragnął, by ta chwila szczęśliwa, choć okupiona ciężkim trudem, trwała wiecznie. Nie rozważa już, nie kalkuluje, nie spekuluje, nie waży racji, ba, nie zagląda do żadnych poradników z instrukcjami, gwarantującymi sukces; bo takich po prostu nie ma. Refleksja przychodzi później, i utwierdza go we wspaniałości tego, co przeżył i poznał, czego  doznał i na co się zdecydował. Wybór i decyzja – co jest pierwsze, a co drugie? Gdzie rozumny dorosły – a gdzie dziecko?

W ślad za tymi pytaniami rodzi się pytanie następne, bardziej ogólnej natury: jak dotrzeć do istoty tego, iż dziecinne głupstwa, bynajmniej nie naiwne i niewinne, tak wiele mogą znaczyć przy podejmowaniu decyzji czy dokonywaniu wyborów? Zwykło się wszak uważać, że decyzyjność to przede wszystkim domena świadomości – zarówno tej psychologicznej, jak i tej moralnej. Jak więc połączyć to, co rzekomo naiwne z tym, co w pełni świadome? Otóż to – cały szkopuł tkwi w zdawkowym określeniu „w pełni”. Czym miałaby być owa pełnia świadomości? Czy my sami – już jako ludzie dorośli czy choćby dopiero dorastający – zawsze jesteśmy w pełni świadomi tego, co wybieramy i jakimi decyzjami napędzamy własne życie? Czy jest coś jeszcze – poza naszą świadomością? Poza jej zasięgiem – a może w ogóle poza nią samą?

Rozdział 3

Decyzje i wybory – czyli u źródeł mechaniki życia

3.1. Odruchy ciała, umysłu i duszy – instynkt, nawyki, sumienie  

Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, człowiek nie tak znów często bywa homo omnis sapiens. Na co dzień nie oddaje się z lubością i bez przerwy głębokiej refleksji. Tylko z rzadka „uruchamia” wyrafinowaną analityczność lub kombinatorykę rozumu. Również wbrew temu, co się zwykle uważa, decyzja czy wybór nie zawsze – a nawet nie tak często, jak sądzimy – jest aktem świadomym, poprzedzonym głębokim namysłem. Niemniej każde działanie zawsze jest następstwem jakiegoś wewnętrznego aktu sprawczego, który je napędza, ukierunkowując aparat wykonawczy (w jego części, rzadziej w całości) i wolę na określony cel.

Mechanizm decyzyjności, wprost niewyobrażalnie złożony, działa więc nieustannie – niezależnie od tego, czy idzie o rzecz znaczącą, czy zgoła błahostkę. Zapyta ktoś: czy kaprys, który podczas spaceru po mieście popycha kogoś do kupienia sobie ciastka w mijanej właśnie cukierni, to decyzja, czy może tylko zwykły odruch łakomstwa? Jeśli jest jedynie tym drugim – co wydaje się oczywiste – to jaki sens ma doszukiwanie się w nim nazbyt  wielkiego znaczenia? Po co od razu uruchamiać wielki aparat pojęciowy do wyjaśnienia takich drobiazgów? Jednym słowem – po co strzelać z armaty do wróbla?

Pytanie wydaje się zasadne, aczkolwiek zawiera w sobie błąd zawierzenia nawykowi subiektywnego myślenia. Zwyczajowo uważa się, że takie terminy jak „decyzja”, nawet „wybór”, zawarowane są do określania czegoś, co w naszym mniemaniu jest szalenie ważne, zasadnicze, albo ma przynajmniej lepiej lub gorzej rozpoznawalne znaczenie i sens. Niemniej  zdarza się, że nawet zakup jakiegoś drobiazgu poprzedzany bywa nieraz długim namysłem, zwłaszcza jeśli przywiązujemy do niego – z nam tylko wiadomych powodów – dużą wagę. W wielu jednak sytuacjach zachowujemy się odruchowo, nie zdając sobie sprawy, że tak właśnie czynimy. A przecież i wtedy coś wybieramy, na coś się decydujemy – z poczuciem oczywistości tego, co właśnie zrobiliśmy.

Lecz to, co dla jednego jest oczywiste, dla kogoś innego takie być nie musi. Jeden będzie długo kaprysił, lub rozmyślał nad wyborem czegoś, podczas gdy ktoś drugi, przy wyborze tego samego nie zawaha się ani chwili. To, co dla kogoś jest ledwie odruchem, dla kogoś innego jest już rozważną decyzją. Ten pierwszy zrobi to w zasadzie nieświadomie, ten drugi – z pełnym zaangażowaniem świadomości. Co ciekawe, podobne rozróżnienie dotyczy  zarówno rzeczy i spraw „wielkich”, jak i „małych”.

Gdzie zatem przebiega granica miedzy tym, co jest odruchowością, a tym, co jest świadomą decyzyjnością? Przecież u różnych ludzi bywa z tym różnie – subiektywne poczucie tego, co ważne, a co nieważne, jest nie tylko nieoznaczone lecz także i nieprzewidywalne. Co więcej, zmienia się w czasie. Działania, które niegdyś były efektem świadomego namysłu, później mogą stać się nieświadomym odruchem – i odwrotnie. Wbrew pozorom, to stwierdzenie nie jest tylko zwykłym banałem.

Nawyk myślowy to sztywny schemat odczytywania i oceniania rzeczywistości, rozwiązywania problemów, wnioskowania. Ma wszelkie cechy automatyzmu, subiektywnie  zaś uznawany jest za oczywistość. A z oczywistością się nie dyskutuje. Akceptuje się ją z całym dobrodziejstwem inwentarza, a więc i z tym, co tworzy w nas jej „zaplecze”, także jej konteksty w świecie zewnętrznym. Przekonanie o tym, że „coś”  uznajemy za oczywiste, manifestuje się właśnie w odruchach, jakimi reagujemy, stając w obliczu tego „czegoś”. Przypomina to reagowanie przysłowiowego psa Pawłowa – tyle że w innym porządku naszej natury. Tam mamy do czynienia z fizjologią – tu z umysłem. Pozostają jeszcze odruchy emocji i duszy, lecz to już wymaga osobnego omówienia; przyjdzie i na nie czas.

W zasadzie rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę, jak dalece jesteśmy „odruchowi” –właśnie w myśleniu, w ocenach i osądach, w swych wyborach i decyzjach. Mało kto potrafi rozpoznawać własny subiektywizm – i to wielowymiarowy, z zakotwiczonymi w nim niezliczonymi „oczywistościami”, których nie ma potrzeby uzasadniać. By móc to zrozumieć, trzeba umieć spojrzeć na siebie niejako z boku, niczym chłodny obserwator. Ale czy warto? Czy to ma jakiś głębszy sens? I czemu miałoby służyć?

3.1.1.  Biologia, fizjologia, instynkt

Często powiada się, że coś dzieje się niejako „z natury rzeczy”. Tak już jest – i inaczej być nie może. Takie są prawa przyrody, coś tak już zostało  „skonstruowane”, zaprogramowane, że podlega zmianom pod naporem działających sił zewnętrznych dokładnie w określony sposób. Przedmioty „martwe” mają to do siebie, że zachowują swoją strukturę dopóty, dopóki te siły w ten czy inny sposób ich nie zniszczą, lub chociażby trwale nie zdeformują i pozbawią zadanych im właściwości. Nie mają jak się przed tym „bronić”, nie mają żadnego alternatywnego oprogramowania, umożliwiającego aktywną samoobronę. Również i czas robi swoje – nawet najtwardsza materia w końcu kruszy się i rozpada.

Zgoła inaczej ma się sprawa z materią ożywioną – z wszystkim co żyje. Życie walczy o trwanie, nie tylko jednostkowe, lecz i gatunkowe. Każda jego forma – najbardziej nawet prymitywna – wyposażona została w zestaw zdolności czynnego przeciwstawiania się temu, co je usiłuje zniszczyć. Reaguje na oddziaływania z zewnątrz, czegoś unika, przed czymś ucieka albo się chowa, sama atakuje, wreszcie się rozmnaża. Im bardziej złożona, tym lepiej jest uzbrojona w biologiczną mechanikę obronną, która po większej części polega na odruchach – bądź wdrukowanych w jej strukturę, bądź wyuczoną w doświadczeniu walki o przetrwanie. Zakres tych zdolności, bogactwo rozmaitych sposobów zapewniania sobie bezpieczeństwa i zasobów do życia przekracza wyobrażenie kogoś, kto nie zajmuje się tą  problematyką zawodowo, lub ze szczególnym zamiłowaniem, wręcz pasją.

Funkcjonowanie w środowisku na zasadzie wykorzystywania, a nawet modyfikowania własnych technik samoobrony, niejednokrotnie nasuwa laikom przekonanie, iż zwierzęta (a nawet nie tylko one) są istotami jakoś myślącymi – w ludzkim rozumieniu tego słowa. Mylenie rozumu z sumą sprawności wykonawczych, określaną mianem inteligencji, jest powszechnym błędem, z którego narodziło się wiele mitów. Jednym z nich jest przypisywanie tak wielkiego znaczenia osławionemu „ilorazowi inteligencji”, rzekomemu  wskaźnikowi  poziomu rozwoju umysłowego – choć nie tylko. Uczeni w zapędach radosnej twórczości wręcz pogubili się w swoich konceptach i namnożyli rodzajów inteligencji jak króliki. Nawiasem mówiąc, po latach świetności ów parametr okazał się być wielkim nieporozumieniem. Spuśćmy więc zasłonę miłosiernego milczenia nad tym naukowym humbugiem – może ktoś kiedyś napisze historię owej fałszywej etykietki, którą przez dziesięciolecia oklejano Bogu ducha winnych ludzi, czyniąc w ich życiu wiele zła i zamętu.

Zbór naturalnych zachowań odruchowych, zakodowanych w biologii, zwykle zwie się instynktem. Ich repertuar bywa zróżnicowany, niemniej ich mnogość i różnorodność zadziwiają swą złożonością i skutecznością. Od dawien dawna wiadomo, iż w grę wchodzą czynności wrodzone, nie wyuczone, wykonywane bez namysłu, a także bez świadomości celu. Co ciekawe – także bez udziału woli. Uważa się więc, że są to zachowania mimowolne, na które nie mamy żadnego wpływu – co nie jest do końca prawdą. Wśród wielu opinii na ten temat, znaleźć można również dość niezwykłe stwierdzenie naszego ulubionego Darwina, który do owych wrodzonych  predyspozycji zaliczył także intuicję. Uznając ją za właściwość wrodzoną, uczynił z niej jednak osobliwy artefakt, cechę biologicznie wtórną.

Ta konstatacja w ustach zakamieniałego ewolucjonisty, rzecznika prostackiego  redukcjonizmu, bynajmniej nie dziwi; może jedynie śmieszyć. Intuicja należy do zupełnie innego porządku ludzkiej natury, do sfery duchowości. Nie mogąc jej pominąć, a jednocześnie nie wiedząc, co z tym fantem począć, badacz Wysp Galapagos wpisał ją do katalogu fenomenów wyłącznie biologicznych i nadał jej wymiar wrodzonej cechy zwierzęcej. Ten oczywisty nonsens nie ma zbyt wielu zwolenników, nawet wśród rzeczników chłodnego racjonalizmu.

Oprócz reakcji instynktownych, wdrukowanych w biologię, człowiek może wyuczyć swą „fizyczność” odruchów, nie mających zbyt wiele wspólnego wprost z samoobroną, z przetrwaniem czy prokreacją. Polega to na wyćwiczeniu pewnych czynności metodą uporczywego ich powtarzania tak, by dokonywały się niejako „same przez się”. Jest to nic innego, jak wytwarzanie automatyzmu zachowań – i tych prostych, i tych bardziej złożonych. Ich zakres bywa ogromny ale też i zaskakujący – od zwykłych czynności „organizacyjnych”, do precyzji manualnej muzyka czy chirurga, od tego, co „zawodowe” lub  „społeczne”, do tego co „prywatne”, a nawet „intymne”.

Odruchy naturalne są nam zadane przez biologię i nie mamy na nie żadnego wpływu choć skądinąd wiadomo, że do pewnego stopnia można nad nimi zapanować – co jednak  przychodzi z wielkim trudem. Natomiast wytwarzanie automatyzmów – w trakcie edukacji, adaptacji, wychowania – to już sprawa przemyślanego, zaprojektowanego i długotrwałego treningu. Wyrabia się je celowo, głównie dlatego, że ułatwiają codzienne funkcjonowanie, obcowanie z innymi, komunikację, pracę, narzucają reguły współżycia. Szczególnie przydatne są zwłaszcza tam, gdzie wymagana jest wyspecjalizowana perfekcja wykonawcza.

„Ćwiczenie czyni mistrza” – a mistrzostwo polega na niezawodności w działaniu. Lecz korzyści z tego nie są jednak tak jednoznaczne, proste i oczywiste. Prawdziwego mistrza cechuje bowiem również i to, że wie, w którym momencie warto lub wręcz należy powstrzymać odruch, powściągnąć się w działaniu. Bo odruchowość łatwo zamienia się w bezrefleksyjną rutynowość, blokującą chęć i gotowość do poszukiwania rozwiązań nowych, niesztampowych, twórczych. Lecz nie tylko. W sytuacji nietypowej automatyzm bywa zawodny, a decyzyjność odruchowa może okazać się nieskuteczna, nawet szkodliwa.

Dla przykładu, rozmaite sztuki walki pozwalają wyćwiczyć niezwykłe techniki  posługiwania się ciałem, które mogą być wykorzystane zarówno do samoobrony, jak i do zabijania. Mają  one, co prawda, swoją podbudowę filozoficzną i etyczną, wykluczającą  nadużywanie ich do niecnych celów, niemniej w chwilach zagrożenia, brak owego mistrzostwa grozi śmiertelnymi konsekwencjami dla przeciwnika. Obezwładnić atakującego, a zabić go – to zasadnicza różnica. Bezwolna odruchowość, może więc doprowadzić do straszliwych skutków, nie tylko w wymiarze „fizycznym”. Każde bowiem zabicie człowieka, czy bezzasadne okaleczenie go, to także trwała skaza na duszy sprawcy takiego czynu – niezależnie od tego, co na ten temat uważa. Warto więc pamiętać, że doskonalenie takich umiejętności  tylko dla popisu, to nic innego jak hodowanie potencjalnych morderców.

Zakodowane w „pamięci ciała” programy wykonawcze – już to wrodzone, już to nabyte – mają więc swe niezaprzeczalne zalety, niemniej mają też i wady. Reakcje obydwu rodzajów uruchamiają się i działają automatycznie, na sygnały z zewnątrz. W swej istocie mają walor przede wszystkim użytkowy. Ale przecież nieraz bywa tak, że to nie użyteczność powinna rozstrzygać o podjęciu działania. Jakże często łapiemy się na tym, że myśl i wola nie nadążają za czynnością, od której wolelibyśmy się powstrzymać. Reagując instynktownie możemy wyrządzić komuś – nawet sobie – krzywdę, w nawykowym odruchu sytuacyjnym możemy palnąć wielkie głupstwo.

Ileż to błędów udałoby się uniknąć, w porę zapanowując świadomie nad  gestem, reakcją, zachowaniem. Czasami takie „pójście wbrew sobie i własnej naturze” ratuje życie. Nie zawsze instynkt „ma rację” – o czym warto pamiętać. Nie zawsze użyteczność jest tożsama z dobrem. Odruchy codzienności, zawodowe, społeczne, interaktywne, nie zawsze sprawdzają się w życiu – zarówno w aspekcie funkcjonalnym, jak i moralnym. Niekoniecznie więc to, co nabyte w tym zakresie – w najlepszej nawet wierze – jest bezwarunkowo dobre, pożyteczne, nawet skuteczne. Podobnie, zresztą, jak i to, co wrodzone.

Nie ma się co oszukiwać – nabywanie odruchów, to nic innego jak mniej lub bardziej wyrafinowana tresura. Można wytresować psa, można i człowieka. Można wyćwiczyć zachowania, służące ku pożytkowi, można też wyćwiczyć zachowania, służące szkodzeniu innym. Każdy z nas, sięgnąwszy do pamięci i wyobraźni, jest w stanie podać mnóstwo przykładów jednego i drugiego wariantu takich zabiegów. Nie w tym rzecz, by rozwodzić się nad nimi, niemniej warto zdać sobie sprawę, że nasza decyzyjność w wielu sytuacjach jest właśnie odruchowa – już od poziomu biologicznego poczynając – a więc bezwolna.

Bezwolność bywa zatem nie tylko instynktowna; można ją także narzucić przez zaplanowaną tresurę. Czymkolwiek by była, jakkolwiek aplikowana – i w jakikolwiek intencjach, zawsze służy jednemu: automatycznemu, bezrefleksyjnemu wykonywaniu czynności, związanych z realizowaniem określonych celów i zadań. Co najciekawsze – po większej części doskonale wiemy o tym, po co i do czego zostały zaprogramowane. Ba, niejednokrotnie szczycimy się wyćwiczonym perfekcjonizmem, wypracowanym poprzez długotrwałe ćwiczenie.

Gorzej, jeśli cichutko i stopniowo zostaliśmy wytresowani do czegoś, i po coś – sami nie wiedząc o tym, że nas zmanipulowano. A już najgorzej jest wtedy, gdy wiemy, że poddano nas takim zabiegom wbrew nam samym – i rezygnujemy z prób przeciwdziałania ich skutkom. Można być w pewnych aspektach życia oprogramowanym bez świadomości tego, że jest się do pewnego stopnia zrobotyzowanym. Wszelako bycie takim i pogodzenie się z tym – to już świadome poddanie się zniewoleniu. Czyż to nie zabawny paradoks, że dobrowolnie  rezygnujemy z własnych prerogatyw decyzyjnych na rzecz bezwolnych odruchów? Ciężką pracą doprowadzamy – lub zostajemy doprowadzeni, z naszym przyzwoleniem lub bez niego  – do ograniczania własnej mocy kontrolnej i sprawczej nad zawczasu wybranymi formami aktywności. Czyż nie jest to jakaś forma okaleczenia? Czy – w dalekim refleksie wielkich koncepcji filozoficznych – to nie tyle ów przysłowiowy byt, ile tresura, która osobliwie a rebours kształtuje świadomość?

Pozostańmy jeszcze przez chwilę w kręgu odruchów na poziomie biologii, fizjologii i instynktu. To, co potocznie zwiemy tresurą, w uczonym języku nosi eufemistyczną nazwę treningu behawioralnego przez warunkowanie, kodujące automatyczne formy zachowań,  przede wszystkim w „pamięci ciała”. Czy to coś złego? Powie ktoś, że taka, dajmy na to, kindersztuba, rzecz pożyteczna i zacna, też po części wymaga odpowiedniego „treningu”, podobnie jak wiele innych form obcowania bliźnich. Dobre wychowanie narzuca obyczaj, tradycja kulturowa – i nie ma w tym nic zdrożnego. W zasadzie każdy przeszedł taką społeczną obróbkę, wielu nawet bardzo sobie ją chwali, dostrzegając korzyści, jakie z niej płyną. Własne dzieci też uczymy właściwych zachowań.

Nie w tym rzecz, by podważać zasadność, czy użyteczność sensownego uczenia poprzez wytwarzanie odruchów, lecz by zdawać sobie sprawę, że wdrażanie do określonych nawyków może być czymś korzystnym, ale i czymś złym. Dobry kieszonkowiec musi wiele ćwiczyć, żeby wyrobić sobie zwinność rąk i palców, ale przecież i wytrawny pianista również musi wypracować własną, specyficzną precyzję ruchową. Obydwaj trenują bardzo intensywnie, doskonale wiedząc, do czego ma im to służyć. Lecz mistrzostwo osiągają dopiero wtedy, gdy całą tę odruchowość w każdym momencie są w stanie świadomie „wyłączyć”, by móc uporać się – chociażby w chwili zaskoczenia – z jakąś sytuacyjną niezwykłością. Odruch nabyty ma więc sens tylko wówczas – niezależnie od jego praktycznych zastosowań – gdy zanadto się nie „usamodzielnia”. Źle bowiem dzieje się, gdy to ogon kręci psem, a nie pies ogonem.

Wróćmy na chwilę do przykładu łakomczuszka, który odruchowo skręca do cukierni, żeby kupić sobie ciastko. Za tym żartobliwym obrazkiem kryje się coś o wiele poważniejszego, co zwie się przyzwyczajeniem. To już nie kwestia treningu zadaniowego, w którym wiadomo dokładnie do czego ma służyć ćwiczony odruch; i nie ważne, czy ową wiedzę ma sam trenujący, czy tylko trener. Mimowolność przymusu, powstałego z przyzwyczajenia, wynika z ulegania rozmaitym potrzebom – większym lub mniejszym, lecz nie z kategorii bezwzględnych konieczności życiowych. Potrzeby te zwykło zwać się zachciankami, przyjemnostkami, fanaberiami, kaprysami, ciągotami, słabostkami, nawet natręctwami, a w granicznej wersji – uzależnieniami i nałogami. Wszystkie dostarczają przyjemności, jakiejś satysfakcji, której istota nie zawsze bywa tak prosta i oczywista, jak się nam wydaje.

Gdyby sięgnąć do mądrych książek, okazało by się, że prosty odruch łakomstwa można tłumaczyć na wiele sposobów. Jedni – o orientacji biologicznej – powiedzą, że organizm potrzebuje podniesienia poziomu cukru, zatem instynkt niejako „sam” kieruje owego człowieka ku najbliższemu, dostrzeżonemu miejscu, gdzie tę potrzebę zaspokoi. Inni – o orientacji bardziej psychologicznej – będą twierdzili, że powodem takiej przerwy w spacerze jest jakieś psychiczne, lub społeczne niezaspokojenie, które ów osobnik pragnie nieświadomie zredukować. Tu otwiera się pole do najbardziej nawet cudacznych interpretacji, włącznie z twierdzeniem, że nadmierny pociąg do słodyczy to nic innego jak kompensacja braku satysfakcji erotycznej.

Wyjaśnienie może kryć się także w tym, że w owej cukierni pracuje przecudna panienka, z którą nasz przechodzień od dawna ma ochotę nawiązać bliższą znajomość, więc bezwiednie kieruje swe kroki ku niej pod pretekstem zjedzenia ciastka – obojętne  jakiego. Może jest nieśmiały, może ekstrawagancki, może liczy na łut szczęścia – słowem, mimowolnie pchany tą potrzebą, odruchowo szuka sposobności na udane łowy. Tu koło się zamyka, bo natychmiast przyklasną temu ewolucjoniści, twierdzący, że wszystko, co robimy, podszyte jest samczym, lub samiczym wabieniem. Tak się to jakoś dziwnie plecie, że niektórym badaczom ludzkiej natury wszystko kojarzy się z jednym…

Tak czy owak, wyjaśnianie tego prostego odruchu daje szanse wykazania się zarówno nadzwyczaj wyedukowanym jajogłowym, jak i amatorom poetyczności. Z każdej wersji da się wysnuć wiele opowieści, wręcz scenariuszy filmowych lub akademickich wykładów i dysertacji. Wszystkie warte dokładnie tyle samo, gdyż prawda leży zapewne gdzieś „pomiędzy” i jest nieoznaczoną, wielopiętrową kombinacją wielu czynników. Cokolwiek by nią jednak było, warto przyjrzeć się przyzwyczajeniom jako nawykom – wszak powiada się, że tworzą one naszą drugą naturę. I nie jest to stwierdzenie pozbawione sensu.

O tym, że iż przyzwyczajenie przekształca się w przymus, wiadomo od dawien dawna.  Święty Augustyn, idąc za Arystotelesem – ale też i zdrowym rozsądkiem, podpartym własnym doświadczeniem – wyłożył był i wyeksplikował to nader precyzyjnie, konstatując, iż staje się ono również swego rodzaju koniecznością. Lecz tu zaczyna się dziwny problem. Wielu uczonych filozofów – a i doświadczonych praktyków życiowych – twierdzi, że „wolność to uświadomiona konieczność”. Uleganie przymusowi w formie mimowolnego odruchu, dokonujące się bez udziału tejże świadomości, wolnością raczej nie jest. Czy jednak staje się nią wtedy, gdy uświadomimy sobie, że jesteśmy od niego uzależnieni?

 Dziwne tu jest materii pomieszanie. Świadomość uzależnienia od przymusu raczej nie da się postrzegać jako wolność. Skoro więc nie zdajemy sobie sprawy, że czemuś takiemu podlegamy, to nie powinniśmy mieć niemiłego wrażenia zniewolenia. Idąc tym tropem dochodzimy do zdumiewającego wniosku, że niezależnie od tego, jak dalece podążamy za przyzwyczajeniami, które przekształciły się w zbiór przymusów, wciąż czujemy się wolni – choć de facto nimi nie jesteśmy. Całe to rozumowanie, które da się rozwijać ad libitum, zasadza się jednak na pewnym fałszu, na grze słów. Otóż czym innym jest wolność, a czym innym subiektywne jej poczucie. Bez rozróżnienia tych dwóch rzeczy nie tyle ocieramy się już o paradoks, ile popadamy w absurd. Nie zdając sobie bowiem sprawy z konieczności, tkwiącej w przymusie, zrodzonym z przyzwyczajenia, we własnym przekonaniu pozostajemy wolni –podczas gdy uświadomienie sobie tej konieczności może zrodzić w nas poczucie zniewolenia. Może – ale nie musi.

Nasz przykładowy łakomczuszek, skręcając do cukierni – przy każdej okazji, gdy ją  mija – uważa, że idzie tam z własnej, nieprzymuszonej woli. To jego świadomy wybór, jako że poczuł właśnie ochotę na małą słodkość. Gdyby mu ktoś zwrócił uwagę, że zachował się nie rozmyślnie, a bezmyślnie, uznałby to za nonsens. Mając się za człowieka przytomnego i wolnego w swych decyzjach, nie przyjmuje do wiadomości, że zachowuje się jak nakręcona kukiełka. Co najwyżej przyzna, że lubi ciastka – a ponieważ je lubi, więc niekiedy ulega takiemu kaprysowi, by je sobie kupić. Nikt mu nic nie każe, w pełni przytomności robi to, co mu się podoba. Dodatkowo cieszy go nawet, że ludziom podoba się taki jego miły zwyczaj, niczym tradycja, wtopiona już na dobre w pejzaż okolicy. Wyróżnia go spośród innych, przydaje mu nawet pewnego rysu sympatycznej oryginalności. To także ma swoją wartość.

Czy wystarczy skwitować to wszystko prostym żartem o ludzkiej słabości? Nie jest to takie oczywiste. Otóż wcześniej powiedziano, że instynktowny odruch niekiedy może być szkodliwy. Jest wszelako i druga strona tego medalu, pewien paradoksalny aspekt tego typu zachowań, z którego mało kto – a już na pewno nie nasz bohater – zdaje sobie sprawę. Otóż idzie o konflikt między tym, co  wrodzone, a tym, co nabyte. Naturalne odruchy obronne bywają wręcz zbawienne, drugie zaś, ukształtowane jako niekoniecznie niezbędne przyzwyczajenie wbrew naturze, niekiedy okazują się być wręcz zagrożeniem, z którego nie zdajemy sobie sprawy. Mamy wiec teraz odwrócenie poprzedniej sytuacji. Łakomstwo, jako nawyk, jest właśnie tego doskonałym przykładem.

Żywy organizm, niezależnie od stopnia jego złożoności, w pewnym zakresie niejako „sam wie”, co mu służy, a co szkodzi. Zwierzęta, z natury łapczywe, nie tkną jedzenia gdy wyczują, że „coś  jest nie tak”. Choćby z pozoru wyglądało okazale i smakowicie – nie wezmą go wtedy do pyska czy dzioba. Jakiś przymus nakazuje im tego unikać. A to nic innego, jak zdrowy instynkt, odruchowa reakcja na zagrożenie. Zwierzęta zawierzają swojej naturze i zakodowanej w niej zdolności odczytywania niebezpieczeństw. Potrafią też tym samym sposobem odnajdować – lub czynić – to, co może im pomóc w samouzdrawianiu.

Ludzie, zwłaszcza ci „cywilizacyjnie wyrafinowani”, w dużym stopniu zatracili tę naturalną zdolność i – ulegając rozmaitym zachciankom lub wytworzonym nawykom życiowym – działają na własną szkodę. Tak więc nasz przemiły bywalec cukierni, gotów jest oddawać się swemu upodobaniu nawet wówczas, gdy jego organizm zwolna zacznie się buntować – zrazu po cichu, niepostrzeżenie, potem coraz głośniej – z powodu nadmiaru cukru lub innych, „udoskonalających” składników ulubionych łakoci. Niewinna z pozoru słabostka, powoduje stałe przeciążenie organizmu ponad jego naturalną wydolność. I po jakimś czasie przychodzi – nie wiedzieć czemu – wybrać się do doktorów…

Podobny „konflikt odruchów” zachodzi w bardzo wielu sprawach. Tłumienie reakcji  obronnych i tego skutki – to temat na osobną opowieść o mechanice ludzkich zachowań, na którą nie ma tu teraz ani czasu, ani miejsca. Wystarczy tylko powiedzieć, że odruchowość wynikająca z przyzwyczajeń, może być wielorako szkodliwa, nawet jeśli wydaje się tylko niewinnym kaprysem. Rzecz w tym, na ile cały ten zespół przyczyn i skutków pozostaje w zasięgu świadomości. Oczywiście, nie idzie o to, by nieustannie o tym rozmyślać, czy zadręczać się paranoiczną albo hipochondryczną czujnością – raczej o to, by umieć „czytać samego siebie”, gdy przyjdzie taka potrzeba, ochota na chwilę refleksji, gdy coś zaczyna nas uwierać w sensie fizycznym lub psychicznym. Najgorsza jest tu bowiem bezmyślna beztroska, wynikająca zazwyczaj z „utracenia kontaktu” z własną naturą.

Co się więc stanie, gdy wyjaśnimy naszemu jegomościowi mechanikę jego łakomstwa? Jeśli pojmie, że działa pod wewnętrznym przymusem (niezależnie od tego, jak się tego „nabawił”) zbiesi się, gdyż odebrane mu zostanie jego doskonałe poczucie wolnej decyzyjności w kwestii ciastek. Możemy mu jednak łagodnie zwrócić uwagę na ów aspekt zdrowotny. Będzie miał więc do wyboru dwie opcje: albo uwolni się od miłości do tych słodyczy, albo uzna, że pozostanie przy swoim, z pełną świadomością, iż jest od nich uzależniony, i że w nadmiarze szkodzą. Czy w tym drugim przypadku – uświadomionej konieczności – staje się człowiekiem wolnym tylko przez to, że ją poznał i sobie uświadomił? A może wolnym stanie się nie wtedy, gdy na siłę, wbrew sobie, zrezygnuje z wypraw do cukierni, lecz wówczas, gdy zacznie je świadomie kontrolować?

Dowodzenie rozmaitych racji jest sztuką samą w sobie. Żonglowanie logiką fałszywych przesłanek, gra wieloznacznością pojęć – to bywa nawet zabawne. Dla przykładu, można tym sposobem wywieść ni mniej ni więcej, że człowiek jest tym bardziej wolny, im bardziej pozostaje w mocy swoich przyzwyczajeń. Ot, i pomieszanie z poplątaniem – wielka filozofia, w zetknięciu z prozą życia, potrafi zapętlić się w niebywale fantazyjne supły. Gdyby wymyślne figle logiczne ograniczały się wyłącznie do spraw tak prostych i przyziemnych, jak jedzenie łakoci, można by rzecz całą potraktować wyłącznie jako śmiesznostkę. Gdyby rzecz cała dotyczyła czynności lub zachowań, napędzanych jedynie warunkowaniem biologicznym, również nie warto byłoby zbytnio się nią przejmować – chyba że w kontekście instynktownych odruchów obronnych. Lecz biologia to zaledwie część ludzkiej natury.

3.1.2. Nawyki myślowe – algorytmy

Podobną tresurą można objąć także inne, wyższe porządki ludzkiej natury, wywołując  efekty o wiele bardziej złożone, niebezpieczne, wielce ważące na naszym życiu. Programować da się bowiem nie tylko odruchy ciała, lecz – w dalszej kolejności – także i umysłu. Wszechstronny rozum – ów dar, jakim  Bóg obdarzył człowieka – może zostać skażony przez celowe, instrumentalne redukowanie go do – z grubsza biorąc – dwóch rodzajów odruchowości: algorytmów i schematów. Choć nieco różnią się między sobą, to jednak łączy je jedno – są jednako stałymi, wpisanymi w nasze myślenie instrukcjami postrzegania świata, analizowania i opisywania go, wnioskowania o nim, i podejmowania decyzji o tym, co z tą całą wiedzą robić. Rzecz jasna, dotyczy to również dokonywania wyborów i podejmowania decyzji. Umysł jest bowiem także podatny na warunkowanie, na uleganie nawykom i przymusom, noszącym znamiona konieczności. A to, choć w wielu aspektach życia bywa przydatne, to jednak w sumie wcale nie jest takie niewinne, czy zabawne.

Nie da się zliczyć wszystkiego, co zostało napisane na temat ludzkiego umysłu – jego źródeł, istoty, niezwykłej wszechstronności, ograniczeń, jego działania, roli poznawczej i sprawczej. W każdej epoce – od starożytności poczynając – stanowił zagadkę, nad rozwiązaniem której głowili się – i nadal głowią – pospołu filozofowie, uczeni, nawet artyści. Nie ma sensu rozwodzenie się tu nad ich pomysłami, czy konkurowanie z nimi poprzez wymyślanie jakichś własnych konceptów. Zresztą trudno chyba byłoby sprokurować coś nadzwyczaj oryginalnego – ani na poziomie analizy, ani modelu, ani jakiejkolwiek bądź teorii. W tym momencie, z całego bogactwa dorobku w tym zakresie warto wykorzystać  jedynie to, co może mieć związek z powstawaniem odruchów myślowych, zwanych niekiedy przekonaniami, a także z ich udziałem i znaczeniem w wielce złożonej mechanice ludzkiej decyzyjności. Będzie to dość kłopotliwe, gdyż cała nagromadzona przez wieki wiedza pełna jest tak wielu wykładni, interpretacji, rozbieżności i sprzeczności, że trudno się w tym wszystkim dokładnie rozeznać. Jest jednak w czym wybierać i przebierać – co nie znaczy, że można sobie pozwolić na całkowitą, „manipulacyjną” dowolność w posługiwaniu się tym, czym dysponujemy.

W zasadzie jest tylko jeden dylemat, który powinien zostać rozstrzygnięty na poziomie podstawowym. Idzie i założenie natury antropologicznej: czy umysł jest niezależnym, niematerialnym atrybutem ludzkiej natury, niezależnym od uwarunkowań materii i biologii, czy zaledwie osobliwą pochodną ewolucji? Czy jego istota i właściwości są stopniowalne, czy też przynależą do kategorii fenomenów zerojedynkowych? Innymi słowy, czy umysł jest „produktem” mózgu, czy też mózg jest jedynie jego aparatem wykonawczym? Gdzie rodzi się myśl?

Przypomina to pytanie Augustyna o rozróżnienie między dźwiękiem, a śpiewem. Gdzie rodzi się dźwięk? Czy jest tożsamy z emisją i artykulacją głosu? Co jest pierwsze, co drugie – co przyczyną, a co skutkiem? Jednoczesność obydwu jest tylko pozorna, zresztą i tak przecież nie zawsze bywa spełniona? Potoczne powiedzenie, iż „głos uwiązł mu w gardle” byłoby tu uproszczonym – może i prymitywnym, lecz jakoś zrozumiałym – dowodem na to, że źródłem tego, co człowiek z siebie wydaje w formie głosowej, nie jest sam tylko „aparat wykonawczy”, lecz coś zupełnie innego. Nadto – o czym zapominamy – nie zawsze generujemy dźwięk, jaki chcemy wydać, lub uzyskać, a jaki w nas rodzi się jako idea, pomysł czy wyobrażenie. Przecież na tym właśnie zasadza się cała tworzona przez człowieka muzyka!

Takie rozróżnienie może komuś wydać się sztuczne, naciągane lub wręcz bezsensowne. Niech więc zastanowi się, czemu sam Mozart twierdził, że słyszy cały utwór, wszystkie jego dźwięki,  w jednej chwili, jako jedną całość. Jeśli nadal pozostanie sceptyczny i powie, że nie można przecież porównywać przeciętnego człowieka z geniuszem muzycznym, to niech wówczas prawdziwość tej idei sprawdzi „na własnym organizmie” i pośpiewa jakąś melodyjkę niejako „w sobie, w środku”. Niech spróbuje ją uzewnętrznić w jakiś inny sposób, wyłącznie przy pomocy dowolnego instrumentu, lub przedmiotu. Wreszcie niech przypomni sobie te momenty, kiedy to siłą woli powstrzymywał  się od wypowiedzenia na głos tego, co tak bardzo chciał powiedzieć, przekazać, albo wyrazić w jakkolwiek inaczej generowanej formie akustycznej. Na co dzień nikt się nad tym nie zastanawia, mówienie i śpiewanie wydaje się oczywistością, w której nie ma miejsca na doszukiwanie się tak pozornie dziwacznej zależności przyczynowo-skutkowej. Lecz po głębszym zastanowieniu może okazać się, że coś jednak jest na rzeczy.

Skąd bierze się zdumiewająca różnorodność modulacji głosu? Te same słowa czy zdania można wypowiedzieć na tysiące sposobów, z których każdy inaczej odda ich treść. Gdzie rodzą się owe liczne intonacje znaczeniowe? Maszyna potrafi „mówić”, lecz tylko tak, jak jej się to zada i w niej zaprogramuje. Nigdy jednak nie odda subtelności prowadzenia narracji, nadawania odcieni, aluzyjności, wahań emocjonalności przekazu. Aparat głosowy człowieka jedynie wykonuje to, co nakaże  mu umysł, lub co rodzi się jako dźwięki w duszy, moderowane emocjami.

Czy podobnie wygląda relacja miedzy umysłem a mózgiem? Ten drugi jest w zasadzie gigantycznym komputerem, analizującym i przetwarzającym – na wiele możliwych sposobów – dane, pozyskiwane przez zmysły zewnętrzne i wewnętrzne, a także te, wydobywane  z pamięci. Jego zadanie polega na opracowywaniu rozmaitych opcji rozwiązywania problemów. Lecz to nie on podejmuje decyzje. Jedynie steruje wykonaniem tego, co zostanie mu polecone, a wybrane spośród tych ofert. Sam z siebie nie ma żadnej mocy sprawczej. Ta bowiem pozostaje w gestii właśnie umysłu i duszy, bazujących  nie tylko na samej analitycznej ocenie rzeczywistości, lecz w równiej mierze na jej subiektywnym osądzie, a także na przekonaniach, lub wierze, zakotwiczonej w emocjach.

Tworzenie nawyków myślowych dokonuje się w pierwszej mierze właśnie w sferze  obróbki danych. Istota tresury w tym zakresie polega na wyuczeniu ledwie ograniczonej ilości programów operacyjnych – co prawda perfekcyjnych, lecz sztywnych i nie podlegających zmianom. Ogromna moc naszego biologicznego komputera, wraz z jego zdolnością do elastycznego modyfikowania własnego oprogramowania w zależności od złożoności zadania, pozostaje wtedy nie wykorzystana, lub wręcz zablokowana. Każdy z wariantów redukcji „mocy użytkowej” ma swoją specyfikę. Pierwszy to wykształcenie osobliwego „niedorozwoju umysłowego”, drugi – nałożenie więzów na znakomicie działający procesor w postaci odpowiednio zaprogramowanych filtrów.

W obydwu przypadkach efekt jest podobny, choć nie zawsze taki sam, a nade wszystko nie zawsze nieodwracalny. W pierwszym mamy do czynienia z czymś na podobieństwo japońskiej sztuki hodowania karłowatych roślin w doniczkach. Niby prawdziwy dąb – a malusieńki, ozdobny, pozbawiony swej mocy i dostojeństwa. To rozum zamieniony w rozumek, osobliwie zniekształcony, ograniczony, można rzec – wykastrowany. W drugim wariancie zachowany zostaje w stanie naturalnym, tyle że pozostaje jakby stłamszony. Ta metoda albo człowieka oszukuje, narkotyzuje, usypia, albo zniewala poprzez lęk. „Mami, tumani, przestrasza”… Zatem – albo „łeb zakuty”, albo spacyfikowany. Rozkuć ten pierwszy jest praktycznie niemożliwością, zwłaszcza w późniejszym wieku. Natomiast ten drugi, zawsze da się jakoś rozbudzić i doprowadzić do pełnej sprawności przez usunięcie owych nałożonych nań filtrów. Rekonwalescencja polega  wtedy na mozolnym, acz niezwykle owocnym odkrywaniu i poznawaniu tego, czego wcześniej nie przepuszczały.

Nawyki myślowe to nic innego jak posługiwanie się schematycznymi instrukcjami obróbki danych – o świecie, i o samym sobie – według z góry zadanych metod ich analizy i przetwarzania. I jak to z odruchami bywa – nie zawsze są czymś złym, zwłaszcza jeśli bywają  pożyteczne. Nikt nie kwestionuje zasadności korzystania z gotowych algorytmów rozwiązywania zadań matematycznych i tysięcznych ich zastosowań w nauce, czy technice. Nikt nie poddaje w wątpliwość pewnych korzyści standaryzacji diagnostyki medycznej. Tego rodzaju „rzemiosło umysłowe” usprawnia ludziom pracę, ułatwia codzienne życie. Lecz przecież w poznawaniu rzeczywistości nie chodzi o samą „rachunkowość” jej opisu.

Obiektywnie, logicznie uzasadnione i uprawomocnione schematy poznawcze mają swój sens i walor użytkowy. Ich wielką zaletą jest jednoznaczność interpretacyjna tego, czego dotyczą. Kłopoty zaczynają się z chwilą, gdy pojawia się jakakolwiek wątpliwość, niepewność, margines błędu. Sztywne instrukcje rzadko kiedy przewidują takie sytuacje, więc ludzie nienawykli do samodzielności myślenia, nie znajdując stosownych pouczeń, nie wiedzą co z tym robić. Koniec końców zawsze znajduje się ktoś, ktoś podejmuje decyzje za nich. Zdani na siebie, gdy stają w obliczu czegoś, czego nie sposób ująć w proste schematy operacyjne  – są zwykle bezradni i wystraszeni. Nie potrafią ogarnąć zdarzeń, faktów, czy ludzkich zachowań, z natury rzeczy „wielowymiarowych”, niejasnych, nieoznaczonych, które nie dają się opisać przy pomocy skończonej ilości parametrów i schematów ich klasyfikowania czy kwalifikowania. Tu instruktywność zawodzi, jest wręcz niemożliwa, a jakiekolwiek jej narzucanie z zewnątrz zwykle bywa szkodliwe, gdyż powoduje  przekłamywanie obrazu rzeczywistości.

A tresura w tym zakresie to właśnie ma celu – programowanie fałszu w postrzeganiu świata. Jak już wspomniano, dokonuje się tego na dwa sposoby. Pierwszy, to „wdrukowanie” na stałe zbiorów rozmaitych instrukcji operacyjnych. Ogranicza to repertuar możliwych sposobów poznawczej „obróbki” rzeczywistości, niezależnie od tego, co dociera do człowieka z zewnątrz lub co pobiera z pamięci. Po prostu, uczy się go, że można „tylko tak” – więc nie wie nawet, że „można inaczej”. Drugi sposób to „instalowanie” – również na stałe – filtrów, które przepuszczają informację niepełną, lub blokują potencjał jej przetwarzania. W tym przypadku wiadomo, że „można różnie”, tyle że nie ma się pojęcia, iż w grę wchodzi tylko ograniczona ilość danych. Tak czy owak – idzie o manipulowanie ludzkim poznaniem, a w konsekwencji o ograniczanie  decyzyjnej sprawczości i form działania.

 Z punktu widzenia tresera lepszym rozwiązaniem jest wariant pierwszy. Raz wbite do głowy instrukcje działają automatycznie, odruchowo, jako nawyki myślenia. Co by się nie działo, tak sztywno zaprogramowany osobnik zawsze będzie szukał rozwiązania w zbiorze zakodowanych w nim programów operacyjnych. Niewykorzystany potencjał umysłowy powoli, z czasem, ulegnie atrofii. Ważnym elementem tresury jest wytworzenie poczucia bezpieczeństwa, jakie daje posługiwanie się „narzędziami” pewnymi i sprawdzonymi. Może nie dają stuprocentowej gwarancji sukcesu, lecz per saldo wychodzi się na swoje. Czegóż więcej chcieć? Obydwie strony tego kontraktu są zadowolone – treser wie, że jego wychowanek działa jak sprawny robot, ten zaś, zwolniony od jakichkolwiek wątpliwości czy konieczności podejmowania wysiłku i odpowiedzialności, trwa w błogim przekonaniu, iż dobrze radzi sobie w życiu.

Drugi wariant jest dla tresera nieco ryzykowny. Filtry tylko blokują umysł, lecz nie naruszają struktury jego potencjału. Stłumiony, potrafi znienacka oprzytomnieć, przy czym nigdy nie wiadomo, co to spowoduje. Żadne przesłony nie są doskonałe, mogą przepuszczać, gdzieś się poluzować. Zza fałszywych luster dotrze wtedy coś nieoczekiwanego, co natychmiast zostanie podane dalszej obróbce. Pojawią się pytania, wcześniej nie do pomyślenia, obudzi się jakaś niejasna refleksyjność, powątpiewanie. Raz uruchomiony proces wyszukiwania niedostępnych dotąd informacji tak łatwo nie wygasa. Krok po kroku, odsłania się inna niż dotąd prawda o świecie. Efekty bywają zaiste niezwykłe.

Dla człowieka otumanionego nie ma bardziej niezwykłej chwili jak ta, w której naraz „przejrzy na oczy”. Jest to – niczym u bohaterów Lemowskiego Kongresu Futurologicznego –  doświadczenie i przeżycie po trosze przerażające i okrutne. Niekiedy fascynuje grozą prawdziwego obrazu świata, niekiedy budzi zachwyt objawieniem własnych możliwości  poznawczych  – niemniej zawsze okazuje się ozdrowieńcze. Powrót do poprzedniego stanu jest już raczej niemożliwy – chyba że wzbudzi się nazbyt już silny lęk przed tym, co wychynie z nowej perspektywy oglądu rzeczywistości. Znany „syndrom odstawienia” bywa trudny do zniesienia, nie tak łatwo jest bowiem od razu przewalczyć dawne nawyki. Rodzą się strachy, budzą upiory, uwiera pamięć głupich uczynków, popełnionych w poprzednim zamroczeniu. Jedni poddają się i ponownie zapadają w „uzależnienie poznawcze”, inni jednak podejmują nowe wyzwania i uczą się, jak im sprostać. Co ciekawe, działa tu ta sama prawidłowość, co przy wychodzeniu z nałogów – udaje się to tylko tym, którzy tego naprawdę chcą. Ale do tego potrzeba czegoś więcej, niż tylko świadomość sytuacji, która sama z siebie rzekomo przynosi wolność.

Wiedza na temat instrumentalnego formatowania umysłu jest ogromna. Wypracowano  liczne techniki uzyskiwania niemal dowolnych stanów umysłu, pożądanych przez tych, którzy zechcą manipulować ludźmi. Systemy edukacyjne programują ludzi już od dziecka, potem przychodzi czas adaptacji społecznej, w trakcie której można skutecznie utrwalać to, co wtłoczono wcześniej do głów. Tak być nie musi – lecz tak, niestety, jest. Jedynie nieliczne, co bardziej odporne jednostki nie ulegają tej zarazie. Wdawanie się w szczegółowe rozważania na ten temat niczego tu nie wniesie. Wystarczy tylko zauważyć, że nawyki myślowe – jakkolwiek nabyte, cokolwiek by obejmowały – powodują, że decyzyjność, zasadzająca się rzekomo na racjonalnych uzasadnieniach, bywa w dużym stopniu odruchowa, a więc mimowolna. Czy to znaczy, że jest całkowicie bezwolna?

Trudno o tym orzekać w sposób jednoznaczny. Im częściej ktoś posługuje się algorytmami i osiąga – w swoim mniemaniu – dobre rezultaty, tym bardziej utrwala w sobie przekonanie, że jego wybory i decyzje są jedynie słuszne. Nabywa bowiem doświadczeń pozytywnych, które sumują się do wiary nie tylko we własną sprawność i skuteczność, lecz i autentyzm swej sprawczości. Jeśli przytrafiają się niepowodzenia, upatruje ich przyczyn poza sobą. Nie przychodzi mu do głowy, że mogą być skutkiem własnej ograniczoności umysłowej, niedostatku umiejętności myślenia elastycznego, wariantowego, kombinacyjnego. Rzadko kiedy zdarza się, by całkowicie zanegował zasadność, czy poprawność tego, co mu wpojono w trakcie tresury edukacyjnej i adaptacyjnej. Bo i czemu miałby to robić?

Jeśli algorytmy zawodzą – co najczęściej ma miejsce podczas gwałtownych  zawirowań losowych, w sytuacjach nietypowych, w konfrontacji z nadmiarem nowości – wówczas czuje się bezradny i szuka nowych instrukcji obsługi życia. Inżynieria „zakutego łba” zakłada bowiem, że nie tylko programuje się nawyki, lecz także eliminuje chęć i potrzebę samodzielności w wypracowywaniu nowych metod rozwiązywania problemów. O ile ludzie o niezniszczonej strukturze potencjału umysłowego potrafią sięgnąć do nieczynnych dotąd „rezerw”, które im pozostawiono, o tyle u tych pierwszych nie jest to możliwe. Po prostu, organ niewykształcony i nieużywany zanikł. A ponieważ natura nie znosi próżni – więc zaczyna się nerwowe i gwałtowne poszukiwania kolejnych „gotowców”. Można by skwitować to stwierdzeniem, że głównym zadaniem tresury takich osobników, niejako jej fundamentem,  jest wytworzenie jednego podstawowego odruchu „uogólnionego” – odruchu unikania samodzielnego myślenia.

Trudno sobie wręcz wyobrazić jak ogromny potrafi być zakres algorytmizacji ludzkiego umysłu. Obejmuje ona w zasadzie wszystko – poglądy i opinie na każdy właściwie temat. Reagujemy odruchowo w odbiorze świata i ludzi, zdarzeń, idei, wartości. Nawyki umysłowe wyznaczają ramy, w jakie upychamy własny obraz rzeczywistości i nawet samego siebie. Dzięki nim jesteśmy głęboko przekonani, że wszystko mamy poukładane, zaszufladkowane, opatrzone stosownymi etykietkami. Wiemy niejako z góry, co słuszne, a co nie, co prawidłowe, a co wadliwe, przekładając to ostatecznie na kategorie dobra i zła. Mamy też dzięki temu znakomite samopoczucie ludzi rozsądnych, a nawet wielce rozumnych, oczekując akceptacji, wręcz podziwu otoczenia.

Odruchy umysłu, czyli reaktywność rozumu, zakodowana w instrukcjach obsługi życia, to nic innego jak schematy poznawcze i decyzyjne, pośrednio sterujące naszym działaniem i je kontrolujące. Niekiedy twierdzi się, że schematyczność myślenia bywa bardzo przydatna, gdyż pozwala oszczędnie gospodarować właściwym człowiekowi potencjałem umysłowym. Po co za każdym razem samemu wymyślać kolejny rower, skoro można korzystać z gotowych wzorów? Wystarczy sięgnąć po to, co ludzie już wiedzą i co wymyśli – i nie zawracać sobie niepotrzebnie głowy uciążliwą gimnastyką szarych komórek. Takie opinie może są i nawet słuszne w odniesieniu do roweru – lecz jak się mają chociażby do poglądów na świat, do opisu ludzkich zachowań, do naporu polityki i historii, do dokonywania wyborów w kwestiach moralnych? Czy ogromna nieoznaczoność przyczynowa sytuacji życiowych, ich złożoność i nieprzewidywalność, da się zamknąć w schematy, sztywne wzorce opisu i analizy – w tym także decyzyjnej?

Tylko w matematyce dwa razy dwa równa się cztery. W życiu bywa z tym różnie, gdyż nigdy nie wiadomo, czy dwa to rzeczywiście jest dwa, i czy rzeczywiście idzie o  mnożenie lub dodawanie. Suma kątów w trójkącie wcale nie musi być równa sto osiemdziesiąt stopni, a już na pewno nie jest na powierzchni dziecięcego balonika czy w środku pękatej beczki. Gdy reaguje się schematami, widzi się tylko trzy wierzchołki i trzy boki tej figury. Zatem i reszta musi się zgadzać. No i mamy kłopot – ponieważ nie musi. Ot, i figiel. A przecież przykład ten należy do najprostszych – by nie rzec, najprymitywniejszych. Sztampa i schemat – oto co cechuje „zakuty łeb”. Najsmutniejsze jest to, że im bardziej  „zakuty”, tym bardziej bywa uparty w przekonaniu o słuszności zaprogramowanych w nim nawyków myślowych. I trudno się temu dziwić.

Każde bowiem odstępstwo od schematu rodzi coś, co uczenie zwie się dysonansem poznawczym, czyli rozdźwiękiem między tym, co oczekiwane, a tym co jest naprawdę. Po prostu zbyt dużo się nie zgadza – a to irytuje i rodzi dziwny niepokój. Umysł niewyćwiczony do samodzielności nie wie co z takim fantem robić. Brakuje umiejętności radzenia sobie z czymś, co jakkolwiek wykracza poza wbitą do głowy instruktywność. A nikt nie lubi czuć się bezradny. Szuka więc nowych „poradników” i „doradców”. Jeśli nie ma tego w zasięgu ręki, wówczas pozostaje inny, znakomicie sprawdzony sposób – tyle że najgorszy z możliwych. Lepiej „pójść w zaparte”, niż przyznać się do własnej ignorancji. A jeśli trzeba – i ma się po temu środki – to przystąpić do ataku, czyli twórczo wcielić w życie zasadę przewagi argumentu siły nad siłą argumentu. To już nie jest odruch unikania samodzielnego myślenia – to odruch panicznej ucieczki przed nim.

Inaczej ma się sprawa z tymi, których umysły obstawione zostały fałszywymi lustrami, czyli tych z „klapkami na mózgu” – pod warunkiem, że ten ich mózg wciąż pozostaje w stanie nienaruszonym. Wystarczy, by przez narzucone nań zasłony przedarło się cokolwiek, co nie przystaje do schematów, a co zostaje dołączone do „puli danych” jako niezwykła nowość. Otwarcie tym sposobem nowych „ścieżek dostępu” wyprowadza „nieuszkodzony” rozum w nowe rejony eksploracji. A tam już czekają liczne niespodzianki. Kto się nie boi, ma szanse na dobre wyrwać się z pułapki schematyzmu myślenia. Kogo rozmaite lęki trzymają zbyt silnie na uwięzi, ten będzie tylko dreptał w miejscu, spoglądając tęsknym wzrokiem na daleki horyzont, który już, co prawda, dostrzega, lecz za który nie ma odwagi przejść.

Mamy zatem trzy możliwości, trzy warianty. Pierwszy, to nieuleczalna sztywność umysłu – żadnej samodzielności, a w sytuacjach zbyt dla niego trudnych reagowanie albo agresją, albo gotowością  do oddania się w ręce kolejnego tresera. Drugi, to uwolnienie się od zauroczenia, wyrzucenie filtrów i odważne puszczenie się w nieznane z chęcią i gotowością  stawiania mu czoła, niezależnie od wielkości ryzyka czy konsekwencji. Wreszcie trzeci, chyba najczęściej spotykany, to „przejrzenie na oczy”, lecz bez śmiałości podjęcia wyzwania do dokonywania zbyt wielkich zmian w swoim życiu. I ci ostatni mają chyba najgorzej, gdyż żyją w stanie osobliwej, z trudem kontrolowanej quasi-schizofrenii poznawczej i egzystencjalnej. Każdy z nich wypracowuje sobie własną strategię adaptacyjną, lecz w głębi duszy wie, że coś w życiu przegrywa. Wielu popada w apatię, co poniektórzy, słabsi lub szczególnie wrażliwi – w szaleństwo. Nie ma chyba bowiem rzeczy bardziej psychicznie deprymującej, jak zdanie sobie sprawy z własnego tchórzostwa – poznawczego, życiowego, duchowego – zwanego, dla elegancji, konformizmem, oportunizmem czy „uleganiem okolicznościom”. Ale czyż to nie jest właśnie aby owa – zachwalana przez mądrali od ubezwłasnowolniania ludzi – wolność jako „uświadomiona konieczność”?

Ale na tym nie koniec.

3.1.3. Emocje zmanipulowane –  stereotypy, czyli świat uproszczony

Powiada się, że emocje zaburzają racjonalne myślenie, ogłupiają człowieka,  potrafią przywieść go do zguby. Z drugiej jednak strony już od starożytności wiedziano, że źródłem mądrości jest serce. Byłaby to zatem sprzeczność w potocznym rozumieniu tego, co uważa się za rozum i uczucie – wszelako tylko pod warunkiem, że będzie się traktować je rozłącznie i w opozycji do siebie. Człowiek nie jest tworem modułowym, zbudowanym z wymiennych śrubek i trybików, lecz zintegrowaną całością, w której wszystko pozostaje splątane ze sobą w nieznany nam sposób. Doznania emocjonalne same w sobie są  również niepodzielne, mimo że daje się wyróżniać z osobna ich objawy zarówno fizyczne, psychiczne jak i mentalne. Każde uczucie przeżywamy całym sobą – nie ma w nas wydzielonych „fragmentów”, które by w tym w ogóle nie uczestniczyły. Myślenie i czucie są z sobą do tego stopnia nierozdzielnie sprzęgnięte, że zapisy w pamięci tworzą coś na kształt matematycznej wielkości zespolonej, która ma sens tylko jako jedność i całość. Wynika z tego więcej, niż można by sobie wyobrazić.

Emocje nie tylko nadają kierunek myśleniu i działaniu, lecz tworzą swoisty koloryt w postrzeganiu świata, w postawie wobec niego, wobec siebie i wobec ludzi. Są naturalnymi przejawami istnienia, obecnymi w nas w każdej chwili życia, decydującymi o jego jakości i ciągłości. Są również w znaczącym stopniu przyczyną i skutkiem każdego aspektu naszej aktywności. Tak długo, dopóki czujemy, tak długo żyjemy – nawet gdy rozum śpi, gdy ciało pozostaje w bezruchu, a dusza w trwa w letargu. Czucie to sama esencja naszej egzystencji. Mylił się nieco wielki Kartezjusz, pisząc swoje słynne cogito ergo sum. Zapomniał bowiem o tym, że nie ma cogitare, bez sentire. No, ale skądinąd wiadomo, że ów koryfeusz myśli miał emocjonalność w sporej pogardzie.

Była już wcześniej mowa o tym, że nierozumne poddawanie się emocjom w wyborach i decyzjach może wywieść człowieka na manowce. To prawda, albowiem zawsze i wszędzie  potrzebna jest równowaga obydwu sił poznawczych i sprawczych, ważenie tak racji, jak i odczuć. Jej zakłócenie może okazać się fatalne, nawet zgubne w skutkach. Tak jak przewaga rozumu bagatelizuje osąd sytuacji, nawet wówczas, gdy wydaje się on być intuicyjnie czy instynktownie trafny, tak zdawanie się głównie na emocje zaburza jasność jej oglądu, a także  wszechstronność jej analizy.

Chcąc zatem ulokować w emocjach odruchowość postrzegania i napędu działania, należy tak wzmocnić ich „moc sprawczą”, by trwale zaburzać równowagę obydwu sił na ich właśnie korzyść. Wymaga to wytworzenia i utrwalenia sztywnych, zaprogramowanych z góry sądów metodą wpojenia możliwie silnego, subiektywnego przekonania o ich niepodważalnej trafności i słuszności. Innymi słowy, należy przenieść na nie władztwo nad myśleniem i działaniem poprzez wdrukowanie arbitralnych opinii na rozmaite sprawy – uogólnionych lub szczegółowych, nie do obalenia żadną argumentacją. Wbrew pozorom, nie jest wcale takie trudne. Z własnego doświadczenia wiemy doskonale jak to działa, choć nieraz nie zdajemy sobie nieraz sprawy jak, gdzie i kiedy została nam zadana taka instruktywność w zakresie odruchowości emocjonalnej.

Nie wdając się w spory definicyjne, przyjmijmy do wiadomości, że osobną kategorią instrukcji obsługi życia są stereotypy. To także schematy poznawcze, uruchamiane odruchowo, tyle że bardziej złożone, gdyż głęboko zakorzenione właśnie w emocjach i razem z nimi utrwalone w pamięci. Dotyczą nie tylko klasyfikowania elementów rzeczywistości i zachodzących w niej zjawisk, lecz również ich wartościowania. Innymi słowy, jest to instruktywność w sferze sądów o świecie i ludziach. Może obejmować właściwie wszystko – to, co prawidłowe lub nie, prawdziwe lub fałszywe, nawet racjonalnie użyteczne lub szkodliwe, nadto też to, co dobre lub złe. Ponieważ etyka sprzężona jest z estetyką więc dodatkowo takie „kompletne” oprogramowanie obejmuje również kwalifikowanie – wprost lub pośrednio – piękna i szpetoty. Odruchowość tego rodzaju jest więc w stanie narzucać zarówno dowolne normy „moralności pragmatycznej”, jak i opinie oraz preferencje estetyczne. Umocowane w emocjonalności, mają ogromny wpływ na postawy wobec rozmaitych aspektów rzeczywistości, a więc na dokonywanie wyborów i podejmowanie decyzji.

Stereotypy to nic innego jak uogólnione wzorce tego, co dobre i złe, wartościowe lub bezwartościowe, przyzwoite lub nie, ładne lub brzydkie – a więc w sumie godne uznania lub wzgardy, akceptacji lub odrzucenia. Obejmują zarówno pojedynczych ludzi, jak całe narody, sztukę, naukę, historię i politykę, pieniądz i religię; właściwie wszystko co nas otacza, co się z nami dzieje, co tworzymy, czym żyjemy. Sztywność umysłu, wzmocniona kodowaniem emocjonalnym, tworzy postawę, którą metaforycznie da się określić mało uczonym acz wyrazistym mianem tępego albo oślego uporu. Właśnie tępego, a nie rozumnego. Ten drugi bowiem jest zawarowany do zdecydowanego obstawania przy wartościach, przy logicznych argumentach, przy ważeniu racji moralnych, przy kanonach harmonii. Ten pierwszy natomiast, to trwanie za wszelką cenę przy własnym przekonaniu wbrew wszystkim i wszystkiemu. Owo przekonanie obejmuje także własną rozumność, trwanie w dobrym samopoczuciu i egocentryzmie, trzymanie się wyłącznie własnego  interesu – niezależnie od prawdy, często wbrew oczywistości, czy dobru jednostkowemu lub zbiorowemu. Mówiąc obrazowo, tu ma żadnego innego trybu myślenia i komunikowania się, jak wyłącznie ksobny i oznajmujący.

Nie trzeba chyba specjalnie tłumaczyć, że każda z tych postaw przekłada się na odmienne rodzaje decyzyjności. I nie trzeba szczególnie wyjaśniać, że daleko im do pełni podmiotowości. Ta bowiem zasadza się na wolności wewnętrznej, wiedzy, kompetencji, niezależności myślenia, refleksyjności, ciekawości, wierności zasadom moralnym, Tylko wtedy mamy do czynienia – niezależnie od indywidualnych różnic psychologicznych, społecznych czy jakichkolwiek innych – z ludźmi o umysłach otwartych i kreatywnych. Przy tym nie ważne, kim kto aktualnie jest, jakie przeszedł koleje losu, jaki ma pomysł na życie. I wcale nie musi być od razu wielkim mędrcem, czy świętym.

Ich przeciwieństwem są osobnicy o prostej – by nie rzec, prostackiej odruchowości emocjonalnej, których cechuje myślenie i działanie zerojedynkowe, bez refleksji, bez chęci negocjowania, czy chociażby rozważenia  alternatywnych rozwiązań problemów, cudzych opinii, potrzeb czy uczuć. W zasadzie nie miewają wątpliwości ani co do siebie i innych, ani na temat tego, co robią i jak postępują. Nawiasem mówiąc, to ci, którzy znakomicie wyczuwają wszelkie mody i koniunktury. Doskonale wiedzą, co, kto, jak i gdzie. Gorzej, gdy przychodzi im odpowiadać na pytania typu „dlaczego”. Gdy ich docisnąć, poprosić o uzasadnienia swych wyborów czy decyzji, nie kwapią się do wyjaśnień. Są przeświadczeni o słuszności własnych  racji, swego zdania, własnych sądów. Sztywność ich postawy ma korzenie emocjonalne, a z emocjami, zwłaszcza silnymi, jak wiadomo, trudno dyskutować.

Nasz łakomczuch może należeć do kategorii zwykłych łasuchów – i wtedy da się z nim spokojnie i wesoło rozmawiać o słodyczach. Gorzej, jeśli nie tyle lubi ciastka, lecz z sobie tylko wiadomych powodów wie, że najlepsze na świecie są pączki. Gdy akurat ich zabraknie, lub gdy ktoś z niego, nie daj Boże, zażartuje, potrafi być niemiły, nawet gotów się wściec. Górę bierze już nie sama odruchowa potrzeba słodyczy, nie skrywana chęć spotkania przecudnej panienki, nie próżne zadowolenie z podziwu otoczenia. To właśnie przekonanie o wyższości pączków nad sernikiem napędza go niczym niewidoczna sprężyna.

Swego zdania gotów jest bronić do upadłego, na przekór całemu światu, a odmienne zdanie traktuje wręcz jako obelgę, podważanie jego mądrości, brak szacunku – i w ogóle jako napastliwość, a przy tym totalną głupotę. Być może naczytał się zaleceń modnych dietetyków, być może kiedyś coś mu wdrukowano tak dobitnie i skutecznie, że niczym pies Pawłowa uwarunkował się właśnie na tę pyszność – i nie ustąpi. Nikt, ani nic go już nie przekona. On po prostu w to wierzy całym sercem, niczym w mantrę. Jeśli ciastko – to tylko pączek, i już!  Bez wątpienia jest w stanie podeprzeć się wieloma racjonalnymi argumentami – nawet naukowymi czy wręcz historycznymi, wchodząc w rolę depozytariusza prawdy o ciastkach. Rozmowa z takim typem bywa niekiedy zabawna, najczęściej jednak jest strasznie irytująca.

Przykład to groteskowy, lecz dość instruktywny. Taka postawę można przyjmować  praktycznie wobec wszystkiego – kobiet i mężczyzn, literatury, krawatów, Żydów, kosmitów, architektury, wojny, trunków i jedzenia, pieniędzy, wakacji, aspiracji, potrzeb, filmów i telewizji, muzyki i malarstwa, atomistyki, nawet życia i śmierci. Obowiązuje tu zasada, którą wypraktykował był onegdaj Ford, przyciśnięty do muru brakiem lakierów: wszystkie jego samochody są wspaniałe, ale najlepsze, najbardziej eleganckie i snobistyczne, to te w kolorze czarnym. Umiejętnie wpojone stereotypy kształtują ludzkie gusty, preferencje, poglądy opinie, stosunek do innych, do rzeczy, zjawisk, wydarzeń dawnych i obecnych. Podstawą jest tu skojarzenie jakiejś możliwości, jednej z wielu, właśnie z silną emocją – jednoznacznie i bezwarunkowo pozytywną lub negatywną. To ona zakotwicza w pamięci informację w postaci sądu wartościującego.

Stereotypy to odruchy poznawcze, wzmocnione przez osobliwe „emocjonalne implanty”, wszczepione w treści, które pod ich wpływem są wartościowane w określony sposób. Jedna i ta sama treść może więc nabierać odmiennych odcieni znaczeniowych, nawet sensu, w zależności od tego, czy przypiszemy jej znak dodatni czy ujemny. W inżynierii psychospołecznej zasada ta wykorzystywana jest na dwa sposoby. Albo zmieniamy implant i przestawiamy znak danej treści na odwrotny, albo przy pomocy ekwilibrystycznych sztuczek semantycznych lub wykorzystaniu cudzej ignorancji podmieniamy treść do już wytworzonego znaku.

Umownie czy też symbolicznie rzecz ujmując, można albo zamienić miłość do kogoś lub czegoś w nienawiść, albo przenieść ją na inny obiekt, jakby „z innej bajki”, wreszcie objąć nią skojarzeniowo wiele spraw z pozoru do siebie podobnych, acz  po prawdzie w ogóle do siebie nieprzystających. Przy co bardziej wyrafinowanych manipulacjach poszerzenie zakresu treści, objętych raz już utrwaloną emocją, potrafi doprowadzić do absurdów rodem z Orwella. Dzięki dialektycznym sztuczkom da się tak ogłupić człowieka, że zniewolenie, wdrukowane jako emocjonalnie akceptowana konieczność, zostanie uznane za wolność – zgodnie z przytaczana tu już figlarną maksymą filozoficzną.

Osobliwie przewrotną przyczyną takiej akceptacji jest pragnienie ucieczki przed czymś nieuchronnym lub niemożliwym do uniknięcia, brak siły do podjęcia walki, fałszywie przedstawioną jako beznadzieją i bezcelową. Treser, umiejętnie wzbudzając takie przekonanie w swym podopiecznym, wszczepia w niego ducha rezygnacji, wytwarza w nim i chytrze wzmacniania postawę „godzenie się z losem”. Cierpliwie wmawia to, wpaja, wsącza  w duszę powoli i systematycznie, aż ofiara, zrazu broniąc się, w końcu jednak ulega. Na takiej to zasadzie skonstruowana jest metoda osłabiania woli oporu przeciwko każdej totalnej opresji – czy to siłowej, twardej, czy miękkiej, systematycznie perswazyjnej, zarówno  pojedynczych ludzi, jak i całych zbiorowości, nawet narodów. Tak rodzi się miłość do Wielkiego Brata.

Przykłady tego rodzaju zabiegów na ludzkich umysłach i emocjach można mnożyć w nieskończoność. W każdym odnajdziemy tę samą zasadę działania stereotypu – ma być  sztywnym wzorcem oceny i osądu czegokolwiek, czego dotyczy, w tym nawet samego siebie. Nawet wówczas, gdy ociera się o jawny nonsens – logiczny, semantyczny – czy moralną naganność, gdy pozostaje sprzeczny z tradycją kulturową czy chociażby tylko ze zdrowym rozsądkiem. Także i wtedy, gdy – w wersji bardzo już wyrafinowanej i kompleksowej – redukuje wysoką samoocenę, podważa poczucie własnej wartości i godność osobistą. Ów Orwellowski schemat to nic innego jak prosta droga do poniżenia i upodlenia człowieka we własnych oczach, sercu, umyśle i duszy.

Każdy z nas do pewnego stopnia reaguje odruchowo, także stereotypowo. Wynika to  ze swoistej ekonomii myślenia i działania, ze skłonności do uproszczeń albo generalizacji. Wytwarzamy je w sobie pod wpływem silnych, perswazyjnych lub opresyjnych oddziaływań rodzinnych, kulturowych, społecznych, zgodnie z tradycją i obyczajem, z historią własnej klasy, rasy, grupy przynależności, narodu. Należą do repertuaru wychowania, enkulturacji i adaptacji społecznej. Stereotypy bywają wygodne i nieszkodliwe, pod warunkiem, że pozostają pod kontrolą świadomości obydwu rodzajów. Rzecz w tym, czy kryjący się za nimi sąd jest wypracowany, wyrozumowany, „przetrawiony” samodzielnie, na podstawie własnego doświadczenia, własnych studiów i analiz, czy też „wdrukowany” mechanicznie  z zewnątrz przy pomocy jednej z wielu technik formatującej tresury. To pytanie niezwykle istotne dla każdego, kto aspiruje do podmiotowości i życiowej kreatywności.

Czy w swych sądach jesteśmy zawsze autentycznie samodzielni? Czy też nam się to tylko wydaje, ponieważ ktoś przemyślnie nas uwarunkował? Czy nasza wolność wyboru, a więc i podmiotowość, jest prawdziwa, czy tylko iluzoryczna? I czy, w efekcie, nasza decyzyjność jest – także i w tym aspekcie – odruchowa, reaktywna, czy raczej napędzana wpisanym w nas oprogramowaniem? Jeśli tak – to w jakim stopniu? I dlaczego? Odpowiedzi na te pytania należy szukać samemu – w sobie. Nie ma na to żadnej uniwersalnej instrukcji, żadnego testu, pozwalającego sprawdzić, czy i w jakim stopniu jesteśmy wolni duchem i umysłem.

W przyrodzie nie ma czystych skrajności, więc i w tych kwestiach dzieje się podobnie. Zostaliśmy przecież jakoś ukształtowani przez wychowanie, edukację, adaptację, nabytą wiedzę – a wszystko to ewoluuje w miarę nabywania doświadczenia. W sytuacjach decyzyjnych – zwłaszcza tych poważnych – powinniśmy jednak próbować zastanowić się przez chwilę, co nami w danej chwili powoduje. Dobrze jest bowiem zdawać sobie sprawę, na ile nasz rozwój życiowy, w każdym aspekcie naszej natury – i wszelkie tego konsekwencję – prowadził do opanowania trudnej sztuki samostanowienia, którą powinniśmy się teraz wykazać. I czy aby po drodze nie próbowano hodować nas na psychospołecznego pudla, który, gdy trzeba, zareaguje zgodnie z zakodowanym wcześniej programem? I co wynika z odpowiedzi na te pytania?

Jako się rzekło na samym początku, wątkiem przewodnim w podążaniu tropem ludzkich losów ma być przyglądanie się decyzjom, jakie na nich ważyły. Nie czas teraz i nie miejsce na drobiazgowe roztrząsanie dylematów ludzkiej podmiotowości. Kto chce, może sięgnąć do tego, co na te tematy zapisano i przedstawiono w niezliczonych, uczonych księgach, czy dziełach wielkich artystów. Pozostańmy więc przy ogólnej konstatacji, iż w trakcie tej wędrówki, należy w pierwszym rzędzie zwracać baczną uwagę na to, czy ludzi „pcha” naprzód ich wolna wola, czy jakkolwiek wszczepiona bezwolność. Inaczej bowiem przyjdzie oceniać to, czy w czynieniu czegokolwiek, dobra lub zła, człowiekiem kierują jego własne intencje, otwarty umysł i autentyzm emocji, czy tylko następstwa tresury – odruchy, przyzwyczajenia, nawyki, stereotypy.

Powie ktoś, że w obydwu opisywanych przypadkach ma on subiektywne poczucie niekwestionowanej, podmiotowej sprawczości, niczym nie skrępowanej swobody wyboru i działania. W jakim stopniu jest to prawdą, a w jakim iluzją? To nigdy nie jest tak oczywiste, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Wszelako rozeznanie się w tym pozwala  łatwiej przewidywać dokąd w wieczności doprowadzi obrana droga życia. Każdy chciałby dostać „przydział” jak najlepszy – lecz na to trzeba w życiu dokonywać właściwych  wyborów. Iluzoryczność podmiotowości temu nie sprzyja, gdyż wywodzi nas na manowce jakże niebezpiecznej bezwolności.

Błądzić jest rzeczą ludzką, ale jest również w mocy człowieka z błędów się „leczyć” – poprzez otwarcie umysłu i duszy zrozumieć je, a za ich skutki odpokutować. Dopóki żyjemy, dopóty jest na to nadzieja, a wraz nią szansa na przebaczenie i rozgrzeszenie zła, uczynionego wcześniej z głupoty, niewiedzy, słabości, strachu, lub nawet nieczystych intencji. Od tego, jak zostanie nam to „policzone” i „rozliczone”, zależeć będzie dużej mierze gdzie „wylądujemy” w wieczności. Chociaż i tak ostatecznie  rozstrzygnie o tym Boże miłosierdzie.

3.1.4.  Dusza i sumienie

Powstaje jednak pytanie: czy można chcieć wybierać zło z pełną świadomością, że jest ono właśnie złem? Kto nie pragnąłby nie popełniać błędów, prowadzących do zła? Kto chciałby dobrowolnie gubić własną duszę? Przecież przychodzimy na świat z założonym w nas potencjałem dobra. Co musi się wydarzyć, by został on zmarnowany, roztrwoniony, lub wygaszony? Czy możliwa jest tresura odruchowości w czynieniu zła? I na jakim poziomie ludzkiej natury miałaby się ona dokonywać? Wszak nikt nie rodzi się nikczemnikiem – tylko się nim może stać. Jak, dlaczego, z jakiego powodu, za czyją sprawą?

Choć pytania te wydają się „wydumane”, sztuczne, a dla niektórych nawet brzmią bezsensownie, to jednak nie można ich nie postawić. Wiele wskazuje na to, że są w pełni  uzasadnione. Mówiąc metaforycznie, jeśli istnieje zbuntowany anioł, to tym bardziej musi istnieć zbuntowany człowiek. Pojęcie buntu przeciw Bogu nie jest tylko figurą retoryczną. I nie wolno ironizować, że to tylko religijny mit, symbol lub zgoła zabobon. W Boga można nie wierzyć, lecz nawet wtedy, na wszelki wypadek, lepiej z Niego nie drwić i nie mieć z Nim na pieńku.

Pozostawmy doktorom teologii rozważania na temat defektów bytów anielskich i zostańmy przy potomstwie Adama. Nasz praojciec łaskaw był ulec pokusie i dał sobie zapaskudzić duszę jakże buntowniczym grzechem pierworodnym. Podobnie każdy z nas bywa poddawany na drodze swego życia zabiegom bynajmniej nie niebiańskim, prowadzącym  do zagubienia własnego człowieczeństwa, do atrofii sumienia i – mówiąc symbolicznie – do postawy upadłego syna Bożego. Brzmi to może nazbyt pompatycznie, lecz da się przełożyć na konkret i smutne efekty życiowe. Odruchy czynienia zła nie są bowiem tylko hipotezą – są czymś bardzo realnym i wcale nie tak rzadko spotykanym. Właściwie, rzec by należało – są powszechnością, acz w różnym zakresie i o różnej mocy.

Co to znaczy – czynić zło? Czym ono w ogóle jest, lub być może? A może lepiej zastanowić się, czy aby nie idzie tu raczej o niedostatek dobra? O to, co Augustyn nazywa „psuciem miary, postaci i porządku”? Lub o to, że z rozmaitych powodów nie czynimy wszystkiego, co możliwe na jego rzecz?

A może jednak założyć, że istnieje naturalny i autonomiczny imperatyw zła, wpisany chociażby w konieczność walki o przetrwanie – choć nie tylko. Dobrze zrozumiałym przykładem byłaby tu być agresywność zachowań, motywowanych naturalnym popędem eksploracji, dążeniem do dominacji czy zawłaszczaniem dóbr lub terytorium.

Przyjęcie takiej idei byłoby niczym innym jak pogodzeniem się z manichejską wizją świata i człowieka, sprytnie wkomponowaną we współczesny redukcjonizm antropologiczny.  Albowiem w swej wersji praktycznej doprowadzić by nas musiała do prostackiego fałszu psychoanalizy, która uczyniła z człowieka karykaturę dzieła Stworzenia. Założenie istnienia w ludzkiej naturze autonomicznych żywiołów destrukcyjnych, nie ogarnianych i kontrolowanych przez świadomość, wyłączonych spod oglądu sumienia, a także nie poddających się woli – to zredukowanie człowieka do poziomu animalizmu. Wtedy działa tylko instynkt, a u jego podłoża tkwi wyłącznie biologiczność, podlegająca jedynie prawu entropii.

Powiedziane jest, że Stwórca obdarza ludzi różnymi darami – wiedzy, prorokowania, nauczania, posługiwania, napominania, kierowania. Każdy otrzymuje jakiś talent, zdolności, predyspozycje, powołanie – różnie to się zwie i przejawia, lecz zawsze idzie o jedno i to samo: o określony potencjał działania ku pożytkowi, dobru i pięknu. Nie istnieje nic takiego, jak wrodzony, zadany potencjał celowego niszczenia, działania na szkodę innych. Nawet walka o byt nie musi wykraczać poza konieczność samoobrony i zapewniania środków do życia – a już na pewno nie musi być żywiołową, bezmyślną ekspansją agresji i destrukcyjności. Możliwe jest natomiast zaprzepaszczanie darów, sprzeniewierzanie się temu, co za ich sprawą powinniśmy czynić. Jest to zjawisko aż nazbyt częste, zaś jego powszechność ma swoje źródło w niedoskonałości ludzkiej natury, w błędach rozumu, w zawirowaniach duszy – w sumie w tym, co teologia zwie grzesznością.

Człowiek obdarzony został sumieniem i wolą, będącymi pospołu tak duchowym kompasem, jak i napędem jego uczynków. I jedno, i drugie otrzymał jednak nie po to przecież, by z rozmysłem czy lubością działać na rzecz zła. Może je czynić, wszelako nie z jakiegoś zadanego przez Boga przymusu lub nakazu – lecz z powodu rozlicznych „defektów”, i to dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, niedostatku wykształconych zdolności do rozpoznawania własnego powołania i wynikających z niego powinności moralnych – a zatem za sprawą wielorakich deficytów rozwojowych. Po drugie, niedostatku gotowości do działania godziwego – lub świadomej rezygnacji z niego – a zatem z powodu wypierania wrodzonego imperatywu dobra we własnym sumieniu i woli. W ostatecznym rachunku, to także jest nabyty defekt formacyjny w sferze duchowej.

W grę wchodzi więc bądź czynienie zła niejako mimowolnie, bezwolnie, na zasadzie „nie wiedzą, co czynią”, bądź postępowanie, świadomie wycofujące się z konieczności sprostania temu, co zadane i nadane przez Boga. Jest wreszcie pewien wariant pośredni, który najlepiej obrazują sławetne słowa Hamleta: „tak to rozwaga czyni nas tchórzami”. A więc „wiem, że czynię źle, ale jednak tak postąpię, ponieważ…” – i tu zaczyna się racjonalizacyjna  żonglerka, lub zdawanie się na bezrefleksyjną, reaktywną odruchowość. Przekaz, zawarty w zawołaniu udręczonego księcia duńskiego, obejmuje wiele kategorii przyczyn i skutków. Daje się więc wyrażać na wiele sposobów, opisujących to wszystko, co zalicza się do nieskończonych wręcz odmian ludzkich słabości i lęków.

Darujemy sobie uczone roztrząsanie dylematów etycznych, zwłaszcza w kontrze do  manicheizmu. Do niczego nie będzie tu potrzebne; poza tym bywa szalenie zwodnicze. Pozostaniemy jedynie przy stwierdzeniu, że człowiek, w swych wyborach i decyzjach, może czynić zło jedynie na zasadzie odstępowania od czynienia dobra. Są tu dwie możliwości. Pierwsza, to odstępstwo świadome, ukierunkowane na osiąganie określonych celów, korzyści własnych i efektów w skali mikro i makro. Druga zaś to odstępstwo mimowolne, jakkolwiek uwarunkowane i zaprogramowane, czyli przeniesione do sfery odruchowości myślenia, odczuwania i działania. Zresztą także i ten pierwszy przypadek da się – do pewnego stopnia – podciągnąć pod praktykę formatowania świadomości przez tresurę, tyle że niezwykle zaawansowaną, rozciągniętą w czasie od wczesnych lat życia.

Wytwarzanie odruchów tego rodzaju nigdy nie odbywa się pod hasłem czynienia zła. Zawsze robi się to poprzez wszczepianie jakichś uzasadnień czy usprawiedliwień dla wyboru celów i środków postępowania, sprzecznych z normatywnością etyczną. Co najciekawsze i znamienne – żadna tresura w tym zakresie nie określa w sposób jawny, iż ma służyć czemuś nagannemu. Maskowana jest pozorami – bądź to jakiejś wyższej konieczności, bądź niezwykłej użyteczności, bądź jakichś wyższych celów, rozmaicie zresztą definiowanych. W podtekście, nieodmiennie odwołuje się do interesu własnego osoby programowanej, do jej najniższych instynktów, pokus, pychy, wreszcie do rozmaitych lęków.

Wiele jest ścieżek jakimi można wywieść duszę i sumienie na manowce. Ogromna ich część zrazu jawi się jako droga ku temu co właściwe, słuszne i dobre. Podążający nią za swymi chytrymi  przewodnikami zwykle nie spostrzegają – zwłaszcza na samym początku – fałszywości, sztuczności mijanych krajobrazów. Rzecz bowiem od samego początku zasadza się właśnie na kłamstwie, na zwodzeniu, na grze pozorów, na półprawdach, na mamieniu, osaczaniu, intrygowaniu, przeinaczaniu. Także i zastraszaniu – niekoniecznie od razu bezpośrednim, jawnym i brutalnym; choć gdy trzeba, to i takie się stosuje. Zaczyna się zwykle od chytrej łagodności, oswajania i wzbudzania zaufania do tresera, sączenia pokrętnych wątpliwości lub podejrzliwości, grania na próżności i wbijaniu w pychę. Gdy kandydat jest gotów, rozpoczyna się wytwarzanie właściwych odruchów..

Wypracowano mnóstwo technik psychologicznych, w których stopniuje się napór na to, w co wyposażył człowieka Stwórca – na sumienie i na duszę. Ci, którzy się tym zajmują – teoretycznie i naukowo, czy też praktycznie – mają jednak pewien kłopot, niejako fundamentalny. Otóż nie sposób tych darów całkowicie zniszczyć. Nie są to „narządy” czy „organy”, które dałoby się  zoperować, usunąć, wymienić, obejść jakimiś by-pasami. Co więcej – głosu sumienia i duszy nie da się całkowicie „wyłączyć”, można go tylko wyciszyć, zgłuszyć, obudować tłumikami. Gdzieś tam „w środku”, choćby i w cichym tle, daje o sobie znać, szuka sposobności, by się jakoś przebić do świadomości. I często mu się to udaje. Historia zna niezliczone przypadki przemiany ludzi, duchowo jakby już obumarłych, na dobre „wypranych” z człowieczeństwa, uczciwości, prawości, nawet z elementarnej  przyzwoitości. Przypadki, zdawać by się mogło, beznadziejne. Zrobotyzowani w swych odruchach, jakoś jednak się budzili i wracali do „świata żywych”. Co dzieje się po takim odrodzeniu – to już inna historia; z czasem przyjdzie i o tym opowiedzieć.

Wytwarzanie odruchowości w odstępowaniu od czynienia dobra polega na takim formatowaniu człowieka, by uzyskać dwa efekty Po pierwsze idzie o zerwanie więzi  świadomości moralnej i woli z wewnętrznym głosem sumienia, i tym samym zniwelowaniu jego sprawczej mocy – tak poznania, jak i działania. Po drugie, należy równocześnie, niejako równolegle, tak deformować emocjonalność i umysłowość, by maksymalnie zredukować je do poziomu sztywnych nawyków i stereotypów. Jako się rzekło, można to robić na dwa sposoby. Mówiąc obrazowo, metaforycznie – można potwora hodować od małego, można też przepoczwarzać w potwora kogoś wcześniej już ukształtowanego, uformowanego w ramach pozytywnej tradycji społecznej, kulturowej, nawet religijnej. W obydwu przypadkach idzie o przekształcanie „materiału wyjściowego” do postaci z góry zaprogramowanej, przeznaczonej do użycia w określonych celach. Różnica polega tu jedynie na tym, od którego momentu rozpoczyna się owa transformacja.

Jest to o tyle ważne, że im wcześniej inicjuje się ten proces, tym łatwiej uzyskuje się pożądane efekty. I nie chodzi tylko o podatność materii, o jej elastyczność, lecz także – a może w głównej mierze – o trwałość przemiany i o jej silniejsze uwewnętrznienie w subiektywnym poczuciu własnej wartości osobnika formatowanego. Tak właśnie ma się rzecz w przypadku chociażby ludzi tresowanych od dziecka do okrucieństwa i walki – janczarów, pionierów czerwonych i brunatnych, nizaryckich assasynów i innych islamskich samobójców, berserków różnych tradycji i kultur. W wymiarze funkcjonalnym potrafią być herosami, w wymiarze duchowym – ledwie doniczkowymi drzewkami bonsai, a i to niekoniecznie urodziwymi. W wersji najłagodniejszej są wychowankami różnych Fajginów, w brutalniejszej – fanatycznymi bojownikami licznych ideologii, wreszcie, na końcu skali okrucieństwa – zwykłymi mordercami, zwyrodnialcami, wszelkiej maści oprawcami.

Nie wszyscy, oczywiście, bywają hodowani z myślą o bieganiu z nożem w zębach. Nieodmiennie jednak idzie o taką czy inną formę deprawacji moralnej – w wersji ostrej lub łagodnej, społecznie akceptowalnej lub nie, jeszcze tolerowanej, lub już potępianej. O gotowość do odstępowania od czynienia dobra – jakkolwiek motywowaną, o pozbawienie zahamowań w tym względzie. Krótko mówiąc, można ukształtować osobnika w ogóle bez skrupułów moralnych, lub też człowieka, który może i ma o nich pojęcie, lecz któremu, gdy zajdzie potrzeba, można je sytuacyjnie wyperswadować – i to bynajmniej nie na siłę. Pierwszy przypadek, który, tak po ludzku, należy uznać za beznadziejny, ma to do siebie, że z reguły nie poddaje się żadnej argumentacji. Robot pozostaje robotem – nawet jeśli cechuje go wysoka inteligencja, czyli znakomita sprawność  operacyjna. Drugi natomiast przypadek, choć nie mniej destrukcyjny, bywa jednak uleczalny.

Rzecz bowiem kryje się w zachowaniu (lub nie) zdolności do refleksji wewnętrznej. By to bliżej wyjaśnić wystarczy posłużyć się do porównaniem z dziedziny informatyki. Ludzie pierwszego rodzaju mają sformatowane swoje naturalne „twarde dyski” niejako „od nowości”, od stanu niemal „fabrycznego”. Natomiast tym drugim wprowadza się – obok tego, lub na to, co już wcześniej zdążyło się na nich zapisać – dodatkowe, dominujące oprogramowanie pasożytnicze. Nie niszcząc wcześniej wpisanych plików, programów i pamięci, jedynie blokuje się na różne sposoby ich potencjał operacyjny lub wykasowuje ich  nagłówki i adresy. Gdy coś z tego „zamrożonego kapitału” jakimś trafem odezwie się lub przebije przez zainstalowane blokady, pojawia się niepokojąca – z punktu widzenia programistów – dysfunkcyjność typu „cross-processing”. Wracając do ludzkiej mowy, polega to na pojawianiu się przebłysków wątpliwości, wahań, refleksji, napięć emocjonalnych, prób autonomizacji myślenia. W wielu przypadkach, nie wiedzieć dlaczego, odzywa się znienacka dziwny wewnętrzny pogłos, jakby echo głosu sumienia. A to już dobry znak.

Należy podkreślić, że trwałość tresury tego drugiego rodzaju polega bardziej na sile i bezwładności nawykowych racjonalizacji, niż na bezmyślnej, odruchowej reaktywności umysłu i automatycznym włączaniu się algorytmów działania. Mówiąc jeszcze inaczej, u ludzi „przekabaconych” w późniejszym wieku, brak skrupułów zwykle idzie w parze z mniej lub bardziej uświadomionym moralnym relatywizmem; właściwie nie zawsze wiadomo, co tu jest przyczyną, a co skutkiem. Tak czy owak, coś jednak uwiera w duszy i w rozumie, odzywa się wiedza, wychowanie, tradycja kulturowa, jakieś wzorce, nawet niejasne nastroje. W wariancie tylko „przysposobionym”, nie w pełni zrobotyzowanym, ów relatywizm bywa silnie podbudowany bogatą argumentacją, zasadzającą się na przekłamaniach, lub jawnym fałszu. I – znów mówiąc metaforycznie – w tej konstrukcji należy szukać furtki, przez którą dałoby się z zewnątrz wprowadzać do zainfekowanych umysłów i dusz „lekarzy” lub „agentów”, którzy albo zdołają rozpocząć kurację ozdrowieńczą, albo sprawnie utłuką zagnieżdżone pasożyty. Co ciekawe – i obiecujące – niekiedy wystarczy samo tylko jej uchylenie…

Jak odbywa się taka tresura? Schemat jest dość prosty. Ludzkie roboty hoduje się klasycznymi metodami warunkowania z zastosowaniem całej gamy kar i nagród. „Masz bić kolegów tak, żeby nie zostawiać śladów” – tak uczył pewien ojciec swego małego synka. Karał go nie za bicie, kradzieże, oszukiwanie czy inne podłości, lecz wyłącznie za to, że dawał się łapać na gorącym uczynku. Złe postępki, gdy przynosiły wymierne korzyści czy chociażby tylko satysfakcję, nagradzał jako dobre. Wpadki były surowo zabronione i traktowane jako naganne – groziło za to pozbawianie pożądanych fantów, rozmaite przykrości, włącznie z groźbą pozbawienia rodzicielskiego szacunku i miłości. Żadnego zrozumienia dla innych, żadnych empatycznych fanaberii. Wyłącznie wzbudzanie i ogniskowanie agresji na walce o zaspokajanie swych potrzeb, traktowanie świata jak dżungli, w której trwa nieustanna wojna wszystkich ze wszystkimi o zasoby, łupy i terytorium. Jestem tylko ja – i moi wrogowie, którym należy zabierać co się da, a ich samych niszczyć, upokarzać, a w ostateczności eliminować. Pokonanymi można jedynie gardzić.

zy ów ojciec miał zamiar celowo tworzyć potwora? Raczej nie – szło mu zapewne o to, by umiał „radzić sobie w życiu”. Sam postrzegał świat jako jedną, wielka arenę z szalejącymi na niej dzikimi zwierzętami – i taki obraz wbijał dziecku do głowy wszystkimi dostępnymi mu metodami. Zapewne – w najlepszej wierze – chciał ukształtować swego potomka na wojownika, który nie dałby się na tej arenie zagryźć. Taka postawa i taka pedagogika są dość powszechne wówczas, gdy ludzi dzieli się umownie na „strzelców” i „jeleni”. Nie ma tu miejsca na żadne pytania, czy niejasności. „Gdy spotykam człowieka w ciemnym lesie, najpierw strzelam, a dopiero potem pytam, kto zacz” – oto dewiza rzeczników i praktyków takiej filozofii życiowej. I tak to przechodzi z ojca na syna, z pokolenia na pokolenie.

Nawiasem mówiąc, z kobietami rzecz ma się podobnie co do zasady, acz nieco inaczej co do rodzaju „oprogramowania”. Jak by to nie zabrzmiało brutalnie, tresuje się je do oszukańczego rozgrywania pozorowanej słabości i wabiącej emocjonalności. Mężczyźni wykorzystują bez skrupułów swą siłę, kobiety – moc wabienia i przebiegłość. Inteligencja, jako sprawność operacyjna, przydaje się i jednym, i drugim. W destrukcji liczy się sprawność i skuteczność – osiągana już to w walce bezpośredniej, już to w uciekaniu się do podstępu. I nie ma co się tu oburzać – natura obdzieliła nas po równo podatnością na zepsucie.

Kobiety, podobnie jak mężczyźni, po odpowiedniej „obróbce”, potrafią być równie jak i oni bezwzględne w dążeniu do wyznaczonych celów. Je także można odpowiednio  „zaprogramować” – i też od maleńkości – tyle że z uwzględnieniem psychofizycznej specyfiki ich płci. Ludowe powiedzenie, iż „gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”, brzmi tyleż banalnie, co prostacko, niemniej dobrze oddaje naturę kobiecej przebiegłości, zwłaszcza należycie wyćwiczonej.

Cóż, rodzice, jeśli nawet wychowują dzieci do życiowej bezwzględności, zwykle usprawiedliwiają się troską o ich przyszłość i dobrymi intencjami. Od biedy można jeszcze zrozumieć rozmaitych edukatorów, którym też wydaje się, że działają w najlepszej wierze i  zarzekają się, że kierują  nimi szczytne pobudki. Wiedzą, że świat jest okrutny, więc przygotowują wychowanków do poruszania się w nim w miarę sprawnie, bezpiecznie i maksymalnie skutecznie. Co jednak powiedzieć o tych, którzy uprawiają te praktyki niejako „zawodowo”? O tych, których zadanie polega na świadomym tworzeniu – w sposób profesjonalny, metodyczny – użytecznych „ludzkich” narzędzi do walki z innymi i przeciw innym, bez sentymentów i powoływania się na wyższe racje? Nie są to bynajmniej tylko jacyś dewianci, „zupaki” w mundurach lub cywilnych ubrankach, nawet ideologiczni fanatycy. Często takich treserów spotyka się w eleganckich salonach, czy naukowych laboratoriach. To godni następcy Machiavellego i Pawłowa, od zawsze honorowani za swoją wiedzę i efektywność – bo chyba nie za cnoty moralne.

Hodowanie nagiej, brutalnej siły, czy chytrej przebiegłości, samo w sobie nie ma sensu. Trzeba znaleźć dla tych „przymiotów” jakieś zastosowanie. Z czasem przechodzi się więc do fazy konkretyzowania celów bardziej szczegółowych. Prędzej czy później znajdują się po temu okazje, pojawiają się bowiem chętni do zagospodarowania osobników wyposażonych w stosowne umiejętności i sprawności, za to pozbawionych moralnych zahamowań. Zleceniodawców nigdy nie brakuje – pełno ich wszędzie, od banalnej mafii, przez wojsko, politykę, biznes, aż po naukę i sztukę. Prawo popytu i podaży działa na każdym rynku – w tym  na rynku brutalności i podstępu. Warunkiem „angażu” (w mniej lub bardziej eleganckiej formie) jest gotowość do działań bezwzględnych, brak jakichkolwiek skrupułów. To cechy przydatne w każdym systemie – od despocji po demokrację, w każdej ideologicznej maskaradzie, w każdej grze interesów – i tych małych, i tych największych. Stroje i dekoracje też mienią się całą gamą barw, krojów i rekwizytów – od gałganiarskich szmat, po wizytowe fraki, od nagiej pałki w ciemnej ulicy, po wyrafinowane akcesoria w wytwornych salonach, gabinetach i buduarach. Nie trzeba chyba przywoływać tu przykładów – każdy sam doskonale znajdzie je w bliższym czy dalszym otoczeniu, wśród osobników płci obojga.

Gdy treserzy biorą się do obróbki kogoś dorosłego, już wcześniej jakoś ukształtowanego, muszą najpierw rozpoznać „parametry materiału” – przede wszystkim słabości, ambicje, drzemiące niezaspokojenia, status społeczny, pochodzenie, wykształcenie, cenzus majątkowy, skrywane tajemnice, czy małe grzeszki. Zawsze znajdzie się gdzieś jakiś słaby punkt, „miękkie podbrzusze”, szczególnie podatne na oddziaływania korumpujące, osłabiające wrażliwość oraz głos sumienia i woli. Ludzie mają przecież rozmaite braki i  deficyty – obiektywne, lub tylko we własnym wyobrażeniu. Niewielu jest takich, którzy uważają, że wszystko jest jak należy. Zwykle czegoś im niedostaje – pieniędzy, sukcesów, pozycji społecznej, szacunku, władzy. Niektórzy pragną ukryć przeszłość. Tylko nieliczni nie czują potrzeby wywyższenia się, nie zabiegają o awans, czy wzbogacenie się każdym sposobem, nie mają przymusu pięcia się w górę na skalach rozmaitych przynależności społecznych. Ci są najbardziej odporni. Powiada się jednak, że każdego można kupić albo przekabacić. Rzecz w tym tylko, za jaką cenę  gotowi dać się skorumpować – psychicznie, społecznie, mentalnie, czy duchowo.

Istnieje jeszcze jedno pole manipulacji ludzkim sumieniem – gra na poczuciu winy. To bardziej wyrafinowana forma wytwarzania i utrwalania odruchów „wielowymiarowych”, obejmujących zarówno myślenie jak i emocje – a w konsekwencji także zachowania. Mechanizm jest bardzo prosty. Sumienia się nie zabija, lecz je osłabia na tyle, by, co prawda, nieustannie dawało o sobie znać. lecz by nie miało żadnej mocy autoregulacyjnej. Działa to na zasadzie „wiem, że robię źle, ale nie potrafię się od tego uwolnić”. Treser znajduje dla tego usprawiedliwienie, zazwyczaj w postaci racjonalizacji – nie usuwa przyczyny, lecz znajduje dla niej uzasadnienie. Podtrzymuje ludzką słabość w stanie „czuwania”, gotowości do bezwolnego zadziałania na określone bodźce czy sytuacje. Nagrodą dla tresowanego jest okazywana mu wyrozumiałość i nawet łaskawość – ale zawsze warunkowa. Zostanie ci wybaczone – ale wyłącznie wtedy, gdy będziesz posłuszny i robił to, czego się od ciebie zażąda. Gdy tylko się wyłamiesz z rygoru posłuszeństwa – zostaniesz napiętnowany.

Specyficzną odmianą tej formy warunkowania jest wmówienie komuś, że postąpił – lub postępuje – niewłaściwie lub niegodnie, i tym samym powinien czuć się winny czyjejś krzywdy, lub jakiegoś zła. Można to wdrukować człowiekowi słabemu, nawet wbrew oczywistej fałszywości zarzutów. Na tym polega, między innymi, emocjonalny szantaż, pozwalający trzymać w szachu tych, nad którym chce się dominować i których chce się  wykorzystywać. Istnieje wiele odmian tego rodzaju „technik” manipulacji, stosowanych zarówno w relacjach osobistych, jak i społecznych.

Stałe poczucie winy jest straszliwie obezwładniającym stanem duszy. To nieustanny dysonans, dyskomfort, lękowe napięcie, strach przed demaskacją lub wykluczeniem. Można go przyrównać do męki wiecznego potępienia. Cechuje ludzi o niskim poczuciu własnej wartości, zaniżonej samoocenie, zależnych od cudzych opinii. Manipulowanie poczuciem winy zasadza się na fałszywej obietnicy czyśćcowego odkupienia, dostępnego tylko z woli innych. To owi „inni” mają w swym ręku środki, by zaspokoić zakorzenioną głęboko w duszy, nigdy nie wygasającą potrzebę ekspiacji. U ludzi zmanipulowanych i stosownie sformatowanych przekłada się ona na uległość wobec oczekiwań treserów. Spełnianie ich przynosi nagrody w postaci akceptacji, mającej wszelkie znamiona przebaczenia warunkowego.

Zadanie dobrego fachowca polega na odszukaniu utajonej słabości, punktu zaczepienia dla zastawianych pułapek. Następny krok to oszacowanie, co najlepiej zaoferować – ile, i w jakiej walucie – by ofiara skłonna była zrezygnować ze skrupułów moralnych i odstąpić od zasad, tradycyjnie uznawanych za wysoce etyczne. Gdy zacznie rozważać taką ewentualność, gdy złapie się na haczyk, gdy dostanie jakąś niewielką zaliczkę jako zapowiedź przyszłych gratyfikacji – wówczas z mniejszymi raczej, niż większymi oporami oddaje się w ręce swego „programisty”. Rozpoczyna się gra – albo kuszenie, albo straszenie, albo jedno na przemian z drugim. Reszta to już tylko technologia, usuwanie wewnętrznych rozterek, stopniowanie manipulacji, odpowiednio rozłożonej w czasie. Opis tych praktyk wymagałby zapisania wielu stron papieru – darujmy więc to sobie, zostawiając pole do twórczych poszukiwań tym, których to z jakichś względów szczególnie interesuje.

Jako się rzekło, w obydwu wariantach efekt jest taki sam – wyłączenie sumienia ze współudziału w kreowaniu własnego życia. Następstwa bywają mniej lub bardziej dramatyczne, nawet widowiskowe, a u podłoża ich wszystkich tkwi jedna i ta sama zasada deprawowania ludzkich sumień. Brzmi to może aż nazbyt ponuro, lecz warto się pocieszyć, że rzeczywistość nigdy nie jest tak schematycznie apokaliptyczna. Za wyjątkiem przypadków skrajnych, o wyraźnych cechach beznadziejnej, zogniskowanej patologii, reszta nie jest wyłącznie czarno-biała. Raczej szara, o różnym stopniu deformacji i dysfunkcji, pozostaje rozmytym pomieszaniem dobrego i złego, nikczemnego i szlachetnego, mądrego i głupiego, godziwego i niegodziwego. Najczęściej jest nieustannym błądzeniem, nabywaniem doświadczeń metodą prób i błędów, pokonywaniem własnych słabości, ale i naporu z zewnątrz.

 Ów napór bywa niekiedy aż nadto przemożny. Niełatwo mu się przeciwstawiać, zresztą nie każdy rodzi się siłaczem czy herosem, nie każdego też Bóg przeznaczył do świętości. A „zwyczajność” okazuje się być niezwykle trudna. Pewien mądry pisarz (Tolkien), tak to określił w jednym ze swoich listów: „Duch niegodziwości jest obecnie tak potężny i wielogłowy w swoich ucieleśnieniach, że wydaje się iż pozostało nam tylko indywidualnie nie godzić się na oddawanie czci którejkolwiek z głów hydry”. W tym właśnie rzecz – w osamotnieniu tych, którzy nie chcą poddać się znieprawieniu. Powyższa diagnoza to wielkie oskarżenie czasów, w jakich została sformułowana. Niestety, wciąż jest aktualna.

Świat nigdy nie był i nadal nie jest rzeczywistością idealną, wypełnioną samym tylko dobrem i ludzką szlachetnością. Rzecz w proporcjach, w tym, czy tego dobra przybywa, czy ubywa. Czy to, co pozytywne, sumuje się na tyle, by przeważać w życiu zbiorowym, czy też zostaje przytłoczone przez to, co w nim negatywne? Od tego bowiem zależy ogólny klimat społeczny, spójność wspólnotowa, poczucie bezpieczeństwa. Parafrazując słowa innej autorki, napisane po tragicznych latach wojny, można powiedzieć, iż „to ludzie wspólnie gotują sobie taki, a nie inny los”.

Dlatego właśnie potęga owej niegodziwości, o której pisał Tolkien, nie jest czymś teoretycznym, niewidzialnym, a już na pewno nie bezimiennym. Ucieleśniona jest bowiem w konkretach – systemach, jakie ludzie sami stworzyli. Te systemy też zresztą nie są anonimowe – mają swoich ojców-założycieli, hierarchie władców, prawodawców, kapłanów i wychowawców, kontrolerów i strażników. Także niemałe kręgi szeregowych beneficjentów. Nie jest bowiem tak, że wszyscy są  ofiarami systemów opresyjnych.  Istnieją całe rzesze ludzi, którzy je akceptują, przyjmując rozmaite postawy adaptacyjne i realizując swoje pomysły na życie – czy przykrawając je na tyle, na ile pozwalają okoliczności.

Istnieje pewne pojęcie, które warto tu przywołać – Zeitgeist, czyli duch czasu. Niezależnie od tego, skąd się wzięło, jak zostało zdefiniowane i co miało wyjaśniać, doskonale nadaje się do hasłowego określania stanu rzeczywistości, kreowanej przez ludzi na miarę ich możliwości, ambicji i chęci. Każda epoka wytwarza własny klimat duchowy, który  w przełożeniu na życie jednostkowe i zbiorowe wyznacza własne standardy dla owej proporcji dobra i zła w przestrzeni kulturowej i cywilizacyjnej. Od niego zależy jej moc generatywna w sferze wartości i antywartości. Dla jednostek jest to przestrzeń możliwości aktualizowania tego, co zadane im zostało przez Stwórcę w postaci „zaczątkowej” – godności osoby ludzkiej – w warunkach afirmacji, lub negacji wartości duchowych. W praktyce ogniskuje się to w pierwszym rzędzie na wychowaniu i edukacji. Na tym, czy rozwój człowieka dokonuje się poprzez formacj, czy w głównej mierze przez formatowanie. Pierwsza stwarza szanse rozwoju jego podmiotowości i kreatywności, drugie – wymusza jego uprzedmiotowienie.

Nie ma ani sytuacji, ani stanów idealnych. W wyniku niezliczonych oddziaływań, różnego rodzaju i o różnym natężeniu, zwykle uzyskuje się w tej materii efekty pośrednie. Historia dowodzi, że – z powodów, które teraz pominiemy – rozkład tych efektów nigdy nie był, i być nie może zupełnie „normalny” (mówiąc formalnie). Zazwyczaj bywał skośny – z wyraźnym przechyłem raz w stronę dominacji wartości, innym razem znów w stronę przewagi antywartości. Tak to się już dzieje, że „postać świata tego”, także ów zeitgeist,  zawsze zależy od rodzaju i skali tych odchyleń, a w ogromnym stopniu także od tego, co zostanie objęte obszarem umownej „normalności” – i za taką powszechnie uznane.

Niektóre koncepcje historiozoficzne określają czas naszej współczesności jako fazę ekspansji cywilizacji bezdusznej, zmechanizowanej i stechnicyzowanej, w której wygasła afirmacja wartości, ustępując pola wszechogarniającemu utylitaryzmowi. Zredukowani do postaci funkcjonalnej jednostki społecznej (social unit), wszystko mierzymy wyłącznie użytecznością i sprawnością wykonywania stawianych przed nią zadań. A to, w oczywisty sposób, promuje te formy wychowania,  masowej edukacji i wymuszonej adaptacji , które zasadzają się na programowaniu niezbędnych po temu cech i umiejętności.

Komu zatem potrzebna jest jakaś duchowość – tym bardziej, że nie sposób jej nijak sfunkcjonalizować? Ze swej natury niewymierna, nieoznaczona, „bezproduktywna”, nie da się przekładać na bezpośredni zysk. Chyba że pośrednio, w sferze kreatywności zadaniowej i praktycznej, przeliczalnej na konkretne efekty, dające się utylizować, sprzedawać, wprzęgać w biznes, sterowność ludzkimi masami, grę życiem i śmiercią, władzę i wojnę. Fantazyjne „duchowe fanaberie i mrzonki”, takie jak chociażby skrupuły moralne, lepiej marginalizować  lub wręcz eliminować, jako potencjalne „wirusy chaosu” w doskonale zarządzanych systemach organizacji wielkich zbiorowości. Tam, gdzie „twórczy duch” da się jednak jakkolwiek parametryzować i w pewnym zakresie wprowadzać do bilansu kosztów, należy go okiełznać,  poddać kontroli i wdrożyć do służby. Wiedzie do tego droga formatowania, uwzględniającego – jako ważny czynnik dyscyplinujący aktywność – ubezwłasnowolnianie sumienia i pacyfikację świadomości moralnej.

Nie sposób wyliczyć wszystkich technik celowego i zadaniowego deformowania ludzkiej natury – w tym duchowości. Znane są od wieków – zarówno ich zasady, jak i praktyki. Dzisiaj, wzbogacane, systematyzowane i nieustannie doskonalone przez nauki szczegółowe, są wprzęgane w coraz bardziej precyzyjne  „majstrowanie” w umysłach, w mechanizmach biologicznych, w emocjach. Wszystko to było i wciąż jest opisywane w literaturze, przedstawiane w sztuce, analizowane w uczonych rozprawach. Obraz człowieka przeobrażanego wbrew sobie, stawianego wobec dramatycznych wyborów egzystencjalnych, moralnych, nawet ostatecznych, ma swoje liczne reprezentacje w mitach, legendach, nawet bajkach dla dzieci. Odwieczne zmaganie się dobra z siłami, które chcą je wyprzeć z ludzkiego życia, stanowi bodaj czy nie centralny problem, przed jakim raz po raz staje każdy z nas. Jest to walka zarówno z tym, co na nas napiera z zewnątrz, jak i – bodaj czy nie przede wszystkim –  z naszą własną niedoskonałością, słabością, uległością wobec chytrości tych, którzy – z takich czy innych powodów – dążą do podporządkowania sobie innych dla własnych celów.

3.2.  Kłamstwo i strach

Obdarzeni przez Boga wolną wolą,  możemy postępować, jak chcemy. Mamy wręcz ten komfort, że możemy wybrać, niejako perwersyjnie, nawet własne zniewolenie. Czy jednak zawsze gotowi jesteśmy je zaakceptować w sposób bezwarunkowy? Czy – jak ponuro wywiódł był Orwell – jesteśmy w stanie je wręcz polubić, pokochać? Czyżby pewne jego odmiany potrafiły być aż tak atrakcyjne, że warto ochoczo im ulec?  Czy też może zawsze jest to jakiś przymus – zewnętrzny lub wewnętrzny? Ale co wtedy z twierdzeniem, iż uświadomienie go czyni człowieka wolnym? „Staję się podmiotem dzięki temu, że wiem, iż jestem  uprzedmiotowiony”. To już nie logiczny paradoks – to jawny absurd! Ale coś go jednak musi przecież uzasadniać, racjonalizować – i to u samych jego źródeł.

A może u podłoża tego, co z zewnątrz jawi się jako przymus, tkwi subiektywne przekonanie o zasadności, nieuchronności lub wręcz wielkiej wartości czegoś, o czymś nie wiemy, nie rozpoznajemy, ponieważ pozostaje dla nas zakryte? Czegoś, co wydaje się nam niepojęte, nie do przyjęcia, nawet wrogie, co ma drugie dno, kryje zagadkę, tajemnicę, wreszcie niewidoczną dla nas perspektywę zdarzeń przyszłych o wielkim znaczeniu? Pytaniom nie ma końca. Zazwyczaj odpowiedzi na nie bywają zawoalowane, dwuznaczne, pełne niedomówień. Zawierają różne usprawiedliwienia, zawiłe uzasadnienia poczynań dziwacznych, szkodliwych, niejasnych co do czystości intencji, braku sankcji etycznej lub racjonalnego wytłumaczenia. Jeśli nawet, jako obserwatorzy, skłonni bylibyśmy rozważać serwowane nam pokrętne argumenty i przymknąć oko na ich małą wiarygodność, to i tak intuicja podpowie, że „coś tu jest nie tak”, że trąci blagą. Jeśli nie czymś gorszym.

Nie raz, i nie dwa stykamy się z fałszywą argumentacją, uzasadniającą działania naganne moralnie, w swej istocie oszukańcze, zakłamane, przewrotne, szkodliwe – acz na granicy prawa. Zwykle czujemy wtedy odruchową niechęć, często niesmak – nawet wówczas, gdy sami tak się z czegoś tłumaczymy. Istnieją dwa pojęcie, znakomicie oddające ducha tych  usprawiedliwień: obłuda i hipokryzja. Kryją w sobie nieskończoną wręcz ilość odmian fałszu. Rzadko kiedy bowiem człowiek bywa krętaczem całkowicie nieświadomie – nawet wówczas, gdy robi to odruchowo. Świadomość moralna ze swej natury nigdy nie wygasa, bywa jedynie w mniejszym lub większym stopniu tłumiona. Potrzeba dobra i wyczulenie na jego brak, to zadany przez Boga imperatyw, które daje o sobie znać już od pierwszych dni życia.

Wykryła to – ku swemu zdumieniu – nawet psychologia. Negując duchowość jako kategorię opisu ludzkiej natury, a jednocześnie nie widząc, co z tym oczywistym fantem zrobić, ubrała ją  w swoje terminy, które, prawdę mówiąc, budzą lekkie zażenowanie. Uznała – poniekąd słusznie – że empatię, czyli wyczuwanie emocji drugiego człowieka, można uznać za swego rodzaju wewnętrzny zmysł cudzych doznań na skali od cierpienia do radości. Lecz dalej zaczęły się problemy. Choć żadną miarą nie da się tego zanegować, to jednak nie wiadomo, jak to działa w sensie biologicznym czy neurologicznym,. Zatem należało znaleźć dla tego dziwnego „artefaktu” jakieś przełożenie funkcjonalne. W efekcie przywołano stare pojęcie altruizmu, który w nowej, wielce naukowej wersji, miałby być niczym innym jak jedną z wielu instynktownych strategii działania i przetrwania. W efekcie, czynienie dobra miałoby być tylko zadaniowym „zabiegiem operacyjnym”, wchodzącym do bilansu kosztów działania.

Tu jednak pojawia się pewna przewrotna alternatywa. Czemuż by nie rozważyć przeniesienie owego uczonego konceptu na drugą stronę tego „wymiaru”? Przecież także i odstępowanie od czynienia dobra można uznać za „czynnik” strategiczny. Skoro chodzi wyłącznie o skuteczną maksymalizacją indywidualnego zysku – jakkolwiek pojmowanego – to nie powinna liczyć się żadna „wyśrubowana” normatywność etyczna podejmowanych działań. A stąd prosta droga wiedzie już do każdej racjonalizacji tego, co się robi, w tym i do sankcjonowania moralnego relatywizmu. Logicznie rzecz biorąc, na końcu tego rozumowania otrzymujemy „zasadę nowomowy Orwella” w nowym wariancie aksjologicznym: dobro to zło, a zło to dobro. Teraz tylko należy nadać temu rangę  konieczności, doprowadzić do jej uświadomienia – i voila, otrzymujemy pełnię wolności. Radosnej, gdyż zwalniającej z jakiejkolwiek odpowiedzialności moralnej nie tylko za własne czyny, ale nawet za własne myśli.

Na szczęście, życie nie sprowadza się tylko do sztuczek logicznych, budowanych na fałszywych przesłankach antropologicznych. Kulturowo i zwyczajowo wiadomo, co jest co. Ktoś, kto kłamie, kto oszukuje – nawet mądrze uzasadniając to dążeniem do zaspokojenia potrzeby samorealizacji – wie, że postępuje nagannie. Tak jakoś dziwnie się dzieje, że zasada „cel uświęca środki”, choć powszechnie stosowana w codziennej praktyce, nieodmiennie budzi naturalny odruch niechęci. Natomiast u tych, którzy uczynili z niej fundament swego życia, zwolna rodzi przymus kłamania, usprawiedliwiania się, brnięcia w obłudę i hipokryzję. Zrazu  świadomie, lecz później już odruchowo. Obydwie te przypadłości utrwalają się w postawie życiowej, w kolorycie własnej egzystencji, przekładają na wszystkie relacje ze światem. Zniewalają człowieka tak dalece, że zatraca w nich umysł, uczucia i duszę.

By nie popaść w obłęd, szuka jakiejś „psychicznej formuły”, dzięki której mógłby z tym stanem nie tylko się pogodzić, lecz również go polubić. W tym momencie powraca motyw formatującej tresury. Można wypracować ją samemu, można sięgnąć do negatywnych wzorców, zawartych w tradycji kulturowej, w mitach i symbolach. Lecz można również skorzystać z pomocy chętnych suflerów, czy wręcz łowców zagubionych dusz, których nigdy nie brakuje w przestrzeni społecznej. Tak czy owak, życie w permanentnym dyskomforcie, w stałej niechęci do samego siebie – to prosta droga do duchowego piekła. Trzeba więc znaleźć jakieś remedium, by móc żyć na tyle spokojnie i komfortowo, na ile się da.

Bywają jeszcze i inne sytuacje, w których dochodzi do wewnętrznego pogodzenia się ze zniewoleniem. Mają miejsce wówczas, gdy w grę wchodzi przemożna chęć uwolnienia się od „gorszego zła” na rzecz tego mniejszego, jakim wydaje się jakiś aktualny stan rzeczy. Lepiej już pogodzić się z ograniczeniami, nawet ze zgięciem karku, niż znosić osaczenie przez okoliczności, być nieustannie poddanym opresji, nie tylko fizycznej, lecz również psychicznej lub społecznej. Tego rodzaju przymusy łatwiej dają się po ludzku usprawiedliwić, a – po spełnieniu pewnych warunków – nawet ogarniać miłosiernym współczuciem, czy wręcz przebaczeniem. Dotyczy to tych, którzy wchodzą na ścieżkę najrozmaitszych, wymuszonych  kompromisów, posuniętych jednak za daleko – za granicę, zza której nie ma już odwrotu. Wtedy w subiektywnym odczuciu właściwie nie ma wyboru – zatem znów rzecz całą trzeba tłumaczyć sobie koniecznością. I tak wracamy do punktu wyjścia – wolność to uświadomiona konieczność.

Choć w życiu zniewolenie zaakceptowane – mniej lub bardziej świadomie, nawet ochoczo – miewa wiele twarzy, form i odmian, to jednak istnieją tylko dwie jego praprzyczyny: kłamstwo i strach. Cała reszta to ich pochodne, mutacje, albo mniej lub bardziej ozdobne maski. Obydwie te swoiste duchowe pułapki, zawsze są ze sobą połączone, tworząc pospołu zaklęty krąg niszczących uwikłań każdego rodzaju. Strach przed podejmowaniem odpowiedzialności za własne myśli, uczucia i działania rodzi zakłamanie w postaci tysięcznych wymówek dla odstępowania od czynienia dobra, od godziwości życia. Z kolei kłamstwo, pomagając uzasadniać tego przyczyny i skutki, gdy się nawarstwia, napędza dodatkowo obawę przed zdemaskowaniem ich fałszu i niegodziwości. Raz wywołany strach, jeśli nie zostanie obezwładniony w porę, powoduje, że człowiek staje się zakładnikiem kłamstwa, jakie za nim stoi.

Nie ma takiego mądrego i silnego, który nie odczuł w życiu – choćby raz, choćby w najsłabszej nawet postaci –  zniewalającego działania tego destrukcyjnego sprzężenia zwrotnego. Zaczyna się niewinnie, sytuacyjnie – unik, usprawiedliwienie, tłumaczenie się, drobne „przeinaczenie”, konfabulacja, pokrętne uzasadnienie, gra argumentami i emocjami. Cały arsenał sposobów i sposobików – byle tylko coś dla siebie ugrać, coś ominąć, czegoś uniknąć, nie stracić, nawet o czymś nie myśleć. A przy tym nie wyjść na oszusta, tchórza, krętacza, niegodziwca. Strach – jeśli nie stawi się mu czoła – staje się bodaj czy nie największą siłą destrukcyjną w ludzkim życiu.

Co ciekawe i charakterystyczne, nawet małe kłamstewko, nieraz popełnione niby w dobrej intencji czy sprawie, może z czasem doprowadzić do wielkiego strachu. Trzeba bowiem wciąż pamiętać, jak się je rozegrało, uważać, żeby się „nie wysypać”. Powstają więc kontynuacje przekłamania,  „piętrowe”, wielowątkowe, wciąż się nawarstwiające, wręcz całe ich kombinacje – a wraz z nimi zasupłane i poplątane relacje ze światem, i ludźmi. Tak rodzi  się i utrwala odruchowość kłamania, przymus podtrzymywania piętrzącej się coraz okazalszej piramidy kłamstw wielkich i małych. Strach ten staje się stanem trwałym, acz utajonym – i w efekcie nadaje życiu obrzydliwego kolorytu. Spajając całość misternie plecionej mistyfikacji samego siebie, napędza oszustwo, jakie ludzie potrafią czynić ze swego życia

Wracając znów do porównań „komputerowych”, rzec można, iż nawarstwianie się takich „złogów kłamstwa” powoduje stałe przeciążenie pamięci operacyjnej, a tym samym wyłączenie dużej części mocy obliczeniowej maszyny – i w konsekwencji ograniczenie jej sprawności i skuteczności. Mówiąc po ludzku, ciągle krępuje i hamuje aktywność każdego właściwie rodzaju, niekiedy nawet ją paraliżuje. Lecz i tak w ostatecznym rachunku prawda kiedyś wychodzi na jaw i cała ta konstrukcja sypie się jak domek z kart. Tak to bowiem już jest, że wszystkie nasze uczynki są „policzone i spisane” – i to nie tylko w Bożej kartotece, lecz i ludzkiej pamięci.

Nieważne, czy rzecz dotyczy spraw małych czy wielkich – raz puszczony w ruch mechanizm zawsze działa tak samo, niczym samonapędzające się perpetum mobile. Ponieważ, jak wiadomo, czegoś takiego w przyrodzie nie ma, więc kiedyś ta maszyneria musi się zatrzeć, popsuć, wreszcie zatrzymać. Energia wyczerpuje się, ulatuje w przestrzeń, pozostaje złom. Tak to działa. Kłamstwo i strach – i straszne obciążenie pamięci. Człowiek sam wikła się w zniewolenie wewnętrzne, a jeśli nie wie jak z tego wybrnąć, to się na nie godzi, a nawet próbuje doszukiwać się w nim jakiegoś wyższego sensu.

Z czasem zaczyna się panoszyć w ludzkim życiu mała i duża psychologia. Napięcia emocjonalne, mechanizmy obronne, dysonanse, racjonalizacje, konflikty i dysfunkcyjność. Rzadko kiedy przekształca się to w jawną patologię – lecz trudno z tym się żyje. Cierpi samoocena,  poczucie własnej wartości. Paradoksalnie, jedną z form ucieczki przed takimi efektami jest dalsze brnięcie w kłamstwo, osobliwe zatracenie się w nim, „pójście w zaparte”. Tak formują się fatalne postawy życiowe, konformizm, oportunizm, nawet apatia. Często dochodzi do ucieczki w używki, w autodestrukcję; tylko niekiedy, gdy miarka się przebierze, dochodzi do odreagowania w formie otwartej agresji. Gdy nie pomagają środki łagodzące, różne „pigułki na szczęście”, poradniki, czy nawet psychoterapia, wtedy psychologia przechodzi w psychiatrię – z wszystkimi tego bolesnymi następstwami.

Przedstawiony wyżej obraz to nie uogólnienie – jedynie konstatacja w randze tyleż  obserwacji, co i ostrzeżenia. Tak być nie musi, lecz tak bywa – i to dość często Mało kto bowiem zdaje sobie sprawę, że lęk przed wolnością wewnętrzną prowadzi do utraty wolności zewnętrznej – i odwrotnie. Ludzie nie poświęcają czasu i energii na roztrząsanie przyczyn i skutków w planie nazbyt odroczonym, na dodatek w kategoriach aż tak abstrakcyjnych. Z trudem więc przychodzi im przekładanie na codzienność zasady, iż każda forma ucieczki przed podmiotowością to wymigiwanie się od konieczności sprostania wymogom rozumu i ducha. Jest więc czymś w rodzaju marnowania darów Bożych, owych talentów, jakimi zostali  obdarzeni.

Ewolucja psychologiczna i duchowa biegnie nie tyle liniowo, ile wielkimi zakolami. Na każdego więc przychodzą takie chwile, że „dłużej już się nie da”, że pora na refleksję i życiowe remanenty. Niekiedy wymuszają to okoliczności, niekiedy coraz silniej odzywająca się potrzeba uporządkowania własnych spraw. Mniej ważne jest nawet to, co inicjuje takie przewartościowania i przemianę. Liczy się narastająca niezgoda na samego siebie, gotowość do ich przeprowadzenia. Wtedy zaczyna być naprawdę ciekawie, choć trudno, a nawet boleśnie. Nieodmiennie jednak zaczyna się uwalnianie od  kłamstwa i związanego z nim strachu. Wystarczy zacząć od jednego…

Stan, jaki temu towarzyszy, zwie się często katharsis. Przeżycie go potrafi być jednym z najwspanialszych doznań – niczym zrzucenie z siebie wielkiego wora z kamieniami w wędrówce po górach. Owymi kamieniami są złogi-wspomnienia, zalegające w pamięci. Nie sposób jej wymazać zwykłą „gumką myszką”. Lecz można się z nią zmierzyć i uporać, w tym sensie, że z chwilą, gdy przestajemy się jej bać, przestają ciążyć. Wspomnienia tracą moc wzbudzania strachu, deformowania nas samych i naszego życia, moc zatruwania umysłów i uczuć. Stajemy wówczas wobec szansy wyzwolenia się z kłamstwa. Lecz zanim zechcemy z niej skorzystać, musimy zacząć od rachunku sumienia, a przede wszystkim od rozpoznania swych duchowych słabości, nawet ułomności. A taka introspekcyjna wędrówka po labiryncie własnej pamięci i zakamarkach duszy to strasznie trudne zadanie. Zwłaszcza jeśli nie miało się wcześniej żadnych doświadczeń w tym zakresie, ba, nawet żadnej takiej potrzeby.

A jest czego szukać.

3.3.  Pycha

Przyjęło się uważać, że istnieje siedem grzechów głównych oraz kilka pomniejszych. Ich klasyfikację i analizę pozostawmy teologom, którzy twierdzą, iż każdy z nich, i wszystkie razem, są następstwem dobrowolnego zerwania przymierza z Bogiem. W języku bardziej ludzkim rzec można, iż są dobrowolnym godzeniem się na odstępowanie od  godziwości życia i czynienia dobra. Owóż jest w tym stwierdzeniu – w randze definicji – zawarte założenie, iż dzieje się to właśnie „dobrowolnie”, czyli z własnej woli, bez przymusu. Lecz czy w istocie idzie tu tylko o dobrowolność uczynków i działań, czy też, w jakimś stopniu i zakresie, także o jakąś ich bezwolność – bezrefleksyjną, mimowolną odruchowość? W świetle tego, co dotąd zostało powiedziane – oczywiście, że tak; można grzeszyć bezmyślnie i odruchowo. I dlatego chyba powiedziane jest „wybaczcie im, albowiem nie wiedzą, co czynią”. Ale czemu tak czynią?

Jak wiadomo, każdy skutek musi mieć swoją przyczynę – wiec i tu nie może być inaczej. Jakiego więc klucza należałoby użyć, by ustalić ten związek? Najprostsze i najtrafniejsze wyjaśnienia zwykle brzmią nad wyraz banalnie – i tak też jest w tym przypadku. Człowiek zawsze robi coś po coś. Czegoś chce, czegoś pragnie – i to na tyle przemożnie, iż w danym momencie reszta ma dla niego drugorzędne znaczenie. To kwestia priorytetów, jakie przyjmuje i którym nadaje odpowiednią rangę w swym życiu. W danej chwili wybiera coś, kosztem czegoś innego, z czegoś rezygnuje na rzecz tego, czemu przypisuje większą wartość. Zatem decyzyjność jest tu pochodną wzajemnych relacji miedzy tym, co subiektywnie uznaje za mniej lub bardziej istotne..

Psychologia uczy, że napędzają nas potrzeby i zrodzone z nich motywacje. Lecz skąd biorą się potrzeby? I jakiego bywają rodzaju? Wyszczególnia się ich wiele, a nadto twierdzi, że tę mnogość da się uszeregować hierarchicznie, według ich istotności z punktu widzenia prawidłowego funkcjonowania człowieka. I tu zaczyna się problem. Albowiem przyjęto, iż powinny być zaspokajane niejako w odpowiedniej kolejności, od podstawowych, czysto biologicznych, poprzez psychospołeczne, aż po te, uznawane za duchowe. Te ostatnie są definiowane w kategoriach „wartości wyższych”, wszelako z wykluczeniem Boga jako Stwórcy świata i człowieka, a także norm i praw. Czy ów pomysł rzeczywiście przystaje do realiów ludzkiego życia?

Kluczowym twierdzeniem tej teorii jest założenie, iż dopiero zaspokojenie potrzeb niższego rzędu, stwarza odpowiednie warunki, by niejako samorzutnie rodziły się następne w hierarchii ich ważności. Jest to koncepcja jakby modułowa, zakładająca stopniowalność tych potrzeb według powszechnie uznawanych kryteriów ich użyteczności funkcjonalnej. Zatem człowiek ubogi, bezdomny, o niskim statusie społecznym, bez trwałego umocowania na licznych miarach przynależności i akceptacji społecznej, nie może należycie się spełniać jako jednostka. Nie jest więc w stanie osiągać wysokiej samooceny, nie mówiąc już o tym, że po prostu nie przyjdzie mu do głowy, by zajmować się oderwaną abstrakcją, czy oddawać takim fanaberiom, jak chociażby bezinteresowna miłość bliźniego. A co dopiero mówić o metafizyce czy mistyce, dążeniu do transcendencji, zrodzonemu z potrzeby duszy. Nie ma na to ani siły, ani ochoty – po prostu, nie stać go na to. Wszystko tu ma być warunkowe, wymierne i przeliczalne w bilansie kosztów życia.

Co najciekawsze – w żadnym punkcie tej koncepcji nie ma ani słowa o jakiejkolwiek normatywności etycznej, która miałaby obowiązywać na którymkolwiek szczeblu drabiny ludzkich potrzeb. Wreszcie, co najgorsze – w tym naukowym humanizmie nie ma miejsca na coś takiego, jak potrzeby serca, których istotą nie jest tylko chęć brania, lecz i dawania, obdarzania innych. W każdym więc sensie, cała ta psychologicznie ujęta filozofia ludzkiego żywota to odwrócenie Dekalogu – ba, wręcz jego zaprzeczenie. Nie sformułowano w niej ani jednego moralnego nakazu czy zakazu – na żadnym z pięter hierarchii potrzeb – żadnego chociażby ogólnego zalecenia w kwestii godności człowieka i godziwości jego uczynków. Przeniesienie całego napędu ludzkich działań na potrzeby wyłącznie własne i na motywowane nimi zachowania, służące ich zaspokajaniu, wyklucza z dyskursu takie pojęcia, jak intencje, powinności i uczynki.

Jeśli nawet duchowość miałaby się jakoś objawić, to dopiero jako finalne zwieńczenie motywacji życiowych, swego rodzaju „wartość dodana”. Zacna – lecz bynajmniej niekonieczna czy pożądana „użytkowo” na kolejnych etapach osiągania pełni życia; coś na podobieństwo ozdobnej kokardki, ślicznej „wisienki na torcie”. Zasadą naczelną jest  „samorealizacja jednostki” poprzez osiąganie celów skonkretyzowanych, cząstkowych, wyznaczanych przez owe kolejno „włączające się” potrzeby. W pedagogice rozwoju jednostki temu właśnie ma służyć odpowiednie kształtowanie jej osobowości, ćwiczenie inteligencji, doskonalenie wszystkich jej mocy poznawczych, sprawczych i wykonawczych.

Choć nie zostało to nigdzie wyrażone expresis verbis, to przecież w gruncie rzeczy idzie o maksymalizację skuteczności ekspansywnego egoizmu osobniczego, moderowanego jedynie aktualnie obowiązującymi normami współżycia. Oczywiście, to, co zostało ustanowione jednego dnia, może zostać następnego dnia dowolnie zmienione, w zależności od doraźnej koniunktury, okoliczności, kaprysu ,bądź interesu jednostek lub rozmaitych grup wpływu. W swej istocie cała ta koncepcja, mieniąca się „humanistyczną”, to nic innego jak uczona  legitymizacja bezwzględnego darwinizmu społecznego. Ma przy tym jedną „wspaniałą” zaletę – całkowicie zwalnia człowieka z obowiązku podporządkowania się prawom Boskim i naturalnym. Sankcjonuje natomiast prawo do czynienia tego, co się chce, co tylko komu przyjdzie do głowy, na co tylko przyjdzie mu ochota – wedle własnego uznania – i na rzecz egoistycznie pojmowanej korzyści. Tym samym wynosi do rangi najwyższej to, co w nim wyłącznie popędowe, psychofizyczne, a nie duchowe, a w skali zbiorowości – to, co wyłącznie społeczne, a nie uniwersalnie wspólnotowe.

Przedstawione wyże – w uproszczeniu, metodą a rebours –  podstawy  mechaniki ludzkiej grzeszności, można rozmaicie przekładać na prosty język praktyki codzienności. W gruncie rzeczy nikt tego nie sformułował tego lepiej i dobitniej, niż Dostojewski w słynnym powiedzeniu „gdy nie ma Boga, wówczas wszystko wolno”. Cóż, wszystko – to o wiele za dużo, nawet jak na najbardziej bujną wyobraźnię. By to jakoś opisać i uporządkować, posługujemy się „klasyfikacją grzeszności”, czyli rozróżnianiem rozmaitych kategorii odstępstw od czynienia dobra. Tym, co je wszystkie łączy, jest kłamstwo, budowane wokół kształtowania się i uzasadniania potrzeb – w jego niezliczonych postaciach, hodowanych w głębi ludzkiej natury.

Darujmy sobie tanie moralizowanie, czy uproszczone osądzanie ludzkich uczynków. Z punktu widzenia planowanej wędrówki ścieżkami ludzkich losów interesujące jest przede wszystkim dokonywanie życiowych wyborów i podejmowanie decyzji. Tu najciekawsze wydają się być różne czynniki sprawcze, jakie za nimi mogą stać. U podstaw tego, co zwie się – już to potocznie, już to teologicznie – grzesznością, tkwi ogromny zespół wewnętrznych sił napędowych, których wypadkowa w każdym momencie życia kieruje nas ku jednej z bram wyjściowych naszego symbolicznego zamku. Jak dalece jesteśmy świadomi działania tych żywiołów, na ile panujemy nad nimi, a w jakim stopniu pozwalamy im się autonomizować? Od tego bowiem zależeć będzie nasza summa vitae, a w konsekwencji – rodzaj „karty powołania do wieczności”, jaka w stosownej chwili zostanie nam wręczona.

Powie ktoś, że sięganie do pojęcia grzechu jest przesadą, gdyż brzmi nazbyt górnolotnie, kategorycznie, i zatrąca niepotrzebną ostatecznością. Po co od razu dyskwalifikować ludzi, kiedy wystarczy przypisać im pobłażliwie mniej lub bardziej poważne wady charakteru? Lub uciążliwe słabości? Wszak nawet święci miewali swoje słabostki. Augustyn, sam w młodości „błądzący po manowcach”, martwił się do śmierci, że nazbyt sobie pobłaża przy biesiadnym stole i nie stroni od różnych uciech życia – a przecież wyniesiono go na ołtarze. Czegóż wiec chcieć od zwykłego człowieka – ma prawo do własnych kaprysów i zachcianek, do oddawania się od czasu do czasu wesołym figlom. Czy trzeba od razu dopatrywać się w tym jakiejś grozy i straszyć piekłem? Czy to wszystko musi być traktowane aż tak zasadniczo i zerojedynkowo?

Rzecz w tym, w jakim trybie rozpatrujemy ludzkie uczynki –w kontekście jakich przyczyn, sytuacji, intencji i skutków? Wreszcie w odniesieniu do kogo i do czego? Czy  grzeszność jest stałą dyspozycją nie tylko ciała, lecz także umysłu i duszy, warunkującą – niezależnie od okoliczności i rodzaju motywacji – gotowość do rezygnacji z nakazów jakiejkolwiek normatywności kulturowej, społecznej i moralnej? Trudno to generalizować czy absolutyzować. W wielu przypadkach jest, po prostu, słabością, głupotą, rezygnacją ze zdrowego rozsądku, powodującą autodestrukcję. Tak czy owak jest bezmyślnym folgowaniem swemu egoizmowi, spuszczeniem go ze smyczy rozumu, brakiem odzewu na głos sumienia.

„Mechanika pychy” jest bardzo prosta. Skoro „wszystko wolno” – to czemu nie? Krótko mówiąc, jeśli nawet wiem, lub czuję, że postępuję nagannie, to robię to lub tamto, bo tak chcę – i nie życzę sobie, żeby mi ktoś tego zabraniał. Będę tak robił zawsze, gdy przyjdzie mi na to ochota. Co więcej, to, co robię – robię z własnego wyboru. I jestem w stanie zawsze to uzasadnić – własną potrzebą, chęcią, czy wręcz szczytnym  dążeniem do samorealizacji; nawet, gdyby miała przybierać bardzo pokrętną postać. Sam decyduję, na czym ma polegać – i nikomu nic do tego. Sam jestem swym prawodawcą i sędzią. Zresztą, każdy przecież jest sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Płynę i lawiruję miedzy innymi wieloma statkami, większymi lub mniejszymi. Trzeba, oczywiście, uważać, żeby nie dać się zabić, czy zatopić. To wielkie regaty, a kto sprytniejszy, ten lepszy. Nie wolno dać się wymanewrować. Jeśli mnie zepchną, albo jeśli sam zapędzę się na rafy lub osiądę na mieliźnie – to wyłącznie moja sprawa i moja strata. Postępuję tak, jak wszyscy. Nie rozumiem więc, czemu ludzie mieliby mieć do mnie pretensje Przecież widzą, że mam rację – no, i proszę, jakie efekty!

W tym właśnie tkwi istota całego problemu. W efektach – zamierzonych, osiąganych. Dokąd bowiem płyną te wszystkie okręty? Czy idzie o samą  podróż, czy o jakiś docelowy port? Czy o trudy nawigacji, czy o przystań na końcu wędrówki? Czy jest to piracka wyprawa łupieżcy na morzu, czy w miarę bezpieczne zmierzanie do jakiegoś kresu drogi? Ale do jakiego? Jaki cel przyświeca żeglarzom? Czy aby nie jest nim samo tylko pływanie po tym morzu, tak długo, jak się da? Czy, rzeczywiście „wszystko wolno”, żeby go realizować? A w ogóle – czy ma sens mówienie o całej tej eskapadzie w trybie dokonanym? Co bowiem ma tu być dokonane?

Gdzie jest tajemnicza mapa, prowadząca do mitycznych Wysp Szczęśliwych? Gdzie kompas? Co robić, gdy brak i jednego, i drugiego? Jak płynąć? Jak uzasadniać tę wędrówkę, skoro płynie się na oślep? Czym wówczas zajmować się przez cały czas? Zapewnianiem sobie maksymalnego komfortu podróży? Licznych zabezpieczeń? Czyż nie wisi nade mną niepewność jutra, ciągłe zagrożenie? Czy zatem nie potrzeba mi chwil wytchnienia? A może idzie o podstępnie wkradające się znużenie i strach przed przeczuwanym bezsensem całej tej awantury? Jak zgłuszyć te niemiłe uczucia?

Skoro „wszystko wolno” – to róbmy co się da. Skoro nie widać Ziemi Obiecanej to niech przynajmniej samo pływanie stanie się rajem, tu, na ziemi. A w raju, jak to w raju – same tylko przyjemności. Sami go sobie twórzmy po drodze i sami ich sobie dostarczajmy – na miarę naszych wyobrażeń i możliwości. By zaspokoić te pierwsze – korzystajmy z tych drugich ile się da. Nadajmy tym pierwszym rangę potrzeb, a wówczas dążenie do ich zaspokojenia stanie się naturalną koniecznością. Wszystko to łatwo da się uzasadnić trudami podróży – wszak „życie jest tak krótkie i trudne”, więc trzeba coś z niego mieć. A ponieważ „wszystko wolno”, więc niech będzie wszystko, co się tylko da.

Skoro konieczność – zatem jej uświadomienie uczyni nas wolnymi. A co się stanie, jeśli ta konieczność zamieni się w przymus, w nawyk, odruch? Skoro „wszystko wolno”, to konieczne może okazać się wszystko, co da się odpowiednio usprawiedliwić, usankcjonować, nawet rozmaicie legitymizować. Gdy koło się zamyka, rusza korowód potrzeb i motywacji „samorealizacyjnych” – od najprostszych, do bardziej wyrafinowanych – w których jakże łatwo się zatracić. To one wyznaczają teraz cele – konkretne, wymierne, istotne, no i  oczywiście konieczne. Skoro portu nie widać, skoro nie wiadomo, czy on w ogóle istnieje, a jeśli nawet – to czy jest osiągalny, więc czyńmy owo „wszystko”, by przynajmniej mieć jakąś radość z samej podróży. Ma ona własną logikę, ma też własne prawa i wymagania, którym trzeba sprostać za wszelka cenę, by nie wypaść za burtę

W tym więc rozumieniu, grzeszność jest siłą napędową zachowań i działań niejako  „zastępczych”, jest zawsze czymś „zamiast”. Skoro błąkam się po morzu, skoro zapodziały się gdzieś mapy i kompas, więc niechże mam coś z tego, że w ogóle płynę. Borykam się z żywiołami, zatem należą mi się stosowne zadośćuczynienia – „wypłaty” za mój trud. To one, i tylko one, stają się dobrem samym w sobie, o które warto zabiegać. Wizja odległego raju jest nader mglista – może, w ogóle, to tylko iluzja, którą nie da się wypełnić codziennego bytowania i wojowania o swoje. Nie wiadomo nawet, co wydarzy się jutro, za tydzień, za miesiąc. Liczy się konkret „tu i teraz” – i twarde reguły jego pozyskiwania. Nie zawsze to wszystko razem bywa szlachetne, lecz cóż – proza życia zniechęca do nadmiernego fantazjowania i oddawania się abstrakcjom, duchowym medytacjom i moralizowaniu. Zatem carpe diem quam minimum credula postero. 

Jest jeszcze jeden ciekawy, bardziej ogólny aspekt tego problemu, związany nie tyle z „używaniem życia” ile z pewną pokrętną racjonalizacją odrzucania wszelkiego ładu moralnego. Zasadza się ona na utożsamieniu normatywności etycznej – i wynikających z niej nakazów powinności – z opresyjnością. Jeśli wymóg podporządkowania się zasadom moralnym, uznany zostanie za niczym nieuprawnione zagrożenie wolności jednostki, wówczas negowanie ich da się wynieść nawet do rangi osobliwej „walki wyzwoleńczej”. W swym buncie przeciwko Bogu  człowiek posuwa się wtedy do kwestionowania Jego prerogatyw w sprawczym stanowieniu świata i praw nim rządzących – i prawa te odrzuca. W efekcie, rodzi się paradoks: grzeszność staje się aktywną  afirmacją niczym nie skrępowanej wolności „od wszystkiego”. Skoro moralna normatywność jest ograniczeniem, to w subiektywnym przekonaniu jej  odrzucanie staje się osobliwym heroizmem. Tym sposobem amoralność zamienia się w diabelską ideologię, mamiącą perspektywą niczym nie skrępowanego „samostanowienia bez granic” bez żadnych zahamowań.

Czyż nie przypomina to dobrze znanej i jakże popularnej, psychologicznej koncepcji samorealizacji? W wersji zgeneralizowanej, wszystko, co stoi jej na przeszkodzie, jest opresją. Czy będzie to drugi człowiek, nakaz moralny, społeczny, rodzinny, nawet wychowawczy – wszystko to może zostać uznane za ograniczenie możliwości samorozwoju, wolności wyboru tego, co „dla mnie dobre”. Oczywiście, nieskrępowany żadnymi więzami, to ja sam sobie wyznaczam własne kryteria tego dobra. A stąd już prosta droga prowadzi do degradacji duchowej, gdyż celem życia staje się doraźność doznań i folgowanie temu, co je motywuje, generuje i wzmacnia. Świat zamienia się w dżunglę. „Skoro nie ma Boga, nie może istnieć religia; skoro nie ma religii, nie może istnieć żadna moralność; skoro nie ma moralności, nie ma też samokontroli; skoro nie ma samokontroli, nie ma społecznego porządku; skoro nie ma społecznego porządku, pozostaje tylko chaos konkurujących ze sobą pożądań i pragnień” (Jones).

Można obrazować życie rozmaitymi metaforami i na wiele sposobów nadawać sens temu, co się robi. Grzeszność, to bezrozumna ucieczka w cele zastępcze. Im mniej w nich duchowego wymiaru i wartości, tym więcej materialności i zniewolenia dążeniem do osiągania doraźnych efektów. Jest w tym coś z narkotycznego uzależnienia, któremu towarzyszy poczucie ciągłego niespełnienia. Z czasem, gdy przestają wystarczać małe dawki używek, podtrzymanie satysfakcji z życia, poczucia samozadowolenia, wymaga ich zwiększania. Potrzeba coraz częstszej i silniejszej stymulacji zamienia się w przymus poszukiwania jej źródeł. Tak oto absolutyzacja wolności samorealizacji prowadzi prostą drogą do totalnego ubezwłasnowolnienia – i to nie tylko w skali jednostkowej.

Mało kto zdaje sobie bowiem sprawę, że w wymiarze społecznym taka „mechanika” degradacji duchowej jednostki to nic innego, jak praprzyczyna wszelkich totalitaryzmów – a zwłaszcza ekonomicznego i kulturowego. Gdy człowiek przestaje kontrolować sam siebie, kontrolę nad nim przejmują inni. „Społeczeństwo nie może istnieć, o ile gdzieś nie jest ustanowiona siła kontrolująca wolę i pragnienie; a im słabsza jest w człowieku, tym silniejsza musi być poza nim. Odwieczny stan rzeczy stanowi, że ludzie pozbawieni samokontroli nie mogą być wolni. Ich namiętności wykuwają dla nich kajdany” (Burke). Historia ostatnich dwóch stuleci to nic innego jak suma efektów wciąż doskonalonej manipulacji wielkimi masami ludzkimi i zakuwania ich w niewidzialne dyby – zarządzania ich potrzebami, emocjami, pragnieniami, zachciankami, statusem, życiem i śmiercią. Jednym słowem – zarządzania ich niedoskonałością, i wynikającą z niej  grzesznością.

Nie ma co wdawać się w analizowanie poszczególnych jej odmian. Wystarczy powiedzieć, że każdy grzech bywa uzasadniany i usprawiedliwiany jakąś specyficzną formą zakłamywania życia i samooszukiwania. Nie da się ich policzyć – nasza zdolność do ich konstruowania jest praktycznie nieograniczona. Wszelako jeden z tych grzechów wydaje się być ojcem wszystkich pozostałych – i da się mu przypisać jedną, uogólnioną kategorię przyczynową, niejako wyższego rzędu. Biorąc pod uwagę, że nosi on nazwę pychy, czyli, przypadłości, określanej mianem rodzaju żeńskiego, należałoby mówić raczej o matce wszystkich grzechów, a tym samym o matce wszystkich ludzkich nieszczęść i upadków. Nie o rodzajnik tu jednak chodzi, lecz samą istotę tej najcięższej z chorób umysłu i duszy.

Pycha to nic innego jak wszechogarniająca roszczeniowość, wyrastająca z uwewnętrznionego przymusu zaspokajania niepohamowanej miłości własnej. Jest skondensowaną koncentracją człowieka na samym sobie – na własnych pragnieniach, potrzebach, doznaniach, interesach, myślach, na własnym otoczeniu, na samouwielbieniu. Jest zachłanna – pragnie zawłaszczać i posiadać co tylko się da: dobra materialne, ludzki szacunek i podziw, miłość, status, władzę i każdego rodzaju moc. Pycha to imperatyw wynoszenia się i wywyższania ponad wszystko i wszystkich. Bywa jawna lub maskowana – zawsze jednak obecna, napędza każdą chwilę życia. Ma tysiące twarzy – niektóre nawet zatrącają pozorami wspaniałości i wykwintu. Potrafi przyczaić się za maską ambicji, szlachetności, dobroczynności, wyniosłej dumy – ba, nawet fałszywej pokory. Jednakże za każdą z nich kryje się przeogromne, wręcz ubóstwione „ja”, rozdymane do granic obrzydliwości i karykatury człowieka.

Nie trzeba chyba specjalnie przekonywać, jak wielkie jest tu pole do popisu dla inwencji w wynajdowaniu dowolnych uzasadnień i usprawiedliwień przekłamywania obrazu siebie, własnego życia, swych relacji ze światem. „Pracujemy bez ustanku nad tym, aby upiększyć i zachować nasze istnienie urojone, a zaniedbujemy prawdziwe. Jesteśmy jeno kłamstwem, dwoistością, sprzecznością; kryjemy się i maskujemy sami przed sobą” – powiada Pascal.

Kategoryczność tych stwierdzeń jest w swej wymowie niebywale okrutna. W tak sformułowanej konstatacji ludzkiej mizerii wyczuwa się brak nawet cienia łagodnej życzliwości, chociażby dla tych, którzy próbują zwalczać swe przywary i miarkować życie poprzez jakąś formę dyscypliny, autoanalizy, czy wręcz modlitwy. Nie należy jednak niczego absolutyzować – warto baczyć, by zachowywać proporcje miedzy nadmierną pobłażliwością, a surowością osądu. Pomiędzy bezgraniczną, ewangeliczną miłością bliźniego, a sprawiedliwym potępieniem grzesznika i łotra, rozciąga się ogromna przestrzeń miłosierdzia i mnogości szans na pokutę. Nie wolno zatem odsądzać ludzi od czci i wary in toto. Nie należy  mieć z założenia pretensji do nikogo, że myśli o sobie i swoich sprawach, że działa na rzecz własnego „dobrostanu”. Rzecz w tym, co pod tym rozumie, jak to uzasadnia, i jak to robi. I jak za to płaci.

Pycha to stan duszy, ale i generalna postawa życiowa. To, co tkwi na stałe „w środku”, uzewnętrznia się w codzienności „na zewnątrz”, przekładając na cele cząstkowe, na konkretne  pragnienia i działania. Niezaspokojona miłość własna jest karykaturą miłości bliźniego, gdyż, nakierowana na branie, stanowi jej przeciwieństwo, odwzorowane jakby w krzywym zwierciadle. By ją opisać, wystarczy tylko odwrócić słowa Pawła do Koryntian. Zatem: nie jest cierpliwa, nie jest dobrotliwa, jest za to chełpliwa, zazdrosna, szuka swego, nie wszystkiemu wierzy, nie wszystko gotowa jest znosić. Nadyma się, unosi, zazdrości, często raduje się z cudzych niepowodzeń i niesprawiedliwości. Podszyta jest przemożnym pragnieniem nieustannego wywyższania się, stawiania ponad innymi w centrum świata. Uważa, że wszystko jej wolno, wywłaszcza każdego i zawłaszcza wszystko, na co przychodzi jej ochota.

Każdy jest po trosze egoistą – przecież, co zrozumiałe, dbamy o swoje, pragniemy szacunku, uznania, chcemy jakoś wyróżniać się z tłumu. Ludzie mają poczucie własnej wartości, godności, domagającej się poszanowania – zwłaszcza jeśli przejawia się w  godziwości życia i uczciwej pracy. Z natury jesteśmy też nieco próżni, lubimy przyjemności, szukamy radości. Czym innym jednak są naturalne skłonności i słabości, którym spłaca się daninę za trudy życia, a czym innym ekspansywność niczym nie hamowanego egoizmu, często celowo kierowanego przeciwko innym. „Ludzie są niczym koślawe makolągwy, rosnące przy drodze, którą kroczy moja ambicja” – mawiał pewien ekscentryk, narcyz i skandalista.

Postawa roszczeniowa to przyzwolenie na odmowę podporządkowywania się nie tylko nakazom praw Boskich, lecz zwykłej przyzwoitości w relacjach ze światem. Samowolne i egoistyczne odrzucanie norm przenosi się na wszelką możliwą odruchowość – umysłu, emocji i duszy. W postaci nieuleczalnej, utrwala ją do postaci totalnego sprzeciwu – zwykle zmyślnie maskowanego – wobec uznawania czegokolwiek poza sobą, i ponad sobą. A stąd już prosta droga wiedzie do pogardy wobec innych, a wraz z nią – ze skłonnością do poniżania ludzi, do ich upodlania, wyzyskiwania, do manipulowania nimi.

Tę osobliwą „anomalię antropologiczną” odnajdujemy w filozofii Nietzschego i psychologicznej teorii Adlera, a także w licznych ideologiach społeczno-politycznych. Stały się one – i pozostają nadal – uzasadnieniem i naukową legitymizacją jednego z największych kłamstw, jakie człowiek sformułował w swym buncie przeciwko Bogu i naturalnemu porządkowi rzeczy. Głosi ono prawomocność samozwańczego dążenia do wynoszenia – jednostki lub wybranej grupy – na wyżyny samoubóstwienia, nadawania im prawa do wywyższania się ponad „ludzką mierzwę, taplającą się w banalnej przyziemności”.

To, oczywiście, skrajność, która, jakże często jednak aktualizowała się – i nadal aktualizuje – w historii świata. W ciągu ostatnich dwóch wieków zrodziła bodaj czy nie najgroźniejszą, bo zabójczą chorobę współczesności – totalną zapaść aksjologiczną w skali jednostek i całych zbiorowości. Zasada, głosząca iż  „wszystko wolno”, weszła na stałe w obieg kulturowy, w przestrzeń społeczną, w politykę, w ekonomię, w naukę, sztukę, praktykę życia. Polskie zawołanie „hulaj dusza, piekła nie ma” to wesołe określenie normy bynajmniej nie wesołej. Zwłaszcza gdy przekłada się na zawłaszczone władztwo nad innymi w skali całych narodów i państw.

Stwierdzenie, że u podłoża tej wieloaspektowej destrukcyjności tkwi ludzka pycha, brzmi zapewne zbyt ogólnikowo, niczym nieuprawnione uproszczenie złożoności zjawisk i procesów w rzeczywistości naszego świata. Prawdą jednak jest, że wszystko zaczyna się od człowieka i niedoskonałości jego natury – wiadomo o tym przecież „od zawsze”. Egzegezę pychy, analizę jej przejawów, opisy jej niszczycielskiej mocy, wykładnię skutków, jakie powoduje – wszystko to odnajdujemy w niezliczonych zapisach każdej kultury i cywilizacji, w sztuce, w filozofii, w teologii, w kanonicznych tekstach religijnych wszystkich epok. Nieodmiennie i jednoznacznie uznaje się ją za źródło nieszczęść, ciężką chorobę duszy.

Wszelako z jednym wyjątkiem.

Otóż w naukach społecznych – a osobliwie w psychologii – pojęcie to w ogóle się nie pojawia. Co prawda, analizują one fenomeny pochodne, takie jak egoizm, egotyzm czy egocentryzm, lecz nie odnoszą ich do jakkolwiek klarownie formułowanej  – wprost czy chociażby pośrednio – normatywności etycznej. Przyrównać to można do wszechstronnego badania substancji trujących, ich składu, pochodzenia, produkcji, właściwości fizykochemicznych – ale bez podania informacji, że zabijają, i w jaki sposób. Owszem, wywołują dysfunkcje, nieraz bardzo poważne, utrudniają życie, prowadzą do kryzysów, napięć i konfliktów z otoczeniem, deformują osobowość, deregulują życie społeczne – lecz niekiedy przecież bywają bardzo pożyteczne. Na przykład, jako środek czy wybieg, stosowany przy eutanazji. No, ale przecież w imię samorealizacji „wszystko wolno” – nawet zabijać, zwłaszcza tych, którzy stają jej na przeszkodzie, lub zakłócają jakże pożądany komfort życiowy czy psychospołeczny. Racje po temu zawsze się znajdą, wystarczy tylko nadać im wymiar „wyższej konieczności” – i odpowiednio upowszechnić, jako prawdę  naukową w duchu postępu.

Pycha, miłość własna, roszczeniowość, wywyższanie się – nie znają granic. Nie  wchodzi tu w grę żadne samoograniczenie. Dominantą motywacyjną jest poczucie wiecznego niespełnienia, nieustanny czegoś brak, przeradzający się w zachłanność niemal totalną. Korowód potrzeb wydaje się nie mieć końca. Dążenie do ich zaspokojenia samo w sobie staje się praprzyczyną wszystkich poczynań – jakkolwiek byłoby one racjonalizowane, czy maskowane piękną ozdobnością na pokaz. Staje się niejako podstawowym odruchem – wymuszającym każdą w zasadzie aktywność poznawczą, sprawczą i wykonawczą. Ma wszelkie cechy wręcz instynktownego popędu, przymusu w randze imperatywu kategorycznego, który aktualizuje się i manifestuje w licznych „ksobnych” odruchach funkcjonalnych i operacyjnych. Jednym słowem – wszystko to razem redukuje człowieka do poziomu zwierzęcej pierwotności, która nie tylko bierze górę nad duchową stroną jego natury, lecz wręcz przejmuje nad nią władztwo.

Suma wszystkich kłamstw, jakimi obudowywana jest postawa, zrodzona z pychy i jej mutacji, to nic innego jak szczelna maska obłudy i hipokryzji. Uwielbienie samego siebie nie jest mile widziane przez bliźnich, podobnie jak wieczne domaganie się hołdów, uznania, podziwu, wreszcie jak „zagarnianie pod siebie” czego się da, gdzie się da i kiedy się da. Sprzeciw  budzi również chęć podporządkowania sobie innych, uzależnianie słabszych, panoszenie się władczości, nazbyt już nachalne eksponowanie samego siebie i swoich dokonań. Dlatego – po stronie przyczyn – konieczne jest „pudrowanie” całego tego paskudztwa, owijanie w bawełnę egoistycznej intencjonalności. Podobnie ma się rzecz po stronie osiąganych efektów. Tu potrzeba pokrętnych uzasadnień i usprawiedliwień, wyszukiwania „wyższych racji”, a gdy już nie da się inaczej – korumpowanie otoczenia, lub wręcz jego zastraszanie. Tak czy owak, wszystko stoi na kłamstwie, które wchodzi w nawyk, a posługiwanie się nim z czasem staje się już koniecznością.

Odruchowość pychy – czy rozdętej miłości własnej – przekłada się na uogólnioną  postawę życiową, której hasłem naczelnym jest zaimek osobowy „ja”, wraz z wszystkimi zaimkami dzierżawczymi w pierwszej osobie. Kryje się jednak za tym wielka pułapka, której na imię strach. Dorian Gray, w pewnym momencie nie tylko schował swój portret na strychu, lecz nawet nakrył go narzutą – i w ogóle przestał tam zaglądać, żeby nie patrzeć na ohydę w jaką sam się zamieniał. Pycha lęka się zdemaskowania, obnażenia obłudy, potępienia hipokryzji. Za nic mając sobie bojaźń Bożą, boi się jednak ludzkiej wzgardy. Dochodzi więc do paradoksu: stawianie się ponad innymi i samouwielbienie czyni pysznego zakładnikiem opinii świata, jakże przecież zmiennej i zdradliwej.

Jawna pycha i pogarda w oczywisty sposób budzą odruchy niechęci, co jeszcze bardziej wzmaga pęd do skrajności – albo do wymuszania podziwu siłą, albo do podlizywania się pochlebcom. Pierwsze budzi stanowczy opór, drugie – śmieszność. Pozostaje więc wieczna gra pozorów – niczym posługiwanie się perukami z cudacznym fryzowaniem, mającym  pokryć łysinę próżnego głupca. Ale człowiek owładnięty pychą, gdzieś w głębi duszy doskonale wie, że jego egoizm i pogarda wobec świata i ludzi podszyte są wiecznym strachem. Tyle tylko, że zwykle nie pojmuje jego istoty. Niemniej odczuwa go nieustannie, nawet w chwilach tryumfów – a osobliwie wtedy, gdy po ich odniesieniu zostaje sam przed lustrem, przed którym zdejmuje jedną z używanych masek. Wobec świata „dokłada wszelkich starań, by zasłaniać swoje kłamstwa i nie może ścierpieć, aby mu je pokazywano lub je widziano. Jest tedy jeno maską, jeno kłamstwem, jeno obłudą; i w sobie, i wobec innych” (Pascal). Sam wobec siebie bezradny, nie chce, by mu mówiono prawdę. Dlatego jest łasy na pochlebstwa, rozmiłowany w pochwałach , a gdy ich brak, gdy świat go nie podziwia, odpłaca mu mściwością, która w swej istocie jest cechą tchórzy, bojących się zdemaskowania swej małości. Mówiąc obrazowo – jest to narcyzm nie tyle żałosnego, próżnego idioty, ile wrednego padalca.

Z mściwością łączy się bowiem zawiść – zapiekła zazdrość o to, że ktoś może mieć więcej czegokolwiek – od majętności po władzę – lub być wyniesiony wyżej, znajdować więcej poważania, szacunku. Dla kogoś, kto walczy pazurami na zabój, zupełnie niepojęte jest to, że istnieje coś takiego jak bezinteresowność, życzliwość, wreszcie miłość do ludzi, do przyrody, do świata. Szczególną irytację wzbudza szczera, ludzka miłość, gdyż jest całkowicie niepojętym fenomenem skupienia się na kimś, lub czymś innym, niż tylko „ja”. Nie będąc samemu zdolnym do miłości wobec innych, żądając jednocześnie uwielbienia z ich strony, człowiek, owładnięty pychą, tym silniej podważa wartość tego uczucia, im bardziej o nie zabiega. Koło znów się zamyka.

Ciekawym efektem ubocznym tak niszczącego stanu umysłu i duszy jest stała, wręcz odruchowa skłonność do przypisywania innym własnych wad, lęków i słabości. Pycha, strojąc się w szatki hipokryzji, lubi oskarżać innych – szuka więc w nich tego, czym sama się karmi, z czego sama wyrasta. Bywa wtedy prześmiewcza, skłonna do sądzenia, do pomniejszania cudzych zalet tylko po to, by „bokiem” wychwalać własne, rzekome cnoty, swą przenikliwość, nawet własną mniemaną szlachetność. Pycha kocha się w przechwałkach, nawet wtedy, gdy udaje, że wyraża wzgardę dla wywyższania się innych. „Wzgarda próżnej chwały sama się próżną chwałą staje; bo nie gardzi naprawdę, póki się wzgardą pyszni” (Augustyn).

Hodowanie w sobie pychy, i hołdowanie jej w życiu, to w istocie ciężka praca – i szalenie wyczerpująca. Chińskie przysłowie powiada, że „nie można zbyt długo stać na palcach”. „Nie wytrzymasz” – ostrzegał sienkiewiczowski Petroniusz Chilona, gdy ten, rozzuchwalony, puszył się wyniesieniem przez Cezara za swą nikczemność. Piekło w duszy, gdy raz zawładnie człowiekiem, zwraca jego pogardę do świata także na siebie samego, wiodąc ku rozpaczy. Pozostaje wieczne niespełnienie i ciągłe „zaspokajanie potrzeb”, osobliwe skrzyżowanie losu Syzyfa – „kamiennego siłacza” i Tantala – szaleńca, co miał się za równego bogom. Psycholog powie, iż człowiek popada w błędne koło autodestrukcji. Nie ważne, czy użyjemy języka nauki, czy poetyckich metafor – nieodmiennie idzie o degradację duchową i jej dramatyczne następstwa.

Przywołując owe mitologiczne symbole warto się jednocześnie zastanowić, czy obydwaj ci bohaterowie zyskali w końcu – w wieczności – świadomość zgubnych przyczyn swego losu. Czy jest możliwe, by człowiek do cna pyszny, zdawał sobie – jeszcze za życia – sprawę z tego diabelskiego napędu, jaki nim powoduje? Czy nachodzi go czasami refleksja  nad sobą? Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości! Nie jesteśmy władni całkowicie  zablokować samoświadomość moralną. Wewnętrzny głos duszy, nawet wytłumiony, nigdy nie zamiera – wynika to z samej jego natury i Bożej proweniencji. Wypierany, ciągle stara się przebić przez nałożone nań tłumiki – i udaje mu się to częściej, niż sami chcemy się do tego przyznać.

Dochodzi wtedy do sytuacji trudnych, i to dwojakiego rodzaju, wymagających podejmowania decyzji niejako wręcz fundamentalnych. Można bowiem albo zacząć podejmować próby przemiany samego siebie, albo „iść w zaparte”, wzmacniać blokady i brnąć dalej w samozatracenie.

Owo nieustanne niedomknięcie pychy, niemożność osiągnięcia stanu jej absolutnej „pełni”, jest przyczyną stale utrzymującej się udręki psychicznej i duchowej. Pierwsza rodzi rozmaite dysfunkcje (w tym i psychosomatyczne), mniej lub bardziej niszczycielskie, doskonale znane psychologii i psychiatrii, także medycynie. Można je wychwycić, diagnozować i starać się im zaradzać przy pomocy wypracowanych technik, a nawet farmakologicznych środków poprawy sprawności funkcjonowania na co dzień. Lecz jest to leczenie jedynie objawowe – skuteczne na krótką metę, lecz nie usuwające samego źródła choroby.

Lekarze doskonale wiedzą, że stosowanie antybiotyków daje znakomite efekty – lecz tylko do czasu. Organizm uodparnia się na leki i przy kolejnych nawrotach choroby tracą one swą ozdrowieńczą moc. Wiadomo skądinąd, że im wyższa gorączka, tym silniej walczy on z toczącą go zarazą. Oczywiście, niekiedy należy interweniować w trybie nagłym – wtedy nie ma wyboru, trzeba aplikować co tylko się da. Lecz samoistne przewalczenie choroby powoduje powstanie przeciwciał, które później doskonale nas przed nią bronią już na dobre.

 Udręka duszy, trudno uchwytna w zewnętrznym oglądzie i opisie, nie poddaje się terapeutycznym interwencjom z zewnątrz, niemniej może – choć nie musi – wyzwalać własne mechanizmy „duchowej immunologii”, zdolne powoli wypleniać zło u samych jego korzeni. Farmakologia czy psychoterapia przynoszą (jeśli w ogóle) chwilową ulgę jej głęboko ukrytym  „dolegliwościom”, lecz niczego w zasadzie nie rozwiązują do końca. Są jedynie swoistymi „kompresami” na bolące miejsca. Nie uaktywniają procesów wytwarzania naturalnej odporności. Czynią to natomiast właśnie owe sygnały, dochodzące z wewnątrz, stłumione echa głosu sumienia, nigdy nie umierającego, ani nawet wygasającego. To one są objawami „gorączki”, trawiącej duszę, symptomami trapiącej nas choroby.

Jest swoistym paradoksem, że nawet najbardziej rozdęta pycha kryje gdzieś na swym zapleczu ogromny potencjał samooczyszczenia. Co więcej, im bardziej się panoszy, tym częstsze i silniejsze bywają uaktywniające go sygnały ostrzegawcze. I tym lepsze są wtedy  rokowania – jeśli, oczywiście, rozpocznie się proces samouzdrawiania. Rzecz w tym, jak te sygnały rozpoznawać, jak je rozumieć, jak na nie reagować. Konieczne jest tu coś,  czego nie obejmują uczone teorie. To nie tyle potrzeba życiowej samorealizacji, ile imperatyw poznania samego siebie, a także pragnienie wyzwalania się z pęt własnych uwarunkowań i ograniczeń, blokujących szansę na zbawienie w wieczności. Liczenie bowiem tylko i wyłącznie na Boże miłosierdzie może okazać się szalenie zawodne.

Nie sposób zliczyć odmian pychy i jej pochodnych – potomstwa „zwinnej Pantery o plamistej skórze”, „Lwa, wściekłego z głodu”, wreszcie „Wilczycy, nabrzmiałej od płodu żądz wszelkich/sprawczyni nieszczęść mnogiego narodu”. Ich przykłady, opisy i symbolikę odnajdujemy w nieprzebranym bogactwie dzieł i tradycji kulturowej wszystkich epok i zakątków świata. Z jawnymi lub ukrytymi oznakami pychy stykamy się na co dzień dokoła siebie, a takie lub inne jej oznaki odnajdujemy także i u samych siebie. Dylematy kondycji człowieczej, przez nią warunkowane, zawierają się nie tyle w tym, że przypadłość ta jest z natury rzeczy powszechna, wszechobecna i w sumie nie do wyplenienia. Ich zawiłość wynika bardziej z tego, jak się w człowieku rodzi i zakorzenia, wreszcie czy – i jak –  bywa trzymana na uwięzi.

Wiadomo, że żyją w nas miriady bakterii wszelkich możliwych chorób –  lecz przecież nie zawsze na nie zapadamy. Nasze organizmy, wyposażone w system immunologiczny, potrafią z nimi walczyć i nie pozwalają im zanadto się panoszyć. Choroba, to chwilowe lub trwałe załamanie równowagi miedzy siłą ich naporu, a naturalnym potencjałem samoobrony biologicznej. To samo dzieje się w sferze duchowej. W człowieku toczy się bowiem nieustanna gra pomiędzy tym, co jest naturalnym ciążeniem grzesznej psychofizyczności, a przyrodzonym, choć nie zawsze uświadamianym dążeniem duszy do transcendencji.

3.4. Ciągle na rozstajach

Mówiąc nieco pompatycznie, owa gra, tocząca się przez całe życie, to nieustanna walka między grzesznością, a świętością – dwiema predyspozycjami „zaczątkowymi”, zadanymi nam przez naturę i Boga. Ludzka niedoskonałość, zakotwiczona w naturze, może próbować nadążać za doskonałością Chrystusa, wiodącą do łaski wiary i zbawienia. Może też tego zaniechać. Wszystko zależy od tego, w jakim stopniu człowiek jest tego świadom, na ile potrafi rozpoznawać symptomy trwających w nim zmagań. Homo viator – a każdy z nas nim przecież jest – ma do wyboru wiele dróg. Sam decyduje, czy zostanie pielgrzymem, podążającym za duchową gwiazdą przewodnią i zmierzającym do wyznaczonego przez nią celu, czy – niczym nasz okręt na morzu – będzie tylko dryfował tak, jak poniosą go morskie prądy.

Zwykło się mówić – powszechnie, i dość banalnie – że drogi ludzkiego życia są kręte. Rzadziej zwraca się uwagę, że co i raz rozwidlają się, że przychodzi zatrzymywać się na skrzyżowaniach, nawet na rozjazdach o wielu odnogach. Są jeszcze maleńkie, przecinające je ścieżki, niekiedy ledwo dostrzegalne, osłonięte zaroślami, trafiają się także inne, zawalone  przeszkodami. Tu i ówdzie stoją oznakowania, ostrzegające przed zagrożeniami, zalecające  objazd, widnieją  napisy „wstęp wzbroniony”. Jest mnóstwo tabliczek z rozmaitymi zachęcającymi informacjami, nawet dziwacznymi nakazami i zakazami. Brak tylko jednego – nazw miejscowości oraz liczb, określających odległości. I nigdzie po drodze nie uświadczy się kiosku z mapami, choć parkingów, moteli i osiedli wśród intrygujących krajobrazów i urokliwych zakątków bywa co niemiara. Łatwo wtedy wejść w jakąś ślepą uliczkę, zawędrować na dzikie pustkowie, na pustynne bezdroża.

Motyw drogi i wędrówki to jeden z najważniejszych archetypowych motywów w tradycji kulturowej i religijnej wszystkich epok – jak świat długi i szeroki. Czy będzie to podróż po trasach dobrze znanych, oznakowanych i wytartych, czy eksperymentowanie w plątaninie szlaków, czy wreszcie przebijanie się na przełaj – każdy musi swoje przejść, czy tego chce, czy nie. To także jest banał – aczkolwiek nie jest nim żadna z pokonywanych dróg. Nie wiadomo, jak długo przyjdzie wędrować i w jakich warunkach, kogo będzie się miało za towarzyszy, co się wydarzy, ile razy przyjdzie upaść, podnieść się, poranić lub cieszyć z sukcesów. Jedno natomiast jest pewne – co i rusz pojawią się jakieś rozstaje. Bez mapy, chociażby szkicowej, nie wiadomo, którędy iść dalej. Czym więc należy kierować się przy podejmowaniu właściwej decyzji? Co w takiej sytuacji miałoby być wyborem trafnym, właściwym?

Tego rodzaju pytania daleko wykraczają poza banalność, gdyż w tej podróży nie da się raz po raz wracać do jakiegoś dowolnie wybieranego „punktu wyjścia”. To nie jest eksperyment z powtarzanym pomiarem! Każdy wybór na kolejnych rozstajach – choćby z pozoru prosty i oczywisty – jest nieodwracalny. Powie ktoś, że taka kategoryczność sądu jest bez sensu Że przecież należy rozróżniać między tym, co naprawdę istotne, a co drobne, prozaiczne, zwyczajne, rutynowo potrzebne, wygodne, codzienne. Że nie ma co filozofować przy sprzątaniu domu, kupnie chleba czy chodzeniu na spacer. Cóż – i tak, i nie. Ktoś lubi  czystość – i skądś mu się to wzięło, „tak już ma”. Ktoś lubi taką, a nie inną żywność – też z jakichś powodów; może jada ją z dietetycznej konieczności, która też przecież nie wzięła się z powietrza. Jeden kocha spacery, drugi –  uprawia jogging, trzeci – woli przesiadywanie w fotelu przed telewizorem. To też nie wzięło się znikąd.

Wykonujemy tysiące czynności, mimowolnie, właśnie odruchowo, które zawsze są jakimiś wyborami, choć za takie je nie uważamy. W danym momencie robimy to, a nie co innego. Z faktu, że jest to nawyk codzienności nie wynika jednak, że nie ma swojej genezy, swego znaczenia. Nie zawracając sobie głowy tą  odruchowością, niejako „budzimy się” z tej mimowolności dopiero wtedy, gdy coś nam ją  zakłóci. Zazwyczaj szukamy wtedy sposobu, by jak najszybciej do niej wrócić.

Tak działa każdy tzw. homeostat – nawet jakże prymitywny mechanizm autoregulacji  temperatury w lodówce. Najpierw musi jednak zostać odpowiednio nastawiony. Pralka też sama pierze – tyle tylko, że według wybranego programu. Gdyby rzecz całą skomplikować i  rozbudować do wykonywania tysięcy czynności, to można sobie wyobrazić niewiarygodnie złożonego, wielofunkcyjnego robota, działającego automatycznie według zadanego oprogramowania. Dzięki możliwościom technicznym dałoby się tak go skonstruować, żeby nawet potrafił sam się trochę uczyć, korygował zakres swej pracy i tym samym samodoskonalił. Co jednak z owym pierwotnym zaprogramowaniem całości w jej niewiarygodnej wręcz złożoności?

Najpierw był Golem i upiór doktora Frankensteina – obydwa uformowane jako ożywiona materia organiczna.. Potem, podobne pomysły, tym razem „umaszynowione”, zrodziła zapomniana już nieco, prymitywna cybernetyka z pierwszej połowy XX wieku. Pozostały po niej tysiące odmian automatów roboczych, użytecznych, tyle że tępych jak but. Dzięki procesorom i komputerom przydaje im się dzisiaj nieco „inteligencji”, co dodaje owym robocim  tworom  nieco wdzięku, lecz nie rozumu. Idąc tym tropem, zapewne kiedyś  dojdziemy do tego, co proponuje fantastyka naukowa, obrosła w cudeńka wprost niewyobrażalne, rodem z Gwiezdnych Wojen i wymysłów niepohamowanej wyobraźni artystów i uczonych. Ale tak czy owak – nieodmiennie będą to maszyny o ograniczonym potencjale funkcjonalnym, sprowadzającym się do skończonej sumy zaprogramowanych działań.

Człowieka również daje się do pewnego stopnia zaprogramować i zautomatyzować. Codziennie wykonujemy tysiące czynności dziennie, w ogóle się nad nimi nie zastawiając. W dużej części życie „dzieje się samo” – nawet jeśli pominiemy funkcje biologiczne. Wiele w nim się „samo” wybiera, „samo” wyznacza aktywność, bez udziału świadomości – choć nie bez udziału wewnętrznej samokontroli. Otóż t – sedno sprawy tkwi w dziwacznym fenomenie automatycznej, odruchowej samoregulacji. Ile z tego, co w naszym życiu istotne, tak właśnie się odbywa? Gdzie przebiega granica, oddzielająca to, co w danej chwili istotne, od tego, co wydaje się takim nie być? Jaka jest perspektywa czasowa owej istotności? Przecież nie wszystko dzieje się wyłącznie po to, żeby było „tu i teraz”.

Powie ktoś, że automatyzm kupna chleba to zwykły nawyk, nad którym nie ma się co rozwodzić. A już tym bardziej nie ma tu żadnych straszliwych rozstajów dróg życiowych! Ale toż to przecież jakiś wybór – tyle że odruchowy. Ma swoje uzasadnienie – przypomnijmy  sobie poirytowanie, gdy go zabraknie. Choć tego nie kontrolujemy, to przecież staramy się jeść to, co zdrowe, lub za takie uchodzi. I tu kryje się cała sztuczka. Wystarczy odrobina dobrej reklamy, opinia sąsiada, kilka hasełek, żebyśmy uwierzyli, iż powinniśmy jeść właśnie to, a nie tamto. Dlaczego? Ponieważ według rzekomo wiarygodnych źródeł jest to pożywne, bezpieczne, przedłuża życie, ma sto różnych, jakże bezcennych składników, wreszcie jest eleganckie, gdyż odżywia się tym sam Książę Walii albo mistrz świata w cymbergaja. Skąd wiemy, że to nam służy? Skąd to przekonanie o wiarygodności suflowanych nam informacji? Przecież sami już dawno wzięliśmy rozbrat z naturalnym instynktem; tylko nieliczni się nim kierują – bo jeszcze potrafią. Od czego jednak siła perswazji rozmaitych treserów i magików od urabiania naszej wyobraźni, świadomości, woli? Naukowców, ekspertów, praktyków, komentatorów, specjalistów od robienia ludziom wody z mózgu? Zdajemy się na innych – i chcemy im  wierzyć. To oni właśnie  programują w nas przekonania o fantastycznych walorach tej czy innej najzwyklejszej bułki.

Warunkują nas wprost, niczym psa Pawłowa – lub pośrednio, zmyślnymi sztuczkami, iluzjami, dobieranymi stosownie do wieku, płci, statusu i wielu innych jeszcze parametrów. Ale i my sami również możemy sobie coś wmówić – i mieć to raz na zawsze „z głowy”, niczym nasz łakomczuszek od pączków. Na ileż to sposobów powstać może taki odruch! Oczywiście, mówienie przy każdym zjedzonym ciasteczku o podejmowaniu decyzji czy dokonywaniu wyborów życiowych rzeczywiście nie ma najmniejszego sensu. Ale gdy z czasem dochodzi do fatalnych skutków zdrowotnych, wówczas warto rozważyć, skąd wzięła się ta czy inna przypadłość.

Dobre oprogramowanie ma to do siebie, że raz wpuszczone w maszyn działa zawsze w określonych warunkach i okolicznościach. Dobrze wdrukowany odruch uaktywnia się sam, gdy tylko pojawią się określone, inicjujące go bodźce. Dobrze utrwalony algorytm włącza się za każdym razem, gdy człowiek staje przed zadaniem określonego rodzaju. Wreszcie silnie wpisana w odruchy instrukcja obsługi jakiegoś „kawałka życia” realizowana jest bez zastanowienia, gdy tylko „czujniki” wykażą, że wymaga tego określona sytuacja. Reszta to już tylko reaktywne wykonywanie zespołu przewidzianych czynności. Gdy coś się „nie zgadza”, szuka się sposobu, by sprowadzić rzecz całą do tego, co „być powinno”.

Zaobserwowano, że zwierzęta w niewoli mają skłonność do odruchowego chodzenia dokoła klatki czy wybiegu, lecz tylko w jednym kierunku – w długich cyklach, albo w prawo, albo w lewo. To może zbyt daleko posunięta analogia, lecz zastanówmy się, czy człowiek w swych życiowych wędrówkach, zatrzymując się na rozstajach dróg, nie ma aby tendencji do mimowolnego skręcania także tylko w jedną stronę? Jak się okazuje, owo dziwne porównanie wcale nie jest całkowicie bezzasadne. Raz wytworzone odruchy wielu rodzajów uruchamiają wypadkową siłę ciążenia „ku czemuś” – wdrukowanemu, zaprogramowanemu, wpisanemu w bezwolną nawykowość, przymus, poczucie konieczności, wreszcie w lęk. Czy ktoś wypracowuje to sobie sam, czy zostaje  do tego jakoś przyuczony – i w jakim stopniu – to już całkowicie inna kwestia.

Ukształtowany i utrwalony subiektywny ogląd i osąd świata, sposób myślenia, reagowania i postępowania w sposób jednoznaczny, a przy tym przewidywalny, można z grubsza nazwać uogólnioną postawą życiową. Uwarunkowana jest wiedzą i doświadczeniem, niemniej u jej podłoża leżą wyznawane wartości i wynikające z nich poczucie powinności – a  więc określony poziom świadomości moralnej. Rzecz w tym, czy pełni ona funkcję kontrolną wobec świadomości psychologicznej, czy też jest zgoła odwrotnie – zostaje tej drugiej podporządkowana. I co ważniejsze, czy obydwa te rodzaje świadomości zostały uformowane w rozwoju z poszanowaniem godności osoby ludzkiej, a więc na zasadzie wspierania samostanowienia do podmiotowości? Czy też przeciwnie, zostały sformatowane do jakiegoś oprogramowania funkcjonalno-regulacyjnego, napędzającego użyteczne „urządzenie psychofizyczne”? Czy, jak chciał tego już w XVII wieku pewien francuski filozof, człowiek ma być „konstruowany” i traktowany wyłącznie jak bezduszna maszyna, czy też wspomagany we wszechstronnym rozwoju jako istota, będąca czymś więcej niż tylko „wysoko zorganizowaną materią”?

Odruchowość można wytwarzać zarówno po stronie materii, jak i ducha. To drugie jest trudniejsze, gdyż duch nie tak łatwo poddaje się zabiegom redukcjonistycznym i manipulacyjnym – tak po stronie teorii inżynierii psychospołecznej, jak i jej praktyki. Obowiązuje tu pewna prawidłowość; im rozleglejsza nawykowa bezwolność, im więcej aspektów życia obejmuje, tym mniej podmiotowa staje się ludzka decyzyjność – niezależnie od subiektywnego przekonania o wolności własnych wyborów. Co ważne, tym mniej pytań zadaje sobie wtedy człowiek, stając raz za razem na rozmaitych rozstajnych drogach. I to od najmłodszych lat.

Należy jednak pamiętać o pewnym rozróżnieniu. Powie bowiem ktoś, że podobnie postępują ludzie, którzy –  zapatrzeni w swą gwiazdę przewodnią – idą również w pewnym sensie bezrefleksyjnie. Że wszystkie swe wybory i decyzje podporządkowują kierowaniu się tylko w jej stronę. Że może to dotyczyć zarówno świętego, jak i fanatycznego terrorysty lub psychopatycznego mordercy. Że to tylko kwestia wiary w to, co taką gwiazdą stać się może lub być powinno. I ze może tym być właściwie cokolwiek. Czy zatem w każdym przypadku mamy do czynienia z jakimś „zaprogramowaniem” życia?

W takim stawianiu sprawy, formalnie uprawnionym i ze wszech miar logicznym, kryje się jednak pewna pułapka. Odpowiedzią jest tu coś, co wydaje się paradoksem. Rzecz bowiem w tym, czy dążymy do czegoś, co jest w pełni osiągalne podczas ziemskiej  wędrówki. A raczej w tym, czy taką gwiazdą może być coś, co jest realnie osiągalne? Co jest tylko migoczącym świetlikiem, wesoło mamiącą w pobliżu błyskotką, której złapanie cieszy, lecz powoduje, że znów nic nie widać na drodze?

Gdybyż to podróż życia dawała się definiować w kategoriach skończonych i domkniętych? Można by ja wtedy operacyjnie rozpracować od początku do końca, wyznaczyć jej kres, przewidzieć czas, jaki jest potrzebny, by zrealizować swój cel, wreszcie określić warunki niezbędne, by go osiągnąć. Wystarczyłoby podzielić cała tę wyprawę na etapy, na cele cząstkowe, sumujące się do zaplanowanej całości. Czy aby jednak nie przypominało to instrukcji obsługi życia według psychologicznej teorii o hierarchii potrzeb i samorealizacji? Tylko czym owa samorealizacja miałaby być? Co miałoby być wyznacznikiem tego, iż została pomyślnie osiągnięta? Kiedy wyznawca tej uczoności mógłby powiedzieć, że w pełni mu się sprawdziła? Czy można  w ogóle traktować własne życie w trybie dokonanym?

Automat wypełnia zadanie – i staje. Wykonawszy wszystkie, zadane programem czynności – ile by ich nie było – może uznać, że „samo się zrealizował”. Zrobił to, co niego należało. Czy na tym ma polegać ludzkie życie? Kto może powiedzieć, że swoje wypełnił do końca? Albo że w ogóle przebiega ono dokładnie według planu, jaki sobie ułożył? Pewien mądry człowiek ujął to w spostrzeżeniu, iż idzie o „wędrówkę, którą najlepiej byłoby ukończyć, niż odbywać z nadzieją, ale którą trzeba odbywać z nadzieją, by ją kiedykolwiek ukończyć” (Tolkien).

Trzej biblijni mędrcy ruszyli za gwiazdą betlejemską, która była znakiem nie tylko   spełnienia proroctwa – ale przede wszystkim obietnicy. Nie wyznaczała kresu wszystkiego, lecz wszystkiego nowy początek. Nie wiadomo, co się z nimi później stało, lecz jedno jest pewne – ta podróż ich odmieniła, ponieważ odmienić musiała. A przecież nie wzięli jej w ręce, nie zabrali ze sobą z powrotem. Nie wiemy jak, lecz bez wątpienia nakazała im kontynuowanie własnego życia w myśl i w duchu tego, czego dokonali, doznali i pojęli. I na tym właśnie polega sens każdej wędrówki życia – na nieustannej przemianie. Wszystkiego – ciała, umysłu i ducha. Co prawda, pierwsze  nieuchronnie obumiera, drugie – słabnie, lecz to trzecie może się umacniać i rosnąć w siłę

Tylko od nas samych zależy ku czemu się przemieniamy podczas naszego ziemskiego bytowania. Bóg obdarzył człowieka wolną wolą i postawił na jakiejś drodze, by dalej już sam nią wędrował według własnego uznania, możliwości i sił. Na każdych rozstajach powinien samodzielnie decydować, którędy pójdzie, nawet jeśli nie jest pewny dokąd dojdzie. Iluż ludzi, w każdym momencie życia, ze zdumieniem konstatuje, że znalazło się w miejscu wcześniej ani zaplanowanym, ani jakkolwiek dającym się niegdyś przewidzieć. Powraca wtedy pamięcią do chwil, w których dochodziło do dziwnych „zwrotów akcji”, zakrętów, niezwykłych przypadków, zbiegów okoliczności, zdumiewających spotkań, okazji, zagadkowych splotów wydarzeń. Kto może po latach stwierdzić, że w danej chwili posiadł  dokładnie to, co sobie kiedyś był zaplanował, zamarzył, założył? Że jest tak, jak „być miało”, „być powinno” czy chociażby nawet „być mogło”? Jedni się tym zamartwiają, drudzy z tego cieszą, jeszcze inni jeszcze szalenie zdumiewają. I nie wszyscy – choć zmuszeni do akceptacji zaistniałego stanu rzeczy – rozumieją sens, jaki się za tym  kryje.

Pewien bard napisał swego czasu w więzieniu, iż „nie tyle ważne kiedy, ale jaki wyjdę stąd”. Znalazł się tam za sprawą polityki, której meandrów żadną miarą nie uwzględniał w swych młodzieńczych planach. Ów incydent stał się dla niego czasem wyborów moralnych, które miały zdecydować nie tylko o jego dalszym losie, lecz i przemianie, jaka miała stać się jego udziałem. Wybrał to, co wybrał – i jego to sprawa. Coś zyskał, coś stracił. Jakkolwiek by nie oceniał bilansu tamtych dni, liczy się jedno – przemiana, jaka się w nim dokonała.

Czy da się to podciągnąć pod jakąkolwiek mądrą teorię psychologiczną? Przecież nic tu się z nią nie zgadza. W pewnym momencie zadecydowały przede wszystkim racje wyższego rzędu, mimo iż nie było spełnione nic z niższych pięter hierarchii potrzeb. To one wyznaczyły jego motywacje, działania, zyski, straty i wszystkie późniejsze konsekwencje. Znalazłszy się na rozstajach, dokonał swego wyboru. Miał swoją gwiazdę przewodnią – i za nią podążył. Ktoś, kto postawił problem odwrotnie niż on, również uległ jakiejś przemianie – z jej bilansem zysków i strat. I jemu coś przyświecało w jego wyborach, coś do nich przymuszało. Jak teraz zestawić obydwa te  rozwiązania?

Czy jedna przemiana determinuje cały dalszy bieg życia? Jakie decyzje i wybory mają tu moc sprawczą? Wiele zależy od rangi zdarzeń, a także od tego, czy wybrana ścieżka będzie miała dalsze rozwidlenia – ile, i jakie. Przyjdzie to dokładniej rozważyć, gdy wejdziemy do naszego symbolicznego zamku ludzkich losów. Lecz już teraz zachęcić warto każdego, kto chciałby przyjrzeć się swemu życiu pod tym właśnie kątem, by – za przykładem Augustyna – zapuścił się w labirynty własnej pamięci w poszukiwaniu ścieżek, jakimi szedł i które doprowadziły go do punktu, w którym się oto dziś znalazł. Dzięki temu z większym zrozumieniem będzie podążał w ślad za ciekawskim wędrowcem, który ma zamiar niebawem do tego zamku wkroczyć.  Jest już blisko, lecz jeszcze nie w środku…

CZĘŚĆ   II

Wybrani nie będą znali swych cnót, a  potępieni ogromu swych zbrodni. Największą karą czyśćca jest niepewność wyroku.

(Pascal, Myśli, 666,663)

Rozdział 4

Podzamcze i most zwodzony

4.1. Głupie pytania

Czym jest życie? To jedno z najgłupszych chyba, ale i najbardziej kłopotliwych pytań, na które w zasadzie nikt jeszcze jednoznacznie nie odpowiedział – i sądzić należy, że nie odpowie. Nie ma takiego mądrego, który by potrafił je ostatecznie zdefiniować, choć każdy, nawet głupiec, doskonale wie, że trzeba je jakoś przeżyć, jakoś się z nim uporać. Pozostaje nieodgadnioną  tajemnicą – a jednocześnie oczywistością. Realnością – a jednocześnie ulotnością, niczym powiew wiatru. Można o nim mówić bardzo uczenie, poetycko, metaforycznie, symbolicznie, opisowo, i na wiele jeszcze innych sposobów, lecz nie jest w ludzkiej mocy ogarnąć jego praprzyczynę i jego istotę. W naszym ograniczeniu możemy jedynie przyjąć, ze jest czymś danym, zadanym, ofiarowanym, przeznaczonym i wyznaczonym. Lecz czemu, jak, przez kogo i po co? Studiowanie form jego aktualizacji i manifestacji, ich opis i analiza, pozwala wyjaśniać – nawet dość dokładnie –  jak one działają, lecz nie docierać do ich ukrytego przed nami, zagadkowego „podstawowego napędu”?

Można, oczywiście, uznać, że jest dziełem przypadku, fenomenem, zrodzonym z niezliczonych zawirowań materii, kapryśnym artefaktem kosmicznego chaosu. Czymś, u swych początków samorodnym, z czasem samo się replikującym w nieskończonej ilości przetworzonych form. Zatem uznać by je należało za osobliwy paradoks – za przekształcenie się gry prawdopodobieństw w absolutną pewność; niczym w bajce Lema o smokach. Przyszłoby jednak wówczas stwierdzić, że pozostaje ograniczone wyłącznie do realności materialnej i podlega tylko jej prawom.

Przyjęcie takiej koncepcji wykluczałoby jednak cokolwiek, co poza tę realność wykracza – nawet na najwyższym szczeblu ewolucji. Czy zatem takie aspekty ludzkiej natury jak chociażby umysł, czy uczucia, to jedynie efekty wtórne, dające się jakkolwiek wywieść przy pomocy skończonej liczby operacji z „mechaniki układów złożonych”? Czy wszystko ma być ledwie sumą zawiłych procesów, zachodzących w obrębie skomplikowanych struktur atomów i cząsteczek? Nawiasem mówiąc – skąd się one wzięły? Nawet uczeni, którzy sformułowali dość wątpliwą teorię Wielkiego Wybuchu z jego niewiarygodnie wręcz złożonymi i wielowątkowymi, materialnymi następstwami, nie są w stanie wyjaśnić, jak w tym, co w jego wyniku powstało, zalęgło się życie. Jeśli nawet uruchomiony został jakiś kosmiczny proces ewolucyjnej samoorganizacji materii, to czy ludzkie istnienie jest wyłącznie jego pochodną?

Jest w takim ujęciu sprawy pewna sprzeczność. Gdyby bowiem rzecz sprowadzała się jedynie do „gry szklanych paciorków”, to przecież z jej reguł dałoby się, koniec końców, wykreować coś żywego – nie mówiąc już o czymś myślącym, czującym, wątpiącym, dążącym do wyrwania się ze swych ograniczeń. Można by to robić niejako za zawołanie, „na życzenie”, wedle dowolnie przyjętego programu. Lecz okazuje się to niemożliwe. Tajemnica tkwi gdzieś „w środku”, czy „pomiędzy”. Długi konar ogromnego drzewa nie łamie się pod własnym ciężarem tak długo, dopóki żyje. Prawa statyki tu zawodzą –  dopiero obumarcie całości, po same korzenie, powoduje, że znikają siły je spajające. A cóż dopiero mówić o człowieku? Nauka  majstruje przy genach, lecz by sprokurować nowego, żywego osobnika homo, musi posługiwać się tym, co już zostało wcześniej ożywione. Jak by nie kuglować na „najprostszym materiale” – choćby od poziomu subatomowego poczynając – nie da się zmontować niczego metodą creatio ex nihilo. Czy rzeczywiście – jak chcą tego rzecznicy „naukowego światopoglądu” – wyjaśnień tych zagadek szukać należy tylko w ewolucji?

Czy nieprzejednany ewolucjonista, gdy zdarzy mu się zakochać, rzeczywiście uważa, że wielbi obiekt swych amorów gnany wyłącznie potrzebą wabienia i uzdatniania puli genetycznej gatunku? Czy odmówi opieki nad schorowaną matką? Co pocznie z dziwnym nakazem wewnętrznym, nakazującym mu ratowanie drugiego człowieka przed śmiercią? Czy wątpliwości na temat tego, co dobre, a co złe, to jedynie gra popędów, a w lepszym wariancie – kalkulowanie  strategii przetrwania? Czy zakamieniały materialista nigdy nie płacze, nie czuje żalu, współczucia, smutku, radości, nadziei – i nigdy nie rodzą się gdzieś w nim pragnienia przeżycia podobnych doznań? Czy nie uwiera go przeczucie, iż istnieje jeszcze „coś”, czego nie da się wyjaśnić wszędobylskim „szkiełkiem i okiem”? Czy myśl geniusza, twórczość, odkrywczość – to dla niego tylko sekwencje impulsów w mózgu? Czy to wszystko razem – i jeszcze miliony innych rzeczy – to wyłącznie walka o byt, swawolne  igraszki samolubnych genów?

Powiedzmy sobie wprost: negowanie duchowości człowieka, istnienia duszy i wszystkiego, co z tego wynika, to albo głupota, albo zaślepienie – co właściwie na jedno wychodzi. Nie da się z tym dyskutować, nie warto też ani z tego szydzić, ani tego potępiać – można jedynie współczuć niedowiarkom w nadziei, iż w pewnym momencie ockną się z zaczadzenia.  Ktoś, kto swe doznania psychiczne i duchowe sprowadza do odruchów, instynktów, a w najlepszym razie do niejasnych przeczuć, nie dopuszcza istnienia innej rzeczywistości niż ta, którą jest w stanie objąć swym zmysłowo-analitycznym „instrumentarium poznawczym”. Owszem, to narzędzie potężne – lecz nie jedyne. Niemniej z faktu, że nie pozwala do czegoś dotrzeć nie oznacza, że tego „czegoś” nie ma. Tym bardziej, że wiele aspektów naszego życia to wyraźne i oczywiste owego „czegoś” manifestacje, których nie sposób schować pod dywan.

Materia, której „nie zadano” ducha, pozostaje tylko zbiorem atomów – niezależnie od tego, jak by nie była złożona. Pozostawmy mądrzejszym rozważania nad tym, jak ono się w niej aktualizuje – i do czego. W biologicznym kosmosie człowiek jest osobliwością przez to, że wyposażony został przez Stwórcę w szczególne atrybuty nadprzyrodzone – rozum, duszę i wolną wolę. Nie są one nijak redukowalne do materialności i do praw nią rządzących  – aczkolwiek są przez nią ograniczone w formach, w jakich się przejawiają i działają. Obydwa te aspekty naszego człowieczeństwa są jak dwie strony tej samej monety – i pospołu wyznaczają jego wartość oraz znaczenie w sensie antropologicznym.

Nieco bardziej złożona jest już jednak praktyka życia, gdyż założone w nas siły napędowe dwojakiego rodzaju, splatając się w codziennym bytowaniu pod wieloma względami pozostają wobec siebie w ciągłej opozycji. Istota ludzkiej egzystencji tkwi bowiem w ciągłym „przeciąganiu liny” przez dwa przeciwstawne żywioły. Z  jednej strony przez to, co chce narzucić materialna natura, z drugiej zaś – przez ową duchowość, dążącą do wyrwania się z narzucanych jej „przyziemnych” uwarunkowań. W poetyce teologicznej nazwać by to można walką pomiędzy ciążeniem grzeszności, a wyzwalaniem się duszy w jej dążeniu do swego źródła – do Boga (czy, jak kto woli – do Absolutu).

Brzmi to niezwykle górnolotnie i mało „praktycznie”. Niemniej te pompatyczne  ogólniki dają się przekładać na język zwyczajności i codzienności życia – w tym i poprzez analizę mechaniki decyzyjności i podejmowania wielorakich życiowych wyborów. Wszelako na początku, zanim dojdzie do chwili, w której ta niezwykła, psychiczna i duchowa „maszyneria” rozpocznie swą pracę na dobre, ludzkie życie przez pewien czas pozostaje w fazie embrionalnej, sposobiąc się do mierzenia ze światem, w jaki zostanie rzucone. I tu zaczynają się pierwsze problemy.

4.2. Co na początku?

Darujmy sobie modne tu i ówdzie spekulacje na temat prenatalnej fazy rozwoju człowieka. Niewiele o niej wiadomo poza sumą rejestrowanych – a i to pośrednio –  reakcji płodu, które próbuje się rozmaicie interpretować. Różne wygłaszane tu i ówdzie androny można spokojnie włożyć między bajki, gdyż są w zasadzie jedną wielką grą wyobraźni i domniemań. Nikt nie może wiedzieć co się „tam” dzieje w sensie mentalnym, psychicznym, emocjonalnym czy duchowym. Pewne jest natomiast, że dziecko rodzi się już z jakimś „bagażem przedwstępnych doświadczeń”, lecz czego i w jakim zakresie czy stopniu – tego określić nie sposób.

W naszej metaforycznej konwencji przyjmiemy, że do owego alegorycznego „zamku życia” wkracza się z chwilą przyjścia – w właściwie wyjścia na świat. Do tego momentu dusza i ciało pozostają w zamknięciu, niejako czekają na swój ziemski czas w przedsionku, czy – znów używając naszych porównań – w podzamczu. Już realnie istnieją, trwale zespolone w rozwijających się embrionach. Zachodzą w nich niezwykłe procesy, w których materia strukturalizuje się do postaci istoty gotowej na rozpoczęcie swej wędrówki przez życie. Czy dzieje się tak wyłącznie za sprawą programów, zapisanych w kwasach nukleinowych, stymulujących kolejność i przebieg określonych procedur biochemicznych? Czy też istnieje jakaś siła, która spaja w jedną całość mnożące się i rozrastające struktury? Czy nie dzieje się tu coś podobnego, co ma miejsce w przypadku opisanego wcześniej rozłożystego konaru ogromnego drzewa?

Nie dysponujemy żadną sensowną metodologią, pozwalającą w jakikolwiek racjonalny sposób dowieść prawdziwości lub fałszu dowolnie sformułowanej na to pytanie odpowiedzi. Tajemnica życia pozostaje tajemnicą – już u swych początków, niezależnie od bogatej wiedzy na temat zjawisk biologicznych jakie obserwuje się w fazie prenatalnej. I tak chyba pozostanie, co nie znaczy, że nie warto wiedzę tę nieustannie i wszechstronnie wzbogacać. Sądzić należy jednak, że owa zagadka wyznacza próg poznania, którego nie jesteśmy i nie będziemy chyba w stanie przekroczyć. Prędzej chyba uda się obalić pewnik o stałej prędkości światła – wykroczyć poza obowiązujące prawa, rządzące  materią. Ale to już zupełnie inna sprawa, perspektywa innej rzeczywistości. Lecz nawet wtedy, wchodząc w osobliwą nadrealność, nie sięgnie się do tego, co nadprzyrodzone.

W tym momencie, niejako na marginesie tego opisu, trzeba przypomnieć, że zaistnienie życia i zagnieżdżania się go w naszym podzamczu nie jest, niestety, gwarancją, iż czeka je dalszy, łaskawy los. Rzecz w tym, że wiele z tych zalążków nigdy do zamku nie wejdzie, gdyż – z takich czy innych powodów – nie będzie im to dane. Choć obdarzone wszystkimi niezbędnymi atrybutami, tyle że jeszcze „w stanie zaczątkowym” – giną. Jedne z powodów naturalnych, niezawinionych, losowych – lecz zawsze przecież jednak  z woli Boga. Ale też i wiele innych – tylko dlatego, że komuś zechciało się je zabić. W pierwszym  przypadku w grę wchodzi jakieś niezawinione nieszczęście, może defekt natury, fatalny zbieg  okoliczności, niepojęte działanie opatrzności Bożej. Natomiast w drugim mamy do czynienia ze świadomą decyzją popełnienia zwykłego mordu. Tu nie ma co bawić się w eufemizmy – zabijanie, uśmiercanie zarodków, to zwykłe morderstwo. Za które przyjdzie zapłacić wielką cenę – jeśli nie przed sądem ludzkim, to na pewno przed trybunałem Stwórcy.

Pamiętajmy, że nasz zamek to jedynie metafora, w której nie obowiązują prawa czasu i przestrzeni –  coś na podobieństwo budowli Eschera z przenikającymi się wymiarami, dokąd  trafiają dusze, wyekspediowane tam na czas jakiś z wieczności i nieskończoności. Pomiędzy tym, co w nim w środku, a tym, co wokół niego, istnieje szczególna, niewidzialna więź, a to za sprawą prokreacji – wszak nowe życie powołują ci, którzy już przecież po zamku wędrują. Decydując się na jego unicestwienie, świadomie dokonują wyboru – jednego z wielu, lecz jakże brzemiennego w skutki. Przechodząc później przez sale i komnaty z oknami i nieraz spoglądając przez nie na dalekie podzamcze, słyszą – czy im się to podoba, czy nie, czy wierzą w istnienie duszy, czy nie – głos własnego sumienia. Wciąż się odzywa, chociażby tylko stłumionym echem, w najmniej nieraz przewidywalnych chwilach i sytuacjach. Przez całe życie towarzyszy im też „głos, co jest nie łkaniem/lecz szeptem westchnień, który skroś stuleci/powietrze wzrusza bezustannym drganiem”.

Nigdy nie zobaczą, jak przez most zwodzony, łączący oba światy, dołącza do nich ich własne potomstwo. Zapoczątkowawszy życie, zaraz potem pozbawili je szansy na pielgrzymowanie za własną gwiazdą ku wieczności. W dalszej wędrówce ten głos sumienia nie cichnie, ba, staje się coraz silniej słyszalny. Ciekawą, acz bolesną konsekwencją owego stanu rzeczy jest to, iż – mówiąc znów alegorycznie – od czasu tamtej decyzji unikają sal z oknami. Tym samym rezygnują z wielu możliwości, jakie zaoferowałoby im życie. W efekcie, za sprawą wewnętrznego odruchu unikania, niektóre ich wybory na kolejnych rozstajach dróg nie są tak przypadkowe, czy tak podmiotowe jak by się to mogło wydawać – nawet im samym.  Sami o tym nie wiedząc, niczym owe zwierzęta w zamknięciu, odruchowo wybierają tylko niektóre kierunki krążenia po nim – nawet  tego nie zauważając, choć z przekonaniem, iż w swych decyzjach są wolni i niezależni.

4.3 Gdzie wszystko się zaczyna?

To tylko jeden z wielu aspektów owej tajemnej więzi zamku ze swym podzamczem, której naturę tak trudno pojąć. A to dlatego, że sfera ducha w niepojęty sposób przenika świat materii, obejmując jednocześnie różne jego kręgi, bez względu na odległości czasu i miejsca.  Owa jednoczesność w tym splątaniu pozostaje zagadką dla rozumu, tkwiącego na co dzień w ramach fizykalnych praw przyczynowych i logiki dwuwartościowej. Prawdę mówiąc, istnieją wielce abstrakcyjne, teorie matematyczne, opisujące – acz tylko w przybliżeniu – ten fenomen. Są niezwykle ciekawe, lecz ich sens antropologiczny czy nawet praktyczny jest szalenie trudny do pojęcia przez laika. Może ułagodziłyby sceptycyzm niedowiarków, gdyby tylko dali się przekonać, że to coś więcej, niż jedynie formalne łamigłówki. A przecież wystarczy nieco dokładniej zastanowić się nad tym, czym jest ludzka pamięć.

Ma ona bowiem pewną szczególną właściwość: wiąże przeszłość z teraźniejszością w jedną spójną narrację wewnętrzną. To, co działo się wcześniej – niezależnie od tego, gdzie i jak dawno – pozostaje stale w niej obecne, dostępne, i ma moc sprawczą, nie podlegającą zasadzie bezpośredniej przyczynowości. Nigdy bowiem nie wiadomo, co z zapisów pamięciowych i w jakim momencie uruchomi określoną aktywność, spowoduje podjęcie określonej decyzji. Coś może naraz z niej znienacka wychynąć i w mgnieniu oka przesterować myślenie czy zachowanie w całkowicie niespodziewanym kierunku.

Dzieje się tak dlatego, że narracja wewnętrzna jest w stanie toczyć się w dwóch wymiarach czasowych – jednym, odmierzanym „na bieżąco” według zwykłych zegarów oraz drugim – mierzonym biegiem myśli, stanami duszy i siłą emocji. Bywa tak, że w pierwszym, realnym, mijają minuty, godziny, a ten wewnętrzny ani drgnie. Zdarza się jednak i tak, że gdy ten drugi rusza, wydaje się płynąć całymi godzinami, choć sekundnik ledwie przeskakuje swoje podziałki. Lecz najbardziej niezwykłe jest to, że potrafimy w każdej chwili „operować” w obydwu czasach jednocześnie – i to na dowolnych ich przedziałach.

Ta osobliwa dwoistość trybu narracji życia jest naturalną właściwością naszej  świadomości – i to we wzajemnym splątaniu obydwu ich rodzajów. Każdemu z nas co i raz zdarzają się sytuacje, gdy tego doświadcza na własnej skórze. Czasami są one niezwykłe, ekstremalne, czasami tylko z jakichś powodów sytuacyjnie istotne lub silnie naładowane emocjami. Pojawia się dziwne „rozdwojenie narracyjne” – kiedy to na jawie, w czasie rzeczywistym, sięga się do zapisów z przeszłości, w danej chwili ważnych. Gdy zakodowane w nich obrazy zaczynają nakładać się na teraźniejszość, wiele się wówczas rozjaśnia, układając w większe całości. Przychodzi zrozumienie sensu i logiki tego, co dotąd kryło się za mgławicowym chaosem minionych zdarzeń. Czasami pozwala zrozumieć to, co w danej chwili wydawać się może dziwne, niejasne, wręcz głupie. Na tym polega istota aktów poznawczych, zwanych rozmaicie – iluminacją, olśnieniem, odkryciem, zrozumieniem czegoś dotąd niejasnego itp. Za tymi aktami umysłu i duszy zazwyczaj idą konkretne decyzje, wybory, dochodzi do zwrotów na rozstajach dróg.

Czym właściwie jest ta narracja wewnętrzna, jaką nieustannie w sobie prowadzimy? I kto – czy też co –  ją prowadzi? Uczeni łamią sobie głowę, jak uporać się z mnogością jej aspektów operacyjnych i funkcjonalnych. Bo że coś takiego istnieje – z tym zgadzają się właściwie wszyscy. Lecz problem w tym,  jak to się ze sobą łączy i zespala w spójną całość. Gdzie się to wszystko „integruje”? I pytanie najtrudniejsze: gdzie i kiedy to wszystko się zaczyna? Bez pojęcia duszy i jej atrybutów odpowiedź na nie jest niemożliwa. Wiedział o tym już poczciwy Sokrates, rozwijając swą koncepcję daimoniona – głosu wewnętrznego, pozostającego „w stałej łączności” z tym, co nadprzyrodzone.

Teraz zaczyna się najgorsze. Skoro dusza zadana nam jest od chwili zaistnienia życia, czyli od poczęcia, zatem musi nią być obdarzony już ludzki embrion. Racjonalnemu materialiście czy ewolucjoniście pomysł ten wydaje się idiotyzmem, wręcz dubeltowym,  zakorzenionym w metafizyczno-religijnym obskurantyzmie. Idźmy jednak dalej. Skoro w naszej świadomości moralnej głos duszy objawia się poprzez sumienie, zatem i ono musi należeć do „podstawowego wyposażenia”, z jakim przychodzimy na świat. Każdy przyzna, że w naszym pojmowaniu zjawisk i życia przypisywanie sumienia nienarodzonemu dziecku wydaje się być totalnym absurdem. Zastanówmy się jednak, czy nim rzeczywiście jest. Skłaniać do tego powinny dwa powody, dostarczające przesłanek – kulturowych, a nawet naukowych! – że coś jednak jest tu na rzeczy.

W tradycji Dalekiego Wschodu (choć nie tylko) za datę urodzin przyjmuje się dzień poczęcia, a nie porodu. Powie ktoś, że dokładne oznaczenie tego jest niemożliwe. Czyżby? Pamiętajmy, że wiedza tamtych cywilizacji ma swoje kanony, według których po swojemu opisuje rzeczywistość. Wypracowano je i skutecznie wypraktykowano przez wieki obserwacji i doświadczeń. Trudno przypuszczać, żeby tak podstawowa sprawa jak znakowanie początku życia nie była przez tysiąclecia poddawana weryfikacji czy korekcie. Trudno też przyjąć, by przez ten cały czas godzono się na fałsz.

Nawiasem mówiąc, zadziwia fakt, jak bardzo jesteśmy niekonsekwentni w naszym ich traktowaniu tamtej tradycji, kultury i nauki. Z jednej strony zachwycamy się chińską medycyną, wschodnią filozofią życia, łącznie z jej antropologią, a drugiej – odrzucamy wiele osiągnięć, jakie z nich wyrastają. Chętnie posługujemy się zagadkowymi metodami diagnostyki i terapii, zdumiewając się ich trafnością i skutecznością, a pogardliwie nieraz deprecjonujemy ich podstawy metodologiczne czy antropologiczne. Nie idzie o to, by popadać w bezkrytyczny zachwyt nad tamtą częścią świata, niemniej zdumiewa wybiórczość w traktowaniu zgromadzonej tam wiedzy, z której rozumieniem mamy spore kłopoty. Zresztą, w kwestii określania daty narodzin, dokładnie pokrywa się ona  co do zasady z tradycją innych kultur, choć niewątpliwie przekłada na odmienność obyczaju i psychospołecznych uwarunkowań, związanych z zaistnieniem nowego życia.

Przekonanie, iż człowiek nie może począć się, w ogóle zaistnieć, bez obecności duszy, uznać należy za podstawowy, by nie rzec – uniwersalny paradygmat antropologiczny. Dusza nie jest „czymś”, co nabywa się  dopiero w fazie prenatalnej, niczym jeden z wielu „składników rozwojowych”. Jako byt niepodzielny, stały i jednorodny, może co najwyżej czasowo pozostawać w stanie „uśpienia”. Czy jest to stan całkowicie nieaktywny – tego jednak nie wiadomo. Nie ma i nie będzie takiego obiektywnego naukowo narzędzia badawczego, które pozwoliłoby cokolwiek w tej materii ustalać. I chyba bardzo dobrze, że tak jest i tak pozostanie.

Nie ma i nie było na świecie kultury, która negowałaby istnienie ludzkiej duszy i duchowości. Jakkolwiek odmienne było i jest rozumienie jej istoty, cokolwiek by jej  przypisywano w sensie poznawczym, sprawczym czy wykonawczym, to przecież zawsze i wszędzie przydaje się jej cechy bytu o nadprzyrodzonym rodowodzie, acz bardzo realnie się manifestującego. Człowiek bez duszy jest niemożliwością ontologiczną, chyba że jako forma sztuczna, nienaturalna, lub – w ostateczności – wtórnie zwyrodniała. Takie „coś” pojawia się w mitologii i symbolice jako zło wcielone, żywioł wrogi i destrukcyjny. Nie ma dla człowieka większej kary – boskiej czy ludzkiej – jak pozbawienie jego egzystencji wymiaru duchowego.

Warto przy okazji polecić tę uniwersalną prawdę pod rozwagę i ku przestrodze wielbicielom sztucznej inteligencji. Nawet najsprawniejsza maszyna „myśląca” pozostaje jedynie maszyną. Nie jesteśmy w stanie jej ożywić. Opowieści o tym, że po przekroczeniu pewnego poziomu złożoności takiego tworu samoczynnie pojawi się w nim świadomość i inne atrybuty człowieczeństwa, a zwłaszcza zdolność pojmowania dobra i zła, można spokojnie włożyć miedzy bajki. O emocjach nie ma nawet co wspominać. Fantastyka naukowa może i jest atrakcyjna jako wieczorna lektura, zachęta do pogłębionej refleksji,  filmowa rozrywka, niekiedy nawet źródło niezwykłych, wręcz wizjonerskich pomysłów, niemniej w tym akurat zakresie bywa szalenie prostacka.

Oprócz argumentacji, wywodzonej z antropologii kulturowej, można też sięgnąć do ciekawych obserwacji psychologów, badających zjawisko empatii, o czym była już wcześniej mowa. Wynika z nich, że trzymiesięczne niemowlaki „wyczuwają”  w swym otoczeniu wyrządzanie krzywdy i sprawianie bólu osobom trzecim. Muszą zatem nie tylko mieć swego rodzaju zmysł, który to „odbiera”, ale także jakoś po swojemu zdawać sobie sprawę, że druga osoba cierpi. Lecz skąd wiedzą, że mają kontakt z czymś złym? Z cierpieniem? Do tego potrzeba zdolności rozróżniania między tym, co dobre, a tym co złe, jakiegoś o tym wyobrażenia; psycholog nazwie to właściwymi reprezentacjami poznawczymi. Trudno posądzać tak maleńkie dziecko o nadmiar doświadczeń w tym zakresie, czy o stosowną po temu wiedzę. Niemniej  reaktywność, adekwatna do znaku emocji, musi mieć gdzieś swoje źródło w jego świecie wewnętrznym. Ono to wie – ale skąd? Za sprawą jakiego rodzaju postrzegania? I jakiego rodzaju kategoryzowania?

Oczywiście, wszystko da się od biedy zredukować do biologii i sprowadzić chociażby do nierozpoznanych jeszcze reakcji instynktownych na wyczuwane – choć nadal nie wiadomo jak – zagrożenia w  bezpośrednim otoczeniu. Dawałoby to asumpt do rozwijania koncepcji „animalizujących” człowieka, które mają swoją niechlubną tradycję. Swego czasu bowiem całkiem serio uprawiano badania porównawcze nad osobowością różnych gatunków zwierząt. Wyszedł z tego kompromitujący idiotyzm, na szczęście szybko wycofany z obiegu naukowego. Ale scjentyzm nie popuszcza. Pojawiły się pomysły, że duchowość – jakkolwiek pojmowana przez twórców tak nowatorskich koncepcji – jest jakoś zakodowana w genach. Że wyposażeni jesteśmy w gen Boga, który obdarza nasz umysł zdolnością do transcendencji. Ten dziwaczny synkretyzm, zatrącający New Age’em, choć jest ukłonem w stronę metafizyki, nie daje jednak odpowiedzi, ku czemu ta transcendencja miałaby nas kierować. Uznanie istnienia świata nadprzyrodzonego i Boga (czy chociażby Absolutu) wciąż pozostaje nieprzekraczalną barierą dla naukowego racjonalizmu.

Paradoksalnie, nawet z tak osobliwie sformułowanej koncepcji duchowości wynika – zgodnie z prawami biologii – że wszystko musi zaczynać się już od momentu poczęcia, od chwili zespolenia się genów w jednej zygocie. Ale i z tym jest kłopot. Nie wiadomo bowiem, czy owa uznawana przez naukę właściwość – teraz już biologiczna, zakotwiczona w genomie – miałaby się z niego jakoś po swojemu wykształcać i rozwijać. Gdyby trzymać się obowiązującej wiedzy o formowaniu się narządów, wówczas należałoby określić kryteria graniczne dla stanu jej „zupełności”. A co, jeśli się nie rozwinie, albo jeśli dojdzie do jakichś defektów rozwojowych? Gdyby natomiast miała zaktualizować się dopiero w umyśle osobnika już dorosłego – to kiedy miałoby to nastąpić? Podobnych pytań można mnożyć ad libitum. Ale gdzie szukać się na nie sensownych odpowiedzi?

Pomysł osadzenia duszy w genach kryje w sobie jeszcze kilka nonsensów, szalenie zabawnych, gdyby chcieć je rozwinąć zgodnie z obowiązującą metodologią naukową. Po pierwsze – co z dziedziczeniem?  Czy obydwoje rodzice mieliby równy wkład w jej powstawanie?  Czy istniałyby wtedy jej cechy męskie i żeńskie? Płeć duszy!? Cóż za gratka dla fanatyków spod znaku poprawności politycznej! Idźmy dalej. Co z recesywnością genów? No i rzecz najciekawsza – co z manipulowaniem genami w procesie in vitro? Laborant ze swoją pipetką pod mikroskopem, gmerający przy Panu Bogu? Tego nie wymyśliłby żaden facecjonista czy akademicki filut – to musiało zalęgnąć się w chorym umyśle jakiegoś  kandydata na samozwańczego demiurga, który całkiem serio uważa się za Stwórcę.

Jedna bzdura pociąga za sobą kolejne absurdy. Gdyby dusza miała rozwijać się z genomu, to czy byłby to proces stopniowalny? Czy mielibyśmy różne fazy tego rozwoju – dziecięcą, młodzieńczą, dorosłą, nawet starczą!? Szkoda chyba czasu na stawianie dalszych pytań. Kto chce, niech sobie spuści z smyczy całą psychologię – rozwojową, wychowawczą, różnic indywidualnych, kliniczną itd. – i zobaczy dokąd go to doprowadzi. Mogłoby to być  nawet znakomite ćwiczenie dla umysłu – wypracowanie aberracyjnej antropologii i metafizyki na użytek ewolucjonistów.

Dusza nie podlega prawom biologii czy fizyki – w tym prawu entropii. Tu nie ma też żadnego „kota Schroedingera”. Ona albo jest, albo jej nie ma. Albo została materii zadana – w formie jednostkowej i ostatecznej – albo nie, niezależnie od obserwatora. Sam moment stworzenia życia to zdarzenie na podobieństwo przeskoku przed punkt nieciągłości, leżący gdzieś w nieskończoności. Ale w jakiej przestrzeni? Wiemy, że takowa istnieje, lecz nie mamy do niej bezpośredniego dostępu. Rzeczywistość nadprzyrodzona nie ma żadnej swojej „metryki”, nie obowiązują w niej też prawa przyczynowo-skutkowe w naszym rozumieniu. Jest więc poza zasięgiem jakiejkolwiek metodologii czy technologii badawczej. Jej dwa atrybuty to nieskończoność i wieczność, których natury nie znamy. Nie da się więc ich redukować do żadnych formułek czy parametrów, podlegających kwantyfikacji.

Nawiasem mówiąc, swego czasu z nieskończonością próbował się pasować Cantor w swej teorii mnogości, lecz, choć stworzył fantastyczne narzędzia matematyczne, strasznie się zaplątał w swoich liczbach kardynalnych. Niestety, zakończył życie jako nieszczęśliwy uczeń czarnoksiężnika – popadł w obłęd. Cóż, sięganie po prerogatywy Boga bywa bardzo ryzykowne. Już starożytni wiedzieli, iż czeka za to straszna kara – jak Prometeusza czy Ikara. Dla Adama, przekroczenie dozwolonej granicy poznania, skończyło się wypędzeniem z raju.

Szczegółowe rozważania na temat duszy to zadanie dla wielce uczonych doktorów teologii. Od wieków spierają się tu ze sobą dwie szkoły: platońsko-augustiańska i arystotelesowsko-tomistyczna. Pierwsza utrzymuje, że jest dusza swoistym „motorem ciała i psychiki”, druga  – że możnością życia, a także pierwszą jego zasadą. Jednakże obydwie zgodne są co do jednego, a mianowicie, że jest nieśmiertelna i trwa po zniszczeniu swego  nośnika, czyli ciała wraz z jego psychofizycznością.

Z tą nieśmiertelnością też jest jednak pewien problem. Otóż – idąc za Tomaszem – przyjąć by należało, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju „kija o jednym końcu”. Dusza najpierw zostaje stworzona, a potem trwa już w wieczności; mędrzec z Akwinu mówi o „nieśmiertelności względnej”. Dziwna to konstrukcja, niemniej cóż – niezbadane są wyroki Boskie, a człowiek musi przyjmować „co dają”. A że „dają” – to oczywiste. Brzmi to może nieco bogoburczo czy niepoważnie, niemniej kto powiedział, że o tych sprawach wolno mówić tylko na klęczkach? W sumie mamy sytuację patową. Genetycy nie mają pojęcia o duszy, aczkolwiek mimo swego sceptycyzmu jakoś się do niej przymierzają, trochę  „jak pies do jeża”, Z kolei teologia również po swojemu boryka się z ogarnięciem tego fenomenu, choć wie doskonale, że opisać go w sposób domknięty, skończony, w ludzkim języku chyba się nie da.

Wnikanie w zawiłości dwóch wyżej wymienionych systemów filozoficznych daleko wykracza poza kompetencje naszego wędrowca; zresztą nie wydaje mu się to aż tak ważne dla dalszej wędrówki. Nadmiar bowiem podobnych spekulacji to tylko dodatkowe obciążenie  umysłu – tłumi wyobraźnię, odbiera doznaniom waloru głębi i niezwykłości poznania – a nawet zaburza jasność oglądu i osądu tego, co napotka na swej drodze. Zbyt daleko posunięta refleksyjność potrafi niekorzystnie blokować wolę działania – i to nie tylko w podróży.

4.4 W krainie ciszy

Kierując się w stronę zamku trzeba najpierw przejść przez podzamcze, ku mostowi zwodzonemu. Tam, w swoistej „poczekalni”, życie już trwa, choć w naszym rozumieniu pozostaje w stanie utajenia, inkubacji. To kraina życia poczętego, lecz jeszcze nienarodzonego. Cóż można o nim powiedzieć sensownego? Nie ma świecie takiego narzędzia pomiarowego, którym dałoby się  je badać w jego splątaniu materialno-duchowym. Jedynie matka jest w stanie coś wyczuwać – lecz czyż można przekazać te odczucia komuś, kto sam ich nie doznaje? Język potoczny to same obiegowe banały, z kolei oglądanie rozwijającego się płodu przy pomocy aparatury diagnostycznej to jedynie ogląd samego ciała w następujących po sobie fazach wzrostu.

Co prawda, nie wiadomo, kim jest ów malusieńki człowieczek „w stanie zaczątkowym” – lecz że jest kimś już cielesno-duchowym, to wiadomo bez najmniejszej wątpliwości. Czy ma jakieś tzw. „wnętrze”? Świadomość? Skoro zadana jest mu dusza, to z pewnością toczy się w nim jakaś narracja wewnętrzna – choćby elementarna. Zatem wydostając się „na powierzchnię”, ma już w tej materii pewne doświadczenie. Coś już wie – na swój, niepojęty dla nas sposób. Lecz czy to później pamięta? I czy tylko o pamięć tu chodzi? Czy może w ogóle o zasadę ciągłości rozwojowej życia od pierwszej chwili jego zaistnienia? Bo jakby było jedynie „zaczątkowe”, jest już niepodzielną całością, w zespoleniu obydwu jego porządków – materialnego i duchowego.

Czy nie wydaje się uprawnione sformułowanie tezy, iż zaistnienie życia od razu uruchamia psychofizyczną świadomość osobową, zapoczątkowaną przez sam sprawczy akt zakotwiczenia duszy w materii? Domniemanie to jest tak samo uprawnione, jak każde inne – acz jednako nieweryfikowalne w jakikolwiek bezpośredni sposób. To jedynie spekulacja, lecz spełnia warunek ciągłości owego zespolenia, niezależnie od tego, przez jakie fazy przechodzi człowiek w swym rozwoju – i całym życiu. Wynikałby z tego jednak wniosek, który bardzo byłby nie w smak tym, którzy chcieliby jakkolwiek „parametryzować śmierć” wyłącznie według stanu fizycznego ludzkiego organizmu, a zwłaszcza funkcjonowania mózgu. Dopóki dusza kołacze się w ciele – choć nie wiadomo „gdzie” – dopóty pozostaje on żywą istotą, zintegrowaną całością, nawet wówczas, gdy  „składowa rzeczywista” owego bytu zespolonego bliska jest zeru. Ponieważ stanu jego „składowej urojonej” nie da się weryfikować żadnym „obiektywnym” narzędziem, zatem tylko medyczne orzekanie o ostatecznym rozpadzie owego zespolenia nie może być bezapelacyjnie wiarygodne.

Jak więc widać, zagadką pozostaje nie tylko samo zaistnienie życia, „zadanie” go materii, lecz również pierwociny procesu jego aktualizacji do postaci na tyle dorosłej, że może wyjść z łona matki. Rozwój biologiczny płodu jest doskonale rozpoznany. Jednakże warto zastanowić się, nie tyle czy – lecz jak rozwija się także jego „zaplecze” psychiczne i duchowe. Jeśli nawet ktoś pukałby się w czoło na takie dictum, to niech przypomni sobie, że powszechnie wiadome jest, iż istnieje coś takiego jak psychosomatyka. Czy aby nie przejawia się także już od samego początku? Wiadomo skądinąd, że płód silnie reaguje na bodźce, że ma w tym zakresie swoje kaprysy czy preferencje. Pozostając w stanie symbiozy z matką niejako współreaguje z nią na to, co ona przeżywa. Współuczestniczy w jej życiu, zatem musi jakoś „obrabiać” doświadczenia z tym związane. Skąd więc przekonanie, że wszystko, co nie związane z ciałem, rozpoczyna swą „pracę” dopiero z chwilą narodzin?

Powyższe uwagi zdać się mogą tylko swobodną grą pojęć i wyobraźni, lecz czy aby całkowicie nieuprawnioną? Nie idzie o to, by jakkolwiek kwalifikować wspomniane  zjawiska, interpretować, lub cokolwiek im z góry przypisywać. Nikt przytomny na umyśle nie odważy się powiedzieć cokolwiek ponad to, że mogą – a właściwie powinny – mieć miejsce. Nie wolno z góry zakładać, że są niemożliwe czy bez znaczenia. Zresztą wszędzie na świecie tradycja kulturowa – ta niezwykła pamięć naszego gatunku – obejmuje rozmaite osobliwości stanu ciąży i właściwych tylko jej relacji z otoczeniem – w tym i społecznym. Za rzecz naturalną przyjmuje, iż wiążą się one z życiem dziecka i jego rozwojem, nie tylko cielesnym. Nie należy tego lekceważyć i mieć za babskie bajanie.

Spyta ktoś, jakie to wszystko ma znaczenie z punktu widzenia planowanej wędrówki po zamku życia? Gdzie tu jakakolwiek decyzyjność, dokonywanie wyborów, gdzie rozstaje dróg? Czy można mówić w ogóle o jakimkolwiek działaniu w potocznym rozumieniu tego słowa. Bawiąc się jednak nadal w pozorne absurdy, pomyślmy poważnie, czy aby wolno powątpiewać w to z całą stanowczością? Skoro skonstatowano reaktywności płodu, to czy można wykluczyć jego aktywność, będącą jednak czymś więcej niż tylko odruchowością  prostą i instynktowną? Te reakcje skądś się biorą, coś sygnalizują, zazwyczaj wymuszając na matce jej określone reakcje i zachowania. Zatem same też są zachowaniami, nie tylko ukierunkowanymi, ale i celowymi, zamierzonymi. Powie ktoś, że instynkt ma swoje racje i je manifestuje – a do tego nie potrzeba żadnej refleksji. Ale już powtarzalność czy różnicowanie doświadczeń w czasie, w trakcie rozwoju układu nerwowego, może być kojarzone z atrybutami rodzącej się aktywności poznawczej – z wszystkimi tego faktu konsekwencjami.

Wszystko to razem stanowi jedną wielką niewiadomą, nierozwiązywalną zagadkę. Sugeruje jednak, iż już od samych początków życia może wykształcać się w człowieku indywidualny tryb narracyjny, nie bez znaczenia dla przyszłej indywidualnej specyfiki   decyzyjnej. Czy taka opinia to tylko wyspekulowany, ekstrapolacyjny nonsens? Jeśli nawet, to równie dobry jak każde inne domniemanie, któremu nadaje się stempel naukowej wiarygodności. Ale za to jakże fascynujący w swej wymowie. Przy okazji stawia pod rozwagę możliwość uaktywniania się tego, od czego tak uporczywie odżegnują się ewolucjoniści i wszelkiej maści redukcjoniści – ludzkiej duszy i duchowości. Swoją drogą, to niezwykłe, że nauka tak ochoczo antropomorfizuje zwierzęta, a tak niechętnie uczłowiecza gatunek homo sapiens.

Podzamcze jest krainą ciszy dla wędrowca – lecz nie milczenia poczętego życia. Nic o tym nie wiemy, niczego nie słyszymy, lecz przecież musi się tam dziać bardzo wiele – nie tylko w sferze materii, strukturalizującej się do fantastycznie złożonej postaci. Rządzące nią prawa biologiczne rozpoznaliśmy dość dobrze, wiec na tym tylko się skupiamy i to badamy. Lecz sfera ducha, sfera fenomenów nadprzyrodzonych – to zupełnie inna rzeczywistość. Tu jesteśmy bezradni – ze swoimi teoriami, badaniami, modelami, wnioskami, domysłami. Nie znamy istoty zespolenia obydwu tych aspektów u człowieka dorosłego, cóż więc mówić o dopiero co poczętym życiu w łonie matki. Wszelako ta bezradność powinna nas raczej uczyć pokory wobec nieznanego, a nie skłaniać do poirytowania i lekceważenia czegoś, czego istnienia nie da się zanegować, lecz czego nie rozumiemy. To tylko tyle – i aż tyle.

Człowiek rozwija się nie od chwili przyjścia na świat, lecz od chwili poczęcia. Stwierdzenie to jest banałem, lecz przestaje nim być, gdy przyjmiemy, że ów rozwój dokonuje się także w zakresie atrybutów duchowych – woli, świadomości, narracji wewnętrznej. Ta cisza w jego utajeniu jest tylko pozorna. Spoza niej niewiele dociera, niewiele widać ani słychać na zewnątrz, lecz ten proces toczy się bez chwili przerwy. Zapewne przebiega bardzo rozmaicie, nieraz dramatycznie, w zależności od nieskończenie wielkiej ilości okoliczności i uwarunkowań, których znaczenia i roli nie potrafimy ani zdefiniować, ani tym bardziej badać.

Tu należy koniecznie wspomnieć choćby słowem o tym, iż w owym metaforycznym  podzamczu nie tylko gwarnie wykluwają się pierwociny życia, lecz maja miejsce liczne tragedie, nawet dokonują się zbrodnie. W tej mgławicowej krainie dusz, wcielonych już w ciała, od czasu do czasu rozlega się – również niesłyszalny dla wędrowca – krzyk śmierci. Bywa i ta niezawiniona, nie zamierzona, w różnych fazach płodowych. Bywa również i ta, do której dochodzi już na moście zwodzonym, przed bramą wejściową do zamku – czyli przy porodzie. Każdemu z tych przypadków towarzyszy taki właśnie głos rezygnacji, nawet rozpaczy, nie docierający jednak do naszych uszu.

Wszelako jest jeszcze i trzecia możliwość –krzyk śmierci zadanej z rozmysłem, celowo. Jeśli ktoś może go usłyszeć, to tylko ten, kto jest jej sprawcą, kto dobrowolnie na nią przystaje, a także ten, kto wykonuje wyrok. Odzywa się echem w sumieniu winowajców przez całe ich życie. Echo to z czasem przygasa – choć nie wygasa całkowicie – dręczy, a od czasu do czasu odzywa się z całą siłą;  ale jak, i kiedy – to wiedzą tylko oni sami.

Nad podzamczem, wypełnionym życiem, unoszą się więc także niewidzialne cienie przedwcześnie zmarłych. Dla wędrowca to tylko puste miejsce, puste powietrze. Ale te dusze tam są – ani potępione, ani zbawione. Nikt nie wie dokąd odchodzą – i nie nam tego dociekać. Nasz poeta z Florencji nie spotkał ich w swej wędrówce po wieczności. Lecz napotkał w jej kręgach wielu, za których przyczyną dokonało się dzieciobójstwo. „Tłum równie winnych równą kaźń z nimi dzieli”. Wszyscy oni dostali tam bardzo konkretny przydział – raczej bez szansy na apelację. Choć i tak wszystko jest sprawą łaski Bożego miłosierdzia – „póki źdźbło bodaj nadziei zostanie”. Lecz pamiętajmy: „wielu ludzi wierzy nie tyle w Boże miłosierdzie, co w Bożą pobłażliwość. Zawiodą się. Kiedy się ockną na tamtym świecie, zetkną się już tylko ze Sprawiedliwością”.

„Czyje w klątwie kona ciało/choć opamięta się w grzechu nareszcie/musi pozostawać za czyśćcową skałą;/../chyba modłami waszymi skrócicie/termin katuszy, wy, co tam jesteście.” Dopełniając wizji tego świata rzec by można, iż cisza na podzamczu wypełniona jest także myślami, uczuciami oraz modlitwami tych żyjących, których umysły i dusze wciąż wracają pamięcią do nienarodzonych, uśmierconych przez nich dzieci. Ich sumienia nie dają im spokoju, a niektórych poruszają na tyle, iż czują potrzebę pokuty. W tym również, w jakże niezwykły sposób, przejawia się owa niewidzialna, duchowa więź między wiecznością a doczesnością. I tylko dzięki niej grzesznicy mają szansę na odkupienie win.

Na szczęście, cienie dusz „zawieszonych w pustce” to ledwie mniejszość z tego, co zapełnia tę „poczekalnie życia”. Panuje tam niedocierający do nas gwar, niczym na ogromnym targowisku. Każdy z osobna i wszyscy razem sposobią się do przejścia „dalej”, do narodzin. Jak to sobie wyobrazić? I jaki to może mieć sens? Jakie znacznie dla przyszłości? Po co całe to zamieszanie? Cóż, nikt przytomny na umyśle nie podejmie się rozstrzygania, czy na tak postawione pytania da się udzielić sensownych odpowiedzi. I czy one same w ogóle nie są aby wytworem chorej fantazji. Ale gdyby jednak przytoczyć przykład spotkania dwóch kobiet – Elżbiety i Marii – oraz ich nienarodzonych jeszcze dzieci?  Przecież jedno z nich było tylko człowiekiem. Choć naznaczonym przez Boga, to przecież śmiertelnikiem. A ileż tam się wtedy wydarzyło!

Wizja podzamcza wydać się może nieporozumieniem nawet wówczas, gdyby miała  mieć sens wyłącznie symboliczny. Jak rozdzielać na dwie sfery to, co przecież w potocznym rozumieniu realnie musi zachować jednoznaczność i jednoczesność. Zwłaszcza jeśli idzie o człowieka dorosłego. Wszak dziecko w łonie matki przebywa w obrębie zamku, w którym kobieta idzie swoją drogą – a ono, fizycznie rzecz biorąc, razem z nią. Lecz czyż człowiek musi przebywać  tylko w jednej rzeczywistości? Czy śniąc nie przenosimy się do dziwnych krain, których przecież nie ma nigdzie, poza naszym wnętrzem i naszą wyobraźnią?  Gdzie toczy się ich akcja? I – jak pytał  chiński mędrzec – kto kogo tu śni: motyl człowieka, czy człowiek motyla. I jeszcze jedno: czy ludzki płód nie może miewać swoich snów?

Czy wędrując umysłem po światach wyobrażeniowych, nie przebywamy poza realnością, w jakiej pozostaje nasze ciało. Chodzenie schodami Eschera zdroworozsądkowo wyklucza przecież pojęcia „góra-dół”, co nie oznacza, że spacerujący po nich nie pozostaje człowiekiem  – tyle że poza „zwyczajnymi” prawami geometrii i fizyki. Z faktu, że takiej konstrukcji nie ma w naszej rzeczywistości nie wynika, że z założenia jest niemożliwością gdzieś indziej. Dla umysłu, który ją stworzył i który dobrze sobie z nią radzi, jej niezwykłość jest czymś oczywistym i doskonale zrozumiałym. Prawdę mówiąc, poruszanie się w niej wcale nie jest aż tak znowu trudne!

. Kto i gdzie powiedział, że przenikanie się światów – materialnego i duchowego – musi spełniać warunek integralności fizykalnej oraz jego konkretnego umiejscowienia jakkolwiek bądź i gdziekolwiek bądź? Można też przyjąć, że realność materii i realność duszy pozostają  rozłączne w wielu aspektach, zachowując spójność ich aktualizacji w jednej formie, w jakiej zostały zespolone. Nie stoi to w sprzeczności ani z tym, co głosi Tomaszowa metafizyka, ani z tym, co wynika z pewnych dziwnych paradoksów matematycznych. Co prawda, pozostaje jeszcze pytanie o granice takiej wzajemnej „autonomii”. Do rozważenia tego potrzeba jednak tęższych umysłów, niż skromny rozumek prostego wędrowca. Pozostańmy więc przy poetyckich przenośniach, służących jedynie obrazowaniu niejasnych intuicji. Skoro teologom i matematykom wolno być na bakier z „potocznością poznawczą”, to co dopiero mówić o wędrownych poetach?

4.5 Gwar i tłok

Z podzamcza widzie do zamku most zwodzony ku wielkim, zawsze otwartym wrotom na zamkowy dziedziniec. Panuje tam harmider i tłok niczym na bazarze. Co prawda, wędrowiec niewiele na nim widzi czy słyszy, lecz zewsząd otacza go życie, już szykujące się do zmiany swego statusu. Hałasy te wcale nie są ze wszystkim tak wesołe, jak można by się spodziewać.

Poród to zdarzenie niezwykłe, nie tylko dla rodziców i otoczenia – tyle że w zupełnie innym sensie. Nic na ten temat, właściwie, nie wiadomo. Mitologizowanie tego zdarzenia, podkreślanie jego wręcz mistycznego charakteru, silnie kontrastuje z prozaicznością ciężkiej pracy, jaką musi wykonać i matka i kandydat na samodzielnego człowieka. „Dwudziestu sprzymierzonych mężczyzn nie dźwignęłoby tego trudu” – stwierdził swego czasu Goethe. Z kolei ludowe przysłowie powiada: „gdyby kobieta pamiętała cierpienia porodu, nigdy by nie chciała na nowo spać z mężczyzną”. Niekiedy twierdzi się, że jest to najbardziej stresujące przeżycie, jakiego doświadczamy – poza śmiercią, choć ta wcale nie musi być bolesna. Cóż,  matematycy w swej teorii katastrof  wymodelowali po swojemu akt narodzin jako przeskok przez punkt osobliwej nieciągłości między dwoma stanami biologicznej równowagi, niemniej taki formalny opis niewiele wyjaśnia w sensie ontologicznym.

Można, oczywiście, fantazjować, teoretyzować, domniemywać, nawet czegoś dowodzić, lecz nie sposób odtworzyć owego przejścia między dwoma światami, jakże odmiennymi w wymiarze naszej egzystencji. Dlaczego nic z tego nie pozostaje z pamięci dorosłego – nawet w postaci jakichś szczątkowych zapisów ? Nie wiadomo. Musi to jednak mieć swój sens, skoro tak jest. Przekraczanie granic między odmiennymi stanami istnienia ma jeszcze tę właściwość, że „nigdy nie wraca się z powrotem” – ani do łona matki, ani potem, po śmierci, do realnego życia psychofizycznego. Nie ma więc o tym żadnych  bezpośrednich przekazów. Rozmaite pomysły magików od ezoteryzmu czy „tajemnej mądrości lamów” to jawne nadużycia, mistyfikacje czy mitologie – zwykle kpina ze zdrowego rozsądku, bądź nadużycia, bazujące chociażby na banalizowaniu specyficznej antropologii Wschodu. Zwłaszcza te ostatnie są niczym innym, jak spekulacjami cywilizacyjnych modnisiów – poczynając od słynnych salonowych dam sprzed wieku, na kilku pokoleniach nawiedzonych, ale cwanych szamanów New Age’u kończąc. Warto jednak poświecić im kilka słów komentarza.

Mówiąc w uproszczeniu, rzecz zawiera się w buddyjskiej koncepcji wędrówki dusz przez sześć kręgów bytu (samsary). Zacząć warto od stwierdzenia, iż, jak głosi tradycja, na temat pośmiertnego bytowania człowieka, nie wypowiadał się nawet sam Budda. W kwestii statusu ontologicznego duszy osobowej istnieje wiele odmiennych interpretacji jego nauk. Od dawien dawna pozostają one ze sobą w odwiecznym sporze, co dało początek wielu tamtejszym schizmom (w naszym rozumieniu tego słowa). Obudowane ogromnymi mitologiami symbolicznymi – wielce malowniczymi – nie wyjaśniają jednak kwestii podstawowej: samego aktu zaistnienia duszy. Co więcej, nie wiadomo, „kto” właściwie wędruje po buddyjskich zaświatach i na czym polega możliwość „jego” ostatecznego wyzwolenia. Co ciekawe, z porównań wynika, że w gruncie rzeczy struktura i funkcjonowanie tego tajemniczego bytu do złudzenia przypomina poczciwą, aż nazbyt antropomorficzną duszę innych religii, w tym monoteistycznych..

Jest w buddyzmie jeszcze jedna pułapka, którą jego wyznawcy sami sobie zastawili – i to wbrew ich własnemu Nauczycielowi. Otóż sam Budda głosił, iż człowiek jest „tragarzem, dźwigającym brzemię, które niesie, po czym składa, by podjąć nowe”. Nie uważał jednak za konieczne dokładne wyjaśnienie tego, co oznacza owo „nowe”. Tym zajęli się później jego uczniowie i komentatorzy. Słowa wschodniego mędrca, w swej treści i wymowie są niemal zbieżne ze słowami Chrystusa do Nikodema o „niesieniu krzyża”. Zasadnicza różnica tkwi w owym „nowym”, a w swej najgłębszej istocie – w pojmowaniu wolnej woli człowieka i jego sumienia.

W chrześcijaństwie wolna wola jest atrybutem człowieka, ale i darem Stwórcy, zaś od sposobu posługiwania się nią zależy ostateczny i nieodwołalny „przydział w wieczności” – z wszystkimi tego konsekwencjami. Jej działanie moderowane jest przez sumienie, osobliwie wkomponowany w człowieka „przetwornik” głosu Boga, płynącego z duszy. Można go słuchać, można nie słuchać, lecz nie sposób go wyłączyć. Dzięki niemu pozostajemy z Nim w stałym kontakcie  – jeśli tylko chcemy, i jak chcemy. „Zamieszkanie” w ludzkiej postaci jest jej dane jednorazowo – nie jest więc „eksperymentem z powtarzanym pomiarem” wedle własnego uznania. „Drugi raz nie zaproszą  nas wcale”. To również nie gra komputerowa z nieokreśloną ilością prób, ani los na loterii z wielokrotnym losowaniem. O wygranej lub przegranej decyduje nie koło fortuny, lecz nasza wola wygranej – jeśli tylko docieramy we własnym umyśle i słyszymy we własnym sumieniu, „co tu jest grane”.

Wbrew temu, co głosi buddyzm, człowiek nie jest istotą pośrednią między światem czystego ducha, a światem brutalnej materii, jest natomiast tych światów zespoleniem z woli jego Stwórcy. Nie ma również zgody na to, co powiada Kabała – antropologiczny odpowiednik buddyjskiej wizji człowieka – że „nie jest on uczyniony ani stworzeniem boskim, ani ziemskim, ani śmiertelnym, ani nieśmiertelnym, tak by mógł w sposób  najdogodniejszy i najlepszy kształtować siebie, wedle własnej woli.” Istotą nieporozumienia jest tu założenie, iż wola to jedynie właściwość w randze kapryśnego żywiołu doczesności, w sumie bez znaczenia.

Z buddyjskiej antropologii wynikać by miało, że rządzi nami swoiste fatum  – zapisane w naszych uczynkach, popełnionych w przeszłych wcieleniach i obecnie popełnianych na konto przyszłości. Cóż, w chrześcijaństwie także obowiązuje zasada „co siejesz, to zbierasz” – „jaką miarą odmierzasz, taką będzie ci odmierzone”. Lecz tu jest miejsce na wolną wolę, na czynnik podmiotowy, wyznaczający bieg życia. „Odstąp od nieprawości, a nieprawość odstąpi od ciebie” – powiada mądrość  Starego Testamentu. Jesteś zatem władny wszystko odmienić – tyle że nie według kupieckiej kalkulacji, lecz wedle sumienia, które określa zakres czynionego dobra lub rozdaj i stopień zaniechania w jego wypełnianiu. To właśnie czyni nas podmiotami własnego istnienia i decyduje o tym, jak w naszym samostanowieniu zmierzamy ku zatraceniu lub zbawieniu.

Albowiem tym, co różni buddyzm i chrześcijaństwo w sposób zasadniczy, to właśnie koncepcja zbawienia. Każde, na swój sposób, uznaje śmierć za kres jednej egzystencji i początek drugiej. Rzecz w tym, czym jest właśnie ta druga. W pierwszym systemie trzeba na owo zbawienie zapracować uczynkami w kolejnych wcieleniach – aż wreszcie jakoś zsumują się do końcowego wyniku. Tylko gdzie jest ten Wielki Księgowy? Kim jest, kto mu dał jego uprawnienia? Jakie ma tabele rozliczeń? A może to jakiś kosmiczny automat, figlarnie nazwany Absolutem?

Nigdzie nie jest to ani powiedziane, ani zdefiniowane – ani jako dogmat wiary, ani  jako wniosek spekulatywny, jak chociażby u Platona czy Arystotelesa. Buddyzm nie ma litości i nie zna przebaczenia. W efekcie nie ma odpowiednika łotra na krzyżu. Każdy ma być rozliczany metodą bilansowania czynów i – w zależności od wyniku – odsyłany do resocjalizacyjnej poprawki i odrabiania strat. Lecz jaka jest siła sprawcza, dzięki której może się ona dokonywać? Jeśli nie ma sumienia, to co wyznacza punkt oparcia i odniesienia dla woli zmian? Co jest miarą, którą na  bieżąco można wyceniać kolejne osiągnięcia na tej drodze?

Bilans życia nie jest zapisem w kartotece z ponumerowanymi rubrykami – niczym w jakimś korporacyjnym wykazie kosztów. Arbitralnie stanowiona normatywność – niezależnie od proweniencji – to ledwie zbór nakazów, zakazów i sankcji. Taki system pozwala, oczywiście, kwalifikować, oceniać i osądzać ludzkie czyny. Lecz musi istnieć jeszcze prawo łaski!  I tu ujawnia się podstawowa różnica miedzy chrześcijaństwem, a chociażby buddyzmem czy nawet judaizmem – zbawienie osiąga się nie przez zbilansowanie życia „według zakonu”, jakkolwiek skodyfikowanego, a w każdym razie nie przede wszystkim według niego. Każdy ma na nie szansę! Bez rachunków i kartotek. Na tym polega istota Bożej łaski, miłości i Bożego miłosierdzia. Nie tylko tu, na ziemi, lecz nade wszystko w wieczności.

Bez Boga i Odkupienia dusza człowieka jest skazana na wieczne borykanie się z niedoskonałością postaci, w jaką co i raz się przyobleka, na samotność i błąkanie w otchłani mroku. Czy będzie się wcielała wielokrotnie czy tylko raz – nie ma w końcu dokąd pójść, ponieważ w tej otchłani nie ma żadnej Obietnicy. Jest tylko pustka bezosobowego, martwego  kosmicznego Absolutu, w którym miałaby się roztopić i zniknąć w zagadkowej nirwanie. Buddyjski model wędrówki dusz to w istocie odnawianie strachu przed każdym kolejnym życiem, w którym trzeba uważać, by nie narozrabiać. I „nie ma zmiłuj” – ów bagaż uwiera cały czas. Z krzyża można wznieść się do wieczności – i wystarczy do tego tylko jedno życie, nawet grzeszne. Natomiast Wielki Tobół nieustannie przygina do ziemi, po wielokroć uzupełniany coraz to nowymi kamieniami. Niedoskonałości materii nie da się zrównoważyć medytacjami i ucieczką w bierność, w „niedziałanie”. I znikąd pomocy! W przewrotnej postaci powraca więc motyw Syzyfa i Tantala. Te dwa greckie mitologiczne symbole to dusze, na zawsze potępione, skazane i pozbawione jakiejkolwiek przyszłości.

Fundamentalna sprzeczność między koncepcją wędrówki dusz, a ideą zabawienia przez łaskę wiary, zawiera się w objawieniu Zmartwychwstania. To nie tylko gra konstrukcjami metafizycznymi czy teologicznymi – to wskazana przez Chrystusa, praktycznie i „namacalnie”, nadzieja na wieczność. Do tego nie potrzeba licznych wcieleń – wystarczy jedno, a dobrze wypełnione dzięki tym atrybutom człowieczeństwa, jakie zostały nam zadane przez Boga. Niekiedy używa się pojęcia „ekonomia zbawienia”. W tym sensie, mnogość  wcieleń to pomysł szalenie nieekonomiczny. No, i do czego komu potrzebne są kasty?

Tak po ludzku rzecz ujmując, w buddyzmie nie ma żadnych „przyjaznych” relacji między człowiekiem a Absolutem. W chrześcijaństwie, czy nawet judaizmie, są zadane, acz obwarowane licznymi warunkami. Jak to w przyjaźni bywa, ich podtrzymywanie stawia ogromne wymagania – lecz jakże jest to obiecujące. Z Dalekiego Wschodu wieje chłodem bezkresnej, anonimowej pustki lub gry kosmicznych żywiołów, które nami miotają. W chrześcijaństwie istnieje stała więź – by nie rzec, nieustanna interakcja –  dwóch rzeczywistości – ziemskiej i nadprzyrodzonej. I od naszej podmiotowości, naszej wolnej woli zależy, jak będzie się aktualizowała i manifestowała, a także jak się przełoży na to, co kryje się za kresem naszego tu życia.

Wędrowiec, wkraczający na most zwodzony, nie zastanawia się, oczywiście, nad zawiłościami metafizyki czy teologii. Do niczego mu to nie jest potrzebne. Zresztą, poetyczność ma to do siebie, że więcej czuje, niż roztrząsa umysłem. Lecz, bez wątpienia, musi budzić ciekawość, co też takiego dzieje się na granicy między dwiema krainami ziemskiego bytowania – jedną, ciemną i zamkniętą w łonie matki, oraz drugą, otwartą i rozciągająca się w nieskończoność świata materii i walki o przetrwanie.

Narodziny są pierwszą, absolutną koniecznością, z jaką przychodzi mieć do czynienia. Sądzić należy, że dokonują się w sposób niekontrolowany przez samego zainteresowanego – choć nie wiadomo z całą pewnością czy do końca tak właśnie jest. Wśród pytań absurdalnych pojawić się więc musi i to o prymat instynktownej bezwolności, biologicznej odruchowości tego „zdarzenia”.  Liczne relacje matek z ostatnich dni ciąży zdają się bowiem sugerować, że na rzeczy może być coś, co temu przeczy. Lecz przeczucia czy intuicje kobiet ciężarnych nie mają żadnej wartości dowodowej, a one same traktowane są trochę jak niespełna rozumu. Nie wiadomo, czym są poronienia czy przedwczesne narodziny – i ich psychofizyczne oraz duchowe skutki. W oglądzie z zewnątrz, wszystko to razem to jedynie zawirowania biologiczno-emocjonalne, zwierzęcy instynkt. Kryją się za tym jednak tajemnice, których rozwikłać się nie da. Niechże więc tak zostanie.

Z konieczności przejścia „procedury narodzin” nikt nie jest zwolniony, a większość potrafi jej sprostać w stosownym po temu czasie. Przekornie można powiedzieć, że jest to konieczność, która choć nieuświadomiona – przynajmniej w „dorosłym” rozumieniu tego pojęcia – przynosi „wyrwanie się na wolność”. Każdy błąd, każdy pośpiech czy zwłoka, może skończyć się katastrofą. Gdy do niej dochodzi, winą obciąża się naturę – rzadziej samych jej uczestników. Czy jednak zawsze jest to prawda? W wymiarze biologicznym można to dość precyzyjnie określić. Natomiast to, co w wymiarze duchowym dzieje się na podzamczu i na moście zwodzonym, pozostaje poza  oglądem obserwatora, a tym bardziej badacza. Może być tylko domniemaniem, fantazją, intuicją – a z tego nie da się wyciągać wiarygodnych wniosków. Dalej jest już albo czysta mistyka albo kaftan.

Rozdział 5

Dziedziniec

5.1 Pierwszy przydział do życia

Tak jak nieprawdą jest, że człowiek rodzi się jako tabula rasa, tak nieprawdą jest również i to, że staje na dziedzińcu zamkowym incognito, bez żadnego bagażu, równy wśród równych. Ma już swoje liczne oznakowania, przypisany jest, niejako „na wejściu”, do określonego miejsca i czasu, a nade wszystko do życia i losu swych rodziców. Zanim jeszcze wyda z siebie pierwszy krzyk, już oklejony jest wieloma niewidzialnymi etykietkami –  rodzinnymi i społecznymi – ma też zadane dziedzictwo kultury i historii narodu, do jakiego z woli Boga trafia. Za wrotami zamku, niejako „z rozdania” dostaje wyznaczone mu miejsce startowe, skąd rozpocznie swą wędrówkę.

Nikt nie ma możliwości wcześniejszego wyboru „warunków początkowych” swego życia. Zostają nam zadane tak samo jak nasz osobowy „potencjał zaczątkowy” – wszelkiego rodzaju predyspozycje, talenty, nawet ograniczenia. Ten wyjściowy „kapitał inwestycyjny” zostaje puszczony ruch, by procentował jak największymi zyskami. Zrazu jego dysponentem są opiekunowie, wychowawcy, rozmaici edukatorzy, nawet instytucje. Kontrolę na nim mają więc inni i sprawują ją – lepiej lub gorzej – wedle własnego uznania.

Czy zatem nowo narodzony człowiek nie ma żadnej możliwości samostanowienia? Czy u początków życia jest całkowicie i we wszystkim ubezwłasnowolniony? Czy nie ma takiego obszaru jego egzystencji, w którym może aktywnie objawiać się zadana mu wolna wola? Kiedy zaczyna się uruchamiać jakaś jego własna moc decyzyjna? W jakim zakresie? Jak w ogóle przebiega proces stopniowego przejmowania kontroli nad przydzielonym mu  kapitałem, i samodzielnego decydowania o rodzaju własnych inwestycji życiowych? I czy takie pytania maja w ogóle sens?

Prawdę mówiąc, nowonarodzone dziecko taktowane jest trochę jak osobnik niepełnosprawny. W sensie funkcjonalnym, czynnościowym, jest to przekonanie w pełni uzasadnione. Nic właściwie nie potrafi przecież samo robić, ma niemal zerową moc sprawczą i wykonawczą, jest całkowicie uzależnione od otoczenia. Lecz przecież natura człowieka nie sprowadza się tylko do jego funkcjonalizmu i homeostatycznej regulacyjności. Jest wszak dwoista – to, co w niej materialne splata się nierozerwalnie  z tym, co niematerialne, a więc psychiczne i duchowe. Obydwa te porządki są jakościowo odmienne, a żaden z nich nie daje się redukować do drugiego. Tymczasem przyjęło się uważać, że w pierwszej fazie życia jeden z nich można uznawać za nieistotny, pomijalny. Po kolei, wszystko w swoim czasie. Zacznie dorastać – zacznie myśleć, mówić. Zresztą trzeba je tak najpierw ukształtować, tak  przysposabiać do życia, by wszystko wtedy było już jak należy, jak być powinno.

Czy w traktowaniu dziecka nie popełnia się więc aby błędu fałszywej analogii, polegającym na automatycznym przenoszeniu oczywistej niepełnosprawności funkcjonalno-operacyjnej, braku podmiotowości w tym zakresie, na sferę duchowości (a nawet i psychiki)? Dorośli przestawiają je z miejsca na miejsce, decydują o wszystkim, co się z nim dzieje. Ale jaki wpływ mają na to co się w nim dzieje? Czy wiedzą co myśli, co czuje, czy zastanawiają się co też kłębi się w jego duszy? Jak toczy się w nim narracja wewnętrzna, jak ocenia to, co mu się serwuje, co spostrzega, co poznaje, czego się uczy? Próbują to sobie wyobrażać, wnioskować z obserwacji – tyle że na swój, dorosły sposób.

Nie miejsce tu i nie pora na wdawanie się w subtelności procesów rozwojowych człowieka. Nasz wędrowiec, stając na dziedzińcu zamkowym, natychmiast spostrzega, że pojawiające się na nim nowe postacie nie mają żadnego wpływu na to, dokąd zostaną skierowane. W tej kwestii nie ma mowy o żadnej samodzielnej decyzyjności, o wyborze  – każda z nich dostaje swój „przydział życiowy”, z którym będzie musiała później dawać sobie radę po swojemu. Dzieje się tak bez ich woli i udziału. Warto jednak pamiętać, że od samego początku nie są bynajmniej całkowicie bezbronne i pozbawione możliwości podjęcia gry o siebie w otoczeniu, jakie im przydzielono.

Naturalne ograniczenia i bezradność operacyjno-wykonawcza to jedno, a równie naturalna „maszyneria” wewnętrzna – to drugie. Tam muszą dziać się rzeczy zgoła fantastyczne, gdyż przychodzi błyskawicznie uczyć się życia w nowym świecie. Służy temu spontaniczna, wręcz popędowa potrzeba eksploracji poznawczej i ekspansji, a tę trudną naukę wymusza konieczność wypracowania umiejętności radzenia sobie z naporem otoczenia.  Błędem byłoby zaprzeczanie, że – uwzględniając wszelkie proporcje przy porównywaniu dziecka z dorosłym – procesy intrapsychiczne i duchowe aktywizują się na dużą skalę i przebiegają już od pierwszych chwil życia? A już lekceważenie ich to zwykła głupota.

Powstaje sytuacja wręcz paradoksalna – dziecko od początku ma maksimum wolności wewnętrznej, a to tylko dlatego, że zakłada się, iż jest totalnie bezmyślne. Wystarczy, że w miarę prawidłowo reaguje. Z czasem, gdy ją ujawnia w pierwszych przejawach samodzielności, stopniowo mu się ją redukuje przez wygaszanie i eliminowanie owych „dziewięćdziesięciu dziewięciu języków” jakimi operuje. Od samego początku gra ze światem toczy się w tym właśnie wątku – wywalczania sobie możliwie największej autonomii intrapsychicznej, będącej podstawą samostanowienia na każdym później etapie rozwoju (jakkolwiek byśmy je rozumieli)

Rzecz nie w tym, że operacyjnie niepełnosprawne maleństwo nie rozwiązuje skomplikowanych równań, lecz w tym, że niezwykle aktywnie stara się z konieczności ogarniać świadomie i po swojemu to, z czym ma do czynienia –  niepojętą złożoność świata i wyzwania jakie  mu on stawia. Taka aktywność musi w nim zachodzić – z wszystkimi tego konsekwencjami w wymiarze poznawczym, emocjonalnym i duchowym. Tworzy własny obraz rzeczywistości i nadaje elementom tej układanki własne znaczenia. Jego pamięć niejako „pęcznieje”, poszerza się pojmowanie własnego „ja”, poznawanie własnej odrębności, często odmienności. A wszystko to toczy się w niezwykłym tempie. Jedyne czym dysponuje – na elementarnym poziomie interakcyjnym – to zachowania, rozmaicie interpretowane przez otoczenie. Komunikacja ogranicza się do tego, co z nich chcą rozumieć dorośli. Tymczasem jego świat wewnętrzny, raczkująca autonarracja, rozwijają się w jego własnej, tworzącej się i wciąż rozbudowującej siatce pojęciowej, zwykle niepojętej dla innych.

Lecz od czego są liczne metody wychowawcze, w istocie redukujące owe „sto języków” do tego jednego, który stanowi „wspólną mowę i kod” całego stada. Oczywiście, ma to swój głęboki sens, aczkolwiek niesie wiele zagrożeń. Uczłowieczenie dziecka to proces przerabiania go na wzór i podobieństwo dorosłych. Ile w tym jest formatowania, a ile formacji – to już zupełnie inna opowieść. Tak czy owak, otoczenie traktuje je zrazu wyłącznie jako „wielki przewód pokarmowy o jednym końcu nienasyconym, a drugim nieodpowiedzialnym”. Jeśli nawet uznaje, że coś się w jego głowie i duszyczce kotłuje, to jedynie w formie niejako larwoidalnej, niczym pierwociny tego, co ma ukształtować się u osobnika już dorosłego. Ten „replikant” biologiczny zyskuje powoli aprobowany status dorosłości i dojrzałości dopiero wówczas, gdy uda się w większym lub mniejszym stopniu zreprodukować go społecznie i umysłowo na modłę otaczającego go świata.

Każdy z nas od samego początku zaczyna grać o własną duszę, umysł i serce. Z jednej strony jesteśmy sami, osamotnieni przez swą nieporadność i uzależnienie od otoczenia. Z  drugiej jest cała „reszta”, która napiera swymi oczekiwaniami i żądaniami. Nie może się więc obejść bez jakichś wewnętrznych wyborów, bez decyzji „na własny użytek”. Jak to przebiega, jak się kształtuje?

Spróbujmy puścić wodze fantazji, by wyobrazić sobie, jak owa decyzyjność się rodzi, formuje i przejawia. Na zewnątrz niby nic się nie dzieje, są tylko reakcje i zachowania moderowane oddziaływaniami środowiska. Te zaś, to nic innego, jak nieustanne warunkowanie, przysposabianie do tego, co akceptowalne i pożądane – słowem, wytwarzanie odpowiednich odruchów i nawyków. Gdy pojawia się mowa, te same „rozgrywki” przenoszą się na sferę języka i komunikacji. Potem sprawy się komplikują, gdyż uaktywnia się już decyzyjność wieloaspektowa, znajdująca swój wyraz w konkretnych, samodzielnych  działaniach – celowych i ukierunkowanych na określone cele szczegółowe.

Powyższe rozważania służą właściwie jednemu – wykazaniu, że dokonywanie wyborów i podejmowanie decyzji rozpoczyna się już od pierwszych chwili po przyjściu na świat. Także tego, że wzorzec decyzyjności – wraz z jej „technologią” – wypracowywany jest już bardzo wcześnie na zasadzie gry ze światem o samego siebie. Mało kto z dorosłych myśli tymi kategoriami, gdyż zwykli oni uważać, że rozwój to wyłącznie uczenie się i kumulacja sprawności operacyjno-funkcjonalnych. To, że niemowlę ma niebagatelne życie wewnętrzne, duchowe, że podejmuje „w sobie” jakieś decyzje lub dokonuje wyborów, wydaje się być idiotyzmem. To kwestia mylnego przekonania, że dopiero ilość przechodzi w jakość – i to dopiero po  odpowiednio długim czasie.

Nie wydaje się być prawdą, że zadane nam właściwości „włączają się” stopniowo, dopiero po przekroczeniu pewnego granicznego punktu rozwojowego. Takie „niestopniowalne” atrybuty, jak wolna wola, dusza, sumienie, muszą uaktywniać się od chwili narodzin. Jak się aktualizują  „wewnętrznie” w pierwszej fazie życia – wciąż pozostaje zagadką, gdyż są poza zasięgiem bezpośredniego badania obiektywnymi metodami naukowymi. Nie wolno jednak pomijać ich roli i znaczenia. Jak to jednak rozumieć i przekładać na mechanikę rozwojową – to już inna sprawa. Cóż, niestety, w ramach fałszywej, redukcjonistycznej antropologii tę kłopotliwą kwestię kwituje się zwykle milczeniem lub znaczącym pukaniem w czoło.

Dlaczego tak lekceważy się rozwój sfery duchowej i atrybutów jej przypisanych? Jest to tym bardziej dziwne, że przecież od dawien dawna kwestię tę poruszali różni  bardzo mądrzy ludzie – do Sokratesa i Platona poczynając. Obydwaj ci filozofowie definiowali przymioty moralne jako cnoty, twierdząc, iż są osobną, specyficzną wiedzą, wyuczalną w rozwoju jednostki od samego początku jej życia. Rozwój moralny był oczkiem w głowie Arystotelesa, potem Seneki, zaś Plutarch w nim upatrywał warunku koniecznego wyrastania człowieka na „sławnego męża”. Św. Tomasz wiele pisał o stosownych po temu, odrębnych a wrodzonych „zdolnościach zaczątkowych”. W czasach nam już bliższych sekundował im chociażby Montaigne, zalecając opiekunom i wychowawcom, by najpierw, od maleńkości, ćwiczyli dzieci w cnotach, a dopiero potem uczyli ich „nauk szczegółowych”.

To dopiero Oświecenie, przygotowane przez wielbicieli i rzeczników „człowieka maszyny”, wprowadziło zasadę formatującej tresury pedagogicznej jako podstawy wychowania. Żadnego Boga nie ma, więc nie ma co zawracać sobie głowy duchowością czy w ogóle aksjologią. Albo człowiek, albo pożyteczny obywatel – grzmiał Rousseau, ten sam, który chętnie oddawał własne dzieci innym na przechowanie. Tabula rasa i zapisywane na niej umiejętności, sprawności, instrukcje życia – niczym oprogramowanie komputera. Pustka na wejściu – na wyjściu naczynie, wypełnione tym, co się komu spodoba, co kto w nie naleje. Dusza – jeśli w ogóle istnieje –  to coś niejasnego, podejrzanie nieoznaczonego, jedynie dodatek albo artefakt. A przecież mimo swej nadprzyrodzonej proweniencji, objawia się nad wyraz realnie. Kłopot w tym, że podejmuje własną grę ze światem, że jest tej gry aktywnym uczestnikiem o dużej mocy sprawczej. Niemniej, wbrew oczywistości, uznawana jest przez racjonalnych materialistów za nonsens, a przez uczonych – za herezję naukową. I tak to trwa do dzisiaj.

A przecież logika podpowiada, że z tego, iż „nic nie widać”, albo „niewiele widać”, nie wynika, że niczego nie ma i że niewiele się dzieje. To nie tylko kwestia wyobraźni – to rzeczywistość, którą albo potrafimy rozpoznawać, albo nie. A rzecz idzie – miedzy innymi – o tak istotne efekty jak wykształcanie się indywidualnej odrębności autonarracyjnej, a także własnej „technologii i metodologii decyzyjnej”. Jednym słowem – o coś, co w dalszej perspektywie przekłada się na kształtowanie postawy życiowej.

Kapitał wyjściowy nowonarodzonego dziecka to określona „oferta” w zakresie rozwoju indywidualnego potencjału osobowego. Od niego zależy jak ta gra będzie prowadzona, na jakich zasadach, także w jakich warunkach. Kto będzie opiekunem, kto wychowawcą? Kim będą rozmaite postacie znaczące i co będą miały do zaoferowania? Czy środowisko będzie – jak mawiają behawioryści – stymulacyjnie bogate czy ubogie? I w co? Przyjazne, ciepłe, serdeczne – czy tylko poprawne? Wypełnione napięciami, konfliktami – czy spokojne, wspólnotowe? W sumie, jak różnorodne będzie zaplecze rozwojowe i co się na nie będzie składało – nie tylko pod względem materialnym, lecz nad wszystko mentalnym, emocjonalnym i moralnym?

Czyżby tak to zostało zaplanowane? Zadane z woli Opatrzności? Czy rzeczywiście bezpośrednia ingerencja środowiska w wewnętrze życie człowieka u samych jego początków jest niepotrzebna lub wręcz potencjalnie niebezpieczna? Czy owa „karencja” to jakieś zabezpieczenie przed przedwczesną ingerencją w sferę „duchowej intymności” i samodzielności?

5.2 Trudne początki

Zastanawiając się nad tym „na zimno”, można dojść do pewnej bardzo dziwnej konstatacji. Otóż musi istnieć jakaś przyczyna, dla której w tej właśnie sferze rozwój wewnętrzny człowieka, w pierwszej fazie życia, niemal całkowicie dokonuje się  poza bezpośrednią kontrolą otoczenia, choć, oczywiście, nie bez naporu z jego strony. Jest odseparowany od  bezpośredniej z nim pozabehawioralnej interakcyjności. Ma ono decydujący wpływ na codzienność, opiekuńczość obejmuje całą jej fizyczność, także reaktywność emocjonalną, niemniej opiekunowie nie mają zielonego pojęcia o tym, jak maleńki człowiek to wszystko przetwarza. Zdają jest tylko na domysły, domniemania – i według nich postępują.

Tymczasem wprzęgnięta w ciało dusza nie trwa w letargu, czekając na czas jego dorosłości. Nie podlega zwykłym prawom rozwojowym, tak, jak nie podlega prawom, rządzącym czasem i przestrzenią – w potocznym rozumieniu tych pojęć. Daje o sobie znać, nawet dość wyraźnie,  tyle że trzeba umieć czytać znaki, jakimi to objawia. Konstytuuje nowonarodzoną świadomość, działającą przecież na wysokich obrotach – bo tak przecież ta musi funkcjonować, by sensownie i zbornie radzić sobie z ogromną ilością docierających do niej bodźców i wzbudzanych doznań. Jej stany i aktywność okazywane są jedynie pośrednio, poprzez zachowania – zrazu wielce jeszcze nieporadne. Uznaje się je za naturalne odruchy – lecz ledwie instynktowne, co nie do końca jest prawdą.

W tym właśnie czasie dusza rozpoczyna budowanie własnego narzędzia do gry ze światem – psychikę.  Gry, jak wiadomo, bywają rozmaitych rodzajów. Generalnie rzecz biorąc, da się je podzielić ze względu na uzyskiwane efekty; podział tak samo uprawniony, jak każdy inny. Gra może być rywalizacją „w czymś” lub walką „o coś”, może też być tylko zabawą. Niezależnie od okoliczności, warunków „na wejściu” i rozwoju sytuacji, idzie o to, by zyskiwać jak najwięcej – już to przewag, już to fantów, już to przyjemności. Dwie pierwsze kategorie korzyści są ze sobą sprzężone wprost proporcjonalnie – im więcej jednego, tym więcej może być drugiego. Trzecia jest ich uzupełnieniem, acz na prawach swoistego wzmocnienia, czy – jak kto woli – wartości dodanej o niebagatelnym znaczeniu.

Dorosły już to wie, dziecko dopiero się tego uczy. Musi więc sobie tworzyć i doskonalić owo narzędzie obsługi własnego życia i przetrwania, któremu na imię psychika. Od jego rodzaju i jakości zależeć będzie to, jak rozpoczęta właśnie „przygoda”  i podejmowane w jej trakcie gry będą przebiegały – aż do samego końca. Innymi słowy, to, co się uformuje w okresie, zwykle uważanym za nieporadne niemowlęctwo i raczkowanie, w nader istotny sposób zdecyduje o tym, jak osoba ludzka, ze stanu „zaczątkowego” będzie się aktualizowała do tego, co zwie się osobowością i tożsamością.

Psychika nie wykształca się „sama przez się”. U samych początków, jej formowanie dokonuje się – tak jak później jej ewolucja – w interakcji ze światem, lecz zrazu bez bezpośredniej z jego strony ingerencji w wysoce aktywną autonarrację nowonarodzonej świadomości, stymulowaną naturalnymi, wrodzonymi skłonnościami poznawczymi. Zatem nie tabula rasa, nie pierwotne formatowanie dysku przez zewnętrznego programistę. Zanim człowiek wkroczy w fazę  samostanowienia o sobie w świecie realnym, musi przejść przez fazę wstępną przygotowawczą – samostanowienia nadprzyrodzonej duszy w zakresie wygenerowania podstaw potencjału rozwojowego własnej odrębności mentalnej i duchowej.

A zaczyna właściwie od zera. Co więcej, nie zna zawiłości reguł, według których to wszystko dokoła się odbywa. Nawet nie wie, o co tu tak naprawdę chodzi – zwłaszcza o co chodzi tym wszystkim, którzy się wokół niego krzątają. Sytuacja jest więc z pozoru zdecydowanie niesymetryczna. Z jednej strony jest otoczenie i jego formatujące oddziaływania, z drugiej natomiast – bezradna istota, zdawać by się mogło całkowicie bezbronna. I żadnego kontaktu, żadnej możliwości negocjacji czy kooperacji. Żadnej szansy na ekspansję tego, co rodzi się „w środku” – za wyjątkiem ograniczonego, acz wciąż wzbogacanego repertuaru zachowań, traktowanych jednak przez otocznie wyłącznie jak odruchy, sygnalizujące „ogólne” stany fizycznego i emocjonalnego komfortu lub dyskomfortu. To, co tak naprawdę tkwi u ich podłoża – raczkująca świadomość i psychika – mało kogo interesuje. Z czasem obydwie strony tej gry tworzą własne kody porozumiewania się –  mimikę, gesty, dźwięki. Komunikacja staje coraz bardziej zborna, wielowątkowa, kontakt – coraz bardziej interakcyjny i intensywny. Jest to relacja ze wszech miar – choć nie pod każdym względem – zwrotna. Rzadko jednak kiedy dorosłym  przychodzi do głowy, że może być w czymkolwiek partnerska. Żadnej symetrii! I tu kryje się główna przyczyna wielu nieporozumień.

Z dzieckiem nie da się poplotkować, porozmawiać o Kancie czy o najnowszym serialu telewizyjnym. Lecz to z pozoru głupiutkie stworzenie doskonale wyczuwa zmysłami wewnętrznymi otoczenie i zmienność jego stanów – w tym emocji i nastrojów obecnych w nim osób. Na to jest szczególnie uwrażliwione i uczulone, ponieważ od tego wiele zależy w jego codzienności. Ponadto, po swojemu „obrabia” to, czego dostarczają zmysły biologiczne. Na miarę swych możliwości stara się to wszystko ogarnąć w jakąś sensowną dlań całość, którą analizuje, odczytując zachodzące w niej relacje przyczynowe. Tworzy własną wizję świata i na swój użytek opisuje go jednym ze swych stu języków, wypracowując przy okazji własne sposoby swego w nim funkcjonowania.

Jednocześnie uczy się wielu rodzajów doznań, jakie się w nim wyzwalają. To także zostaje włączane do zbioru przetwarzanych danych i do pamięci – tyle że teraz już opatrzone subiektywnymi znakami wartościującymi. Rodzi się bowiem kategoryzacja tego co dla niego dobre, a co złe, a także kryteriów dokonywania własnych wyborów i podejmowania decyzji – jakiekolwiek by były z naszego punktu widzenia. Jednym słowem, powstają pierwociny własnego wzorca decyzyjności – i jej autonomii. Gra ze światem toczyć się dalej będzie – po większej części – na tym właśnie polu.

Cały kłopot polega na tym, jak otoczenie pojmuje zakres zarówno uczestnictwa nowonarodzonego człowieczka w życiu innych oraz jego sprawczą w nim rolę. Jakże mało wiemy o tym, co i ile te maleńkie dzieci mogą! Bo niby skąd? W naszym mniemaniu są jedynie biernymi obserwatorami tego, co się wokół nich dzieje. Lecz czy aby tylko obserwatorami? A może także aktorami, reżyserami czy wręcz autorami własnych scenariuszy życiowych – już od samego początku?

Zabawmy się w mały eksperyment – spróbujmy wejść w duszę i rozumek małej istotki, którą zwykłe skłonni jesteśmy, jakże protekcjonalnie, określać mianem „słodkiego  maleństwa”. Bezbronnego, niewinnego – i Bóg wie, jakiego jeszcze. Poeta, podszyty dzieckiem, może podsłuchać i zrozumieć to, czego nie słyszą inni. Jego szczególne uwrażliwienie, połączone z wybujałą wyobraźnią, jest w stanie przebić się tam, gdzie nie sięgają tęgie umysły uczonych akademików i ich narzędzia badawcze. Na ten czas przyjdzie jednak zmienić rodzaj narracji – mądrą rozważność zastąpić swobodną fantazją, i to jeszcze „wielojęzyczną”, nieraz nielogiczną czy wręcz alogiczną. Może się przy tym okazać, że w obrazach czy wizjach, jakie stworzy, znajdzie wiele zdumiewających wskazówek dla dalszej wędrówki śladami ludzkiej decyzyjności.

Przyjmijmy, że małe dziecko jest nie tylko obserwatorem, ale i aktorem w jednej postaci – choć, oczywiście, ono samo, nie wie co to w ogóle znaczy. Już samo takie założenie przełamuje stereotyp, gdyż nikomu do głowy nie przyjdzie, że „maleństwo” to ktoś więcej niż tylko bierny odbiorca tego, co mu oferuje świat. Aktorstwo to przecież granie ról, a do tego potrzeba scenariusza – lub umiejętności improwizacji. W naszym mniemaniu, ono samo do czegoś takiego nie jest zdolne. Jeśli już miałoby coś grać, to według naszych tekstów i przez nas wymyślanych dialogów. Ale improwizowanie? Zresztą – czemu właściwie miałoby być aktorem?

Ponieważ to dzięki aktorstwu – a raczej ćwiczeniu się w aktorstwie – odnajduje  sposoby na własną sprawczość, wzbogaca je i doskonali. Asymetria relacji ze światem jest tu tylko pozorna. Nie wiemy, co się w dzieje w duszy dziecka, w jego świadomości. Zatem nie wiemy, czego ono tak naprawdę od nas chce, czego potrzebuje i oczekuje – poza karmieniem, zabawianiem i pilnowaniem, by nie zrobiło sobie krzywdy. Uważamy, że wszystko zaczyna się i kończy na opiekuńczości, zapewniającej bezpieczeństwo oraz sytuacyjny komfort fizyczny i emocjonalny – cokolwiek pod tym pojęciem rozumieć. Nie jesteśmy jednak w stanie uczestniczyć w tym, co się kłębi w jego myślach i duszy. Zresztą w ogóle nie przychodzi nam do głowy, że może chodzić o coś więcej niż tylko reaktywność na zachowania otoczenia, które, nawiasem mówiąc, zazwyczaj noszą wszelkie znamiona warunkowania. My je tylko przyuczamy do tego, co uważamy za słuszne, celowe i przez nas pożądane, natomiast niewiele jesteśmy je w stanie nauczyć, gdyż nie mamy bezpośredniego  dostępu do jego procesów poznawczych i do jego świadomości. Brzmi to niczym paradoks, lecz tak to się właśnie odbywa. Jest kontakt typu bodziec-reakcja, emocja-emocja, lecz nie ma żadnego kontaktu typu kora-kora, czy dusza-dusza. Taki stan rzeczy potrafi utrzymywać się przez długie miesiące, nawet lata.

Lecz czyż ono nie wie – po swojemu – czego my od niego oczekujemy? Oczywiście, szybko uczy się, że zachowania, na jakie je stać, wywołują określone reakcje otoczenia. Zaspokajają elementarne potrzeby, zapewniają wygodę, spokój, doznania miłe, ale też i niemiłe. Sztukę unikania tych ostatnich opanowuje bardzo sprawnie,  a przy tych „przepychankach” wypracowuje sobie pierwsze, nieporadne jeszcze strategie osiągania własnych celów. Od tego właśnie rozpoczyna się jego aktorstwo – improwizowanie rozmaitych ról na użytek innych, tak, by reagowali według jego życzeń. Metodą prób i błędów ćwiczy je, modyfikuje, doskonali ich warianty, rozbudowuje ich repertuar. Coraz to nowe miny i minki, grymasy i dąsy, płacz,  gesty i dźwięki, najróżniejsze spojrzenia i uśmiechy. Nieustannie pracuje wzrok i słuch, czuwają oczy, uszy, wszystkie zmysły  – rejestrują  efekty. Automatycznie rodzi się znajomość czegoś takiego jak „sprzężenie zwrotne”. Jednak  by mogło skutecznie działać, konieczna jest informacja zwrotna. Ale jak to ma działać?

5.3 Zasada podstawowa

Wyjaśnijmy sobie najpierw pewną rzecz. Nie idzie o to, że maleńkie dziecko jest istotą rozumną w naszym pojmowaniu tego słowa, a swą nieporadność wykorzystuje do maskowania jakiejś  przebiegłości. Rozumność, bądź jej brak, nie mają tu jeszcze nic do rzeczy. Lecz nie jest też wyłącznie sumą biologicznych instynktów i procesów, za sprawą których rozwija się dojrzały osobnik homo. To dusza, przyobleczona w nieporadne ciało, pozbawiona jeszcze rozwiniętej psychiki. Sprawność analityczno-operacyjna, zwana inteligencją, ledwie raczkuje, niemniej braki w tym „oprzyrządowaniu””, wciąż są uzupełniane poprzez wszechstronna stymulację rozwojową. Tymczasem błąd fałszywej analogii powoduje, iż nieporadność fizyczną, a także oczywiste niedostatki funkcjonalne, otoczenie generalizuje i przenosi na ów nadprzyrodzony główny atrybut osoby ludzkiej.

Dusza bowiem nie podlega rozwojowi w naszym rozumieniu – jest jakością skończoną, nie wymagającą „doskonalenia” – jeśli już, to poszerzania zakresu kompetencji sprawczych. Działa w określonych warunkach, stopniowo wypracowuje i formuje sobie „narzędzie” – psychikę – na bazie tego, z czym ma do czynienia. Jest w tym samoistna, choć ograniczona przez uwarunkowania środowiska. Nie ma też żadnej, po ludzku definiowanej wartości oczekiwanej, do jakiej dąży. Niemniej jest aktywna – i to nad podziw. Paradoks polega na tym, że doskonałość duszy nie oznacza dojrzałości jej „osprzętu””  – niezależnie od poziomu naturalnego rozwoju czy  wieku.

Powie ktoś, że powyższy wywód aż nadto przypomina koncepcję „genu samolubnego”, gdzie w miejsce podstawowego, autonomicznego napędu biologicznego wstawiony został inny „czynnik sprawczy”, tyle że nadprzyrodzony i niematerialny. Podobieństwo wydaje się oczywiste, tyle tylko, że idzie o dwie nieprzystawalne i nieporównywalne jakości ontologiczne. Wynikają z nich dwie całkowicie sprzeczne ze sobą wizje antropologiczne, co sprowadza się do pytania o najgłębszą istotę ludzkiej natury. Z odpowiedzi na nie wynika już cała reszta – sama idea duchowości człowieka, jej splątanie z jego materialnością, a także relacje między tymi dwoma jego aspektami. Tu nie ma miejsca na tryb warunkowy czy na stany pośrednie. Albo jesteśmy dziećmi Boga, albo kosmicznego chaosu.

Pierwszy wariant nadaje życiu sens i wyznacza cel, drugi – to właściwy dla materializmu i egzystencjalizmu bezsens trwania w pustce i zmierzaniu ku nicości – na dodatek w darwinowskim kostiumie. Intelektualne spory prowadzą donikąd, niczego nie wyjaśniają, bo rozum staje wobec tajemnicy nieskończoności i wieczności, której nie jest w stanie pojąć, ani ogarnąć z racji swej ograniczoności. Zawsze będzie świadczył za tym, w co wierzy narrator albowiem u podłoża każdego rozumowania tkwi jakaś wiara. Dotyczy to absolutnie wszystkich – nawet tych, którzy mają się za zdeklarowanych racjonalistów, zarzekających się, iż są wolni od jakichkolwiek „przesądów”.

Tak czy owak, przyjąć należy, iż rozwój człowieka stymulowany jest przez wdrukowaną weń, zadaną mu „siłę napędową”, której można nadawać mniejszy lub większy impet i kierunek działania. Na co dzień mało kto jednak zawraca sobie głowę  wielkimi problemami ludzkiego bytu. Gdy pojawia się nowonarodzone życie, środowisko – niezależnie od dominującej w nim „orientacji antropologicznej”, zwykle nawet nie definiowanej czy deklarowanej – po prostu bacznie obserwuje to, co się z nim dzieje i postępuje według własnych wobec niego oczekiwań i wyobrażeń. Ma też mniej lub bardziej dokładnie sprecyzowaną wizję tego, jakie powinny być następstwa podejmowanych starań opiekuńczych i formacyjnych. W zakresie funkcjonalizmu wnioskuje na podstawie tego, co widoczne i wymierne, wyznacza też wymierne cele, przekładające się z dnia na dzień na widoczne, konkretne efekty rozwojowe.

Jeśli idzie jednak o proces aktualizacji duchowości do osobowości i tożsamości, sprawy mają się zgoła całkiem inaczej. Tu, w pierwszym okresie rozwojowym, przez dłuższy czas nie sposób na bieżąco weryfikować zbieżności lub rozbieżności tego, czy i jak formująca się psychika ewoluuje ku jakiejś mniej lub bardziej sprecyzowanej wartości oczekiwanej, wyznaczanej przez narzucane standardy czy normy kulturowe i społeczne. A na tym właśnie polu zaczynają owe rozgrywki ze światem, które trwają de facto przez całe życie. Od maleńkości, krok po kroku, zamieniają się w jeden wielki scenariusz własnego życia, w którym przychodzi grać wiele ról – wyuczonych, lub wymuszanych i improwizowanych.

By sprostać temu zadaniu trzeba stopniowo dowiadywać się i uczyć tego, z kim się gra, w co, i gdzie. To zaś wymaga poznawania sceny, kulis tego teatru, a także partnerów, z jakimi przychodzi uprawiać tę zabawę. W opanowywaniu owego aktorskiego rzemiosła ważne jest rozwinięcie zdolności zagrania a vista każdej roli, jaką narzuca sytuacja i otoczenie. A to już nie tylko „technika wyuczonych zachowań”, lecz – nade wszystko – umiejętność szybkiego reagowania na okoliczności, podejmowania decyzji i dokonywania wyborów, niezbędnych do odnoszenia sukcesów.

W pierwszym rzędzie decyduje tu „sprawność poznawcza” – doskonalona spostrzegawczość, biegłość umysłu i analityczność myślenia oraz empatia, czyli uwrażliwienie zmysłów wewnętrznych i emocji. Wszystko to razem da się podciągnąć pod termin „inteligencji zagregowanej” – wielowymiarowej sprawności funkcjonalnej, nabywanej w trakcie ukierunkowanych i zadaniowych interakcji ze światem. Każdy z tych rodzajów treningu to wypracowywanie odpowiednich form reaktywności psychofizycznej, których  zakres, natężenie i skuteczność jest pochodną sił naporu otoczenia i podatności na „naprężenia”, jakie wywołują. W następstwie tej nauki powstają wzorce i standardy postrzegania, myślenia, odczuwania i działania – w tym i odruchy – a więc także przedziały własnej w tym podmiotowości lub uprzedmiotowienia.

Wytrenowanie zmysłów „zwykłych” i rozumu, istotne dla rozwoju inteligencji, to sprawa dość prosta. Trudniejszą jest emocjonalność i empatyczność. Od nich bowiem zależy nasze „znakowanie” rzeczywistości – nadawanie znaków wartościujących jej elementom, a także zachodzącym w niej zdarzeniom i procesom. To one bowiem generują nasze sądy i oceny wszystkiego, co nas otacza, co robimy sami, co robią inni. Dlatego są swoistymi ekspozyturami sumienia, bodaj czy nie głównymi czynnikami, konstytuującymi naszą świadomość moralną. Także i one kształtują się w interakcjach z otoczeniem, lecz na nieco inny sposób, niż pozostałe nasze sprawności.

Behawioryści, opisujący rozwój osobniczy, posługują się terminem „środowisko stymulacyjne”. Im jest bogatsze, im więcej zapewnia różnorakich bodźców, tym bardziej jest instruktywne i sprzyjające wszechstronności naszego rozwoju. Analizę tę ograniczają jednak jedynie do tego co funkcjonalne, zadaniowe, operacyjne. Nie przenoszą tego pojęcia na sferę duchową czy moralną, nawet emocjonalną. A przecież oprócz treningu poznawczego i sprawczego, od samego początku kształtujemy swą hierarchię wartości, czyli wartościujemy  wszystko, co nas dotyczy, według jakichś własnych kategorii dobra i zła. W tym właśnie momencie behawioryzm i personalizm stają na dwóch przeciwstawnych biegunach – prawdę mówiąc, na dwóch zdecydowanie wrogich sobie pozycjach antropologicznych.

Dla pierwszych sądy i oceny są wyłącznie osobliwymi artefaktami, pochodnymi doświadczenia osobniczego i uzupełnieniem strategii adaptacyjnych; obiektywna moralność to fikcja i religiancki przesąd. Dla drugich – są naturalnym, przedświadomym poznaniem wartości etycznych „przez wkorzenione skłonności do dobra” (Maritain). Świadomość – a wraz z nią rozum – dostosowuje się do wewnętrznej aktywności poznawczej, „spontanicznej, wegetatywnej”, przebiegającej poza pojęciami jakkolwiek definiowalnymi. Jest to wrodzona świadomość moralna, której rozwój rozpoczyna się z chwilą rozbudzenia, potem stopniowego kształtowania się świadomości psychologicznej. Obydwa jej rodzaje są ze sobą splątane, aczkolwiek trudno orzekać, jak rozkładają się ich formacyjne „udziały” w różnych okresach rozwojowych.

Przestrzeń intrapsychiczna i duchowa – nie tylko małego dziecka – to kraina zagadek, dziwnych zakamarków, rozlicznych fenomenów, jakże mglistych dla obserwatora z zewnątrz. Ten bowiem dowiaduje się o niej tylko tyle, ile udaje mu się wyekstrahować z zachowań, interakcji i ich interpretacji. Sfera werbalna to tylko maska – przyjmuje się, że odpowiada jedynie za około 10-15% treści w komunikacji ze światem. Reszta to gra poprzez wielowątkowe i wieloaspektowe działanie ze sprzężeniem zwrotnym. Jej początki sięgają pierwszych chwil życia. Jak się jednak dobrać do samej istoty tej gry?

Można o tym rozprawiać mądrze i naukowo, lecz, prawdę mówiąc, niewiele z tego pożytku. Wydaje się, że bardziej tu przyda się wyczucie, empatia, wyobraźnia pokrewnej dziecku duszy artysty. Spróbujmy wiec tej osobliwej metody poznawczej – ale w formie nieco osobliwej. Poetycka fantazja posłuży się tu bowiem językiem nauki i techniki, przywołując pewien dobrze znany termin, jedno słowo-klucz: antena. Za nim idą terminy pochodne: nadajnik, i odbiornik – i to w jednym „urządzeniu”, w ludzkim organizmie, ciele, duszy i umyśle.  Dwa w jednym – odbiorca i nadawca. Dwie strony jednego i tego samego medalu. Rewers, to odczytywanie ludzkich myśli, uczuć, drgnień duszy, zachowań, intencji. Z kolei awers  – to przekładanie tego odczytu we własny potencjał  poznania i sprawczości, kształtujący relacje ze światem. Tak to właśnie działa – od samego początku. Owa „odbiorczo-nadawcza” dwoistość życia wewnętrznego konstytuuje podstawę funkcjonowania człowieka w jego ziemskim bytowaniu. Nie warunkuje całej jego przyczynowości, lecz determinuje znaczną jej część w przestrzeni międzyludzkiej.

Odczytywanie – to wychwytywanie krążących w niej sygnałów, nadawanie im znaków, sensu i znaczeń. Lecz to nie tylko ich ogląd, spostrzeganie, wreszcie osąd, samo tylko rejestrowanie i przetwarzanie informacji. To także rozpoznawanie – za tym, co widoczne – ukrytych treści, myśli i wyobrażeń, uczuć, pragnień, lęków, nadziei i marzeń, a nade wszystko ukrytych intencji. W zwykłej obserwacji widać głownie to, co okazywane jest celowo, nieraz z ostentacją, nawet szczerze. Zwykle jednak kryje się za tym mnóstwo rzeczy, sumujących  się do sekretnych sił – już to uśpionych, już to skrzętnie schowanych w najdalszych zakamarkach duszy, nawet przed samym nadawcą. Ale i one dają się bezbłędnie odczytywać. Trzeba tylko nad tym trochę popracować.

Ludzki odbiornik działa już od samej maleńkości. Wyłapuje każdy, najdrobniejszy sygnał „wyemitowany w eter” i w nim krążący. Miliony sygnałów – miliony informacji; tylko je odbierać, składać i odczytywać. Wystarczy nastroić się na jakąś falę – i gotowe. Człowiek-antena, człowiek-odbiornik, to czuły rejestrator znaków świata, które są wszędzie – jak powietrze. Napływają zewsząd, w każdej chwili – jest ich wielkie mrowie. Rozmaicie  kodowane, na różnych częstotliwościach, zapisane bywają w różnych językach, czytelne wprost –  albo zaszyfrowane. Jedne są wyraźne, wyraziste i oczywiste, ale bywają i te ledwo wyczuwalne, mikre, słabowite. Jedne narzucają się nachalnie, wręcz krzyczą, wyją, pchają się przed szereg, inne z kolei giną w ich natłoku, zlewając się z tłem. Te słabiutkie często nie mają siły przebicia –   a jakże wiele potrafią znaczyć. Trudno za nimi wszystkimi nadążyć, nie tylko ogarnąć, ale wręcz w ogóle dostrzec. Umykają uwadze, choć są przecież obecne, wręcz wszechobecne.

To wszystko atakuje człowieka od pierwszych chwil życia. Wyobraźmy sobie radio o wielu szerokopasmowych skalach odbioru fal w eterze. Jakby nie nastawiać – zawsze coś wychwyci. Z początku jest to tylko wrażenie szumu informacyjnego, który trzeba nauczyć się dekodować, po czym rozszyfrowywać zapisane komunikaty. Pierwsza reaktywność na otoczenie to nauka ich odczytywania pod kątem własnych potrzeb – nie tylko „apetytywnych”, lecz i poznawczych, a więc i eksploracyjnych. A to już są początki aktywności interakcyjnej, ekspansji, pierwociny owej gry ze światem, prowadzonej bardzo intensywnie, metodą prób i błędów.  Ciekawe, w co się gra – i o co? Czy tylko o zaspokajanie własnego egoizmu osobniczego?

Przed zastanowieniem się nad odpowiedzią na to pytanie warto spróbować wyobrazić sobie, jak też może przebiegać owa autonarracja, która – od pierwszych chwil życia – musi stawić czoła nawale informacji, napierającej na zmysły, uruchomione właśnie do pracy na najwyższych obrotach.. To wielka zagadka, praktycznie nie do rozwiązania na drodze bezpośredniego badania. Rozmaite spekulacje i domniemania naukowe mają znikomą moc wyjaśniającą – i niewiele z nich pożytku poznawczego. Tam „w środku” kłębi się owe sto języków, o nieznanej strukturze i gramatyce. By je zrozumieć, potrzebne byłyby coś na podobieństwo „lusterka pana Kleksa” do oglądania dziecięcych snów – ale to już domena fantastyki. Można jednak nadać jej pewien pozór racjonalnego narzędzia badawczego, jeśli odwołać się do podziału na tryby gramatyczne. Intuicja podpowiada, że u początków życia narracja wewnętrzna nie posługuje się trzema z nich – orzekającym, rozkazującym i przypuszczającym –albowiem jej podstawą  musi być bez wątpienia tryb pytający, czyli ustalanie „co jest co”, oraz „jak” i dlaczego”.

5.4 Pytania

Wyobraźmy sobie, że trafiamy na obcą planetę, do innej cywilizacji, lub – jeszcze lepiej – do krainy z innego wymiaru. Napotykamy tysiące nieznanych nam rzeczy, wokół  dzieją się rozmaite dziwy i cuda. Nie wiemy, co jest czym, do czego służy, jak działa i po co. Jak biegnie czas, jakie rządzą prawa przyczynowe, co z czego wynika i dlaczego? Jesteśmy niczym Alicja w krainie czarów – i nie wiemy, czy tylko pięknych i przyjaznych. Pierwszym uczuciem jest lęk i zaskoczenie, potem zdziwienie, dalej ciekawość i chęć rozeznania się w tym, co nas otacza. Ale nawet w takiej sytuacji mamy tę przewagę nad nowonarodzonym dzieckiem, że wnosimy do tej krainy jakąś swoją wiedzę, że możemy przyrównywać poznawane fenomeny do czegoś, co już znamy, co potrafimy nazwać, czemu potrafimy przypisywać określone znaczenia i sens. Poznanie dokonuje się przez  analogię, rozpoznawanie i doświadczanie porównań, zgodności lub rozbieżności z tym, co wiemy i rozumiemy – a następnie przez powiększanie tej wiedzy o rzeczy nowe i włączanie ich do tego, co stare. Jakkolwiek by to było dziwaczne, musi jakoś się zgodzić i do siebie dopasować. Obowiązuje tu zasada spójności rzeczywistości – niezależnie od tego, że przychodzi łączyć ze sobą elementy dwóch światów z pozoru całkowicie do siebie nieprzystających.

Nowe życie trafia do takiej właśnie krainy magii i czarów – lecz bez żadnego przygotowania, bez żadnej wstępnej wiedzy, bez jakichkolwiek odniesień, bez siatki pojęciowej, bez zdolności poruszana się w niej, bez możliwości działania. Wszystko jest nowe – aczkolwiek szybko ujawnia się powtarzalność rzeczy i zdarzeń. Rzeczywistość jest taka, jaka jest – trzeba ją teraz rozpoznać. Odkrywać, co oferuje i jak działa – w pierwszym rzędzie wobec samego zainteresowanego. Ale, oprócz tego, trzeba to wszystko jakoś oznakować i ponazywać, wyróżnić jakimś określeniami. Zatem należy stworzyć sobie własny język – w miarę spójny i „łatwy w obsłudze”. Jeszcze nie pojęcia, ale już nazwy – to ciekawa faza kształtowania się świadomości.

Pojawiają się pierwsze związki przyczynowe – proste i bezpośrednie. Najciekawsze jest chyba to, iż owo odkrywanie zdaje się nie mieć końca. Z kolei, elementy raz już rozpoznane nabierają wieloznaczności, a tam gdzie pojawia się wielość, tam rozpoczyna się rozróżnialność i wyróżnialność, dalej kolejność i hierarchia istotności – a zatem składowe  potencjału decyzyjnego. Materiału przybywa, stopniowo tworzy się rozbudowana struktura poznawcza, nazbyt skomplikowana, by dało się ją ująć w najbardziej nawet złożone lecz domknięte modele. Tylko sam podmiot wie, czym ona jest, i jak się nią posługiwać na własny użytek. Tak rodzi się subiektywny obraz świata.

Zwróćmy uwagę, że ten mechanizm, raz uruchomiony, działa już przez całe życie. Jak by to nie zabrzmiało dziwnie, to wielce prawdopodobne jest, iż subiektywizm bierze swój początek właśnie w tym najwcześniejszym okresie, który wydaje się być czasem samoistnego formowania się zalążków psychiki i umysłowości. Wtedy to wypracowane zostają własne techniki i metody przetwarzania tego, co oferuje otoczenie. Pod naporem sił zewnętrznych autonarracja toczy się samodzielnie, tyle że we własnym „języku”. Co ważne – jest w tym w pełni autonomiczna. Dopiero z czasem autonomię tę traci pod wpływem oddziaływań formatujących, wymuszających zmianę tego języka, a także narzucających własną instruktywność w „obsłudze życia i poznania”.

Przychodzi więc czas coraz częstszego posługiwania się trybem przypuszczającym i warunkowym. „Co będzie, jeśli…”? To już początki kombinatoryki poznawczej i życiowej, połączonej z eksploracją i zaczątkami ekspansji. Jak się kształtuje – tego nie wiadomo. Można jednak przyjąć jedno ważne założenie: nieporadność na poziomie zachowań, minimalna ich „wydajność”, nie oznacza braku zdecydowania i jednoznaczności w formowaniu własnych wniosków w świadomości. Nagradzające lub dyscyplinujące oddziaływania środowiska wcale nie muszą przekładać się na bezwarunkową akceptację tego, za co otrzymuje się wzmocnienia. „Oni swoje, a ja i tak wiem swoje” – tak można określić tę fazę autonarracji.

Taka swoista buntowniczość to cecha charakteru, przejawiająca się zresztą w każdym wieku. U jej podłoża tkwi potrzeba zachowania autonomii wewnętrznej, samodzielności w poznaniu i działaniu. Wywalczenie sobie prawa do niej, do uznania jej za wartość samą w sobie – oto pierwsze zadanie nowo rodzącej się osobowości i tożsamości. Zastanawiające jest, iż to, co u dorosłego bywa traktowane jako postawa generalnie pozytywna, jako napęd poszukiwań twórczych, nonkonformizm, otwartość umysłu – u dzieci postrzegane jest często jako krnąbrność czy paskudne nieposłuszeństwo. A to uchodzi za wadę, za coś zdecydowanie negatywnego, za opór formatowanej materii, który należy przewalczać wszelkimi dostępnymi sposobami.

Dziecko ma być grzeczne – oto powszechnie stosowana zasada wychowawcza. Nie tylko w zachowaniu, ale także w myśleniu i postrzeganiu świata. Jeśli jest niegrzeczne wówczas nie tylko przysparza kłopotów – sobie i innym – ale może być uznawane za  niebezpieczne. Nie tylko dlatego, że zechce radośnie podpalić dom, bawiąc się zapałkami. Ta obiegowa obawa w randze ostrzeżenia ma o wiele głębszy sens, by tak rzec – samoobronny. Konwenans skazuje nas często na hipokryzję. Dziecko w swych odruchach jest bezlitośnie szczere, co często kończy się konsternacją otoczenia, gdy ta szczerość ujawnia prawdziwy stan rzeczy, niczym w bajce Andersena o szatach króla. I co wtedy zwykle robią dorośli, którzy przywykli kłamać, a z obłudy czynią cnotę fałszywej rozwagi? Przywołują maleństwo do porządku, by nie zakłócało im dobrego samopoczucia – nawet wbrew oczywistości.

Owa bajkowa mądrość ma wymiar nie tylko sytuacyjny. Dotyczy właściwie wszystkiego – życia, nauki, polityki, mody, sztuki itp. Trzeba wiele odwagi, by przeciwstawić się fałszom, utrwalonym w zwyczaju, narzucanym przez okoliczności czy wątpliwej jakości autorytety, w błędnych teoriach, ideologiach. Bez wolności wewnętrznej jest to niemożliwe. Nie idzie o bezmyślną negację, projekcje czy przeniesienie wypartej niechęci wobec czegoś konkretnego na tematy zastępcze. To uczciwość wobec samego siebie. W poznaniu dorosłych bywa instrumentalnie „powściągana” za sprawą nabytej wiedzy i doświadczenia, natomiast u dzieci jest spontanicznym odruchem, wywołanym rozpoznaniem jakiejś oczywistości. Zawsze jednak u podłoża takich reakcji czy przemyślanych  zachowań tkwi ciekawość, wątpliwości i ciągłe zadanie pytań.

Niezależność poznawcza w oglądzie rzeczywistości, w jej osądzie, przekładająca się później na działanie, to podstawa wszelkiej kreatywności – tak w sztuce jak i nauce czy życiowej aktywności. Bez ciekawości, eksploracji, bez zadawania pytań – nawet z pozoru głupich – nie ma mowy o wykraczaniu poza zastaną wiedzę, poza stereotypowe widzenie świata, poza utarte ścieżki postępowania. Dziecko jest upartym i dociekliwym badaczem lądów dla niego nieznanych – to samo czynią artyści i wielcy odkrywcy. Trzeba mieć w sobie wielki „głód poznania”, zadziorność w jego zaspokajaniu, odwagę chodzenia „pod prąd”, penetrowania dzikiego buszu i szukania w nim nieznanych ścieżek dla rozumu i praktyki życia. Nie przypadkiem twierdzi się, że kto nie jest podszyty dzieckiem, ten nie ma szans na twórcze działania w czymkolwiek – nawet w szyciu ubrań.

Walka o prawo do własnej podmiotowości poznawczej – a potem sprawczej – jest bodaj czy nie najważniejszym zadaniem, jakie stoi przed człowiekiem, niezależnie od jego wieku. Nie idzie o zanarchizowanie samego siebie, lecz o samodzielne dokonywanie wyborów na kolejnych rozstajach dróg, na jakich przyjdzie się znaleźć – i ponoszenie wszelkich tego konsekwencji. Dziwnie to brzmi w kontekście rozważań o maleńkim dziecku, lecz warto uświadomić sobie fakt, iż w pewnych aspektach życia owo dążenie do autonomii i sprawczości uaktywnia się już od samych narodzin. „Kto dzieckiem w kolebce…” – powiada poeta. Komu późniejsze formatowanie zagłuszy ten naturalny imperatyw wewnętrzny, ten z czasem zostanie swego rodzaju inwalidą – zarówno psychicznym, jak i duchowym. Ale wszystko zaczyna się właśnie w przysłowiowym beciku.

Dziecko, do pewnego momentu, choć bezradne w działaniu, jest całkowicie wolne w swym poznaniu, ponieważ nikt „nie zawraca mu głowy” serwowanymi wprost cudzymi kategoriami opisu i wartościowania rzeczywistości. Zresztą nikt nie ma takiej możliwości, a to z braku stosownych po temu „narzędzi komunikacji”. Dorośli zakładają, że stworzenie bezrozumne – a za takie się je uważa – nie jest jeszcze dojrzałe do samodzielności, i dlatego należy poddawać je systematycznej tresurze formatowania. Toczy się więc ciągła gra – ono kreuje sobie własny świat, a otoczenie, co i raz, przeprawia na własna modłę to, co podopieczny wytwarza w sobie w poczuciu pełni wewnętrznego samostanowienia. Opiekunowie starają się nicować je na siłę, aż do skutku, czyli do standaryzacji myślenia, normalizacji psychiki, osobliwej uniformizacji poznawczej i duchowej. Czyli formatują je do wielorakich odruchów, o których była już wcześniej mowa. Tak trwa zabawa w kotka i myszkę, przypominająca tresurę zwierzątka, zdanego na łaskę swego właściciela. To behawioralny model wychowawczy, zrodzony z idei tabula rasa – pustej  kartki papieru, na którym trzeba pozapisywać odpowiednie instrukcje obsługi życia.

Jest wszelako jedna siła, która włącza się w cały ten wielowątkowy proces poznawczy, moderuje jego przebieg – sama nie podlegając żadnym oddziaływaniom treserskim. To wrodzone poczucie dobra, „wkorzenione” przez zadane skłonności, ów „czynnik wyższy” – sumienie; zakotwiczone w duszy odwzorowanie nadprzyrodzonej woli i miłości Boga. Bez niego cała ta „żywa maszyneria” byłaby tylko i wyłącznie wdrukowanym, zwierzęcym automatyzmem genetycznym – niezwykle skomplikowanym, ale będącym  jedynie sumą procedur, napędzających biologicznego robota. Cechującego się w sprawnością, czyli inteligencją – ale nie rozumem; instynktem – ale nie uczuciami; skutecznością – ale nie poczuciem powinności; stadnością – ale nie wspólnotowością w sferze wartości; wreszcie walką o byt i przetrwanie  – ale nie kreatywnością czy dążeniem do transcendencji. Podmiotowość animalna to ekspansywność egoizmu osobniczego w sensie darwinowskim. Tym, co odróżnia człowieka od zwierzęcia jest właśnie duchowość, aktualizująca się do  „umysłu czynnego” i przejawiająca w sumieniu. Obydwa te atrybuty uaktywniają się od pierwszych chwil życia po czym zwolna i nie bezproblemowo nabierają swej funkcjonalnej mocy sprawczej i regulacyjnej w rozwoju właściwości psychospołecznych, jakimi są osobowość i tożsamość.

W wymiarze poznawczym, wzorce decyzyjności człowieka w ludzkiej osobowości i tożsamości kształtują się na dwóch wymiarach. Pierwszy, to ogląd zmysłowy i stopniowa strukturalizacja nabywanej wiedzy praktycznej, drugi – to osąd, czyli naturalne i spontaniczne wartościowanie rozpoznawanej rzeczywistości. Sumienia nie można się nauczyć, ani nabyć – ono jest i tylko od nas samych zależeć będzie, jaką przyznamy mu moc stanowienia w naszych wyborach i działaniach. Rozwój od samego początku przebiega w takim właśnie splątaniu owych dwóch aspektów poznania, Tyle tylko, że w fazie wczesnego „dziecięctwa” otoczenie koncentruje się wyłącznie na jednym z nim – na funkcjonalizmie życia. Zresztą zrazu niewielki ma wpływ na sferę moralną – pozostaje ona właściwie poza zasięgiem bezpośredniego wpływu, choć możliwości pośrednich oddziaływań są tu bardzo duże. Rzadko kiedy jednak są wykorzystywane. A szkoda – nie przypadkiem bowiem pewien mądry filozof pisał, iż „najpierw trzeba ćwiczyć dzieci w cnotach, a dopiero potem w wiedzy”. Ale jak to robić – to już zupełnie inna opowieść.

Jest swoistym paradoksem, że w zakresie moralnego aspektu decyzyjności dziecko tuż po narodzinach jest właściwie samoukiem. Rzucone od razu na głęboką wodę, zdane jest wyłącznie na własne sumienie, Samo kształtuje i utrwala relacje między oglądem i osądem tego, z czym przychodzi mu się stykać. Otoczenie może mieć spory wpływ na te zależności, tyle że ledwie pośredni, wzmacniając – przez kary i nagrody – konkretne zachowania, którym przypisuje własne normy etyczne. Nowonarodzona istota żyje w określonej przestrzeni moralnej i to z nią pozostaje w relacji zwrotnej. W niej szuka potwierdzenia lub zanegowania własnych, naturalnych reakcji na dobro i zło, a także samodzielnie wypracowywanego rozumienia związków przyczynowych w tym zakresie.

Nawet badania psychologiczne potwierdziły istnienie u kilkutygodniowego niemowlęcia empatycznych odruchów altruizmu i wyczuwania cierpienia drugiej osoby. Czy i jak zostaną wzmocnione, czy będą pielęgnowane – to już zależy od środowiska. Nikt nie chce wychować łotra, aczkolwiek bywa, że – działając nawet w najlepiej pojętej trosce o swą  progeniturę – nagradza i takie zachowania, które później uogólnią się do postawy typu „bić należy tak, żeby nie zostawiać po sobie śladów”. W cwaniackim rozumieniu walki o byt ma ona swój sens. Tego rodzaju „wskazówki wychowawcze” budzą grozę – nie tylko jako zaprzeczenie wszelkiej moralności. Na trwałe bowiem deformują charakter i znieprawiają  duszę. Takie przystosowywanie małego człowieka do brutalności życia zazwyczaj wywołuje w nim  ogromny dysonans każdego rodzaju, dyskomfort, poczucie zagubienia. Staje w poprzek naturze i wyjaławia ją z tego, co w niej najlepsze. Konsekwencje takiego formatowania prędzej czy później okażą się zgubne – zwłaszcza w planie bardzo odroczonym, nie mówiąc już o wieczności.

Jest jeszcze jeden ciekawy i bardzo ważny aspekt niejako przedwstępnego rozwoju podmiotowości, który później, w fazie świadomej, znajduje swoje odwzorowanie w cechach charakteru i tożsamości człowieka dorastającego, a potem dorosłego. Kto raz doświadczy stanu ducha wolności wewnętrznej – choćby i na poziomie „pierwotnym” – ten łatwo tego nie zapomni, łatwo z niej nie zrezygnuje. Dotyczy to zwłaszcza tych, których Bóg i natura obdarzyli szczególnymi talentami. Te – jak je zwą uczeni – „zdolności kierunkowe” zrazu pozostają w „stanie zaczątkowym”, czekając na swe rozwinięcie. Bez wolności wewnętrznej ów potencjał kreatywności zwykle się marnuje, zwłaszcza wtedy, gdy napór formatującej tresury stłumi naturalny imperatyw twórczy, niekiedy określany mianem powołania.

Niepokorność twórców i odkrywców ma u swych podstaw coś z dziecięcej przekory, z ducha eksploracji, motywowanej ciekawością, niekrepowanej żadnymi kanonami, nakazami czy pozorną niezmiennością tego, co wydaje się być oczywiste. Warto pamiętać, że ta osobliwa „impulsywność poznawcza”, zakorzeniona w naturze, ma wymiar potrzeby wręcz podstawowej. Narracja wewnętrzna rozpoczyna się w życiu od trybu pytającego – i od szukania odpowiedzi. Pewien mądry człowiek powiedział był niegdyś, że do starości starał się zachowywać w sobie – wręcz pielęgnować – zdolność do zdziwienia, zaskoczenia nowością i niezwykłością. Dzięki temu wciąż przeżywał tysiące uczuć w niezliczonych  odcieniach – od zachwytu do odrazy, od radości po przerażenie. Za nimi szły pytania, stawiane nieraz wbrew logice, wiedzy, nawet własnemu doświadczeniu. I pojawiały się odpowiedzi, niejednokrotnie fantastyczne, jakich nigdy by nie uzyskał, gdyby kontentował się tylko tym, co już wiedział. Szczęściem zachował  w sobie coś z niesfornego dziecka, które nieustannie bada świat oczami i emocjami, bez nałożonych na nie filtrów rozmaitego rodzaju.

Człowiek, w którego autonarracji zanika tryb pytający i warunkowy, duchowo i umysłowo kamienieje, niekiedy wręcz obumiera. Dzieje się tak ponieważ traci ciekawość świata i życia, ponieważ zamierają w nim potrzeby poznawcze – oprócz tych związanych z doraźnością. Zazwyczaj uważa, że w kwestiach zasadniczych wie już wszystko, co powinien, i co chciałby wiedzieć. Niczego więcej do szczęścia mu już nie potrzeba. Jest więc albo pyszałkowatym durniem, „zakutym łbem”, albo biednym kaleką, zagubionym nieszczęśnikiem – a na pewno osobliwym zombie. Zapewne kołaczą się jeszcze w nim jakieś resztki wspomnień o młodzieńczych  „poszukiwaniach nieznanych lądów”, lecz są już tylko echem, które budzi albo dziwną, niejasną tęsknotę, albo zwykłą irytację. Niełatwo bowiem przyznać się przed samym sobą, że coś się bezpowrotnie utraciło – i to z własnej winy. Poczucie takiej straty to bolesna zadra, uwierająca i od czasu do czasu wywołująca głuchy ból. Cóż, zabicie w sobie dziecka, to swoista forma samookaleczenia. Blizny goja się, lecz dają o sobie znać – i to w najbardziej nieoczekiwanych chwilach.

5.5. Dwie strony medalu

Powyższe rozważania mogą wydawać się bezsensowne czy aż nadto fantazyjne, tym bardziej, że trudno je podeprzeć niepodważalnymi dowodami z bezpośrednich badań, prowadzonych według kanonicznych zasad poprawności naukowej. Cóż, spekulatywność również jest dopuszczalną metodą analizy rzeczywistości. A poetycka wyobraźnia w ogóle wyłamuje się spod jakichkolwiek rygorów ścisłej „technologii poznawczej”. Nie oznacza to jednak, że i jedna, i druga nie zasługują na coś więcej niż tylko pobłażliwe lekceważenie zatwardziałych racjonalistów. Zważmy, jak wiele uczonych wyjaśnień rozmaitych zagadek swój początek wzięło od wizji fantastów, a nawet marzeń sennych. Wystarczy tu przytoczyć chociażby sen o wężu, połykającym swój ogon.

Każda rzecz, niczym medal czy moneta, ma swój awers i rewers. Nie sposób więc oceniać ją – czy może wyceniać – tylko na podstawie jednego z wybitych na nich wizerunków. Podobnie ma się sprawa z dziećmi – choć nie tylko. Z jednej strony przypisuje się im cechy anielskie, z drugiej zaś – wręcz diabelskie. Z jednej strony czystość i niewinność duszy, z drugiej – instynktowny egoizm i nieokiełznana pierwotność natury. Jedni roztkliwiają się nad cudem życia, inni zaś utyskują na uciążliwość zapanowania nad biologicznym żywiołem. Zazwyczaj jest to mieszanka obydwu tych postaw, huśtawka nastrojów, radość i satysfakcja, przeplatana irytacją i zmęczeniem. To naturalne i zrozumiałe, gdyż człowiek jest istotą niejako dwubiegunową. Jeden z biegunów pozostaje zakotwiczony w świecie realnym, materialnym, drugi natomiast – w duchowym i nadprzyrodzonym. By nie popaść tu w pułapkę taniego manicheizmu należy jednak pamiętać, że ten pierwszy jest także dziełem Boga, co oznacza, że w osobie ludzkiej obydwa stają się swoim uzupełnieniem. Niemniej nie ma takiego uniwersalnego instrumentarium poznawczego, którym dałoby się ogarnąć jednocześnie obydwie te rzeczywistości, a już zwłaszcza uczenie badać ich splątanie.

Rozważania teologiczne to zbyt poważna sprawa, by je tu podejmować z lekkością towarzyskiej dysputy. Wystarczy, że uznamy, iż w rozwoju skazani jesteśmy na ową dwoistość, z którą przychodzi zmagać się przez całe życie. Uaktywnia się ona od samego początku – tyle ze na poziomie dwojakiego rodzaju spontaniczności do siebie nieprzywiedlnych. Otoczenie  absorbuje w pierwszym rzędzie ta „przyziemna”, uciążliwa i kłopotliwa. Na niej skupia się opiekuńcza uwaga i troska, druga natomiast, ta duchowa, pozostaje pomijana. Wszyscy wokół zajmują się tym co widać i słychać, mało komu przychodzi do głowy, że „w środku”, skąd nic właściwie nie dociera, też dzieją się rozmaite ciekawe rzeczy – ponieważ dziać się muszą z natury rzeczy. Wspieraniu bezradności pierwszego rodzaju pomaga swoiste „behawioralne sprzężenie zwrotne”, gdyż istnieje jakaś interakcyjność, reaktywność, czytelna w kodzie biologicznym. Bezradność drugiego rodzaju pozostaje bez wsparcia, ponieważ nawet nie wiadomo, czym w swej istocie jest, i na czym owo wsparcie miałoby polegać. Jeśli już ktoś z zewnątrz zadaje sobie trud zastanowienia się nad tym, okazuje się być bezradny wobec samych zagadek i domysłów

Powstaje więc zabawna i paradoksalna sytuacja – naprzeciwko jednej bezradności staje druga, i nijak nie mogą się „dogadać”. Dziwną konsekwencją tego stanu rzeczy jest samotność „nowo powołanej” duszy w pierwszym okresie swego ziemskiego bytowania. Stymulacja opiekuńcza koncentruje się na pilnowaniu prawidłowości rozwoju, wpisanego w oprogramowanie biologiczno-genetyczne. Ale czy istnieje jakiekolwiek oprogramowanie rozwoju duchowego? Ot, zagadka. A przecież jakoś musi się on dokonywać, przebiegać w jakichś etapach, fazach, z jakimiś przeszkodami czy chociażby problemami.

Biologia buduje ciało, mając do tego legiony pomagierów, dusza natomiast konstruuje psychikę, zdana zrazu tylko na siebie. Lecz przecież obydwie te „składowe” są ze sobą ściśle sprzężone i współzależne. Na czym jednak to wszystko polega, jak przebiega – nie wiadomo. Czy istnieje coś takiego jak „psychosomatyka rozwojowa”? Czy też wiedza o wczesnym rozwoju psychosomatyki? Z tego, co czytamy w podręcznikach – raczej nie. Zresztą, jak to ugryźć metodologicznie, czy chociażby teoretycznie, skoro duchowość w ogóle traktowana jest przez naukę wysoce podejrzliwie? Jakimi pojęciami miałaby tu operować, jak cokolwiek badać? Z kolei metafizyka wyniośle omija przyziemność biologii. Pytań jest wiele, a na żadne nie ma właściwie sensownej odpowiedzi. Wszyscy więc jesteśmy zdani na spekulacje, domysły, najdziwaczniejsze nawet pomysły i przypuszczenia. No, i na fantazję, grę wyobraźni. A w kontakcie z dzieckiem – na empatię. Lecz z tą ostatnią jest pewien kłopot, gdyż poważne jej potraktowanie może prowadzić  prostą drogą do naukowych herezji, które irytują właściwie wszystkich.

Tyle widzisz, na ile pozwala ci wzrok. Tyle słyszysz, na ile pozwala ci słuch. W każdym z tych przypadków „pomiar” jest pochodną czułości instrumentów, czyli narządów zmysłów. Obraz i dźwięk dają się opisywać na skalach mierzalnych parametrów fizycznych. Zmysły „biologiczne” można zastąpić urządzeniami technicznymi, a bezpośrednio uzyskiwane dane z badań nad nimi – kategoryzować, kwalifikować, przetwarzać i analizować rozmaitymi metodami obliczeniowymi. Wyniki są formalnie obiektywne, tzn. niezależne od subiektywnej percepcji badacza. Wszystko jest jasne, oczywiste, nie budzi wątpliwości, a coraz doskonalsze przyrządy pozwalają rejestrować nawet takie rzeczy, których zwykłe ludzkie „sensory” nie rozróżniają, a które nawet nie docierają do świadomości. Na koniec wreszcie, całą tę metodologię cechuje powtarzalność badań i wyników.

Z emocjami, a już tym bardziej z empatią, rzecz ma się zgoła odmiennie. Nie istnieje żaden bezpośredni pomiar tych fenomenów. Przychodzi zdawać się wyłącznie na subiektywne relacje indagowanych czy badanych. Oczywiście, można postrzegać czy rejestrować fizyczne korelaty stanów fizycznych człowieka, towarzyszące emocjom, ale ich samych wprost mierzyć nie sposób, ponieważ z tzw. naukowego punktu widzenia nie wiadomo właściwie czym w ogóle są. Obserwator odbiera je w bardzo szczególny sposób: postrzega ich fizyczność zmysłami „zwykłymi”, aczkolwiek także je „wyczuwa” wielce tajemniczymi zmysłami wewnętrznymi. Lecz owo wyczucie jest szalenie subiektywne i nie sposób nadawać mu rangi metodologicznego obiektywizmu.

Kierując się wcześniej sformułowaną zasadą, rzec można, iż tyle czujesz, tyle emocji „odbierasz”-  w takim zakresie, rodzaju i natężeniu –  na ile pozwala ci twoja własna emocjonalność i zdolność recepcji wewnętrznej. Niekiedy mówi się tu o inteligencji emocjonalnej, tyle że termin ten jest mało precyzyjny „naukowo”, niejednoznaczny z racji nieoznaczoności subiektywizmu odczuć „nadawcy” i „odbiorcy”. Mówiąc poetycko, widzisz okiem, ale czujesz sercem. Dopiero połączenie tych dwóch zespołów wrażeń daje pełne postrzeganie emocjonalne, które następnie poddane zostaje „obróbce” rozumu i świadomości. Innymi słowy, jedynym bezpośrednim „narzędziem pomiarowym” emocji jest sam człowiek.

W tym momencie powraca wcześniej wspomniany termin „antena nadawczo-odbiorcza”, wraz z całą, techniczną wiedzą o tym urządzeniu. To jakby radar, skanujący otoczenie w ogromnym paśmie częstotliwości. Mało kto zdaje sobie sprawę, że dziecko nieustannie coś nadaje, ale i coś odbiera w sobie i wokół siebie. Zresztą, dotyczy to nie tylko dzieci – a każdego z nas, w każdym wieku. I nie ma to nic wspólnego z pseudo-magiczną telepatią czy innymi dziwnymi wymysłami cwanych szamanów. Chętni do poznania mechaniki tej skomplikowanej maszynerii mogą sięgnąć do mądrych książek, z których dowiedzą się wręcz zdumiewających rzeczy – mało czarodziejskich, ale za to bardzo pouczających. Gdy odpowiednio przełoży się tę wiedzę na procesy poznawcze i emocjonalne człowieka, z całą specyfiką jego dwoistej natury, wówczas wnioski okażą się zaiste niezwykłe.

Emocji nie można całościowo i bezpośrednio zbadać „obiektywnie”, gdyż ona sama nigdy obiektywna nie jest. To oczywistość, w randze banału. Nie istnieje obiektywna miłość, nienawiść, obiektywny smutek, radość, obiektywne zdziwienie czy zaskoczenie. Co prawda, można zobaczyć, jak się objawia silne pobudzenie, lecz nie sposób – na podstawie opisu czy pomiaru – określić jego sensu i znaczenia dla tego, kto je przeżywa.  Jedynym „urządzeniem”, które może to uczynić, jest drugi człowiek – a i to tylko w ograniczonym zakresie.  Musi tu zadziałać odbiór niejako „indukcyjny”, wzbudzenie na zasadzie podobieństwa. A to ostatnie rzadko kiedy bywa pełne. Dlatego można kogoś zrozumieć, wyczuć, lecz nie sposób całkowicie się z nim emocjonalnie utożsamić.

Istnieje wiele tego przyczyn, uwarunkowań odmienności „nadawcy” i „odbiorcy”. Zajmowanie się tym w tych rozważaniach byłoby bezcelowe – tak jak bezcelowe byłoby wymyślanie tu jakiejś „ogólnej teorii wszystkiego”. Świat emocji to kraina wielce zagadkowa, a to, jak kto w niej żyje i funkcjonuje, jest jego własną tajemnicą. Filozofowie uważają, że za dużo w niej chaosu, zakłócającego ład umysłu. Z kolei psychologowie próbują upchać ją w jakąś „siatkę kartograficzną”, żeby zrozumieć zasady nawigacji, pozwalającej się nie pogubić w niej w życiu i sprawnym działaniu. Ale i jedni, i drudzy, bez wątpienia, łapią się na tym, że w chwilach własnych zawirowań emocjonalnych, ich mądre rady i nauki biorą w łeb. Gdy zaczynają w nich buzować silne uczucia, przekonują się, że ich teorie nijak nie mają się do tego, co się z nimi dzieje i dokąd ich to zaprowadzi. I tak już chyba zostanie do skończenia świata. Bo jakże byłby on nudny, gdyby miało być inaczej.

Dusza i ciało – a pośrodku psychika, umysł i świadomość. Psychika jest swoistym narzędziem obsługi życia, emocje – łącznikiem między owymi dwoma aspektami ludzkiej natury, świadomość zaś – ich zwornikiem. Wszystko jest ze sobą sprzężone, zespolone, nie działa tu zasada modułowej superpozycji – raczej niezbadany rodzaj synergii, łączącej to, co realne, z tym co nadprzyrodzone. Napędem i moderatorem jest wola i sumienie – atrybuty człowieczeństwa z innego wymiaru, niż biologia i materialność. Jak jest to zawiłe i zagadkowe – wystarczy spojrzeć na półki wszystkich bibliotek świata, by przekonać, się, ile napisano mądrych ksiąg, by tę tajemnicę przeniknąć. Tyle słów, myśli, koncepcji, idei, argumentów, dowodów – a wynik wciąż niezbyt zadowalający.

Wyobraźmy sobie kogoś, stojącego przed tym gigantycznym zbiorem zapisanych stron. Zdumiewać go musi ogrom pracy, włożonej przez wieki w próby wyjaśnienia tego, kim właściwie jest. Stoi – i patrzy. Pojedynczy osobnik, w którym zogniskowało się i kłębi to wszystko, co tam zostało opisane. Jedna mała figura – i tyle papieru. Jak się w tym połapać? Pytani bibliotekarze zapewne zaczną mu podsuwać różne tomy, które uważają za najważniejsze. Ale zgody miedzy nimi nie ma – i nigdy nie będzie. Każdy z nich ma bowiem swoje własne cytaty. Lecz to tylko zgrabnie zestawione słowa, do których znakomicie stosuje się znane  powiedzenie: se non e vero, e ben trovato. A jeśli nawet jest vero, to tylko częściowo, niczym pojedyncze zapisy wielu mrówek, opisujących fragmenty wielkiego słonia. Bezsilność umysłu wobec zawiłości ludzkiej natury najlepiej chyba oddaje stwierdzenie królowej, termitów, Gertrudy, która skwitowała naukowe wywody badającego ją uczonego Durchfreuda stwierdzeniem: „jakże wiele słów panu trzeba, doktorze, by zanalizować rzeczy, które moja pedikiurzystka wie od jednego westchnienia”.

Co nie oznacza, że należy tych prób i badań zaniechać! Byłoby to zresztą wbrew naturze! Będą więc trwały – również do skończenia świata. Nie należy jednak oczekiwać że sam rozum ostatecznie rozwikła tajemnicę rozpięcia ludzkiego życia między świętością i heroizmem, a nikczemnością i bestialstwem. Celem jest tu raczej samo jej badanie, odnajdowanie kolejnych przyczyn, dla których udaje się zachowywać mniej lub bardziej trwałą równowagę między tymi dwiema skrajnościami. Najciekawsze jednak wydaje się to, co powoduje, iż dochodzi do jej rozchwiania – chwilowo i sytuacyjnie, lub nieodwracalnie. Modelowo rzecz ujmując, mamy do czynienia ze swoistym homeostatem, który oscyluje wokół pewnego punktu równowagi w swoistej zespolonej przestrzeni możliwości, wyznaczanej na miarach zarówno realności i materialności bytowania, jak i nadrealności duchowości, będącej tego bytowania esencją.

Decyzyjność to nic innego jak dyspozycja sumienia i woli samostanowienia w jej obrębie. Człowiek może przemieszczać się – stopniowo lub skokowo – w stronę jednego z owych dwóch biegunów, miedzy którymi rozpięta jest jego natura. Rzecz w tym, na ile jest tego świadom, a także na czym w samym sobie tę świadomość buduje. Reszta to już tylko operacyjna sprawność i skuteczność działania oraz gotowość do ponoszenia za nie pełnej odpowiedzialności. A to zawsze i nieodmiennie sprowadza się do dokonywania wyborów, tych ważnych i tych pozornie błahych, na kolejnych rozstajach dróg życiowych – niezależnie od tego, czy będą to wielkie autostrady, czy małe leśne dukty.

Rodzimy się z zadaną nam instynktowną, spontaniczną i przedświadomą dyspozycją do dobra – tyle że zrazu bez praktycznie żadnych możliwości jej manifestacji. Trzeba dopiero wypracowywać i doskonalić niezbędne po temu sposoby i narzędzia – zarówno w samym sobie jak i w relacjach ze światem. Proces ten, raz uruchomiony, nie ma właściwie końca. Rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę, jak wiele zależy od  kształtowania się jego dynamiki już w pierwszych fazach życia. Potoczne powiedzonko o tym, „czym skorupka za młodu nasiąknie…”, ma swój głęboki sens, tyle że należałoby tu raczej mówić o tym, „w co się uzbroi”. Wzorce decyzyjności powstają bowiem o wiele wcześniej, niż nam się wydaje.

Małe stworzenie, zwane dzieckiem, rozpoczynające swą przygodę w świecie, jest wyposażone w rozmaite zdolności, tyle że ledwie „w stanie zaczątkowym”. Wydawać by się więc mogło, ze jest całkowicie zdane na innych. Od pierwszych jednak chwil uaktywnia się jako antena nadawczo-odbiorcza – i to czuła ponad wszelkie wyobrażenie. Dzięki niej nie jest tak bezradne i bezbronne, jak zwykło się sądzić. Z miejsca podejmuje swą własną grę z otoczeniem, które ze swej strony nie ma pojęcia, że w ogóle w niej uczestniczy, i na jakich zasadach. Co więcej, nie przypuszcza też, że może być obiektem całkiem ciekawych zabiegów manipulacyjnych ze strony kogoś, kogo ma ledwie za – jak powiadał kiedyś wesoły  poeta –  przewód pokarmowy, z jednej strony nienasycony, a z drugiej nieodpowiedzialny.

Grają wszyscy – i to przez całe życie. Graczami stajemy się od razu, z marszu. Przypomnijmy sobie dziś, jako dorośli, już zaprawieni w tych bojach, jak to bywało w przeszłości – nawet w głębokim dzieciństwie. Czy aby nie powielamy tego, co wypróbowaliśmy już wtedy? Co się nam sprawdzało i nadal sprawdza, co wciąż   modyfikujemy, doskonalimy. Pewne sposoby i sposobiki wypracowaliśmy już dawno temu, i nawet mamy się za mistrzów swoich technik. Warto zastanowić się zarówno nad tym, jakie one są, jak i skąd nam się „to wzięło”.

Rozdział 6

Co czeka po drodze?

6.1 Omne initium difficile est

Powiada się – słusznie i nie bez powodu – że człowiek nie wie, co mu pisane, że niezbadane są wyroki Bożej Opatrzności. Iluż to ludzi, po latach, ze zdumieniem konstatuje, iż zaszli w życiu zupełnie nie tam, gdzie kiedyś chcieli dojść, że szli drogami, jakimi nie zamierzali iść, że robią zupełnie co innego, niż kiedyś to sobie umyślili, że los napisał dla nich zupełnie inny scenariusz, niż to było w planach. Z kolei innym udaje się konsekwentnie realizować swoje zawczasu założone cele, choć nie zawsze osiągają je w sposób, który – z różnych powodów – ich satysfakcjonuje. Nie ma w tym żadnej reguły, a rozmaite, szamańskie pomysły na prorokowanie przyszłości, są tylko chytrym szalbierstwem na użytek naiwnych lub zdesperowanych. Naprzeciw Opatrzności Bożej jesteśmy bowiem jak dzieci, którym tylko wydaje się, że pozjadały wszystkie rozumy tego świata. Co nie znaczy, że rządzi nami jakiś wyższy determinizm – to byłoby wnioskiem zbyt uproszczonym, zważywszy, iż jesteśmy istotami obdarzonymi przecież wolna wolą. Dokonujemy wszak świadomych wyborów w dostępnej nam przestrzeni możliwości – tyle że rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę z natury współzależności miedzy naszą wolnością, a skutkami, jakie owa Opatrzność przewiduje za podejmowanie określonych decyzji.

Po wejściu z dziedzińca do wnętrza naszego zamku życia okazuje się, że z wielkiego  holu, liczne drzwi i korytarze wiodą w różne jego części – od książęcych, do czeladnych. Później wszystko się miesza, przecina, z każdego punktu można dojść do każdego innego, lecz na wstępie trafiamy tam, dokąd dostajemy przydział, przygotowany przez innych. Dzieje się tak za sprawą „kapitału początkowego” w postaci tożsamości zadanej nam przez miejsce, czas i środowisko urodzenia. Jedni z miejsca kierowani są na salony, inni raczej w stronę pomieszczeń dla „milczących bezimiennych”, wielu – przez kuchenne schody dla służby. Jak się potem odnajdą w środku, którędy powędrują – to już zupełnie inna sprawa. Jest tu jednak pewna prawidłowość. Otóż im dalej zapuszczają się w zamkowe zakamarki, tym częściej, niekiedy wręcz chętniej odstępują od zadanych im „na wejściu” ścieżek rozwoju i życia. Niemniej wszystkie warianty losu, zapoczątkowanego przez sam fakt narodzin, mają swoje stałe elementy, fazy – tyle że przeżywane w innych dekoracjach i warunkach bytowania.

Trzeba więc przejść okres niemowlęctwa, dziecięctwa, młodzieńczości – tu nie da się nic oszukać. Ale z każdego okresu nie wszyscy wychodzą jednacy – choć przychodzi im pokonywać podobne rodzaje barier rozwojowych. Wszystko zależy od tego jak przebiega proces formowania się narzędzia obsługi życia, czyli psychiki. Mówiąc banalnie, jedni dojrzewają szybciej, inni wolniej, jedni „na bogato”, bardziej wszechstronnie, inni „biednie”, i bardziej ograniczenie. Z czasem te dysproporcje nieco się wyrównują, lecz ci psychicznie sprawniejsi są już wtedy daleko przed tymi, którym przyszło – z różnych powodów, nie zawsze od nich zależnych – dłużej mozolić się nad wypracowaniem dorosłej formy samych siebie.

Myliłby się ten, kto doszukiwałby się w tych rozważaniach myśli, iż dziecko to taki trochę mniejszy dorosły, obdarzony pełnią świadomości swej chwilowej ograniczoności i wizją jakiejś konkretnej, rozwojowej wartości oczekiwanej. Kształtujemy się według jakiegoś nierozpoznawalnego planu, na który składają się po równo zadane predyspozycje, nie tylko biologiczne, dalej – uwarunkowania zewnętrzne, wreszcie – autonomia oraz wielowątkowość narracji wewnętrznej. Jeśli odrzucamy ideę tabula rasa, to musimy zadać pytanie – czy w nasz rozwój i bieg życia wpisany jest jakiś niepojęty dla nas determinizm? Czy warunkowany on jest tylko wrodzonymi predyspozycjami biologiczno-genetycznymi, talentami, zdolnościami tzw. kierunkowymi? W jakim stopniu wchodzą tu w grę czynniki, współtworzące naszą „tożsamość zadaną” – pochodzenie, zaplecze wychowawczo-edukacyjne, możliwości materialne?

Ilość kombinacji tych składowych – przy uwzględnieniu stopniowalności ich zakresu i natężenia – jest praktycznie nieskończona. Przewidzieć cokolwiek tylko na ich podstawie jest niepodobieństwem. Jeśli jeszcze dodamy do tego równie nieskończoną ilość sił zewnętrznych, wchodzących w interakcję z tym wszystkim, co wynika z łącznego „kapitał wyjściowego”, wówczas otrzymujemy ową przestrzeń możliwości, w jakiej przebiega linia pojedynczego życia. Nadto pamiętać też należy o osi czasu. Jak więc szukać w tym wszystkim jakichś sensownych reguł przyczynowości?

Jakże często ludzkie losy układają się  wbrew temu, co zostało zadane z urodzenia, społecznie, w wychowaniu i edukacji? Także wbrew temu, co mogłoby wynikać z rozmaitych okoliczności, zdarzeń, czynników, uznawanych (czasami nieopatrznie) za losowe? Jak to się dzieje, że często, wbrew wszelkim prognozom rozwojowym, wbrew konfiguracjom   prawdopodobieństw, górę biorą nieprzewidzialne lub nierozpoznane siły wewnętrzne, które budzą się, nabierając cech imperatywu? Linia życia „skręca” wtedy niespodziewanie, zaskakując nie tylko obserwatorów, lecz nieraz i samego zainteresowanego. Czy da się to skwitować stwierdzeniem „tak, widocznie, miało być”?

Behawioryści głoszą, iż formuje nas wyłącznie doświadczenie osobnicze na styku ze światem zewnętrznym. To ledwie bardziej rozbudowana, wyrafinowana wersja psa Pawłowa. Inne koncepcje psychologiczne łagodzą tę reaktywną formę determinizmu, dopuszczając możliwość nieoznaczoności efektów warunkowania, a więc kształtowania się subiektywizmu. Wszyscy jednak nieodmiennie przypisują decydującą rolę oddziaływaniom zewnętrznym, nadając im sprawcze znaczenie w kształtowaniu cech i sprawności jednostki. Owa sprawczość to jednak rzecz nader dyskusyjna. Zakładanie – jawne lub niejawne – zasady linearnej  przyczynowości w ludzkim życiu jest ryzykownie uproszczonym podejściem do rzeczywistości. Tylko niewielu psychologów wyłamało się z chóru jej zwolenników. Niemal sto lat temu pojawiły się pomysły na temat odroczonych efektów działania ludzkiej pamięci. W skrócie rzecz ujmując, poszło o to, że nie sposób stwierdzić, co, jak i kiedy może spowodować, że człowiek zachowa się tak, a nie inaczej. Że nie wiadomo, jak dokładnie sprzężona być może w świadomości i działaniu przeszłość z teraźniejszością. Że nasze  zachowania nie da się wcisnąć w żadne stałe i jednoznaczne modele, budowane na liniowych regułach przyczynowych. Ot, i kłopot.

Idąc tym tropem uprawnione wydaje się sformułowanie tezy, która jest kolejnym podważeniem tradycyjnej wiedzy psychologicznej. Otóż nie da się w żaden jednoznaczny sposób dowieść, że jakakolwiek i jakkolwiek skonfigurowana suma zdarzeń z dzieciństwa ma  jednoznacznie decydujący wpływ na to, kim człowiek staje się w przyszłości – i jakim się staje. Nie w czynnikach zewnętrznych z tego okresu życia – a w każdym razie nie głównie w nich – upatrywać należy sił, które go ostatecznie kształtują. Zdarzenia same w sobie niewiele znaczą – znaczenia nabierają dopiero za sprawą tego, jak i przez kogo zostaną przeżyte, w jakich kontekstach, jak są oznakowane i utrwalone w pamięci, jak są w niej dostępne i przetwarzane oraz jak, kiedy i do czego są z niej przywoływane.

Najlepiej teza ta broni się w przypadku osób twórczych – w nauce czy sztuce, nawet w polityce i historii. Nie da się zasadnie wykazać, że cokolwiek z tego, co takim jednostkom przytrafia się (w sensie faktograficznym) w ich dzieciństwie czy młodości, musi mieć decydujące znacznie z punktu widzenia przyszłego wyboru określonej formy aktywności życiowej, objawiającej się w ich twórczości lub działalności publicznej. Zdarzenia z tego okresu, wpisane – poprzez pamięć – w strukturę poznawczą i emocjonalną, mogą być wykorzystywane w rozmaitych przetworzeniach czy odwzorowaniach, natomiast same przez się niczego nie przesądzają. Różnym osobnikom przytrafiają się te same rzeczy, ale nie to samo powodują – w perspektywie bliższej i dalszej. To truizm, lecz gdy go nieco rozwinąć, wówczas, rzecz staje się niezwykle ciekawa.

Działanie tych samych czynników zewnętrznych, w podobnych okolicznościach, w podobnych „dawkach” i przy podobnych wzmocnieniach – karach i nagrodach – potrafi wywoływać skutki dramatycznie wręcz odmienne. Nie ma żadnego dowodu – bo być nie może, chociażby ze względów metodologicznych – że jest inaczej. To kwestia różnic strukturalnych w sposobach myślenia, przeżywania, poznawania i przetwarzania własnego doświadczenia. Nie ma sposobu, by ogarnąć, badaniem czy modelem, nieoznaczoność działania potencjału rozwojowego jednostki, od którego zależy jego przyszłość. Aktualizuje się on niejako „po swojemu” – niezależnie od tego, co człowiekowi oferuje świat. Otoczenie, reagując na to, co nazywa często dziecięcą kapryśnością, młodzieńczą buntowniczością, czy dorosłą niepokornością, próbuje wtłoczyć – już to dziecko, już to dorosłego – w ubranka, przykrawane na standardową, znormalizowaną  miarę. Ale i tak „wychodzi szydło z worka”.  Czy to znaczy, że jesteśmy jednak jakoś zaprogramowani, zdani na niepojęty dla nas determinizm własnego życia?

Potencjał to jedynie szansa, możliwość, kapitał założycielski. Co się z niego i dzięki niemu wykluje – nigdy nie wiadomo. To także truizm. Ale to on niejako narzuca tendencję  rozwojową – niezależnie od warunków zewnętrznych. Od tych ostatnich zależeć będzie, czy zaktualizuje się – umownie rzecz biorąc – do postaci społecznie i moralnie negatywnej, lub pozytywnej.  Forma, w jaką przyobleką się zadane predyspozycje do kreatywności, jest rzeczą w istocie wtórną – choć nie bez znaczenia ze względu na skutki życiowe. Ktoś nimi obdarzony może zostać niezwykłym przestępcą, wspaniałym rzemieślnikiem artystycznym, wielkim fizykiem, wybitnym przywódcą politycznym. To, co zadane, może przekształcić się w wielkość lub małość – lecz powody tego, to już kwestia wychowania, edukacji, socjalizacji i enkulturacji. Energia, tkwiąca w rozbijanym atomie może być użyta na szkodę lub na pożytek ludziom.

Jak by to nie brzmiało dziwacznie, faktem jest, iż determinizm ludzkich losów okazuje się być jedynie warunkowy – zadany kapitał, większy czy mniejszy, można pomnożyć lub roztrwonić. O tym decydujemy już my sami. To swoiste połączenie sensu dwóch przypowieści ewangelicznych – o darach i talentach. Coś  nam jest dane, w takiej, a ani innej „ilości”, lecz co z tym zrobimy – to już nasza rzecz. Czy owe dary to zamysł Ducha Świętego, czy struktura, zakodowana w genach – o tym niech sobie do upadłego dyskutują  rzecznicy dwóch przeciwstawnych antropologii, teologowie z przyrodnikami. Ich kłótnie i tak niczego nie zmienią – moneta ma awers i rewers, a spieranie się, co z tego ważniejsze, to dla niej samej nie ma znaczenia. Raz puszczona w obieg, ma swoją siłę nabywczą, określoną zawartość kruszcu i domieszek – niezależnie od tego jaką jej się nada nazwę. Istotne jest to, czy przynosi procent – i w czym. Prawidłowość ta działa przez całe życie – od dziecka, po starość.

6.2  Odkrywanie świata i budowanie siebie. 

Pojęcie tabula rasa to antropologiczny fałsz, niemniej ma niewątpliwie zastosowanie w jednym przypadku – ludzkiej pamięci. Ta bowiem jest rejestrem gromadzonej przez całe życie wiedzy i doświadczenia – swoistym „twardym dyskiem”, z zapisanymi danymi,  wszelako porządkowanymi bynajmniej nie wedle jednego klucza. Organizacja danych, nadawanie im wagi, rangi i znaków wartościujących – to już nie tylko niepowtarzalna właściwość danej jednostki, lecz także jej prerogatywa w zakresie własnej podmiotowości. Decyduje mniej ów zadany potencjał osobowy, a nade wszystko niepowtarzalny rodzaj indywidualnej autonarracji. Wszyscy rozpoznajemy to samo, lecz nie tak samo to akomodujemy i asymilujemy. Wszyscy przeżywamy podobne emocje, lecz każdy po swojemu je ocenia i zapisuje w pamięci. Nieoznaczoność odwzorowania obiektywnej realności w subiektywne postrzeganie świata i motywacje do  działania jest jedną, wielką zagadką. Tego nie da się ująć w żadne – domniemane lub jakkolwiek modelowane – koncepcje standaryzacji czy normalizacji ludzkiego poznania oraz przyczynowości ludzkiego rozwoju i zachowań.

Rzecz w tym, jak powstaje – czy też, skąd się bierze – ów klucz do indywidualnej pamięci. Jak człowiek sobie ją „konstruuje” – porządkuje zapisy i ustanawia „ścieżki dostępu” do nich.  Z początku dysk jest pusty, lecz bardzo szybko się zapełnia; zrazu w sposób lawinowy i bardzo chaotyczny, bez żadnej „instrukcji”, co z tym fantem się robi. Przychodzi działać, na oślep, bez niczyjego wsparcia. I tu objawia się wielka mądrość – raczej Boga, niż natury. Wolna wola, ów Boski atrybut człowieka, na początku życia uaktywnia się nie tyle od razu w bezpośrednim działaniu – bo to praktycznie niemożliwe – lecz w samodzielnym, suwerennym wypracowywaniu, a właściwie budowaniu własnego „pałacu pamięci”.

Od czasu, gdy na przełomie VI i V wieku p.n.e. Symoninides z Keos sformułował był  zasady architektury pamięci – sztuki ogarniania całości wiedzy oraz umiejętności wszechstronnego posługiwania się nią – nic mądrzejszego w tej dziedzinie nie wymyślono. Współczesna informatyka jedynie fantastycznie ją rozbudowała i udoskonaliła, nie naruszając jednak jej założeń i podstaw, ani nic w nich zmieniając. Jest paradoksem, że ów niezwykły „wynalazek” zrodziła nie logika czy matematyka, lecz poezja i poetycka wyobraźnia, a tym, kto tego dokonał był nie uczony, lecz artysta. Żeby było jeszcze zabawniej, uczynił to z bardzo praktycznych względów – w owym czasie trzeba było umieć zapamiętywać ogromne ilości tekstów; Iliadę i Odyseję śpiewano z pamięci.

Już wtedy twierdzono, że istnieje pamięć naturalna i sztuczna. Pierwsza jest niejako wyryta w naszych umysłach, rodzi się jednocześnie z myśleniem. Druga, to ta sama co pierwsza, tyle że wzmocniona czy utrwalona ćwiczeniem; słabą pamięć da się doskonalić przez sztukę. Podział to trochę chyba dziwaczny; nie wiadomo bowiem, jak je w człowieku rozgraniczać –  zarówno strukturalnie jak i funkcjonalnie. Pozostawmy to skrupulatnym badaczom, niech zajmują się swoją systematyką. A mają nad czym pracować. Antyczna mnemotechnika obrosła bowiem w swoją historię, tradycję, mitologię i mistykę, w wiedzę  tajemną i hermetyczną. To osobny temat, którego zgłębianie zajęłoby zbyt dużo czasu i miejsca. Warto jednak zatrzymać się na chwilę przy tych jego wątkach, które w rozważaniach o początkach drogi życia – a także dalszym jego biegu – zdają się mieć znacznie zasadnicze. Idzie o sprzężenie pamięci z emocjami, o rolę, jaką odgrywa ono w kształtowaniu jej indywidualnej architektury, czy – jak kto woli – struktury.

W relacji człowieka ze światem nie istnieje nic takiego jak obojętność. Wszystko, z czym się stykamy, obciążone jest w postrzeganiu jakimś znakiem, jakąś konotacją wrażeniową – choćby i podprogową, nawet wtedy, gdy wydaje się nam, że nie przywiązujemy do czegoś żadnego znaczenia. Taka jest natura rzeczy – postrzeganie, jak i poznanie, ma dwie składowe: racjonalną i emocjonalną, a kodowanie czegokolwiek w pamięci obejmuje je obydwie pospołu. W tej dwoistości zawiera się istota subiektywizmu oglądu, doświadczania i osądu rzeczywistości. Powraca więc teraz echem wcześniejsze spostrzeżenie, iż to nie zdarzenia same przez się mają znaczenie w kształtowaniu danego człowieka, lecz sposób, w jaki są przez niego przeżyte i przetworzone. Tak, jak nie ma dwóch identycznych kompletów linii papilarnych u dwojga różnych ludzi, tak nie ma dwóch identycznych reakcji emocjonalnych na dane zdarzenie czy sytuację – w ogóle na cokolwiek. Indywidualne doznanie czy przeżycie jest stanem niepowtarzalnym i jako takie zostaje zapisane w pamięci. Jest „nieprzechodnie” w żaden zracjonalizowany sposób, a komunikowalne jedynie w ograniczonym zakresie. Zostaje  też utrwalone, zapisane we własnym kodzie znaczeniowym, znanym tylko jego właścicielowi

Każdy taki zapis to cegiełka w gmachu pamięci, budowanego od początku życia. Ów  rozbudowujący się z czasem „pałac” to wewnętrzna przestrzeń ludzkiej psychiki i duchowości – umysłu, emocji i świadomości. Jego architektura, wielkość, struktura, harmonia, estetyka, wyposażenie – to wszystko jest jednostkowo niepowtarzalne. Budujemy nie tylko domy, w których mieszkamy – tworzymy też budowle, które istnieją w nas. W cegiełkach pamięci zawarte są wszystkie nasze doświadczenia, cała nasza wiedza, wszystkie przeżycia – i ich skutki. Zatem – poprzez odniesienia emocjonalne – również nasze poglądy, opinie, sądy, przekonania, stereotypy, sympatie i antypatie, uprzedzenia, wzorce pozytywne i negatywne, odbicie marzeń, nadziei, tęsknot, rozczarowań, również poczucie piękna i harmonii. Zestawiamy je według własnych pomysłów, planów, nawet kaprysów. Ale czy aby są zawsze pewnym budulcem? Czy w tym, co z nich budujemy, zawsze czujemy się dobrze, komfortowo? Pytania wydają się dziwne – przecież to nasze własne dzieło.

Przypomnijmy sobie, o czym była mowa w rozważaniach o odruchach, o tym, jak powstają lub mogą powstawać przez oddziaływania z zewnątrz. Odbywa się to w procesach wychowania, edukacji, adaptacji – i jakże silny potrafi tu być czynnik warunkowania, wręcz ich wymuszania przez otoczenie. W pamięci – w jego budulcu i jego architekturze – miesza się to, co wytworzyliśmy sami, z tym, co w taki czy inny sposób nam narzucono, co w nas zaprogramowano. Odkrywamy świat i wpisujemy jego obraz w pałac tej pamięci, lecz również i inni mają w tym swój udział. Bywa, ze pozytywny, ale bywa, że i negatywny. Ten pierwszy polega na wspieraniu nas, byśmy robili to sami i na własną odpowiedzialność, ten drugi – na robieniu tego za nas, często wręcz na siłę, choć nie zawsze w złych intencjach.

Każda budowla ma formę modułową – składa się z segmentów, zestawianych ze sobą podług pewnych reguł, ale i zgodnie z własnymi potrzebami czy gustami. Przez lata bywa rozbudowywana, uzupełniana, remontowana, wyposażana w co i raz nabywane ozdoby. Wszystko to sumuje się do niepowtarzalnej całości, w której elementy stare mieszają się z nowymi, przenikają wzajemnie, przechodzą jedne w drugie. To w istocie odwzorowanie naszego życia, naszych losów, wzlotów i upadków, znaczonych poszczególnymi fragmentami konstrukcji i wystroju. Rzecz w tym, w jakim stopniu owe moduły – od pierwszych poczynając – oraz ich zestawienia formowaliśmy sami, samodzielnie i suwerennie, a w jakim  nam to jakoś sformatowano wedle cudzych wzorów. Co w tej całości – i jej poszczególnych elementach – sprokurowaliśmy sami, a co nam wdrukowano i w nas zaprogramowano? Trawestując znane powiedzonko rzec można, iż czego sobie mały Jaś nie wypracuje, wypracują to za niego inni. Czego nie zbuduje w sobie sam, to w dorosłości będzie miał to, co wybudują mu w nim inni.

Odkrywając świat, zapisujemy – i wciąż rozbudowujemy – jego obraz w pamięci. Nigdy nie jest on fotograficzną repliką oryginału, gdyż poszczególnym jego fragmentom nadajemy nasze własne odcienie znaczeniowe. Każde odwzorowanie rzeczywistości jest w istocie jakoś zdeformowanym jej przetworzeniem w naszą własną reprezentację poznawczą, emocjonalną czy symboliczną. Tak to właśnie zostaje zakodowane w zapisie pamięciowym, zawierającym nie tylko to, co jest postrzegane, lecz także pośrednio i to,  jak i dlaczego jest to postrzegane właśnie tak, a nie inaczej. Skala i zakres subiektywnych deformacji świata realnego mogą być w zasadzie nieograniczone, a na domiar wszystkiego – zawsze są nieprzewidywalne. Poznając coś i doświadczając czegoś doznajemy chwilowych emocji, jedynych w swoim rodzaju. Owa wyjątkowość także wpisuje się w pamięć i zostaje w niej utrwalona. Zdawać by się więc mogło, że od samego początku winniśmy być – w sposób niejako naturalny – twórcami i panami tego, co nasze własne, a na dodatek skryte głęboko w duszy, umyśle i uczuciach.

Wszelako – co wielokrotnie już tu zostało powiedziane – istnieje ogromna ilość sposobów, mniej lub bardziej wyrafinowanych, by narzucać z zewnątrz rozmaite, cudze instrukcje obsługi myślenia, odczuwania, oceniania, działania. Zatem tresura formatowania to także wymuszone, pośrednie kształtowanie zapisów pamięciowych – owych modułów i ich zestawów – według z góry zaplanowanego programu. A już największym sukcesem tresera jest narzucenie komuś obcej architektoniki jego pałacu pamięci. To już nie wytwarzanie odruchów, nie fragmentaryczność manipulacji – to konstruowanie całego człowieka u samych podstaw jego natury i psychiki. W przełożeniu na konkret oznacza to sformatowanie jego autonarracji.

Owa intrapsychiczna i duchowa „obcość”, raz wszczepiona, dalej rozrasta się już sama, niczym tkanka rakowa, niszcząca zdrowy organizm. Zaimplantowany fałsz staje się dominantą życia, wiodąc człowieka – niekiedy nawet nieświadomie! – do utraty podmiotowości. Nosiciel takiego pasożyta zamienia się w swoiste duchowe zombie. Przesadność porównania brzmi może groteskowo. Ale gdy przyjrzymy się efektom współczesnej inżynierii społecznej, temu, jak zniewala ludzi, przekształcając je w mrowiskowe roboty – wtedy już nie wydaje się być tak fantazyjna czy zabawna. Dzisiejszy Superlewiatan dąży do normalizacji i standaryzacji „ludzkich modułów”, włącznie z ich psychiką, a zwłaszcza tożsamością – społeczną, kulturową i moralną (czy raczej amoralną). Społeczeństwo, skonstruowane z jednakowych cegiełek – to już nie utopia, a rysująca się coraz wyraźniej realność.

Poetyka „architektoniczna” pozwala uruchamiać wyobraźnię i opisywać pamięć wedle  rozmaitości form i stylów, rozmiarów, geometrii, proporcji i planów wewnętrznych. W sensie
„inżynierskim” można rozważać jednorodność lub wytrzymałość konstrukcji, rodzaj użytych materiałów, jej stabilność, nawet funkcjonalność. Uważny obserwator dostrzeże również jej słabe miejsca, wady i niedoróbki, dziwaczność kształtów. Gorzej natomiast jest z badaniem wystroju wnętrza. Mogą tam kryć się niespodzianki, nie dające się przewidzieć nawet dla kogoś z bardzo bujną fantazją. Bywa, że i sam właściciel nie do końca wie, co i gdzie poutykał – i dlaczego. Analizowanie tego i katalogowanie, to wielkie pole do popisu dla systematyków i uczonych, próbujących mniej lub bardziej udanie zgłębiać tajemnice ludzkiej psychiki. Także dla dociekliwych tropicieli owych implantów, wszczepianych przez treserów od formatowania ludzkiego umysłu i duszy.

Jest wszelako jedna właściwość takiej budowli, która wymyka się bezpośredniemu oglądowi i opisowi. To panujący w środku klimat, koloryt – coś, co wszystko spaja i przenika. Nieuchwytny acz wyczuwalny, niepowtarzalny mikroklimat. Każdy z nas doskonale wie, że wchodząc do obcego domu z miejsca wychwytuje w nim owo „coś”, co powoduje, że zaczyna się w czuć nim dobrze, bezpiecznie lub jakoś nieswojo i niepewnie. Mówi się zwyczajowo, że to dobra lub zła atmosfera, aura, nastrój, dobre fluidy. Nieważne, czy jest zbytkownie czy ubogo – decyduje to, czy jest harmonijnie, „jak trzeba”, schludnie i czysto, zacnie. Czy wszystko jakoś do siebie pasuje, bez dysonansów, zbędnej dekoracyjności? Czy może wręcz przeciwnie – rzuca się w oczy krzykliwa ostentacja na pokaz? Czy panuje tam niechlujny bałagan, czy może podejrzana sterylność? Każdy z nas ma własne, kryteria oceny takiego wnętrza i jego przystawalności do natury gospodarza. Co ciekawe, ta intuicja rzadko zawodzi, nawet jeśli na pierwszy rzut oka z pozoru wszystko się zgadza, lub nic się nie zgadza. Często obserwacja i rozum stają w konflikcie z odczuciami, wyczuciem fałszu, jakiegoś trudnego do określenia dysonansu.

Tak się dziwnie dzieje, że instynktownie wyczuwamy w ludziach zarówno dobro, jak i zło – i rozmaite ich „mieszanki”. Nie jest to tylko sprawa uwrażliwienia zmysłów na jakże modną tzw. mowę ciała, na podprogowy odbiór mikrobodźców, wzbudzających rozmyte wrażenie braku spójności, istnienia „drugiego dna”. Oczywiście, ma to swoje znaczenie, niemniej ważniejsza jest empatia, wychwytywanie cudzych emocji, stanu ducha. Rzecz w tym, że człowiek, który się maskuje, zawsze jest odruchowo czujny, wewnętrznie spięty – ponieważ musi grać swoja rolę i uważać, by z niej nie wypaść. A to się udziela, to się wyczuwa. Empatia jest nam dana z natury, jako osobliwy „czujnik sumienia”, głosu wewnętrznego. To tresura powoduje, że nasze postrzeganie świata jest profilowane przez zainstalowane filtry, powodujące iż  widzimy, myślimy, nawet reagujemy emocjami tak, jak to nam zada programujący nas świat.

Ale empatii nie jest w stanie nam przefasonować żaden, najdoskonalszy nawet treser – chyba, że nas okaleczy totalnie, zamieniając w robota. Może nałożyć na nią tłumiki, może próbować ją „ekranować” – ale nie jest w stanie jej wyłączyć. Rzecz w tym, czy potrafimy jeszcze do niej się odwoływać w swoim postrzeganiu świata, jego poznawaniu i ocenianiu. Czy mamy zaufanie do swoich wrodzonych „skłonności naturalnych – do zakotwiczonej w nich intuicji moralnej, podpowiadającej nam, że coś, z czym mamy właśnie do czynienia, jest dobre albo złe? To szalenie nienaukowe podejście do mechaniki poznawczej, niemniej tu i ówdzie spotyka się koncepcje psychologiczne, bazujące na takich podstawach  antropologicznych. Istota ich zasadza się na złożeniu, iż każdy bez wyjątku aspekt funkcjonalny człowieka – zewnętrzny i wewnętrzny – ma swój wymiar etyczny. Wszystko dokonuje się w „przestrzeni moralnej”, rządzącej się własną logiką, czy jak kto woli – posiadającej własną, osobną metrykę.

Poruszanie się w tej przestrzeni jest czymś naturalnym,  oczywistym, acz – jak powiada filozof, zwykle przedświadomym. Mamy zadane przez Boga poczucie dobra – a w każdym razie wyczucie jego braku, owego „zaburzenia miary, postaci i porządku”. Dla dziecka, z niewielkim doświadczeniem i niezdolnego jeszcze do analitycznego myślenia, ten brak jest czymś równie dyskomfortowym jak głód czy pragnienie – tyle ze w innym wymiarze. Reaguje nań spontanicznie, zachowując się często w sposób niezrozumiały dla otoczenia, nastawionego na opiekuńczość wyłącznie „pielęgnacyjną”. Zresztą i potem ta reaktywność, nawet ujawniana werbalnie, nie zawsze znajduje zrozumienie. Z czasem, przy przedłużającej się niekomunikatywności – ba, wręcz niekompatybilności w tym zakresie – maleńki człowiek zaczyna stopniowo przystosowywać się do wymogów otoczenia, nieustannie narzucającego własne formaty oceny rzeczywistości. Proces adaptacji, polegający na poddawaniu się wymogom i rygorom zewnętrzności, inicjowany jest bardzo szybko i trwa później przez całe życie. Na tym właśnie polu rozgrywa się najważniejsza część owej osobliwie dwoistej gry  o siebie – toczonej zarówno ze światem, jak z samym sobą.

Od samych początków życia, odkrywanie świata to nie tylko rozpoznawanie składających się nań elementów i relacji między nimi. To także przypisywanie im znaków i kwalifikowanie w kategoriach dobra lub jego braku. Lecz jest coś jeszcze, a mianowicie wpisywanie do pamięci powodów, dla których jest ono uwzględniane lub pomijane – i w jakim stopniu czy zakresie. Można to nazwać „uczeniem się twardych realiów życiowych”, czyli relatywizmu moralnego w zależności od okoliczności czy wymogów, narzucanych przez konieczność chwili, sytuacji czy funkcjonalnej skuteczności. Nadto w grę wchodzi „ciążenie materii” – wytwarzane lub wyuczane potrzeby i motywacje, zrodzone z egoizmu osobniczego, z rozbudzonej i rozrastającej się pychy, także z szeroko rozumianej walki o byt. Sumienie się „uelastycznia”, a jego głos traci walor głównego, sprawczego imperatywu działania. Reszta jest już tylko umysłową ekwilibrystyką, technologią racjonalizacji – nawet każdego zła. Nie powstrzyma nas wtedy przed nim nawet „obawa przed tym, co będzie po śmierci/przed nieobecną w atlasach krainą/skąd jeszcze żaden odkrywca nie wrócił”. A jest w niej zakątek, „gdzie żadne ziele nie puści korzenia”. Człowiek, który dopuszcza do zagłuszenia w sobie głosu Boga, staje się karykaturalnym pseudo-demiurgiem. Ale to nie bierze się znikąd – przecież Faust też był kiedyś dzieckiem.

Tak silne podkreślanie tu znaczenia emocjonalności w ludzkim życiu może być poczytane za grubą przesadę. Nie idzie jednak o jakiekolwiek jej mitologizowanie, a przy okazji  deprecjonowanie rozumu. Poznanie i działanie zasadzają się na synergii obydwu tych aspektów, na ich splątaniu, a także na równoprawności ich mocy sprawczej oraz wykonawczej. Zachwianie równowagi między nimi prowadzi albo do zimnego racjonalizmu, albo do taniego sentymentalizmu. Dominacja pierwszego zubaża człowieka, przechył w drugą stronę wiedzie go do życiowego chaosu – każde uproszczenie staje się w swej granicy zwykłym prostactwem. Duchowość to niekoniecznie mistyka czy metafizyka, zatrącająca sofistyką, z kolei natura bynajmniej nie sprowadza się do biologizmu czy wręcz animalizmu. Jakakolwiek koncepcja człowieka i świata, zasadzająca się na niedocenianiu czy lekceważeniu jednego czy drugiego aspektu musi być chybiona z racji swej ograniczoności. Każdy płaski rzut trójwymiarowego obiektu na dowolną płaszczyznę jest jego deformacją. Jak to „odczytywać” – to już zupełnie inna sprawa.

Warto pamiętać, że możliwe są dwa rodzaje fałszu antropologicznego – z wszystkimi tego konsekwencjami poznawczymi, także praktycznymi. Obejmują one również  procesy rozwojowe – w tym wychowawcze, edukacyjne, społeczne – determinujące obydwa rodzaje świadomości, a zatem i poczucie tożsamości. Każdy rodzaj dysharmonii w tym względzie ma też ogromny wpływa na architekturę pamięci, na kształt i wystrój jej „pałacu”. Na  rozmiar i granice przestrzeni naszej duchowości, psychiki, umysłu, a więc bezpośrednio i tego, co niektórzy zwą przestrzenią możliwości życiowych.

6.3 Gry ze światem – bierny obserwator i sprawczy aktor

W trakcie całej wędrówki przez zamek życia człowiek jest zarówno obserwatorem tego, co go otacza, jak i uczestnikiem wszystkiego, co mu się przytrafia po drodze. W każdej chwili może przechodzić z jednej roli, do drugiej – w zależności od uznania, motywacji i woli. Pozwala to naprzemiennie gromadzić wiedzę i doświadczenie poprzez mniej lub bardziej kontrolowaną zmienność aktywności. Wszelako świadomość, psychika, pamięć bierne nigdy nie są – nieustannie ogarniają i przetwarzają przebieg zdarzeń oraz własne na nie reakcje i zachowania. Aktywność intrapsychiczna trwa nieustannie – nie tylko w stanie czuwania na jawie. Jesteśmy w ciągłym ruchu – nie tylko w otoczeniu, lecz także „w środku”. Dzięki temu każdy dopracowuje się – analitycznie oraz metodą prób i błędów – własnej obserwacyjno-uczestniczącej strategii maksymalizacji zysków i minimalizacji strat, wedle własnego pojmowania ich sensu i znaczenia.

Umiejętność posługiwania się nią to wielka sztuka. Lecz najpierw, krok po kroku, trzeba rozpoznać swe możliwości w wypełnianiu obydwu ról, swój potencjał, wreszcie określić własne emploi. Mamy tu do wyboru dwie możliwości. Albo zdajemy się w tym na żywioł i naturalną spontaniczność, albo na działania przemyślane, zaplanowane, by nie rzec – wyrachowane. Pierwsze wskazuje na ufność we własne siły i gotowość do podejmowania ryzyka eksploracji – zatem pośrednio dowodzi silnego poczucia wolności i podmiotowości. To drugie, w praktyce, sprowadza się to do rozwijania i ciągłego ćwiczenia zdolności aktorskich i reżyserskich, przy jednoczesnym doskonaleniu kunsztu pisania własnych scenariuszy. Tu w grę wchodzi przewaga adaptacji nad ciągłym eksperymentowaniem z samym sobą, chęć przystosowywania się i podążania sprawdzonymi drogami osiągania osobistych sukcesów.

W grach życiowych trwa nieustanna walka o to, „czyje na wierzchu”. Od narodzin do późnej starości świat stara się kształtować nas i „rozprowadzać” wedle własnych pomysłów, my zaś uczymy się – często boleśnie – wymyślać własne i wymuszać ich akceptację. Wyniki jakoś się uśredniają – coś wygrywamy, w czymś przygrywamy. Rzecz w tym jak się to bilansuje – w jakich sprawach i w jakim zakresie. Nie jest łatwo być przebojowym wojownikiem, prostsze, z pozoru bezpieczniejsze wydaje się ćwiczenie w specyficznej chytrości aktorstwa i sztuce mimikry. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że to domena tylko ludzi dorosłych. Przecież skądś im się wzięło. Te figle zaczynają się już do pierwszych dni życia.

Od dziecka uczymy się wielu ról, przysposabiając do tego, by uzyskiwać jak najwięcej pozytywnych wzmocnień i wypłat. Szybko przekonujemy się, że zależą one od stopnia zaspokajania oczekiwań otoczenia, od którego jesteśmy uzależnieni. Zaczynamy od zera – od ślicznego, ale całkowicie bezradnego bobaska. Potem coraz skwapliwiej dopasowujemy się do tych oczekiwań – na miarę swych coraz większych z czasem możliwości. Gra polega na wywoływaniu u innych pozytywnych emocji. Staramy się więc być miłym brzdącem, wesołym skrzatem, słodkim maleństwem, uroczym czyścioszkiem, dzielnym urwisem, grzecznym siostrzeńcem, nawet  hultajskim bratankiem. Szybko uczymy się, że, w zależności od wymogów sytuacji, niekiedy trzeba, albo warto, zmieniać znaki – bywać dobrym braciszkiem, albo wrednym kuzynkiem, dobrym kumplem, albo złym kolegą.

Koniecznie należy ujawniać predyspozycje do bycia rokującym potomkiem. Potem, wobec edukatorów – obiecującym uczniem. Domownicy zauważają, że cudowna progenitura  staje się ciekawskim podglądaczem, momentami wręcz paskudnym świntuszkiem; psychologowie twierdzą, ze jest też chytrym, małym Edypem, naturalnie przeobrażającym się w maluśkiego, a potem większego don Juana. Dziewczynki rozwijają w sobie kokieteryjną, potworkowatość a la Witkacy. Ale wbrew temu, co twierdzą  rozmaici dyplomowani impotenci, zawistni onaniści czy świętoszkowaci obłudnicy, u jednych i u drugich o żadnych kompleksach czy świńskich problemikach. mowy tu nie ma i być nie może. To zabawa w poznawanie siebie i świata – zgodna z naturą, nieraz trudna i bolesna, ale w sumie niezwykle fascynująca i stymulująca. Dokąd kogo prowadzi – to już inna opowieść.

Dziecko – i to małe, i to duże – ma ogromny talent aktorski. Wyczynia cuda-dziwy, żeby dostawać całuski i prezenty – i nie dostawać po łapkach. Niezwykle się stara, by je głaskano, podziwiano i roztkliwiano się nad nim na wszystkie możliwe sposoby. Rodzice, legiony ciotek i wujków,  kuzynków i kuzynek, przyjaciele domu, rozmaite egzemplarze paskudnego plemienia edukatorów, koleżeństwo płci obojga, nawet panie w sklepach i na bazarach– wszyscy są obiektami swoistego uwodzenia. I tak to się zaczyna.

Przez całe życie pracujemy na nad różnicowaniem ról, dopasowywaniem ich do widzów. Jacy akurat są w pobliżu – z konieczności lub wyboru. Jeśli bardzo się staramy i szybko się uczymy, wówczas osiągamy niezłe rezultaty. Albowiem grą można urobić każdego,  przewalczyć każde zagrożenie, zdobywać sympatię i życzliwość, unikać kary, nawet odpowiedzialności, maksymalizować zyski i minimalizować straty. Oczywiście, nie jest to takie proste, wszak grają wszyscy. Chodzi o to, by jak najszybciej awansować z ligi podwórkowej do ligi mistrzów. Ale wszystko zaczyna się od dziecięcych improwizacji.

Nie jest sztuką nauczyć się mówić. To każdy potrafi – zresztą nie ma wyboru. Nie jest sztuką opanować konwencje i konwenanse. Ale nauczyć się patrzeć i widzieć – i to tak, żeby zwracali na ciebie uwagę i żeby cię widzieli, oto co liczy się najbardziej. Tu zaczyna się kuglarstwo. Najtrudniejsze są początki. Nie mając możliwości działania wprost, przez bezpośrednie działanie, małe dziecko uczy się manipulacji przez odgrywanie różnych ról. Sztuka polega na tym, żeby otoczenie nie połapało się, że widzi to, co ma widzieć – ku swojemu zadowoleniu. Z tego oglądu ma wnioskować to, co chce wywnioskować, również wyobrażać sobie,  że jest tak, jak „powinno być”. Aktor ma uwieść widzów tak, by zyskiwać najlepsze brawa przy pełniej widowni, gwarantującej duże zyski w kasie. A nieustanne ćwiczenie czyni mistrza.

Sztuka uwodzenia innych to nie tylko wabienie płci. Talenty aktorskie ujawniają się daleko wcześniej, niż nadchodzi czas godów. Kto nie ma siły, władzy, możliwości lub zdolności bezpośredniego zdobywania łupów i fantów, odkrywa chytrość, mimikrę, przebiegłość, nawet intryganctwo. Pęd ku zaspokajaniu własnych potrzeb i kaprysów uruchamia niezwykłe talenty w tym zakresie. Zrazu jest to niewinne, zabawne, potem wciąga i zamienia się w zestawy odruchów w relacjach z otoczeniem. U wielu ta swoista sztuka  kłamstwa przekształca się w drugą naturę, choć nie zawsze musi manifestować się poprzez zło. Niekiedy bywa skuteczna w osiąganiu także i zbożnych celów – od osobistych, po społeczne. Zawsze jednak, gdy uprawiana świadomie, ma w sobie coś z obłudy, usprawiedliwianej domniemaną zacnością antycypowanych efektów. Tyle tylko, że to szalenie zwodnicza, nawet niebezpieczna filozofia postępowania. Zawsze bowiem rodzą się pytanie o kwalifikację moralną zarówno intencji jak popełnianych czynów. A z tym różnie bywa…

Od starożytności aktor to, po prostu, hypokritos. Obłudnik, odgrywający role, oszust, pozorant, ktoś, kto udaje, czerpiąc z tego korzyść. Kto mami, tumani, nawet przestrasza. Czy zatem od maleńkości ćwiczymy się w hipokryzji? Jak to się ma do wcześniejszych wywodów o naturalnym, spontanicznym poczuciu dobra? Wszak dobro kojarzy się z cnotami moralnymi – uczciwością, sprawiedliwością, dzielnością, a nie cwaniactwem, krętactwem, szalbierstwem, w sumie z kłamstwem. Bo przecież aktorstwo jest swego rodzaju przemyślanym oszustwem – nawet jeśli jest chwilową improwizacją. Chyba że stanie się czymś odruchowym, „wejdzie w krew” jako mimowolny nawyk o sprawdzonej użyteczności.

Czy nie tkwi w tym sprzeczność? Czyżby w kondycję ludzką miał być wbudowany stały dysonans pomiędzy tym, co nakazuje sumienie, co podpowiada głos wewnętrzny, a tym, do czego skłania nas – lub nawet zmusza – konieczność toczenia gry o samego siebie w otaczającym świecie? Na ile ta konieczność jest rzeczywista, a na ile jest imaginacyjna, zrodzona z pragnień i chęci folgowania kaprysom, popędom, egoizmowi. Jakkolwiek by była motywowana, ta gra bywa w praktyce niekiedy bardzo brutalna, pełna podstępów, pułapek, wymaga kluczenia, zmyślności, chytrości, a nade wszystko czujności. Czy obserwator, który w nas tkwi, rozglądając się nieustannie dokoła, nie koncentruje się głównie na zagrożeniach, a nie na urodzie i wspaniałości życia? Gdzie tu miejsce na dążenie do poznania, do poszukiwania dróg ku transcendencji? Gdzie czas na myślenie o Bogu, na modlitwę? Co w tym wszystkim jest człowieczeństwem, wykraczającym poza mniej lub bardziej wyrafinowany darwinizm? Przecież i zwierzęta są wiecznie czujne, również i one znają rozmaite sztuczki maskowania, podchodów, mylenia i oszukiwania przeciwnika. Czy, rzeczywiście, wszystko jest tylko grą przeciwko czemuś i komuś?

Zagrać można każdą rolę, omamić można każdego. Z jednym wyjątkiem. Nie da się oszukać Boga. Nie jest On widzem w nieskończonym theatrum mundi, na którego scenie miotają się różne postacie, co i raz zmieniając kostiumy. Nie jest też Wielkim Krytykiem, piszącym dobre lub złe recenzje, od których zależeć będzie wysokość honorarium, wypłaconego po odegraniu tego, cośmy sobie umyślili, lub co napisali nam inni. To nie tak. Jak byśmy się wysilali w swym udawaniu, jak wielki byłby nasz kunszt aktorski – i tak nie od tego zależy nasza „wypłata” w wieczności. Bóg wybacza potknięcia i błędy, ogarnia Swym miłosierdziem nasze upadki – ale nie wybacza uporczywego trwania w kłamstwie i obłudzie. I każdy, nawet zatwardziały bezbożnik, wie i czuje, że nie jest dobrze Go oszukiwać – zresztą i tak nigdy się to nie uda.

Sumienie to nie tylko wbudowany w nas „stymulator i regulator” życia, lecz także okno, przez które Bóg nas obserwuje – postrzega nasze intencje, myśli, uczucia i uczynki. Sumienie można stłumić, zasłonić, lecz nie da się go usunąć. Możemy je opancerzyć fałszem i przestać słuchać jego głosu. Ale nie możemy się ukryć przed Bogiem – nie pomogą żadne osłony, ekrany, kotary, okiennice. To się po prostu wie, aczkolwiek nie zawsze chce się o tym pamiętać. Jeśli więc decydujemy się na aktorstwo, jeśli tracimy nad nim kontrolę i pozwalamy, by stało się ono naszą drugą naturą, wówczas jedyne, co pozostaje, to wmówienie sobie, że Go nie ma. Że nie ma żadnej duszy, niczego „poza i ponad”. Gdy to się uda, wówczas uznajemy, że już „wszystko można”. Trzeba więc teraz wyposażyć się w liczne kostiumy do grania  rozmaitych ról – ale już tylko przed ludźmi. Byle skutecznie, i za dużą gażę.

Cena tego bywa straszliwa, o czym przyjdzie przekonać się już po zakończeniu spektaklu. Tam już nie będzie żadnych braw, żadnych zachwytów, tam stajemy bez kostiumu, bez maski i makijażu. Przed wkroczeniem do wieczności nie idzie się do żadnej charakteryzacji, nie korzysta się z teatralnej garderoby. W życiu, ludzie robią miny, nakładają maski i peruki, wymyślają sobie gęby. Często przyrastają one na dobre, zwłaszcza jeśli okazują  się wygodne, pożyteczne, skuteczne. Tylko – co z tego? Gdy nadejdzie stosowny czas, na skrzydłach Geriona, „co chwost ponosi  kolczasty”, przeniesieni zostaną wprost do ósmego i dziewiątego kręgu, gdzie dostaną w przydziale ołowiane płaszcze ze złoconymi kapturami. Innym z kolei przypadnie los przybierania naprzemiennie postaci człowieka i węża. Jest tam jeszcze wiele innych atrakcji, a co jedna to ciekawsza.

Aktorstwo ma niekiedy swoje zalety, bywa przydatne, niekiedy nawet potrzebne, lecz jako program życiowy wiedzie do zagubienia samego siebie. Kim bowiem jest naprawdę ten, kto wciąż coś gra? Kim jest ten, kto wciąż potrzebuje i poszukuje coraz to nowych ról? Chyba tylko zagubionym dzieckiem, które rozgląda się za tym, by je głaskano po głowie, chwalono, obdarzano prezentami, podziwiano za to, że tak znakomicie spełnia cudze oczekiwania. Wieczny, życiowy aktor, to ktoś niedojrzały, słaby, przysłowiowy człowiek bez właściwości, bez kompasu, który uczynił z życia sztukę podróżowania na gapę, Wybiera sobie transport, który – wedle jego miary i wyobraźni – zawiezie go tam, gdzie rzekomo jest najpiękniej, najbardziej bogato, modnie, gdzie jest szansa na zdobycie mnóstwa  kolorowych paciorków.

Dziecko jest aktorem trochę z konieczności, wynikającej z bezradności. Z tego się wyrasta – a przynajmniej powinno wyrosnąć. Krótkie spodenki można nosić tylko do czasu – a jeśli nawet niekiedy się je zakłada, to wyłącznie na wakacjach albo na balu przebierańców. Dojrzewanie do dorosłości to odnajdowanie własnej tożsamości, własnego kroju noszonych ubiorów, harmonizujących z własną naturą. A jednocześnie takich, które nie uwierają, w których czujemy się sobą, dobrze i wygodnie, niezależnie od okoliczności. Można, oczywiście, wybrać sobie coś dziwacznego, oryginalnego, nawet cudacznego, lecz zawsze powinien to być własny pomysł, własna kompozycja barw, faktury, kształtu i identyfikacyjnego przekazu dla świata.  Dotyczy to nie tylko zewnętrzności; zresztą ta niekiedy bywa myląca. Najgorzej jest wtedy, gdy, gdy ktoś, kto nie odnalazł własnej drogi – albo nie chciał podjąć trudu jej odnalezienia – wyrósł na Zeliga albo Piszczyka.

Można domniemywać, że za takim „defektem rozwojowym”, za „tożsamością nijaką”, kryje się jakiś strach, lęk przez odpowiedzialnością za własne życie. Aktorstwo to jeden wielki mechanizm obronny, a właściwie obronne kuglarstwo, wyuczone i doskonalone przez doświadczenie. Posługują się tym dzieci – gdy zabrania się im być sobą, gdy bronią się przed opresyjnością, wreszcie gdy w  otoczeniu nie obowiązują żadne twarde zasady moralne i „wszystkie chwyty są dozwolone”. Imają się więc tego sposobu, by stawiać na swoim, w samoobronie, albo, z drugiej strony – by skutecznie unikać konsekwencji za paskudne postępki. Pierwsze warianty dają się jeszcze od biedy usprawiedliwiać, zwłaszcza gdy w grę wchodzi determinacja kogoś słabszego i podporządkowanego w walce o własną suwerenność, samostanowienie, wierność odkrytemu powołaniu czy poczuciu dobra– w sumie o własną wolność i godność. Ten ostatni natomiast – to już tylko chytre kunktatorstwo, nastawione na doraźne korzyści.

Powiada się, że w dzieciństwie uczymy się przez naśladownictwo, ale także i w dorosłym życiu wzorujemy się postaciach znaczących, na autorytetach – cokolwiek pod tym rozumieć. To oczywiste, tyle tylko, że pozostaje kwestia wyboru takich wzorców, a także ich zgodności z naszą własną naturą, ze stawianymi sobie celami, z hierarchią wyznawanych wartości. Granie w cudzych scenariuszach bywa szalenie niebezpieczne, a już zabójcze bywa mechaniczne, bezrozumne i ślepe małpowanie ról, do nas nieprzystających. Powstaje sztuczność nie do zniesienia – i dla aktora, i dla widzów. Kultura, obyczaj, tradycja, rodzina, wychowanie, edukacja – wszystko to oferuje nam niezliczoną ilość wzorców osobowych. Są w nich i te pozytywne, i te negatywne – „wybór należy do ciebie”. Można z tej oferty czerpać do woli. Warto z niej korzystać, by się uczyć, ale własną tożsamość zbudować trzeba samemu, zgodnie z własną naturą i predyspozycjami. W przeciwnym razie powstanie podróbka, która rzadko kiedy dorasta do oryginału. Co ciekawe, ta zasada obowiązuje w obydwu kierunkach na osi dobra.

W przejmowaniu wzorców osobowych  po opiekunach, rodzicach, wychowawcach, postaciach ważnych, napotykanych na drodze życiowej, także kryje się pewne niebezpieczeństwo. Wszak i wśród nich, po obydwu stronach umownego punktu zerowego, są aktorzy – sprawni, doświadczeni, zaprawieni w swych bojach. Wzorując się na nich, mimowolnie przejmujemy także i ich „techniki sceniczne”. Grozi to powstawaniem  konstrukcji piętrowej, składanki, czegoś na podobieństwo rosyjskiej matrioszki. Łatwo się w tym pogubić, ponieważ taka laleczka zwykle miewa strasznie dużo „wkładek”. Poza tym bywa i tak, że intuicyjnie czujemy, iż jakiś aspekt wybranej postaci wzorcowej jakoś do nas nie przystaje, że „to nie tak ma być”. Rodzące się dysonanse potrafią człowieka albo wywieść na manowce, albo paraliżować. Role się sypią. Znów powraca temat autentyzmu i woli samostanowienia własnej postaci – warto uczyć się od innych, ale zawsze należy się kierować własnym rozumem, własnym instynktem, własnym wyczuciem moralnym. Brzmi to nieco banalnie, ale jakże często zapominamy o tym, gdy zaczyna nas fascynować coś, lub ktoś na naszym szlaku.

 Mądry filozof pisze: „czegokolwiek zażyliśmy, nie pozwólmy, by pozostawało nietknięte i nam obce. W przeciwnym razie wejdzie tylko do naszej pamięci, ale nie wzbogaci umysłu. Niechaj wszystko, co dostał jako pomoc, ukryje, a ukaże tylko to, co zrobił sam. Niechaj obejmie on wiele umiejętności, wiele nauk, niechaj zgromadzi przykłady z wielu stuleci, lecz niech wszystko będzie zgodne, złączone w jedną całość.” I tak kwituje rzecz całą: „myślisz, że nikt nie pozna, czyj styl naśladujesz, czyj sposób dowodzenia, czyj sposób myślenia?” Aktorstwo życiowe to zawsze mniej lub bardzie udane kopiowanie jakichś wzorców pod cudze gusta i oczekiwania. Trzeba być bardzo naiwnym, by sądzić, że prędzej czy później to się nie wyda.

Nie przypadkiem jedną z cnót kardynalnych jest dzielność, a inną – roztropność. Pierwsza to nie tylko potocznie rozumiana odwaga w działaniu – to także odwaga bycia sobą. Druga – to rozumność samodzielnego wnioskowania i osądu oraz korzystanie z niej w postępowaniu, zgodnym z nakazami powinności moralnych. Ale też i otwartość na wiedzę i pouczenia innych. Według ojca wszystkich filozofów, Sokratesa, każda cnota to wiedza, której można się nauczyć, którą można wyćwiczyć pod kierunkiem mądrych i zacnych nauczycieli. Wszelako pierwszym warunkiem ich osiągnięcia jest uczciwie i pełne poznanie samego siebie – w tym własnych możliwości, właściwości, ograniczeń, słabości i zalet. Powstaje więc pytanie: czy lepiej ćwiczyć się w życiowym aktorstwie, naśladownictwie i odgrywaniu cudzych ról, czy w tym, jak w stawać się sobą – z wszystkimi tego konsekwencjami? Innymi słowy, czy uczyć się roztropnej dzielności, czy życiowego kunktatorstwa?

6.4 Jak być sobą?

Co to, właściwie, znaczy – sobą? Czyli kim? Odpowiedź na to pytanie to w istocie opowiedzenie się za tym, w jaką wizję człowieka wierzymy. Są tylko dwie możliwości. Albo uznajemy, że jesteśmy dziećmi chaosu, z którego jakimś sposobem samoistnie wykluła się wysoce zorganizowania, myśląca materia, albo dziećmi Boga, który tę materię nie tylko stworzył, ale przysposobił na użytek swego dzieła i tchnął w nie duszę. Tertio non datur. 

Czy tego chcemy, czy nie, zawsze definiujemy samych siebie przez jakieś założenie antropologiczne w randze wiary. Możemy przyjąć, że ludzkie życie to jedynie mniej lub bardziej bezładna i bezwładna egzystencja, trwanie, bez określonego celu, którego kresem jest rozpad jego tworzywa i powrót do owego pierwotnego chaosu, zgodnie z fizycznym prawem entropii. Możemy też przyjąć, że jest trudną wędrówką, odnajdowaniem własnej drogi do Boga i kroczeniem nią wbrew słabościom swej natury, a także wbrew przeciwnościom, jakie stawia świat, i pokusom, jakie podsuwa. Każdy podąża za swą wiarą w jeden z tych paradygmatów, utwierdzając się w niej, odnajdując racje na jej uzasadnienie i postępując zgodnie z tym, co z niej wynika – włącznie z zasadami myślenia i działania, jakie dopuszcza lub wręcz nakazuje.

Nikt nikomu wiary nie narzuca. Nawet jeśli jest łaską Boga, to przecież możemy ją  odrzucić. Ale odrzucić też możemy przekonanie, iż jesteśmy ledwie korkiem na fali, miotanym przez nie do końca rozpoznane żywioły natury. Mamy wolną wolę, właściwość, współdecydującą o tym kim jesteśmy, co robimy, którędy idziemy przez życie. Nie ma modelowej odpowiedzi na to, dlaczego wybieramy jedną z dwóch możliwych opcji. Zadano nam rozum i duszę – a to, jak się tym będziemy posługiwali, zależy już tylko od nas samych. Lecz zanim zaczniemy się nad tym zastanawiać – jeśli w ogóle – mija wiele czasu. U samych początków życia rozum mamy malutki, więc nie on decyduje o naszym wyborze. Mamy też swój głos wewnętrzny i pierwotnie „naiwne”, instynktowne sumienie, coś dla nas oczywistego, tyle że nie pojmujemy jeszcze, skąd się bierze – i czy w ogóle musi się skądś brać.

Bezradność nowopowstałego życia nie obejmuje wyłącznie sfery fizycznej, lecz także umysłową, w mniejszym stopniu duchową. Lecz w pewnym momencie – zwykle później, niż wcześniej – dochodzimy w rozwoju do osobliwego punktu, w którym poczyna rodzić się i krystalizować świadomość wizji samego siebie i swojego miejsca w świecie. Jest rzeczą naturalną, iż – niezależnie od wieku czy poziomu dojrzałości – każdy szuka, intuicyjnie lub  rozumnie, jakiegoś ładu i porządku, zasad przyczynowości zarówno w sobie, jak i w otoczeniu, a nade wszystko w relacjach między tym, co wewnątrz, a tym, co na zewnątrz. Siłą rzeczy znajduje na to wszystko odpowiedzi – na swój sposób, wedle stanu i możliwości swych władz poznawczych, a także własnego doświadczenia. To powolny i długotrwały proces, pełen wątpliwości, zaskoczeń, zdziwień, napięć, wahań. Lecz koniec końców, dochodzi się do pewnego progu krytycznego – zapewne dla każdego innego – kiedy na coś trzeba się zdecydować.

Albo jestem ja sam i reszta – albo ja sam, reszta i coś jeszcze ponad tym wszystkim. Albo my tu sami tworzymy reguły życia w świecie, rządzącym się prawami, które odkrywamy i wykorzystujemy, albo jest jakieś inne źródło tego ładu. Powstaje wtedy pytanie – jakie, i gdzie? Szukanie na nie odpowiedzi i pasowanie się z problemami, jakie się z nimi wiążą, potrafi trwać długie lata. Co ciekawe, bywa i tak, że w życiu człowiek, nie raz, i nie dwa, nawraca do owego punktu krytycznego, nierzadko przeżywając swoiste „antropologiczne przebiegunowanie”. Czy te procesy i fenomeny to wyłącznie kwestia wychowania, edukacji, doświadczenia? Jakie przemiany wewnętrzne prowadzą do tego rodzaju wyborów i decyzji?

Nikt przy zdrowych zmysłach nie oznajmi, że zna pełne czy jednoznaczne odpowiedzi na tego rodzaju pytania. To wielka zagadka, tajemnica każdego z nas, której często nawet sami nie rozumiemy. Swą wiarę – w którąkolwiek z tych dwóch opcji – traktujemy jako coś   oczywistego, rzadko natomiast kiedy potrafimy uchwycić moment, w którym stała się naszym udziałem. Dojrzewanie do niej jest procesem, i tylko z grubsza potrafimy odtworzyć jego przebieg oraz, ewentualnie, oznaczyć czas jego domknięcia do postaci wewnętrznego imperatywu, czy jak pisze teolog – przyświadczenia.

Każdy wybór w tym zakresie wyznacza określoną postawę wobec świata i ludzi, a także hierarchię wartości oraz celów życiowych. Generalnie rzecz biorąc idzie o to, który z aspektów życia stanie się jego dominantą – psychospołeczny, napędzany wyłącznie egoizmem osobniczym, czy duchowy, zakotwiczony w duszy i sumieniu. Co okaże się w nim główną siłą sprawczą – czy dążenie do samorealizacji poprzez zaspokajanie potrzeb pierwszego rodzaju, czy też może poszukiwanie drogi ku transcendencji? Czy każdy życiowy akt, życiowa decyzja, działanie, będą miały tylko wymiar utylitarny, czy także moralny? W jakim stosunku do siebie będą pozostawały świadomość psychologiczna i świadomość moralna? Są to dyspozycje ogólne, które wszelako przekładają się na codzienność, na to, czy nasze postępowanie będzie mierzone w pierwszym rzędzie sumą motywacji o utylitarnej proweniencji, skutecznych zachowań, czy intencji i słusznych powinności? Oczywiście, jedno nie wyklucza drugiego – decyduje tu jednak wzajemna miedzy nimi relacja nadrzędności.

To, kim człowiek jest, wyznacza jego tożsamość, tyle że rozumiana bardzo szeroko. Nie idzie tylko o przynależność na miarach społecznych, lecz również o zakorzenienie w świecie wartości, kultury, tradycji, historii. Mamy swe korzenie rodzinne, przypisani jesteśmy do czasu i miejsca, mamy zadaną „lokalizację” urodzenia, z wszystkimi tego następstwami bytowymi, wychowawczymi i środowiskowymi. Tego rodzaju „parametry” tożsamości „dopracowujemy” sobie potem sami, modyfikując i uzupełniając je poprzez wybory w sferze edukacji, rodzaju pracy, pozyskiwanie statusu społecznego, kształtowanie życia osobistego itp. Lecz pomiędzy tym, co zadane, a tym, co tworzymy jako własne, zawsze istnieje rozmaitego rodzaju zależność – już to akceptacji i kontynuacji, w całości lub cząstkowo, już to selektywnego przetwarzania, wreszcie nawet negacji. Zadane dziedzictwo tożsamościowe – wraz z tym co oferuje – możemy przyjąć, odrzucić, lub przekształcić wedle własnego uznania.

Dotyczy to nie tylko miejsca i pozycji w świecie, lecz nade wszystko modelu życia, wzorców osobowych, postaw życiowych, poglądów czy wiary. Kształtowanie się owych pozaspołecznych aspektów tożsamości wiąże się z przynależnością do kultury rodzimej wspólnoty, do jej tradycji i historii, do wiary i wywodzącej się z niej określonej normatywności etycznej. Wszystko to razem decyduje nie tylko o tym, kim jestem w życiu, lecz jakim jestem. Nierozerwalnie splata się ze sobą: jedno określa pozycję i rolę społeczną, drugie – pozycję i rolę kulturową. Pierwszą wyznacza użyteczność, drugą – aksjologia. Bycie sobą, to nie tylko bycie kimś, lecz także bycie jakimś. Gra o samego siebie toczy się zarówno o jedno, jak i o drugie.

Szczegółowe analizowanie rozmaitych odmian tej gry, strategii i taktyki jej prowadzenia, daleko wykracza poza możliwości zwykłego wędrowca-kronikarza, zdającego się bardziej na obserwację niż na mądre spekulacje. Może on jedynie rejestrować poszczególne fazy jej przebiegu oraz efekty – cząstkowe bądź łączne – jakie wywołuje. Przypomina to trochę podglądanie zmian, zachodzących w duszy w następstwie  dokonywanych wyborów życiowych. Przy odrobinie wysiłku da się co nieco wywnioskować o stojących za nimi siłach sprawczych, a w konsekwencji również o tym, jak ta gra się toczy i co tu może być wygraną, a co przegraną. Opis jest zwykle beznamiętny, lecz ocena zawsze będzie zależna od przyjętych założeń kategoryzacji ludzkich poczynań. Nie sposób bowiem obiektywizować tego, jakim kto jest, jakim kto się staje – i dlaczego. Koniec końców to właśnie od tego – i tylko od tego – zależy, jaki kto sobie wypracuje los w wieczności.

Gdyby chcieć połączyć psychologię z teologią, wówczas należałoby stwierdzić, że przydział, jaki „tam” otrzymamy, będzie pochodną naszej tożsamości własnej, jaką w sobie ukształtujemy. Decydującym czynnikiem jest tu „przynależność do wartości” i to, jak dalece jesteśmy im wierni, w jakim stopniu wyznaczają one nasze myślenie i działanie. W ostatecznym rachunku idzie o stan naszej świadomości moralnej i o sprawczość sumienia. To z kolei zależy w równym stopniu od wrażliwości emocjonalnej, jak i od wsłuchiwania się w głos wewnętrzny – echo głosu Boga – warunkujący naszą duchową aktywność i reaktywność. Ich zaś poziom i zakres są tym większe, im większa jest nasza autonomia poznawcza i osobowa, wolność wewnętrzna i determinacja w ich osiąganiu. W połączeniu z nabywaniem wiedzy i rozwojem cnót tworzy to pospołu zespól warunków koniecznych podmiotowego samostanowienia i kształtowania własnej drogi życiowej, prowadzącej nie ku nicości, lecz ku zbawieniu. Gra o samego siebie – ze światem i z samym sobą – temu właśnie powinna służyć.

Tu nic nie da się oszukać, nic zagrać. Jak byśmy się ćwiczyli w sztuce aktorstwa, jak  próbowalibyśmy przekłamywać sami siebie czy oszukiwać otoczenie – i tak wszystko zapisze się w osobliwej „czarnej skrzynce”, jaką jest pamięć naszego sumienia. Ostateczny werdykt zostanie wydane na podstawie tego właśnie odczytu – cała reszta to tylko ewentualne uzupełnienia, okoliczności łagodzące lub pogrążające podsądnego. „Gdy fasada rozpadnie się z trzaskiem”, nie będzie ról, masek, kostiumów, min i grymasów, ukłonów. Tak bowiem się dziwnie dzieje, że nawet najbardziej zakamieniały grzesznik, bezbożnik, pociotek Doriana Graya czy wręcz Judasza – każdy w głębi duszy wie, co w życiu nabroił i z czego zostanie rozliczony. I nic to, że „sama dusza się dręczy, potrząsając skrytym batem” albowiem  „każdy z kolei przybywa przed sędzię/wyzna, wysłucha i już na dół chynie”. Czy więc warto poświęcać tyle energii i pomysłowości na to, co i tak w sumie nie ma żadnego znaczenia – poza kilkoma doraźnymi korzyściami?

Bycie sobą to także – choć może przede wszystkim – rozpoznawanie prawdy o samym sobie – o własnych zaletach i wadach, sile i słabościach, a także ograniczeniach – i  czynienie z tej wiedzy właściwego użytku. Co więcej – „nie masz kresu szukania; kres nasz jest na tamtym świecie. Żaden duch szlachetnego kroju, nie zatrzyma się w sobie; dąży ciągle i idzie poza granice swej siły”. Sokrates utrzymywał, iż kto w tym „znaniu siebie” ma się za dostatecznie rozumnego, to właśnie znaczy, że nic nie rozumie.

Na tym jednak nie koniec. Idzie bowiem również o to, by potrafić stawiać czoła temu, co z owej samowiedzy wynika. Wiedzieć to jedno, natomiast czynić – to drugie. Nieustannie  bowiem dają o sobie znać liczne uwarunkowania zewnętrzne, przymusy, konieczności – rzeczywiste, domniemane lub urojone. Nieustannie też także napiera od wewnątrz „siła własnych słabości”. Czy oznacza to, że w codziennym życiu musimy popadać w heroizm? Nikt przecież przy zdrowych zmysłach nie wchodzi świadomie w rolę herosa – chyba że za sprawą pychy. Jest to raczej kwestia naturalnego, acz wzmocnionego w rozwoju, odruchu zwykłej przyzwoitości, a także gotowości do odstępowania od tego, co nieraz chytrze próbuje wymusić na nas nasz egoizm czy egocentryzm. Potrzebna jest tu także refleksja, odczytująca – świadomie lub intuicyjnie –  to, co wątpliwe, niejasne, podejrzane, wyczuwane jako podstępne, co może nas wikłać w działania, których potem będziemy żałować. Wszystko to razem zasadza się na zdolności samodzielnego oglądu rzeczywistości, jej oceny, nie poddającej się naporowi okoliczności, cudzych opinii, rozmaitych lęków, czy nawet mody.

Zdarzają się jednak i takie momenty w życiu, kiedy to „stanięcie na wysokości zadania” bywa bardzo trudne – i kosztowne w potocznym rozumieniu tego słowa. Podejmowane wówczas decyzje należą zwykle do tych bardzo ważnych, by nie rzec – zasadniczych, choć zrazu mogą wydawać się wyłącznie reakcją na znienacka zaistniałą  sytuację. Wtedy to właśnie okazuje się, na ile jesteśmy wolni, „samorządni i niezależni” w swych zachowaniach, nawet odruchach. Co wówczas przeważa – strategia użyteczności,  psychospołeczny rachunek zysków i strat, czy imperatyw moralny? Wszystko zależy od drogi rozwoju, jaką przebyliśmy, a która swój początek bierze w najwcześniejszych latach życia. Powraca tu uwaga filozofa, iż najpierw należy ćwiczyć się w cnotach, a potem dopełniać rozwój dzięki nabywaniu umiejętności. Zatem na pierwszym miejscu winna stać wiedza o samym sobie i wola jej pożytkowania gwoli pożytkowi własnemu i innych. Reszta jest tylko dodatkiem – niezbędnym, lecz chyba jednak nie pierwszorzędnym.

6.5  Powołanie

Powiedziane jest, że Bóg przydziela nam konkretne talenty, że każdego obdarza jakimiś szczególnymi darami, którym winniśmy dzielić się z innymi. W tak skrótowej formie zawiera się zarówno przesłanie, iż każdy z nas wyposażony zostaje w określone  predyspozycje zaczątkowe, jak i nakaz, by ów potencjał zdolności rozwijać ku pożytkowi własnemu i innych. W tym pierwszym przekaz ewangeliczny pozostaje w zgodzie zarówno z nauką, jak i życiową obserwacją, w drugim jednak – owa zgodność okazuje się w praktyce ledwie warunkowa. Wszystko tu bowiem zależy od tego, jak zostanie zagospodarowany ów „kapitał wyjściowy”, jak zainwestowany i do czego wykorzystany w dorosłości. Wszelako pierwszą rzeczą jest rozpoznanie jego rodzaju i wielkości.

W początkowym okresie życia powierniczym dysponentem tego kapitału są ci, którzy sprawują naturalną opiekę nad rozwojem nowonarodzonego dziecka, mając je za istotę sobie podporządkowaną właściwie we wszystkim, co jej dotyczy. Zaprząta ich – co oczywiste i zrozumiałe – troska o zapewnienie mu należytych warunków zdrowego i bezpiecznego funkcjonowania, a także rozwoju sprawności fizycznych, niezbędnych do usamodzielniania się w licznych aktywnościach z repertuaru praktyki życiowej.

Mało kto zastanawia się wtedy nad predyspozycjami „wyższego rodzaju”, zresztą nie ma żadnej jednoznacznej „instruktywności pedagogicznej”, która pozwalałby to jakkolwiek klasyfikować czy kwalifikować. Brak jednoznacznego kodu dla zrozumienia rozmaitych przejawów czegoś, co wykracza poza „prawidłową reaktywność” czyni rzecz całą przedmiotem domysłów, a nade wszystko oczekiwań opiekunów, bazujących bardziej na myśleniu życzeniowym niż na pogłębionej obserwacji i refleksji nad tym, co też może tkwić ukrytego w takim małym, nieporadnym stworzeniu.

Większość opiekunów skłonna jest z góry postrzegać swych podopiecznych w kategoriach rozmaitych odroczonych „wartości oczekiwanych”. Są one zazwyczaj pochodną zarówno ich osobistych „zaszłości” w rozwoju własnej tożsamości i życia, jakie sobie ułożyli, jak i norm kulturowych czasu i miejsca oraz standardów w zakresie hierarchizacji struktury społecznej danej zbiorowości. Działa tu kilka czynników, nieraz sobie przeciwstawnych: projekcji lub zwykłego przeniesienia u dorosłych ich własnych kompleksów, zrodzonych z niespełnienia życiowych aspiracji; dążenie do kontynuacji – np. rodzinnego czy rodowego dziedziczenia – tego, co się już sprawdziło jako wymierny sukces społeczny (np. zawodowy); dążenia do maksymalizacji w przyszłości mocy społecznej wychowanka (statusu, cenzusu), itp.

Jest tych czynników wiele, a w rozmaitych konfiguracjach i nasileniu tworzą  ogólny „projekt wychowawczy” i generują oddziaływania, mające  na celu niejako wymuszenie określonego, zamierzonego, planowanego i pożądanego efektu rozwojowego. Przypomina to trochę praktyki hodowlane, tyle że nie zawsze prowadzone metodą wspomagania naturalnych predyspozycji wychowanka  ile modelowania doniczkowego  bonsai – karłowatej postaci tego, co w nieskrepowanej naturze potrafi wyrosnąć pięknie i okazale. Niekiedy dochodzi wręcz do tego, że z zalążków sosny czy rozłożystego dęb próbuje się wyhodować jakąś  smukłą brzozę czy smętną topolę.

Natura nie znosi przymusu, więc przychodzi taki moment, gdy zaczyna domagać się  swych praw niezależnie do tego, jaki zadaje się jej gwałt – choćby i w najlepszej intencji. Rodzi się pytanie: kiedy budzi się w człowieku świadomość – czy chociażby przedświadome  przeczucie – posiadania własnego kapitału osobowego? Co jest zalążkiem tej świadomości i jak rozpoznaje ona czym ów kapitał jest? W jakim języku, w jakich kategoriach pojęciowych go określa?

Nie ma takiego mądrego, kto by umiał na to odpowiedzieć jednoznacznie i ostatecznie. Nie ma żadnej metodologii, za pomocą której dawałoby się to wyznaczać. Pozostaje tajemnicą, której nie potrafi zgłębić nawet sam „zainteresowany”. O ile świadomość właściwości własnego potencjału z czasem poszerza się, to jednak jej początków nie sposób uchwycić nawet najbardziej wnikliwą introspekcją. Po prostu, w pewnym momencie „to” się pojawia i szybko staje oczywistością, nie podlegającą zakwestionowaniu.

Co się z tym dzieje dalej – to już zupełnie inna sprawa. Dobrze, jeśli rozwija się jako główna napędowa siła rozwojowa, choć bywa, że z latami zostaje przytłumione za sprawą zaniedbania, osobliwej gnuśności mentalnej i duchowej, nawet celowej rezygnacji, bądź wreszcie pod wpływem przemożnego oddziaływania niesprzyjających sił czy warunków  zewnętrznych. Niekiedy jednak przekształca się wręcz w nadrzędny imperatyw życiowy, manifestujący się nieustającą, eksploracyjną  aktywnością poznawczą i ekspansją kreatywności, zgodnej z zadanym „kapitałem” i  traktowaną jako wartość sama w sobie.

Aktywność ta staje się wówczas wzmocnieniem tak silnym, że ludzie ją podejmujący gotowi są rezygnować ze wzmocnień innego rodzaju, na innych poziomach hierarchii potrzeb. Na tym polega istota powołania, życiowego lejtmotywu, charakteryzującego się szczególną właściwością, zwaną wiernością – idei, sobie, sprawie, komuś innemu. Wierność swemu powołaniu to wytrwałość pozostawania sobą niezależnie od okoliczności – nade wszystko wobec siebie.

Wrodzone predyspozycje, choćby nawet i niezwykłe, same przez się jeszcze o niczym nie przesądzają. Dopiero w wyniku jakiegoś nieznanego mechanizmu rozwojowego czynią z danej jednostki osobę obdarzoną szczególnego rodzaju wrażliwością poznawczą, emocjonalną, czy kulturową, na bazie której wyrasta imperatyw kreatywnego samostanowienia jako dominanta jej życia. Skumulowanie zadanych cech w interakcji ze światem zewnętrznym uwalnia wtedy podmiotowość intrapsychiczną, a w przypadku jednostek obdarowanych wielkim „kapitałem wyjściowym” – transgresyjne generowanie nowych jakości społecznych i kulturowych. W zależności od indywidualnego  wyposażenia w tzw. uzdolnienia kierunkowe transgresja ta ujawnia się bądź w nauce, bądź w sztuce, bądź w działaniu zawodowym, aktywności publicznej i politycznej. 

Z tego nazbyt może uczonego wywodu można wysnuć dwa  ciekawe, a zasadnicze wręcz pytania. W którym momencie dorastający człowiek ma – lub może – uwolnić  się spod kurateli „sił powierniczych”, by samodzielnie zacząć gospodarować tym, co mu zadano i nadano? Kiedy świadomość własnego powołania – czymkolwiek by ono było  – poczyna stymulować aktywność, mającą na celu wywalczenia sobie prawa do wolności samostanowienia?

Niezwykle trudno jest u samych początków życia małego człowieczka dotrzeć do owego mechanizmu kumulatywnego wykształcania się podmiotowości. Już samo tylko rozpoznanie w tym okresie wrodzonych właściwości potencjału osobowego nastręcza wiele trudności, a co dopiero mówić o zastanawianiu się nad rozwojowymi perspektywami na przyszłość. Zresztą komu przychodzi do głowy rozważanie takich spraw w odniesieniu do kogoś, kogo ma się za istotę ze wszech miar nieporadną –  by nie rzec swoiście niepełnosprawną? Pozostaje więc intuicja, roztropność, opiekuńczość wspierająca, wszechstronna, bogata w doznania, ale bez tresury w stylu Pawłowa. Sama w sobie nie daje gwarancji pozytywnego efektu, niemniej z pewnością może rozbudzać i zaspokajać ciekawość każdego rodzaju, a także inicjować wewnętrzną aktywność sprawczą – tak uczestniczącą jak i wykonawczą.

Można sądzić, że decydującą rolę odgrywa tu indywidualnie kształtujący się rodzaj  autonarracji i jej dynamika, konstytuująca samoświadomość oraz – w miarę upływu czasu – coraz silniejsze poczucie własnego powołania. Potwierdzałyby to liczne zapisy biograficzne, z których wynika, że wielu twórców (w szerokim rozumieniu tego pojęcia) już we wczesnym dzieciństwie deklarowało chęć i silnie ujawniało wolę zostania już to artystą, już to uczonym, już to politykiem czy odkrywcą (podróżnikiem, inżynierem itp.). Podobne deklaracje składa wiele dzieci, lecz życie pokazuje, że dana im jest inna, mniej barwna czy twórcza przyszłość. Podobnie bywa z tymi, którzy w dzieciństwie czy młodości wykazywali się sporymi zdolnościami w różnych dziedzinach, lecz w dalszym rozwoju poprzestawali na przeciętności. Zatem jednostki o znacznym potencjale osobowym wcale nie muszą w życiu uzyskiwać znaczących efektów i to niekoniecznie dlatego, że rozwijały się w niesprzyjającym  środowisku społecznym czy kulturowym. O wszystkim decydują atrybuty duchowe człowieka, stanowiące o istocie jego świata wewnętrznego, a pozostające poza zasięgiem jakkolwiek prowadzonej analizy funkcjonalnej – świadomość, wola i tożsamość. Pierwszy decyduje o ocenie możliwości działania i wyborze stosownych po temu środków, drugi – o jego przebiegu, dynamice i mocy sprawczej, trzeci – o tym, co najważniejsze, a mianowicie o jego celowości i sensie, a także o stojącymi za nim intencjami (w tym także i w wymiarze moralnym).

Po tym przydługim nieco żonglowaniu mądrymi słowami pora wreszcie wkroczyć w zamkowe mury, w których każde nowe życie czeka podróż przez istny labirynt rozmaitych korytarzy i sal o wielu drzwiach, pełnych licznych obietnic ale i pułapek. Zrazu prowadzeni za ręce, z czasem mali wędrowcy nabierają pewności, dorastają, zaczynają wyrywać się swym opiekunom, wreszcie odnajdują własne ścieżki, którymi dalej idą już na własny rachunek. Na kolejnych rozstajach co i raz muszą dokonywać wyborów, szybko uświadamiając sobie, że od tego, co wybierają nie ma już odwrotu. Ta gra jest fascynująca, ale i niebezpieczna, zatem biada temu, kto zbyt szybko uzna, że już pojął wszystkie jej reguły i tajniki. Nadto musi zdać  sobie sprawę, że właściwie nie wiadomo, ile czasu będzie ona trwała. Nie od niego samego bowiem będzie to zależało – wszak nie jest nam dana możliwość przenikania wyroków  Boskiej Opatrzności..

CZĘŚĆ  III

 Niepodobna nam uczynić jednego kroku z rozsądkiem i zastanowieniem, o ile nie miarkujemy go wedle tego punktu, który ma być naszym ostatecznym celem

(Pascal, Myśli, 334)

Rozdział 7

W drodze przez dwa światy

7.1  Między barierki

Zwiedzając dawne zamki nad Loarą czy stare, angielskie rezydencje pałacowe, udostępniane turystom, chodzi się wydzielonymi trasami, wytyczonymi licznymi barierkami, przepierzeniami czy parawanami. Ten obyczaj obowiązuje właściwie wszędzie na świecie, w muzeach, świątyniach, nawet dawnych, zabytkowych kopalniach czy fabrykach.  W trosce o bezpieczeństwo eksponowanych sal i ich wystroju, goście nie mogą zanadto zbliżać się do sprzętów, mebli, dzieł sztuki, nawet okien i ścian – wolno tylko podziwiać to wszystko z pewnego oddalenia i słuchać barwnych opowieści przewodników. Większość podążających dozwolonymi „ścieżkami dostępu” do tradycji i historii tych miejsc nabożnie zachwyca się oglądanym bogactwem, żywo reagując na baśniowe nieraz legendy o dawnych właścicielach i lokatorach owych budowli i kompleksów – ich losach, tajemnicach, wydarzeniach o posmaku fantastyczności, tragediach czy o zakazanych figlach.

Większość uczestników owych wycieczek niejako biernie „konsumuje” tę wiedzę w przekonaniu, iż takie obcowanie z tradycją wzbogaca ich doświadczenia życiowe i poszerza świadomość kulturową czy historyczną. Tylko niewielu śmiało puszcza wodzy fantazji, próbując przywoływać pobrzmiewające w tych wnętrzach echa przeszłości, ożywiać je własną wyobraźnią i wczuwać się – wręcz wchodzić – w role uczestników wydarzeń, jakie tu niegdyś miały miejsce.. Sprawia im to wielką uciechę, jako że imaginacyjne przeżywanie cudzych losów ma w sobie coś z narracji życia alternatywnego, często wręcz po dziecięcemu marzycielskiego. Wiedzeni naturalnym odruchem ciekawości, niekiedy starają się wręcz wyłamywać z wytyczonych dla nich tras nie bacząc na srogie, regulaminowe zakazy i nakładane kary dla niesfornych widzów.

Czyż nie podobnie bywa w prawdziwym życiu, kiedy to przekora, niepokorność, buntowniczość czy ciekawość pcha nas – w różnym zresztą wieku, wbrew rozmaitym nakazom, perswazjom czy nawet groźbom ze strony otoczenia – do wykraczania poza narzucaną instruktywność drogi, zalecającą kroczyć utartymi ścieżkami? Sporo jest takich, którzy chętnie i stanowczo, wręcz z determinacją puszczają się w takie życiowe hazardy – ze świadomością wielkiego ryzyka, niezależnie od antycypowanych kosztów swych poczynań. Niekiedy nawet nie mają pojęcia, jakie będą, bo nie wszystko wszak daje się wymierzyć czy przewidzieć.

Większość jednak rezygnuje z tak ryzykownej nieobliczalności, z podążania za marzeniami, z planów samodzielności – już to pod wpływem okoliczności, już to z braku środków, sił, motywacji w randze imperatywu, wytrwałości, już to wreszcie ze strachu przez niepewnością nieznanego jutra. Chłodna kalkulacja zwykle zawiera się wtedy w monologu Hamleta, kończącym się słowami o tchórzostwie: I naturalne rumieńce porywu/Namysł rozcieńcza w chorobliwą bladość/A naszym ważkim i szczytnym zamiarom/Refleksja plącze szyki, zanim któryś/Zdąży przerodzić się w czyn.

Wszystko sprowadza się do własnych wyborów i podejmowanych decyzji. Zwykle nie odbywa się to na drodze nagłych i jednorazowych aktów woli – raczej przez stopniowe dojrzewanie do nich, do walki wewnętrznej, do szukania własnych racji i wzmacniania motywacji, do rozgrywania owej gry o siebie w sposób niejako pokojowy. Oczywiście, nieraz przychodzi „stawać okoniem” przed naporem otoczenia, nawet usilnie „wierzgać przeciw ościeniowi” – dzieje się to już od maleńkości, nawet w spawach nieraz błahych. Niezależnie od ich rangi idzie o „stawianie na swoim”, aczkolwiek rzecz nie w przekornym niepoddawaniu się dyscyplinie codzienności czy rygorom współżycia dla samego tylko kaprysu czy wymuszaniu fantów, lecz w okazywaniu odrębności swego myślenia czy postawy, także o obronę własnych pomysłów czy poglądów. Należy odróżniać manipulacyjne, aktorskie gry na sytuacyjne przewagi, od przejawów samodzielności życiowej – nawet w drobiazgach, tyle że z pełną świadomością odpowiedzialności za konsekwencje własnych poczynań..

W ostatecznym rachunku, na krótszą czy dłuższa metę, u źródeł takich zachowań tkwi zawsze intensywna i wieloaspektowa autonarracja, ów głos wewnętrzny, który każdy „usłyszał od początku”, a który pozostaje w nas – nawet jeśli z czasem bywa tłumiony pod naporem świata, lub wypierany za sprawą własnych małości. Daje się rozpoznawać wprost lub pośrednio, a interakcyjność z otoczeniem w codziennym życiu zasadza się wówczas na empatii, pozwalającej jej uczestnikom na docieranie do wzajemnej intencjonalności każdej ze stron. Zadanie to bywa trudne – zwłaszcza dla tych dorosłych, którzy gdzieś, kiedyś, zaniechali wsłuchiwania się w niego w samym sobie. Co więcej, dostrzegając jego przejawy w swym małym jeszcze potomstwie traktują tę dziecięcą wrażliwość duszy czy wręcz zaczątki jakiegoś powołania jako objaw „niedorosłości”, uważając, że dzieci są jeszcze „głupiutkie’ i dziecinne”.

Cóż, wiek nie jest żadnym wskaźnikiem czy to braku rozumu, czy też odwrotnie – wielkiej mądrości; raczej sprawności i poradności życiowej, a i to w pewnym tylko zakresie. Budowanie życia wyłącznie na tych aspektach egzystencji to za mało, by nadawać mu jakiś głębszy sens, twierdząc przy tym, że jest to sens właściwy.

Turystykę „zamkową” uprawiają ludzie całymi rodzinami, każdy więc może uruchamiać wyobraźnię stosownie do swego wieku. Są w tych labiryntach bawialnie, salony, buduary, gabinety, biblioteki i sale balowe, zakamarki o niejasnym przeznaczeniu. W każdym pomieszczeniu w dorosłych może znienacka obudzić się jakiś refleks z własnej pamięci, który poniesie ich w przeszłość, a w przypadku dzieci i młodzieży – zrodzić impuls do ruszenia w wyobrażeniową, wymarzoną przyszłość. Ludzie w dojrzałych latach rozmyślają wtedy o podejmowanych niegdyś decyzjach, lub wyborach, jakich chcieli dokonać. Młodsi fantazjują o tym, co im się tylko zamarzy.

Idąc za Augustynem rzec można, że znika wtedy teraźniejszość, pozostaje obecność czasu minionego lub tego, który nadejdzie. To igranie z czasem we własnej świadomości i duszy jednym przysparza smutku, innym spokoju i pogody ducha, jeszcze innym – tym najmłodszym – nadziei. Niemniej dorośli już wiedzą, że co się stało, to już się nie odstanie, natomiast ci dopiero początkujący nie zdają sobie jeszcze w pełni sprawy z nieuchronności „trybu dokonanego”, który nie przewiduje odwrotu od skutków własnych poczynań.

Co ciekawe, im bujniejsza fantazyjna narracja, tym silniejsza rodzi się w zwiedzających chętka, by „urwać się” przewodnikowi, wymknąć poza barierki i ruszyć na poszukiwania czegoś nieznanego. Tam można snuć jakąś opowieść alternatywną, zastanawiać się, czy wersja „urzędowa” jest aby prawdziwa, czy są gdzieś ukryte ślady zagadek i rozstajów życia dawnych mieszkańców. Niekiedy tylko tak da się odtworzyć prawdę o rozegranych tu często dramatach, nawet ich przyczynach. Czasu nikt nie cofnie, lecz owa ostateczność losów nabiera wtedy innych znaczeń, wynikających z rozpoznawania rozmaitych konieczności, w jakie niewątpliwie uwikłani bywali dawni lokatorzy. U osób już doświadczonych taka zabawa silnie uaktywnia pamięć i przywołuje podobne sytuacje we własnym życiu. A wspominki nie zawsze bywają miłe…

O ileż inaczej mają te niegrzeczne dzieci, które – zniknąwszy z pola widzenia wycieczki – poczynają buszować po „zakazanych” zamkowych korytarzach i salach. Dla nich wszystko jest obietnicą, nadzieją spełnienia czegoś, co im się marzy. Przywoływane do porządku, wracają niechętnie, czując, że coś im się odbiera. Przekora, połączona z naiwnością, rodzi odruchy niesfornej buntowniczości, która tylko wzmacnia ich przekonanie – a nieraz determinację – iż warto szukać własnych tras wędrowania po takim molochu.

Gorzej i nudniej mają ci malcy, których już od wczesnych lat intensywnie i skutecznie tresuje się do posłuszeństwa. Istnieje bowiem obawa, że tak im to już zostanie do śmierci – owo ciągłe uważne spoglądanie, czy aby nie wychodzą poza poustawiane dla nich barierki. Natura ciągnie ich do przygody, lecz odruch karności skutecznie przed nią powstrzymuje. Tak wytrenowani, gdy już wejdą w dorosłość, dziwią się poniewczasie, że miewają smutki i kompleksy, że drzemie w nich jakaś złość, gorycz, nawet nienawistność wobec różnych życiowych śmiałków.

Poznawanie tego, co „obok”, ma jeszcze jeden ważny aspekt – stwarza możliwość lepszego odczytywania znaków intencjonalności postępowania aktorów dawnych wydarzeń. Tego nie da się odnaleźć w przewodnikach, serwujących kanoniczne wersje motywów ich działania, obudowane uładzoną beletrystyką historyczno-obyczajową, nie bez szczypty sensacji. A już całkowicie pomija się rozterki czy wręcz dylematy natury etycznej, z jakimi mierzyć się przecież musieli tamci ludzie, poprzestając w schematycznych opowiastkach na tradycyjnych podziałach na to, co dobre i złe, na tych „dobrych” i tych „złych”. Tak to upraszczane przekazy z przeszłości oddziera się z dramatyczności wyborów moralnych, podstawiając widzom i słuchaczom teatr o skończonej fabule z jednym tylko zakończeniem. Dopiero własna wyobraźnia umożliwia ożywienie tych niewidzialnych duchów, krążących miedzy muzealnymi eksponatami. I wtedy dopiero robi się bogato i ciekawie.

Moralność, rzadko kiedy bywa w takich opowieściach przywoływana jako główny imperatyw działania postaci z przeszłości. Jeśli już – to zosataje wciśnięta w uproszczony schematyzm obowiązujących norm, zrozumiałych dla przeciętnego wiza i słuchacza. W wycieczkowych folderach nie ma miejsca na zniuansowaną refleksyjność wokół egzystencjalnych dylematów lokalnych „figur woskowych”. Ma być jasno, zrozumiale, i jednoznacznie.

Tymczasem psychologiczna niewymierność owych kwestii, nieprzekładalna na zwykły funkcjonalizm i użyteczność życiową, nie zawsze daje się szacować w kategoriach prostych motywacji, oczywistej przyczynowości zdarzeń i ich moralnych skutków w planie odroczonym. Cóż, nie sposób wyceniać konfliktów dobra i zła na jakkolwiek stopniowalnych skalach – choć niekiedy próbuje się tak czynić. Dla przykładu, w uczonych książkach niekiedy modne jest wspominanie o altruizmie – wszelako z akademickim zastrzeżeniem, że to jedynie racjonalnie skalkulowana strategia, mająca przynosić zyski w postaci przychylności otoczenia. Takie upraszczanie dylematów i rozstrzygnięć życiowych może i pasuje do rachunków w bilansie codzienności, lecz bywa zawodne jako metoda analizowania złożoności ludzkich postępków i oceniania ich następstw.

Z pozoru jest w tym pewna sprzeczność. Wybory moralne powinny być jednoznaczne – i tak też kwalifikowane. Jednakże dochodzenie do nich zazwyczaj bywa pełne wątpliwości, kalkulacji, konfliktów sumienia i rozumu, odwoływania się do pragmatyki, nie zawsze przecież idealistycznej. Wypracowanie najbardziej nawet stanowczych decyzji obarczone bywa nieoznaczonością, skrywającą słabość, nawet grzeszność. I w tej właśnie trudno rozpoznawalnej dychotomii tkwi istota wszelkich rozterek w sprawach zarówno małych, jak i wielkich.

Dzieje się tak, gdyż moralna rzeczywistość i świadomość rządzą się innymi prawami, w których nie ma miejsca na logikę rozmytą, czyli na dopuszczanie „prawdziwości warunkowej” stawianych tez. Wybór tzw. mniejszego zła nie jest równoznaczny w wyborem dobra, złudne więc bywa przekonanie, że niesie mniejsze zagrożenia i łagodniejsze skutki. W takiej kalkulacji nie sposób przewidzieć przyczynowości w planie odroczonym, nawet jeśli decyzjom przyświecają jak najlepsze intencje. Na tym zasadza się odwieczny dylemat greckiej tragedii, konfliktu racji doraźnych, naporu okoliczności, uznawanych za konieczności – a racjami wyższymi „nie z tego świata”. Istnieje bowiem granica, za którą ludzkie kryteria oceny zdarzeń stają w opozycji do praw Bożych, a wtedy kończą się spekulacje i gra przesłankami dla konstruowania zawiłych sylogizmów. Nie pomogą tu najciekawsze nawet fabuły i narracje. Żonglerka słowami i argumentami czy wyrafinowane racjonalizacje nie zmienią faktu, iż w ostateczności pozostaje tylko „tak-tak”, albo „nie-nie”  oraz konsekwencje, jakie niesie każda z tych opcji.

7.2  Dwa światy

Wszyscy wiemy, że istnieje – i winna obowiązywać – moralność, lecz rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę, że nie jest ona tylko przydatkiem do życia, działem filozofii, zabawą pięknoduchów, zwykłą przyzwoitością, czy nawet dobrym wychowaniem, lecz swoistym odwzorowaniem praw „państwa Bożego” – owej drugiej, niewidzialnej dla oczu rzeczywistości, w jakiej dokonuje się nasz los. Człowiek to istota dwoista – materialna i duchowa – i żyje jednocześnie w dwóch światach, które w nim się nie tyle uzupełniają, ile przenikają we wzajemnym zespoleniu. Owa dwoistość przejawia się w ciągłym współuczestnictwie świadomości psychologicznej i moralnej w życiu „bieżącym”, tak funkcjonalnym jak i duchowym. Niezależnie od tego, co kto sobie na ten temat wyobraża, jego myślenie, czucie i działanie zawiera niejako dwie „składowe”, tyle że nie zawsze w pełni rozpoznawane jest ich zespolenie. Są nierozłączne, nawet wówczas, gdy zajmujemy się czymś, co mamy jeno za błahostki codzienności.

Łącznikiem między tymi światami są emocje, indukowane bądź z zewnątrz w postrzeganiu i doświadczaniu tego, co jest i co się wydarza w realności materialnej, bądź od wewnątrz – wzbudzane przez zmysły wewnętrzne i sumienie, odczytujące i znakujące przejawy życia i współżycia z innymi. Odczucia, wyczucia, przeczucia, intuicje, „porywy duszy”, dziwne stany jawy i snu – wszystko razem tworzy osobliwą „nierzeczywistą rzeczywistość”, nad wyraz realnie przeżywaną i wypełnianą w pamięci coraz to nowymi zapisami kolejnych doświadczeń. I nie jest to bynajmniej żadna psychologiczna schizofreniczność jako że nie ma tu rozdwojenia na dwie osobne postacie – co nie znaczy, że w owej dualistycznej całości nie ma miejsca na sprzeczności, niespójności, niejasności czy wewnętrzne konflikty racji i motywacji lub „spięć na łączach”.

Poetyczność wiersza kryje się między słowami, we frazie, rytmie i melodii jaka je niesie. Muzyka kryje się miedzy nutami zapisu, a siła i wymowa obrazu – w światłocieniach i zatrzymanym ruchu czy gestach postaci. Zachowania to nie tylko zbiory „widocznych” czynności, ułożonych w ciągi zachowań, nie tylko racjonalnie zrozumiałe motywacje zadaniowe, lecz emanacja skrytych przed okiem obserwatora intencji i manifestacji woli. Człowiek nie jest maszyną, realizującą określone zadania – a w każdym razie nie tylko nią. Czuje i przeżywa, zatem nadaje każdemu działaniu – aktywnemu lub reaktywnemu – sensu wartościującego, lokując je po stronie dobra lub zła.  I nie o korzystność tu chodzi, nie o doraźną użyteczność, wymierny zysk czy stratę. Francuskie powiedzenie powiada: c’est le ton, que fait la chanson, co odniesieniu do naszych tu rozważań oznacza, iż to owa moralna „składowa” zachowań przekształca je w uczynki o określonym znaku wartościującym. Zwykła wielkość zamienia się w ukierunkowany wektor o danym zwrocie – by poprzestać tylko na opisie dwuwymiarowym.

Żyjemy więc jednocześnie w dwóch przestrzeniach: jednej – materialnie realnej, „zwyczajnej”, i drugiej – niepostrzegalnej wprost ani zwykłymi zmysłami ani poprzez strukturalną reaktywność biofizyczną. O jej istnieniu wiemy, lecz rozpoznajemy ją bardzo osobliwie, by rzec – niespecyficznie w zwykłym rozumieniu tego terminu, a i to jedynie po jej oddziaływaniu na nasze życie psychofizyczne i nasze działania oraz ich skutki. Dla tej pierwszej mamy to, co daje nam biologia i prawa materii nią rządzące, dla drugiej – to wszystko, co zwiemy atrybutami duchowości czyli duszę, sumienie, wolę, obydwa rodzaje świadomości, wreszcie pamięć. Więź miedzy tymi dwoma aspektami naszej natury zapewniają emocje – fenomeny, jakich doświadczamy zarówno fizycznie, jak i duchowo. Ich mnogość i jakościowa rozmaitość współkonstytuują naszą całą egzystencję w obydwu światach zarówno w wymiarze poznawczym, sprawczym jak i wykonawczym, a także w jej potencjale transcendencji duchowej.

Ponieważ każdy porządek rzeczy ma własne prawa, zatem stosuje się tu zasada: „z wszystkich ciał razem nie można wydobyć najmniejszej myśli; to jest niemożliwe, to inna dziedzina; z wszystkich ciał i umysłów nie można wydobyć drgnienia prawdziwej miłości, to jest niemożliwe, to inna dziedzina, nadprzyrodzona” (Pascal, (829). Materia sama z siebie nie zrodzi myśli, myśli same przez się nie zrodzą uczuć, zwłaszcza tych, które stanowią łącznik „między ziemią, a niebem”. Dlatego, by zrozumieć samych siebie konieczne jest ogarnięcie wiedzą i pełnią świadomości udziału obydwu tych porządków we własnym życiu i postępowaniu, co w rozstrzyganiu dylematów zarówno egzystencjalnych jak i decyzyjnych bywa niekiedy trudne ze względu na specyficzną odmienność kategorii i zasad przyczynowości w każdym z nich. Ideałem byłaby zgodność kwalifikowania zdarzeń i poczynań w przestrzeni realnej i nadrealnej, zapewniająca spójność wewnętrzną człowieka, redukcję dysonansów i napięć psychicznych, klarowność działania i spokój sumienia; słowem – harmonizowanie własnego życia.

Wszelako nieraz przychodzi dokonywać wyboru między tym, co wynika z potrzeb i logiki praxis oraz praw ludzkich, a tym, czego wymaga powinność i logika sacrum oraz co narzucają prawa Boskie. W tradycji historycznej i kulturowej odnajdujemy co i raz świadectwa konfliktów racji rozumu i sumienia, opatrywanych argumentacją na rzecz przewagi jednych nad drugimi w rozmaitych konkretnych przypadkach. Są sytuacje, gdy użyteczność staje naprzeciw moralności, wygoda i skuteczność działania naprzeciw skrupułom, wiedza naprzeciw cnocie czy chociażby tylko zwykłej przyzwoitości. Instynktownie czy intuicyjnie wiemy, że należy zawsze kierować się nadrzędnością dobra, lecz jakże często wybieramy to, co zwykło zwać się „mniejszym złem”. Przyjmowanie zasady stopniowalności norm etycznych bywa niezwykle niebezpieczne, gdyż daje sposobność do usprawiedliwiania naszych słabości, nawet nieprawości, niejako wręcz je legitymizując.

Z drugiej jednak strony trudno oczekiwać powszechności heroizmu postaw, zwłaszcza pod naporem rozmaitych przymusów, mających znamiona życiowych konieczności. Rzecz w tym, w jakiej skali i w jakich miarach „wyceniamy” bilans skutków podejmowanych wówczas decyzji – czy tylko w wymiarze doczesności, czy także wieczności. Jakże trudno bowiem jest człowiekowi w jego niedoskonałości sprostać nakazowi, by nie gromadzić sobie „skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się, i kradną” (Mt. 6, 19). Walka o byt, przekładająca się na jakże niezbędną zapobiegliwość w krzątaninie życiowej codzienności, na troskę o los własny i bliskich, wymusza decyzje i wybory niekiedy niezbyt chlubne z punktu widzenia ideałów ewangelicznych. Jeśli dzieje się tak jedynie w sytuacjach granicznych wówczas dają się one jakość uzasadniać, jeśli jednak staje się to powszechną praktyką usprawiedliwiania każdej wątpliwej czy wręcz moralnie nagannej decyzji wówczas mamy do czynienia ze świadomym kunktatorstwem etycznym, które źle wróży na „przyszłość w wieczności”.

Radko kiedy staramy się dociekać współzależności dwóch kategorii przyczynowości zdarzeń i procesów, jakie warunkują nasze postępowanie. Te z nich, które obejmują mechanikę życia w świecie realnym, zdają się być ważniejsze, jako że przekładają się na łatwo postrzegalną, bezpośrednią wymierność działań i ich następstw – nawet tych bardzo odroczonych. W świecie nadrealnym skutki nie są tak łatwo „mierzalne” czy nawet definiowalne. Wiadomo tylko, że za wszystko przyjdzie jakoś zapłacić, lecz – mówiąc językiem bankowym – nie wiadomo w ogóle, jaki jest „harmonogram spłat” owego „długu”, w jakiej jest walucie, nawet jak jest duży. Ale przecież wszystko „będzie policzone” – i niczego nie da się tu ukryć, czy przeinaczyć choćby i najlepszym wybiegiem czy wykrętem.

Na „tamtym świecie” nie obowiązuje zasada nieoznaczoności! Nie ma tam również fal prawdopodobieństwa ani kota Schrodingera. Jest „tak-tak” oraz „nie-nie”. Liczenie więc z góry, po cichu, na Boże miłosierdzie może okazać się założeniem aż nadto chybionym. Jedną z wykładni trzeciego kuszenia na pustyni jest bowiem to, iż nie wolno uznawać za pewnik, że dobry Bóg będzie nas zawsze – na bieżąco i na przyszłość – wyciągał z każdej opresji – także i tej moralnej – w jaką się wpakujemy, zwłaszcza świadomie, choćby nawet w przekonaniu o swych jak najlepszych intencjach. Miłosierdzie Boże to nie dobrotliwa, tolerancyjna pobłażliwość – łaskę zawsze wyprzedza sprawiedliwość i dopełniona pokuta.

Rozpoznawanie i odczuwanie dobra jest nam dane z urodzenia aczkolwiek zrazu jest ono jedynie „właściwością przedświadomą”, przedintelektualną. Dopiero z czasem staje się kategorią wartościującą w pełni ogarnianą przez rozum. Intuicyjnie jest to oczywistością, czego nie zmienia powszechność przekonania, iż kieruje nami nade wszystko egoizm osobniczy. Od dawien dawna problem współistnienia owych dwóch aspektów osoby ludzkiej zaprząta umysły filozofów, artystów, nawet uczonych, a ich rozważania, dzieła i dokonania skupiają się na roztrząsaniu i obrazowaniu dylematów i konfliktów, jakie rodzi zmaganie się w nas tych dwóch żywiołów – materii i ducha. Krótko i węzłowato kwituje to stwierdzenie, iż natura psychobiologiczna „wszystko czyni dla własnej korzyści i wygody” natomiast w wymiarze nadrealnym duchowość „nie pragnie więcej z konieczności rzeczy doczesnych oprócz tych, które mogłyby posłużyć do osiągnięcia wieczności”.

Co prawda, współczesność, w buncie rozumu przeciwko Bogu zadekretowała sobie eliminację sacrum z przestrzeni społecznej i kulturowej, niemniej żadnymi dekretami nie jest w stanie usunąć go z człowieka i jego życia. Rozbieżność między tym, co nam zadano, a co sami chcemy o sobie stanowić podtrzymuje stan dysonansu egzystencjalnego, który na antropologicznym fałszu utrwala aksjologiczną próżnię, wypełnianą już to rozmaitymi systemami „etyki społecznej”, tworzonymi doraźnie, na użytek chwili, już to narzędziami instrumentalnego zarządzania życiem jednostek i całych zbiorowości w dłuższej perspektywie czasowej. Ta „zabawa z zapałkami” doprowadziła już do kulturowej degrengolady i prędzej niż później – jeśli nie ustanie – skończy się cywilizacyjną zapaścią wielu narodów i państw. Cóż, czy się to komuś podoba czy nie, duchowość jest odrębną realnością, współkonstytuującą nas w stopniu o wiele większym, niż próbują nam wmówić uczeni sceptycy, czy badacze „mało znaczących artefaktów” (o niedowiarkach nie ma co nawet wspominać – są nieuleczalni w swym zacietrzewieniu, chyba że dobry Bóg spłata im figla i w pewnym momencie uzna, że warto zesłać na nich opamiętanie).

Rozdział 8

Co komu w duszy gra

8.1 Rozbudzanie czy usypianie.

Zaistniałe życie, po narodzinach rozpoczyna grę o siebie ze światem i z samym sobą, prowadząc ją na miarę swego potencjału osobowego oraz stosownych do wieku możliwości. Nieznane są szczegółowe prawa dynamiki owego impetu, zresztą w każdym przypadku i w każdym momencie życia bywa on inny – niemniej raz uruchomiony trwa aż po jego kres. Można wszelako pokusić się o rozróżnienie dwóch rodzajów owego ruchu po „trajektorii własnego losu” – różnorodny w swej zmienności lub jednostajnie bezwładnościowy. Dokonuje się więc bądź jako wędrówka po rozmaitych ścieżkach, wedle własnych pomysłów, własnych wyborów, zakolami, nawrotami, z dłuższymi postojami, wzlotami i upadkami, bądź jako grzeczne podążanie utartymi szlakami, za coraz to nowymi przewodnikami, przekazującymi sobie takich podróżnych z rąk do rąk na kolejnych etapach tej podróży.

Jedni improwizują własne, nieraz dziwaczne wariacje na tematy, jakie zadaje im los i Boża Opatrzność, drudzy posłusznie odrabiają lekcje według instrukcji obsługi poszczególnych aspektów życia, nadto w ustalonym porządku nabywania niezbędnych po temu umiejętności praktycznych. Niczym owe dzieci krążące po zamku – jedne uciekają swym opiekunom i poczynają krążyć po salach i korytarzach bez planu, szukając przygód i niespodzianek, drudzy natomiast metodycznie zwiedzają je krok po kroku, często nudząc się i tylko tęsknie rozglądając na boki, lecz nie mając śmiałości wyjść poza poustawiane dla nich barierki..Samowolna improwizacja i eksploracja albo karne posłuszeństwu – oto dwie skrajności, między którymi jest wszelako miejsce na rożne ich życiowe warianty.

Nie oznacza to, że w którymś z nich człowiek będzie z założenia mniej lub bardziej zagubiony i poobijany w swej wędrówce, a ona sama stanie się mniej lub bardziej przewidywalna i bezpieczna. Niemniej podróż improwizowana jest ciekawsza i bogatsza w doświadczanie samostanowienia, bardziej podmiotowa i kreatywna. Co nie oznacza, że przynosi lepsze czy gorsze efekty, wyceniane w powszechnie przyjętych miarach sukcesów życiowych. Jest, po prostu, jakościowo inna niż ciągłe podtrzymywanie egzystencjalnej homeostazy, kurczowe i uporczywe przestrzeganie „równowagi, układu złożonego”. To ostatnie bowiem niebywale zawęża przestrzeń możliwości poznawczych i sprawczych, bazuje na wyuczonej lub wszczepionej odruchowości, a tym samym ogranicza zakres podmiotowości w wyborach i decyzjach.

Mamy zatem dwa bieguny. Jeden to niczym nieskrępowana wolność buszowania po naszym zamku życia – co jednak może przeradzać się w anarchię, dysfunkcyjną chaotyczność aktywności, zatracenie w samym pędzie i zagubienie orientacji oraz sensu tej wędrówki. Drugi – to pełna tresura, w swej „pełni” prowadząca do depersonalizacji, degradacji potencjału osobowego i degeneracji moralnej. Między tymi skrajnościami rozpięta jest nieskończona mnogość ludzkich losów, charakterów i działań, wyznaczających jednostkowe trasy podróży po owym gigantycznym gmachu, rozmaicie wiodące do któregoś z jego wyjść – i do czekających za nimi przydziałów do wieczności wraz z przypisanymi do nich atrakcjami..

Każdy przypadek to jakiś wariant pośredni, w którym daje się z grubsza szacować bilans kosztów – zysków i strat. Poeta powiada, że „lepszy na wolności kąsek lada jaki, niźli w niewoli przysmaki”, co brzmi nader górnolotnie, ale i zwodniczo. Albowiem niczym nieograniczana wolna wola – pozwalająca czynić cokolwiek rozum, a zwłaszcza ochota jej podsuną – może wybrać nawet własne zniewolenie, rozmaicie zresztą racjonalizowane ex post jako „uświadamiana konieczność” lub choćby radość używania życia. Demonstracyjnie odrzucając pokusy świata łatwo jest ulec pokusom natury i oddawać się folgowaniu własnym słabościom. Jak głosi wyświechtane acz słuszne stwierdzenie: wolność – tak, ale czy od czegoś, czy ku czemuś?

Rzecz w tym bowiem, czy umiemy dokonywać tego bilansu „na bieżąco” jednocześnie w odmiennych przecież miarach obydwu rzeczywistości, w jakich bytujemy? Co prawda, można skutecznie uwalniać się od krepujących uwarunkowań zewnętrznych – nawet rezygnując z niektórych ulubionych „przysmaków” – ale czy wolno koniunkturalnie lub instrumentalnie dążyć do zwalniania się od powinności duchowych i nakazów moralnych? Oczywiście, można to robić, lecz za jaką cenę? I w imię czego? Ot, dylemat, jakże trudno rozumiany przez rzeczników wszelakich teorii „absolutnego wyzwolenia” czy dowolnej „rekonstrukcji” samego siebie.

Głupotą jest sądzić, że tu da się coś przekombinować, pominąć, oszukać, majstrować przy moralności i bawić w jakieś „obok” czy „równolegle” W tych rachunkach nie ma dwóch osobnych „rubryk” – tu jest równoczesność przyczyn i skutków w obydwu światach, nawet jeśli efekty poczynań bywają odroczone. Działa zasada naczyń połączonych, jakby osobliwe splątanie dwóch kosmosów, coś na podobieństwo matematycznych wielkości zespolonych.  Kalkulowanie zysków i strat rzeczowych, bez świadomości ponoszenia kosztów w wymiarze duchowym to swoiste prostactwo, za które przyjdzie kiedyś płacić – niekiedy nawet słono – zresztą w obydwu światach.  Inną sprawa jest to, iż nielicznie się z wymogami prozy i praktyki życia –  choćby i w najlepszych intencjach – również może być przyczyną wielu zamętów w każdym z nich.

Do takiej wiedzy i świadomości trzeba jednak dorosnąć –i to najszybciej jak się da. W sposób naturalny, od samego początku uczymy się poruszania w świecie realności materialnej, poznając obowiązujące w nim prawa oraz związki przyczynowe, w rym i te, które warunkują nasze w nim i z nim relacje rzeczowe i osobowe. Na poziomie przedintelektualnym, gdy rozum dopiero się wykluwa, jest to pasmo nieustających zabiegów formatujących, zwanych uczenie adaptacją i wychowaniem, mających na celu nabywanie najrozmaitszych kompetencji funkcjonalno-operacyjnych. Obejmują one również coraz to doskonalsze pojmowanie ograniczeń i konieczności w licznych uwikłaniach z otoczeniem, co zwie się racjonalnością i zdrowym rozsądkiem. Wartością oczekiwaną tego formatowania jest maksymalizacja sprawności w osiąganiu formułowanych celów, które w biegu życia układają się w piramidę, zwaną „hierarchią potrzeb”. Edukacja, socjalizacja, enkulturacja – wszystko to są określenia, opisujące ten złożony i synergiczny proces „wybijania się na dorosłość i życiową dojrzałość”. Ale czy wyczerpuje to całość rozwoju człowieka?

Najpierw należy uczyć cnót, a dopiero potem dostarczać wiedzy – tak skrótowo da się streścić zalecenia pedagogiczne, głoszone przez mądrych filozofów już od starożytności. Co wiecej, brak ćwiczenia moralnego i skupianie się tylko na umiejętnościach w zakresie najszerzej pojmowanej praxis i użyteczności funkcjonalnej bywa nader zgubne dla danego delikwenta jak i niebezpieczne dla otoczenia jatko że „wiedza bez cnoty jest jako miecz w rękach szaleńca” – jak napisał przed wiekami pewien rozumny człowiek.

Przysposabianie się tylko do sprawności w walce o byt, z wyłączeniem lub lekceważącym bagatelizowaniem roli i znaczenia praw i wymogów owego drugiego świata, współkonstytuującego ludzką egzystencję, prowadzi do swoistego niedorozwoju, wręcz kalectwa duchowego. Życie tak zredukowane to nieustanne wojowanie „o swoje”, czujne baczenie, czy aby nie zagraża nam coś lub ktoś, gromadzenie i konsumowanie zdobywanych dóbr. Oczywiście, jest jeszcze płodzenie potomstwa, później formatowanego na własne podobieństwo z intencją, by i ono dawało sobie jak najlepiej radę w dżungli, w której rozgrywa się jego bytowanie. Bezwzględna walka, trwanie, wzbogacanie i podtrzymywanie swego „dobrostanu” – oto do czego sprowadzałoby się ludzkie istnienie, jeśli miałaby ograniczać się jedynie do materialności bytowania.

Kto tak na nie patrzy, co i raz przekonuje się ze zdumieniem lub niedowierzaniem – zwykle ex post – że niekoniecznie przebiega ono zgodnie z zasadami przyczynowości, wynikającymi wyłącznie z praw „zwykłych”. Jedna reakcja jest efektem braku świadomości, iż istnieje coś więcej niż standardowa „tabliczka mnożenia” świata zwykłej natury” Druga – o wiele częstsza – to konstatacja, iż owo „jeszcze coś”, o czym co nieco z grubsza wiadomo, ale co wypiera się jako niekonieczny, nawet zbędny, a niekiedy zgoła uwierający dodatek do życia, jednak bardzo konkretnie wpływa na ludzki los. Każdy z tych przypadków ma swoją osobną przyczynę – i choć obydwie wywołują podobny skutek, to nie wiadomo, która z nich jest gorsza.

Wrodzona właściwość czy zdolność może zostać w rozwoju w ogóle nieuzwględniana jako zbędna, może też pozostawać niedoskonalona, jako mało istotna – lub wręcz  „zawadzająca” – w tzw. normalnym funkcjonowaniu na co dzień.  Tak właśnie ma się rzecz z ludzkim sumieniem, które jest nam zadane jako niewidzialny ale przecież stale obecny zmysł dobra, sprawiedliwości i rozpoznawania praw Boskich. Dzięki niemu możemy – jak uważał ojciec wszystkich filozofów – ćwiczyć się w nabywaniu cnót moralnych, czyniących z człowieka istotę wyższą ponad wszelkie inne stworzenie. Wymaga to jednak usilnej pracy nad sobą – zrazu pod kierunkiem ludzi rozumnych, a potem już samodzielnie w dorosłości, aż do kresu swych dni.

Tak, jak daje się powiększać zasób wiedzy praktycznej, tak samo można poszerzać w sobie to, co zwie się „świadomością moralną”, odrębną od psychologicznej. Idąc w ślad za innym z kolei filozofem, należy przyjąć, iż niezbędne jest nie tylko jak najlepsze usprawnianie rozumu biernego, lecz także doskonalenie rozumu czynnego. Innymi słowy, wszechstronność rozwoju, jego „zupełność” osiąga się jedynie wówczas, gdy kształceniu podlegają obydwie te składowe – gdy doskonali się sprawności obydwu rodzajów: funkcjonalnie użytecznej i duchowej.

Owo zalecane ćwiczenie cnót we wczesnej maleńkości to rzecz niezwykle trudna w standardowym rozumieniu edukacyjnym, gdyż wymaga moderowania rozmaitych zachowań, bez odwoływania się do argumentacji wyłącznie rozumowej. Jeśli jednak przyjmie się, że pojmowanie dobra dokonuje się niejako „przedintelektualnie”, a to za sprawą samej natury człowieka, wówczas wystarcza jedynie wzmacnianie tego, co spontanicznie ujawnia się pozytywnego w reakcjach i interakcjach z otoczeniem. Kształtujący się rozum sam sobie to uporządkuje do postaci ”nawyków godziwości życia” w działaniu i postrzeganiu otoczenia.

Jeśli jednak całe życie, już od samych jego początków, zostanie złożone w ofierze bożkom użyteczności i samorealizacji w świecie realności rzeczowej (w tym i społecznej), wówczas to ich prawa – w powszechnym i potocznym rozumieniu spraw – staną się nadrzędne wobec praw świata duchowego. Na nic wtedy tablice Mojżesza, zaniesione z góry Boga – na dole pokłony odbierać ma złoty cielec, odlany przez Aarona. Duchowość przestaje wchodzić do „rachunku” jako mało znacząca wartość w ogólnym bilansie kosztów ziemskiego bytowania. Zbytnie zaprzątanie sobie głowy tymi „nadwyżkami” straci wtedy sens – już od wczesnego dzieciństwa. W rezultacie rozwój i dalsze samodoskonalenie w dorosłości ograniczy się wyłącznie do nabywania coraz większych kompetencji i sprawności zadaniowych, do opanowania wiedzy użytecznej i jej utylizacji, do gromadzenia i konsumowania dóbr, do ekspansji egoizmu osobniczego i dążenia do najwyższych pozycji na skalach szacunku społecznego.

Oczywiście, wszystko to ma swoje znaczenie i wartość, silnie napędza aktywność, mobilizuje siły i dostarcza wielu satysfakcji – lecz nie może wypełniać całości ludzkiej egzystencji. Jest takie powiedzenie, które w starożytności miało sens wręcz przekleństwa: „oby bogowie spełnili twoje pragnienia”. Tryb dokonany w realizowaniu celów w świecie realnym jest bowiem swoistą pułapką, której na imię „sukces”.  Zawsze i wszędzie, od pierwszych swych dni, należy do niego dążyć we wszystkim co się robi i co się zdobywa, nie bacząc na koszty własne. Głównie to jest wzmacniane i nagradzane. Ale za grzeszność – pychę, próżność, chciwość, każdą łapczywość bez opamiętania, narkotyczną i wyniszczającą duszę, przychodzi potem płacić – jeśli nie tu, to na pewno w wieczności. W gorszym wariancie zapłatą jest potępienie bez nadziei, w lepszym – czeka nas długa wędrówka w górę, kiedy to dusza „okrąg tyloraki musi dokoła zrobić, ile za żywota z pokutą zwlekamy”.

Oczywiście, dążenie do sukcesów nie jest niczym złym, jest nawet wskazane, niemniej nazbyt często myli się je ze szczęściem, owym „celem rzeczywistym u wszystkich istot rozumnych”. Powiada mądry, że „człowiek szczęścia nie może nie chcieć”. Wszelako – jak pokazuje historia – nie zależy ono od wszelakich dóbr, jakie można zdobyć pod nazwą sukcesu, czyli od rzeczy, dających się jakkolwiek wymierzać i oceniać w miarach skończonych. Sukces zawiera się w nagromadzaniu tego, co oferuje świat – i można go pomnażać ad libitum, nawet do przesytu. Łatwo jednak ugiąć się pod ciężarem uzbieranego „dobytku” – rzeczowego czy jakiegokolwiek innego, np. statusu, pozycji, szacunku.

Za powszechną miarą sukcesu uważa się bowiem to jak bardzo wyrastamy ponad innych, zyskując przewagi w otaczającym nas świecie. Tak czy owak, zawsze decyduje o nim „zewnętrzność” życia, zasobność posiadania, a nade wszystko uwarunkowania bytowe, kulturowe, społeczne. Natomiast szczęście to nasza „wewnętrzność”, stan ducha, niezależny od tego, w co się przyozdabiamy. Można mieć wiele, a czuć się nieszczęśliwym, można mieć niewiele, zgoła tyle, co nic, a czuć, się szczęśliwym – nawet bardzo. „Dobrze się mieć to tyle, co dobrze żyć” – mawiał grecki filozof. Rzecz w tym, co oznacza owo „dobre życie”. Czy wymierzać je rzeczami, statusem, czy uczynkami? Ilością dóbr wszelakich, czy jakimś szczególnym stosunkiem do ich pozyskiwania i pożytkowania? I czy w ogóle tylko o owe dobra chodzi?

Miarkowanie pragnień „ziemskich według nakazów praw moralnych – to wielka mądrość, której winno nabywać się od maleńkości. Na tym polega – miedzy innymi – owo kształcenie cnót, nawet jeśli zrazu dokonuje się ono „przedświadomie”. Zasadza się na uczeniu tego, iż istnieją dwa światy, w jakich żyjemy jednocześnie, i że obydwa one się nie wykluczają, lecz uzupełniają.  I ze w każdym z nich obowiązują twarde reguły przyczynowości, pozostające ze sobą w ścisłym acz nie zawsze wyraźnie widocznym splątaniu. A nade wszystko winniśmy coraz lepiej rozumieć, iż rozliczani będziemy głównie z czynienia dobra, a nie z gromadzenia dóbr i życiowych ozdóbek.

8.2 Potrzeby, ambicje, aspiracje, nadzieje – siły napędowe 

Jak zatem wspierać duszyczkę, rozpoczynającą swą wędrówkę po naszym zamku, obleczoną już w ciało, lecz pozbawioną jeszcze narzędzi do obsługi życia – rozumu i psychiki? Postrzega świat zmysłami „zwykłymi”, lecz ma też nieskażone jeszcze niczym zmysły wewnętrzne, którymi wyczuwa w nim coś więcej, niż tylko to, co tymi pierwszymi widzi, słyszy i czego za ich sprawą doznaje pod postacią emocji, które opatruje swoimi znakami.

Natura wyposaża nas w siły żywotne, dzięki którym dusza, przyobleczona w „płaszcz materii”, nabywa fizycznych zdolności funkcjonowania w otaczającym ją świecie. W rozwoju wykształcają się umysłowe i psychiczne narzędzia, służące organizowaniu tego funkcjonowania w sposób zadaniowo i regulacyjnie skuteczny. Rzeczą zasadniczą jest jednak kwestia podporządkowania tego potencjału – zadanego i nabywanego – czemuś, co owej wędrówce nadaje jakiś sens, a przez to wyznacza trasę, jaką w nim przebywamy. Same tylko umiejętności, kompetencje i sprawności, to za mało, by ta podróż nie była tylko włóczęgą bez ładu i składu, sumą kolejnych przeżyć, radości, smutków, potknięć, najrozmaitszych przygód i awantur.

Nie ma człowieka, któremu w jego szarpaninie życiowej nie przyświecałaby jakaś wiara – w coś, w kogoś, w rzeczy, idee, lub wartości, warte poświęcania sił i dostępnych środków działania. Filozofów, głoszących, że życie to mniej lub bardziej bezwolne płynięcie na fali żywiołów natury lub narzucanych konieczności, uznać należy za swoistych pomyleńców, a w istocie głupców, rezygnujących z podmiotowości, wolnej woli i sprawczości owego „rozumu czynnego”, w którym stary Grek rozpoznawał siedlisko zadanej nam duchowości. Jak się okazuje, nawet egzystencjalna rozpacz ma swoich rzeczników – a historia pokazuje, że znajdują oni rzesze zwolenników, zadowolonych z tego, iż można żyć nawet bez potrzeby odpowiedzialności za samych siebie.

Siły, napędzające wędrówkę, można podzielić na te osadzone w biologii, jak i w rozumie oraz duszy. Pierwsze to naturalna żywotność do zaspokajania elementarnej potrzeby trwania i przeżycia – instynktownej i niejako autonomicznej wobec innych władz sprawczych, zdolnej nawet je tłumić w sytuacjach skrajnych zagrożeń życia. Drugie – to „pożądliwość oczu” czyli ciekawość poznawcza i chęć eksplorowania świata na własny pożytek i dla nabywania wiedzy o nim – zarówno z chęci okiełznania żywiołów przyrody na własny użytek, jak i dla zapewnienia sobie przewag nad „konkurencją” współplemieńców. Jest wreszcie siła ducha, wzmagająca wszelką aktywność, niemniej moderująca ją wedle boskich nakazów czynienia dobra i wyzwalająca dążenie do transcendencji.

Siły te, określane jako „zdolności zaczątkowe”, dane są każdemu z urodzenia, niemniej aktualizują się i rozwijają w nierównym stopniu już od samych początków życia. Rzecz w tym, jak w wyniku różnorakich oddziaływań zewnętrznych – wychowania, socjalizacji i enkulturalcji – ukształtuje się tożsamość a wraz z nią wewnętrzna struktura potrzeb i stawianych sobie celów. Mówiąc najkrócej – acz nieco górnolotnie – istotne jest czy przeważy wykształcenie się dominującej postawy „mieć” czy „być”. Owo „mieć” ma wiele odmian, ale „być” – jest zdecydowanie zero-jedynkowe w rozumieniu preferowanych wartości. Mieć można różne rzeczy – dobra materialne, status, władzę, nawet niewolników – cena moralna nie gra roli. Z kolei, „być” można albo godnym i przyzwoitym, albo nie – niezależnie od tego, co się ma i osiąga.

„Mieć” daje się stopniować, „być” – już nie. I w tym cały szkopuł. Rezygnacja z czegoś, co się ma lub chce mieć bywa bolesna, lecz niedyskwalifikująca, natomiast odrzucenie lub zrelatywizowanie nakazów moralnych prowadzi – wolniej lub szybciej – do duchowej degradacji. Niczym Dorian Gray, każdy ma swój własny „portret” – tyle że nie na strychu, lecz we własnej duszy. Co się na nim pocznie zmieniać – to już kwestia naszych życiowych wyborów i postępków. Ale, koniec końców, nastąpi moment, gdy dokładnie przyjrzy mu się Najwyższy Sędzia – a wtedy wszystko będzie zależało od Jego miłosierdzia. Zaiste, straszna jest owa niepewność czyścowego wyroku, zważywszy iż idzie o wyrok na wieczność.

Jakkolwiek dziwnie to brzmi, dylemat „mieć czy „być” doskwiera człowiekowi na każdym z etapów wędrówki przez zamek życia – włącznie z tymi najwcześniejszymi. W podjętej grze o siebie – ze światem i z samym sobą – przekłada się na wybory miedzy „chciałbym” a „powinienem” – na miarę wyobrażeń, pragnień i możliwości dla danego wieku. Zawsze czegoś chcę, ale nie zawsze wiem, co powinienem robić, by to osiągnąć. I nie idzie o kompetencje czy sprawności, nawet o w pełni świadome rozumienie przyczyn i skutków działania. To swoiste „przeciąganie liny” przez dwóch „zawodników” – naturalny egoizm osobniczy i zadane dążenie ku dobru. Pierwszy rzadko kiedy daje się okiełznać, drugi nie zawsze nabiera mocy w rozwoju, więc zazwyczaj wynik tych zmagań łatwo daje się przewidywać.

Już w pierwszych salach zamkowych uaktywnia się ciekawość i eksploracja, tyle że jeszcze bez odruchów zawłaszczania wszystkich fantów, jakie w nich można znaleźć. Dopiero z czasem pojawia się chęć ich gromadzenia i zaspokajania potrzeby posiadania własności, wyróżniającej nas od innych. „Moje-twoje”, „mam-nie dam” – to instynkt przemożny acz dziwny, jako że w tym okresie brak jeszcze skonkretyzowanych miar spełnienia tego popędu. Ale to działa, co więcej, otoczenie, sprzyja tym potrzebom, które niekiedy potrafią przybierać postać coraz większych roszczeń. Posiadanie staje się miernikiem własnej sprawczości i stymuluje nabywanie kompetencji, mających na celu zwiększanie własnych zasobów – choćby bez ładu i składu. Rozumienie ich przydatności przychodzi nieco później, niemniej raz uruchomiony napęd działa coraz sprawniej.

Kiedy w świadomości dochodzi do pierwszych refleksji typu „mieć, ale po co”? – trudno orzec. Chyba dopiero w chwili aktów rezygnacji z posiadania na rzecz czegoś, co wydaje się być ważniejsze, a niekiedy bardziej opłacalne w planie odroczonym. Ale ten drugi wariant zachodzi dopiero wtedy, gdy myślenie pełniej ogarnia pojęcie upływu czasu, a także gdy daje o sobie znać znaczenie norm moralnych jako moderatora instynktów egoistycznych. Lecz z tym bywa rozmaicie.

Psychika jako „narzędzie obsługi życia” rozwija się stosownie do tego, jaką od dziecka wpaja się człowiekowi wizję tego życia już od pierwszych jego dni. Jest niczym innym jak zbiorem właściwości regulacyjnych, umożliwiających maksymalizację korzyści i zysków życiowych wedle jakiejś przyjętej zasady porządkującej obraz świata i własnego w nim miejsca. Jeśli ideą nadrzędną staje się imperatyw „mieć” wówczas cały jej rozwój dokonuje się pod kątem dostosowania każdego rodzaju aktywności do ekspansji egoizmu. Kłopoty zaczynają się z chwilą, gdy z jakichś powodów dochodzi do
„niedorozwoju” tych cech, do deficytów kompetencyjnych i sprawnościowych i niemożności ich przezwyciężenia. W powszechnym przekonaniu swoista „niepełnosprawność w zakresie imperatywu i działalności „mieć” dyskwalifikuje danego osobnika, a jeśli nawet kompensuje on owe „braki” doskonaleniem się w zakresie „być” to i tak szybciej przegrywa w wyścigu szczurów, jaki od zawsze napędza świat.

Wszystko zależy od tego,  co dla kogo staje się wartością nadrzędną – owym spiritus movens egzystencji – gdyż – co zrozumiałe – człowiek żyje wedle swojej wiary. Ale przy braku refleksji, przy poddaniu się koniecznościom, wymogom walki o byt,  sytuacja się odwraca i z czasem zaczynamy wierzyć wyłącznie w to, tak, jak przy tych uwarunkowaniach żyjemy lub zmuszeni jesteśmy żyć. „Być” staje się pochodną „mieć” a jakość owego „bycia” – dodatkowym czynnikiem, tylko niekiedy uwierającym te dusze, które zachowały jeszcze jakie takie poczucie „duchowej przyzwoitości”.

Naturalna i oczywista chęć eksplorowania świata i gromadzenia najrozmaitszych dóbr przeradza się w potrzeby bardziej złożone, niejako wielowymiarowe, które zwykło się nazywać ambicjami i aspiracjami. Napór otoczenia powoduje, iż miarą wartości człowieka staje się wówczas zdolność ich realizowania, nabywana w długim procesie wychowania, edukacji i adaptacji społecznej. Im bardziej są one wyśrubowane, im więcej obiecujące na przyszłość w zakresie „mieć” – tym silniejsze rodzą pragnienia spełniania się w obrastaniu dobrami i zasobami (nie tylko rzeczowymi). Pragnienia te wyrastają z nadziei wyróżnienia się, także wywyższenia ponad innych. Psychika dostosowuje się w rozwoju do tej walki – już nie o byt, lecz o dobrobyt – i formuje to, co uczenie zwie się osobowością, a co przekłada się na postawę życiową i związany z nią charakterologiczny „koloryt postaci”. Za tym idzie identyfikacja z treściami i wartościami, wyznaczanymi przez to, czego się pragnie, co się zdobywa i co uznaje za najważniejsze w życiu. Tak kształtuje się tożsamość o wielu składowych – osobowej, społecznej, kulturowej, moralnej, itd. – czyli kształt wewnętrznego świata i sfera jego „przenikania się” nie tylko ze światem zewnętrznym, w jakim żyje, lecz i z owym światem nadrealnym, który jest tego pierwszego pełnoprawnym dopełnieniem.

Niestety, jakże często sfera kontaktu z tym drugim bywa niewielka, niekiedy zgoła żadna lub tylko powierzchowna. Stopniowe eliminowanie potrzeb, ambicji, aspiracji i nadziei związanych z czym innym, niż tylko „mieć” redukuje człowieka do jego materialności, a obrastaniu w dobrobyt i zaszczyty nadaje walor nadrzędności nad jego stroną duchową. I nie w tym rzecz, by jakkolwiek deprecjonować to pierwsze – lecz w tym, by ubolewać nad atrofią tego drugiego. Albowiem to właśnie ów brak równowagi obydwu aspektów naszej natury, niczym wieczna dysharmonia, okazuje się być praprzyczyną wszelkich wewnętrznych napięć, konfliktów sumienia, wreszcie licznych dylematów decyzyjnych, od rozstrzygania których zależy wszak ostatecznie nasz „przydział w wieczności”. Ale kto w ogóle poważniej się nad tym zastanawia? Zwłaszcza jeśli od dziecka był nie tyle wszechstronnie formowany, ile wąsko formatowany – chociażby i w najlepszej wierze – do postaci bezwzględnego wojownika „o swoje”.

Przyczyn tego „egzystencjalnego redukcjonizmu” jest wiele – nie tylko kulturowych czy społecznych – lecz głównie jedna wydaje się być niejako naturalna i dobrze zrozumiała z punktu widzenia zwyczajności życia. Otóż to, co rzeczowe oraz co na rzeczowość daje się przekładać (np. przynależność, szacunek, status, cenzus, władza), jest zawsze jakoś wymierne, konkretne i przeliczalne. Jest „namacalne w dotyku” i pozwala dość dokładnie lokować się na rozmaitych skalach osiąganego sukcesu. Uzyskiwane efekty działań i płynące z nich korzyści w sferze „mieć” mają swoją wagę i cenę w powszechnie akceptowalnych jego miarach i „walucie”.

Ale jak wyliczać „użyteczność duchową” – i w czym? Ani tego nie da się wycenić, ani z czymś porównywać – jak więc to kwalifikować? Na domiar wszystkiego, konkret jest „tu i teraz” lub pojawi się w przewidywalnej przyszłości, natomiast coś, co jest nieoznaczone, niemierzalne, nieprzekładalne na realny sukces, jawi się jakoś mgliście, nawet nieco podejrzanie. „Lepszy wróbel w garści…” – powiada przysłowie. Bo czymże zresztą miałby być ów „gołąb na dachu”? Chyba że przyjmie się założenie – tak dzisiaj modne – iż czynienie dobra jest przemyślaną strategią działania, która kiedyś przyniesie określony i wymierny zysk. Tak należy odczytywać chociażby modne ostatnio rozważania uczonych mądrali na temat altruizmu.

Dobro w prawidłowo skalkulowanych dawkach i formach jako inwestycja – zaiste, niezwykłe to podejście do ludzkiej duchowości. To już nie jest nawet śmieszne – tylko smutne, wręcz żałosne. Taka faryzejska hipokryzja to wynik swoistej sztuczki umysłu, mającej tworzyć dodatkową oprawę dla egoizmu i fałszywie legitymizować ograniczenie człowieka do materialności, wymierności życia i samorealizacji przez egoizmu tego swobodną ekspansję. Niestety, potem będzie „płacz i zgrzytanie zębów” – i całkowite niezrozumienie zasadności wyroku, przy wydawaniu którego policzone zostanie coś zupełnie innego.  Założenie, że dobry Bóg będzie patrzył, na jakieś wykazy publikacji i osiągnięć czy „faktury za dobre uczynki”, jakie mu przedłożą „ducha ślepotą kaleki”, to pomysł doprawdy groteskowy.

Siły napędowe człowieka to nie tylko walka o przetrwanie, nie tylko fizyczność i psychiczność człowieka, lecz również emanacja duszy, nadająca owemu trwaniu wyższy sens. To umysł, wola, sumienie i miłość – cztery władze poznawcze i sprawcze – powodują, iż cała ta „gra w życie” nabiera wymiaru duchowego, dzięki czemu nie zamienia się w jeden wielki wyścig wiecznie zdyszanych szczurów, wymuszany popędami i samoobroną przed społecznym i fizycznym unicestwieniem. Zresztą, tego ostatniego i tak – za sprawą praw natury – nie da się uniknąć. Lecz czyż stopniowej, naturalnej degradacji biologicznej musi towarzyszyć sprzeniewierzanie się prawom boskim?

Trawestując znany slogan reklamowy rzecz można: trudne i żmudne dążenie do zbawienia albo zapamiętałe zmierzanie do potępienia – wybór należy do ciebie. „ Ciasna jest wąska droga, która prowadzi do życia, i jakże nieliczni są ci, którzy ją znajdują”. Pozostaje jeszcze nadzieja na to, że mimo zagubienia się w podróży, u jej kresu Najwyższa Instancja skieruje nas jednak na ową górę, której „szczyt wysoki, niedościgły okiem”, a jej „tajemna potęga męczy zrazu/a zaś im jest [się] wyżej, tym mniejsza mordęga”. Lecz zakładanie z góry, iż dostanie się taką szansę w wieczności często bywa bardzo złudne.

8.3 Wola i determinizm 

Początki wędrówki przez życie zwykle okrywa mrok niepamięci i dopiero po jakimś czasie zaczynamy się orientować, dokąd nas wyprowadzono z punktu wyjścia – i jakimi ścieżkami. Szliśmy z dziecięcą naiwnością, zdani na dorosłych, ale też z ufnością, że niewiele nam grozi po drodze, gdyż ich opiekuńczość zapewniała nam bezpieczeństwo, wspierała przy poznawaniu ogromu nieznanego świata, chroniła przed przykrościami, jakie w nim się przytrafiają. Nie przypadkiem powiada się, że w tym okresie właśnie owa ufność jest podstawą nabywania pierwszych odruchów zachowania i uczenia się reguł współżycia z innymi. Czy dokonuje się to bezrefleksyjnie, wyłącznie na zasadzie swoistej tresury? – do końca nie wiadomo. Należ przyjąć, że w małym człowieczku dzieje się więcej, niż możemy sobie wyobrazić, tyle, że nie mamy do tego bezpośredniego dostępu. Wnioskowanie z obserwacji zachowań bywa zawodne, nadto obciążone rozmaitymi „dorosłymi” interpretacjami – a te,  oczywiście, zaburzają ich ocenę. Dla otoczenia ważne jest więc, czy małe stworzenie „słucha komend” – a uporczywe próby oporu pokonuje stosownymi metodami dyscyplinującymi czyli stopniowaniem kar i nagród (np. emocjonalnych). Nie wdaje się w subtelności psychologiczne czy perswazyjne, zakładając, że to bezcelowe z racji braku zdolności rozumienia zawiłości życia u maleńkiego podopiecznego..

Wtedy też pojawiają się pierwsze „barierki”, wymuszające kierunek dalszej podróży. Mają one na celu wytworzenie i doskonalenie odruchowości w zakresie„ dobre-złe” oraz „korzystne-niekorzystne”. Są tu cztery generalne kombinacje, z których każda ma niezliczone odmiany proporcji w parach składowych, wyznaczających stopień dominacji jednej z nich. Kto zechciałby sobie to dokładniej zobrazować, może zająć się stosowną, prostą acz rozbudowana rachunkowością, próbując przy tym odszukać sam siebie w tej przestrzeni  możliwych rozróżnień w sferze własnych napędów życiowych.

Barierki te wyznaczają również pierwsze reguły gry ze światem w kategoriach walki i współistnienia, także ogólne kryteria wygranej i przegranej na rozmaitych skalach osiągnięć, dostosowanych dla danego wieku, kompetencji i możliwości. Inny słowy, zakreślają ramy ogólnych postaw życiowych, kształtowanych przez zabiegi wychowawcze, a przyswojonych niejako „z marszu” jako wyjściowy program dalszych poczynań, wyborów i decyzji. Z czasem ulegają modyfikacjom – nieraz zasadniczym – wszelako zakres zmian zależeć będzie od biegu życia i rozwoju podmiotowości w każdym jego aspekcie, w tym i duchowym.  Jedno jest pewne – „przeuczenie się” zwykle bywa trudniejsze niż wyuczenie się czegoś „od zera”. Zmiana nawyków – pierwotnego „oprogramowania regulacyjnego” – wymaga wielkiej samokontroli, siły woli, a nade wszystko jasno sprecyzowanych celów i determinacji w dążeniu do ich realizacji.

Wybór tych celów to już wielka zagadka, gdyż rozwój rzadko kiedy przebiega według jakichś cudzych scenariuszy, zwłaszcza tych rozsądnych i praktycznie „słusznych”, w których przeważa troska o to, by „mieć”. Niemniej samodzielne odstępowanie od dominacji „mieć” na rzecz większej roli „być” to wielka sztuka, której dokonanie nie przychodzi zbyt łatwo. Częściej dochodzi do sytuacji odwrotnej – napór konieczności i uwarunkowań życiowych skłania ludzi do rezygnowania ze szczytnych ideałów czy starań o dochowanie wierności wartościom i zasadom czy zgoła powołaniu z „wyższej półki”.

 Mówiąc krótko i obrazowo, rzecz w tym, by szukać własnego sposobu na harmonijne godzenie ze sobą wymogów i powinności, jakie wynikają z praw obydwu rzeczywistości – tej materialnej, i tej nadrealnej. Wydawać by się mogło, ze wszystko jest proste i oczywiste – należy troszczyć sie o swój dobry los na ziemi, ale i przestrzegać dziesięcioro przykazań. Rozwijać swój potencjał osobowy, powiększać zasoby rzeczowe i społeczne, dążyć do poszerzania tożsamości kulturowej – a przy tym zachować uczciwość, prawość i godność. „Żyć dobrze i godnie” – oto starożytna maksyma, która nie straciła nic ze swej aktualności. Cóż, szkopuł polega na tym, co dla kogo oznaczają te określenia, jak kto nauczony został ich rozumienia, jak sam sobie to rozumienie przetworzył we własnej świadomości i sumieniu pod wpływem naporu dwojakich sil swej natury, oddziaływań zewnętrznych, wreszcie własnych, niepowtarzalnych doświadczeń. A te od samego początku są źródłem wielu wątpliwości, nieporozumień i konfliktów.

Skoro mamy zadane sumienie i naturalne odczuwanie dobra, zatem każdy dysonans w tym zakresie budzić musi zrozumiał sprzeciw – już od samej maleńkości. Zrazu jest to nieświadome przeczucie jakiegoś niemiłego dyskomfortu, któremu się sprzeciwiamy, z czasem przekonujemy się jednak, że coraz częściej nie znajdujemy zrozumienia dla naszej odruchowej niechęci i że istnieje mnóstwo powodów, dla których rozmaite jej przyczyny są przez wychowawców i przez szersze otoczenie akceptowane i jakoś uzasadniane jako oczywistość. Tak oto uczymy się czym są niezliczone przejawy owych koncesji na rzecz „życiowego rozsądku” czyli wymogów owych osławionych konieczności, które stają w poprzek sumieniu. Ich ilość poczyna narastać w tempie lawinowym, a w miarę jak dorastamy stopniowo przywykamy przy różnych sprawach do tego, że odstępstwo od dobra samo przez się daje się uznawać za coś jeśli nie dobrego, to przynajmniej pożytecznego i korzystnego. I tym sposobem nasza „edukacja adaptacyjna” toczy się już pełną parą, wiodąc do doskonalenia sztuki moralnego faryzejstwa, zwanego hipokryzją.

W sferze duchowości mamy nakazy Dekalogu jako podstawowe dyspozycje moralne, stawiające tamę pokusom, które mogą wywodzić na manowce, a które zwie się grzechami głównymi. To najpoważniejsze przywary charakteru oraz skłonności do folgowania własnej naturze kosztem rozumu i ducha. Choć wszystkie są paskudne, to jednak dwie z nich wydają się być najgorsze – pycha i chciwość. Jedna to chorobliwa wręcz ekspansywność egoizmu bez umiaru i dążenie do wywyższania się nad innych, druga – to równie chorobliwe pragnienie zawłaszczania i gromadzenia wszystkiego, co tylko się da.

O pierwszej była już wcześniej mowa, drugą można skwitować stwierdzeniem, że jest bodaj czy nie dominującą siłą napędową postawy życiowej, zbudowanej na tym, by „mieć”, a nie „być”. Niestety, to ona bywa najsilniej wzmacniana w rozwoju i to już od pierwszych chwil życia. Zaczyna się od „daj”, potem przychodzi „zabieram”, a potem łączy się to razem w jedno przemożne „chcę i muszę mieć”. W drodze przez sale zamkowe to te właśnie motywy wyznaczają większość naszych w nich poczynań, odwracając uwagę od tysięcy rzeczy i możliwości, z jakich dałoby się tam skorzystać. Tak być nie musi – lecz tak zazwyczaj bywa.

Nikt nie rodzi się z gotowymi motywami działania – oprócz odruchów czysto biologicznych nie mamy ani nawyków, ani gotowych wzorców postępowania, ani w ogóle aparatu pojęciowego do oceny tego, z czym znienacka zostajemy skonfrontowani po wyjściu na świat. Oczywiście, ktoś nad wyraz uczony mógłby wywieść, że np. odruchy chwytne są prefiguracją chęci posiadania, lecz byłby to już zbytek idiotyzmu, jakiego skądinąd wiele przykładów można odnaleźć w mądrych traktatach. Rozmaite domysły czy spekulacje na temat „psychicznego kapitału początkowego” nowonarodzonego człowieczka, zdobytego już w fazie płodowej, można włożyć miedzy bajki.  Zresztą, wrodzone zdolności zaczątkowe i predyspozycje temperamentalne, a także atrybuty duchowe, czyli pewien zadany potencjał osobowy – to jedno, a rozwój osobniczy – w tym psychiczny – to zgoła coś zupełnie innego. W tym kontekście pozostaje jedynie odwołanie się do banalnego stwierdzenia, iż zmarnować można nawet największe zasoby, a niewielkie środki, dobrze „zagospodarowane” mogą przynieść stukrotne zyski. Przypowieść o talentach krótko a obrazowo poucza nas, czym kończy się dobre i złe wykorzystanie darów Bożych.

Rodzimy się jako istoty z natury przeznaczone „ku dobremu”.  Oczywiście, nonsensem jest popadanie w ckliwe zachwyty nad anielskością małych dziatek, którym „płacz ze śmiechem łatwo przychodzi” i które „za tym, co miłe w każde biegną szlaki”. Wszelako ta naturalna, spontaniczna ale i „niewinna” ciekawość wszystkiego dokoła powoduje, że w miarę poznawania świata wrodzone poczucie dobra stopniowo wystawiane jest na próby, których doświadczanie przyniesie w przyszłości lepsze lub gorsze następstwa rozwojowe, także w sferze duchowości. Od otoczenia bowiem zależy, jak będzie je znosiło i jakie nauki z nich wyniesie.

W tym, co się tyczy „mieć” jest tak, iż dziecina „najpierw małego dobra czuje smaki/to zaś je myli, chętnie za nim bieży,/gdy jej nie wstrzyma zakaz jaki/a prawo jej hamulec wymierzy”.  Innymi słowy, eksploracja i ekspansja, by nie zamieniały się w swawolę i samowolę, winny być miarkowane wedle rozumu i zasad ładu moralnego. A z tym bywa różnie, gdyż wychowawcy kierują się subiektywnymi racjami życiowymi, stosownie do własnych poglądów i postaw, jakie przyjęli za słuszne i użyteczne. Sami po swojemu niedoskonali – formatują podopiecznych na własny obraz i podobieństwo, co nadaje wymianie pokoleń wymiaru osobliwej sztafety ludzkich ułomności.

Powyższe uwagi dają się odnosić po równo do tego, co kryje się za pojęciem „mieć”, jak i „być”. W poetyckim skrócie sprowadza się to do stwierdzenia, iż to właśnie „obyczaj niegodny/onym jest źródłem skąd zło w świecie płynie/ nie zaś skażenie natury wyrodnej”. Jak się okazuje nie trzeba wielkich teorii pedagogicznych czy psychologicznych, żeby opisać podstawowe zasady wychowania i edukacji. Bezbronność dziecka, połączona z jego ufnością, czyni je podatnym na wszelkie odmiany wpływu otoczenia – i te dobre, i te złe. Zanim zadana mu wolna wola, zrazu aktywna jedynie w poznawaniu i ocenianiu świata, rozwinie się do mocy sprawczej w działaniu, późniejsze jej kierowanie poprzez umysł zależy od tego, na czym tenże umysł i pragnienia zostaną zogniskowane – na tym, by tylko „mieć”, czy na tym, by również „być”.

Ponieważ w przyrodzie skrajności trafiają się niezwykle rzadko, więc każdy konkretny przypadek jest zazwyczaj jakąś wypadkową tych dwóch dążeń; rzecz w tym, co przeważa. Oczywiście, zdarzają się i wyjątki „graniczne”, lecz należą one do fenomenów z gatunku  bądź psycho lub socjopatii, bądź – na drugim biegunie – świętości. Przeciętny śmiertelnik lokuje się gdzieś w nieskończonym zbiorze możliwości pomiędzy Biedaczyną z Asyżu, który „zajaśniał nad światem jak słońce”, a upiornym Shylockiem i szalonym Midasem.

Wróćmy teraz do początków naszych rozważań. Nie przypadkiem poeta przyporządkował kręgom piekła i tarasom góry czyścowej kolejne odmiany ludzkiej grzeszności, niejako stopniując je wedle ich zgubnych skutków. Każdej z nich przypisał też – na miarę swej niezwykłej wyobraźni – kary, jakie cierpią osądzeni już to na czas oczyszczenia duszy ze skorupy zła, jakiego się dopuszczali, już to na wieczną zgubę.  Nie każdemu bowiem „z liter, tych co pozostały/na licu jego będzie wykreślona/ostatnia…” A liter tych zapisujemy sobie bardzo wiele. Wszak nie rodzimy się grzeszni – grzesznymi się stajemy.

Zastanawianie się nad tym w kategoriach wysoce abstrakcyjnych czy snucie zawiłych spekulacji na temat grzechu pierworodnego pozostawmy filozofom i teologom.  Zwyczajnie rzecz ujmując, w długoletnim rozwoju nabywamy zwykłych, ludzkich zalet i przywar, które w kondensacji zwą się cnotami lub grzechami, decydującymi o tym jakimi jesteśmy w danym momencie życia. Albowiem wędrówka przez nasz zamek to nie tylko gromadzenie dóbr, by „mieć”, lecz właśnie owo „stawanie się” by jakimś „być”. Dlatego, póki jeszcze dychamy, należy myśleć o niej w trybie niedokonanym, jak o czymś, co nieustannie się dzieje, a czego kres – niezależnie od tego ile drogi już za nami – wciąż pozostaje tyleż mglisty, co niejasny i nieoznaczony. Niemożliwością jest spełnienie się w tym, by „mieć”, gdyż nigdy się zdobędzie się wszystkiego, co się tylko zamarzy lub czego się chciwie pożąda. Ale nie wiadomo też do końca, czym w ziemskim wymiarze jest ostateczne dopełnienie się owego „być” – chyba żeby szukać jego istoty w słowach apostoła: „dobry bój bojowałem, biegu dokonałem, wiarę dochowałem”. Kogo drażnią odniesienia ewangeliczne, może odwołać się do antycznej zasady godnego życia i wierności cnotom moralnym. Lecz nie o słowa tu chodzi, lecz o coś, co można określić jako „życie niezmarnowane” – na doraźne głupstwa, chwilowe przyjemności i puste błyskotki.

Lecz teraz rodzą się inne pytania.  Czy wcześniej dobre lub złe właściwości – i te „wdrukowane” w dzieciństwie i młodości, ale i te nabywane po drodze – pozostają w nas na trwałe i określają bieg dalszego życia? Czy nie mamy nad nimi władzy? Czy w ostatecznym rachunku jest może tak, jak twierdzi powieściowy fatalista, wyznawca ludycznego determinizmu, „iż wszystko zapisane jest w górze”? Czym miałoby wtedy być owo „stawanie się”? Czy jedynie ciągłą „iteracyjną ewolucją” czy może przechodzeniem od czasu do czasu przez jakieś punkty „nieciągłości rozwojowej” – dramatyczne zwroty życiowe, gwałtowne przemiany i „przebiegunowanias postaw” (w obydwu kierunkach), olśnienia, nawet przeżycia katharsis?

Skoro mamy wolną wolę, to determinizm nie wchodzi w grę – chyba że jako nieuchronność konsekwencji własnych wyborów. Zatem „stawanie się” u swych źródeł to podejmowanie decyzji, a „bycie” to już tylko suma ich następstw i radzenie sobie z nimi na miarę swej wiedzy, kompetencji i możliwości.  Wynikałoby z tego, że podmiotowość objawia się jedynie w samych aktach decyzyjnych – reszta to już tylko działania, z nich wynikające, nierzadko wymuszone, często wręcz bezalternatywne.

W zewnętrznym oglądzie i osądzie oceniani jesteśmy z widocznych uczynków, lecz dla nas samych najważniejsze są intencje, kierujące nami od wewnątrz.  Zatem „stawanie się” byłoby niczym innym jak ewoluowaniem naszej intencjonalności, ujawniającej się potem w „byciu”, czyli w dochowywaniu wierności temu, co w duszy wybraliśmy jako priorytety życiowe. Brzmi to szalenie zawile, niemniej wykłada się nadzwyczaj prosto: wolni jesteśmy w wyborze drogi, ale iść po niej musimy tak, jak już ona prowadzi – aż do następnych jej rozstajów. Bogatsi o nowe doświadczenia, możemy wtedy wybrać nowy kierunek wędrówki.

Tak to w biegu życia wolność naprzemiennie przeplata się z koniecznością w łańcuchu przyczyn i skutków. I nie ma takiego mądrego, który zawczasu potrafiłby orzec, kiedy nastąpi kres tej podróży – a w więc i w jakim stanie własnego rozumu i duszy ją zakończy. Może dlatego powiadali mędrcy – i ci antyczni, i ci późniejsi – by żyć tak, jakby miało się już jutro stanąć przez Najwyższym Sędzią. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie zdawać rachunek z własnego życia, – zatem lepiej jest zawsze mieć na koncie jakieś aktywa, a nie kiepski debet. Kto kieruje się tą zasadą, kto umiejętnie gospodaruje swym kapitałem – nie tylko początkowym ale i tym zdobywanym i pomnażanym w drodze – może liczyć na wyrozumiały wyrok w wieczności. Warto też przy tym jednak pamiętać, że rozliczeni zostaniemy nie z samych uczynków i „zysków”, ale nade wszystko z wierności prawom Bożym, jako że po „przejściu na tamtą stronę” nadal będziemy im podlegać. Może więc już „tu i teraz” nie zapominać, że obowiązują i że lepiej z nimi nie zadzierać.

8.3. Kilka uwag o wyobraźni

Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie – taki oto napis z woli poety czytają przekraczający wrota piekieł. Point de reveries, żadnych złudzeń, żadnych obietnic, żadnych wariantów czy okoliczności łagodzących. Już samo zdanie sobie sprawy z kategoryczności tego stwierdzenia może być największa karą, choć najgorsze jest dopiero pojęcie nieuchronności i ostateczności wyroku. Chwilę wcześniej, stając przed którymkolwiek wyjściem z zamku dostrzeżemy inny jeszcze jeden, wspólny dla nich napis: Mane, Tekel, Fares. Co prawda, nie ma tam nic o nadziei aczkolwiek poecie oznajmione zostaje, iż jest ona „oczekiwaniem/tej chwały przyszłej, którą się zdobywa/przez łaskę Bożą i własne staranie”. Nawiasem mówiąc, wbrew obiegowym opiniom słowa te nie są przekleństwem czy groźbą, lecz jedynie konstatacją nieodwracalności sytuacji „na wyjściu” z zamku – czy, jak kto woli „na wejściu” do zaświatów.

Nie ma bardziej idiotycznego powiedzenia niż porzekadło, iż „nadzieja jest matką głupich”, Jest ona bowiem jedną z trzech córek Bożej Mądrości, znanej jako Hagia Sophia; pozostałe dwie to wiara i miłość. Salomon w akcie wiary prosił Boga o łaskę mądrości serca – a więc miłość prawdy i ludzi, a Paweł pouczał, iż do nadziei wiedzie cierpliwość i wytrwałość, a więc trudna roztropność w życiu i uczynkach. Bezmyślną, ludową sentencję należy więc uznać za osobliwy diabelski podszept przeciw ludzkiej woli, by ja osłabić w jakże uciążliwym pokonywaniu przeciwności na drodze ku dobru.

Teraz, idąc w ślad za poetą zaryzykujmy – prawem swobody wyobraźni – pomysł, iż napisami opatrzone są nie tylko wrota piekieł, lecz także drzwi wszystkich sal zamkowych, nawet korytarze i amfilady, przez które wiodą trasy wędrówek przez życie. Nie idzie o to, by precyzować ich treść, wyliczać czy formułować ich sens, lecz o to, by przyjąć, że w ogóle są i zawierają w sobie jakieś przesłania. Nadto niech pozostają trudno dostrzegalne, nie biją w oczy ani wielkością czy jaskrawością liter, wyraźną przestrogą, ani jawną zachętą – wystarczy, że znacząco poruszą umysł, serce i duszę na tyle, na ile pojmie je ten, kto w ogóle zdolny je będzie dostrzegać. Albowiem nie każdemu będzie to zawsze i wszędzie dane – tylko tym, których wzrok wyćwiczy się wcześniej do tego, by w stosownym momencie je ujrzeć i odczytać. Trawestując ewangeliczną sentencję rzec można: „kto ma oczy do patrzenia, niech patrzy”.

Nie same tylko napisy ozdabiają drzwi sal – są tam również na ścianach rozmaite znaki i symbole. Nie każdy bowiem potrafi czytać, każdy natomiast jest w stanie rozpoznawać wizerunki i na miarę swych możliwości odczytywać ich znaczenia. W sumie idzie o to, że różnym miejscom „na trasie” przypisane zostaje tym sposobem to, co w nich najważniejsze. Czy będą to ostrzeżenia, czy jakieś wyobrażeniowe przesłania – to już zupełnie inna sprawa. Rzecz w tym, by umieć rozpoznać to, na co należy zwrócić szczególną uwagę, co wyróżnia dany moment życia jako punkt zwrotny wędrówki. W napisach, znakach i symbolach zapisane są przesłania o potencjalnych pokusach, życiowych szansach, także pułapkach, zagrożeniach i obietnicach. Kto jak je odczyta – to już zależy od tego, z czym tu się znajdzie, a kto z czym wyjdzie i przez które drzwi – to już kwestia decyzji, podejmowanych wedle oczekiwań, nadziei, potrzeb i pragnień, także lęków, obaw lub wreszcie roztropnych przemyśleń.

Tak właśnie dzieje się w życiu, gdy stajemy na rozmaitych bezdrożach czy rozstajach dróg. Szukamy jakichś wskazówek, znaków, które uzasadniałyby taki czy inny wybór dalszej drogi – sygnałów, przestrzegających przed jednymi ścieżkami i zachęcających do wejścia na inne.  Gdy brakuje mapy, gdy nie ma u kogo szukać porady – zdani jesteśmy tylko na siebie, na własne, wewnętrzne siły napędowe, które uruchamiają zarówno rozum, wolę, ale i wyobraźnię.

Warto wspomnieć, iż bacznie należy strzec się podszeptów tej ostatniej – nie bez kozery mądry filozof nazwał ją „hardą potęgą, nieprzyjaciółką rozumu, lubującą się w tym, by go poprawiać i nim władać” (Pascal). Wiele wieków wcześniej pewien grecki stoik zalecał, by „zamierzeniem twym było uczynić się istotą umiejącą zgodnie z naturą używać powstających w tobie wyobrażeń” (Epiktet); nakazywał również, by przez uleganie imaginacji i zwodniczym mniemaniom umysłu nie sprzeniewierzać się wyrokom bogów i opatrzności.

Wszelako dociekliwy idealista natychmiast zauważy, że takie rozumowanie stoi w sprzeczności z powszechnym przekonaniem – skądinąd niepozbawionym sensu – o roli wyobraźni we wszelkiego rodzaju kreatywności – w sztuce, nauce, w życiu publicznym o wymiarze historycznym, a nawet osobistym.  Wszak to na niej zasadza się owo przekraczanie granic i eksplorowanie najskrytszych tajemnic natury i człowieka – nawet siebie, swoich możliwości czy słabości – co potocznie zwiemy twórczością, uczenie – transgresją, a w sferze metafizyki – transcendencją. Jednakże myślenie takie, choć w dużym stopniu uprawnione, kryje w sobie pewną pułapkę interpretacyjną.

Wyobraźnia nie musi bowiem rozumu zakłócać ani sprawować nad nim władztwa – może go również znakomicie uzupełniać. Wszystko zależy od tego, jaki jest ten rozum – algorytmiczny, heurystyczny czy generatywny. Przy myśleniu sztampowym, stereotypowym, fantazjowanie budzi niechęć z obawy przed niemożnością ogarnięcia pomysłów, jakie się rodzą, a nawet lęk przed domniemanymi skutkami tego, czym byłoby ich urzeczywistnienie. Może też tak odmieniać widzenie świata, iż tworzy urojenia, które jeśli nawet „nie czynią głupców mądrymi, to czynią ich szczęśliwymi albo nieszczęśliwymi”. Albowiem nie zmuszają do zastanawiania się nad istotą rzeczy, lecz rodzą emocje – dobre lub złe – nad którymi trudno z wielu powodów zapanować.

Otóż nie sama wyobraźnia czyni takich ludzi durniami, lecz owe emocje, jakie potrafi wzbudzać – bo to one właśnie niejako „przełączają” zmysły i wytrącają człowieka z zawiasów rozumu. Traci on wtedy zdolność zadawania pytań korygujących i weryfikujących prawdziwość obrazów, jakie podsuwa każde wyobrażenie o otaczającym świecie. Pozostaje tylko emocjonalna fantastyczność ich oceny, zwykle nieprzystająca do realiów, a przed to niepokojąca i zagrażająca tym, którzy maja wszystko „dobrze poukładane w głowie i w życiu”.

W tym tkwi cały problem – w zadawaniu pytań, w otwartości na niezwyczajność ich treści i nieprzewidywalność odpowiedzi. Umysły sztywno zaprogramowane nie dostrzegają potrzeby ich stawiania, a gdy już się gdzieś kołacza im się w duszy, uznawane są za dziwactwa. Tymczasem swobodna fantazja może być matką zastanawiających wątpliwości, stymulując umysł do eksploracji, do poszukiwań nowych rozwiązań starych problemów, zachęcając do owego wykraczania poza utarte ścieżki rozumienia i poznawania świata. Ale może tez być macochą, wieszczącą nieszczęścia i zamykająca umysł w kokonie lęków przed nieznanym.  Sformatowani głupcy unikają tego, a jeśli już coś zamajaczy im w zakamarkach rozumu, wówczas wpadają w bezmyślny popłoch. Ich życie bowiem to nieustanne dopasowywanie formatów do rzeczywistości – a że są te formaty tylko algorytmami i stereotypami, więc reagują na wszystko odruchami niechęci, tym gwałtowniejszymi, im silniej zostały one sprzęgnięte z emocjami.

Umysły otwarte niejako „posługują się” wyobraźnią, upatrując w niej sojusznika w rozpoznawaniu i rozumieniu wszystkiego, co odsłania się podczas wędrówki przez sale naszego zamku. Ale sojusz nie oznacza podporządkowania się tylko współpracę, współdziałanie. Heurystyka jest wariantowością w oglądzie i działaniu, bez zmiany zasad opisu rzeczywistości, natomiast generatywność to zadawanie pytań o słuszność i zasadność reguł nią rządzących. W pierwszym przypadku przyjmuje się, że fantazjowanie ma jednak swoje granice, w drugim – w poszukiwaniu odpowiedzi odrzuca wszelkie ograniczenia, nawet gdyby zdawało się to nieracjonalne w sensie użyteczności lub nielogiczne w sensie poznawczym.

W obydwu rozum nie poddaje się emocjom na tyle, by wykluczać swobodę rozeznawania się w otoczeniu, nie zawsze też pozwala im na ograniczanie woli działania.  Niemniej w heurystyce barierą wciąż pozostaje uznawanie niezmienniczości wiedzy, aczkolwiek uaktywnia się poszukiwanie dla niej nowych zastosowań praktycznych, jak i nowatorskich często wyjaśnień istniejącego stanu rzeczy. Natomiast prawdziwie wolna twórczość odrzuca jej kanoniczność i skłania do zadawania pytań nawet z pozoru najgłupszych – ale najciekawszych i wielce obiecujących.  Szukanie na nie odpowiedzi – ot i cała sztuka wynajdywania tym sposobem nowych treści poznawczych – wraz z ich użytecznością – której wielu poświęcało i nadal będzie poświęcać całe swoje życie.

W drodze przez sale zamkowe wyobraźnia i rozum pozostają ze sobą w ciągłym zwarciu. Każda nowość rodzi ciekawość, wszelako moderowaną przez wcześniej nabyte odruchy, uprzedzenia, stereotypy, ale i rozbudzone pragnienia, nadzieje, oczekiwania, wreszcie preferencje w zakresie potrzeb, związanych z tym czy „mieć”, czy „być”.  I jedna i druga postawa życiowa znajduje w owych symbolicznych znakach i napisach, dających się odnajdować w pomieszczeniach zamkowych, jedynie ogólne wskazówki, mające na celu zachowanie jasności umysłu zarówno przy przechodzenie przez nie jak i przy wyborze właściwego z nich wyjścia.  Nie służą kalkulacjom w zakresie „mieć”, raczej sugerują, jak tu „być” – i dlaczego.  Nie zawierają porad praktycznych, lecz są jakby przypomnieniem o istnieniu owej drugiej rzeczywistości, w której życiowa praxis się dokonuje. Każde z nich jest jakby mottem fazy życia, w jaką właśnie wkraczamy, a odczytujemy je tak, jak chcemy czy potrafimy.  Jest ideą przewodnią, czymś na podobieństwo delfickiej przestrogi lub dyspozycji, której mglistość może nawet irytuje, lecz pobudza jednak do myślenia.  Co więcej, owe słowa czy znaki nikogo nie pozostawiają obojętnymi, choćby przez naturalną chęć dopełnienia ich własna treścią – niekiedy wręcz w randze imperatywu.

Tu właśnie daje o sobie znać także rola wyobraźni, nadającej kierunek owym przemyśleniom. Pod jej bowiem wpływem szukamy własnej wykładni naszemu „stawaniu się”, wedle tego, jak pojmujemy sens naszych pragnień, by ”mieć”, bądź też pomysłów na to, jakim „być. Jedni mimowolnie idą wtedy za imaginacją, inni roztropnie powściągają emocje rozumem, nie dając im sobą zawładnąć bez reszty, co na swój sposób świadczy o efektach i naukach z dotychczas przebytej wędrówki.

Owo „stawanie się” zależy więc od tego, jak te inskrypcje odczytujemy i jak z nich korzystamy, by się nie zagubić w mnogości ofert życiowych, mamiących nas w drodze swą ozdobnością i obietnicą rozmaitych sukcesów. Tu potrzeba wiedzy i rozwagi – niczym u filmowego poszukiwacza Świętego Graala, który w chwili wielkich emocji i zagrożenia umiał jednak na chłodno pojąć, że kielich cieśli nie może być wykwintnej formy i inkrustowany klejnotami, lecz powinien być raczej grubo ciosany i wyglądać aż nadto nieefektownie. Dzięki temu dokonał właściwego wyboru, ratując tym samym ojca od niechybnej śmierci. (I proszę, niekiedy nawet w popularnych bajkach dla dorosłych kryją się ślady nie byle jakiej mądrości.)

Rozdział 9

Uwagi różne, praktyczne i końcowe

Wszystko, co wyżej napisano brzmi ładnie, okrągło i może nawet sensownie, lecz jak to przełożyć na bieg życia w jego zwyczajnej codzienności – zwłaszcza w okresie maleńkości i młodości. Przez pierwsze lata decydują za nas inni, nie tylko narzucając nam drogę wędrówki, ale przekonując do słuszności i zasadności dokonywanych wyborów oraz szkoląc do radzenia sobie w marszu przez wydzieloną nam zawczasu trasę. Wszelako wszystkie sale są tak zmyślnie wyposażone, że choć większość przynależnych do nich „fantów” (czymkolwiek by były) wyeksponowano tak, by rzucały się w oko i mamiły swą wspaniałością niemniej tu i ówdzie poutykano między nimi rzeczy jakby „z innej bajki”, niezbyt do tych pierwszych pasujące. Pierwsze kuszą, drugie dziwią lub zastanawiaj – a gdy trafi się ktoś szczególnie ciekawski albo buntowniczy, wówczas odrzuci główną ofertę sali i zacznie myszkować po tych zakamarkach z „towarem” rzekomo małowartościowym. To kandydaci do „wybijania się na samodzielność” – niezależnie od wieku czy dotychczasowych zabiegów formatowania do pożądanej i akceptowanej „normalności” psychospołecznej.

 Owo nieposłuszeństwo dotyczyć może nie tylko tego, co rzeczowe czy społeczne, lecz i tego, co poznawcze i duchowe.  W tym drugim przypadku w grę wchodzą dwa obszary niepokorności – wobec kanonów wiedzy oraz narzucanej normatywności etycznej.  We wczesnych latach objawia się to dociekliwością i ciągłym pytaniem „dlaczego?”, potem przychodzi czas zastanawiania się czemu udzielano takich, a nie innych odpowiedzi – teraz już samodzielnie weryfikowanych. Raz uznaje się je za słuszne – zwłaszcza jeśli nabywa się stosownego doświadczenia i sumy informacji. świadczących o ich prawdziwości, innym razem – za niewystarczające, gdyż w zetknięciu z rzeczywistością pojawiają się rozmaite dysonanse poznawcze lub moralne.

 Istotą rozwoju jest gwarancja prawa do autonomii w tych zakresach, do akceptacji własnych poglądów, wreszcie do samostanowienia w działaniu z nimi zgodnego – oczywiście, pod warunkiem przestrzegania zasady godziwości życia i nieczynienia zła – oraz gotowości do ponoszenia odpowiedzialności za własne wybory, decyzje i uczynki. Zwłaszcza to ostatnie tkwi u podstaw „stawania się” w sferze „być”, jako że wyznacza kierunek dalszej zamkowej wędrówki – jej cele oraz dobór środków, koniecznych do ich realizacji.

Nie trzeba chyba specjalnie wyjaśniać, że buntowanie się przeciw nakazom moralnym może prowadzić do postaw ekspansywnie wręcz patologicznych. Gdy od wczesnych lat zacznie dominować postawa „mieć” wówczas wyrodzi się w zachłanność i hedonizm, zaś w sferze „mieć” – w pychę i pogardę. I tak źle, i tak niedobrze – co pośrednio dowodzi rozumności zaleceń dawnych filozofów o pierwszeństwie nauki cnót nad zdobywaniem wiedzy użytkowej. Wszelako nie ma jednego gotowego patentu dla wszystkich – za każdym razem decyduje zarówno zadany potencjał osobowy jak i roztropność opiekunów i wychowawców, asystujących u początków drogi przy odczytywaniu znaków i symboli w pierwszych „salach życia”. Tu winni oni mieć wobec podopiecznych wciąż na uwadze zasadę, iż „to najbardziej przystoi, co jest najbardziej im właściwe” (Cyceron) oraz uwagi, iż „miarę najpierw dała natura” (Wergiliusz).  Potem na zmianę orientacji i „konstrukcji” psychicznej oraz duchowej może być już za późno. Młodemu człowiekowi, z natury niecierpliwemu, wyrywającemu się do którychś drzwi lub pięknych mamideł, warto więc zawczasu wbijać do głowy sentencję pewnego rzymskiego mądrali, że „łatwiej nie zaczynać, niż zatrzymać się” (Seneka).

Nawiasem mówić, mówić to jedno, a czynić – drugie. Otóż uczony ten człowiek był doskonałym przykładem swoistej schizofrenii egzystencjalnej w sferze postaw, którą można by określić jako niespójność tożsamości czy – bardziej potocznie i dosadnie – zakłamanie. Znany potomności jako autor setek Listów moralnych, w których wykazywał się niebywałą obrotnością umysłu i języka, w życiu był osobnikiem niebywale pazernym, chciwym bogactw i honorów. Jego biografia to przykład na to, że gdy chce się „służyć jednocześnie Bogu i mamonie”, źle się na tym wychodzi – i „tu”, i „tam”. Marnie skończył, a nasz poeta odnalazł go w owym pierwszym kręgu piekła, w gronie „cnotliwych pogan”, których zasługi nie wystarczyły, by dostać nieco lepszy przydział w wieczności.

Inna sprawa, że znalazło się tam dość zacne grono – siedmiu greckich mędrców, Ptolemeusz, Hipokrates, Awicenna i wielu jeszcze innych, „o mądrym i miłym/wejrzeniu, wielce dostojnej postawy”, znanych ze swej historycznej i wręcz symbolicznej uczoności. Co prawda, oszczędzone im są męki piekielne, niemniej pozostają jakby w zwieszeniu, bez żadnej szansy na „awans” w zaświatach? Widać więc, że sama tylko sprawność umysłowa i zyskana sława, choćby nawet wielka, także ślady pewnych cnót, to za mało – sami zresztą lokatorzy tamtej siedziby twierdzą „tuśmy zesłani; kara nas nie tknęła/lecz trwać bez wszelkiej trzeba nam pociechy”.

Przykład ten doskonale pokazuje, jak splątane w nas bywają dwie główne siły napędowe – by „mieć”, i „być”. To coś jakby dwa konie sokratejskiego rydwanu, ciągnące każdy w swoją stronę.  Bieg pojazdu wyznacza rozum pospołu z wolą – aczkolwiek nie zawsze potrafi z nią współgrać w kontrolowaniu narowów tych zwierząt. Kto chce może teraz rozpocząć układanie sobie jakiejś zawiłej i rozbudowanej systematyki niezliczonych kombinacji rozmaitych czynników, decydujących o rozkładach wielu „szczegółowych” sił – i ich wypadkowych – w obrębie natury ludzkiej.  Lepiej jednak zostawić to uczonym filozofom, psychologom i teologom.  I tak per saldo liczy się przewaga jednej z dyspozycji głównej – reszta to jedna wielka nieoznaczoność, także nieprzewidywalność, czyli pole do popisu dla erudycyjnego przyczynkarstwa pracowitych akademików.

Na szczęście, są jeszcze artyści ze swą przenikliwością w „czytaniu świata i ludzi” – oni przynajmniej nie przynudzają, gdyż nie pretendują do tworzenia wielkich i uczonych teorii. Oczywiście, nie wszyscy, zwłaszcza nie ci, którzy brak talentu pokrywają błazenadą kiczu, zwykłą chałturą, służalczością wobec ideologicznej poprawności, wymuskanym „artystostwem wreszcie celebryckim zadęciem w medialnym sztafażu. Jest jednak wielu twórców uczciwych w swych dążeniach do poszukiwania prawdy i w przedstawianiu tego, co wykrywają

I oddajmy im sprawiedliwość – żaden bowiem formalizm naukowy nie uzasadnia prawdziwości tezy, iż ich artystyczne konstrukcje lub wizje postaci, zjawisk i zdarzeń miałyby być czymś zdecydowanie gorszym czy mniej trafnym niż tzw. studia przypadku oraz analizy faktów i procesów. Rygorystycznym uproszczeniom nauki przeciwstawią fantazję, empatię, emocje, wyczucie niuansów, domniemania, niedopowiedzenia – słowem cały aparat poznawczy, uznawany za „niepoważny”. Jakże więcej wiedzy o ludziach i ich losach znaleźć można w wytworach literatury, malarstwa i innych sztuk wyzwolonych niż w opasłych księgach i traktatach, do których – prawdę mówiąc – mało kto zagląda, a jak zagląda, to mało co rozumie. Nuda z nich wyzierająca zniechęca do lektury, a ubóstwo, nieadekwatność i bezradność opisów wręcz poraża, a w najlepszym razie śmieszy i bawi.

Oczywiście, wizja wędrowania po salach zamkowych wpisuje się w tę fantazyjną konwencję jako pewna umowność, licentia poetica, a nie kronikarski zapis – krok po kroku – kolejnych wydarzeń. Nie ma więc tu żadnych stałych sekwencji czasowych, jakichś norm, określających co i kiedy ma – miałoby lub powinno – następować i w jakim porządku. Jeśli nawet przyjąć, że wydzielane przez teoretyków fazy rozwojowe – aż do starości – są tożsame z pobytem w którejś z sal, to przecież nie ma takiej reguły, która wyznaczałaby dokładny czy wręcz konieczny czas pobytu w nich, ani pozwalałby określać, co ma się niej wydarzyć. Innymi słowy, jedni idą szybko, sala po sali, inni ociągają się i zwlekają z przechodzeniem przez kolejne wyjścia, są wreszcie tacy, którzy w niektórych z nich potrafią zasiedzieć się dłużej, nawet do kresu swych dni.

Kady z tych wariantów ma swoje przyczyny i konsekwencje, ale przypisywanie im jakichś uczonych nazw byłoby zwykłą stratą czasu. Nie ma bowiem w tej materii żadnego prawa nadrzędnego, z którego dawałoby się wywodzić bieg życia ani jego meandry, jakąś linię w wielowymiarowej przestrzeni możliwości i zdarzeń.  Wolna wola, spleciona z prawami natury i prawami Boskimi, jest istotą tajemnicy ludzkiego losu, której często sami nie pojmujemy. Była już wcześniej mowa o tym, że po latach przekonujemy się, jak dalece nasze życie odbiegło od tego, co niegdyś planowaliśmy, o czym marzyliśmy, ku czemu się sposobiliśmy nieraz bardzo długo i wytrwale. Po prostu, w najbardziej nieodziewanych momentach coś nas „poniosło” – i niosło potem zakolami, doprowadzając do punktu, w jakim się znaleźliśmy.  A przecież cały czas działaliśmy w przekonaniu „żeśmy sami sobie sterem, żeglarzem, okrętem?  Jakże więc to jest?

Każda z sal to zbiór pewnych ofert „na teraz”, a każde z nich wyjście to zapowiedź czegoś „na później”. Czy umiemy dobrze rozglądać się, poznać i rozważyć wszystkie możliwe opcje, odszukać i odczytać wszystkie obecne tam znaki i zapisy? To ostatnie jest raczej niemożliwe, a to z racji zarówno niedoskonałości naszego aparatu poznawczego, jak i zaciemniającego jasność widzenia naporu potrzeb, wyobrażeń, okoliczności chwili, niekiedy tego, co uznajemy za konieczność. Poddawani ograniczeniom – z wcześniejszego wyboru lub z przymusu – wikłamy się w zawiłe relacje ze światem, nadto ciążą nam wlokące się za nami więzy i uwarunkowania.

Jest tego sporo, dlatego wybory są tak trudne, nieraz jednostronne, nieraz pochopne, nieraz nietrafione. W sumie, albo czegoś szukamy, albo przed czymś uciekamy, coś chcemy zatrzymać i zyskać, czegoś uniknąć albo się wyzbyć. To wieczny niepokój wędrowca, który albo zmierza do założonego celu, by go zrealizować za wszelką cenę, albo idzie wiedziony jakimś imperatywem, jakąś gwiazdą przewodnią, bardzo odległą, ale mamiącą bliżej niezdefiniowanym spełnieniem.  Na jednym biegunie wszechwładny Cezar i szalony Midas, na drugim – mityczny wieczny tułacz lub powieściowy stalker, a między nimi niezliczona ilość pomysłów pośrednich. Jest pogoń za czymś i ucieczka przed czymś, jest walka i rezygnacja, aktywność i bierność, afirmacja i negacja, mnogość emocji pozytywnych w kontrze do tych negatywnych, jest wiara tylko w siebie lub w coś poza sobą. Są losy zrodzone z „pożądliwości ciała i oczu”, ale i z dążenia do mądrości i świętości.

W każdej z sal są oferty dla różnych wyborów i wyjścia do dalszej drogi wedle tego, co kogo do czego skłania i jak kto zamierza używać danych mu darów i talentów. Zawracać do sal wcześniej już „zaliczonych” nie można, lecz w każdej następnej zawsze daje się odszukać drzwi, wiodących do miejsc, gdzie możliwe jest zaczynanie od nowa tego, co zostało przedtem zabałaganione. Tak dzieje się z ludźmi, przeżywającymi wielkie załamania, ale i ozdrowieńcze przemiany życiowe, potrzebę ekspiacji lub pokuty. Klęski w doczesności nie oznaczają przekreślenia szans na „lepszą” wieczność, a w skrajnej wersji – na status „łotra na krzyżu”. Gorzej będą mieli ci, którzy z własnej woli wybiorą zatracenie się w czynieniu zła i w grzeszności, mimo ostrzeżeń, jakie co i raz podsuwa im sumienie, czy chociażby zdrowy rozsądek i zwykła przyzwoitość.

Przestrogi te są tym bardziej znaczące, iż nikt nigdy nie wie, czy sala, w jakiej się akurat znalazł nie jest aby w jego wędrówce salą ostatnią. Niezależnie od wieku, stopnia zaawansowania planów, długości przebytej dotychczas drogi, ilości sukcesów czy poniesionych porażek, od tego ile się już zdobyło, jakim się już stało – wszystko może zostać w jednej sekundzie przerwane, bądź to nagle, bądź to po czasie choroby, w chwili jakiegoś kataklizmu, losowego zdarzenia, nieszczęścia, nawet w momencie tryumfu.

Niezależnie od przezorności, zapobiegliwości, ostrożności w szafowaniu siłami i zasobami, od modłów czy medycznych zabiegów – koniec jest nieuchronny, choć nieprzewidywalny co do czasu i miejsca, niezależnie od naturalnego przecież z latami „zużycia materiału”. Bywa, że w ludziach steranych, schorowanych i wyniszczonych życie kołacze się latami ponad wszelką miarę i wyobrażenie, podczas gdy ci młodzi, silni, zdrowi, prężni i aktywni znienacka schodzą z tego padołu ku własnemu zaskoczeniu i zdziwieniu otoczenia. Tak to już bowiem się dzieje, że przychodzimy na świat bez żadnej „karty gwarancyjnej” z oznaczonym terminem jej wygaśnięcia. Jeśli nawet „wszystko zapisane jest w górze”, to nikt z nas nie wie co – i dlaczego właśnie tak.

Oczywiście, wiele symptomów pozwala przewidywać nadchodzący kres, lecz kalkulowanie prawdopodobieństw bywa złudne i zawodne. Choć medycyna dysponuje wysoce już wyrafinowaną diagnostyką, to przecież nawet przy sporym – acz dalece niedoskonałym – rozeznaniu w biologicznej przyczynowości funkcjonowania ludzkiego organizmu raz po raz ma do czynienia z fenomenami zgoła niepojętymi. Prawdziwie powiada pewien wspaniały chirurg, że „leczyć powinniśmy nie wyniki badań, lecz pacjentów”.

W rzeczy samej!  Bywają chorzy, którzy nagle zdrowieją, mimo że z badań wynika, iż są już w „fazie terminalnej”, bez nadziei na przeżycie. Cudowne ozdrowienia nie są wcale takie rzadkie, a liczne wybudzenia po wieloletniej komie nieodmiennie zaskakują i zdumiewają najbardziej nawet wytrawnych specjalistów. Wciąż zagadką pozostaje fenomen tzw. śmierci klinicznej i „powrotu z drugiej strony tęczy”. Z kolei ludzie, zdiagnozowani jako zdrowi umierają wbrew wszelkiej logice medycznej, a sekcje zwłok nie wykazują właściwie żadnych sensownych tego przyczyn. Wszystko było wspaniale – i nagle „się zepsuło”. Jakby ktoś wyjął wtyczkę z kontaktu – i sprawna maszyna stanęła.

Śmierć jest kresem, ale umieranie – procesem, który ma dwa wymiary: psychofizyczny i duchowy. Pierwszy jest koniecznością, drugi – ledwie możliwością. I na tym zasadza się osobliwa tajemnica przechodzenia do wieczności, w której znika fizyczność i psychiczność, lecz pozostaje dusza – tyle że w takim stanie, w jakim ją „donieśliśmy do mety”. Ponieważ – jako się rzekło – nie wiadomo, gdzie nasza meta jest nam pisana, zatem winniśmy „nieść” tę daną nam cząstkę Boga nader uważnie i roztropnie, tak, by w każdej chwili jej stan pozwalał żywić nadzieję na jak najlepszy przydział w zaświatach. Nie jest to jednak łatwe, a nasze przekonania w tym względzie, zwłaszcza co do własnej zacności i godziwości naszego życia, jakże często bywają tylko mniemaniem, zrodzonym z sumy fałszywych wyobrażeń na własny temat.

Kwestia niepewności nadejścia kresu życia nie zaprząta nam na co dzień głowy, zwłaszcza w młodości. Dopiero z wiekiem zaczyna coraz częściej i wyraźniej przewijać się w umyśle – zrazu mgliście, niczym nieuchwytny cień, przemyka gdzieś między rożnymi rozważaniami, pomysłami, planami, w chwilach dokonywania bilansów mniejszych i większych dokonań. Stopniowo wybija się coraz silniej na plan jeśli nawet nie pierwszy, to jednak bliski i odtąd nieustannie już nam towarzyszy, nawet jeśli staramy się zagłuszać lęki, jakie wywołuje. Odtąd w każdej kolejnej sali zastanawiamy się i rozglądamy bacznie, czy aby nie ma w niej wyjścia do korytarza, wiodącego już wprost ku drzwiom z zamku. A takie wszędzie są – bo przecież być muszą! Albowiem jest ten zamek budowlą aż nadto dziwaczną i nielogiczną z punktu widzenia praw fizyki i niemożliwą osobliwością architektoniczną.

 Zauważmy, że nigdzie dotąd w jej przywoływaniu nie było ani słowa o zwykłej logice – wszak to jedynie fantazyjna alegoria, nijak nie pretendująca do naśladowania rzeczywistości. Wszelako ma ona swój pierwowzór, i to bardzo konkretny – fascynujące zamki Eschera, absurdalne wizje artysty, przeciwko którym buntuje się nasze postrzeganie świata przez zmysły i rozum. Jeśli jeszcze do braku „zwykłej” logiki przestrzeni dodamy alogiczność przyczynowości czasowej ludzkiej pamięci i  jej wpływu na bieżące życie – wówczas „jesteśmy w domu”.

Tylko jak się z nim oswoić, jak się w nim poruszać, jak wchodzić i schodzić po bezsensownych, ale przecież solidnych schodach,  po sufitach i przenikających się ścianach? Jak w ogóle odszukiwać sens tych wędrówek przez sale i amfilady, jak pojąć, że nigdy nie wiadomo, gdzie się człowiek znajdzie po przejściu z jednego jego fragmentu do drugiego?  Jak odnajdywać się w równie „niemożliwych” jego salach z fantazyjnie i równie „niemożliwym” wystrojem?

O dziwo, po bliższym i dłuższym wpatrzeniu się w te niezwykłe obrazy zaczynają one wciągać, narzucać swoja aurę, bawić narzuconą narracją, Poczniemy skupiać wzrok na szczegółach, wodzić nim tu i tam, całość przestanie już razić swoją alogicznością. Ba – w pewnej chwili trochę zmieszani, trochę rozbawieni, ruszymy na próbę w jakąś trasę, zafascynowani nawet nie tym, dokąd nas doprowadzi, lecz jak dziwacznie będzie przebiegała. Już nawet po zatrzymaniu się w którymś z jego pomieszczeń, pobyt w nim przyprawia o zawrót głowy, a co dopiero próby ogarnięcia zasad ich układu i wyposażenia. Stosunkowo szybko poczujemy się jak Alicja w Krainie Czarów – zniknie zdziwienie, a zrodzi ciekawość i gotowość do przeżywania kolejnych zaskoczeń. Co więcej, gdy coś okaże się przez dłuższy czas nazbyt „zwyczajne”, odczujemy wręcz zawód – mimo że to tylko eksperyment na papierze.

Tak to właśnie objawia się przewaga artysty nad uczonym o umyśle skutym logiką i jakże ubogim redukcjonizmem poznawczym. Co ciekawe, ta niemożliwość logiczna dzieł Eschera ma swój sens wręcz matematyczny, o czym mało kto wie. Ale bo też tylko matematycy – a i to nie wszyscy – są w stanie uchwycić niezwykłą urodę tych konstrukcji, gdyż sami są trochę jak artyści, nadto podszyci dzieckiem.

Zastanawia fakt, iż zamki te mają konstrukcję zwartą i zamkniętą! To jedyne odstępstwo od alogiczności wizji – geometryczne domkniecie każdej całości. Artysta pomija również ich otoczenie – świat w jakim trwają w dziwnym zawieszeniu „gdzieś”, nie wiedzieć gdzie, w jakimś rozmytym kosmosie.  Ponieważ można sobie tylko o tym pofantazjować, więc nie będzie zbyt dużą samowolą przyjęcie, iż owym bezkresnym „gdzieś” jest owa rzeczywistość nadprzyrodzona, której duch przenika wszystko, co się w niej znajduje. Tym sposobem dochodzimy do splątania dwóch światów, w jakich żyjemy – realności, która łączy fizykalna logiczność zespolonej z nią alogicznością oraz nadrealności, w której obowiązują prawa, niedające się wyrazić w języku tej pierwszej.

Każdy może teraz interpretować tę wizję po swojemu. Dla jednych kosmos, w jakim zawieszone są owe zamki będzie bezosobowym Absolutem, dla innych Państwem Bożym, dla jeszcze innych – jakoś specyficznie uformowaną „krainą” zaświatów. Rozmaitym niedowiarkom pozostaje jedynie pustka i rozpaczliwa nicość. Mają więc kiepsko bowiem przerażać ich musi zarówno sam zamek z jego nierealistyczną absurdalnością, jak i to, co poza nim, gdyż gdzie nie spojrzą, nigdzie nie znajdują większego sensu swego istnienia – ani tu, ani tam. Pozostali mają tę przewagę, że wiedzą – lub wierzą – gdzie go upatrywać i dlaczego. Dlatego nie przeraża ani obezwładnia ich życie, pełne zarówno wzlotów jak i upadków, sukcesów i klęsk, radości i smutków. Jeśli nawet niejednokrotnie zżymają się, złorzeczą, popadają w zwątpienie lub przeżywają załamania, to przecież wiedzą, że po całej tej mordędze czeka ich jakieś zadośćuczynienie. Czy będzie to chrześcijańskie niebo, czy Kraina Wiecznych Łowów – zawsze jest miejsce, dokąd w końcu się dotrze. Co ciekawe – każda kultura i cywilizacja ma swoje zaświaty, natomiast ateiści są niejako ponadnarodowi i ponadkulturowi, gdyż nie mają dokąd zmierzać ani do czego aspirować.  Może jednak – choć sami tego nie wiedzą ani w to wierzą – dobry Bóg w swym nieskończonym miłosierdziu wydzielił dla nich – przynajmniej dla tych najprzyzwoitszych – jakiś zakątek na wieczność, na wzór pałacu dla „cnotliwych pogan” odwiedzonego przez poetę u początku swej wędrówki. Jakże zdziwi się ten spośród nich, kto tam trafi!

Na koniec wreszcie pozostał jeszcze jeden wątek rozważań o zamku życia, nader ważny i wielce znaczący z punktu widzenia trasy, jaką w nim przemierzamy. To pytanie o wspólnotę drogi – o wędrowaniu samotnym lub wespół z innymi. Wszak „w trasie” nieustannie dochodzi do niezliczonych spotkań, które stają się mniej lub bardziej złożonymi i wieloaspektowymi relacjami – chwilowymi, przypadkowymi, dłuższymi, krótszymi, spokojnymi i burzliwymi.  Mają one różny ciężar gatunkowy z punktu widzenia naszego ziemskiego bytowania, naszej orientacji na to, by „mieć”, „być”, a nade wszystko ze względu na owo „stawanie się”, dokonujące się i manifestujące w kontaktach z bliźnimi. Są różne i wielowymiarowe, obejmują sobą to, co rzeczowe, zadaniowe, społeczne, emocjonalne, moralne, my zaś jesteśmy ich uczestnikami – zrazu tylko biernymi, potem już coraz bardziej aktywnymi. Z czasem nasz w nich udział oscyluje między odrywaniem roli obserwatora lub aktora różnych planów.

Powstają też bardzo osobiste, nawet intymne więzi szczególnego rodzaju i bliskości, zarówno te z wolnego wyboru, jak te z uwarunkowań, wymuszonych przez los. Są silnie osadzone w emocjach, rozum natomiast je albo sankcjonuje jako pożądane, bądź odrzuca jako uciążliwe. Jednych chcemy się jak najszybciej pozbyć, inne hołubimy z rozmaitych powodów. Dokładne tego opisywanie, klasyfikowanie przypadków według mnogości przyczyn i skutków, kwalifikowanie według zgodności lub niezgodności z normami moralnymi – to zadanie nazbyt heroiczne, by było tu wykonalne. Niemniej jedno trzeba mieć wciąż na uwadze, że każda relacja, jej postać i czas trwania, to także wybór, dokonywany na kolejnych rozstajach dróg – o skutkach niekiedy nieprzewidywalnych. Ich nieoznaczoność bowiem jest pochodną ilości i rodzaju indywidualnych wyborów wszystkich uczestników spotkania, a nasze wyobrażenia o jakości i trwałości więzi lub zwykłego, nawet zadaniowego czy instrumentalnego związku „wieloskładnikowego” bywają bardzo złudne.

Jest wszelako jedna relacja, która wymyka się wszelkiej spekulatywności rozumu i jakiejkolwiek systematyce – miłość, „co gwiazdy porusza i słońce”. Od prawieków trwa poszukiwanie jej definicji – ale bezskutecznie.  Powiedzmy, że jest to tyleż tajemna, co realna i potężna moc duchowa, bodaj czy nie najwspanialsza, która szuka dla siebie ujścia i spełnienia. Jest jeszcze jedną córą mądrości Bożej – ale szczególnego rodzaju, bo nie tylko po ludzku zwyczajnej, obciążonej słabościami i cielesnością, ale i głęboko duchowej. Jest jednocześnie źródłem poznania –  i jego skutkiem, także źródłem wszelakiego dobra, jakie możemy czynić i jakie inni mogą czynić wobec nas. Największą bodaj przewiną człowieka jest grzech przeciw miłości i zabijanie w sobie potrzeby oraz zdolności przeżywania i doświadczania wszystkiego, co z niej wyrasta.

 Wszelako tak, jak nie można zabić w człowieku duszy, tak nie można w nim zabić potrzeby miłości. Można ją niszczyć, wyśmiewać, prostytuować, poniżać i upodlać, można z niej szydzić, za nią karać, zakłamywać ją lub usypiać, manipulować nią, nawet jej się wyprzeć – lecz nie można jej zabić bez zabijania samego człowieka. Nikt i nigdy, żaden programista społeczny, żaden genetyk, ani psycholog, żaden ideolog, żaden despota, żaden fałszywy prorok czy bożek nie jest w stanie sprawić, że zniknie, że przestanie się odzywać, że nie wyrwie się na świat przy pierwszej nadarzającej się sposobności. Nawet ktoś w życiu, rozdeptywany, terroryzowany, wylękniony, kryje w sobie tajemnicę miłości, pragnienie niezbywalne i nieusuwalne żadnym sposobem.

Czy zatem to, co w człowieku najlepsze, koniec końców zawsze bierze górę i w nim, i nad nim?  Z drugiej strony, czy można tak się samookaleczyć duchowo, by stłamsić w sobie jakikolwiek odruch miłości? Czy możliwa jest wersja opowieści wigilijnej bez dobrego zakończenia? Oczywiście – wszak wolna wola dopuszcza odrzucanie wszystkiego, także wybranie własnego zniewolenia i upodlennia. Lecz czym w taki razie byłaby relacja z takim osobnikiem? O jakiej więzi z nim i wspólnocie drogi można by mówić? Odpowiedź jest prosta i oczywista – o żadnej. Pozostaje tylko pytanie: do którego z kręgów dantejskiego piekła dostałby taki typ przydział na wieczność – i czy byłaby to kara dostateczna?

W naszym fantazyjnym zamku panuje wielki tłok, tyle że szalenie cudaczny – jedni akurat idą jakby po ścianie inni po sufitach, inni jeszcze w dół, który jest górą. Bywa tak, że widzimy się nawzajem w tej alogicznej przestrzeni, ale z racji jej osobliwości nie zawsze udaje nam sie spotkać. Niekiedy idący razem znienacka rozchodzą się jakby wbrew swej woli, nieuważnie wybierając kolejne przejście. Potem odnalezienie się bywa już niemożliwe. Zdarza się, że ludzie idą pozornie jakby ramię w ramię, lecz są dla siebie nieosiągalni, gdyż każdy idzie jakąś odrębną trasą. Pozostaje więc trzymanie się za ręce lub jakaś inna forma bardzo trwałych więzów, dzięki którym nie grozi rozejście się na boki. I jakby nie zabrzmiało to pretensjonalnie, przyjąć należy, że trwałość wspólnoty drogi, ową „gwarantowaną” bliskość wędrowania, zapewnić może tylko miłość. Bez niej prędzej czy później, skupieni głównie na sobie, rozpraszamy się – niekiedy z żalem, niekiedy z ulgą albo zgoła obojętnością.

Co ciekawe, znane są przypadki, gdy miejsce miłości zajmuje wzajemna nienawiść. To swoisty paradoks, w którym motorem działania, niejako podstawowym napędem relacji jest nie czynienie dobra, lecz prześciganie się w destrukcji. Na to jednak muszą godzi się obydwie strony takiego układu – i co ciekawe zdarza się to dość często, przybierając formy równie zabawne, co patologiczne. Cóż, skoro wolna wola – to wolna wola.

Oczywiście, każdy wariant hipotetycznego spotkania w owej budowli to osobny temat zarówno do uczonych badan i analiz, jak dla artystycznych wizji ludzkich doznań i doświadczeń. Niemniej ludzie nauki maja tu gorzej, gdyż nie z bardzo wiedzą, jak sobie radzić z moralnością, wolą czy sumieniem. A przecież siła i rodzaj więzi międzyludzkich jest probierzem świadomości moralnej połączonych nimi ludzi i stanu ich duszy. Jedni zdają sobie z tego sprawę, inni uciekają od niej. Jakby jednak kto nie udawał, że go to nie interesuje ani wzrusza, to przecież prędzej czy później dopadnie go głos sumienia, który – nawet zgłuszany ze wszech sił – odezwie się ze swoim memento. To kolejny paradoks zadany nam przez Stwórcę – wyposażywszy nas w wolna wolę, dzięki której możemy odmawiać posłuszeństwa Jego prawom i nakazom, uczynił nas jednocześnie zakładnikami innych przydzielonych nam atrybutów. Możesz robić co chcesz, lecz pamiętaj, że za wszystko będziesz musiał kiedyś zapłacić – i nie tylko tu, ale i „tam”. Tym sposobem narzucił nam brzemię odpowiedzialności za samych siebie i za innych, którego wyzbyć się nie można.

Tak to wolna wola łączy się z determinizmem – niczym w teorii chaosu, gdzie z każdego punktu krzywej losu mogą wieść co najmniej dwie różne dalsze drogi, a na kolejnych ich rozstajach konkretne decyzje rozstrzygają o dalszym jej biegu. Matematycy posługują się tu wielce uczonym terminem „bifurkacji” – z grubsza rzecz biorąc, swoistego, możliwego rozszczepienia biegu zdarzeń pod wpływem czynników sytuacyjnych lub losowych – nawet z pozoru mało znaczących. W grę wchodzą również tzw. „atraktory” – coś, co „przyciąga”, przekierowuje procesy i odmienia kierunek ruchu. Cóż, jest ta koncepcja szalenie skomplikowana formalnie, aczkolwiek dla nas zasada brzmi prosto – dokonany wybór w trakcie wędrówki narzuca dalszy jej bieg, co wywołuje określone konsekwencje decyzji, podjętych ze względu na to, co w danym momencie życia staje się dla nas najważniejsze i najsilniej motywujące. Reszta to już tylko nieuchronność skutków dokonanego wyboru, a wraz z nią konieczność ich ponoszenia.

Może to wszystko brzmi aż nadto banalnie, lecz warto czasami przypomnieć sobie, że takie właśnie reguły rządzą całym naszym życiem – dobrze jest mieć to na uwadze zwłaszcza wówczas, gdy dokonujemy bilansu dokonań lub gdy musimy coś wybierać, o czymś zdecydować. Czy czynimy to pod wpływem emocji, z wyrachowania czy z nakazu moralnego – to już zależy od siły potrzeb, a także od wykształconych w nas „narzędzi” psychofizycznych, od rozumu i nabytych cnót, wreszcie od niezaburzonego kontaktu z własnym sumieniem. Kto o tej zasadzie zapomina, ten może potem gorzko żałować – co nie znaczy, że ten, kto się nią kieruje zawsze będzie kroczył od sukcesu do sukcesu, ku nieustającej szczęśliwości. Odpowiedzialność to także trudy i wyrzeczenia, a z kolei dobremu samopoczuciu i „dobrostanowi” nie zawsze towarzyszy niezmącony spokój duszy.

I wciąż uwiera w środku myśl o niepewności wyroku w wieczności…

ZAKOŃCZENIE

Mocą poetyckiej wyobraźni wędrujemy przez zaświaty, gdzie nad wrotami piekieł widnieje złowieszczy napis wiadomej treści, po wkroczeniu na górę czyścową słuchać, jak „co chwila grzmot potężny szumi”, zaś do gwiezdnych sfer raju wiedzie portal świetlisty i „obłok świetlany/gęsty, lśniący”.  Mimowolne zastanawiamy się, dokąd byśmy w tej chwili życia trafili, na co już sobie zapracowaliśmy. Na ile taki szybki i pobieżny bilans byłby uczciwy – to już wiedziałby tylko każdy zainteresowany. Jedno jest pewne – nic nie dałoby się oszukać, ani ukryć, a przywoływane naprędce możliwe okoliczności łagodzące nie miałyby specjalnego znaczenia. Pozostawałoby tylko oczekiwanie na wyrok – sprawiedliwy i oby miłosierny.

Powiada się, że w chwilach „ostatecznych” – śmiertelnego zagrożenia lub wręcz śmierci – w jednej sekundzie człowiekowi przewija się przed oczami duszy całe jego życie. Pomińmy domniemany mechanizm tego zjawiska, zastanówmy się jednak, czy rzeczywiście powracają wtedy wszystkie wspomnienia, niezależnie od ich wagi, czy tyko te niektóre, które obciążone są jakąś szczególną konotacją treściową lub emocjonalną. Relacje tych, którym to się przytrafiło – i przeżyli – są niejednoznaczne. Zresztą nie w tym rzecz, żeby wdawać się teraz w psychologiczne czy neuropsychologiczne analizy – te zawsze będą ograniczone do czystej fenomenologii, a i to redukcjonistycznej. Wszelako ciekawe jest, jakie znaczenie może mieć takie przeżycie w sensie duchowym, przygotowującym do przejścia „na drugą stronę”.

Nie sposób obiektywnie zweryfikować ani sfalsyfikować tezy, że pamięć przechowuje absolutnie wszystko, co nam się kiedykolwiek przydarzyło – tego nie da się ani policzyć, ani jakkolwiek odtworzyć. Jedno jest faktem – taki przewijający się „do tyłu” film to bilans tego, co najważniejsze, najistotniejsze, niekiedy zadziwiający nawet dla samego zainteresowanego. Okazuje się bowiem, iż rzeczy wielkie maleją wobec pozornych błahostek i drobiazgów. Przypomina to sytuację, gdy robimy porządki na strychu lub w szufladach – jakby remanent w nagromadzonych starociach, szpargałach, na półkach i w szafach. Nieraz jakaś zakurzona wstążka czy wyblakła fotografia, gdy znienacka wypadnie ze stery zapomnianych pamiątek, potrafi wywołać silna emocję i uruchomić lawinę wspomnień – zdarzeń, osób, kontekstów, miejsc, najdziwniejszych nawet szczegółów. A to znaczy, że coś, co wyrzuciliśmy z bieżącego obiegu, co nie uczestniczy w codziennym życiu, co upchnęliśmy w graciarni na dnie musiało niegdyś mieć swoje niebagatelne znaczenie. Zapewne jest świadectwem nie tyle minionego czasu, ile dokonanych niegdyś wyborów i podjętych wówczas decyzji. I to pamięć o nich, a nie same odnalezione przedmioty z nimi się kojarzące – uruchamiają tak silne reakcje. Najwyraźniej nie bez powodów – odszukanie ich cofa nas w umyśle i duszy na któreś z dawnych rozstajów, kiedy to skręciliśmy w prawo, a nie lewo, a teraz po latach zastanawiamy się czy aby słusznie.

Znów poruszamy się w sferze banału, lecz jakże pouczającego. Jak w wierszu Mickiewicza, pamięć nigdy nie posłucha nakazu ani woli, ani zapomnienia, ani nawet spowiedniczej pokuty. Uczynki zapisywane są skrupulatnie i trwale, bez wyjątków. Grzechy bywają nam odpuszczane, ale nigdy nie są przez nas zapominane, niezależnie od tego, jakie by całe plemię psychologów wypisywało androny o wyparciu i innych ich ulubionych mechanizmach obronnych, odczyniając przy tym nad nimi swoje szamańskie gusła. Te mechanizmy bowiem to jedynie sposoby lepszego lub gorszego radzenia sobie z brzemieniem pamięci, ale brzemienia tego nie zdejmują. To jest właśnie ów krzyż, który niesiemy w pamięci zapisana jest bowiem również historia naszego sumienia, a z tą uporać się nie da rady nikt, oprócz tego, kto nam je zadał i jest władny je rozliczać w stosownym czasie i miejscu. I dlatego właśnie poeta, przemierzający zaświaty, tak wyraziście, z zachwytem opisał ulgę, jaka sprawiło mu oczyszczenie się w dwóch granicznych rzekach – w Lecie, która ”pamięć grzechu zmywa”, i w Eunoi, która „wspomnienia dobrych czynów niesie”.

Przemyśliwanie o sprawach ostatecznych przykrawamy zwykle do własnych doświadczeń – co w pełni zrozumiałe, jako że przyświeca im przekonanie, iż nie jest z nami aż tak źle, by nie mieć żadnej nadziei na zmiłowanie Boże. Kto pozostaje niedowiarkiem – temu wszystko jedno, chyba żeby wzorem Petroniusza, kierującego się słowami Platona, uznał, że „gdy ostatnia czara wychylona czas odejść, spocząć i uczynić to pogodnie”.  Ale i on wierzył w nieśmiertelność duszy, tyle że po swojemu rozumiał jej bytowanie na tamtym świecie. Kto i to wyklucza musi być bardzo nieszczęśliwym człowiekiem, gdyż stając wobec nieuchronności końca, nie jest w stanie odnaleźć sensu ani początku życia, ani jego biegu inaczej jak tyko w samym sobie. Nie ma jednak żadnych kryteriów, według których mógłby dokonywać jakiegokolwiek jego bilansu – bez zakorzenienia go w wieczności i jej prawach, wszystko okazuje się być tylko ulotnością, z której nic godnego uwagi nie da się wyekstrahować. Życie jako pływanie po morzu chaosu i kres jako nicość – to dość kiepska wizja własnego istnienia, dlatego tak wiele jest ludzkiej szamotaniny, podszytej rozpaczą.

Codzienność bywa trywialna, męcząca, zniechęcająca – ale zawsze jakoś ją znosimy, radując się przeżywaniem chwil wytchnienia, sukcesami większymi lub mniejszymi. Jest też a w dużym stopniu rutyną – nużącą i wyczerpującą. W tej bezwładności bytowania co i raz dokonujemy rozmaitych wyborów, koniecznych na to, by sprawnie i skutecznie egzystować na tym „targowisku próżności” jakim jest świat ze swoim wymogami przetrwania. Niemniej niekiedy przychodzą momenty podejmowania decyzji na tle ważnych, iż zmieniają ów inercyjny bieg zwykłych zdarzeń nadając mu przyspieszenia lub zasadniczo zmieniając jego kierunek. Bywa, iż przekształcają nas samych, nasze otoczenie, nasze relacje, nasze dążenia w sposób pożądany, ale nieraz i zgoła nieprzewidywalny na dłuższa metę,

Skutki tego bywają rozmaite, lecz zawsze trwałe, zapisując się w pamięci i sumieniu, i wpisując w dorobek naszych uczynków. Tak to zbieramy „kupony” na przyszłe wypłaty, sumujące się do bilansu dobra uczynionego lub zaniechanego, z którego zostaniemy kiedyś rozliczeni.  Można domniemywać, że owo „przewijanie filmu” to przypomnienie przede wszystko owych punktów zwrotnych wszystkiego, co się z nimi wiąże – okoliczności, konieczności, osób, kontekstów. Być może właśnie wtedy też dociera do nas pełne zrozumienie ich następstw, którego dotąd brakowało. Niektórzy gotowi w tym upatrywać tego, co zwie się rachunkiem sumienia, jaki staje się udziałem ludzi, stających na krawędzi życia. I – co ciekawe – nie musi to być moment, w którym z tej krawędzi spadniemy raz na zawsze. Gdy przetrwamy, gdy jeszcze utrzymamy się „w pionie”, na pewno wrócimy znad niej bardzo już odmienieni. Jeśli jednak pisany nam będzie już kres życia – wówczas z tym rachunkiem wyjdziemy z naszego zamku, a przydział, jaki otrzymamy, nie okaże się dla nas zaskoczeniem.

Poetyckie fantazje mają to do siebie, że można je snuć ad li bitum, wszelako alegorie muszą mieć swoje zwieńczenie. Tajemnica ludzkiej decyzyjności obrosła w niezliczoną ilość pomysłów ja wyjaśniających – żaden jednak z nich jej nie wyjaśnia w pełni, gdyż jest to niemożliwe. Nieoznaczoność sił w nas działających, także nieprzewidywalność skutków, jakie wyzwalają, stwarza nieograniczone wręcz pole do popisów eksplikacyjnych zarówno dla rozumu, jak i empatii czy wyobraźni. Czy będzie to chłodny uczony, czy bujający w obłokach artysta, czy wreszcie praktyczny sceptyk – wszyscy swoimi próbami po równo dokładają się do naszej wspólnej wiedzy o istocie i mechanice tego zjawiska. Oczywiście, każdy odwołuje się do własnych doświadczeń i przemyśleń, lecz jakże mogłoby by być inaczej?  Wszak najbardziej skupiamy się na tym, co nas najbardziej ciekawi, ale i uwiera. No, o – jak powiadają  – „każda pliszka własny ogon chwali”.

Mnogość takich zapisów daje każdemu poszukującemu możliwość odnalezienia formuły dla niego najlepszej, najbardziej przemawiającej do jego indywidualnej wyobraźni, do jego umysłu i uczuć, wreszcie do jego wiary (lub jej braku). Jedno jest w tym pewne – trzeba przełamać się i dopuścić do siebie myśl, iż być może mój własny ogląd tych spraw jest bardzo ograniczony, wynika z formatu, w jakim mnie ukształtowano, i że inne opcje mogą być tu równie uprawnione jak moja własna.

Dotyczy to zwłaszcza uznania istnienia nadrealności i odstępowania od zwyczajnej „logiczności”, od stereotypowej „normalności”, wreszcie od bezkrytycznego ufania autorytetom. To warunek samodzielnej kreatywności we własnych poszukiwaniach, zapewniającej jakiś pozytywny ich efekt. Rzecz jest tyleż poważna, co fascynująca, więc warto nieco się potrudzić, by się nad nią pochylić – zarówno z powagą jak i z dziecięca wręcz przekorą.

Dantemu w zaświatach towarzyszył niezwykły przewodnik – Wergiliusz, potem wiodła go dalej Beatrycze. Wędrował więc wspierany ogromną mądrością i niezwykłą miłością. Niestety, nam tu na ziemi brak takich postaci, którym zawierzylibyśmy aż z taką jak on ufnością drogę, jaką przemierzamy. Jest wielu fałszywych proroków, bożków, autorów rozmaitych teorii, konceptów i poradników, syrenich głosicieli licznych idei i ofert na życie. Rozważmy jednak w duchu, kogo z nich obdarzylibyśmy zaufaniem na tyle dużym, by bezkrytycznie pójść za jego głosem. Włoski poeta miał niebywałą wiedzę, a i on gubił się po drodze – cóż więc mówić o nas, którym jej zwykle niedostaje.

Czy nam się to podoba, czy nie – od wyborów i decyzji oraz ich konsekwencji nigdy nie da się uciec. I na jaką wieczność sobie nimi zapracujemy – taką nam przydzielą. Może więc warto zakrzątnąć się zawczasu nad rozumieniem o co w tym wszystkim chodzi – zanim będzie za późno i zostanie „jeno płacz i zgrzytanie zębów”.

„Początek u Kresu Drogi”

Usiadłem na samym końcu wielkiego tłumu, jaki zebrał się nad rzeką, na kamienistym brzegu za miastem. Byłem ostatni, ale podeszli i do mnie. Wyglądali ubogo, byli chyba towarzyszami albo wręcz służącymi mężczyzny, który w oddali jakby coś tłumaczył otaczającym go ludziom, żywo przy tym gestykulując. Nie słyszałem, co mówił, siedziałem zbyt daleko. Zresztą w tym gwarze trudno było cokolwiek zrozumieć, docierały do mnie tylko pojedyncze słowa, te, wypowiadane głośniej i z emfazą. Mówił w miejscowym dialekcie, więc tym bardziej nie miałem szans by ze strzępów docierającej do mnie przemowy złożyć jakąś zborną całość. Dałem więc sobie spokój z nasłuchiwaniem i skupiłem uwagę na obserwowaniu tego, co działo się wokół mnie….
Książka do pobrania – TUTAJ

Początek u Kresu Drogi

CZĘŚĆ IV

  1. Obiecujące początki

Rano, skoro świt, zebrawszy się wszyscy przy bramie, zaraz za murami miasta, uformowaliśmy zwarty rząd i ruszyliśmy w drogę. Przyglądała się temu spora grupa miejscowych, chętnych obejrzeć śmiałków, wypuszczających się w tak daleką podróż. Pojawił się też Fandak z Menandrem, by osobiście dojrzeć, jak rozpoczyna się wyprawa, którą po równi z obawą, ale i determinacją puścili w ruch. Darowaliśmy sobie długie pożegnania, obyło się też bez wróżebnych rytuałów, czy składania błagalnych ofiar. Trwało oczekiwanie, kto też da znak do wymarszu. Fandak, ze swoim nieco drwiącym uśmieszkiem, spojrzał wymownie na mnie z ukosa i w końcu wyszło tak, że to ja stanąłem z przodu i, wezwawszy przewodnika, uniosłem rękę, kierując konia na zachodnią drogę. Obok mnie jechał Idas z Patrosem, zwierzęta z towarami i obozowym dobytkiem rzędem za nami, po bokach szło trochę luzaków, zaś dokoła dreptali konni zbrojni w małych grupkach. Babur jechał w środku kolumny, Hanowie trzymali się razem, Sangren miał swojego kamelosa, podobnie jego tajemniczy towarzysz, obarczony wieloma równie tajemniczymi pakunkami. Agis spokojnie krążył między nami, mając baczenie na to, co się dokoła dzieje.

Przebyłem tysiące stadiów, by rozeznać się w szlakach karawan, lecz nigdy ani mi do głowy nie przyszło, że pewnego dnia sam będę z taką wracał, na dodatek, wiodąc ją z woli wszystkich jej uczestników. Wszelako najważniejszy był teraz przewodnik, z którym postanowiłem się dokładniej rozmówić, co do sposobu i czasu jazdy, postojów, pogody, warunków, nawet zagrożeń, jakie mogą nas czekać. Najął go Menander, ręcząc za jego rzetelność, o której miał ponoć okazję nieraz się przekonać. Nie widziałem powodu, by w to wątpić, niemniej chciałem wywiedzieć się jak najwięcej szczegółów, by móc zawczasu, na ile dam radę, jak najlepiej pojąć, co też nas czeka. Taka nauka to bezcenna rzecz dla kogoś, kto o wschodnich karawanach tylko słyszał, lub czytał, ale nigdy nie widział żadnej na oczy, a tym bardziej nie doświadczył na własnej skórze, jak się nią wędruje.

Przewodnik zwał się Sulik, ale z jakiego się wywodził ludu – orzec było trudno. Miał nas doprowadzić do miasta, zwanego przez niego Subzawur, odległego od Merwu o miesiąc jazdy. Niewiele mi to mówiło, podejrzewałem, ze może idzie o Hekatompylos, owo miasto tysiąc bram, o którym czytałem u naszych historyków. Ale pewności nie miałem, prócz tej, że to krainy chorasańskie, przez które niegdyś przeszły wojska Aleksandra, a którymi potem zawładnęli Partowie. Wcześniej, idąc do Baktrii przez Hyrkanię, ominąłem je od północy. Teraz będzie okazja, by przyjrzeć się temu, co opisali nasi kronikarze, i na własne oczy przekonać, czy trafnie i rzetelnie. Niezależnie od tego, jak wypadnie porównanie, pewności siebie dodawała mi możność orientowania się, z pewnym, oczywiście, przybliżeniem, gdzie jesteśmy i będziemy co do miejsc i odległości.

Uspokojony z obaw o sam szlak, pozostawiłem rzeczy swojemu biegowi, zamierzając dokładniej poznać i włączyć do pamięci to, co mijaliśmy. Wędrując śladami historii, przypatrywałem się, co też po niej zostało. Sulik znał mnóstwo tutejszych legend, a widząc we mnie wdzięcznego słuchacza opowiadał je chętnie, tak, jak je rozumiał i potrafił. Pojąłem z nich i to, com już wcześniej sobie wyrozumował z własnych obserwacji w innych miejscach, a mianowicie, że zmieniali się tu władcy, maszerowały tędy różne wojska, lecz zwykli ludzie jak żyli po swojemu, tak żyją nadal. Radzą sobie niezgorzej, mimo iż od dawna płacą wiele za nieustanne zmiany wiatrów historii. Niemniej handel ma wciąż swoją wagę i nic nie jest w stanie na długo powstrzymać ruchu na jego szlakach.

Sulik umiał się dogadywać po trosze w różnych językach, tego wymagała jego praca. Znał ludzi po wsiach i osadach, wiedział też, gdzie czyhają bandy i ile trzeba im się okupić. Wart był swojej ceny, co szczególnie pokazało się niedługo po wyruszeniu z Merwu. Gdy wjechaliśmy na pustynny step, nakazał oszczędzanie wody, gdyż, jak twierdził, do następnego wodopoju dojedziemy dopiero za dwa dni. Gdy nadszedł ów czas, wszyscy wypatrywaliśmy jakiegoś strumienia, ludzie byli już mocno zmęczeni i spragnieni, lecz jak okiem sięgnąć nic nie wskazywało na to, że gdzieś tu może być jakie źródło, albo studnia. Zapanował niepokój, wszyscy spoglądali na przewodnika, w obawie, czy aby się nie pogubił, on tymczasem zachowywał się jakby nigdy nic.

Pierwsze zwietrzyły coś konie, szarpiąc jeźdźcami, a po kilku chwilach, w oddali, miedzy wzniesieniami, poczęły wyłaniać się jakieś ciemne plamy, na które wskazał ręką, nakazując jazdę w tamtym kierunku. Kilku jeźdźców nie wytrzymało i puściło się pędem, za nimi reszta, tylko kamelosy udało się prowadzić dalej swoim krokiem. Gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że trafiliśmy do małej oazy z oczkiem wodnym, przy jednej z tych podziemnych rzeczek, które w swym biegu tu i ówdzie wybijają się na powierzchnię. Stanęliśmy tam na noc, mało może wygodnie, ale bezpiecznie, przy skąpych krzakach i drzewach, które dawały jaki taki cień. Od tego zdarzenia, gdy Sulik nakazywał jakieś ograniczenia w drodze, nikt już nie kaprysił na jego podróżne zalecenia.

Jazda była monotonna, nużąca, z czasem pojawiało się coraz więcej wsi, nawet większych osad. Podobne do siebie, takie same jak wszędzie. Ludzie skromni, raczej przyjaźni, rzadko niechętni, ale zawsze ciekawi, zwłaszcza że nieczęsto widywali tak duże tabory, nie mówiąc już o całkiem nieznanych im hanijczykach. Co jakiś czas, w co lepszej okolicy, robiliśmy dwudniowy postój na odpoczynek i oporządzenie siebie i zwierząt. Zbrojni i słudzy mieli zabronione łupiestwo wśród miejscowych, choć bez swawoli się nie obywało. Agis trochę zajmował się strażnikami, ja zaś szukałem sposobności, by poznać się bliżej z Hanami, zwłaszcza z owym towarzyszem Sangrena.

Zastanawiająca to była figura. Trzymał bowiem tylko ze swoimi, a podczas przerw w podróży wiele z nimi rozmawiał, siedząc przed namiotem, ni to pisząc, ni malując coś na małych, drewnianych tabliczkach. Szybko zorientowałem się, że najzwyczajniej w świecie robi notatki, nawet rysunki. Potwierdzało to wcześniejsze przypuszczenia, iż musi być kimś w rodzaju wywiadowcy, spisującego wszystko, co uzna za ważne po drodze. Miał swego osobnego sługę, pomocnika, który okazał się po trosze i tłumaczem, gdyż umiał porozumiewać się z innymi spoza ich grona.

Bardzo mnie to ekscytowało, aż wreszcie postanowiłem przy pierwszej okazji poprosić Sangrena, by nas ze sobą poznał. Skoro tamten był człowiekiem piśmiennym, edukowanym, więc i trochę uczonym, mógłby, jeśli zechce, użyczyć mi nieco wiedzy o swoim świecie. Prawda, zaniechałem dalszej wędrówki na wschód, zresztą, nie wiem, czy dotarłbym w ogóle do ich krainy, chyba że trawiąc na to lata życia. A tu nadarzała się okazja, by wywiedzieć się o niej wielu rzeczy, i to z pierwszej ręki. Los sam mi ją podsunął, błędem byłoby więc z niej nie skorzystać.

Rozmówiłem się z naszym hanijskim wspólnikiem, a ten, choć z pewnym ociąganiem, przystał na moją prośbę. Przy prezentacji zdziwiło mnie, że zachowuje się wobec swego rodaka bardzo uniżenie, co by oznaczało, ze ów człowiek ma nad nim jakąś przewagę. Nie wnikałem w to – dopóki nie ma kłopotów, ich sprawa, kto jest u nich kim i dlaczego. Skłoniliśmy się sobie, sługa przyniósł drugą matę, ja zaś, zaproszony nieco wyniosłym gestem, usiadłem naprzeciw niego. Tłumacz, stojąc pokornie, ciągle w ukłonach, począł przekładać nasze słowa z dużym mozołem, przez co rozmowa toczyła się powoli, z pewnym nawet namaszczeniem, które, jak już zdążyłem się przekonać, oni tak bardzo lubią.

– Wybacz, panie, zuchwałą ciekawość, lecz widzę, żeś człowiek uczony, a ja mam wielki szacunek dla wiedzy, i tych, którzy są w niej biegli – zacząłem grzecznie, tłumacząc moje nagabywanie. – Jest rzeczą niezwykłą spotkać kogoś takiego wśród skromnych kupców na szlaku, więc zrozumiałe ci się chyba wyda, że rad jestem poznać tak niezwykłą w naszych okolicznościach osobę.

– Jeszcze rzadziej spotkać można, nie tylko miedzy wędrownymi kupcami, osoby obdarzone tak niezwykłymi talentami, jak ty, panie, który nam tu przewodzisz – odparł pochlebstwem, ale nie wolnym od uwagi, pokazującej, iż ma baczenie na nasze układy ze wspólnikami. Tłumacz co i raz zacinał się, usiłując jak najdokładniej wyłożyć w mieszaninie słów greckich i perskich sens naszych zawiłych nieco zdań. Miałem trudność w rozmowie, gdyż nie potrafiłem połączyć tego, co mówił, z odczytywaniem wyrazu twarzy, a bez tego nie sposób wyłapać tonu wypowiedzi i intencji, jakie skrywają.

– Przesadzasz w swej łaskawości, panie – odparłem, wcale niezaskoczony, iż dał świadectwo swego zmysłu obserwacji. – Nikomu nie przewodzę, pomagam tylko w drodze, gdyż o taką pomoc mnie poproszono.

– Kto dobrze patrzy, ten widzi więcej, niż ten, kto dostrzega tylko pozory – nie cierpię takich okrągłych, sentencjonalnych ni to pochlebstw, ni to aluzji, lecz mój rozmówca nie mógł lepiej dać do zrozumienia, że nie da się zbyć gładką mową.

– Masz, panie, bardzo wyostrzony wzroki i umysł, a to dowodzi wielkiej przenikliwości, której nic nie umyka. Lecz, jak zapewne wiesz, przewodzić mogę tylko sam sobie, gdyż idę tu bez żadnego towaru i interesu. Po prostu, wracam do swego kraju.

– Wielka siła i zdecydowanie, z jakim zmierzasz do tak dalekiego celu, pociągają innych, a to wystarcza, by widzieli w tobie przewodnika – najwyraźniej wywiedział się, skąd jestem i co mnie wiąże z pozostałymi w naszej grupie..

– Każdy tu ma swój cel, równie ważny, jak mój. Ty, panie, też chyba nie jesteś tu przypadkiem– wskazałem ręką na leżącą przed nim deseczkę z dziwnymi znakami – bez powodu na tyle ważnego, by wędrować taki szmat drogi.

– Tylko wypełniam swój obowiązek, jaki mi powierzono – taka otwartość nieco zbiła mnie z tropu. Skoro nie zajmował się handlem, to kim był?

– Zatem kupcem raczej nie jesteś?

– Na szczęście nie muszę parać się tak marnym zajęciem – nie trzeba było rozumieć słów, by wyczuć pogardę, z jaką je wypowiedział. Bardzo się to nie spodobało mej tycjanowskiej dumie.

– A co takiego ci się w nim nie podoba?

– Kupcy żyją tylko kosztem innych. Z cudzej pracy. Służą cudzej przyjemności, słabości, albo próżności, ale najbardziej własnej chciwości – niezwykłe irytująca była jego wyniosła maniera mówienia. Nie tyle rozmawiał, raczej oznajmiał, jak ktoś nawykły do posłuchu.

– Chyba się mylisz, panie. Pochopnie oceniasz ludzi, uważam, że nawet niesprawiedliwie. – Wskazałem ręką w stronę namiotów wspólników. – Nie zaprzeczysz, ze wszyscy tu bardzo się trudzą.

– To prawda. Ale tylko noszą to, co zrobili, albo zdobyli inni. Kto, według ciebie, jest więcej wart? Ten, kto umie zrobić piękną szatę, czy ten, kto tylko ją nosi dla własnej ozdoby?

– Sama do niego nie trafi. Nawet do króla, który, przyznasz, zwykle jest wiele wart, choć sam też jej nie utkał.

– Ten, kto go w nią ubiera, jest jedynie sługą – prychnął w odpowiedzi ze wzgardą, zaznaczoną machnięciem ręki..

– Dziwnie mówisz, panie. U nas nie tak to rozumiemy. Twoje słowa bardzo mnie dotykają. Wiedz bowiem, że jestem z rodu kupców i wcale nie mam się za niczyjego sługę.

– Może i jesteś z rodu kupców, ale sam nim nie jesteś.

– A ty, panie? Skoro też nim nie jesteś, to kim? Niczego nie przenosisz, ale jak twierdzisz, wykonujesz jakieś obowiązki. Zatem i ty komuś służysz.

– Ty również nie masz swoich towarów – spojrzał z ukosa, unikając odpowiedzi, lecz aluzja była aż nadto czytelna. – Co nie znaczy, że nie masz nic na wymianę – słowa te padły znienacka, niczym jakaś nieokreślona, niedopowiedziana propozycja.

– Zdumiewasz mnie, panie – odparłem po dłuższym namyśle. – Mam tylko siebie, a to nie podlega targom.

– Mądrzy ludzie mogą wymieniać się tym, co mają najcenniejszego, a czego nie wozi się w jukach – rzekł spokojnie, patrząc mi w oczy. – Jeśli tylko zechcą.

– Co masz na myśli?

– Wiedzę.

– Mówił mi kiedyś pewien rozumny człowiek, że należy bardzo uważać, komu się ją oferuje. W niegodnych rękach łatwo prowadzi do zguby.

– Ostrożność nie oznacza niechęci, lecz słuszną rozwagę. Co nie wyklucza porozumienia.

– Czyżbyś chciał wymieniać się tym, co jednak wozisz w jukach? – wskazałem na deseczkę.

– Nie ma w nich nic, czego byś sam nie wiedział. To zwykłe zapiski z podróży, którą przecież odbywamy razem. Nie o takiej wiedzy mówię.

– A o jakiej?

– O tej, którą nosimy w sobie. Z którą tu przybyliśmy.

– Jest bardzo cennym towarem, choć trudno go liczyć.

– Nie inaczej.

. Nigdy też nie wiadomo, co dla kogo przy wymianie może być zyskiem, a co stratą. I kiedy?

– Niemniej spróbuj rozważyć, co proponuję.

– A dokładniej?

– Mnie ciekawi twój świat, ciebie, jak sądzę, ciekawi mój. Czyż nie warto skorzystać z okazji, że się spotykamy w tak niezwykłych okolicznościach? – zabrzmiało to już bardziej zwyczajnie, bez pokrętnych aluzji. Cóż, niezależnie od tego, kim był, w tym akurat miał rację.

Przywykłem już do przekonania, iż nic nie dzieje się przypadkiem. Skoro bogowie wybrali tak niezwykłe miejsce i czas, by dać mi sposobność poznania rzeczy tajemniczych, nieznanych, dalekich, to rezygnacja ze skorzystania z niej byłaby dla nich wręcz obrazą. A że lubią być niekiedy mściwi, więc lepiej z nimi nie zadzierać. Co prawda, kiepskie to usprawiedliwienie dla folgowania niepohamowanej ciekawości, niemniej moje zastrzeżenia, czy wyćwiczona, odruchowa ostrożność przed cudzym szpiegowaniem, wydała mi się być bardzo na wyrost, by nie rzec – w ogóle pozbawiona sensu. Bo i co miałby tu wyszpiegować?

– Oferta, przyznam, zachęcająca – odparłem, wstając. – Długa przed nami droga, może warto ja wypełnić czymś więcej, niż tylko codziennym mozołem. Umysł też domaga się swego – zaśmiałem się na pożegnanie..

– Mądre słowa, panie – oddał mi pokłon.

Wracając do siebie, i rozglądając odruchowo po obozie, uprzytomniłem sobie, że było w naszej rozmowie coś zgoła nierealnego, jakby ze specjalnie napisanego dramatu dla teatru, tylko nie wiadomo, czy dobrego, czy złego. Oto dwóch ludzi, z dwóch krańców świata, spotyka się gdzieś pośrodku dzikiej krainy, przed wędrownym namiotem, by przepytywać jeden drugiego o swoje sprawy. Nie znają żadnego wspólnego języka, są z narodów, które prawie nic o sobie nie wiedzą, nigdy się nie spotkały i pewnie długo jeszcze nie spotkają. Obydwaj są zwiadowcami, idącymi – choć zapewne z rożnych powodów – w jednej karawanie kupieckiej, tyle że mało zajmują się samym handlem i nadzieją zysków, jaka ją pchnęła w tak daleką drogę. Jeden spisuje to, co poznaje, na drewnianych deseczkach, drugi zaś składa to samo w pamięci, by potem zebrać w księgach. Dokoła stepy, góry, trud, brud i znój wędrówki, niepewność jutra, a oni urządzają sobie pogawędkę, próbując przechytrzyć się nawzajem na słowa. Zdumiewające, zaiste, jakie bogowie wyczyniają sobie z nami brewerie. Ale tak chyba wysnuwają się w historii przedziwne nitki, które z czasem, gdzieś, kiedyś, może zwiążą się w jakiś niezwykły węzeł.

  1. Hanowie

Do Subzawaru dojechaliśmy w niecały miesiąc, bez większych kłopotów i żadnych strat w ludziach i dobytku. Miasto, choć dość okazałe, nie było jednak wypatrywanym przez mnie Hecatompylos. Niczym szczególnym się nie wyróżniało, tyle że znaleźliśmy w nim sposobność do wygodnego odpoczynku po długich dniach spędzonych na grzbietach zwierząt i na wietrznych równinach Chorasanu. Skorzystaliśmy z tego skwapliwie, jak kto chciał i potrafił, wszelako z zachowaniem należytego porządku w obcowaniu z miejscowymi. Tutaj też kończył swą posługę Sulik. Przed odebraniem zapłaty, zgodnie z umowa, przedstawił zmiennika, mającego nas prowadzić do wielkiego miasta Rej.

Człowiek ów, tutejszy Pers, pewny siebie, choć nie zarozumiały, mniej gadatliwy niż poprzednik, zabierał w drogę młodego syna, którego od małego przyuczał na swego następcę. Tak jak wszędzie na świecie, rodzinne przysposabianie do zawodu to zwyczajna praktyka, nie tylko wśród przewodników. Domówiliśmy się szybko, pomógł nam w uzupełnieniu zapasów, doradzając, w co się wyposażyć. Nieco zdziwiło mnie, że przy poznaniu bacznie mi się przyjrzał, co przypisałem ciekawości dla kogoś, kto wydał mu się między nami ważną osoba, niż jakimś nieznanym mi powodom. Hanów nigdy wcześniej nie widział, więc ze zrozumiałych względów oglądał ich z wielkim zainteresowaniem, szukając też zbliżenia z ich tłumaczem.

Następna część podróży trwała około dwudziestu dni, i wiodła na zachód, w pewnym oddaleniu od gór, oddzielających nas – jak się okazało – od ziem hyrkańskich, którymi wcześniej szedłem po tamtej ich stronie do Baktrii. Wiedząc więc mniej więcej, gdzie jestem, czułem się pewniej co do położenia, choć bynajmniej nie bezpieczniej w samej wędrówce. Byliśmy już zgraną drużyną, przynajmniej co do podziału obowiązków, niemniej w drodze dochodziło niekiedy do zatargów miedzy poszczególnymi grupami, zwłaszcza strażników. Na szczęście, Agis, mający duży wśród nich posłuch, łagodził je z właściwą sobie spokojną stanowczością. Z pomocą Patrosa mocno trzymał w ryzach ich narowy, nie pozwalając, by zatruwały stosunki między uczestnikami karawany.

Podczas jazdy obserwowałem okolice, starając się zapamiętywać to, co ciekawsze i ważne dla mych przyszłych opisów, natomiast podczas postojów gawędziłem z kim tylko się dało, i kto, mimo zmęczenia, miał na to siłę i ochotę. Dużo obiecywałem sobie po rozmowach z owym zagadkowym hanijskim kronikarzem wyprawy – tak bowiem nazwałem go w myślach. Rzecz jasna, bez wahania podjąłem propozycje, jaką mi był uczynił – licząc, że uda mi się bliżej poznać ten jakże tajemniczy dla nas naród, a także, przy okazji, czemu i komu mają służyć jego zapiski.

Już na samym początku pojawił się kłopot, a to stąd, iż zrazu trudno przychodziło mi rozumieć sens wielu używanych przezeń terminów i nazw, jako że w ich mowie, a już tym bardziej w piśmie, nie przypominają niczego nam znanego. Mam niejakie zdolności do języków, lecz do końca wspólnej podróży nie uchwyciłem zasady rozróżniania hanijskich wyrazów, ani nawet ich wymowy, czy budowania z nich zdań. Wyuczyłem się jedynie pewnej ich ilości, lecz przez zwykłe naśladowanie, co bywało zawodne, gdyż u nich te same dźwięki co innego znaczą w zależności od sposobu ich wymawiania, czy wzajemnych miedzy nimi związków. Mowa ich jest chrapliwa, raz jakby krótko wykrzykiwana, innym znów razem ciągła, ale w melodii dla mnie nie do uchwycenia.

Pierwsze, co uczyniliśmy, to wyjaśniliśmy sobie imiona, pod jakimi tu występowaliśmy. Ja podałem swój przydomek wędrowca, on zgodził się na miano Tanwena, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało po ichniemu nie tyle wywiadowcę, ile obserwatora. Okazało się, że jest urzędowym wysłannikiem niższej rangi dla sporządzania jak najdokładniejszych opisów i map ziem, przez które szliśmy. I tu pojawiła się pierwsza odmienność, niezwykle ważna dla tego rodzaju zajęcia, która skłoniła mnie do pewnych głębszych przemyśleń.

Otóż u nich do każdej wyprawy, bliskiej, czy dalekiej, u siebie, czy u obcych, czy to wojennej, czy handlowej, dołącza się specjalnie wyedukowanego kronikarza, geometrę i geografa w jednej osobie, który sporządza raport z tego, co widział, zmierzył, policzył i sprawdził na własne oczy. Składa go potem w osobnym cesarskim urzędzie, na dowolny użytek, jaki przyjdzie do głowy władcy, jego służbom, także wodzom. Tym sposobem wiedzę o świecie, bliższym i dalszym, zbiera się u nich systematycznie i zapobiegliwie, niczym zboże w magazynach, czy złoto na rozmaite cele, wszelako pod nadzorem specjalnie po temu powołanej prefektury. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak bardzo to jest pożyteczne dla interesu państwa, nie tylko w sprawach wojennych, ale i dla dobrego nim zarządzania.

U nas kronikarzami, historykami, czy geografami są ludzie prywatni, z zamiłowania, tylko z rzadka przyjmujący wprost podobne zlecenia; zresztą nie ma tak wydzielonego posługiwania publicznego. Robią to bez mocy urzędowej, choć, oczywiście, ich praca bywa wykorzystywane dla państwowych celów. Prawda, są tacy, co pisują kroniki dla poklasku, lub wkupienia się w łaski możnych tego świata, upodabniając się do poetów, schlebiających swym protektorom, nawet szerszej gawiedzi. Ale rzetelnych autorów mamy niewielu, i nie są oni na niczyjej służbie. Rozbawiła mnie myśl, iż Strabon, czy niegdyś Herodot, mieliby wyliczać się ze swych studiów przed jakimś gryzipiórkiem. Uczony lub badacz to człowiek wolny, co nie znaczy, że nie powinien wspomagać swego kraju, gdy zachodzi potrzeba skorzystania z jego wiedzy. Jednak decyduje tu roztropności, gdyż godzić się na taką pomoc należy tylko po rozważeniu sensu owych potrzeb i intencji, jakie im towarzyszą.

Ja sam też na swój sposób wypełniałem zlecenia cesarskie, lecz przecież nie jako najemny sługa. Czyniłem to niejako przy okazji, idąc według własnych, po trosze i rodzinnych planów, dla mnie dalekich od polityki. Być pomocnym, a być najmitą, to dwie różne rzeczy. Sam pomysł handlowania własnym rozumem, bez ważenia racji, tylko dla zysku, wydaje mi się obmierzły. Poznawanie świata na rozkaz trąci szalbierstwem, rodzącym nieraz wielkie oszustwa, gdyż szuka się głównie tego, co chciałby widzieć ten, co rozkazuje i płaci, a pomija, lub ukrywa to, co mogłoby być dla niego niewygodne. Kto tak czyni z własnej woli, poddaje się zniewoleniu, ulegając nadziei zysków, podszytej własnymi słabościami, chciwością, lub pychą. Umysły sprzedajne nie mają ani szacunku dla siebie, ani poważania u innych. Nie znaczy to bynajmniej, że trudno takie znaleźć.

Zastanawiając się na tymi sprawami, czułem jednak, że gdzieś na dnie duszy czai się we mnie obłuda. Nie ma chyba potrzeby szczególnie wyjaśniać, że w pojęciu rozumnego człowieka, wolny umysł, interesownie zaprzedany władzy, wręcz przekupny, to coś sprzecznego z uczciwością, nadto szalenie niebezpiecznego. Wspominałem fenickiego mistrza szkła, Nartasa, i jego sąd o wiedzy, której nie należy pochopnie oddawać w niegodne ręce, gdyż prowadziłoby to do nieobliczalnych skutków. Lecz czyż sam nie oponowałem wtedy twierdząc, że każda wiedza, nawet ta skrzętnie skrywana, prędzej czy później wylatuje na wolność, niczym ptak z klatki, a kto ją złapie, to jego zysk?

Choć puściłem się w wędrówkę z własnej woli, z pragnienia poznawania świata, to przecież i dla szukania sposobności pomnażania rodzinnej fortuny. Czy chcę tego, czy nie, wszystko, czego się dowiaduję, zostanie użyte dla zdobycia przewagi nad innymi. Zatem jest w tym interesowność, i to nie byle jaka – a w przypadku Tycjanów także i wielka polityka. Nadto zgodziłem się zbierać obserwacje dla Korbulona, prawda, że prywatnie, ale nie bez pewnej kalkulacji, nadto doskonale wiedząc, że zechce ją wykorzystać przy kolejnej wojnie, chociażby z Armenią. Jakkolwiek więc bym spekulował, to zawsze wyjdzie mi, że niezależnie od przekonania o własnej wolności, w tym, co robię, kryje się uwikłanie w późniejsze pożytkowanie przez innych wiedzy, jaką zdobywam, i jaką potem im przekażę. Nie mam nad sobą pana, nie pobieram żadnego żołdu, lecz czyż nie oszukuję się, utrzymując, iż o mym życiu i jego owocach decyduję tylko ja sam, kierując się w nim wyłącznie chęcią poznania, którą mam za najważniejszą dla siebie wartość?

Każda rozmowa z Tanwenem dawała asumpt do podobnych, i innych jeszcze rozmyślań. Natomiast mój rozmówca w ogóle nie zaprzątał sobie głowy takimi wątpliwościami. Był tylko urzędnikiem, a nie żadnym demonicznym agentem, czy szpiegiem w naszym rozumieniu. Nie wysłano go na żadną sekretną misję, nie wiózł listów polecających, cokolwiek komukolwiek nakazujących, lub do czegokolwiek upoważniających. Nie trapiły go żadne rozterki, wypełniał obowiązki, za które mu płacono z państwowej kasy. W pewnym sensie był dobrze sporządzonym, żywym narzędziem, bezwolnym, nie roztrząsającym do czego jest używane. Co z początku brałem za szpiegowską chytrość wyższego rodzaju, okazało się tylko szukaniem okazji do jeszcze lepszego wykonania swego czysto kronikarskiego zadania.

Zdumiewało mnie, że wywiązywał się z niego z sumiennością, ale bez własnego o nim sądu, bez cienia zastanowienia nad wartością, obecną czy przyszłą, tego, co gromadził na swych tabliczkach. Wiedza jako taka niespecjalnie go ciekawiła, jej ocenę zostawiał tym, którym ją po powrocie dostarczy. Jego panowie mogliby go wysłać gdziekolwiek bądź, nawet na księżyc, gdzie równie beznamiętnie stawiałby te swoje dziwaczne znaki, bez poruszania wyobraźni, bez szukania większego sensu dla tego, co spostrzega i spisuje. Z trudem pojmowałem tę osobliwość umysłu, przykrojonego do wykonywania czynności, a nie do wnikania w ich istotę i sens. Nie znam się dobrze na filozofii, ale na jego przykładzie pojąłem, co miał na uwadze Arystoteles, odróżniając w człowieku umysł bierny od czynnego. Tanwen był żywym dowodem na to, że można zadowalać się tylko tym pierwszym i mieć się z tym bardzo dobrze.

Zaczynaliśmy od rzeczy prostych, a niezbędnych dla wzajemnego rozumienia miar czasu, odległości, wagi i wszystkiego, co daje się przeliczać dla porządku spraw codziennych i państwowych. Potem stopniowo przeszliśmy do zwyczajów, zasad ułożenia państwa, trochę do historii. Wrócił temat kupców, i tu wyjaśniło się, jakie oni mają stosunki miedzy różnymi grupami ludzi, i dlaczego. Otóż, jeśli wyłączyć same urzędy, to najbardziej cenią chłopów, na których stoi powszechna pomyślność. Wyedukowani urzędnicy wszystkim rządzą wedle woli cesarza i zgodnie z przyjętym porządkiem rzeczy, tamci jednak wszystkich żywią. Dlatego te dwie grupy ludzi cieszą się u nich największym poważaniem, choć dokładnie są od siebie oddzielone. Dalej idą ci pożyteczni przez dobra, jakie wytwarzają pracą rąk i praktycznymi zdolnościami. Poważane jest wyrabianie wszystkiego, co potrzebne w życiu, budowanie, naprawianie. Cała reszta niejako żeruje na cudzym dorobku, jeśli tylko poprzestaje na korzystaniu z niego, nie dając nic w zamian.

Te podziały nieco mnie dziwiły, lecz me zdumienie niepomiernie wzrosło, gdy dowiedziałem się, jak nisko wśród ludzi wolnych stoją u nich żołnierze. Dopiero szersze wyjaśnienie ich życiowej filozofii uzmysłowiło mi, jak wielkie są miedzy nami różnice, z których to wynikało. Otóż za podstawę w państwie przyjmują pracę i pokój wewnętrzny, a dopiero potem szukanie zdobyczy wojennych na zewnątrz. Zatem wojsko, choć ważne, służy najpierw do obrony, a nie do najazdów i szukania łupów na innych. Jest więc przede wszystkim zaporą, nie taranem. Lecz jeszcze jedna okoliczność sprawia, że wojenne rzemiosło nie jest u nich w cenie, a ma ona związek z ciekawym pojmowaniem tego, co dzieje się z człowiekiem za życia i po śmierci.

Otóż, zawsze i we wszystkim najważniejsza jest u nich rodzina i przywiązanie do swego miejsca. Kto umiera, musi być pogrzebany w rodzinnej miejscowości, nadto trafia w zaświatach do swych przodków, którzy mogą go do siebie dołączyć, albo i nie. Na złączenie się z nimi nie ma szansy ten, kto ginie gdzieś daleko od domu, albo straci w walce jakie członki, włącznie z głową. Taki nieszczęśnik skazany zostaje na sromotę i samotność za grobem, a to w hanijskim rozumieniu jest gorsze, niż u nas wieczne potępienie. Oni w ogóle nie pojmują, że można być wyłączony z jakiejkolwiek wspólnoty żyjących, czy umarłych. Dlatego nie ma chętnych do ryzykowania w służbie wojskowej, więc gdy przychodzi potrzeba, zaciąga się do niej niewolników, włóczęgów, nawet więźniów.

Tak u nas ceniony honor żołnierski, sława wojenna, nawet pośmiertna, dla prostego wojaka nie ma u nich znaczenia. Docenia się jedynie wodzów, ale tylko zwycięskich. Kto przegrywa daje głowę, bo nie wypełnił zleconego mu obowiązku. Najważniejszy nawet dowódca jest tylko cesarskim sługą, rzadko kiedy doradcą, ale nikim więcej. Ambicja prywatna to podejrzana wada, jeśli ją kto ujawni, może mieć poważne kłopoty. Wszystko jest służbą i podległością, a sama tylko myśl, by sprzeciwić się władcy, czy wręcz podnieść przeciwko niemu bunt, to karygodne bluźnierstwo. Han z niedowierzaniem słuchał gdym mu opowiadał o naszej historii, w której może rządzić kilku wodzów, nadto ze sobą skłóconych i zwykle starających się wzajemnie zniszczyć.

Nie znaczy to, że Hanowie nie biją się miedzy sobą jak inni, zawsze i wszędzie, gdzie idzie o władzę, ale czynią to zwykle w waśniach rodzinnych. Tanwen opowiadał trochę o ich bratobójczych walkach, ale szybko pogubiłem się kto, kiedy i kogo na dobre wysadził z siodła. Tyle tylko spamiętałem, że panuje teraz nowy cesarz, ponoć wspaniały, mądry i bardzo troszczący się o pomyślność państwa. Interesowało mnie nie tyle skąd się wziął, lecz kim jest i jak układa sprawy publiczne.

Mimo dziwnego dla nas podejścia do żołnierki, Hanowie trzymają trzy wielkie armie, bo do spraw wojskowych przykładają jednak niemałą wagę. W prowincjach stoją osobne garnizony, największe pilnują stolicy i samego cesarza, pełniąc także rolę miejskiej prefektury porządkowej. Oddziały na granicach, z wolnego poboru, służą przede wszystkim do obrony, także przeciw wewnętrznym buntom, niekiedy do wypraw zewnętrznych, jeśli nadarza się okazja tanim kosztem zająć czyjeś sąsiednie ziemie. Służba trwa dwadzieścia pięć lat, ale można się od niej w każdej chwili wykupić. Wolne od niej w ogóle są rodziny urzędnicze wyższych rang. Przestępcy, zaciągnięci z więzienia, mogą liczyć na to, że, zostaną wolnymi osadnikami tam, skąd uda się wyprzeć jakie plemię, albo przy niektórych publicznych zajęciach, jak chociażby pilnowanie stacji kanałów wodnych. W oczywisty sposób nic, ani nikt nie ma prawa się u nich marnować.

Przy okazji dowidziałem się o pewnej osobliwości ich gospodarzenia, u nas w ogóle nieznanej i niepraktykowanej. Otóż wiele urządzeń i magazynów trzymają pod ziemią, budując tak całe labirynty dla swych zasobów. Wykorzystują podziemne rzeki, groty, stawiając nad nimi wejścia i stacje, pilnowane dla ich zabezpieczenia i pożytkowania tego, co ukryte. W razie zagrożenia może tam skryć się także miejscowa ludność, niezwykle utrudniając stamtąd życie każdemu napastnikowi, który zechciałby najechać ich ziemie. Wolą się więc bronić, niż samemu atakować, biorąc tym samym wrogów na wyniszczenie.

Wysłuchując tych opowieści, lepiej rozumiałem niezadowolenie Agisa, utyskującego wciąż na hanijskich strażników, których próbował przysposabiać do żołnierskiego rzemiosła na naszą modłę.

– Oni w ogóle nie myślą. Są jak bezwolne zwierzęta, przyuczone do narzędzia. Każesz iść w prawo, idą w prawo, każesz w lewo, idą w lewo, nawet jeśli jest tam przepaść. Posłuch musi być, to jasne, ale żeby aż tak? W walce bywa, że czasem trzeba umieć też kombinować po swojemu, a oni bez rozkazu ani rusz. Jak im zabić dowódcę, to się pogubią i uciekną, nawet gdy będą w przewadze. Marni z nich żołnierze.

Z obserwacji hanijskiej grupy wyrozumiałem, że trudno pojąć u nich różnicę między służeniem, karnością, a służalczością. Ciągle się sobie kłaniają, wedle rangi, jaką mają, nie tylko we własnej grupie, ale w ogóle w państwie. Wobec nas są wyzywająco układni, a wszystko bierze się z dziwacznej obyczajności, który nazywają etykietą. To jakby powszechna zasada grzeczności, ułatwiającej wzajemne obcowanie, niezależnie od tego, co kto do kogo czuje. Tego bowiem nie ujawniają, chyba że przez zapomnienie lub nieostrożność, z czego potem się tłumaczą w dwójnasób. Nigdy nie wiesz, co taki jeden z drugim o tobie myśli, bo nijak nie da tego po sobie poznać. Podejrzewam, że gdyby dostał rozkaz wbić ci nóż w plecy, najpierw by ci się uprzejmie skłonił, a potem zadźgał z przepraszającym uśmiechem na ustach.

Na ową etykietę składa się zbiór reguł we wzajemnych stosunkach, ćwiczonych od dziecka. Na swój sposób przypomina w praktyce to, co u Żydów jest zestawem przepisów na każdą okoliczność życiową, domową i publiczną. Wszystko ma być jak należy, wedle stosownej reguły, żadnych własnych pomysłów, żadnego okazywania własnej osoby, własnych odruchów, własnego pomyślenia. Czy oni w ogóle wiedzą, co to takiego wolna wola? Samodzielna decyzja, czy własny, niezależny wybór, choćby i na przekór innym? Własne zdanie, co dobre, a co złe? Takie samo mrowisko, tyle że na drugim krańcu świata, także podobna niechęć do obcych, przekonanie o własnej nad nimi wyższości. Powiedziałbym, że taka sama nawet wobec nich pogarda, tyle ze Żydzi okazują ją głośno i jawnie, a Hanowie skrycie, w uśmiechach i ukłonach. Ciekawe, co się będzie działo, gdy kiedyś te dwa narody się zejdą przy jakichś sprawach!

Przy okazji przemyśliwania czynionych obserwacji, wracało nieraz pytanie o to, czy narody mają duszę. Przyglądając się bowiem obydwu tłumaczom przy Hanach, zastanowiło mnie czy zachowali w sobie coś z ducha rodzin, w jakich się zrodzili i chowali jako dzieci. Jeden był z pochodzenia baktryjskim Grekiem, drugi, też z grecką, może nawet i rzymską domieszką, pochodził z Sogdy. Jako młodzi chłopcy trafili – każdy w innych okolicznościach – do hanijskiej niewoli, i wywiezieni do swych panów dorastali już w obcym dla nich świecie. Oczywiście, wyuczyli się nowego języka, lecz przecież nie zapomnieli własnego, co uznano za wielce przydatne.

Ponieważ nic tam nie może się marnować, więc gdy dorośli, dołączono ich do miejscowej społeczności tak, by wykorzystać tę ich umiejętność z jak największym pożytkiem. Pozostali niewolnikami, lecz bardzo cennymi, zwłaszcza że u Hanów zaczął się coraz większy ruch w handlu, i to w obie strony. Nadto przybywały do nich i znaczniejsze figury polityczne, z bliska i z daleka, a do rozmaitych wypraw, także wojennych, dołączali specjalni urzędnicy, sporządzający ich opisy i mapy, do czego potrzeba przecież kogoś pomocnego w rozumieniu obcej mowy. I tak to, różnymi drogami, jeden znalazł się u kupców, którzy go sobie wypożyczali, a drugi wśród urzędów, przy służbie państwowej.

Przez lata niewolniczej tresury upodobnili się do swych panów, lecz trudno było orzec, czy tylko w mowie, zachowaniu i obyczaju, co zrozumiałe, czy też w umyśle i duszy? Dzikie zwierzę, gdy je schwytać i posadzić w klatce, przecież zachowuje swoją naturę i narowy, choć każą mu je powściągać pod groźbą bata. Tłumacz Tanwena miał lepiej, bo służył także trochę jako sekretarz i pomocnik, a to czyniło zeń osobę już bardziej użyteczną, a przez to lepiej traktowaną. Natomiast ten od Sangrena trzymany był krótko, tylko do posługi, także przy najgorszych zajęciach obozowych.

Pierwszy przypominał więc domowego pieska, w sumie zadowolonego ze swego losu, drugi natomiast konia, zaprzęgniętego do orki. Pierwszy na dobre zamienił się w Hana, drugi w jakimś stopniu pozostał chyba tym, kim był z urodzenia, tyle że w pętach, które go uwierały, ale których zerwać nie miał jak. Tak to sobie wyobrażałem, zwłaszcza że dostrzegałem w jego oczach zamyślenie, gdy spoglądał z boku na żołnierzy, ćwiczących pod komendą Agisa i Patrosa. Co by się stało, gdyby znalazł dobrą szansę na wyrwanie się z tych sznurów? Czy w ogóle chętny byłby jej szukać? Czy, gdyby się nadarzyła, skorzystałby z niej, idąc za duchem narodu, z jakiego się zrodził?

Przypomniałem sobie moich Scytów, rodzeństwo, wyrosłe w wolnym plemieniu. Dolan uciekł przy pierwszej okazji i na swój złodziejski sposób pędził żywot małego drapieżnika, natomiast Asza przyczaiła się tylko, by przetrwać czas niewoli. Gdy los zesłał jej pomoc w mojej osobie, szybko odzyskała dawny wigor młodej Amazonki. W podróży okazało się, że nic nie złamało ich natury, pozostali dzikimi barbarzyńcami, bez cienia zniewolenia w duszy. Czy w tym przygiętym do ziemi baktryjczyku o greckim rodowodzie, też odzywa się jeszcze duch wolności, czy został skutecznie zabity przez obcy świat? Czy tli się w nim jeszcze pod przykrywką strachu, czy już w ogóle zgasł?

Pytać wprost o to nie mogłem, bo byłoby to niestosowne, tak wobec niego, jak i wobec Sangrena, lecz niekiedy w przelotnych rozmowach na boku próbowałem wyczuć, czy coś z podobnych myśli chodzi mu po głowie. Gdy raz czy drugi czyniłem w tym kierunku jakieś aluzje, byłem pewny, że je rozumie. Niemniej milczał, nie podejmując tematu. Mówiąc o tym, zadawałem mu zagadkę na jego własny temat, lecz nie wiedziałem, czy rozważał szukanie jej rozwiązania. Zauważyłem jednak, że nie tylko coraz chętniej ze mną rozmawiał, ale przy tłumaczeniu podczas spotkań z jego panem, czy w rozmowach z innymi, jakby unikał nazbyt już ostentacyjnej uniżoności. A może mi się tylko tak zdawało?

 

  1. Nieuchwytne echa na wielkich przestrzeniach

Droga do Egbatany zajęła nam niecałe trzy miesiące, wiodąc przez kolejne miasta, bardzo stare, licznie rozrzucone na dużych przestrzeniach Chorasanu. Wcześniej królestwo Medii, potem Persji, ciągnęło się na wysoko położonych równinach, wzdłuż północnego skraju rozległej pustyni. Teraz rządzili tu Partowie, co zaznaczało się tym wyraźniej, im dalej na zachód się posuwaliśmy. Odnalazło się końcu i owe rzekomo tysiąc bram, tyle że miejsce to zwie się teraz Komesz – choć niekiedy używa się starszej nazwy Damgan, co w tutejszej mowie wykłada się jako miasto magów. Aleksander nadał mu wielkie znaczenie na swoim szlaku, i jest w istocie ciekawe, tyle, ze tych bram jest ledwie trochę więcej, niż zwyczajowe cztery, jak wszędzie. Uchodzi za jedną ze stolic osobnych prowincji partyjskich i perskich, gdzie od zawsze rządzili samodzielni, mali despoci, wyduszając, każdy swoim zwyczajem, ile się dało ze swoich poddanych.

Podobno Komesz jest niezwykle starożytne, tyle że wciąż jakby przesuwa się ku północnym wzgórzom, zastawiając wcześniejsze, niżej położne części napierającym od południa piaskom pustyni. Zachowały się jeszcze resztki starego zamku, używane jako warownia dla wojska, ale i one pewnie z czasem znikną. Zaiste, dziwnie urządzili się tu ludzie, mając po jednej stronie żyzne pola i lasy, z licznymi wodami, spływającymi z pobliskich gór, a zaraz po drugiej – niszczącą martwotę pustyni, której nie są w stanie przeciwstawić się nawet wysokie mury. Cztery dni drogi dalej jest kolejne miasto, co pospołu z wieloma wsiami i osadami między nim a Komeszem tworzy ogromne zbiorowisko ludzi, złączone pod jedną władzą. Nie miałem czasu na to, by w tak szybkiej podróży rozeznawać się w miejscowych stosunkach, zresztą, prawdę mówiąc, nie miałem na to specjalnej ochoty, zadając się na przypadek, który podsunąłby mi jakąś po temu sposobność. I, w rzeczy samej, los zdarzył, że przydarzyła się nam osobliwa niespodzianka, która niepomiernie zdumiała nie tylko mnie samego, ale i mych towarzyszy.

Byliśmy już w drodze do najstarszego ponoć miasta na tutejszym szlaku, zwanego Rej. Trudno mi orzekać o jego wieku, gdyż wszystko tu dokoła było tak stare, jak sam chyba świat, pamiętając czasy z legend Babilonii. Wcześniej nie działo się nic szczególnego, jeśli nie liczyć pierwszych hanijskich prób handlowania z kupcami w Komeszu i dalszym Semnanie. Wszędzie, gdzie się zjawialiśmy, Hanowie, dotąd znani głównie ze słyszenia, budzili zrozumiałe zainteresowane, nie tylko przez oryginalność w wyglądzie, ale i przez ciekawość towarów, jakie wieźli. Gdy tylko rozkładaliśmy się gdzie obozem, zaraz pojawiali się widzowie, żeby ich oglądać jak jakie dziwo. Nie brakowało i handlarzy, węszących za zarobkiem, chętnych do kupowania jedwabiu i rzadkich korzeni, czy ozdób. Sangren czuł się nieswojo, gdyż nie za bardzo wiedział, jak sobie z nimi radzić. Umiał liczyć i wiedział, że im dalej dowiezie swój dobytek, tym więcej zyska, lecz nie był od tego, żeby i w drodze to i owo sprzedać.

Niepokoiło to pozostałych wspólników, gdyż woleli, żeby nie uszczuplał swoich zapasów przed ostatecznymi rachunkami. Sami z kolei handlowali tym co mieli, wymieniając jedne towary na drugie, by ugrać na krótszych przewozach ile tylko się da. Pośredniczyłem w ich rozmowach, starałem się łagodzić niesnaski, lecz nie wtrącałem się do tych targów, pilnując tylko, by się wzajemnie nie oszukiwali. Wspólna wędrówka zbliżyła ich do siebie, ale nie aż tak, by po cichu nie szukali własnych zysków. Z trudem radzili sobie z przeliczaniem swojego na udziały, jakie miała każda ze stron, kręcili, kluczyli, lecz koniec końców godzili się, gdy wkraczałem jako arbiter, rozsądzający sprawy zgodnie z zawartą w Merwie ugodą. Zyskiwałem dzięki temu spore uznanie, a Hanowie na osobności dziękowali mi za pomoc, twierdząc, poniekąd słusznie, że sami pogubiliby się w zupełnie obcych dla nich warunkach. Moja pozycja jeszcze bardziej umocniła się dzięki zdarzeniu, w którym, ku memu zaskoczeniu, niezwykłym echem powróciło pewne spotkanie, jakie miałem kilka miesięcy temu.

Na drugi dzień po wyjeździe z Samnanu, gdy jechaliśmy spokojnie, równym rytmem miedzy wysokimi wzgórzami, naraz w oddali pojawiła się duża grupa konnych, niespiesznie zbliżając się w naszą stronę. Trudno było powiedzieć, jakie mieli zamiary, wiec Agis z Patrosem szybko ustawili naszych zbrojnych w wyćwiczony wcześniej sposób, by nie dać się zaskoczyć jakimś nieprzyjaznym manewrem ze strony nadjeżdżającej gromady. Gdy zbliżyli się, dostrzegłem na ich czele człowieka w perskim stroju, który wyglądał mi na ich przywódcę. Ponieważ nie dostrzegłem oznak gwałtowności, wiec dałem znak, by zatrzymać zwierzęta, po czym, wraz z Idasem, powoli ruszyłem na spotkanie zbliżających się jeźdźców, unosząc rękę w powszechnie przyjętym geście pokoju. Stanęli i oni, a po krótkiej chwili podjechaliśmy na tyle blisko, by pozostawać razem w zasięgu głosu.

Nie wyglądali na pospolitych bandytów, wręcz przeciwnie – dowódca, sądząc po ubiorze, musiał być kimś znacznym, a jego dumna postawa świadczyła o niejakiej pańskości, właściwej lepszemu urodzeniu. Także żołnierze nie sprawiali wrażenia zbrojnej hałastry, lecz karnie wykonywali to, co nakazywał nawet krótkimi spojrzeniami.

– Pozdrawiam cię, panie, który stanąłeś na drodze naszej kupieckiej karawany – odezwałem się pierwszy w perskiej mowie. – Chcę wierzyć, że kieruje tobą jedynie ciekawość, za którą nie kryją się żadne złe zamiary.

– Ty tu przewodzisz? – spytał bez zbytnich wstępów, ale i bez agresywności.

– To wolni kupcy, każdy przewodzi sam sobie – odparłem spokojnie.

– Czy są wśród was Partowie?

– Nie ma – pokiwałem głową. – Są Sogdowie, Baktrowie, nadto ludzie, których zwą Hanami. To przybysze z bardzo daleka.

– Nie wyglądasz na kogoś z tych, których wymieniłeś.

– Nie jestem kupcem, tylko samotnym wędrowcem, który do nich dołączył.

– To czemu wysuwasz się na czoło?

– Ktoś musi. Może dlatego, ze mam najmniej do stracenia. – Wskazałem ręką na jego ludzi, którzy otoczyli nas szerokim półkolem. – Chcę wierzyć, że nie macie złych zamiarów – wyczuwałem, że nie idzie tu o żadne bandyckie pomysły, co nie znaczyło wcale, że jesteśmy bezpieczni. – Nie wyglądasz, panie, na kogoś, kto tak musiałby zdobywać fortunę.

– Nie brak ci śmiałości, człowieku – lekko się uśmiechnął, z wyższością wpatrując się we mnie jak pan na swego poddanego.

– Mam swój honor, panie – odparłem stanowczo – i szukam go u innych. – Zwłaszcza u tych, którzy zdają się wyrastać ponad pospolitość – spojrzałem mu prosto w oczy.

Chce wyniosłości, to będzie ją miał! Przez cały czas starałem się zachowywać grzecznie, jednocześnie zastanawiając, kim jest, i co robi z dużą grupą zbrojnych na szlaku wędrownych handlarzy. Przecież żadnej wojny tu nie ma, chyba że jakieś prywatne waśnie miedzy miejscowymi wielmożami. Skoro nie był zwykłym łobuzem, a wskazywała na to wyraźna pańskość jego obycia, to można było żywić nadzieję, ze nasze spotkanie skończy się tylko na rozmowie. Trzeba jednak ostrożności, by go nie rozdrażnić, co nie znaczy, by okazywać zbytnią uległość. Lecz co miało oznaczać owo pytanie o Partów?

– Nie jesteśmy rabusiami, ani żadnymi rozbójnikami – zaśmiał się – a ty, mimo tego nędznego ubioru, nie wyglądasz mi na zwyczajnego wędrowca w kupieckiej karawanie. Skąd jesteś? – Jakże to irytujące, takie wypytywanie! Przecież nie wyróżniałem się tu niczym szczególnym, więc czymże wzbudziłem tę ciekawość? Chyba tylko tym, że nie umierałem ze strachu na jego widok.

– Z bardzo daleka..

– To żadna odpowiedź.

– Czy to ma znaczenie? Jeśli szukasz Partów, tu ich nie znajdziesz – spróbowałem tym sposobem wydobyć z niego sens wcześniejszego pytania.

– To wasze szczęście. Nie będziemy was zatrzymywać – nadal jednak stał przed mną, bacznie mi się przyglądając.. – Ale nie dostałem odpowiedzi na moje pytanie, kim jesteś, i skąd?.

Nie dał się zbyć, więc nie mogłem tak po prostu pożegnać się i wrócić do swoich. Coś mnie tknęło i podkusiło do zaryzykowania ostrożnej otwartości.

– Jestem obywatelem rzymskim i przebywam tu w prywatnej podróży. Teraz wracam do domu. Czeka mnie droga długa i trudna. Ale liczę na szczęśliwy powrót. – Spojrzałem na niego znacząco. – Pewien kapłan przy ołtarzu ognia niedawno przepowiedział mi, że będą mi w tym sprzyjać i bogowie, i ludzie..

Sam nie wiem, czemu przyszło mi do głowy, że ów wystawny perski jeździec, to ktoś z tutejszego, możniejszego rodu, w którym, być może, żywi się tę samą złudną nadzieję, o jakiej usłyszałem w hyrkańskiej Karcie. Niejawnie więc odwołałem się do wyrażonego wówczas mgliście zapewnienia o wieści, jaka miałby mnie wyprzedzać i chronić w podróży przez te ziemie. Było to z mojej strony kuszenie losu, z niewiadomym skutkiem, lecz ryzyko nie aż tak wielkie w sytuacji, gdy nic nam już chyba nie zagrażało. Przy tak rozległych przestrzeniach, i po tak długim czasie, tamto spotkanie sprzed miesięcy mogło dzisiaj nic nie znaczyć. Niemniej, niczym niewprawny łucznik, wystrzeliłem na oślep w niebo, licząc, iż szczęśliwym trafem ustrzelę jaką zdobycz. Szansa powodzenia była właściwie żadna, ale cuda czasami się zdarzają.

– Chyba coś takiego obiło mi się o uszy – odparł Pers po dłuższej chwili milczenia i przyglądania mi się z uwagą. Strzała chyba jednak dopadła celu! –. Słyszałem o kimś, kto ponoć ciekawie rozprawiał z kapłanem przy ołtarzu ognia o sprawach wielkiego świata. Wędrował w bardzo dziwnym towarzystwie, ale nie aż takim – wskazał ręką na nasza spora karawanę, stojąca w pewnym oddaleniu.

– Byłem wówczas sam, z jednym tylko sługą, jeśli nie liczyć scytyjskiej kobiety i jej małego brata. – Jeśli miałem być wiarygodny, to należało mówić prawdę. – Rozstałem się z nimi już dawno temu. Zatoczyłem krąg, a teraz wracam inną nieco drogą.

– Może więc, rzeczywiście, jesteś tym człowiekiem, który rozmawiał z kapłanem przy ołtarzu ognia? – sprawdzenie wypadło pomyślnie.

– Może i ja lepiej teraz rozumiem pytanie o Partów? – rozmowa przy użyciu pytań, trochę na żydowską modłę, bywa niekiedy szalenie wygodna. Nie wdając się w wyjaśnienia, wiedzieliśmy obaj, o co idzie.

– Skoro tak, to uszanuję kapłańskie słowa.

– Wielka jest twoja przenikliwość, panie – skłoniłem głowę – co przyjmuję z ogromną ulgą.

– Szukałeś honoru, więc go znalazłeś.

– I zachowam w dobrej pamięci.

– Oby ci dobrze służyła w przyszłości.

– Zawsze dotrzymuję danego słowa.

– Zatem ruszajcie. Niech bogowie wam sprzyjają.

Wymieniliśmy pokłony, Pers dał znak swoim ludziom, i w kilka chwili już ich nie było. Gdy wracaliśmy do oczekujących nas towarzyszy, Idas, który cały czas przysłuchiwał się tej wymianie słów, nic z niej, oczywiście, nie pojmując, kręcił tylko głową z pewnym niedowierzaniem.

– Nie podoba mi się to. Zbyt gładko się obeszło. Czy aby nie urządzą nam gdzie jakiej pułapki?

– Zapewniam cię, Idasie, że nic nam nie grozi. Przynajmniej od Persów.

– Co to za sprawa z tym kapłanem?

– To dłuższa opowieść. Kiedyś ci wyjaśnię, w czym rzecz. Na pewno ci się przyda.

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? Wszystko, co nas spotyka, nawet niby przypadkiem, splata się w sposób zgoła nieprzewidywalny, gdy się tego najmniej spodziewamy. Największą chyba sztuką w życiu jest umieć uchwycić i zrozumieć, co i kiedy jest czego skutkiem, a czego jednocześnie może być przyczyną. Tego drugiego odczytywać na bieżąco się nie da, bo nie ma takiego umysłu, który by potrafił przeniknąć głębszy i dalszy sens w czymś, co zdaje się być jedynie ulotnością chwili, potraktowanej z niedbałością dla szczegółu i pozornym brakiem związku z tym, co nas w danym momencie najbardziej zajmuje. Ileż to rzeczy mamy na widoku, a ich nie doceniamy, nawet nie chcemy spostrzegać, biorąc je w ogólności za tło zdarzeń i poczynań, które uznajemy za ważne? Dopiero poniewczasie przychodzi zrozumienie – jeśli w ogóle przychodzi – jak się wszystko łączy się i przenika.

Rozum nie ogarnia wszystkiego, co się dzieje, bo to się, po prostu, nie da, zatem wyciąga wnioski tylko cząstkowe co do przyczyn i skutków w biegu naszego życia. Skupiony na jakimś zadaniu, dostrzega głównie to, co z nim jest związane, resztę mając za mało ważny dodatek. A przecież w owych pomijanych drobinach dziejących się zdarzeń kryć się mogą – i zwykle tak właśnie bywa – zalążki rzeczy, decydujących za czas jakiś o naszym losie. Co więcej, nie wiadomo, jak, i kiedy do tego dojść może.

Jakże bowiem podczas niegdysiejszego spotkania w Karcie, a i zaraz po nim, mógłbym przewidywać, kiedy i gdzie spotka mnie takie jego następstwo, jakie właśnie się wydarzyło, i to w tak dziwacznej postaci? Bo że dwa te zdarzenia się ze sobą wiązały, to oczywistość, którą spostrzegłem dopiero w chwili, gdy w rozmowie naszło mnie przypomnienie tamtych słów kapłana, a za tym nagła myśl, iż coś takiego jest w ogóle możliwe. Gdy się to przed chwila potwierdziło, wszystko ułożyło się w logiczną całość.

Czym zatem są nasze starania przeniknięcia logiki zdarzeń, skoro nie umiemy ogarniać ukrytych w nich przesłanek dla skutków, które w najgłębszym przekonaniu zdają się nam być przypadkami? Owszem, pewne rzeczy dostrzegamy, rozważamy, budujemy na nich plany, składamy z nich obraz własnego życia. Lecz jeśli umysł i zmysły zanadto zajęte są bieżącą chwilą, nadto gdy zaciemnia je wyobraźnia, przenikają pragnienia, namiętności, najrozmaitsze fantazje, wówczas wiele z tego, co się nam przytrafia, mamy za kaprysy bogów, losu, zwykłe przypadki. Im dłużej jednak wędruję, tym mniej wierzę już w zwykłe i niezwykłe zbiegi okoliczności, choć żadną miarą nie umiem znaleźć zasady, jaka rządzi ich układaniem się w łańcuchy przyczyn i skutków. Zresztą, nie lubię sofizmatów, wolę ujmować rzeczy praktycznie.

Czy jednak, jako praktyk, mogłem zawczasu założyć, że tak się to ułoży? Gdybym nawet uważał, że tamte słowa kapłana o wyprzedzającej mnie wieści nie są z jego strony tylko czczą obietnicą, podszytą urojeniami o domniemanej, własnej roli w nadawaniu biegu tutejszej historii, to przecież byłbym szaleńcem, licząc na ich sprawczą moc w każdej chwili mej wędrówki przez te ziemie. Wszelako z drugiej strony nie mogłem zaprzeczyć doświadczeniom z podróży w górach medyjskich, i tego, o czym przekonywała mnie wówczas Asza przy okazji naszych spotkań w tamtych miasteczkach i osadach. Dziwne i wręcz niesamowite wydało mi się teraz uzmysłowienie, iż na tych ogromnych przestrzeniach krąży coś nieuchwytnego, ulotnego, a przecież jak najbardziej rzeczywistego, co jest moim znakiem rozpoznawczym wśród tych, którzy potrafią go dostrzec.

Zatem, przez to, co robimy i co nam się przytrafia, stajemy się obecni, nawet wówczas, gdy dzieje się coś mimo naszej woli. Pozostawiamy ślady swej obecności, choć nie wiemy, jakie będą jej skutki, nieraz nawet nie zastanawiając się, kto, i w jakich okolicznościach je odczyta. Niekiedy przybierają one postać ulotnej wieści, przenoszonej przez ludzką pamięć, kiedy indziej bywają bardziej trwałe, wręcz wielce osobliwe, jak chociażby ten, który pozostawił po sobie Maes w Batnei!

Czy mój awanturniczy przodek, folgując sobie dla przyjemności, mógł przewidzieć, czym mogą okazać się po latach, następstwa jego prywatnych uciech? Szalenie rozbawiła mnie myśl, że to, czego nie udało mu się dokonać wieloletnią przebojowością na szlakach handlowych, w dwa pokolenia po nim wypełni się, być może, dzięki kilku chwilom wytchnienia w objęciach pospolitej dziewczyny, przygodnie spotkanej gdzieś w podłej, syryjskiej gospodzie. Do tego, oczywiście, potrzeba było i przyjścia na świat mojej osoby, mego wychowania i edukacji, przemiany dziecięcych marzeń w azjatycką wyprawę, tycjanowskich planów, nadto dobrej jeszcze setki niezależnych od siebie powodów i przyczyn, które pospołu złożyły się na pamiętne spotkanie w z owocem tamtych igraszek.

Gdy planowaliśmy z ojcem moją podróż, nieraz wspominaliśmy Maesa i jego doświadczenia, lecz tego rodzaju okoliczność, nikomu nawet nie przychodziła wtedy do głowy, nawet w żartach. A tu proszę, jakiego los spłatał nam figla! Przez chwilę przemknęła mi przez głowę niespokojna myśl, czy aby przygoda z Aszą nie będzie miała gdzieś, kiedyś podobnych następstw. Czy mogłem mieć pewność, że przy rozstaniu scytyjska wojowniczka nie poniosła ze sobą do swego plemienia zalążka aż nadto konkretnej pamiątki naszej miłostki? Szybko jednak otrząsnąłem się z tych rozmyślań, uznając, że zbytnio ponosi mnie fantazja, niepotrzebnie psując dobre samopoczucie po pomyślnie zakończonej przygodzie z perskim oddziałem zbrojnych.

  1. Życie w teorii i praktyce

Moi towarzysze, nieco zaskoczeni tym, jak szybko uporałem się z przeszkodą na drodze, wypytywali o szczegóły spotkania, lecz zbyłem ich kilkoma ogólnikami. Idas też niewiele im wyjaśnił, niemniej podsycił aurę tajemniczości, powiadając, że perski dowódca uznał chyba we mnie kogoś, o kim wiedział coś dobrego, dzięki czemu nie nastawał na wtrącanie się w bieg karawany i zostawił nas w spokoju. Nie zaprzeczałem, niemniej niczego bliżej nie tłumaczyłem. Prawdy domyślił się jedynie Agis, przed którym nie miałem tajemnic. Rozpytywany na boku przez innych, trzymał się jednak roli prostego sługi i rozkładał ręce na znak, że nie ma pojęcia o żadnych ważnych sprawach swego pana. Tak czy owak, przygoda ta przydała mi aury pewnej niezwykłości, a moja pozycja w grupie bardzo się umocniła. Gdym zapewnił – trochę może na wyrost – że ze strony Persów nic nam grozić już nie będzie, przyjęto to z ulgą i zadowoleniem, jako oczywistość, nawet nie dopytując się skąd ta pewność.

Wszelko Hanowie próbowali podchodzić mnie pytaniami, jeśli nie wprost, to aluzyjnie, gdyż nie mając pojęcia o tutejszych stosunkach, dziwili się, że człowiek obcy, z dalekiego kraju, bez złota, towarów, czy oznak władzy, układa się jak równy z równym z kimś, kto, wedle ich domysłów, najwyraźniej ma tu pewne znaczenie. Tanwen raz po raz starał się dociec, kim naprawdę jestem, ponieważ nie mieściło mu się w głowie, że bez określonego przydziału w społeczności i bez wysokiej w niej pozycji, można mieć taki posłuch między ludźmi, i to jeszcze nie w swoim państwie. Oczywiście, widział to po swojemu, więc nie pojmował, że nie wszędzie ludzie żyją wedle praw mrowiska, w którym każdemu wolno tylko tyle, ile mu zostanie zadane. U nich liczy się nie osoba, lecz to, co kto robi, a i to z jedynie z urzędniczego nadania. Jeśli robi wiele, to nie z własnej woli, ciekawości czy samodzielnego pędu do działania, lecz dlatego, że takie jej przyznano prawo i przydzielono zadania. Wywiódł sobie, że muszę być kimś znacznym, kto wykonuje poważne obowiązki, zlecone przez zwierzchność. Tak to sobie tłumaczył i do końca podróży uparcie się tego trzymał, nie będąc w stanie pojąć, że nie wszędzie są mrowiska, uznające ludzi tylko według nadanej im rangi. A już w ogóle nie mieściło mu się w głowie, że ktoś spoza takiego roju może mieć posłuch tylko przez to, kim jest sam z siebie przez swe zalety.

Gdym próbował trawić jego opowieści, uzmysłowiłem sobie, że w gruncie rzeczy w hanijskim ułożeniu państwa jest coś z Platona. Ludziom, poukładanym w kręgi, przypisane są pozycje, wyznaczane wedle zakresu ich użyteczności dla ogółu. Każdy ma swoje miejsce, zna swoje powinności, wie, co wolno, kogo ma słuchać, co myśleć i co robić. Zamiast cesarza jest grono mędrców, które rządzi absolutnie wszystkim bez wyjątku, nawet tym, kto z kim ma płodzić potomstwo, kiedy i w jakiej ilości. Co u greckiego filozofa jest teorią, ciekawą, acz nieco odpychającą, u Hanów jest praktyką, która nie przypadła mi do gustu.

Wielbiciele rzekomej doskonałości platońskiej idei powinni bliżej poznać Hanów, by przekonać się, że jej przełożenie na zwykłe życie i ludzką niedoskonałość, prowadzić musi do zwyrodnienia natury. Za tą rzekomą szlachetnością i dążeniem do utopijnej harmonii w ludzkiej zbiorowości kryje się zagrożenie zniewalaniem ducha wolności i umysłu. Kto z życia próbuje robić matematykę, zawsze potknie się na jakichś liczbach, które nie dadzą się wtłoczyć w wymyśloną czy pożądaną regułę. A wtedy biada tym, których zawiedziony rachmistrz zacznie karać za to, że nie przystają do jego gładkich wzorów. W imię poprawności swych wyliczeń gotów jest usuwać to, co im przeczy, i – przechodząc od teorii do praktyki – zabrać się za łamanie kości, lub wręcz obcinanie głów.

Nie przypadkiem Platon wygonił ze swego państwa artystów. Ci bowiem niesforni wybrańcy Muz, nie poddają się mrowiskowym rygorom, lecz idą za swą naturą, bardzo nieraz porywczą, niekiedy wielce nieobyczajną, nie uznając w tym żadnego wędzidła. Bywają okropni, próżni, kapryśni, mają liczne wady, lecz wszystko to okupują pięknem, jakie tworzą. Co więcej, w swych dziełach potrafią dowieść, iż rozumieją świat nie gorzej, niż uczeni mężowie na swych pomnikowych cokołach. Czym przenikliwość młodego Lucjusza z Antiochii jest gorsza w postrzeganiu ludzkiej natury od rozważań filozofów? A on przynajmniej nikogo nie poucza, ani nie przydziela roli, jaką ma pełnić ten, kogo portretuje.

Tanwen uparcie powtarzał, że nadmiar wolności tylko psuje ludzi i państwo. Według niego pojedynczy człowiek, nikomu niepodporządkowany, bez swego przydziału, to osobnik wręcz niebezpieczny. Nie rozumiał, co ja tu robię i po co wędruję z dala od domu, a już całkiem głupiał z tego, że tak swobodnie sobie poczynam wedle własnej woli.

– U nas nie jest możliwe, by kto obcy, bez powodu, swobodnie panoszył się po kraju. Gdyby nawet miał na to zezwolenie, musiałby mu towarzyszyć specjalny przewodnik cesarski ze stosownym pismem. Ale i tak nikt by z nim nie rozmawiał, ani go nie słuchał.

– Nawet gdyby znał waszą mowę?

– Tym bardziej byłby podejrzany.

– A swoich wolnych wędrowców nie macie?

– Chyba tylko kapłani. Ale to cesarz decyduje, które świątynie jakie mają znaczenie i co z tego wynika.

Teraz ja się pogubiłem, gdyż stopniowo wydało się, jak oni traktują prawa. Jedynym prawodawcą, o mocy niemal boskiej, jest cesarz, jakby najwyższy pater familias. Wszelako to, co spisane na jego rozkaz, jako obowiązujące dla urządzenia i działania władzy, dla ogółu pozostaje nieznane. Postępować należy wyłącznie w zgodzie z naturalnym nakazem moralnym. Kto by znał kodeksy, mógłby te nakazy przekraczać, albo obchodzić, gdyż tam, gdzie prawo czego nie zabrania, można by, chytrze spekulując, swobodnie czynić to, na co się ma ochotę. Nadto uważają oni, że przy powszechnej znajomości praw, lud mógłby ośmielać się kwestionować wyroki jako niesprawiedliwe, a to z kolei podważyłoby autorytet władzy. Samodzielne myślenie na własny użytek, okazywanie własnej woli, w ogóle jest u nich nie do wyobrażenia.

Ponieważ u Hanów najważniejsza pozostaje rodzina, wiec wszędzie strażnikiem obyczaju jest jej głowa, i to ona feruje wyroki wedle swego uznania. Nabierają jednak mocy dopiero po zatwierdzeniu przez specjalnych urzędników, którzy łączą w jednej osobie role sędziego, prokuratora i obrońcy. Ojciec może skazać syna na śmierć, ale na egzekucję trzeba cesarskiej zgody ze stolicy, uzyskiwanej drogą urzędową. Zdumiało mnie, że taki wyrok nie może być wykonany w sprzeczności z rytmami natury, chociażby wiosną, kiedy wszystko budzi się do życia, ani też podczas urzędowo nakazanych świąt. Zostawała więc jesień i zima.

Najciekawsze jednak jest to, że egzekwować prawo można na kimś zastępczym, bo sądzi się czyn, a nie osobę! Ukarane ma być samo przestępstwo, a niekoniecznie ten, kto je popełnił! To już nie mieściło się w rozumie, choć Tanwen usiłował wyjaśniać mi skomplikowana filozofię takiego procederu. Zrozumiałem z tego tylko tyle, że najważniejsza jest nie sama wina, lecz intencja, a kara ma przede wszystkim przywracać harmonię świata, którą dany czyn naruszył. A kto ją odbędzie, to już inna rzecz. Ta oczywista niedorzeczność bardzo mnie poruszyła. Spytałem, czy gdyby kto zabił jego matkę, to czy zadowoliłoby go ukaranie nie mordercy, lecz jakiejś figury, podstawioną za stosowną cenę? Czy nie czułby w sercu sztuczności takiego rozwiązania sprawy? Czy to sprawiedliwe?

– Co liczy się bardziej, słuszność cesarskich praw, czy jakaś niejasna sprawiedliwość? Czy u was zawsze, to, co sprawiedliwe, jest słuszne dla ogółu? – odparł pokrętnie, nie okazując cienia poruszenia uczuć. Oni w ogóle, chyba ich nie mają, jakby nie byli z krwi i kości. Na wszystko jest jakiś przepis, więc chyba i wzajemnie kochają się wedle tego, co im każe ta ich etykieta.

Dałem sobie spokój z dociekaniem, co kryje się za jego mętną sofistyką. Równowaga żywiołów, o jakiej mi przy tym mówił, to jedno, a żywy człowiek, to drugie. Co mają żywioły do wyrzynania całych rodzin i rodów, praktykowanego zresztą z lubością i u nas, niekoniecznie tylko podczas zwrotów historii, czy w zgodzie z jakąś filozofią? Wszędzie silniejszy i tak robi co chce, nieważne, jakimi podpiera się argumentami. Idzie jednak o to, by miarkować niepotrzebne, często zapamiętałe okrucieństwo, nie dawać mu się panoszyć, jak u dzikich barbarzyńców. Nigdy nie rozumiałem, skąd bierze się żądza mordu, zwłaszcza na niewinnych ludziach w czas wojny. Co innego impet bitewny wobec żołnierzy wroga, a co innego dorzynanie kobiet i dzieci w już pokonanych miastach. Zemsta w gorączce i afekcie da się jeszcze jakoś wytłumaczyć, ale podcinanie gardeł na zimno, z wyrachowaniem, to już dzikość, jakiej nie znajduje się nawet u zwierząt.

Tak oto rozmyślałem sobie, jadąc równym rytmem na swoim kamelosie, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić, polubiwszy nawet siedzenie na nim i obserwowanie z wysoka nie tylko drogi i mijanych okolic, ale także towarzyszy podróży. Co i raz z satysfakcją przekonywałem się, że opowieści Tanwena o hanijskiej filozofii życia w mrowisku niekoniecznie przystają do rzeczywistości. Patrząc na niego i na Sangrena spostrzegałem, jak urzędnicza ograniczoność umysłu przegrywa z zaradnością kupca, starannie pilnującego swego interesu. W miarę jak cesarski skryba i geograf coraz bardzie mnie rozczarowywał, nabierałem coraz większego uznania dla bystrości drobnego Hana, szybko uczącego się radzenia sobie w nieznanym mu świecie. Choć może i niższy rangą w rodzinnym kraju, rozumem zdecydowanie przewyższał swego przemądrzałego rodaka, choć, oczywiście, nie dawał nic po sobie poznać, a w rozmowach z nim trzymał się oficjalnej uniżoności, jaką nakazywała mu ich etykieta.

Już na samym początku udzieliłem im obydwu kilku lekcji o naszych pieniądzach, ich rodzajach, odmianach greckich, perskich, nawet armeńskich. Tanwen dokładnie to spisał, i na tym poprzestał, natomiast Sangren błyskawicznie nauczył się wyceniać w nich swoje towary, koszty wyprawy, ceny wszystkiego, co w drodze potrzebne, co na wymianę, nawet wielkości koniecznych opłat miejskich, czy haraczy, jakie przyszło nam po drodze dwa czy trzy razy zapłacić. Gdybym miał porównać te dwie głowy, to rzekłbym, że jeden miał w swej tylko składowane deseczki, drugi natomiast duży abakus w ciągłym użyciu.

Co więcej, Sangren potrafił swobodnie spekulować o ryzyku i decyzjach, jakie miał podejmować. Stać go było na samodzielność myślenia, bez instruktywności, i wyraźnie mu się ta praktyka udawała. Oczywiście, gdy trzeba było, trzymał się hanijskich reguł, zwłaszcza wobec swych sług, którym kilkakrotnie wymierzał – wedle ich zwyczaju – kary lekkiej chłosty za drobne przewinienia, na co miał zezwolenie Tanwena, jako cesarskiego urzędnika. Niemniej za tymi rytuałami skrywał zdrowy rozsądek i silną wolę człowieka, który, jak każdy dobry kupiec, wie czego chce i zmierza do swego celu, należycie dostosowując się do okoliczności.

Jeśli Hanowie chcą wejść do dużego handlu z obcymi, musza to zrobić nie za pomocą etykiety, lecz chytrością, sprytem i bezwzględnością. A do tego potrzeba ludzi takich jak właśnie Sangren, z otwartymi głowami i przebojowością, której nie da się ująć w karby cesarskich przepisów. Może oni u siebie mają swoją ulubioną harmonię świata, ale w targowaniu się idzie nie o równowagę, ale o niepewność w grach na przewagi, i to tym większą, im znaczniejsze mają być zyski. Ludzkiej natury nic nie zmoże, więc jestem dziwnie spokojny, że z czasem doskonale się tego wyuczą. Przy ich mrowiskowej karności może się jeszcze okazać, że pod wodzą coraz to liczniejszych kupców w rodzaju Sangrena staną się groźnymi dla innych przeciwnikami.

Porównywałem też dwóch innych wspólników wyprawy, Babura i Idasa. Sogdyjczyk od początku niezbyt mi się podobał, gdyż miał w sobie małostkową chytrość, bez rozmachu, choć trzeba przyznać, że skrupulatnie pilnował powierzonych mu przez Fandaka spraw. W drodze co i raz szukaliśmy okazji do handlowania przez wymianę towarów od miasta do miasta na mniejsze odległości. Babur z zadziwiającym sprytem wywiadywał się u kolejnych przewodników co i gdzie się w tym opłaci, a choć były to zyski małe, to przecież zawsze wychodził na swoje. Idas nie miał do tego głowy, a choć również czynił podobne interesy, to jednak liczył głównie na rozliczenia w Egbatanie. Niemniej, na swój sposób, po cichu skrzętnie zbierał wiadomości o tym, co na szlaku warto przewozić, skąd i dokąd.

Babur był małym straganiarzem, skutecznym, ale bez polotu, natomiast Baktryjczyk widział szerzej i dalej. Czuło się w nim ducha jego ojca, patrzącego za korzyściami nie tylko doraźnymi, ale i na przyszłość. Świadczyło o tym i to, że chętnie poznawał obyczaje miejsc, jakie mijaliśmy, a mimo trudności językowych nawiązywał przydatne, prywatne znajomości nie tylko w największych miastach, ale i w mniejszych osadach. Mając w sobie przyrodzoną ciekawość świata, bacznie go obserwował, by się w nim odnajdować, gdy przyjdzie do kolejnych wypraw, jakie już teraz planował. Wiele rozmawialiśmy, wypytywał o moje doświadczenia, nawet o historię i politykę krain, przez które jechaliśmy. Polubiłem go, bo czułem w nim bratnią duszę urodzonego wędrowca i poszukiwacza przygód, wręcz z pewną skłonnością do brawury. Skłonny byłem nawet widzieć w nim jakby baktryjskiego Maesa, o którym zresztą mu kiedyś opowiedziałem, ku jego ogromnej uciesze.

W dwa miesiące przebyliśmy większą cześć drogi do Egbatany, zatrzymując się na dłuższy postój w mieście, zwanym Raga, skąd do końca naszej podróży było już tylko dwa tygodnie jazdy. Dotarliśmy więc do dawnej Medii, teraz pod rządami Partów, których zaczęło się pojawiać coraz więcej. Dotąd wśród zwykłych ludzi przeważali Persowie i Medowie, także inne pomniejsze plemiona, teraz mieszały się z nimi rodziny osadników partyjskich, wtopione w codzienność życia własną pracą, a nie tylko przewagą zdobywców. Dziwnie jednak to się układało, gdyż szukali oni przyjaźni głównie z Grekami, których było tu wielu. Z racji zaszłości historycznych skazywało to ich na jeszcze większą perską do nich niechęć, mimo że sami z siebie, prywatnie nie czynili przecież nikomu żadnej krzywdy. Tak to już jest, że między pospólstwem, wrośniętym od pokoleń w swoją ziemię i tradycję, niełatwo znikają podziały na swoich i obcych, nawet w czasach spokojniejszych. Grecy i Partowie to dla Persów narody, które ich podbiły, więc życzliwości do nich nie ma, co niejako naturalnie skłania tamtych do szukania wzajemnego wsparcia.

Czy aby nie dzieje się tak samo w krainach, podbijanych przez Rzym? Przychodzimy, zdobywamy, zostawiamy swoich osadników, zaprowadzamy własne porządki, ale przychylności w prostym ludzie nie mamy. Możni i bogaci układają się ze zwycięzcami, bo im to wygodne dla własnych interesów, zachowania pozycji i gnębienia sług, ale oni dla tych powodów gotowi zawierać przymierza z każdym, byle nie naruszał ich spokoju i zysków. To samo czynią kupcy, uznający każdą władzę, która nie będzie ich zanadto łupić. Wielka polityka sobie, a zwykłe życie toczy się własnym rytmem, bo tak być musi. Jedyne, co może wzburzyć ten stan rzeczy, to narzucanie cudzych bogów przeciwko miejscowym, na których stoją ich prawa, zwyczaje, legendy i zwyczaje. Kto tego próbuje, źle na tym wychodzi, bo ma w podbitych prowincjach wieczne niepokoje, chociażby takie jak my w Judei.

Rzym podbił Greków, Partowie podbili Persów, i choć to dwa całkiem osobne światy, to przecież każdy powinien radzić sobie wśród zwyciężonych nie tylko z pomocą siły, lecz rozumności w panowaniu nad nimi. Czerpać korzyści to jedno, ale trzeba choćby trochę do siebie przekonać i zachęcić, a to nie takie proste, bo trudno oferować narodom o wielkiej tradycji coś nowego i przyciągającego. My stopiliśmy się z Grekami w jedno, ale Partowie nie potrafią chyba znaleźć klucza do perskiej duszy, a i sami niewiele z niej chcą brać, wiec prędzej czy później przegrają. Choć umieją się zebrać do walki w polu, to przy rozbiciu się na małe królestwa nie mają jednej, mocnej ręki, która by trzymała całość w karności i porządku.

Nasze wojny domowe bywały krwawe i bolesne, ale zapewniły w końcu jedynowładztwo, prawda że trudne i nie każdemu się podobające, lecz zbawcze dla jedności i siły cesarstwa. Republika się nie sprawdziła, bo za dużo w niej było pola dla prywaty i gry ambicji. August brutalnie rozegrał bratobójcze waśnie, lecz znalazł w końcu sposób na zapewnienie wewnętrznego pokoju, wszelako trzymanego pewnie jedną ręką. Dobry woźnica wie jak powozić zaprzęgiem wielu koni tak, by wszystkie pospołu ciągnęły wóz w jedną stronę, bez wywrotki. Każdy szarpie po swojemu, ale w odpowiednim momencie przywoływany zostaje do porządku i dla bezpieczeństwa jazdy hamuje swoje zapędy. Cesarz był rozumnym człowiekiem, więc miał posłuch, nawet u wrogów, ale co dalej? W Tyberiuszu jest zbyt dużo dzikości, zapiekłości za doznane krzywdy, nie ogarnia całości, a historia z Sejanem, choć skończyła się szczęśliwie, to znak, że ową augustową budowlę łatwo może wywrócić byle drapieżnik, od jakich roi się Rzym.

Te moje rozmyślania przywracały wspomnienie o rozmowie z Marosem na Cyprze. Przekonałem się już byłem w drodze, że i my jesteśmy dla innych barbarzyńskimi zdobywcami, budzącymi niechęć, nawet wrogość. Nie da się nieść pięknych i szlachetnych idei na legionowych mieczach, niemiłosiernie rabując, nadto bez rozumienia i poszanowania odrębności tych, których się pokonuje. Jeśli rzecz cała ma sprowadzać się do zdobywania łupów, wówczas ci, z których się je zdejmuje, nie dostając niż w zamian prędzej czy później podniosą bunty i przegonią zdobywców. A co mogą zaoferować idący za wojskami urzędnicy? Prawda, powstają budowle, odeony, tu i ówdzie nawet akademie i inne, imponujące ozdobności, ale czy formą da się pokryć brak płynącej z ducha głębszej treści w panowaniu, którego podstawą jest przyzwolenie na zwykłe łupiestwo?

Przygoda w Hyrkanii, a potem jej echo w spotkaniu z dowódcą perskiego oddziału zbrojnych, przekonały mnie, że pod widzialną rzeczywistością drzemią ukryte siły, wywodzące się z najstarszych tradycji podbitego tu narodu. Zdławione, ale przyczajone, tak długo będą szukały sposobności do ujawnienia się, aż w końcu ją odnajdą i wezmą odwet za miniony czas zniewolenia. Ciekawe, czy w naszych prowincjach dzieje się podobnie? Czy wędrowni kupcy, kapłani, nawet zwykli grajkowie i bajarze, nie przenoszą w swych opowieściach pamięci o minionych czasach, mimowolnie podtrzymując nadzieje na powrót rodzimych królów? Tego nie da się sprawdzić, bo i jak? Lecz że tak jest w Partii przekonałem się nie tylko przy hyrkańskim ołtarzu ognia i w krótkiej rozmowie na szlaku, lecz i w dziwnych uwagach nowego przewodnika, mającego nas prowadzić z Ragi już do samej Egbatany.

Utarło się, że zmieniając ich co kilka miast, za każdym razem braliśmy kogoś zaufanego na dalszą podróż z poręki poprzednika. Tworzą oni jakby osobne bractwo, rozproszone, lecz na swój sposób trzymające się razem. To bardzo popłatne zajecie, trudne, wymagające wielkiego doświadczenia, także licznych znajomości w drodze. Nie przypadkiem większości z nich towarzyszą młodzi synowie, szykowani przez ojców do tego fachu. Z pozoru zwyczajni, nierzucający się w oczy, wywodzą się z miejscowych, i choć nieraz trudno orzec z jakiej mieszanki, to jednak należało uznawać ich za Persów. Zauważyłem, że odnosili się do mnie z cichą atencją, co przypisywałem dotąd temu, iż w karawanie uważano mnie za nieformalnego przywódcę. Wszelako, gdy przy zapłacie poprzednik przedstawiał mi swego następcę, usłyszałem od tego drugiego dziwne słowa.

– Cieszę się, ze będę mógł ci pomagać, panie. Powiadają, że jesteś nie byle kim – rzekł, grzecznie się kłaniając.

– Skąd miałbyś co o mnie wiedzieć? – spytałem, zdziwiony, że obcy, niepozornie wyglądający człowiek mógłby cokolwiek słyszeć ponad to, że należę do karawany, budzącej tu pewne zainteresowanie.

– Różne chodzą wieści po świecie, panie. Kto umie słuchać, ten usłyszy to, co powinien wiedzieć – odparł ezopowym sposobem, spoglądając przy tym znacząco na swego kompana, który nam dotąd towarzyszył.

– Musisz mieć zatem szczególnie wyostrzony słuch, człowieku.

– Nienajgorszy. Zwłaszcza na to, co ważne.

– Mam nadzieję, że równie dobre okażą się twoje umiejętności przewodnika.

– Nie obawiaj się, panie. Słyszałem, jak cenne jest to, co idzie z tą wyprawą. I że powinno bezpiecznie dojść de celu.

– Chcesz jeszcze podbić cenę?

– Dajecie godziwą zapłatę. Jest jak się należy. Ale mój słuch podpowiedział mi, że powinienem mieć szczególne na was baczenie.

– To przez te wieści?

– To ty rzekłeś, panie – odparł, unosząc ręce w górę. – Wiem, ile powinienem wiedzieć, i wypełnię swoją powinność. Reszta to już nie moja rzecz.

Nie padły żadne wyjaśnienia dla tych aluzji, ale jasne było dla mnie, że w tych słowach pobrzmiewało echo owego zapewnienia, jakiego udzielił mi hyrkański kapłan, a które zapewne zapewniło przychylność spotkanych w drodze Persów. Dawało to niejaką nadzieję na spokojny przejazd do Egbatany – czy jednak aby nie złudną? Ile warte są obietnice, budowane na rojeniach fantastów, nawet jeśli przydają im aury prawdziwości? Nie miałem pojęcia, kim była dla nich moja osoba, jeśli w ogóle nadawali jakiego znaczenia dla swoich mrzonek. Czy mogłem ulec tej mistyfikacji?

Dobrze jest czuć się kimś ważnym, choćby i cudzego nadania, lecz należy mieć na względzie ulotność takich opinii, podszytych oczekiwaniami, w których więcej jest wyobrażeń i domysłów, niż trzeźwego sądu. Czy oni aby nie chcą widzieć we mnie jakiegoś swego tajnego posłańca w grach, które sobie uroili? Nie lubię być aktorem w teatrze, pisanym nie dla mnie, nie przez mnie, ani za moją zgodą. Prawda, nie da się żyć całkowicie poza nim, lecz należy mieć zawsze możność zrzucenia kostiumu i maski, gdy zaczną uwierać przez fałsz, śmieszność, lub niegodziwość. Gdy kto przez własną próżność zapamięta się w pięknej roli, jaka mu zostanie przydzielona, szybko się w niej zatraca, zapominając, kim właściwie jest.

Czułem się teraz podobnie, jak wówczas, gdym odgrywał kapłana ognia miedzy prostymi ludźmi z gór. Tyle ze wtedy używałem fenickiego szkła, które trzymałem we własnych rękach, i na swój sposób byłem panem sytuacji. Jeśli nawet było w tym oszustwo, to przecież dawało widzialny efekt, przydający mu znamion prawdziwości, choć jedynie w mniemaniu tych, którzy go mogli namacalnie sprawdzić. W rozmowie z hyrkańskim kapłanem padały tylko słowa, bez efektownych popisów, bez konkretów, bez widoków na ich sprawdzalność, a przecież skutki ich wypowiedzenia okazywały się aż nadto realne. Persowie wywiązywali się ze swych obietnic, bez pewności, że ja wywiążę się ze swoich. Zresztą, co miałoby to w ogóle oznaczać, gdybym nawet przedstawił ich sprawę mojemu cesarzowi?

Wiadomo, że nawet mały kamyk może poruszyć wielką i niszczycielską lawinę, lecz trzeba być niespełna rozumu, by przypisywać sobie takie znaczenie. Z drugiej jednak strony, przeszłość uczy, że niejednemu statyście udawało się wyjść przed szereg i, wydawszy z siebie cienki pisk, tak zakręcić kołem historii, ze w swym pędzie odmieniało ono losy świata. Lecz czy rzeczywiście sami z siebie byli demiurgami, świadomymi tego, co powodują, czy tylko mniej lub bardzie bezwolnymi narzędziami w rękach bogów? Czy spotkanie przy ołtarzu ognia, nieprzewidziane, z pozoru niemające nic wspólnego z celem mojej wyprawy, było tylko zbiegiem okoliczności, tak dla mnie, jak i dla tamtego człowieka? Ale przecież zawiązało dwie osobne nitki losu w jakiś mały węzeł, łączący ludzi z dwóch odległych, jakże odmiennych krain. Czy mógł on, przy ich udziale, jakkolwiek odmienić kształt wzoru na tkaninie dziejów świata, jaką wyplatały jakieś niewidzialne dla nas dłonie?

Od jakiegoś czasu przestałem wierzyć w przypadki, próbując – jeśli nawet nie od razu, to po jakimś czasie – doszukiwać się głębszego sensu w zdarzeniach nieoczekiwanych, niespodziewanych, nieraz błahych. Jeśli w tej awanturze kryły się jakieś znaki, to jak należałoby je odczytać? Próżność podsuwała myśli nader podniosłe, rozwaga nakazywała powściągliwość – ale co się stanie za czas jakiś? Brakło mi tu konceptu, więc nie chcąc dłużej mamić się górnolotną grą wyobraźni, zrezygnowałem z rozstrzygania tego dylematu. Niemniej cieszyło mnie, że – za sprawą już to niepojętych sił boskich, już to ludzkich marzeń – moja droga do domu, choć w tej jej części będzie bezpieczniejsza, niż gdyby to wszystko się nie zdarzyło.

Początek u Kresu Drogi

39. Koniec wieńczy dzieło

Po krótkim, ale udanym odpoczynku w Radze, po uzupełnieniu zapasów ruszyliśmy w ostatni etap podróży. Babur cieszył się z kolejno poczynionych drobnych interesików, Hanowie opędzili się wreszcie od ciekawskich, a Tanwen zapełnił malowanymi znaczkami ze trzy deseczki. Idas, swoim zwyczajem, zaprzyjaźnił się z kimś ważnym spośród miejscowych, w czym pomogła mu pewna kobieta, z którą ani chybi zażył wiadomych atrakcji, ja zaś również skorzystałem z łaźni nie bez prywatnej przyjemności. Agis z Patrosem wraz ze zbrojnymi mieli trochę wolnego czasu, więc, darując sobie ćwiczenia, odwiedzali liczne gospody, dając popisy opilskiej wytrwałości. Hanowie zachowywali się w tym wstrzemięźliwie, gdyż – jak już zdążyliśmy się przekonać – mocniejsze trunki bardzo im szkodziły, a kto z nich przesadził, zaraz dostawał rózgi. Jednym słowem, rzeczy toczyły się utartym trybem, gdy więc znaleźliśmy się już w drodze, postępowaliśmy dobrym rytmem, bez najmniejszych kłopotów czy niespodzianek.

Każdy dzień był podobny do poprzedniego, jechaliśmy bez wytchnienia, chcąc jak najszybciej dotrzeć do końcami wyprawy. Jazda była po równo mecząca, jak i nużąca. Codziennie w siodle, z niewielkimi przerwami na marsz, by dać zwierzętom choć trochę odpoczynku, potem rozbijanie obozu, porządki, trochę ćwiczeń. Czasami zatrzymywaliśmy się w mniejszych wsiach, czy osadach, już coraz liczniejszych i okazalszych w miarę jak zbliżaliśmy się do Egbatany.

Mimo zmęczenia, zwolna, niejako z nawyku, począłem przypominać sobie wszystko, com kiedyś wyczytał o tym mieście, owianym legendami, a przez Polibiusza uważanym wręcz za najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek zbudowano. Co prawda, w opisach najwięcej było mowy o czasach Aleksandra, także o dawnych Persach, niemniej coś z tamtej świetności przecież musiało się zachować, chyba że barbarzyństwo nowych zwycięzców do cna zniszczyło to, co pozostawili po sobie poprzednicy. Zresztą, i Grecy bezlitośnie złupili legendarne skarby Medów i Persów, nawet ogołocili liczne, starożytne mury ze złoceń, niezwykłej ponoć urody. Zobaczymy, czy przynajmniej nie wyblakły barwy, jakie im kiedyś nadano.

Czekała mnie więc kolejna okazja przekonania się, jak historia przemienia miejsca, niegdyś sławne i bogate w tradycję, poddając je próbom ciągłych wojen, prowadzonych dla ambicji królów i wodzów. Wielka siła tkwi w ludziach, radzących sobie na przekór zmienności losu, ciężko ich nieraz dotykającego. Jest niezniszczalna, dana z przyrodzenia, a nie z nadania kogokolwiek, komu mogłoby przyjść do głowy mienić się panem świata. Kto uroi sobie, że stanie się równy bogom, że narzuci swoje prawa każdemu ludzkiemu istnieniu, że będzie mógł je dowolnie lepić na własną modłę, ten nie tylko zostanie srogo ukarany za te pomysły, ale prędzej niż później popadnie w zapomnienie. Jeśli pozostanie gdzie w jakich kronikach, to chyba tylko jako ponure memento dla chętnych iść w jego ślady.

Niestety, głupota i jej córka pycha są chyba jednak wieczne jak świat, więc bez wątpienia wciąż będą zjawiać się naśladowcy, przekonani, że wbrew oczywistości, po wielokroć sprawdzonej, właśnie wymyślili nowy, tym razem niezawodny sposób na okiełznanie natury wedle własnych rojeń. Ale i oni, mamiąc wizjami szczęśliwości i czyniąc swe szaleństwa kosztem tysięcy ofiar, podążą do Tartaru szybciej, niż im się to zdąży przyśnić.

Zbliżając się do Egbatany umyśliliśmy sobie ułożyć plan jazdy wedle utartego obyczaju, by do miasta zjechać około południa, kiedy panuje w nim największy ruch. Wieść o zbliżającej się karawanie na pewno dotarła już przed nami, więc szło o to, by wywołać duże wrażenie i przedstawić się okazale mieszkańcom i handlarzom, a także zaciekawić wielmożów i dworaków, którzy ponoć zjechali tu na lato wraz z królem i jego synami. Oczywiście, główną atrakcją byli Hanowie, nie tylko dla wiezionego jedwabiu i rzadkich towarów, ale dla nich samych, znanych jedynie z najrozmaitszych opowieści, przeważnie wielce fantazyjnych. W miarę, jak dojeżdżaliśmy do celu, Sangren i Tanwen, każdy na swoją modłę, coraz więcej rozpytywali mnie o co tylko się da – o Partów, Greków, Armenów, o historię, o królów, handel, także o miejsce Rzymu w tutejszej polityce.

Podobnie Idas, choć osłuchany w tematach partyjskich i greckich, szukał nowej wiedzy na te tematy, tyle że dodatkowo wielce go ciekawiły rozmaite obyczaje miłosne, gdyż gorąca natura ciągnęła go do przygód z kobietami. Nawet mrukliwy Babur nie był od tego, by przysłuchiwać się naszym rozmowom, bo choć sporo wiedział o handlu z Partami, to przecież i jemu udzielił się nastrój oczekiwania na przyjazd do Egbatany. Patros trzymał się Agisa, z którym wciąż omawiał wiele spraw żołnierskich i wojskowych w nieznanym mu świecie. Jednym słowem, wszyscy z niecierpliwością wyglądali końca podróży, tym bardziej, że coraz bardziej dawało się w znaki zmęczenie ciała i niejakie otępienie umysłu, znużonego monotonią trzymiesięcznej jazdy. Gdy wreszcie wyłoniły się mury miasta, nawet zwierzęta wyczuły, że nadchodzi dla nich czas dłuższego odpoczynku.

Pierwszym zajęciem było jak najdogodniejsze rozłożenie obozu tuż przed murami, gdyż wjazd do miasta, poza tym, ze bardzo drogi z powodu wręcz złodziejskich opłat, nie miałby zbyt dużego sensu przez niewygody z pilnowaniem towarów i dobytku. Prawdę mówiąc, byłem w pewnej rozterce, gdyż nie widziałem powodu, dla którego miałbym rezygnować z korzyści, jakie dałoby zatrzymanie się w jakim dobrym domu podróżnym, jakich, bez wątpienia, musiało być w Egbatanie wiele. Ponadto tu kończyła się moja rola współtowarzysza wyprawy. Czekało mnie teraz zadanie najtrudniejsze, czyli dopilnowanie rozliczeń miedzy wspólnikami, do czego zobowiązywała umowa, zwarta w Merwie. Obawiałem się, że wspólnota drogi nie przełoży się na zbyt przyjacielską zgodność przy rachunkach. Dotąd wszyscy bez szemrania dzielili pospołu trudy wędrówki, jednakże, gdy lada moment ruszą abakusy w głowach, hurgot kulek będzie na tyle głośny, że gotów zagłuszać głos rozsądku, wzbudzając chciwą małostkowość.

Chciałem więc załatwić sprawę jak najszybciej i uwolnić się od wziętego na siebie obowiązku, by znów stać się Viatusem, wolnym wędrowcem, nareszcie powracającym już do domu. Zamierzałem odpocząć kilkanaście dni w Egbatanie, by obejrzeć sobie miasto, a także poszukać jakiego dojścia do królewskiego dworu, jeśli jeszcze nie wyjechał do Ktezyfonu, zwanego tu też Tysponem. Byłaby to bowiem okazja do wywiązanie się, choćby w niewielkim stopniu, z powinności cesarskiego wysłannika, jakim przecież byłem. Żywiłem też cichą nadzieję, że może natrafię na jakieś ślady po Maesie, który niewątpliwie krążył niegdyś w tych stronach.

Zaraz więc po przyjeździe zaproponowałem, byśmy przed wieczorem, gdy już stanie obóz, zeszli się w namiocie Idasa i spróbowali rozmówić co do zaplanowanych uprzednio rozliczeń. Zgodzono się na to skwapliwie, gdyż najwyraźniej każdy chciał szybko zająć się własnymi interesami. Trzech kupców, wraz ze mną i stojącym za Sangrenem hanijskim tłumaczem, zebrało się wokół stołu i – choć wszystko było niby domówione wcześniej – zaczęły się targi.

Długo by trzeba opisywać ten wieczór, lecz po prawdzie szkoda na to mitręgi. Kłótni wielkich nie było, miałem spisane co komu się należy, nikt tego nie podważał, niemniej poszło, jak zwykle, o szczegóły. Każdy po swojemu chciał liczyć koszty, poniesione w podróży, co przekładało się na spore sumy, odliczane od ogólnego rachunku. Niechętnie też odliczano od nich zyski, jakie kto załatwiał sobie w drodze przy różnych okazjach, zapominając, ze nie byłoby ich, gdyby nie wspólna wyprawa. Okazało się, że przez cały czas jedni podglądali drugich, i teraz wyliczali sobie nawzajem, kto, ile, i na czym skorzystał, kto ile stracił, i z jakiego powodu.

Babur udawał skrzywdzone niewiniątko, Idas z trudem powściągał gorący temperament, Sangren zaś swoim chytrym spokojem co i raz irytował współtowarzyszy, pokazując im swe hanijskie deseczki z własnymi wyliczeniami, które przez całą drogę sporządzał mu Tanwen. Wydało się, że ten nie tylko spisywał to, co mu nakazywał obowiązek cesarskiego kronikarza, lecz także prowadził na boku – podejrzewam, że za osobną zapłatą – rejestr handlowy swego rodaka. Może i gardził nim jako kupcem, ale nie był od tego, żeby nie szukać na nim dodatkowego dla siebie zarobku.

Cóż, urzędnicy wszędzie są tacy sami, patrzą tylko, gdzie i z kogo co wydusić dzięki swej pozycji i przydatnym umiejętnościom. Są obrzydliwi i groźni, niezależnie od pozorów, za jakimi się chowają. Służalczy wobec wyższych od siebie, wobec tych, których mogą cisnąć są nieodmiennie bezwzględni, aż do okrucieństwa. Zwyczajowo kradną wedle rangi, ale oprócz tego fałszywością obietnic oskubują każdego, kto im powierza swoje sprawy. Gdy zechcą – pomogą, lecz za cenę wzajemności usług, nigdy ze zwykłej przyzwoitości. Przebiegli i wyrachowani, liczą się tylko z silniejszymi, ale i tu patrzą czujnie czy aby wiatry się nie zmieniają i czy nie szykuje się zmiana panów. Robaczywe to plemię, lecz chyba nie do wytępienia, gdyż każda władza potrzebuje sług, którymi, co prawda, gardzi, lecz których trzyma dla ich przydatności w zniewalaniu poddanych.

Długo trwało zanim udało mi się zapanować nad sporami, którym zdawać się nie było końca. Wreszcie, widząc narastające zamieszanie, oznajmiłem stanowczo, że moje zadanie dotyczy dopilnowania tego, do czego zobowiązali się w Merwie, i że mam zamiar ograniczyć swoją rolę arbitra tylko do tamtej ugody. Zatem niech się przy mnie wywiążą z umowy z Sangrenem, a resztę załatwiają już miedzy sobą, bez mej pomocy. Jako jedyny w tej grupie bez własnego towaru i udziału, mogłem sobie pozwolić na tego rodzaju obojętną wyniosłość w rozsądzaniu spraw. Tak też się stało, aczkolwiek byłem pewny, że gdy tylko opuszczę to kłócące się zgromadzenie, wrócą do swych targów z kupiecką zaciekłością.

Wyszedłem w końcu z namiotu Idasa, zadowolony, ze mam to wreszcie za sobą i  jestem już wolny od wszelkich wobec nich zobowiązań. Nie rozstawaliśmy się jednak jeszcze, gdyż za ich zgodą miałem trzymać w obozie zwierzęta i własny, dość już chudy dobytek, aż do czasu, gdy coś postanowię na przyszłość. Agis, ku zadowoleniu Patrosa, pozostawał z nimi, by doglądać porządków, trochę dla mnie szpiegować, także jeszcze ćwiczyć ich strażników, ja zaś uznałem, że pora zająć się sobą. Szczęściem zostało mi trochę pieniędzy z tego, co wcześniej dał mi był Menander, więc postanowiłem wydać z nich co nieco dla własnego pożytku i upodobania. Miałem bowiem własne plany, nie związane ani z zakończoną karawaną, ani z jej uczestnikami.

Następnego dnia rano, nie pytając w ogóle o zakończenie ich sporów, rozmówiłem się z Idasem i Hanami co do zakończenia naszych umów. Szło głównie o zwierzęta, ale także o nasze wzajemne stosunki podczas pobytu w Ekbatanie. Obiecałem, że będą wiedzieli, gdzie się zatrzymam, żeby mnie w razie czego odszukać, no i że będę ich odwiedzał, tyle że nie wiem kiedy. Poprosiłem, by rozważyli odkupienie mego kamelosa, dając w rozliczeniu jednego dobrego konia. Chciałem pozbyć się tego złośliwego bydlęcia, bo choć nauczyłem się na nim jeździć i je obsługiwać, to zaprzyjaźnić nam się nie udało.  Zresztą byłby to teraz tylko niepotrzebny zbytek, gdyż dobytku mieliśmy już niewiele, a pieniądze ze sprzedaży, całkiem spore, zapewniłyby nam spokój aż do rzymskiej Syrii, gdzie mógłbym liczyć już na urzędowe wsparcie jako cesarski wysłannik, lub prywatnie, jako członek rodziny Tycjanów.

Pożegnawszy się, zabrałem sakwę z dokumentami i ważnymi drobiazgami, pas z monetami i mały sztylet, po czym pieszo, w towarzystwie Agisa, który mnie odprowadzał, przekroczyłem bramę miasta, kierując kroki ku okazalszej części jego pierwszego kręgu, na tyle jednak bliskiej murów, by w razie potrzeby móc szybko wrócić do obozu. Znalezienie dobrej gospody nie sprawiło kłopotu, bo było w czym wybierać. Rozejrzawszy się tu i ówdzie, zdecydowałem się na jedną, wyglądająca ani zbyt wystawnie, ani zbyt skromnie, ot, w sam raz dla zwykłego, ale dość zamożnego przyjezdnego, szukającego spokojnego schronienia z dobrą obsługą.

Zwyczajowo ciekawski gospodarz, przyjął mnie wręcz uniżenie, dobrze bowiem zwęszył, że mam coś wspólnego z dopiero co przybyłą karawaną, o której już rozpowiadano w okolicy z niemałą ekscytacją. Zbyłem go jednak tak, że zaniechał nadmiernego wścibstwa, ostrzegłem również, że za murami stoi kilka dziesiątek zbrojnych, gotowych przyjść mi z pomocą, gdyby komu przyszły do głowy jakie niecne wobec mnie zamiary. Widok Agisa wyraźnie przekonał go, że nie są tylko to czcze słowa. Bardziej już zgodnie poprosiłem o kilka praktycznych rad co do tutejszych zwyczajów, by nie popełnić jakiego głupiego błędu przy obcowaniu z miejscowymi. Spytałem też, gdzie mogę kupić dobre ubrania, na co polecił mi kilku handlarzy, zapewniając, że znajdę u nich wszystko, czego tylko może pragnąc najbardziej nawet kapryśny i wymagający klient.

Urządziwszy się całkiem nieźle, najpierw wybrałem się po zakup nowego przyodziewku, włącznie ze spodniami, do których zdążyłem się już przekonać w podróży. Zaraz potem wkroczyłem do pierwszej napotkanej, okazałej łaźni, jaka wydała mi się warta, by ją nawiedzić. Nie sposób opisać uczucia, jakie daje zanurzenie się w ciepłym basenie po trzech miesiącach w siodle, zmycie kurzu i brudu, który wżerał się w skórę mimo omywania w strumieniach, poddanie się masażowi wprawnych rąk, wyciągających z ciała zmęczenie. i przywracających mu sprężystą rześkość. Po zażyciu tych przyjemności, odziany w nowe szaty, poczułem się jakby nowym człowiekiem, pełnym ochoty do życia. Odżył we mnie Tycjan, godny, rzymski obywatel, gotów stawiać czoła światu, do jakiego się zapędził.

Wszelako ów nowy Festus, jaki wykluł się podczas wędrówki, mitygował chęć do nadmiernej wyniosłości, nakazując powściągliwość w nadmiernym zadowoleniu z siebie. Nauczyłem się bowiem, iż należy roztropnie zachowywać równowagę obydwu części mej natury, by jednako bacznie ważyć racje, nie ulegać pozorom czy złudnym mniemaniom o tym, co mnie otacza i dotyka, ale przy tym wystrzegać się pochopnych sądów, zrodzonych z odruchów umysłu i nawyków rzymskiego patrycjusza. Chłodnemu, wyrachowanemu tycjanowskiemu rozumowaniu przybyło bowiem wrażliwego wyczulenia na to, co dobre i cenne może się kryć tam, gdzie zmysły i rozum skłonne są dostrzegać tylko płaską zwyczajność, nawet pospolitość. Tycjan nadal pilnował, by nie popadać w złudzenia, lecz Festus chętny był szukać rzeczy wartościowych nawet w tym, od czego ten pierwszy skłonny był się odżegnywać niejako z zasady.

Okazawszy zadowolenie dobrą zapłatą, oznajmiłem, że chętnie tu znów wrócę, po czym, nakazawszy najpierw odnieść me stare ubrania do wskazanej gospody, wyszedłem w doskonałym nastroju na pierwszą przechadzkę po jakże zagadkowej dla mnie Egbatanie. Wiele sobie obiecywałem tu zobaczyć, ale na pierwszym miejscu pałac, fortecę, oraz świątynię Mitry, któremu wszak byłem poświęcony, a który nie był tu bogiem obcym i traktowanym z rezerwą, jak u nas w Rzymie, lecz należał do najpierwszych w perskim panteonie panów żywiołów, życia i śmierci.

Zgodnie ze swą naturą traktowałem wiarę bardziej przez rozum, jako poszanowanie dla ładu świata, jego praw i zadanego w nim porządku, którego, co prawda, nie ogarniałem w pełni, lecz któremu poddawałem się tym chętniej, im lepiej pojmowałem zasady życia, z niego wynikające. Uznawałem nakazane racje moralne, przyjmując za słuszne, iż ich nieprzestrzeganie winno być karane, zarówno z powodu naruszania stosunków miedzy ludźmi, jak i dla prostowania ścieżek, po jakich błąkają się dusze zagubione już to przez słabości, już to przez niezwykłą nikczemność.

Daleko mi było do modlitewnej ekscytacji, zamieniającej się nieraz w bezrozumny fanatyzm, dla którego czułem odruchową niechęć. Bogów szanowałem, ale nie czciłem ich bezmyślnie, jak czyni to wielu z lenistwa umysłu, lub po prostu ze strachu przed niepojętymi dla nich siłami, od których zależy ich los. Nie ze wszystkim bogów rozumiałem, ale przyjmowałem ich wyroki  ze stoickim spokojem. Uznawałem bowiem, iż mają dla nich swe słuszne racje – jeśli nawet dla mnie nieznane, to kryjące jednak głębszy sens, który prędzej czy później się objawi.

Mitra był mi bliski przez swą prawość i sprawiedliwość, z jaką traktował ludzkie postępki. Chciałem w nim widzieć najwyższego arbitra, kierującego się słusznością i dobrem, acz bez nadmiernej pobłażliwości dla tych, którzy świadomie i celowo naruszali ustanowiony porządek rzeczy. W moim przekonaniu była w nim też szlachetna wyrozumiałość wobec zepsutych przez chwiejność charakteru, ale i stanowcza surowość dla tych, którzy czynią źle z rozmysłu. Najbardziej jednak ujmował mnie stanowczością w przestrzeganiu praw, jako że obca mu była kapryśność, właściwa wielu naszym bogom.

W trakcie podróży przez ziemie partyjskie, lecz przecież z tradycji perskie, widziałem tu i ówdzie jego świątynie, lecz żadnej nie odwiedziłem, głównie z braku czasu dla spokojnego zatrzymania się i skupienia. Na tych ziemiach wszystko miesza się ze sobą, niemniej najpierwszym żywiołem jest wieczny ogień, który wszędzie płonie ku czci wielu bogów i pomniejszych, dobroczynnych duchów lokalnych. Mieli niegdyś Persowie swego proroka, który spisał wszystkie boskie prawa i nakazy, nawet kilkanaście rodzajów tego ognia, ale rozeznać się w tym jest trudno, gdyż strzegą tego kapłani, niechętni rozmowom na te tematy, a już zwłaszcza z obcymi. Większość wiedzy czerpałem więc z obserwacji, także opowieści przygodnych ludzi, a najwięcej od kolejnych przewodników, których rozpytywałem o kolejno mijane po drodze oznaki różnych kultów.

Wielką dla mnie ciekawostką były małe, a licznie pobudowane na wzgórzach budowle kamienne lub drewniane, zwane wieżami ciszy i milczenia. Otóż Persowie, niezwykle przestrzegający czystości, dość szczególnie traktują zmarłych. Nikt, za wyjątkiem dwóch wybranych osób, nie może ich dotykać, palą jedynie ubrania, ciała oddając na żer sępom. Nie chcąc kalać czystości ziemi i powietrza, żywi nie grzebią, ani spopielają umarłych, lecz układają nagich na takich właśnie wieżach, by ptaki dokonały swego dzieła. Bliscy i chętni mogą oddać się tam modlitwie, ale po uprzednim oczyszczeniu.

Jest to zwyczaj, praktykowany niemal powszechnie z wielkim namaszczeniem. Wieże te nie mają osobnych strażników, po prostu stoją, wtopione w tło, więc niewidoczone z daleka, a ich obecność zapowiadają tylko wiodące do nich, wydeptane na ziemi ścieżki. Jest też dla nich i inne zastosowanie, całkiem praktyczne i wcale nie żałobne. Są bowiem znakami, pozwalającymi orientować się w drodze przez wielkie przestrzenie tych krain. Dobry przewodnik zna ich położenie i wedle tego pewnie prowadzi wędrowców od jednych osad ludzkich do drugich, a także odnajduje znane mu miejsca, gdzie jest woda i popas dla zwierząt. Wiedzę tę nabywa się jedynie przez doświadczenie, co dobrze tłumaczy zwyczaj zabierania ze sobą w drogę dorastający synów, którzy dzięki takim naukom potrafią później zastępować ojców. Doprawdy, niezwykle poukładane są rzeczy na świecie, gdzie ludzka przemyślność łączy to, co boskie, z tym, co zwyczajne i praktyczne.

Tak rozmyślając szedłem ulicami w stronę widocznego zewsząd wzgórza, gdzie za murem wewnętrznego kręgu wznosił się pałac wraz ze starodawną fortecą i przyległościami. Na dostanie się tam nie było co liczyć, gdyż wszystkich czterech żelaznych bram pilnowali strażnicy, nie wpuszczając nikogo, kto nie należał do dworu, był zaproszony lub specjalnie wezwany. Niemniej do samej świątyni po południowej stronie zbocza, prowadziła osobna, acz również strzeżona, schodkowa aleja, przeznaczona dla zwykłych ludzi, pragnących oddać bogu cześć i złożyć mu ofiarę. Gdy pokonałem te drogę, wyszedłem na tarasowy plac, gdzie ujrzałem dwie wykute w skałach groty, w pewnym od siebie oddaleniu, z okalającymi je budowlami i kolumnami, przetykanymi srebrem i złotem. Wielkie to zrobiło na mnie wrażenie nie tylko dla harmonijnego piękna całości zabudowy, ale i dla tak niezwykłego zespolenia jej z naturą.

Okazało się, że pierwszym tu bóstwem jest Anaita, dopiero potem, w parze z nią, Mitra. Imponujący ołtarz ognia ustawiono w głębi jednej z grot, ale ważniejszy zdawał się być posąg bogini w drugiej z nich, omywany od dołu wodą, przemyślnie doprowadzaną z pobliskiego strumienia. Nie trzeba było wielkiej domyślności, by pojąć, że oto zestawiono ze sobą dwa najpotężniejsze, życiodajne żywioły. Wyczytałem u Strabona, że według Persów Anaita oczyszcza łona i piersi kobiet oraz nasienie mężczyzn, zapewniając im płodność i pomyślność potomstwa. Jej głowę okalał złoty wieniec, gęsto zdobiony klejnotami, w rękach trzymała gałąź jakiejś nieznanej mi rośliny, a na szacie, wśród innych znaków, których sensu nie rozumiałem, wyraźnie odcinał się wyryty sierp księżyca.

W obawie by nie popełnić jakiej niezręczności, obszedłem ostrożnie plac, ustępując miejsca nielicznym ludziom, którzy tam akurat przebywali, Zza ołtarza dochodziło niegłośne, śpiewne zawodzenie kapłanów, krążących wokół niego i pilnujących ognia. Wyczuwało się aurę świętości, ale i mocy, jaka przenikała to miejsce. Nie ośmieliłem się wejść do żadnej z grot, jedynie usiadłem nieco dalej z boku, na dużym kamieniu, i poddałem nastrojowi, jaki tu panował. Nie byłbym sobą, gdyby nie począł rozważać sensu tego, co oglądałem, a także doszukiwać się różnic i podobieństw miedzy tym, co rzymskie, greckie i perskie.

Anaita to potężna bogini, czczona w Azji aż po Baktrię, a Armenowie, wespół z Medami, uważają ja wręcz za Wielką Matkę swych narodów, zapewniającą im pokój i wszelkie życiowe korzyści. Uchodzi też za boską wojowniczkę, strzegącą ludy przed demonami zła, także za uzdrowicielkę i odnowicielkę życia.  Jak głosi legenda, Aleksander kazał zniszczyć tę świątynię, mszcząc się za to, że nie ustrzegła przed śmiercią jego najbliższego przyjaciela, Hefestiona, który zmarł właśnie w Egbatanie podczas greckiej wyprawy.. Później Persowie, a po nich Partowie pieczołowicie przywrócili świetność temu miejscu, a to, co teraz oglądałem dowodziło, iż potęgi bogów nie zmogą żadne ludzkie szaleństwa. Po tamtych zdarzeniach pozostał tu jedynie stojący dziś na uboczu posąg lwa, jaki Macedończyk kazał wtedy postawić na pamiątkę swego ukochanego, aczkolwiek prochy po zmarłym z wielką pompą pochował dopiero aż w odległym Babilonie.

Wiele mitów krąży o tej bogini. Niektórzy uważają, że była dziewiczą matką samego Mitry, co wydaje mi się głupotą, gdyż nie da się raczej pogodzić dziewictwa z naturalnym rodzeniem kogokolwiek, nawet istoty boskiej. Zresztą, jak głosi legenda, słonecznego boga wyzwoliło ze skały tchnienie woli najwyższego Mazdy. Większość zgodnie wierzy, że jest Anaita jego siostrą, wywiedzioną przez tę samą siłę, tyle że z podziemnych wód, co, jako żywo, nasuwa myśl o cypryjskiej Afrodycie. Grecy przypisują jej także wielką mądrość, przyrównując do Ateny. To połączenie może mieć swój sens, jeśli przyjąć, że kobiece bóstwa obejmują opieką ludzkie życie nie tylko w jego odradzaniu się, ale i praktycznym bytowaniu. Wszelako wartość nadają mu dopiero prawa moralne, lecz nad ich przestrzeganiem czuwają już męskie bóstwa ładu i porządku świata. Tak to sobie tłumaczyłem, przyglądając się owym dwóm grotom, które dopiero we wzajemnym zestawieniu łączyły w całość gry przeciwnych żywiołów, jakim podlegamy.

Nasi bogowie obdarzeni są cechami ze wszech miar ludzkimi, także ludzkimi słabościami i namiętnościami, tutejsi natomiast – ci najważniejsi – są raczej strażnikami i emanacją mocy, których istoty nie jesteśmy w stanie pojąć, choć odczuwamy ich działanie w każdej chwili życia. Trudno mi sobie było wyobrazić Anaitę, rywalizującą o miano najurodziwszej wśród swych boskich sióstr, i obrażającą się za to, że zwykły śmiertelnik odmówił jej w tym palmy pierwszeństwa. Gdym wpatrywał się w jej posąg, jakoś nie mieściła mi się w głowie myśl o zemście za urażoną, kobiecą próżność. Niemożliwa do wyobrażenia była także podstępność Mitry w uganianiu się za jakże przyziemnymi uciechami, w ogóle wszelka chutliwość, w jakiej nieodmiennie lubował się chociażby Zeus.

Na Olimpie od zawsze wiele było po ludzku urażonej ambicji i mściwości za doznane urazy i osobiste niepowodzenia. Od dawne mnie to raziło, może dlatego, że przez nadmierne oczekiwania czy wyobrażenia, chciałem widzieć w bogach coś więcej, niż tylko inaczej objawiająca się zwykłą pospolitość, tyle ze władającą mocami, dla nas nieosiągalnymi. Tu czuło się coś bardziej podniosłego, aczkolwiek gdybym lepiej może znał się na perskich mitach, znalazłbym w nich coś podobnego – co bardzo by mnie chyba rozczarowało.

Rozmyślania te przywołały pytania, jakie nieraz sobie stawiałem, a na które nie znajdowałem dotąd zadowalających odpowiedzi. Co bowiem by się działo, gdyby człowiek nauczył się ciskać gromy i szafował  piorunami wedle woli, upodobania, lub zwykłej zachcianki? Kim by wtedy się stał? Czy rzuciłby wyzwanie dzieciom Kronosa i Rei? Czy pokonałby ich w walce, czy raczej podzielił los Prometeusza lub Ikara? Dokąd prowadziłaby go wtedy pycha, którą tak trudno przecież trzymać w ryzach? Przypomniałem sobie moje szkło fenickie i przestrogi Nartasa, iż moc w rękach niegodnych, to groźba panoszenia się szaleństwa bez umiaru.

Co prawda, zapędy złe, głupie czy nawet zbrodnicze jest w stanie powściągać wola, ale przecież jakże często pcha ona ludzi do czynów zgoła nieobliczalnych i niszczycielskich. Maros twierdził, że nie jesteśmy do końca panami swego losu, lecz czy nie miał aby na myśli właśnie niezdolności trzymania na uwięzi swych wad? Wszak możemy i powinniśmy panować nad własnymi postępkami tak, by nie czynić tego, co naganne, wszelako zważywszy życiową praktykę, ta prawda, zda się oczywista, jednak wcale taką nie jest.

Powiada się, że wola winna służyć temu, by nasze czyny były zgodne z tym, co nakazują boskie prawa. Ale przecież wiadomo, że daje i takie władztwo nad sobą, by się do tych praw nie stosować. Źle użyta, przynosi karę, lecz czy aby na pewno? A co z nagrodą za posłużenie się nią ku dobru? Czy mierzyć ją tylko zyskami miedzy ludźmi? Ale jakimi? Przecież nawet dziecko wie i wciąż widzi, że powszechnością jest, iż nikczemnicy mają się całkiem dobrze, czerpią sławę i korzyści ze złych uczynków, a ludzie prawi idą na zatracenie, nieraz na pośmiewisko, wręcz na pohańbienie.. Cóż więc mają z dobrze używanej woli? Co to w ogóle znaczy, że używamy jej dobrze, lub źle?

Aż dziw, do czego prowadziły mnie spekulacje podczas wpatrywania się w perskie ołtarze i posągi. Myśli splatały się w sprzeczności, nie do rozwiązania. Umysł, nieco zgnuśniały w podróży, kiedy nie było ani czasu, ani nawet siły, by oddawać się swobodnym rozmyślaniom, teraz jakby ocknął się z odrętwienia. Niestety, nie znajdowałem nikogo, z kim mógłbym podzielić się swymi wątpliwościami, czy wdać w dysputę o zawiłościach ludzkiej kondycji w obcowaniu z tajemnicami bogów. Nie dał też do tego sposobności nawet jeden z kapłanów, kręcących się po placu, który, przyjrzawszy mi się z dala, podszedł, zapewne zaciekawiony, kim jest siedzący na uboczu człowiek, nie okazujący chęci włączenia się w modlitewne obcowanie z bogami w świątyni.

– Witam cię, panie – powitał mnie nieco wyniośle. – Widzę, żeś obcy, ale nie wiem, czego tu szukasz.

– Nie jestem nikim szczególnym, ot, przejezdnym gościem w mieście. Ale kiedyś poświecono mnie Mitrze, więc przyszedłem złożyć pokłon przed jego ołtarzem – odparłem, wstając dla zachowania grzeczności.

– Słusznie robisz. Czy wolno spytać, skąd przybyłeś?

– Z daleka. Bardzo daleka. Aż z Rzymu – nie widziałem powodu, by skrywać swe pochodzenie.

– To niezwykłe! – uniósł ręce w geście niemalże teatralnym. – Czy tylko oddano cię pod opiekę naszemu bogu, czy też masz już jaki stopień – spytał już bardziej zwyczajnie.

– Jestem żołnierzem, i na tym koniec, gdyż daleko mi chyba do Persa – grą słów wskazałem, że nie mam wysokiej rangi. – Właściwie powinienem pozostać krukiem, gdyż w drodze prowadzi mnie nie Mars, lecz Merkury – nie wiedziałem, na ile są mu znane nasze, rzymskie miana, lecz posłużyłem się nimi, by wybadać, czy ma jakieś o nich pojęcie.

– Zatem witaj, kimkolwiek jesteś – zabrzmiało to protekcjonalnie i mało zachęcająco. Dłuższą chwilę wpatrywał się we mnie, jakby nad czymś się zastanawiając. – Pozostań między nami tak długo, jak tylko zechcesz, wracaj, jeśli czego będziesz potrzebował – to rzekłszy, skłonił lekko głową, odwrócił się i zniknął miedzy ludźmi na placu..

Nie pojąłem, czy była to tylko zwyczajowa wymiana uprzejmości, czy miał ten człowiek jeszcze co innego na myśli. Ani mnie spytał o Rzym, ani o rzymskie mitreum, ani o powody, dla których przewędrowałem pół świata i trafiłem do Egbatany. Z drugiej jednak strony moje zmysły, szczególnie wyczulone po osobliwych spotkaniach w Hyrkanii i na stepie, uchwyciły we wzroku i w słowach kapłana jakby aluzyjne zrozumienie kim mógłbym być. Zapewne to przesadna imaginacja, niemniej nie należało wykluczać i takiej możliwości. Nic z tego chyba nie wynikało, lecz kto wie, czy w łańcuszku pozornie przypadkowych spotkań, to tutaj nie miało aby swego znaczenia. Nauczony doświadczeniem, wolałem mieć na względzie i to, że w przyszłości taki epizod może ujawnić swój ukryty dziś sens.

40. Wielka polityka

Dość miałem już wrażeń jak na pierwszy dzień wolności od monotonnej jazdy, kupców, interesów niewygód i ciągłej czujności w drodze. Wróciwszy do gospody, zasiadłem przy ulicznym stole, by, zjeść godny posiłek, a potem, swoim zwyczajem, popijać wino i leniwie przyglądać się nowym dla mnie widokom. Było już dobrze po południu, ale ruch panował jeszcze duży, było wiec na co patrzeć. Zwolna popadałem w miły nastrój człowieka sytego i zadowolonego, który zażywa tych spokojnych chwili, kiedy nic nie musi, niczego specjalnego nie oczekuje, ani się nie lęka, też niczego akurat nie planuje. Trwałem tak już czas jakiś, gdy wtem z tego błogiego stanu wyrwał mnie znienacka człowiek, który podszedł z boku, po czym przystanął, z wyraźnym zamiarem wszczęcia rozmowy.

– Czy pozwolisz, panie, że się dosiądę?  Nie chcę przeszkadzać, ani urazić, lecz też mam ochotę odpocząć i napić się czegoś dobrego, a już najchętniej w dobrym towarzystwie – mówiąc to skłonił grzecznie głowę w geście zapytania.

– Jeśli nie w złych zamiarach, to bardzo proszę – odparłem, przyjrzawszy mu się przez chwilę, by zobaczyć, czy to aby nie jaki podejrzany typ, szukający darmowego poczęstunku.

Mężczyzna wydał mi się osobą niegroźną, o rozumnym spojrzeniu, tyle że z błąkającym się na ustach uśmieszkiem ni to rozbawienia, ni to przekory, także z wyczuwaną w głosie pewnością siebie. Już niemłody, raczej w średnich latach, ubrany dobrze, acz nie wyzywająco, na lewej ręce nosił spory pierścień z nieznanym mi znakiem na ozdobnym klejnocie, co uznałem za świadectwo zamożności, może nawet przynależności do jakiego znamienitego rodu. Uznałem, że może okazać się ciekawym rozmówcą, a spotkanie znakomicie zwieńczy jakże miło spędzony dzień. Moje odczucie wzmogło się, gdy z miejsca pojawił się przy nas gospodarz, jakby przygnany wiatrem, i, kłaniając się w pas, zwrócił do nowo przybyłego gościa słowami, wyrażającymi pokorny szacunek.

– Wielki to dla mnie honor, gościć cię w mych niegodnych progach, szlachetny panie – aż mu się ręce trzęsły z ekscytacji. – Czy pozwolisz, bym mógł osobiście usłużyć ci wedle twego życzenia? – ta czołobitność była wielce zastanawiająca, gdyż świadczyła, że mam oto do czynienia z osobistością tu znaną i poważaną. To jeszcze bardziej zachęciło mnie do podjęcia rozmowy, a przeczucie podpowiadało, że znów zdarza się coś przypadkowego, co jednak przypadkiem wcale być nie musi.

– Nie byle kim chyba jesteś, panie, skoro taką ci okazują usłużność – rzekłem, gdy gość, oddaliwszy gospodarza ze stosownym poleceniem, zasiadł naprzeciw, przyglądając mi się ze swym przekornym uśmieszkiem na twarzy. Mylący to był jednak znak, gdyż wzrok miał czujny i przenikliwy.

– Na pewno nie ostatnim – zaśmiał się. – Ale bez przesady.

– Cóż więc skłania cię, byś się przysiadał do przygodnego nieznajomego?  Czy to taki twój zwyczaj, czy może coś jeszcze?

– Raczej ciekawość.

– Czego, jeśli wolno spytać?

– Zdaje się, że przybyłeś tu z tą niezwykłą karawaną, jaka stanęła pod miastem, nieprawdaż?  – zgrabnie wywinął się od odpowiedzi.

– Dobre masz wiadomości. Zbierasz je z przypadku, czy z obowiązku?

– Wieści szybko się rozchodzą. Nawet z wyprzedzeniem. Głośno o was już od kilku dni od przyjezdnych z okolicznych wsi. A ludzie ciekawi są atrakcji.

– Jesteś kupcem?

– Nie. Ale kupcy bardzo mnie interesują.

– Nie ciebie jednego.

– Otóż to, Zwłaszcza tak niezwykli. Wiele można się od nich dowiedzieć.

– Od nich, czy o nich?

– I jedno, i drugie.

– Pierwsze dobrze rozumiem, ale drugie mnie dziwnie zastanawia. Trzeba mieć po temu swoje powody. Kupcy, to kupcy,  przywożą towary, handlują, opowiadają różne rzeczy. Czy to ważne, jacy są?

– Nie tyle jacy, lecz kim są.

– Handlarzami, szukającymi zysków.

– Więc czemu ty ich nie szukasz?

– Skąd ta pewność/

– Opuściłeś towarzyszy, którzy dziś od rana robią interesy, zdaje się, że nawet duże. Wielki jest koło nich ruch, zamieszanie. A ty sobie spokojnie popijasz wino, jakby cię to w ogóle nie dotyczyło.

– Dużo wiesz, jak na zwykłego człowieka, i nie kupca.

– Lubię dużo wiedzieć.

– Spytam raz jeszcze, czy aby nie z obowiązku? Może jesteś przełożonym nad celnikami?

– Nazwij to, jak chcesz.- to już zakrawało na niegrzeczność.

– Skoro, jak mówisz, nie jesteś tu ostatni, to może należysz do pierwszych? Ale byłoby to dziwne, bo tacy nie przechadzają się samopas popołudniami po ulicach tylko dla rozrywki. Sadzę więc, ze nie pojawiłeś się tu przypadkiem.

– Cóż, skoro tak uważasz, to niech i tak będzie – teraz już stawał się bezczelnie wyniosły.

– Czy mógłbyś, panie, wyrażać się jaśniej? – spytałem już stanowczo, gdyż zezłościł mnie swa protekcjonalnością.

– Szczerze? Bardzo proszę. Zastanawia mnie, co sprowadziło tu wędrowca aż z samego Rzymu – rzucił to jakby od niechcenia, wszelako jakby w urzędowym wręcz tonie.

– Skąd przyszedł ci do głowy pomysł, że jestem z Rzymu? – zachowałem spokój, choć mocno mnie zaskoczył. – Nie mam tego wypisanego na czole.

– Byłem rano na placu, rozglądałem się, poznałem się nawet bliżej z sogdyjskim kupcem. Bardzo rozmowny człowiek. Chętnie opowiada o waszej podróży każdemu, kto tylko chce posłuchać. Rzeczywiście, imponująca przeprawa, bardzo się nią szczycił.

Cóż. dopadł Babura, a ten, oczywiście, spragniony podziwu i rozgłosu, rozpuścił język niczym kramarz na fenickim targu. Po prawdzie, za dużo o mnie nie wiedział, znał mnie jako Viatusa z Rzymu, ale pewnie coś nazmyślał dla barwności swych przechwałek.

– Czy to wystarczy za odpowiedź? – nieznajomy zakończył wyjaśnienia pytaniem.  Nie było co wypierać się, skąd przybyłem, ale resztę przemilczałem, i dalej drążyłem swoje.

– Czy wszystkie ważne osoby w mieście mają w zwyczaju odwiedzać z samego rana przyjezdnych kupców? Tak, tylko dla pogawędki i urozmaicenia porannej przechadzki?

– Co to, to nie – wyraźnie rozbawiły go moje słowa. – O tej porze wielu z nich jeszcze nawet się nie budzi – dodał nieco wzgardliwie. – Ale ja to lubię – rzekł po chwili. – I mam z tego swoje korzyści.

– Myślę, że to twoja praca. Wiedzieć i sprawdzać, co się dzieje w mieście – dość miałem już tej zabawy w nieodmówienia. – Musisz być jakimś wysokim strażnikiem, może nawet nie z tych zwyczajnych, a od sekretów. To wiele by wyjaśniało.

– Twoja umiejętność w dociekaniu sedna spraw też wiele wyjaśnia. Co czyni tę rozmowę nader obiecującą.

– W jakim sensie?

– Są rzeczy ważniejsze, niż tylko handel, choćby i najcenniejszymi towarami – zaczynało być ciekawie.

– Nie pojmuję, czegóż takiego ważnego mógłbyś po mnie oczekiwać – odparłem powoli, z namysłem. – Jestem zwykłym podróżnikiem, może trochę uczonym. Ot, i wszystko.

– Uczoność przynosi ci zaszczyt, panie, ale podróżowanie ma zwykle jakiś cel.

– Gdybym nawet go miał, to chyba nie przypuszczasz, że rozprawiałbym o nim z każdym, kto zechce napić się wina w moim towarzystwie. Choćby nie wiem, jak bardzo chciał wydać się przyjazny – wymownie skinąłem mu głową. – A co dopiero z kimś nazbyt wścibskim – dodałem złośliwie.

– Miło jest spotkać kogoś o tak bystrym umyśle – podniósł kubek z winem w moją stronę. – Mówię to nie po to, by ci tanio schlebiać, panie, lecz by zachęcić do rozmowy bardziej… by tak rzec… treściwej.

– Kłopot, panie, w tym, że wciąż mówisz nazbyt dla mnie zagadkowo.

– Cóż, niech ci będzie. Zatem wiedz, że umiem dodawać dwa do dwóch. I a rachunku wychodzi mi, że jesteś rzymianinem z jakiegoś bogatego rodu. Może nawet, z tego, o którego sławie, bogactwie i wpływach wiadomym jest nawet na naszym dworze, choć nie tylko. Podróżujesz zapewne w rodzinnych interesach, nawet domyślam się, w jakich, ale to mnie w tej chwili mniej interesuje.

– Schlebia mi, panie, twoja opinia – wszedłem mu w słowo – choć, doprawdy, nie wiem, co tym sądzić. Nie pojmuje powodu tego pokrętnego przepytywania. Nie wiem, czy mi się to podoba – rzekłem stanowczo i mało przyjaźnie. Tycjanowska natura nakazała mi przyjęcie postawy wyniosłej, i stosownego dla niej zachowania. – Jeśli chcesz, byśmy dalej prowadzili tę dziwną rozmowę, musisz mnie przekonać, że jest w niej jakiś sens. No, i wyjaśnić, kim jesteś., Bo że nie zwykłym przechodniem to już wiem.

– Pozwól, ze skończę myśl, a potem sam uznasz, czy ci się ona spodoba, czy nie. I zrobisz, co uznasz za stosowne.

– Słucham.

– Otóż uważam, że byłoby dziwne, gdyby ktoś taki, jak ty, panie, nie korzystał z okazji rozeznania się w tym, co dla Rzymu ważne. Jeśli nawet chcesz uchodzić tylko za kogoś, kto szuka nowych sposobów na duże zyski z handlu, to zważywszy, że musisz być ze znacznej rodziny, logika podpowiada mi, że w twej podróży musi być  i polityka. Przypuszczam, że na dworze cesarskim znajdą się, ludzie, których bardzo będą ciekawiły twoje wnioski, nie tylko jako uczonego.

– Przeceniasz mnie, panie.

– Pozwól, że będę obstawał przy swoim.

– Niech ci będzie. Ale co z tego miałoby wynikać?

– Tylko tyle, że może byś zechciał poznać pewne sprawy niejako z pierwszej ręki.

– Czyli twojej?

– Tym razem to ty mnie przeceniasz.

– Cóż zatem masz do zaoferowania?

– Pokazanie ci, jak mają się u nas rzeczy, i jak warto na nie spojrzeć z odległego Rzymu.

– Spróbuj mnie czymś przekonać, ze będziesz w tym wiarygodny.

– Czy zgodzisz się, że mamy teraz z wami dobre stosunki? Tyberiusz popiera naszego króla, a my wspieramy was w Armenii.

– Ale dusicie nasz handel.

– Nie my, lecz nasi Grecy. Artaban od dawna stara się ich ukrócić, ale to trudne, bo mają wielkie pieniądze i wpływy, nawet jeszcze na dworze.

– To wasze kłopoty.

– Ale wasze interesy. I to duże.

– Cóż więc proponujesz?

– Król ma dwóch synów. Jeden jest za ojcem, drugi przeciw niemu. Dobrze byłoby, i dla nas, i chyba dla was, by w przyszłości to ten pierwszy zasiadł na tronie.

– Innymi słowy, chciałbyś, żeby Rzym już teraz, poparł jednego przeciw drugiemu.

– Chcielibyśmy spokoju na zachodzie, bo mamy nieco zamętu na wschodzie.

– No, także niełatwo wam idzie z Persami. Niezbyt was lubią.

– Artabanowi udaje się z nimi układać całkiem nieźle. Może nie ze wszystkimi, ale wystarczy tego, żeby unikać buntów. Wsparcie Rzymu miałoby tu swoje znaczenie.

Miał rację, choć wyglądało mi to wszystko na dość prostą intrygę. Zapewne synowie królewscy już teraz zagryzają się w walce o schedę po ojcu, i zbierają sojuszników. Gdy który z nich poczuje się silniejszy, urządzi rodzinie krwawą łaźnię i zagarnie władzę. Tak to się załatwia, nie tylko u nich. Partowie mieli już niedawno podobną awanturę. Swego czasu, August, dla okazania swej przyjaźni, podarował poprzedniemu królowi niewolnicę, niejaką Musę, ale ta, nie dość, ze szybko omotała swego nowego pana, to jeszcze potem otruła go, kazała wymordować liczne jego przyległości, i osadziła na tronie swego syna Fraatesa, który z wdzięcznością odpłacał się we wszystkim pierwszemu protektorowi swej matki. Zgubiła go jednak nadmierna pewność siebie w wyrzynaniu arystokratów, także zawziętość wobec Greków. Nie zawsze zatwierdzał ich na urzędach, choć mieli do nich prawo. Czcił grecką sztukę, greckich bogów, ale ich ludziom niedowierzał, więc się na niego uwzięli i stanęli po stronie owego nieszczęsnego Wononesa, który sam nie wiedział, kim właściwie chciał być. Skończyło się przegnaniem go, ale i nowymi dla nas kłopotami..

Dziwne było, co mówił ten człowiek, gdyż Artabanus nie był przecież niewinnym dzieciątkiem. Z Grekami i Persami wpierw układał się, żeby w swych grach rodzinnych obalić Wononesa, naszego przecież sojusznika. Potem, gdy poczuł się pewnie, rozegrał skłóconych Persów, i część z nich przekonał, jak bardzo sam chce być bardziej perski, niż oni. Teraz wspólnie gnębili Greków, głównie z chęci ograbienia ich ze złota, także dla zapewnienia swoim kupcom przewagi w zyskach we wschodnim handlu Może dałby nam trochę więcej w nim swobody, ale i tak to on przecież nakładałby cła. Cóż, jeszcze nie urodził się taki władca, który zgodziłby się popuszczać innym tam, skąd możne sam czerpać złoto.

Coś tu się jednak nie zgadzało. Nie miałem dobrego rozeznania, jak naprawdę mają się sprawy w układach z Armenami, ale wiedziałem, że na tamtych granicach jest ciągłe wrzenie. Partowie nieraz już wspierali ich w walkach z nami, więc w tym, co teraz słyszałem, kryła się obietnica bez pokrycia. Tym bardziej, że kiedy się tylko dało, szukali własnych przewag nad Armenią. Poza tym nie było chyba prawdą, że tak znakomicie układają im się stosunki z Persami, o czymś świadczyły moje spostrzeżenia i doświadczenia w podróży. Królestwo partyjskie było zlepkiem prowincji, wciąż ze sobą skłóconych w rozmaitych układach. Ich władca, kimkolwiek by był – był jednak słaby i nie ogarniał całości. A Persowie po cichu spiskują, by Partów przepędzać, skąd tylko się da.

Dlatego wsparcie potężnego Rzymu dawałoby Artabanowi wewnętrzne przewagi, ale nam mogłoby przysparzać samych trosk. Na wschodzie wypierali go Kuszanie, trudną też miał sytuację z Nabatejczykami, tuż nad Eufratem. Tam szło już wyłącznie o panowanie nad szlakami handlowymi z południa, w czym brały udział również i nasze legie syryjskie.  Partowie mogliby je wspierać, lecz gwarancji na to nie było żadnych, zwłaszcza gdyby udało się im te szlaki już przechwycić.

Co więcej, w Partii panował jeden wielki bałagan, i nie wiadomo, ile zyskalibyśmy na tak niepewnym sojuszniku. Z drugiej jednak strony, było to państwo ogromne, mimo wszystko dość jeszcze silne, które w obawie przed rozpadem mogłoby popaść w konwulsje nader dla nas groźne. Ponieważ w tym splątaniu wątków liczyły się i nasze rozmaite interesy, należało je traktować nader poważnie, acz z dużą rozwagą i ostrożnością. Zatem warto było kontynuować prowadzoną teraz rozmowę, acz bez nadmiernej ekscytacji w oczekiwaniu na propozycje, jakie w niej mogły paść.

– Nie mam prawa wypowiadać się w imieniu Rzymu, ale zawsze chętnie słucham tego, co mogłoby mu sprzyjać. To chyba oczywiste.

– Korzyścią dla niego jest spokój i przywileje celne w handlu – powiedział to tak, jakby był władny je zapewniać. Na wszelki wypadek uznałem to za dobrą monetę.

– Wy natomiast będziecie rosnąć w siłę – podjąłem tę kolejną już grę w statystów historii. –  Teraz grozi wam rozpad. Synowie królewscy będą szarpać, aż rozszarpią państwo. Albo wpędzą je w wojny domowe. Domyślam się, ze komuś musi zależeć, by tego uniknąć. Ale czy z dobrym dla nas skutkiem?

– A mówiłeś, że jesteś tylko podróżnikiem, ciekawym wrażeń. Że nie znasz się na polityce.

– Ty zaś, panie, też chyba nie przechadzasz się ot, tak, w poszukiwaniu ciekawych rozmów dla zabicia czasu? Dlaczego miałbym ci wierzyć? Nie wiem, kim jesteś.

– Znają mnie pod imieniem Tamisa.

– Co nie znaczy, że tak się nazywasz. Zresztą, i tak nic mi to nie mówi.

– Niech ci będzie. Wiedz zatem, że jestem… jakby to powiedzieć…  królewskim doradcą, choć nie w radzie. Powiedzmy, ze na uboczu.

– Czyli zausznik. Cichy, od cichych zadań.

– Nie szukam rozgłosu.

– Ale nasz gospodarz kłania ci się tak nisko, jak pozwala mu jego brzuch.

– Wie, po co to robi, i dlaczego.

– Nie moja to rzecz, twoje sekrety. Zwłaszcza wywiadowcze, jak mniemam. Mów wprost, czego chcesz.

– Byś wysłuchał argumentów, które mogłyby zainteresować twych rzymskich… powiedzmy… przyjaciół. Zwłaszcza, na cesarskim dworze. Bo i tam też chyba ich masz… jak mniemam? – odbił moją ironię.

– Czy na królewskich dworach istnieje przyjaźń – zaśmiałem się. – Skoro jesteś tym, za kogo się podajesz, wiesz o tym lepiej niż ja.

– Uwaga, godna znawcy tematu – rzekł ze zrozumieniem. –  Tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że słusznie robię, rozmawiając z tobą.

– Nie uda ci się, panie, wciągnąć mnie w wasze machinacje. Chętnie wysłucham, co masz do powiedzenia, lecz niczego obiecać nie mogę. Ale wiedza zawsze bywa przydatna, choćby dla lepszego poznania, jak wygląda daleki świat. – Nie odżegnywałem się od sprawy, lecz z zachowaniem pozorów obojętności.

– A co, gdybym zaproponował ci pewne spotkanie? Ponieważ trafnie oceniasz sytuację, wiec może przekonałbyś się przy okazji, co może nas czekać. I sam wyciągnąłbyś własne wnioski.

– Na czym polega ta pułapka?

– W niczym ci to nie zagrozi, masz moje słowo.

– Królewskiego zausznika? – roześmiałem się, szczerze rozbawiony. – Niepewna to gwarancja.

– Działam w najlepszym interesie nie tylko króla, ale nas wszystkich. Daleki jestem od żartów, czy tanich gierek. – Tym razem w jego głosie zabrzmiało coś bardziej poważnego. Czy było to udawane, by mnie podejść?

– Z kim miałbym się spotkać.

– Zanim odpowiem, przybliżę ci sytuacje na dworze. Jak wiesz, król ma dwóch synów. Po prawdzie jeden z nich to tylko usynowione książątko z dahijskich władców. Doszło do tego wiele lat temu, dla zapewnienia sobie ich przychylności w granicznych prowincjach, głównie przeciw Scytom, ale i buntującym się tu i ówdzie Medom, szukających sojuszy z Armenią. Ta kombinacja, choć niegdyś się udała, teraz obraca się przeciw Artabanowi. Ów przybraniec knuje, by zawładnąć tronem i zniszczyć przybranego brata.

– Tak to już bywa w królewskich rodzinach.

– Gotarzes – bo tak się zwie – jest człowiekiem nieokrzesanym i okrutnym. To jedno wielkie nieszczęście dla Partów.

– Czyż nie wywodzą się właśnie z Dahów

– To dla niego dobry pretekst. Zależy mu jedynie na własnej sławie, władzy i bogactwach.

– U królów to nic nowego.

– Gotów podnieść taki zbójecki zamęt, że ani się obejrzymy, jak wszyscy skoczą sobie do gardeł.

– A co ty masz z tym wspólnego?

– Pomagam królowi czuwać nad sytuacją.

– Czyli szpiegujesz na jego rzecz. Zapewne i coś więcej.

– Nazwij to, jak chcesz.

– A jakie są jego zamiary?

– Król widzi jako swego następcę prawowitego syna, Wardanesa.

– Niech więc to ogłosi. Albo jakoś umiejętnie pozbędzie się intryganta.

– Na razie musi lawirować, nie chce nikogo rozdrażniać. Nie będę cię zanudzał szczegółami.

–  I do tego potrzebuje pewnych sojuszników, także na zewnątrz. Na przykład w Rzymie.

– Byłoby dobrze, gdyby, by wasz cesarz pozostawał nam życzliwy – za tym określeniem kryć się mogło dosłownie wszystko. – Może nie do końca rozeznaje się w naszej sytuacji? Kto wie, jakie dochodzą do niego głosy?

– Mówiąc krótko, i bez ogródek, proponujesz mi, ni mniej, ni więcej, bym został jakimś osobliwym posłańcem królewskich interesów?

– Kupcy wiedzą, co dla nich korzystne. Zwłaszcza tacy, którzy daleko patrzą.

Zamęt to miałem teraz ja, we własnej głowie. Do czego to doszło? W podróży zaprzyjaźniłem się z Sogdyjczykami, Baktrami, nieco zbliżyłem do tajemniczych Hanów, wreszcie zyskałem zaufanie pewnych Persów. A teraz zausznik partyjskiego króla wciąga mnie w tutejsze intrygi i oczekuje, że opowiem się po jednej ze stron przed samym Tyberiuszem. Trochę tego dużo, i zbyt to poplątane. Lecz nie wolno mi zapomnieć o powinnościach cesarskiego wysłannika. Nie wyczułem zagrożenia w propozycji tego Tamisa, czy jak się tam zwał ów dziwny człowiek przede mną.

– Co więc proponujesz?

– Spotkanie z Gotarzesem.

– Nie rozumiem. Właśnie z nim?

– Gdy go poznasz, zrozumiesz o czym mówię. Zresztą tylko on został w Egbatanie. Król, z większością dworu, wrócił do stolicy.

– A ty pilnujesz jego wroga?

– Zbiera różnych ludzi, awanturników, szukających korzyści przy pańskim stole. Obcych, swoich, możniejszych, mniej ważnych, kogo się da. Trzeba to wiedzieć.

– Wie, że go szpiegujesz? Przecież jesteś człowiekiem jego ojca.

– Próbuje mnie kupić, jak wielu. A ja udaję, że się waham. Niezbyt mi ufa, lecz da się namówić na spotkanie z kimś ważnym z Rzymu. Słyszał też o waszej karawanie. Wszyscy tu o niej mówią.

– Nie jestem nikim ważnym.

– Łatwo go przekonam. Jest próżny, więc chętnie cię przyjmie. Choćby z ciekawości. Ale będzie namawiał do swoich pomysłów.

– Jakich?

– Nie wiem, jak je nazwie, ale skryje za tym propozycję, by go wspierać jako przyszłego króla Partów.

– Ale Rzymu nie lubi?

– Ponarzeka, postraszy, ale to tak dla pokazania, jaki jest ważny. On gotów wejść w sojusze nawet z demonami, byle zdobyć, co mu się marzy.

– Nie lubię, jak mnie kto straszy.

– To tylko teatr, nic więcej.

– Cóż, zaryzykuję. – Zgodziłem się, bo i tak nie miałem teraz nic lepszego do roboty. – Ale obiecaj, że przy okazji pokażesz mi pałac. Czytałem o nim, interesuje mnie historia.

– Zgoda.

– Kiedy?

– Jutro, w południe?

– Może być.

– Będzie też okazja, żeby jeszcze porozmawiać.

– Jeśli tylko ujdę z życiem.

– Bez obawy – zaśmiał się, wyraźnie zadowolony. – Przyślę eskortę.

– Bez przesady!

– Będzie, jak należy – mówiąc to wstał, by się pożegnać. Wymieniliśmy stosowne gesty, i już go nie było.

Zostałem sam przy pustym już dzbanie wina. Czy aby nie pakuję się w jakieś tarapaty?. Ale słowo się rzekło, zresztą może być ciekawie. Że też na mnie to padło! Lecz takiej okazji przepuścić nie wolno. Nic, ani nikt do niczego mnie zobowiązać nie może, a co zobaczę, to moje.

41. Dyplomacja i świeży trop

Nazajutrz długo nie mogłem wygramolić się do życia. Po miesiącach sypiania w drodze, gdziekolwiek i jakkolwiek bądź, wygodne i miękkie łoże zdawało mi się nieziemskim wręcz cudem. Służba przyniosła odświeżone ubrania, a na poranny posiłek zszedłem do sali w gospodzie, gdzie, mimo wczesnej pory, gości nie brakowało. Gospodarz traktował mnie z wielką atencja, mając, widać, za kogoś bardzo ważnego. Uznał tak zapewne po wczorajszych  odwiedzinach Tamisa, bez wątpienia znanego mu z pozycji i rodzaju zadań, jakie wykonywał. Gospody to miejsca, gdzie rozwiązują się języki miejscowych, pojawiają rozmaici przyjezdni, a szpiegowanie to w dużym przecież stopniu zbieranie zasłyszanych drobiazgów, z których zawsze da się wyłowić coś, interesującego, by potem składać to w większe całości. Nie ma na świecie chyba ani jednego karczmarza, który by nie pomagał odpowiednim służbom, w obawie, by nie dociekały zbytnio, co ma sumieniu przy prowadzeniu swych interesów.

Około południa przed gospodę zajechał konny strażnik, prowadząc ze sobą luzaka. Odszukawszy mnie, grzecznie zaprosił do podążenia z nim na spotkanie w pałacu. Zauważyłem, ze konie, oprócz ozdobnych siodeł i uprzęży, miały jeszcze na łbach małe, kolorowe pióropusze. Wyjaśniło się, ze to znaki królewskie, nakazujące ustępowanie jeźdźcom z drogi. Tak więc, odprowadzani ciekawymi spojrzeniami obecnych, ruszyliśmy w górę, ku pałacowym murom. Tam, za ostatnią bramą, wjechaliśmy na mały, boczny dziedziniec, gdzie czekał już na mnie Tamis. Po powitaniu, weszliśmy do środka, po czym, przemierzywszy wiele sal i korytarzy, weszliśmy do okazałych komnat królewskich. W jednej z nich, siedział młody jeszcze mężczyzna, w otoczeniu kilku stojących wokół niego osób. Tak oto stanąłem przed owym Gotarzesem, o którym tyle naopowiadał mi wczoraj mój popołudniowy gość.

Powiada się, że nie można po raz drugi zrobić dobrego, pierwszego wrażenia. Ten człowiek nie mógłby tego zrobić ani za drugim, ani nawet za dziesiątym razem. Młody osiłek, ubrany niedbale, ale bogato, rozwalony na ozdobnym krześle, z twarzą, znamionującą wszystko, tylko nie rozum. Gdy skłoniłem się grzecznie, przez dłuższa chwilę wpatrywał się we mnie w milczeniu, z pysznym uśmieszkiem, po czym naraz wybuchnął śmiechem.

– Proszę, proszę, kogóż my tu mamy – rzucił wręcz wzgardliwie, zamiast spodziewanych przeze mnie słów powitania. – Słyszałem, słyszałem o niezwykłych gościach w mieście – spojrzał na mnie niczym na jakąś egzotyczną ciekawostkę. – Mówiłeś, że to bogaty kupiec z Rzymu? Wygląda dość niepozornie – zwrócił się do Tamisa. – Zatem witam, drogi panie – pochylił się w moją stronę, niczym drapieżnik ku swej ofierze – witam cię Cieszę się, że nas odwiedziłeś, że znajdujesz za celowe złożenie należnego uszanowania na naszym dworze.

– Pozwól wyrazić moje dla ciebie słowa szacunku, panie – odparłem chłodno. – Widomym mi jest, jak ważną i znakomitą jesteś osobą, a mając niepowtarzalną okazję poznania cię, nie mógłbym z niej nie skorzystać, by zapewnić, że rzymscy kupcy wiele uwagi przywiązują do handlu z królestwem Partów – nie chciałem wychodzić poza rolę, w jakiej mnie widział..

– No, proszę, gładkie słowa, a z miejsca zaczynasz mówić o interesach. I my im sprzyjamy, lecz liczymy w nich nie tylko zyski w złocie, ale i w innych korzyściach – zaskoczyło mnie, że od razu przystąpił do tak prostackiej dyplomacji. – Nasza przychylność ma swoją cenę – rzekł, niczym udzielny władca, pewny swej siły. – Chętnie was będziemy wspierać, jeśli tylko będziemy mogli liczyć na wzajemność – pokiwał ręką jakby z ostrzeżeniem. Jeśli uważał, ze tym sposobem pokaże, jak wytrawnym jest graczem, to musiał być skończonym durniem.

Byłem przygotowany na rozmowę bardziej subtelną, przyjazną choćby dla pozoru, na jakieś, zwyczajowe pytania o podróże, o sprawy ogólniejszej natury, nawet o kombinacje polityczne. Tymczasem królewski syn zachowywał się butnie, wyniośle, wręcz opryskliwie. Postanowiłem jednak spróbować wyciągnąć z niego coś bardzie konkretnego.

– Kto dobrze umie i chce kalkulować, ten powinien znać argumenty tych, z którymi dobija targów, nieprawdaż panie? – nie było powodu, by bawić się w delikatność. Udałem małego chytrusa, bo to chyba najlepiej mogło przemówić do jego wyobrażenia o prowadzeniu polityki.

– Proszę, to rozumiem – zarechotał zadowolony z prosto wyłożonego pytania. – Otóż, drogi panie, wrota na mostach i komory celne dla towarów można otwierać lub zamykać wedle uznania. Chętnych jest wielu, ale my najbardziej sprzyjać będziemy tym, za którymi stać będą pewni sojusznicy przeciw naszym wrogom. Zewnętrznym – zawiesił głos – ale i wewnętrznym.

– My, kupcy, nie mieszamy się za bardzo do polityki. Ale jesteśmy chętnie słuchani przez tych, którzy ją prowadzą.

– Otóż to!  Niegłupi jesteś, rzymianinie. Chcę wierzyć, ze nasze oczekiwania trafią gdzie trzeba.

– To nie jest niemożliwe.

– Wiedz zatem, że mogą przyjść u nas zmiany, nawet duże zmiany, więc lepiej zawczasu się do nich przygotować – mówiąc to, rozejrzał się wymownie po zebranych, którzy przytaknęli tym słowom ze służalczymi minami. – Mówię to na wszelki wypadek, ot tak, po przyjacielsku.

– Bardzo sobie cenimy przyjaźń królów, także i ich synów, a już tym bardziej tych, których może czekać wspaniała przyszłość – chce pochlebstw, to niech się nimi dławi.

– Cieszę się, że dobrze pojąłeś sens moich słów – klasnął w dłonie z wielkim ukontentowaniem. – Mam więc nadzieję, że pomyślnie wrócisz do Rzymu i zaświadczysz komu trzeba o naszej dobrej woli.

– Nawet jeśli jest tylko warunkowa, to przecież nie wolno jej lekceważyć – nie mogłem sobie darować szczypty złośliwości, której i tak pewnie nie pojął w tym swoim małym rozumku, skupionym na własnej próżności.

– Zatem żegnam cię, panie, i życzę bezpiecznej drogi – uniósł rękę w widowiskowym geście wielkiego pana. Żadnych oznak szczególnej gościnności, żadnych swobodnych żartów, nawet zdawkowych pytań, czy uwag.. Ot, łaskawość wobec petenta, popis lekceważącej pychy, połączonej ni to z przestrogą, ni groźbą. Szybko, krótko, bez ceregieli, z pokazaniem swej wyższości.

– Niech bogowie mają cię w swej opiece i wspierają we wszystkim co, najlepsze – pożegnałem go zwyczajowym zwrotem, skłoniłem się, i wraz z towarzyszącym mi Tamisem opuściłem to obrzydliwe dla mnie zgromadzenie.

Przeszliśmy w milczeniu kilka pałacowych przejść, wreszcie dotarliśmy do sporego pokoju na końcu jednego z korytarzy, za ciężkimi drzwiami, z wyjściem na mały, kolumnowy taras.

– I tak miałeś, panie, szczęście, że był dziś w dobrym humorze – mój gospodarz krótko skwitował dopiero co zakończone spotkanie. – Potrafi bardziej dosadnie okazywać swe groźne miny – nawet nie próbował kryć się z niechęcią do syna swego króla.

– Nie znam się na obyczajach wschodnich władców, lecz powiem ci, panie, że miałem wrażenie, jakbym znalazł się w jednej klatce z niebezpiecznym zwierzem, tyle że chwilowo mało rozdrażnionym, bo akurat po śniadaniu.

– Dosadnie powiedziane, ale prawdziwie – uśmiechnął się kwaśno. Może i nie znosił Gotarzesa, ale to przecież jego kraj, jego królowie, a tym, co zobaczyłem, żadna miarą poszczycić się przed obcym nie mógł.

– Masz rację, może wam narobić niezłego bałaganu w państwie. Nie wiem, jaki jest drugi królewski syn. Ale w krwawych intrygach o władzę, niewiniątek wokół tronu trudno chyba szukać?

– A w Rzymie jest inaczej? Zdaje się, że wam też wojen przez prywatne ambicje nigdy nie brakowało?.

–  Ale jest u nas jedna idea państwa. Jego jedności. Wiele nam zagrażało zamętów, i jeszcze będzie zagrażać, ale nikt nigdy nie dopuszczał nawet myśli, by je rozszarpać na kawałki.

– Pokusy i pycha potrafią ogłupić nawet rozsądnych ludzi. Wielu wręcz znieprawić.

– Cóż, różnie bywało. Zdarzała się prywata, owszem, niepohamowana, nawet groźna, lecz nie zdrada. Zawierano dziwne sojusze, nawet przeciw swoim, ale nie przeciw państwu.

-. Kogo zaślepi ambicja, gotów jest na wszystko, byle niepodzielnie panować, choćby i na małym skrawku ziemi.

– Nawet szaleństwa takich głupców mają u nas granice. To prawda, bijemy się miedzy sobą, jak wszędzie, ale Rzym rośnie w siłę. Zdrajcy zawsze dają głowę.

– Mieliśmy kiedyś króla, który stworzył wielkie państwo. Niezwykły rozum, siła. Nie musiał nikogo o nic prosić, to inni szukali w nim sprzymierzeńca.– bez wątpienia miał na myśli Mitrydata, który podbił i zebrał w całość ziemie od Armenii po Baktrię. – Przydałby się znów ktoś taki.

– Wierzysz, że może nim być ów drugi syn Artabana?

– Wierzę, że nie zechce trwonić tego, co mamy. Ale pewności nie mam. Wolę jednak na tronie kogoś bardziej przewidywalnego, zdolnego do miarkowania dzikości własnej natury.

– Czy nie za dużo oczekujesz? Sam powiedziałeś, że władza ulega pokusom.

– Przekonamy się.

– Tak czy owak, dziękuje za dzisiejsze zaproszenie. Trochę mi przejaśniło w głowie.

– W drodze powrotnej zatrzymasz się w Ktezyfonie?

– Zdaje się, że lepszej drogi nie mam. Ale wystarczy mi waszych królewskich spraw. Zostanę tam kilka dni, bo chce spróbować kogoś odszukać. To sprawa całkiem prywatna, nawet nie w interesach.

– Zatem nie pytam, bo nie wypada.

– To żadna tajemnica. Szukam śladów rodzinnych. Stare dzieje, ale dla mnie ważne.

Tknięty pewna myślą, sięgnąłem do sakwy, z którą się nie rozstawałem, po czym wygrzebałem z samego jej dna ów mały amulet, jaki dostałem w domu przed podróżą, a który był pamiątką po partyjskiej matce mego dziadka. Na nieznanym mi kamieniu, obrobionym w kształcie prostokąta, wyryto jakieś znaki, mocno już wytarte, których znaczenia nie rozumiałem, bo i skąd.

– Skoro jesteś, panie, taki u was wszechwiedzący, to może poznasz, co to takiego? – spytałem trochę przekornie, ale i z nadzieją, że dowiem się czegoś, co mnie naprowadzi na jakiś trop.

Wziął kamień do rąk, oglądał go przez dłuższą chwilę, wreszcie oddał mi, uśmiechając się z zadowoleniem

– To znak cechowy, najwyraźniej medyków. Poznaję, bo w mojej rodzinie też mamy podobny.

– Przecież nie jesteś medykiem.

– Jest nim mój ojciec, a od niedawna i brat.

– Czy umieliby rozpoznać, do kogo to należy, albo należało?

– Nie wiem. Ich musisz pytać.

– Gdzie ich znajdę.

– Powiem ci, jakich szukać. Skąd to masz, panie?

– Zdziwisz się, ale to pamiątka po mojej prababce. Była grecką partyjką, lekarską córką.

– No proszę! A więc rzymski bogacz jest po trosze Partem?

– Na to wychodzi.

– Coś mi świta w głowie. Czy ktoś z twoich przodków nie prowadził handlu na wschodzie?

– Czemu pytasz?

– Gdy byłem mały, słyszałem od rodziców o pewnym handlarzu z Rzymu, który miał u nas rodzinne korzenie. Znał mnóstwo ludzi, kręcił się za wielkimi interesami, jeździł ponoć nawet do samego Charaksu.

– Coś jeszcze?

– Tyle, że wielkie wyczyniał u nas awantury, ale nie pytaj, jakie, bo nie wiem. Podobno strasznie był łasy na kobiety. Więcej nie pamiętam.

– A twój ojciec? Znał go?

– Nie mam pojęcia. Może tak, może nie. Sam go spytaj.

– Nie omieszkam.

– No, no, proszę, jakie to cuda zdarzają się na świecie. Kiedyś jeden Tycjan, teraz drugi!

– Skąd znasz to imię?

– Nie byłbym tym, kim jestem, gdybym nie znał różnych rzeczy, i nie umiał składać jednej z drugą, szlachetny Viatusie. Czy rzeczywiście tak się nazywasz??

– Skoro jesteś tym kim jesteś, to powinieneś znać odpowiedź.

– Dobre więc miałem wyczucie. Zatem Tycjanowie nie popuszczają na wschodzie. W Syrii od dawna jesteście wielkimi panami. A teraz ta karawana. Dobrze to pomyślane. Daleko sięgacie. Czy wciąż chcesz mnie przekonywać, że nie znasz się na polityce? Przecież wasz cesarz musi siedzieć w waszej kieszeni jak ryba w saku.

– Nie rozpędzaj się Tamisie, bo dostaniesz zadyszki.

– Nie obawiaj się, w niczym ci nie zagrażam, ani nie chce uchybić. Cieszę się, że cię poznałem. Możesz być nam bardzo pomocny. Mam na myśli króla.

– Chcesz powiedzieć, że przydatny.

– Na jedno wychodzi.

– Teraz ty zaczynasz?

– Tak to już jest w polityce. Ale chyba sam się przekonałeś, że warto wam uważać, i na co.

– To znaczy?

– Tu w handlu rządzą Grecy, trochę Żydzi. Nikogo do niego nie dopuszczają, a rzymskich i fenickich kupców nienawidzą. Artaban ich gnębi, poodbierał im różne przywileje, ale są za słabi, żeby iść z nim na udry. A że maja góry złota, więc mogą dać go trochę Gotarzesowi, który chętnie im naobiecuje wielkie rzeczy, a potem wystawi do wiatru. Oni to wiedzą, ale gotowi są zaryzykować. W chaosie łatwo robić swoje, zwłaszcza jak się ma za co. W sumie mało ich obchodzi państwo, nie uważają je za swoje, liczą tylko zyski i patrzą, czy ich wciąż mają za najmądrzejszych i najwspanialszych. Więc dodaj sobie teraz to wszystko razem, i zobacz, co wam wyjdzie z rachunku.

– Rachunki to jedno, a praktyka to co innego. Wiele sił tu działa, nie tylko sam handel.

– Oczywiście. Warto jednak patrzeć, na co można mieć wpływ. Bez nas nie tak łatwo przebijecie się z nim dalej na wschód. Sądzę, że wnioski z kalkulacji, o jakich mówię, na pewno dałyby Tycjanom należyte argumenty w szerszym przedstawianiu spraw Tyberiuszowi.

– Chyba i ty nie jesteś tylko zwykłym królewskim doradcą od dworskich sekretów i intryg? Też wysoko mierzysz.

– Mnie wystarczy pozostawać w cieniu.

– Pozwolisz, że nie uwierzę.

– Twoja rzecz. Niemniej, warto, byśmy się dobrze rozumieli.

– Ale bez zbyt wielkich oczekiwań.

– Cóż, trzeba próbować korzystać z każdej okazji.

– I niech tak zostanie.

Tamis zamilkł, potem podszedł do stołu, stanął do mnie tak, bym nie widział co robi, po czym otworzył małą w nim skrytkę, z której wyjął jakiś drobiazg.

– Dam ci dowód mej dobrej woli – rzekł, wręczając mi spory pierścień, z wyrytym na nim szczególnym znakiem, podobnym do tego, jaki sam nosił. – Każda straż, każdy urzędnik u nas, wie, co on oznacza, i kto ci go dał. Nikt nie będzie cię niepokoił, o nic pytał, ani zatrzymywał.

– Długi jest ten cień, w którym się kryjesz, Tamisie.

– Może nie aż tak długi, jak chciałbyś wierzyć, ale użyteczny – zaśmiał się. – Noś go, ale nie obnoś się z nim zanadto na widoku. Nie każdemu się spodoba.

– Dziękuję. Wielka to dla mnie będzie pomoc, a i bezpieczeństwo. Czemu mi go dajesz, w końcu obcemu?

– Zależy mi, żebyś wrócił do domu cały i zdrowy. Do Eufratu nic ci nie zagrozi, chyba że zwykli bandyci. Z mojej strony to prosta kalkulacja, choć daję ci ten znak trochę i przez wzgląd na twe partyjskie koligacje. Czyż nie wywodzimy się obaj z medyków? Zdumiewająca okoliczność, musisz przyznać?

– Bogowie nieźle sobie to wykombinowali.

– Oby z dobrym dla nas pożytkiem – rzekł sentencjonalnie. – Chciałeś obejrzeć pałac. Chodźmy, odprowadzę cię i pokażę, co się uda..

Nie trwało to długo, gdyż Tamis nie chciał za paradować po pałacowych wnętrzach w towarzystwie obcego, na widoku kręcących się dworzan i strażników. Zdążyłem obejrzeć nieco zebranego bogactwa i kilka okazałych sal, urządzonych z wielkim rozmachem i przepychem. Na zewnątrz pokazał mi sporą budowlę, w której niegdyś znajdował się słynny skarbiec, ogołocony przez Aleksandra. Przypomniałem sobie przekazy o starym, znamienitym wodzu, Parmenionie, którego Macedończyk kazał tu zamordować za rzekome przewiny jego syna, podejrzewanego o spiskowanie przeciw swemu władcy i kradzież części zrabowanego złota.

Trzeba przyznać, że po dawnych wojnach odbudowano pałac z wielka starannością, choć nie udało się przywrócić ani wielokolorowej urody murów, ani bogatych złoceń, jakimi okładano ponoć cyprysowe i cedrowe drewno, sprowadzane z daleka, a użyte do wystroju całości,. Trudno mi było jednak wyrobić sobie zdanie, gdyż w zapiskach historyków prawda zwykle miesza się z fantazją, w stopniu zależnym od osobistych odczuć i gustów autorów.

Rozstając się z Tamisem przed bramą na dużym dziedzińcu, spytałem, czy przyjmie zaproszenie na spotkanie z moimi towarzyszami podróży, jakie zamierzałem urządzić przed wyjazdem z miasta.

– Chciałbym pożegnać się z nimi jak najlepiej, by zachować dobre wspomnienia z wyprawy, w której tyle poznałem i tak wiele się nauczyłem. Sądzę, ze znajomość z tymi kupcami przyda ci się na przyszłość, a gdy przekonasz ich, że są tu mile widziani – kiedyś okaże się bardzo użyteczna, i dla nich, i dla ciebie.

– Wychodzi z ciebie jednak polityk, Tycjanie – roześmiał się, kręcąc głową. – Nie przepuszczasz żadnej okazji do załatwiania interesów. Teraz lepiej rozumiem, dlaczego twoja rodzina doszła do tak wielkiej fortuny i sławy. Umiecie daleko patrzeć.

– Ty też masz niezły wzrok, Tamisie.

– Zaproszenie przyjęte. Kiedy?

– Za dwa dni. W mojej gospodzie. Będzie skromnie, ale miło i ciekawie, zapewniam cię.

Wróciłem do miasta, a wczesnym popołudniem wybrałem się do obozu kupców, by sprawdzić, jak stoją moje sprawy. Agis, ujrzawszy mnie, przerwał prowadzone właśnie ćwiczenia z hanijskimi żołnierzami i pokrótce opowiedział mi, co tu się dzieje. Przy rozliczaniu towarów i pieniędzy obyło się bez większych swarów, znalazł się chętny na naszego kamelosa, pozostawało tylko dopełnić targu i znaleźć dobrego konia. Babura nie było, zapewne kręcił się gdzieś, węsząc po swojemu wśród okolicznych handlarzy. Zaszedłem do Sangrena, potem do Idasa, który właśnie był wrócił w doskonałym nastroju, ponieważ znalazł kolejną ofiarę swych miłosnych zapędów i namówił się z nią na dzisiejszą noc. Nie pytałem o nic, lecz gdy zostaliśmy sami, zabrał mnie do swego namiotu, i bez zbytnich wstępów wręczył mi spory, i całkiem pokaźny mieszek z pieniędzmi.

– Ojciec nakazał mi, bym dopilnował twojej zapłat za pomoc, jakiej nam udzieliłeś. – Ani chybi była to sprawka Fandaka, który mi tak sprzyjał w Merwie. Zapewne wolał załatwić to przez Menandra, niezbyt widać ufając Baburowi i jego rzetelności w obracaniu cudzymi pieniędzmi. Sogdyjskich interesów strzegł dobrze, bo czuł na sobie wzrok Patrosa, ale już z innymi nie był zbyt godny zaufania.

– Na nic takiego się nie umawialiśmy.

– Ale wszyscy tu uznaliśmy, że tak się należy. To wspólne rozliczenie, według naszego uznania.

– Skoro tak, to dziękuję. Przekaż ojcu moja wdzięczność i wyrazy szacunku. Ja też mam coś dla was. Choć nie w złocie, lecz dla dobrego kupca może nawet bardzie cennego. Na pewno ci się spodoba.

– Co takiego?

– Przekonasz się za dwa dni.

Zostawiłem go w niepewności, po czym wstąpiłem jeszcze do Tanwena. Spytałem czy zechce przyjąć moje zaproszenie na spotkanie, jakie planuje.

– Wiem, że niechętnie zadajesz się z obcym, i to niższego stanu, lecz uczyń mi ten honor i odstąp na jednio popołudnie od swoich zasad. Przekonasz się, że warto, bo poznasz kogoś,  kto na pewno cię zainteresuje.

Han, jak to Han, nie dał nic po sobie poznać, długo rozmyślał, wreszcie skinął głową na znak, że się zgadza. Lecz nie byłby sobą, gdyby nie opatrzył tego jakimś niby urzędowym komentarzem.

– Zdążyłem się już przekonać, że nie jesteś tym, za kogo chciałbyś uchodzić. Dostrzegam w tobie kogoś więcej, niż zwykłego wędrowca. W tej propozycji musi więc kryć się coś jeszcze, nie tylko chęć prostej uciechy. Zakładam, że będzie to warte mego czasu.

– Dobrze myślisz, Tanwenie, jak zwykle – po tygodniach, spędzonych na wspólnych rozmowach, całkiem spokojnie znosił moją żartobliwą familiarność.

 Pokręciłem się jeszcze trochę po obozie, domówiłem, z kim trzeba czas i miejsce planowanego spotkania, po czym ruszyłem z powrotem, tak by jeszcze przed zmrokiem zdążyć wrócić do gospody, nie narażając się na wieczorne niespodzianki ze strony miejscowej łobuzerii.

42. Pożegnania

Cały następny dzień spędziłem na miłym lenistwie, połączonym z przechadzką po mieście i jego okolicach. Znalazłem sporo ciekawostek z czasów bardzo odległych, choćby posąg Herkulesa, czy groby dawnych władców, wywodzących się jeszcze od Deicesa, legendarnego króla Medów, który Egbatanę zbudował i wyniósł do rangi stolicy państwa, niegdyś sławnego i potężnego. Jej położenie sprawiło, że pełno tu śladów historii po Persach i Grekach, i po nieustannych wędrówkach wojsk szlakiem królewskim z zachodu na wschód. Teraz idą nimi głównie kupcy, dzięki czemu miasto, niegdyś długo łupione i niszczone, teraz się odrodziło i obrasta w bogactwo, jakie zwykle towarzyszy udanym interesom.

Zaniosło mnie również pod ogromną, gładką skałę na pobliskim wzgórzu, gdzie w zadumie obejrzałem dwie niezwykłe, wykute w skale tablice z inskrypcjami, wyrytymi z polecenia najpierw Dariusza, potem Kserksesa.  Trzeba przyznać, że Persowie mieli rozmach, którego brakuje Partom,  pobawionym ducha wielkości. Miasto, choć tak przecież ważne dla obecnych władców, nadal pozostaje perskie tak z tradycji, jak i zwyczajów. Partowie, jak my w Grecji, przejęli cudzych bogów, lecz – jak to kiedyś ujął w metaforę Maros z Cypru – zapomnieli o tutejszym Olimpie. Więcej użytkują, niż sami tworzą. Kiepsko widzę ich przyszłość. Ich siła osłabnie przez brak dobrych praw i urządzeń, spajających państwo, i przez bezrozumne ambicje, przedkładające interes prywatny nad wartość i dobro wspólnej całości.

Dzień zakończyłem krótką wizytą w obozie, gdzie domówiłem z Agisem szczegóły naszego wyjazdu, zostawiając mu też trochę pieniędzy, by dokupił, co trzeba, do naszego ekwipunku. Wszystko było już załatwione – obrzydliwy kamelos został sprzedany, czekał nowy, dodatkowy koń, rozliczenia zaś zakończyły się wielce dla mnie pomyślnie Przypomniałem wszystkim o jutrzejszym spotkaniu i wróciłem do gospody. Tam rozmówiłem się z gospodarzem, nakazując mu, by przygotował na jutro osobne miejsce dla mych gości, i dobrą, acz niekoniecznie zbyt wystawną wieczerzę..

– Ma być wygodnie, skromnie, cicho, spokojnie i czysto – wyliczyłem me wymagania.

– Wielki to dla mnie zaszczyt, panie – giął się w ukłonach. – Zapewniam cię, że będziesz zadowolony. Czy zechcesz powiedzieć, jak liczne będzie to grono?

– Kilka osób, sześć, siedem, to się jeszcze okaże. I pamiętaj, spraw się dobrze, bo to ci się bardzo przyda na przyszłość.

– Zdążyłem się już tego domyślić, szlachetny panie – najwyraźniej przekonała go do tego moja nadspodziewanie długa i przyjazna rozmowa z Tamisem. Uznał, ze muszę być kimś ważnym, skoro zechciała mnie nawiedzić tak znacząca figura, poświęcając tyle czasu obcemu przybyszowi. Zapewne wywąchał też swym czułym nosem, skąd i z kim tu przyjechałem. Niewątpliwie dobrze spożytkuje z zyskiem obydwie te okoliczności dla podniesienia rangi swej gospody, umiejętnie rozpowiadając, kto też to u niego nie bywał.  Stanie więc na głowie, by nam dogodzić.

O umówionym czasie wszystko było już gotowe, ja zaś czekałem na towarzyszy niedawno zakończonej podróży, konstatując z zadowoleniem, że tak duża część powrotnej drogi przeszła pomyślnie, przynosząc mi nawet niewielki zysk, na który przecież nie liczyłem. Największej korzyści upatrywałem jednak w tym, że los dał mi możność poznania wielu niezwykłych ludzi, zwłaszcza Hanów, także zobaczenia na własne oczy krain, o których tyle kiedyś czytałem i słyszałem, a które swą tajemniczością od dziecka rozpalały moją wyobraźnię. Doświadczyłem wielu niezwykłości, otarłem się o najdawniejszą historię, nawet trochę zaplątałem w politykę, szczęściem, bez żadnych – jak na razie – złych dla mnie następstw.

Dopełniłem zobowiązań rodzinnych, znajdując niejakie możliwości dla prowadzenia nowych interesów na wschodzie. Nie tylko w Syrii, w Batnei, gdzie niezwykłym trafem natknąłem się na wielce osobliwy ślad po Maesie. Obiecujące wydały mi się znajomości na drogach medyjskich i perskich, niemniej za najważniejsze uznałem te całkiem bliskie i użyteczne, z kupcami z dalekiej Baktrii i Sogdy, nie mówiąc już o hanijskich. Przeczucie mówiło mi, że  prędzej, niż później zobaczymy ich – wszystkich razem, lub z osobna – u nas nad Tybrem.

Wiozłem również wieści dla cesarza, może nie aż tak ważne, lecz dostatecznie znaczące dla jego rozeznania o siłach, jakie poruszają tu i ówdzie światem poza krańcami naszego imperium, zwłaszcza w Partii. Choć wcale się o to nie prosiłem, tak się ułożyło, że różni ludzie uznali, iż mógłbym stać się rzecznikiem ich interesów w Rzymie – co najzabawniejsze, wzajemnie ze sobą sprzecznych. Nie moją sprawą jest stawanie po czyjejkolwiek stronie, przedstawię je najchłodniej, jak będę umiał. Spiszę raport, a jeśli cesarz zechce mnie wezwać, by poznać moje zdanie, będę się trzymał tego, co w moim przekonaniu może okazać się najlepsze dla Rzymu.

Dowiedziałem się przecież o knowaniach na partyjskim dworze królewskim, o drzemiącym w utajeniu oporze Persów przeciwko ich nowym panom, a także co nieco o porządkach w Syrii. Niewątpliwie Tyberiusza zainteresują również Hanowie, choć bardziej jako nowinka, niż nowy żywioł, który należy uwzględniać w polityce. Jeśli już zwróci na nich uwagę, to raczej ze względu na osłabianie Partów na wschodzie. Ale tam jest tyle rozmaitych wirów, tak od nas odległych i mało groźnych, że zajmowanie się nimi to chyba strata czasu. Zresztą, niech mądrzejsi rozstrzygają, co zrobić z wiedzą, jaką im przywiozę.

Inaczej jednak przyjdzie rozmawiać w domu, gdyż polityka to jedno, a korzyści Tycjanów – mimo iż się z nią wiążą – to drugie. Jeśli Melosowi udałoby się stworzyć dla nas przyczółek w Batnei, wówczas bliżej już będzie do szlaków z Sogdy i Baktrii, a tam i do Hanów. Co z tego wyjdzie, trudno teraz przewidzieć. A wszak czeka mnie jeszcze stolica Partów, potem długa droga wzdłuż Eufratu. Może tam znajdzie się również coś obiecującego? Zwłaszcza sposobność przebicia się przez greckie zapory, stawiane przeciwko rzymskim kupcom, a więc i naszym interesom na wschodzie? Tak czy owak, na wielkie plany potrzeba będzie rozwagi, dużych wkładów złota, odpowiednich ludzi, i czasu.

Wybiegałem myślami w przyszłość, lecz przecież przede mną jeszcze kolejne miesiące trudnej i wyczerpującej wędrówki ku Syrii. Dzięki hojności wspólników, zwłaszcza cichemu wsparciu Menandra, nie musiałem się martwić o pieniądze, oczywiście, o ile nie wydarzy się co nieprzewidzianego, lub bandyckiego. Pierścień Tamisa dawał jeśli nie gwarancję,  to przynajmniej nadzieję na bezpieczny przejazd przez ziemie partyjskie. Potem, bez wątpienia, napotkam już nasze legiony.  Czegóż chcieć więcej?

Byłem rad, że dalsza podróż, niewątpliwie równie ekscytująca, jak dotąd, z każdym dniem będzie przybliżać mnie do domu. Mając coś takiego na względzie, inaczej liczy się czas, jako że płynie ona jakby inaczej. To, oczywiście, tylko wrażenie, wszak dnie i noce trwają tyle samo, następują po sobie w takim samym, jak zwykle porządku. Tyle tylko, że w przeżywanie ich poszyte jest pewną niecierpliwością, która jakby spowalnia jego bieg. Gdy zmierzałem do Baktrii, wyznaczony cel pozostawał nieco mglisty, tak co do miejsca, jak i chwili jego osiągnięcia. Uwaga skupiała się na nowości każdego szczegółu, na niezwykłości doświadczania samej podróży, na zaspokajaniu oczekiwań, rozbudzonych przez wieloletnie marzenia. Czas uciekał więc szybko, było go jakby za mało na ogarnianie nowej wiedzy, i wszystkiego, co się wokół działo.

Gdym w Merwie podjął decyzje o powrocie, sytuacja się odwróciła. Nie ubyło wrażeń, wciąż poznawałem nowe miejsca, nowych ludzi, niemniej samo wędrowanie stało się już tylko nawykiem, codzienną mitręgą. Rodziło się znużenie przyzwyczajeniem, a dni dłużyły się aż do znudzenia. Na szczęście, urozmaicały je rozmowy z Tanwenem i Idasem. Od pierwszego czerpałem wiedzę o Hanach, drugi opowiadał mi o baktryjskich dziejach i zwyczajach, o walkach z Kuszanami, także nieco o Indach. Wieczorami, w szerszym gronie, rozmawialiśmy o prowadzeniu handlu, o rozmaitych towarach, ich pochodzeniu, wyrobie i cenach, słowem, o kupieckich praktykach, w wielu rzeczach podobnych do naszych. Jednakże okazji na to było niewiele, gdyż w drodze trudno o skupienie umysłu ze względu na samą jazdę, na postojach zaś zmęczenie brało górę nad ochotą do dłuższych pogawędek.

Ku memu zadowoleniu, przez te tygodnie wspólnej podróży obyło się bez poważniejszych niesnasek. Tylko Babur irytował nas małostkowością w swoich interesikach, też czujnością małego chytrusa, rozglądającego się jedynie dokoła swego kramu, a niepojmującego większego sensu naszej wyprawy. Tacy ludzie nigdy nie wybijają się na coś więcej, niż przeciętność na służbie tych, którzy nadają impet sprawom naprawdę poważnym i dalekosiężnym. Spytałem nawet Patrosa, gdzie Fandak, przecież człowiek ze wszech miar rozumny i odważnie patrzący w przyszłość, wynalazł tę mizerotę, i czemu wziął ją na wspólnika. Z pokrętnej odpowiedzi zrozumiałem tylko tyle, że musi tam być jakaś zależność rodzinna, i że nasz paskudny sogdyjczyk ze wszystkim wisi na łasce swego rodaka, który trzyma w kieszeni cały jego majątek i pozycję. Wyczułem też, że Patros miał za zadanie nie tylko dowodzić zbrojną strażą Sogdów, lecz także mieć ciche baczenie na poczynania tego małego dusigrosza.

Oczywiście, przesadą byłoby twierdzenie, że chciałem już jak najprędzej znaleźć się w Rzymie. Miałem nadzieję na wiele dalszych atrakcji, wszak czekała mnie po drodze stolica Partów, dalej miasta nad Eufratem, potem, w zależności od wyboru kierunku, może nawet przejazd przez ziemie Nabatejczyków. Wiele spodziewałem się jeszcze zobaczyć, poznać, posmakować. Lecz czułem się trochę jak wódz, który, pokonawszy wroga w walnej bitwie, powraca spokojnie do ojczyzny, by odbyć zasłużony tryumf. Liczy zdobyte łupy, patrzy, co by tu jeszcze zabrać, zostawia po sobie ślady, lecz nie zajmują go już drobiazgi. Gotów wtedy zapominać, że takie rozprzężenie nastroju może drogo kosztować. Zadowolenie z sukcesu wzmaga próżność i pewność siebie, lecz osłabia czujność na to, co człowieka otacza. Łatwo wtedy nie tylko nie dostrzegać nowych, z pozoru mniejszych okazji na poznanie rzeczy ciekawych i pouczających, ale i w pośpiechu zaniedbać względów bezpieczeństwa. A to aż prosi się o niepotrzebne kłopoty.

Przy takich oto rozmyślaniach czekałem na mych gości, rad, że nasza wspólna przygoda zakończyła się pomyślnie, nadto czując także pewną dumę, że stało się tak trochę i za moją przyczyną. Zaufali mi, nie zawiedli się na podsuniętym im pomyśle, i dobrze chyba nim wyszli. Mnie trafiła się bezpieczna asysta na azjatyckich stepach, wiele poznałem i się nauczyłem, a wszystko to nie tylko za darmo, lecz nawet z pewnym zyskiem. Rozstaniemy się więc w zgodzie, a co kto sobie po cichu o kim pomyśli, to jego rzecz.

Na pożegnanie zostawię im znajomość z Tamisem, człowiekiem wpływowym, od którego wiele tu zależy. Dla kupców dobre układy z ludźmi polityki bywają nieocenione, jeśli tylko obie strony potrafią znaleźć wspólny język. A że tak się stanie, byłem pewny, jak mało czego! Szpiegowska ciekawość Tamisa, zręcznie wspierana obietnicą sprzyjania zyskownym interesom przybyszów znad dalekich granic jego państwa, ani chybi znajdzie dopełnienie w ich gotowości służenia mu rozmaitymi wiadomościami i przysługami, które on z kolei wykorzysta do zdobywania przewag we własnych intrygach. Cóż, różne bywają odmiany cichych związków złota i władzy, o czym, jako Tycjan, wiedziałem aż nadto dobrze z praktyk rodzinnych. W końcu, czyż sam nie byłem tego najlepszym przykładem?

Najpierw przyszli towarzysze podróży – obydwaj Hanowie, Idas oraz Babur z Patrosem. Agis został w obozie, by wraz z wszystkimi strażnikami pilnować wspólnego dobytku. Tamis pojawił się nieco później, gdy już rozsiedliśmy się za dobrze zastawionym stołem. Zapewne czekał gdzieś w pobliżu, by, na wszelki wypadek, z ukrycia sprawdzić, czy aby nie szykuje się tu jakaś niemiła niespodzianka. Przedstawiłem go jako mego znajomego spośród miejscowego, dobrego towarzystwa, ciekawego niezwykłych kupców z dalekich krajów. Nie chciałem wydawać jego prawdziwego zajęcia, ani pozycji, uznając, że jeśli zechce, sam to uczyni w stosownym czasie, i temu, komu zechce. Zebrani przyjęli to za dobra monetę, z wyjątkiem Tanwena, który swoim urzędowym nosem wyczuł, że ma przed sobą kogoś, kto nie jest tym, za kogo chciałby uchodzić. Obydwaj, wiedzeni niezawodnym wyczuciem, rozpoznali się niczym dwa zwierzęta tego samego gatunku. Swój poznał swego, lecz obydwaj udawali, że jest tak, jak zostało powiedziane.

Babur niezwykle się ucieszył, gdy rozpoznał w gościu człowieka, z którym już był rozmawiał pierwszego dnia na placu obozowym, oczywiście, nie mając wtedy pojęcia, że ten wziął go na spytki wcale nie z sympatii, tylko dla jego gadulstwa. Zrazu próbował nawet pewnej z nim familiarności, lecz Tamis ostudził jego towarzyskie zapały, poświęcając większą część uwagi Hanom, a potem Idasowi. Part znakomicie władał, zarówno greką, jak i mowa perską, więc rozmowy toczyły się wartko, zmuszając przy tym do dużego wysiłku obydwu hanijskich tłumaczy, warujących za plecami swymi panów. niczym dwa wierne psy.

Po wymianie wielu grzeczności, języki się rozwiązały, zaczęto wspominać co ciekawsze przygody z podróży, sypnęły się żarty. Gospodarz wywiązał się znakomicie ze swego zadania, służba uwijała się sprawnie i bezszelestnie. Tamis zręcznie udawał pełne niedowierzania zachwyty nad dzielnością kupców, ich pomysłowością i wytrwałością, dzięki czemu wydobył z nich wiele wiadomości zarówno o nich samych, jak i o krajach, skąd przybyli. Jeden Tanwen zachowywał ostrożność, powściągając też swego rodaka przed nadmierną wylewnością. Part unikał wobec nich natarczywości, lecz koniec końców zyskał tyle, że Hanowie zgodzili się, by ich odwiedził w obozie pod pretekstem ciekawości dla pewnych rzadkich towarów, z jakimi tu przybyli. Pewne niedomówienia, jakie padały między nimi wskazywały, iż hanijski urzędnik i partyjski, dworski wyga wiele sobie po tej wizycie obiecywali, i to bynajmniej nie w sprawach handlowych. Wiele bym dał, by móc z ukrycia podpatrzyć i podsłuchać, jak też będą miedzy sobą chytrzyć.

Przysłuchiwałem się tym zabiegom ze sporym rozbawieniem, widząc jak królewski szpieg i zausznik umiejętnie zyskuje przychylność kupców, podsuwając im różne aluzje co do możliwości nawiązania korzystnych dla nich stosunków na przyszłość. Nie mówiono o szczegółach, nie padały żadne obietnice, natomiast wymieniono się zaproszeniami do dalszych jeszcze spotkań, podczas których rozmowy zapewne okażą się bardziej konkretne, tyle że dla każdej ze stron w innym nieco sensie. Przyznam, że byłem pełen podziwu dla umiejętności, z jaką Tamis grał na odmiennych przecież charakterach każdego z obecnych. Umiał wyczuć, co kim najbardziej powoduje, i – niczym dobry muzyk, który wie kiedy, i w jaka strunę uderzyć dla najlepszego efektu – podsuwał pomysły tak, by rozmówcom wydawało się, iż to oni sami są ich autorami. Obserwując jego zmyślność, gotów byłem przysiąc, że w mąceniu ludzkich umysłów pobierał nauki u najlepszych mistrzów sofistyki.

Nawet Hanowie łapali się na niejeden haczyk, jaki podsuwał im pod nos. Tamis przebił się przez ich etykietę do tego stopnia, że zaniechali wyuczonej sztywności w zachowaniu, i sztucznej wykwintności w mowie. Udało mu się nawet, przez zaskoczenie, raz czy dwa wywołać u nich okazanie wesołości w żartach, czego nie widziałem u nich przez wszystkie tygodnie wspólnej jazdy. Śmiejący się szczerze Han to doprawdy wielkie dziwo!  Nie mogłem powstrzymać się od myśli, iż nie ma w człowieku takiego muru, w którym nie da się uczynić wyrwy. To niby oczywiste, ale w zetknięciu z kimś tak odmiennym, jak hanijski urzędnik, proste nie jest. A tu, proszę, Tamis, znalazł sposób, by tego dokonać. Po prostu zagrał Tanwenowi na próżności, dając mu do zrozumienia, że domyśla się, jak ważną jest figurą, i że sam, będąc nie byle kim, chętnie wyróżni go osobną rozmową o sprawach najwyższej wagi – kto wie, czy nawet nie państwowej.

Nie ma na świecie takiego człowieka, który by nie uległ pokusie uwierzenia w swą wyjątkowość. Tamis, unikając pochlebstw, miał dla każdego z zebranych przy stole słowa, jakby tylko dla niego przeznaczone, w uznaniu jego niepowtarzalnej niezwykłości.  Babura wziął na chytrość w interesach, Hanów – na podziw dla tajemniczej wspaniałości ich samych, i ich bogatego państwa, Idasa zaś ujął wizją wielkiej przyszłości dla młodego kupca o duszy awanturnika. Także Patros znalazł u niego uznanie jako wojownik, wart szacunku, nawet gdyby przyszło walczyć z nim w polu. Jednym słowem, nie minęło wiele czasu, jak wzbudził powszechną sympatię, i chęć do dalszych spotkań. A przecież o to mu chodziło.

Nie byłbym sobą, gdybym i ja nie zagrał w podobną grę. Choć nigdy dotąd nie padło w tym gronie moje prawdziwe imię, przecież wszyscy w jakimś stopniu domyślali się, lub wręcz wiedzieli, że wędruję po świecie nie tylko dla ciekawości badacza, czy przyjemności poznawania dalekich krajów. Gdy z nastaniem wieczoru biesiada powoli miała się już ku końcowi, poprosiłem, by wysłuchali kilku słów na pożegnanie. Najpierw wyraziłem radość, iż mogłem poznać tak znakomitych i godnych szacunku ludzi, odważnych kupców, którzy nie zawahali się przed podjęciem nowego dla nich wyzwania, także wspaniałych towarzyszy podróży. Podziękowałem za okazane mi zaufanie i życzliwość, wreszcie oznajmiłem coś, co miało zabrzmieć zarówno jako obietnica, jak i propozycja.

– Znacie mnie pod imieniem Viatusa, rzymianina z bardzo daleka. Otóż chce, byście wiedzieli, że jestem z rodziny w moim kraju znamienitej, bogatej i wpływowej, prowadzącej rozległe interesy w całym znanym nam świecie. Tycjanowie – bo tak się zwiemy – nie są wśród was znani, lecz jeśli kiedykolwiek znajdziecie się tam, gdzie sięga nie tylko władza Rzymu, ale i większa o nim wiedza, przekonacie się, ile znaczą. Poznałem, jak wiele jesteście warci, a wy, jeśli starczy wam chęci i determinacji do dalszych wędrówek szlakami karawan, gdy dojdziecie w nasze strony, przekonacie się, że moje słowa nie są czczą przechwałką. Mam nadzieję, że w przyszłości znajdziemy okazję, by się odszukać, i wzajemnie sobie pomagać. Obiecuje, że uczynię wszystko, by Tycjanowie wypłacili się wam taką samą życzliwością, jaką wy mnie obdarzyliście. Nie wiem, czy jeszcze się spotkamy, w takim jak tu gronie, lecz jestem pewny, ze bogowie będą nam sprzyjać, i że wasze drogi skrzyżują się kiedyś z naszymi ku wspólnym korzyściom.

Słuchano mnie z rosnącym zadziwieniem, ale i zadowoleniem. Zapewne każdy po swojemu przekładał sobie to, com powiedział, na własne wyobrażenia, jak mógłby skorzystać ze znajomości ze mną zawartej. Wyjąwszy Tamisa, o Rzymie wiedzieli tyle, co nic, głównie to, com im sam naopowiadał pod drodze. Jeden Patros mógłby powołać się na dzieje rodzinne, nie była to jednak wiedza, lecz stare opowieści, które miał bardziej za legendy, niż prawdę. Tanwen, z którym wymienialiśmy wiele wiadomości o naszych państwach i zwyczajach, teraz, w obrazie, jaki sobie wytworzył, próbował umiejscowić mnie na jakiejś pozycji, nieprzystającej do tej pośledniej, jaka u Hanów zajmują kupcy. Już wcześniej miał kłopot ze zrozumieniem, że duże pieniądze mogą pozostawać poza władzą cesarską, i same są władzą, z którą ta pierwsza musi się liczyć, jeśli chce skutecznie prowadzić swa politykę.

– Od razu, gdym cię ujrzał, szlachetny panie – rzekł w ciszy, jaka zapadła po mych słowach – pomyślałem, że musisz być kimś niezwykłym, kto jednak dla sobie wiadomych celów chowa się za zwyczajnością zwykłego wędrowca. Idąc swoimi ścieżkami, umiesz zdobywać bez prowadzenia wojny, a to oznaka wielkiej mądrości, przed którą chylę czoła – uderzył w ton niebywale ceremonialny, co w jego etykiecie oznaczało, iż nadał mi jakąś wysoką rangę. Było to niezwykłe, lecz dla mnie zrozumiałe. U nich człowiek sam z siebie jest nikim, skoro więc tak mnie uhonorował, musiał przydać mi czegoś, co w jego świecie daje temu uzasadnienie. Nie pytałem, bo było to bez znaczenia, niemniej pokazałem, że przyjmuję jego słowa z wdzięcznością.

–  Uczony Tanwenie – odparłem z pewną wyniosłością, jaką teraz powinien uznać za słuszną – dziękuję, że ująłeś to tak pięknie i rozumnie. – sam zdziwiłem się, jak łatwo znów wszedłem w rolę Tycjana. Lecz wobec niego było to wręcz konieczne, gdyż w przeciwnym razie straciłbym szacunek, jakim teraz postanowił mnie obdarzać.

Na szczęście, pozostali darowali sobie oficjalność, przyznając jedynie, że i tak domyślali się we mnie czegoś więcej, niż sam im o sobie mówiłem. Idas uśmiechał się, twierdząc, że jego ojciec, po tym, co słyszał był od Fandaka, przejrzał mnie na wylot, choć, oczywiście, nie miał pojęcia ani o Tycjanach, ani o ich pozycji w Rzymie.

– Uznał, że musisz być kimś z ludzi bardzo bogatych i wpływowych, i że pojawiłeś się u nas nie przypadkiem. Zaimponowała mu też twoja odwaga..

– Skąd akurat to przyszło mu do głowy?

– Kupcy idą z towarami. A ty przyszedłeś z pomysłami. To wielkie ryzyko puszczać się tak daleko, żeby przecierać drogę dla przyszłych interesów. A wielkie muszą być wasze plany, skoro tak daleko chcą sięgać. Odwaga to nie tylko wojowanie, ale i śmiałe myślenie – taka uwaga w ustach baktryjskiego młodzika dowodziła, że za animuszem wieku kryją się zaczątki niezgorszego rozumu.

– Wam też niczego nie brakuje. Przecież wybraliście się na te wyprawę.

– Głównie za twoją namową.

– Gdyby twój ojciec nie miał otwartej głowy, nigdy by się na nią nie zdecydował.

– Ale się wahał.

– Przyznaj, żeś go do niej mocno zachęcił. Masz duszę ryzykanta.

– Lubię wyzwania.

– Wiemy, wiemy – zaśmiał się Patros. – Wystarczy policzyć twoje zwycięstwa, zwłaszcza te nocne.

Prosty żart rozbroił podniosłość nastroju, wszyscy poczęli mówić ze sobą jeden przez drugiego, zrobił się więc szum, narastający w miarę jak służba dolewała wina. Siedzący koło mnie Tamis też się rozweselił, zadowolony, że zawiązał wśród kupców swoje niteczki, z których, już po moim wyjeździe, będzie dalej tkał większe sprawy. On jeden tu wiedział, co oznaczało moje przyznanie się do imienia, które przecież musiał doskonale znać.

– Znakomicie to sobie umyśliłeś, Viatusie. Teraz, gdziekolwiek się zapuszczą, będą się powoływali na Tycjanów, a to tylko rozsławi wasz dom. Mają sukces, i łączą go w głowach właśnie z wami. To już im zostanie na zawsze.

– Jesteś, Tamisie, niezwykle niebezpiecznym człowiekiem. I doskonale o tym wiesz..

– Powiedziałbym, że raczej pozbawionym złudzeń co do ludzi.

– Umiesz czytać w nich jak w księdze, i wiesz, jak z tego dla siebie korzystać.

– Tobie też niczego nie brakuje – potoczył wzrokiem po zebranych przy stole. Potem spojrzał na mnie niezwykle wymownie. – Chciałbym wierzyć, że nie będziemy musieli kiedyś stawać przeciwko sobie. Choć to nie od nas tylko będzie zależało – dodał niechętnie.

– To ty zajmujesz się polityką, nie ja.

– Ale wy macie na nią pieniądze.

– Tak już jest. Trudno nas ich pozbawić.

– Śmiało powiedziane.

– Mamy w tym duże doświadczenie. Złoto zawsze pozostaje złotem, i jest trwalsze niż jakakolwiek władza.

– Pod warunkiem, że ludziom, którzy je trzymają w garści, ktoś nie obetnie rąk.

– Od tego jest głowa, żeby wiedzieć, jak się nimi posługiwać. Gdzie, i kiedy.

– Głowy też obcinają.

– Niektórym odrastają.

– Jak u hydry?

– Złoto jest bardzo żywotne.

– Ale nic nie jest wieczne.

– Tamisie, to filozofia nie tylko tania, ale i ponura.

– Ale konieczna. Praktyczna. Za wiele obydwaj wiemy, żeby jej zaniechać.

– Nie psujmy sobie wieczoru. Ja mam swoje, ty również. Czegóż chcieć teraz więcej?

– Dziękuje ci za to zaproszenie. Wiedziałeś, co robisz.

– Przysługa za przysługę.

Goście, choć rozochoceni, lecz już zmęczeni, zebrali się do wyjścia. Wyszliśmy przed gospodę, tam tez pożegnaliśmy się na dobre. Bez wielkich słów, za to z uśmiechami, hanijskimi pokłonami, prosta serdecznością, życzeniami powodzenia i pomyślności.  Ostatni odszedł Tamis.

– Uważaj na siebie, rzymski bogaczu – – rzekł przekornie. – Nigdy nie wiadomo, co czeka za najbliższym zakrętem. – Zamilkł na chwilę, po czym dodał jakby od niechcenia. – I jeszcze jedno. Do Ktezyfonu będziesz jechał przez ziemie, choć nasze, to pełne Persów. Wiedz, że to bardzo przewrotny naród. Mogą wydawać się przyjaźni, lecz potrafią być okrutni. A w obietnicach wiarołomni. Nie każdy, kogo spotkasz na drodze, chętnie ci ustąpi.

Czy była to jakaś aluzja? Czy wiedział coś o ich dla mnie dziwnym, a cichym wsparciu w podróży, i o jego powodach? Zapewne Babur w swym gadulstwie opowiedział mu o spotkaniu z oddziałem perskich jeźdźców. A Tamis umiał wyciągać wnioski chyba nawet z szumu wody w strumieniu. Jeśli jednak coś świtało mu w głowie, czemu wyszedł z tym dopiero teraz? A może zrobił tak, by sprawdzić, jak się zachowam? Nigdy tego się nie dowiem.

– Będę o tym pamiętał, Tamisie – odparłem, udając, że przyjmuję jego słowa wyłącznie jako dobrą radę przed podróżą. Uczyniłem jednak coś, czego dotąd nie robiłem w drodze wobec nikogo  – wyciągnąłem rękę do pożegnania. – Prawie się nie znamy – dodałem – lecz nasze spotkanie zapamiętam na całe życie. Dziękuję i za to – wskazałem wzrokiem pierścień, który nosiłem odwrócony dla niepoznaki tak, by nie było widać czym jest.

Nieco zaskoczony, odwzajemnił gest, pieczętując tym ów szczególny rodzaj zażyłości, właściwy tylko ludziom sobie bliskim. Ktoś taki jak on, człowiek wiecznie nieufny, podejrzliwy, czujnie wypatrujący najmniejszej oznaki zagrożenia, sam też wielce niebezpieczny, umiał docenić znaczenie okazanego znaku przyjaźni. Przez mgnienie oka, zza niewidzialnej maski, jaką nosił, a której nie zdejmował chyba nawet do snu, wyjrzało oblicze kogoś zwyczajnego, tyle że bardzo udręczonego, zmęczonego rolą, jaką przyszło mu grać. Dojrzałem na nim nie tylko zdziwienie, ale i wdzięczność za okazanie zwykłego, szczerego odruchu ludzkiej sympatii dla kogoś, kto ubabrany w błocie, w jakim żył, wymieniał się z ludźmi tylko strachem, podstępem, i wrogością.

Podałem mu rękę bezinteresownie, w dobrej intencji, a on ją przyjął w dobrej wierze, choć przecież nasze rozmowy nie było wolne od chytrości i podejrzliwości.. Poznaliśmy się ledwie przed trzema dniami, przyszedł, by mnie wybadać, potem włączyć do swych politycznych kombinacji, miałem więc powody, by zachować wobec niego dystans i nieufną rezerwę. Lecz z jakiegoś powodu spodobał mi się, dla żywości i przenikliwości rozumu, wiedzy, woli działania. Dojrzałem w nim człowieka niebezpiecznego, lecz mimo wszystko niezepsutego, gracza wyrachowanego i przebiegłego, lecz nieznieprawionego. Wyczułem też samotność duszy człowieka, wyrastającego ponad przeciętność, której oddał swe usługi w imię jakichś wyższych, acz sobie tylko wiadomych racji. Zaoferował mi szczególne wsparcie, czego robić nie musiał, myślę, że także w geście życzliwości, a nie z samej tylko kalkulacji. Wyciągnięcie ręki do pożegnania było na to podobną odpowiedzią, po ludzku zwyczajną i szczerą.

Tak wyraźne okazanie sobie sympatii było dla nas obu sporą chyba niezwykłością, tak przez moją – niespodziewaną nawet dla mnie samego – otwartość wobec kogoś właściwie nieznajomego, jak i przez ujawnioną przezeń – chyba też wbrew sobie – gotowość do uwierzenia, że nie ze wszystkim jesteśmy dla siebie tylko walczącymi na arenie zwierzętami. Cóż, w chwilach i sytuacjach niespodziewanych, a ulotnych, wychodzą z nas skrywane głęboko właściwości natury, których istnienia sami nawet się podejrzewamy. Już nieraz przekonałem się, że ludzi lepiej da się oceniać po odruchach, nad którymi nie zawsze panują, zwłaszcza w zaskoczeniu, niż po przemyślanych słowach, czy zachowaniach, trzymanych w ryzach woli. Teraz, tu, przed gospodą w dalekiej Egbatanie, doświadczyłem takiego właśnie iluminacyjnego poznania drugiego człowieka. I bardzo mi się to spodobało. Nadto znów przekonałem się o trafności słów mądrego Marosa, przepowiadającego mi onegdaj, że najważniejsze w mej wędrówce będzie nie to, dokąd dojdę, ile to, co i kogo spotkam w drodze.

Gdy Tamis oddalił się, zostałem już tylko ze swoimi myślami i wrażeniami. Rozstałem się z ludźmi, z którymi na czas jakiś połączył mnie los, obdarowując mnie więcej tym, co dobre, niż złe. Niemniej, choć polubiłem ich, to jednak cieszyłem się, że mam już za sobą karawanowa wędrówkę w tak wielkiej gromadzie. Gdy idziesz sam, jesteś panem siebie, swej drogi i czasu, nie musisz z nikim się liczyć, tyle tylko, że w kupie jest bezpieczniej. Cóż, co było, minęło – szczęśliwie z dobrym skutkiem. Teraz czułem już dobrze mi już znajome uczucie niecierpliwego oczekiwania na nowe wyzwaniem.

Rozliczyłem się z gospodarzem, który, choć nie zdarł ze mnie ostatniej skóry, to jednak kazał sobie dobrze zapłacić za wieczerzę, nawet nie kryjąc się ze swoją chciwością. Dla zasady potargowałem się z nim jak trzeba, nie skąpiąc jednak zbytnio, gdyż, po prawdzie, doskonale wywiązał się ze swego zadania. Zasiadłem jeszcze na chwilę przed gospodą, by ochłonąć po odbytym spotkaniu, po czym poszedłem spać, przedtem nakazując, by służba obudziła mnie tuż po świcie. Rano szybko oporządziłem się ze sobą i niewielkim dobytkiem, po czym żwawo ruszyłem ku zachodniej bramie miasta, za którą, jak było wcześniej umówione, czekał na mnie Agis z końmi. Wyjechaliśmy na trakt, wskazany mi wcześniej przez Tamisa, i w dwie miary czasu Egbatana pozostała już tylko mglistym zarysem oddalonego miasta, co jakiś czas wyłaniającym się jeszcze zza mijanych wzgórz. Z moich kalkulacji wynikało, że miałem za sobą niemal połowę drogi do domu, czekało mnie więc jeszcze sporo – lecz kto wie czego, i gdzie?

Początek u Kresu Drogi

43. Rodzina

Droga do Ktezyfonu, choć trwała prawie miesiąc, nie była zbyt męcząca, mimo że wiodła miedzy górami, niekiedy całkiem sporymi. Była natomiast wielce pouczająca i ciekawa, gdyż cała ta kraina, gęsta od śladów po historii, to jedno pasmo osad, miast i miasteczek, usadowionych jedne za drugimi na ziemi żyznej, spokojnej i raczej przyjaznej wędrowcom – oczywiście, jeśli tylko mają czym wypłacać się za gościnę. Tutejszy świat wyraźnie dzielił się na część grecką, perską i partyjską, lecz w bardzo nierównych proporcjach. Najkrócej rzecz ujmując, Partowie mieli siłę, którą wsparli na Grekach – ich wiedzy i pieniądzach – przeciwko najliczniejszym tu Persom, którzy z kolei trwali przy swojej ziemi i tradycji, okazując niechęć i jednym, i drugim. Nad dawnym imperium Dariusza krążyły potężne cienie Aleksandra i Mitrydata, lecz nie były w stanie zapanować nad duszą podbitego narodu, który nadal żył wedle starych zwyczajów i starej wiary.

Rozdzielenie się Greków i Persów widać nawet w układzie miast. Zwykle sąsiadują ze sobą dwa podobne, lecz w każdym kto inny jest górą. W połowie drogi do Ktezyfonu jest i Kangawar i Baktaran, oba równie duże, lecz całkiem inne z ducha i tradycji. W każdym zbudowano kamienny plac świątynny,. z tym, że jeden poświęcony Artemidzie, drugi zaś Anaicie. Jednak bogini perska wygrywa z grecką, zarówno wielkością kamiennego tarasu, jak i bogactwem budowli. Rodzime bóstwa mają swe ołtarze wszędzie, nawet w małych miasteczkach, natomiast to, co greckie jest powszechnie przez lud odrzucane, z wyjątkiem chyba jednego Herkulesa, czczonego nawet przez barbarzyńców. Inna sprawa, że to Grecy trzymają w ręku daleki handel wschodni, z czego żyje miejscowa, ludzka drobnica. Nie przysparza im to sympatii, bo nikogo nie dopuszczają do interesów, mocno zdzierają i dzielą się tylko z partyjską władzą, która zapewnia im wsparcie, uznając w nich też swego rodzaju mentorów w naukach i mądrości. Ze strzępów zbieranych wiadomości ułożyłem sobie ciekawy obraz tych dziwnych miedzy nimi stosunków.

Otóż po bardzo dawnych wojnach persko-partyjskich, Grecy przejęli to, co zostało po babilońskich świątyniach najcenniejszego, czyli starożytną wiedzę, także tę praktyczną. Prostaccy Partowie nie mieli skłonności, ani zamiłowania do uczoności, wiec zostawili ją tym, z którymi połączył ich niepisany sojusz niechęci przeciwko wspólnie ciemiężonym Persom. Skutecznie używany rozum i wielka siła dały połączenie, którego obalić nie sposób. Można rzec, iż dwa obce żywioły zapanowały nad wielkim narodem, któremu zabrakło mądrych przywódców i wodzów, i zamieniły go w zbiorowisko jeśli nie swych niewolników, to na pewno wyrobników. Prosty lud i tak ciężko pracuje, jak pracował, więc mu wszystko jedno, kto nim rządzi, pod warunkiem, że nie ma wielkich gwałtów. Większe i mniejsze perskie rody przetrzebiono, zostali tylko ci, którzy albo dali się przekupić, albo wycofali gdzieś daleko do swych posiadłości i do niczego się nie mieszają.

Maros twierdził, że duch grecki panuje nad światem, lecz źle chyba jednak ocenia to, co się w nim dzieje. Grecy, owszem, doszli do Baktrii, założyli tam swoje państwo, lecz szybko ich pokonano, i teraz są już tylko drugorzędnymi świadkami naporu sił daleko od nich żywotniejszych. Mieli jeszcze jeden pomysł z Indami, który im też się nie udał, gdyż to nie oni zapanowali nad obcymi, lecz sami im ulegli i uznać musieli wyższość rasy ze wszech miar sobie obcej, ale niezwykle ambitnej i prężnej. Dowiedziałem się o tym nieco właśnie tu, w tych okolicach, jako że w tej części dawnej Medii zbiegały się ważne drogi nie tylko ze wschodu na zachód, ale i z północy na południe. Otóż, owa druga z nich wiedzie aż do krainy induskiej, i nią to niegdyś poszedł Aleksander na wyprawę, która przerosła siły nawet jego geniuszu, zapoczątkowując kres macedońskiej potęgi. Żałosny odwrót do Persji, potem szaleństwa w Suzie, wreszcie obłąkańcza pycha – wszystko to spowodowało, że dokonał żywota znienawidzony nawet przez swych najwierniejszych towarzyszy.

Stary szlak, którym prowadził swe wojska, wiedzie ponoć przez wielkie góry i jest szalenie wyczerpujący. Niezwyciężony dotąd zdobywca wytracił tam mnóstwo żołnierzy, każąc im przenosić nie tylko ekwipunek, ale i łodzie do przeprawiania się przez ogromną rzekę Indus – czym zresztą rozwścieczył wojsko aż do granicy buntu. Skończyło się to klęską, chorobami i niechlubną ucieczką. Wszelako przez długie lata to właśnie tamtymi drogami wędrowali kupcy z południa, i na odwrót, wożąc niebywale rzadkie towary, pędząc niewolników, nawet niezwykłe zwierzęta. Potem jednak to ustało, a przynajmniej osłabło. Przypisałem to znalezieniu sposobu na w miarę bezpieczne podróże morskie, ponoć dzięki poznaniu tajemnicy tamtejszych wiatrów. Teraz handel idzie głównie wodą do Charaksu, tyle że stamtąd do nas trzeba przewozić towary dalej przez pustynie, pełne rozmaitych bandyckich plemion. Tak to sobie poukładałem, zbierając w jedno całą moją wiedzę, wyniesioną zarówno z domu, jak z opowieści i ksiąg Strabona, wreszcie z własnego rozpytywania w drodze przypadkowych, lecz co bardziej rozgarniętych rozmówców.

Z Grekami, rozproszonymi po świecie, jest teraz chyba tak, jak z pszczołami, które straciły swą matkę-królową. Jeszcze trochę żyją, lecz szubko giną, bo nic je już ze sobą nie spaja. To tylko kwestia czasu. Bez własnego państwa, które daje oparcie, ma własną moc i wielkie rezerwy, nie da się długo żyć samym duchem i pamięcią niegdysiejszej wielkości. W podróży utwierdziłem się w tym, com mówił Marosowi o roztapianiu się greckiego żywiołu w obcych ludach i na ogromnych przestrzeniach, z czym nie chciał się zgodzić. Grecy przepadliby i tu, gdyby nie Partowie i ich siła, z która się sprzymierzyli. Lecz jak długo się ten układ utrzyma? Inaczej już wspominałem rozmowę ze strażnikiem ołtarza w Hyrkanii. Wtedy jego słowa wydały mi się nieziszczalną mrzonka, chorym urojeniem, teraz zmieniałem zdanie, biorąc pod rozwagę znaczenie czasu w dziejach narodów.

Persowie postawili na cierpliwość i wyczekiwanie stosownego mementu, by odbić swoje. Są u siebie, ich duch nie odleciał ze swego gniazda, przyczaili się, i prędzej czy później wygonią obcych. Historia toczy się własnym rytmem, może zbyt wolnym dla ludzi, ale kto patrzy dalej, niż jednio pokolenie, nie pozwalając przy tym, by w jego rodzinie zaległa się małość i rezygnacja, ten koniec końców znów stanie na nogi. Heroizm to nie tylko zabijanie się w krwawych jatkach, lecz – jak to onegdaj ujął był Tanwen – umiejętność czekania, by pokonać wroga bez wojny. Trzeba tylko wielkiego rozumu, by taką cichą walkę prowadzić. Byłem przekonany, że miedzy Persami na pewno go nie zabraknie i że znajdzie się wreszcie ktoś, kto tej sztuki dokona.

Inna rzecz, czym to będzie dla nas, dla Rzymu? W tej sprawie wracałem myślą do rozmów z Tamisem. Chciałby wsparcia dla Partów, obiecując trzymać Greków na krótkiej smyczy, dając nam w zamian korzyści w handlu. To ciekawa kombinacja. Tycjanom by się opłaciła, lecz wtedy cesarstwo będzie miało w Persach śmiertelnych wrogów, z miejsca gotowych szukać sojuszu z Armenami. A to oznaczało kłopoty w Syrii, w Poncie, nawet w Cylicji i Galacji – a więc nowe wojny, tyle że dla naszego domu szansa na nowe zyski. Byłem więc w rozterce, bo Tycjan walczył we mnie z nowym już Festusem, nawet z Viatusem. Chęć zysku stawała naprzeciw życzliwości wobec zwykłych ludzi, i zrozumienia, że kolejne przemarsze wojsk zmienią im panów, lecz za cenę ofiar, jakie poniosą w swoim bytowaniu. Potem i tak wszystko wróci w stare koleiny, tyle że kto inny będzie zbierał podatki.

Nieuchronna zmienność historii i niezwykła żywotność ludów – oto dwie siły, które wciąż pozostają ze sobą w zwarciu. Tyle tylko, że Klio wypełnia ludzką wyobraźnię i pamięć poematami o herosach, sławiąc ich zwycięstwa, nawet porażki, natomiast nie ma komu śpiewać o bezimiennych bohaterach zwykłego życia, których tamci od zawsze traktowali jedynie jako tło dla swoich ambicji. Ale pomniki nie płodzą dzieci, więc gdy rozpadają się, lub gdy je kto obali, wówczas zostaje po nich ledwie proch i garść kamieni. Natomiast ci drudzy umierają bez fanfar i wielkich gestów, lecz zostawiają potomstwo, które ich cichą siłę z mozołem przenosi z pokolenia na pokolenie. I kto w biegu czasu jest tu górą?

By dojść do Ktezyfonu, trzeba było obejść wielkie góry Zagrosu, co miejscami sprawiało wiele trudności i spowalniało podróż. W końcu wyszliśmy na nizinę od strony zapomnianej krainy Elamu, po której zostały tylko tajemnicze legendy i trochę dziwnych obyczajów, dotyczących kobiet. Ponoć miały niegdyś wiele praw, mogły rządzić się nawet na targowiskach, dzisiaj także nie są tylko domowymi niewolnicami do rodzenia i hodowania dzieci. Wiele już nie mogą, lecz liczy się ich głos, który wolno im zabierać nawet w sprawach ogółu.

Idąc doliną wzdłuż dużej, a bardzo wartkiej rzeki, zwanej Diala, wyszliśmy wreszcie na drogę, wiodąca do stolicy Partów, zwanej tu powszechnie Tysponem. Jak się później dowiedziałem, jeszcze przed powstaniem miasta, była tu garnizonowa osada wojsk Mitrydata, zwana Opisem. Z czasem zaczął się wokół niej wielki ruch, jako że dawały znać o sobie rozgrywki miedzy Grekami, a nowymi zdobywcami tych ziem. Otóż trzeba wiedzieć, że zbiegają się tu dwie wielki rzeki, Eufrat i Tyger, a między nimi, na zachodnim brzegu tej drugiej, jeden z wodzów Aleksandra zbudował miasto, nazwane od jego imienia Seleucją. Pierwsze miejsce zajmowali w nim, oczywiście,  Grecy i ich władcy, strasznie się panosząc z racji swego tu zasiedzenia, co rodziło przeciwko nim ciągłe spiski i rebelie.

Kres greckim rządom położył syn Mitrydata, Fraates. Sprzymierzył się potajemnie z buntownikami i – wspierany przez ludność, głównie medyjską, ale nie tylko, nienawidzącą helleńskich panów – przepędził ich, a wrogiego wodza pokonał w walnej bitwie. Warto  docenić sprawiedliwość jego obyczajności, jako że oddawszy królewskie honory ciału martwego Seleucydy, odesłał je w srebrnej trumnie do Syrii. Niemniej, córkę pokonanego Antiocha, która wraz z bratem i tysiącami greckich jeńców trafiła do partyjskiej niewoli, uczynił jedną ze swych żon. Grecy stracili na znaczeniu, a partyjscy królowie poczęli budować obok Seleucji własne siedziby. Co prawda, Strabon sam nie wiedział, czy nazywać je miasteczkiem, czy już miastem, lecz, tak czy owak, Opis stał się Tysponem, czyli Ktezyfonem, i to w tym właśnie, wciąż rosnącym mieście, rozlokowała się teraz cała władza Partów. Stosunki pomiędzy dwoma stronami rzeki są poprawne, a dawne urazy ustępują miejsca wspólnocie życia w bliskości miejsca. Ludzie się mieszają, a to uładza wzajemne niechęci, gdyż tak już działa czas.

Wjeżdżając do miasta nie wiedziałem jeszcze tego wszystkiego, wiec nie miałem pojęcia, jak się w nim poruszać i na co baczyć w rozmowach z poznawanymi ludźmi. Udało mi się uniknąć większych nieporozumień, choć już od pierwszej chwili poznałem, co to niechęć i podejrzliwość partyjskiej władzy wobec obcych, także z Rzymu – przecież dzisiaj przyjaznego temu królestwu. Mury były niepełne, w budowie, lecz przy wjeździe stała spora strażnica z żołnierzami, uważnie przyglądającymi się każdemu z przybywających. Gdy podjechaliśmy, zatrzymali nas. W najlepszej wierze przedstawiłem się po grecku, co wywołało niechętny grymas na twarzy tego, kto spytał, kim jesteśmy. Od słowa do słowa zaczęła się mała sprzeczka, strażnik chciał wymusić jakąś niebotyczną zapłatę, ja się opierałem, dla samej zasady targu, choć przecież widziałem, że za wejście do miasta zwykle trzeba płacić. Ale nie aż tyle!  Wreszcie, rozeźlony, kazałem prowadzić się do ich dowódcy, który widział całe zajście i najwyraźniej miał ochotę mocno mnie sponiewierać. Odwróciłem pierścień Tamisa i podetkałem mu go pod nos.

– Wiesz, co to za znak? – spytałem tonem bardzo stanowczym, wszelako ryzykując, że nic tym nie wskóram, a tylko wyjdę na durnia.

 Wystarczył mu jeden rzut oka, po którym spojrzał na mnie zaskoczony, a następnie skłonił głowę w żołnierskim pozdrowieniu.

– Wybacz, panie, ale skąd mieliśmy wiedzieć, z kim mamy zaszczyt – wyrzucił z siebie służbiście. – Trzeba było tak od razu – dodał już pojednawczo.

– Dobrze, już, dobrze – gestem okazałem mu łaskawość, zadowolony z efektu, jaki wywołał widok pierścienia. Wielkie, zaiste, musiało tu być znaczenie służb, niewątpliwie sekretnych, jakimi zarządzał Tamis. – Ostrożności nigdy za mało – dodałem, dając do zrozumienia, że rozumiem czujność, z jaką strażnicy pełnia swą służbę. – Doceniam, i pochwalam – wysupłałem drobną monetę. – A to, żebyście zapomnieli o tym zdarzeniu – ściszyłem wymownie głos. Skoro byłem dla nich teraz kimś ważnym, nie zawadzi przydać mej osobie odrobiny tajemniczości. Niech trochę pofantazjują o mnie przy winie na mój koszt.

Wjechałem tedy do Ktezyfonu jakby po pańsku, choć po cichu. Za bramą szybko znaleźliśmy całkiem przyzwoitą gospodę z małą stajnią dla koni. Ponieważ słońce chyliło się już ku zachodowi, zaniechałem wyprawy do miasta, aczkolwiek odwiedziłem na krótko pobliską łaźnię. Wieczorem, zmęczony, ale odświeżony, zasiadłem swoim zwyczajem przy ulicznym stole, przyglądając się ciekawie okolicy i zastanawiając, od czego zacząć jutrzejszy dzień. Czy szukać sposobności, by wypełniać powinność cesarskiego agenta i od razu szukać jakiegoś dojścia do królewskiego dworu, by wywiedzieć się tam czegoś o tutejszej polityce? Czy raczej odszukać ojca Tamisa i śladów po rodzinnych koneksjach, zwłaszcza po Maesie?

Pierwsze niezbyt mnie pociągało, tym bardziej, że po spotkaniach w Egbatanie wiele już widziałem, co tu się dzieje. Bardziej kusiło to drugie. Uznałem, że wielkie sprawy tego świata mogą poczekać, zresztą i tak nie mam w nich nic do gadania, natomiast postać mego przodka nadal rozpalała wyobraźnię przez wzgląd na niezwykłość jego bujnego życia. Los podsunął mi klika tropów, lecz niewiele z nich wynikało dla ustalenia, gdzie też dokonał swego burzliwego żywota. Kiedyś po prostu przepadł, lecz jak, i gdzie – tego nigdy się nie dowiedzieliśmy. Cokolwiek się stało, pozostawało zagadką, którą, jako Tycjan, powinienem przynajmniej próbować rozwikłać.

Nazajutrz więc, skoro świt, wyszedłem do miasta i skierowałem kroki w stronę, gdzie spodziewałem się odnaleźć dom rodziny Tamisa.  Kierowałem się tym, co mi był podał w Egbatanie, lecz bardzo szybko pogubiłem się w gąszczu ulic, biegnących we wszystkie strony bez ładu i składu. Ktezyfon, choć miasto rozległe, wręcz ogromne, stawiano wbrew wszystkim chyba zasadom, jakie obowiązują w znanym mi świecie. Nie ma tu żadnego planu, głównych alei, nawet czegoś, co przypominałoby nasze forum. Partowie myślą chyba, ze wystarczy ogrom budowli, za nic mają proporcje ich wzajemnych zestawień, i korzyści, jakie to daje.

Pierwszeństwo mają siedziby królewskie, pomieszane z wojskiem, potem idą kręgi rezydencji, od najbogatszych, do uboższych. To miasto władzy i hierarchii jej sług, ze świątyniami, powstawianymi wedle uznania, acz bez żadnej myśli przewodniej. Jest bogactwo i rozmach, ale nie ma życia, zwyczajności, malowniczości, różnorodności handlu, drobnych kramów, warsztatów, ludzkiej krzątaniny. To, co z tego być musi, dla obsługi dworu, i tego, co przy nim, i wokół niego, schowane jest jakby z tyłu, za fasadą okazałości, mającej czynić wrażenie potęgi. Nie ma tu wzajemnego przenikania się różnych stanów, tworzących jedną wspólnotę. Ostentacyjna dostojność i siła zwycięzców budzą raczej niechęć, niż podziw i uznanie.

Idąc miastem, coraz silniej czułem jego sztuczność, wręcz martwotę ruchu bez ducha, niczym u ozdobnie przystrojonych figurynek z wosku lub gliny, jakimi u nas dzieci bawią się w teatr. W podróży, od Syrii po Baktrię, przywykłem do gwarnych miast i miasteczek, do ich żywotności, do obcowania w jednym miejscu bogactwa z ubóstwem i ich uzupełniania się w drapieżności życia, do ruchliwości ludzkiego mrowia, krzykliwej wesołości ulicy, pomieszanej z biedą i występkiem. Bywało niebezpiecznie, ale ciekawie, tu natomiast wiało nudną pompatycznością. O ileż wspanialsza była Egbatana, lecz tam Partowie tylko wcisnęli się do dawnej, miejskiej tradycji wschodu, przez wieki tworzonej pospołu przez Medów, Persów i Greków. W Ktezyfonie zbudowali własne gniazdo na pustym miejscu, zostawiając co stare po drugiej stronie rzeki. To, co stworzyli, raczej mało kogo stamtąd przyciąga – bo niby czym? Siłą można coś zdobyć, ale sam tylko garnizon zwycięzców, jak by nie był ogromny i okazały, to tylko zestaw bezdusznych budowli – nie tylko zniechęcających wrogów do napaści, ale i odstręczających zwykłych ludzi od tego, by z nimi wiązać swój los.

Po dłuższych poszukiwaniach wreszcie odnalazłem nieco na uboczu rodziny dom Tamisa, spory, zadbany, wyraźnie zasobny. Nic jednak nie wskazywało, by mieszkający tu ludzie należeli do miejskiej elity. Czyż to nie zastanawiające, że ktoś stąd, ze stanu może nie niskiego, lecz jednak pośledniejszego, wspiął się aż do pozycji królewskiego zausznika i przełożonego nad tajna służbą? Tamis musiał sporo się starać, lecz jak tego dokonał – nigdy się nie dowiem.

Wszedłem, przedstawiłem się mym podróżnym imieniem, i powołałem na niego, jako tego, kto mnie polecił. Pod nieobecność gospodarza przyjęła mnie jego zona, kobieta już dobrze w latach, powściągliwa, ale miła. Niezwykle ucieszyła się na wieść, iż jej syn pozostaje w dobrym zdrowiu i nieźle chyba sobie radzi tam, gdzie jest. Ani słowem nie dałem poznać, ze wiem, czym się zajmuje. Rzekłem jedynie, że poznaliśmy się przez przypadek, że podczas naszych rozmów wspomniałem o mych poszukiwaniach dawnego krewnego, on zaś zaproponował, bym tu właśnie spróbował czegoś się w tej sprawie wywiedzieć.

Wysłuchała mnie w dobrej wierze, choć nie dałbym złamanego miedziaka, że mi do końca uwierzyła. Przecież musiała wiedzieć, przynajmmniej w ogólności, o jego szczególnej pozycji na królewskim dworze, a więc i o tym, że mało co u niego dzieje się bez ważnego powodu. Gdym skończył mówić, tylko uśmiechnęła się i bez zbytnich komentarzy spytała, o kogo mi chodzi, i dlaczego sądzę, że właśnie jej mąż mógłby mi pomóc w mych poszukiwaniach. To zaś wymagało, bym – nie podając żadnych imion i okoliczności – krótko opowiedział jej o mej prababce, która niegdyś pomogła rzymskiemu jeńcowi.

– Była córką lekarza, więc chyba zrozumiałe jest, że właśnie wśród medyków szukam jakichś śladów tamtej historii. Także jakichkolwiek opowieści o jej synu, który ponoć tu nieraz wracał w swych podróżach i zapewne odwiedzał kogoś ze swej partyjskiej rodziny.

Ku memu zaskoczeniu kobieta roześmiała się wesoło i aż klasnęła w ręce, jakby z wielkiego ukontentowania.

– Jakie też cuda dzieją się na świecie! – zawołała sama do siebie. Co za historia! Chyba wiem, o kogo ci chodzi.. Zdaje się, że Maes mu było, nieprawdaż? Otóż, wyobraź sobie, panie, że poznałam go jako dziecko. Przez jakiś czas przyjaźniłam się z najstarszą córką jego bliskiej kuzynki, czy kogoś takiego. Tam go widziałam, nawet kilka razy. Pamiętam, bardzo go wszyscy lubili, wesoły był człowiek. Ale nic ci o nim nie powiem. Zresztą, potem w ogóle przestałam chodzić do tamtych ludzi, więc mało wiem. Tylko tyle, że podobno miał jakieś kłopoty, a potem zniknął.

Przyznaje, żem z trudem zapanował nad sobą. Tyle czasu, tyle zagadek, tyle różnych niejasności, poszukiwań, a tu proszę – żadnej tajemniczości, niezwykłości, po prostu żywy człowiek, wspomnienie z dzieciństwa, namacalna realność z przeszłości. Kobieta poczęła mi się przyglądać z większą już uwaga.

– Zaraz, zaraz, skoro to twój krewny, to kto?

– Był bratem mego dziadka. Kimś bardzo ważnym w naszej rodzinie. Tylko słyszałem o nim, urodziłem się, gdy słuch po nim zaginął.

– Dziadka, powiadasz? Nic mi to nie mówi. Musisz poczekać, aż wróci mój mąż, Beros. Będzie więcej wiedział. Zaczynał nauki u krewnego tej mojej przyjaciółki. Jest ode mnie wiele starszy – dodała, jakby tłumacząc się ze swego wieku.

Szybko zacząłem liczyć w głowie, czy nie ma tu jakiej pomyłki w latach. Kobieta mogła mieć ich z pięćdziesiąt, jej mąż – zapewne sześćdziesiąt, albo i więcej. Szczęśliwie się złożyło, że dożyli tak sędziwego wieku w dobrym zdrowiu.  U medyków to zwyczajność, wiedzą, jak dbać o zdrowie, nie tylko cudze, ale i własne. Jeśli znała Maesa jako mała dziewczynka, byłoby to jakieś czterdzieści lat temu. Choć w przybliżeniu, lecz wszystko się zgadzało.

Nie chciała mnie puścić, ugościła winem, więc z konieczności wdałem się z nią w pogawędkę, głównie o medykach, ich trudnej pracy, wdzięczności i niewdzięczności klientów. Więcej słuchałem, niż mówiłem, bo i niewiele o tym wiedziałem. Zaciekawiło mnie tylko, gdy wspomniała o tym, jak bardzo zamknięty jest klan lekarzy.

– Mój ojciec był medykiem, mąż nim jest, syn też już się wyuczył, córka wydała się za innego, ale za rzeką. To niezwykłe, że twoja prababka poszła za żołnierzem, i to jeszcze obcym. Jej rodzina musiała być bardzo temu niechętna.

– Nie wiem, jak tam było, ale dobrze wybrała.

– My trzymamy się razem, rzadko przyjmujemy kogoś spoza naszego kręgu. A jak się taki trafi, to zwykle wtedy uczeń żeni się z córką nauczyciela. Taki zwyczaj. Praktyczny.

– A to czemu?

– Klientela teścia przechodzi na zięcia. Wtedy zarobek zostaje przy rodzinie. Nie trzeba zaczynać od pustego garnka, ani szukać po mieście. Jedni polecają drugich i tak to się układa.

Jak wszędzie, zawody się dziedziczy, choć na różny sposób. Wspomniałem przewodników i ich małych synów, warsztaty po wsiach i miasteczkach. Czyż nie inaczej jest z kupcami? A władza? Urzędy? Nawet w żołnierce bywa podobnie, choć tam, kto może, kto nie daje się zabić, pnie się w górę, próbuje uciec od morderczego rzemiosła. Dziedziczy się też niewolę, chyba że ktoś zostanie wyzwoleńcem. Ale i wtedy nie jest łatwo, bo nie ma się własnego miejsca wśród ludzi, żadnych korzeni. A kto nigdzie nie przynależy, musi dopiero pazurami wydrapywać dla siebie jakieś miejsce. Ciekawe, jak to się ma u całych narodów? Wielkich miast?

Dzieci przejmują nie tylko majątki ojców, nawet ich długi. Dziedzictwo to nie tylko rzeczy, lecz imię, stan i pozycja w większej całości.. Czy to fatum, którego nie da się przełamać? Ja sam jestem przykładem tego, że niekoniecznie potomek kupców, musi kupcem zostać. Lecz przecież żyję z kupiectwa, jakie zostaje przy mojej rodzinie, nawet mu służę, choć nie prowadzę interesów. Tycjanowie nigdy nie byli politykami, ani ludźmi władzy, a przecież to przy niej wyrosła ich fortuna. Nie wywoływali wojen, ale z nich żyli. Sam jestem cesarskim agentem właśnie dlatego, że mamy swe interesy i wielką w nich ruchliwość po całym świecie, przydatną dla rzymskich planów. A Maes? On służył Augustowi, ja służę Tyberiuszowi – nieważne, że dla innej potrzeby, niż tylko gromadzenie złota czy intrygowanie w polityce. Przyszło mi do głowy, że za sprawą pewnej odmienności natury, każdy z nas w jakimś stopniu uciekał od owego przeznaczenia, wynikającego z Tycjanowego dziedzictwa, niemniej i tak naszą odmienność w nie wprzęgnięto, gdyż nic u nas nie może się marnować i pozostawać bez swego przydziału.

Roześmiałem się w duchu, wspominając jego rzekomych potomków w Batnei. Nie wiadomo, czy to prawda z nimi, lecz czyż nie są miejscowymi handlarzami?  Coś jakby duch rodzinnego fatum, nawet w takiej kombinacji? Jeśli Melos ich wykorzysta, wówczas dołączą do nas, choć nieświadomi swego pochodzenia. To już nie kaprys bogów, lecz wręcz ich chichot z dobrego żartu!

Nie wiem, jak to było u Maesa, lecz moja pasja do poznawania świata, wciąż wydaje się ważniejsza od powodów, dla których wyekspediowano mnie w tę podróż. Gdy rozpoznano moje dziecięce pragnienia, wówczas uznano je i uszanowano, choć nie tyle dla nich samych, ile z racji ich przydatności dla dalekosiężnych planów domu Tycjanów. Wychowano mnie i wyedukowano nie dla dekoracji ogrodowej, lecz niczym drzewo, które ma rodzić takie, a nie inne owoce. Myśl o tak szczególnej hodowli własnego dziecka powinna irytować, lecz, mimo wszystko, czułem osobliwą wdzięczność do dziadka i ojca, że nie odebrali mi radości z marzeń, nie stłumili porywów duszy. Znaleźli dla nich ujście, prawda, że wyłącznie użytkowe, ale przecież zgodne z mą naturą.

Czy powinienem ich za to ganić? Zrobili to w najlepszej wierze, łącząc swoje dobre do mnie uczucia, ze słusznie pojętym interesem rodzinnym. Mogli przecież wymusić na mnie rezygnację z zapędów podróżniczych, wyuczyć na kupca, któremu niepotrzebne są wszechstronne nauki najlepszego nawet badacza i uczonego. Zamiast zezwalać na spędzanie długich godzin ze Strabonem, zapędzaliby mnie do abakusów i ksiąg rachunkowych, prowadzali po składach towarów, pokazując, jak odróżniać, które dobre, a które złe, uczyli jakie ceny na nie daje się wyduszać, i gdzie. Z czasem pewnie wciągnęliby mnie do spraw publicznych, może nawet i jakoś udanie ożenili.

Gdym tak siedział i przysłuchiwał się gadatliwej żonie partyjskiego medyka, wizja dostojnego i dostatniego Festusa, wplecionego w tycjanowską pajęczynę, jako jedna z jej nitek, wydała mi się aż nadto komiczna. Chciałem już wychodzić, gdy zjawił się gospodarz, ów Beros, mąż mej rozmówczyni. Przedstawiwszy się, wyłożyłem mu swoją sprawę, najogólniej jak się dało. Pokiwał głową, rzekł, iż coś mu w głowie świta, lecz rozmowny zbytnio nie był.

– Spraw rodzinnych mego nauczyciela nie znałem. Uczniów nie dopuszczano tam do stołu, więc niewiele ci mogę powiedzieć. Pamiętam tylko tyle, że kiedyś, gdy już byłem na swoim, wezwał mnie, bym mu pomógł w kurowaniu ich krewnego, ponoć z dalekich stron. Może to był on, a może kto inny?

– Co mu było?

– Był mocno poobijany. Podobno omal nie zginał w jakieś przygodzie w drodze z Charaksu. Ale szybko wydobrzał, choć potem trochę kulał na jedną nogę.

– Coś mówił, opowiadał.

– Nie mnie, i nie przy mnie. Ale dzielnie się trzymał. Wciąż żartował, choć z początku mocno cierpiał.

– Nic więcej?

– Nigdy go już potem nie widziałem, ani o nim nie słyszałem.

– A żona?

– Beros poznał mnie, gdy byłam już starsza – wyjaśniła jego zona, jakby się tłumacząc. – Z przyjaciółką już się nie spotykałam. To dawne czasy, panie. Wiele się działo, kto by miał głowę do takich rzeczy.

– Daj spokój, kobieto – zganił jej gadulstwo. – A ty, panie, jeśli chcesz, odszukaj wdowę po moim nauczycielu. Podobno jeszcze żyje, choć nieszczególnie jej się wiedzie. Ale zdaje się, że ma dobre dzieci, pomagają jej.

– Gdzie jej szukać?

– Bliżej rzeki, ale przed dzielnicą warsztatów. Pytaj o Alenę, wdowę po starym medyku.

– Tylko tyle?

– Więcej ci nie powiem, bo sam nie wiem.

– Nie ciekawiło cię nigdy, co się z nią dzieje? Była córką twego nauczyciela.

– Jakoś się nie złożyło.

Więcej nie pytałem, bo człowiek ten wzbudził we mnie niechęć, był opryskliwy, nieskory do rozmowy. Zapewne mógłby jeszcze coś dodać, jakiś komentarz, swoje wrażenia z przeszłości. Przecież oni się tu wszyscy znają, dużo o sobie wiedzą, niechby nawet i plotek. Najwyraźniej moja wizyta była mu nie smak, bo pożegnał mnie z nieskrywaną ulgą. Nie, to nie – dobre i to, co mi powiedzieli, choć było tego niewiele. Ale jakiś bliższy już trop znalazłem.

Następnego dnia dotarcie do celu zajęło mi cały ranek do południa. Dzielnicę znalazłem, kluczyłem po niej, wypytywałem, głównie po sklepach, aż wreszcie wyjaśniono mi, gdzie mam się udać. Z wyrywkowych zdań, jakimi mi odpowiadano, mogłem wnosić, że owa Alena nie była wcale nieznaną tu osobą. Zdaje się, że zajmowała się trochę pomaganiem kobietom w ich szczególnych chorobach, także w kłopotach z rodzeniem, albo nierodzeniem dzieci. Córka i żona medyka, musi znać się co nieco na rozmaitych lekarskich sztuczkach i miksturach. Czyż matka Artusa i Maesa nie robiła tego samego w Rzymie? Słynęła przecież w rodzinie ze swych umiejętności, przychodziły do niej po rady nie tylko nasze kobiety, ale i te z kręgów ich znajomych, które szukały cichej pomocy. Pomagała nie dla zarobku, to oczywiste, lecz z dobrego serca, może trochę z wyrachowania. Obca wśród obcych, zaskarbiała sobie tym przyjaźń w świecie, który wcale nie musiał jej ani lubić, ani chcieć uszanować, mimo że była żoną jednego z Tycjanów.

Wszedłem do skromnego domostwa z mieszanymi uczuciami. Ogromnej ekscytacji towarzyszył lęk, czy aby nie ujrzę niemiłego ubóstwa starej kobiety, z trudem radzącej sobie z życiem.  W rzeczy samej, spora i zagracona izba nie sprawiała najlepszego wrażenia, choć nie panował w niej nieład, właściwy tym, którzy przestają już dbać o porządek wokół siebie. Kobieta, jaką ujrzałem także nie wydała mi się jakimś ludzkim wrakiem. Wręcz przeciwnie. Mocno wiekowa, ale z wyglądu krzepka, bez spowolnienia ruchów, spojrzała bystrym okiem na przybysza, nie okazując zdziwienia, ani niepokoju wizytą nieznajomego.

 Przyglądaliśmy się sobie przez dłuższą chwilę, obydwoje z równym chyba zaciekawieniem. Nie za bardzo wiedziałem, jak zacząć, głupio było tak od razu pytać wprost o rodzinne wspomnienia. Ona tymczasem najpierw spokojnie obejrzała mnie od stóp do głów, potem, jakby nieco zaskoczona, podeszła bliżej i poczęła przypatrywać mi się już uważniej, z coraz większym niedowierzaniem, zaznaczającym się na pomarszczonej twarzy. To jeszcze bardziej mnie zmieszało, wiec tak staliśmy, spoglądając na siebie, ja, uśmiechając się niepewnie, ona – z narastającym ożywieniem.

– Gdybym nie wiedziała, że to niemożliwe, powiedziałabym, ze jesteś duchem kogoś, kogo dawno już nie ma między żywymi – rzekła przytłumionym głosem. – Kim jesteś, dziwny człowieku?

– Na pewno nie duchem, raczej kimś, kogo jeden taki tu przywiódł, żeby przekonać się, czy ktoś jeszcze miedzy żywymi go pamięta – odparłem niby żartobliwą aluzją, w nadziei, że wzbudzę w niej głosy z pamięci.

Już spotkanie w Batnei przekonało mnie, że coś musi być na rzeczy z moim rzekomym, czy prawdziwym podobieństwem do Maesa. Skoro dostrzegła je tamta szalona kobieta na ławeczce w obejściu Gety, to czemu nie miałoby stać się podobnie i tu, w skromnej izbie na innym końcu świata? Wyjąłem znak rodzinny i pokazałem jej w otwartej dłoni. Spojrzała, zamarła, ze wzrokiem wbitym w ten mały przedmiot, potem potarła ręką czoło.

Bywa tak, że trudno przyjąć oczywistość, jaką się ma przed oczami, z przekonania o jej niepodobieństwie, nierzadko z obawy, iż to, co pokazują zmysły, okaże się tylko pomyłką i rozczarowaniem, albo niespodziewanym zagrożeniem. Zobaczywszy jednak, że co zdawało się niemożliwe, jest nie tylko możliwe, ale i rzeczywiste, namacalne, wówczas, po chwili zaskoczenia, nawet osłupienia, przychodzi wzburzenie, tym silniejsze, im bardziej niezwykłość owej realności odbiega od tego, co nakazywałby chociażby zwykły zdrowy rozsądek. Kobieta zamachała rękami, brakło jej słów.

– Jeśli to żart, to głupi i niesmaczny – warknęła, jakby broniąc się przed widokiem świadectwa naszego pokrewieństwa, także przed własnymi myślami. –. Skąd to masz? I skąd tu się wziąłeś? – spytała podejrzliwie.

– Nie żartuję tam, gdzie rzecz jest poważna. Jestem z dalekiej podróży. Aż z Rzymu. – Uniosłem rękę, trzymającą mały amulet. – A to dostałem w domu, na drogę. Chyba wiesz, co oznacza?

– Aż za dobrze! – odstąpiła na krok, nie przestając oglądać mnie, jakbym był wystawiony na sprzedaż. Trwało to dłuższą chwilę, ja zaś, zakłopotany, nie wiedziałem, jak się zachować.

– Nawet podobny jesteś – naraz zachichotała. – Niesamowite! – Nie padło żadne imię, lecz oboje już wiedzieliśmy, o kim, i o czym będzie mowa. – Tyle lat! Czekaj, czekaj. Synem być nie możesz, pewnie jakimś wnukiem – jakby nigdy nic przeszła od razu do rzeczy..

– Po jego bracie. Moim dziadku – odparłem wprost, bez zbędnych wyjaśnień.

– Po dziadku, mówisz? Tym, co się tu urodził?! – palcem wskazała na znak. – To po jego matce. Mojej upartej ciotce – westchnęła, uśmiechając na wspomnienie sprzed tak wielu lat.

– Nie inaczej.

Nie przestawała kręcić głową, machała rękami, wreszcie, ku memu zaskoczeniu, roześmiała się w głos i znienacka klepnęła mnie po ramieniu..

– No, to jestem dla ciebie niby babka – rzuciła, wciąż niezwykle rozbawiona. – Patrzcie, patrzcie, mam wnuka aż w Rzymie! – Bariera pękła, przeszłość zeszła się z teraźniejszością.

 Siadaj, siadaj – usadziła mnie na stołku. – Z samego Rzymu, powiadasz? – aż klasnęła w dłonie. – Ten łobuz opowiadał mi o was,  ale niewiele.

– My też o was mało co wiemy. Dlatego tu jestem.

– Nie łżyj, że przyjechałeś tylko po to. Pewnie taki sam z ciebie włóczęga, jak on. Poznaję po oczach.

– Nie powiem, byłem tu i ówdzie. A teraz wracam.

 – I zaniosło cię aż tutaj! Mój braciszek, prawda, że cioteczny, ale przecież braciszek, też się tak pojawiał. Wpadał, jak po ogień, ale zaraz odlatywał, jak wiatr. Ciągle jakieś awantury, interesy. Tacy już, widać, jesteście. Pewnie i do kobiet też masz taką skłonność, jak on, co?

Ożywiała się coraz bardziej, jakby wyprostowała na wspomnienie czasu młodości. Jeszcze teraz, nawet w jej latach, widać było, że żwawa i silna musiała z niej być kiedyś kobieta, stanowcza, ale i wesoła, raczej pyskata, niż gderająca. Zdałem sobie sprawę, jak bliskie są nasze więzy, i że przeszłość, choć daleka i niewypełniona wspólnotą życia, nie jest żadną przeszkodą, która utrudniłaby porozumienie. Z każda chwilą nabierałem do niej sympatii, czułem się coraz pewniej, bez obawy o jakieś zadrażnienia.

Niemniej trochę to wszystko było zagmatwane. Z rachuby lat wynikało, że jej matka musiała być dużo młodsza od swojej siostry, matki Festusa i Maesa. To by tłumaczyło różnice wieku osób w tej rodzinnej układance. Żywotność, to jedno, wiedza lekarska – drugie, lecz natura ma swoje prawa. Dziadek umarł dobre piętnaście lat temu, więc wszystko tu było chyba jakby poprzesuwane do przodu. Ale czemu nie? W wielu rodzinach pokolenia jeszcze bardziej się mieszają, a dziwne ich zestawienia bywają przyczyną zarówno żartów, jak i sporów majątkowych.

– Jak mnie znalazłeś? –  spytała z zaciekawieniem. – Tylko mi nie mów, że to ten duch wskazał ci mój dom – nie kryła wesołości.

– Przez niejakiego Berosa, medyka.

– A jakżeś ty trafił na tego paskudnego człowieka? – aż się żachnęła na dźwięk podanego imienia. – Straszny obrzydliwiec. Choć dobry medyk. Ojciec go chwalił jako ucznia, ale potem nie znosił.

– Czemu?

– Wielkie ambicje. I chciwiec, jak był, tak i został. Ale dopiął swego. Strasznie wysoko się nosi, bo jego syn jest ponoć kimś ważnym, jakąś znaczną figurą na królewskim dworze. To i w głowie mu się przewróciło.

Wyjaśniło się, czemu ów Beros tak mnie zbył. Gdyby nie polecenie Tamisa, pewnie w ogóle by ze mną nie rozmawiał. Ale nic mi do tego jaki jest.. Wystarczy, że mnie tu naprowadził.

– Przypadek, Poznałem kogoś w drodze, pytałem o tutejszych lekarzy, i mi go polecono.

– A kogóż to pytałeś? – drążyła dalej. – On ma dobrych klientów. Samych bogatych. Może to ktoś z nich?

– Trudno powiedzieć – po jej perorowaniu nie chciałem wyjawiać, że znam jego syna

– Znowu łżesz! – pogroziła palcem. – Przecież widzę. Tak samo mrużysz oczy. Te wasze tajemnice! Ale niech ci będzie – machnęła ręką. –  Nie chcesz mówić, nie mów.

– Może innym razem. Ważne, że tu jestem.

– Też prawda.

– I że mi opowiesz o Maesie.

– A co byś chciał usłyszeć?

– Ci się da. Co pamiętasz. Co robił? Jaki był? Dokąd jeździł? Skąd przyjeżdżał. Co sam opowiadał? Jak zniknął?

– Ale żeś się rozpędził!

– Dziwisz się?

– No, nie, oczywiście, że nie. Ale się zawiedziesz, bo mało już pamiętam.. Więcej, jaki był, niż co robił. Że interesy, to wiadomo. Ale jakie, i z kim, nie mam pojęcia.

– Powoli, po kolei. Spokojnie,. Mamy czas.

I tak to, od słowa, do słowa, zaczęła się rozmowa, zrazu chaotyczna, lecz z czasem składająca w zborną całość obraz człowieka doprawdy niezwykłego, tak wiele znaczącego i dla rodziny, i dla mnie samego – choć to już w innym nieco sensie. Jako dziecko wyobrażałem go sobie na wiele sposobów, lecz zawsze w jakichś przygodach, intrygach, niebezpieczeństwach. Marzyłem o dalekim świecie, a on był w nim bohaterem, odkrywcą i zdobywcą. Dopóki nie dowiedziałem się, że za tym, co robił, stała zimna kalkulacja w interesach, przekładająca się na przeliczalne zyski w złocie, jawił mi się niczym ktoś zgoła mityczny, wielki duchem i szlachetną odwagą bezinteresownego herosa. Jednym słowem, stworzyłem sobie fantazyjną postać na potrzebę mej wyobraźni, wtedy jeszcze nieskażonej wiedzą o brutalności świata, o bezwzględności prowadzonych w nim gier, o drapieżności w zagryzaniu się ludzi o przewagi, czy wręcz o przetrwanie. Jeśli nawet później odeszła mnie ta dziecinada, to przecież jakiś sentyment po niej pozostał. Dlatego słuchałem opowieści Aleny nie tylko jako dzisiejszy, dorosły i dojrzały Festus, lecz po trosze jak tamten, dawny, chłopięcy marzyciel. Wszelako mając za sobą niemal roczną już podróż tymi samymi drogami, które i on przemierzał, pojmowałem, że w jego życiu, w wędrówkach, na jakich je spędził, więcej było trudu i znoju, niż wzniosłości

Alena niewiele wiedziała o interesach Maesa i jego kupieckich sprawach. A już w ogóle nie miała pojęcia o tym, że szpiegował dla Rzymu. Bystra kobieta, zapewne domyślała się tego czy owego, lecz nie chciała się zbytnio nad tym rozwodzić.

– Ciągle gdzieś węszył, rozpytywał o kogo się dało. Zawsze miał pieniądze i sporo na to wydawał. Ale czy tylko z handlarzami się zadawał, tego ci nie powiem. Nie zwierzał się, a myśmy o nic nie pytali. Pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć – dodała znacząco.. – Mam rację, prawda? – spytała, patrząc mi w oczy.

– Masz – nie odwróciłem wzroku. – I niech tak zostanie.

– Taki sam chyba jesteś – wzruszyła ramionami – no, może mniej gorączkowy, spokojniejszy.  On ciągle był w ruchu, nie umiał usiedzieć na miejscu. Prędki taki. Jak coś sobie umyślił, zaraz się za to brał. Ale nas w nic nie mieszał. Chyba że kogoś z młodszych chłopaków, do pomocy w pilnowaniu handlarzy. Szybkie, krótkie wypady, nie za dalekie. Nawet nieźle przy nim zarabiali. Ale w długie wyprawy jechał sam.

– Jak długie? Dokąd?

– Mój drogi, kto go tam wiedział. Znikał na rok, albo i lepiej. Kiedyś nie było go i ze trzy lata. Już myśleliśmy, że przepadł. Ale był przebiegły, wywijał się z każdej opresji. Dopiero ostatni razem wrócił mocno pokiereszowany.

– Skąd?

– Mówił, że napadli ich bandyci na pustyni, gdzieś za drugą rzeką. Strasznie złorzeczył Grekom, bo uważał, że to oni nasłali na niego tamtych dzikusów. Uratował się, ale podupadł na zdrowiu. Zresztą, miał już swój wiek, choć wciąż chciał uchodzić za młodzika. Niby taki rozumny, ale myślę, że w końcu gdzieś, z kimś przechytrzył.

– A ci Grecy?

– Nie mam pojęcia. Nie znosił ich, ciągle na nich pomstował, albo sobie z nich kpił, jak to on. Trzymał się swoich, znaczy się, naszych, więc z tamtymi raczej zanadto się nie lubił. Ale żeby aż tak?

– Kiedy to było? Ten ostatni raz?

– Niech policzę. Zaraz potem Linea, znaczy się, moja córka, urodziła syna. Najmłodszego. Czyli będzie trochę lepiej niż dwadzieścia lat. – Zamilkła, zastanowiła się. –  Wiesz, ten chłopak, to jakby twój brat. Daleki, ale jednak swój. Musisz ich poznać! – oznajmiła stanowczo, tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Koniecznie!

– Kto cię wie, czy jeszcze kiedy tu przyjedziesz? A rodzinę znać trzeba! – Popatrzyła chytrze spode łba. – Warto, prawda? Nigdy nic nie wiadomo, co kiedy się przyda – dodała, nie bez lekkiej kpiny w głosie. Niby taka prosta, a proszę, jak przenikliwa.

Rozmowa toczyła się raz prosto, raz zakolami. Wątki mieszały się, lata biegły nie po kolei, więcej było w tych opowieściach oderwanych szczegółów, niż rzeczy ważnych. Lecz wszystko razem układało się w obraz niezwykle barwny i wyrazisty. Alena musiała bardzo brata lubić, może nawet więcej, bo mówiła o nim ciepło, momentami z nutką melancholii, właściwej kobiecie, zdolnej przeniknąć przez maskę, pod jaka Maes krył swą prawdziwą naturę.

– Niby taki światowy, ale w środku był chyba bardzo samotny. Wybrał sobie życie i los wolnego ducha, wciąż w biegu, od przygody, do przygody. Ale pod koniec jakby przygasł.

– Czyli co?

– Myślę, że stracił zapał do tych swoich awantur. Szukał ich, bo inaczej żyć już nie umiał. Nie miał nic swojego, oprócz gonitwy po świecie. Nawet przyjaciół. Nikogo bliskiego, chyba tylko brata, twego dziadka, daleko stąd. Ale nie widywali się, może tylko kilka razy, gdzieś w drodze. Był obcy miedzy obcymi.

– To był jego wybór.

– Bez gniazda trudno żyć, nawet najmocniejszym.

–  A tu? U was?

– Cóż, wracał, wylizywał się, robił plany, i znów gdzieś go niosło. Te wasze wieczne interesy! – rzuciła z niechęcią. – Są jak wino dla pijaka. Upaja, potem boli głowa. Ale jak przechodzi, znów szuka się tego upojenia. A to dużo kosztuje. Nie tylko pieniędzy.

– Chyba przesadzasz.

– Sam się kiedyś przekonasz, jak cię to wciągnie. Obyś się nie zatracił, jak on..

Zbyłem to milczeniem, nie chcąc wdawać się w dysputę o odmienności życiowych wyborów, dokonywanych w imię powinności, czy nawet konieczności, o których kobiety mają zwykle mgliste pojęcie. Było jednak coś na rzeczy, w tym, co mi rzekła z życzliwością, nawet troską. Ciekawe, czy podobnie rozmawiała ze swym bratem.

– Rozmawialiście kiedyś o tym?

– Kiedy zaczynałam, zaraz zmieniał temat. Nie chciał, uważał, że zrzędzę. A może bał się zajrzeć zbyt głęboko w siebie.

Zdumiała mnie ta uwaga, krótka, wszelako świadcząca o subtelnej mądrości życiowej. Miała dar widzenia, jaki bierze się zarówno z kobiecej natury, jak i wielkiego doświadczenia.  Iluż wielkich filozofów lubuje się w rozprawianiu o wszystkim, o czym się da, wygadując, co im przyjdzie do głowy? Obracają rozumem z wielką wprawą, zadowalając najsubtelniejszych nawet znawców ludzkich spraw. Lecz rzadko kiedy mają ową szczególną zdolność sięgania wprost do duszy, nie pojmują, jak można poznawać cokolwiek, bez wnikliwego badania rozmaitych przesłanek i zawiłych spekulacji. A przecież są jeszcze inne zmysły, o których wiadomo, że bywają niezawodne, choć nie wiadomo, jak działają. Powiada się, że to wyczucie, jakby sięganie przez zasłony do samej istoty rzeczy, niewidocznej w zwykłym oglądzie. Daje szczególną wiedzę, która nie podlega zwykłym wyjaśnieniom, a którą uznajemy za oczywistą. Dzięki niemu właśnie Alena opisała Maesa w dwóch zdaniach trafniej, niż by to uczynił ktokolwiek w długim wywodzie, na podstawie rozumowych studiów nad jego życiem.

Ani się obejrzałem, jak dzień zamienił się w późne popołudnie. Nie chcąc wracać do gospody po zmierzchu, przerwałem rozmowę, mówiąc, że wrócę tu jutro, bo wiele jeszcze chciałbym od niej wysłuchać. Wymówiła się jakimiś obowiązkami, lecz zaproponowała, bym zjawił się u niej za dwa dni.

– Przyjdź wcześniej, to zaprowadzę cię do Linei. Babkę już poznałeś, poznasz i ciotkę – wyraźnie bawiła ją ta wyliczanka rodzinnych związków. – Może i jej męża, jeśli akurat będzie w domu? I dzieciaki. Przekonasz się, jaką masz tu niezłą rodzinkę!

Pożegnaliśmy się, wyprowadziła mnie na ulicę. Stanęła w drzwiach, patrząc jak odchodzę. – Tylko uważaj na siebie, tu łatwo o kłopoty – doszedł mnie jeszcze jej podniesiony głos.

Nazajutrz wałęsałem się po mieście, bez specjalnego planu. Jedyne, co warte było uwagi, to ogromna świątynia ognia, bardziej jednak perska z ducha, nie partyjska. Reszta wydała mi się nieciekawa, napuszona, bardziej na pokaz, niż do zwykłego życia. Znalazłem mały targ, ale bez różnorodności ludzi i towarów, jaką zwykło się widywać w miastach daleko mniej imponujących. Niemniej udało mi się kupić dwa niebrzydkie i całkiem niedrogie szale, które zamierzałem darować Alenie i jej córce podczas planowanej wizyty.. Zapewne już tu nigdy nie wrócę, więc niech zostaną po mnie. choćby i takie drobne pamiątki.

U swej nowej niby babki stawiłem się zgodnie z umową. Wypatrywała mnie już przed domem, a gdy się zjawiłem, nie zapraszała do środka, tylko od razu poprowadziła uliczkami w stronę dzielnicy małych domków, całkiem zgrabnych i dostatnich. W jednym z nich, czekano na nas, okazało się, że zebrała się niemal cała rodzina. Z początku panowało niezręczne zmieszanie, lecz szybko zastąpiło je wesołe pokrzykiwanie kobiet, ucieszonych podarunkami, jakie wręczyłem. Zasiedliśmy w dużej, gościnnej izbie, zaczęły się pierwsze objaśnienia z obydwu stron, wreszcie rozmowa potoczyła się wartko, bardzo ciekawie. i miło, choć nieco chaotycznie.

Linea wdała się w matkę, tak z wyglądu, jak i charakteru. Już niemłoda, lecz żywa, wesoła, bezpośrednia w zachowaniu. Jej mąż, medyk, poważniejszy, ale nie sztywny, przyglądał mi się z zainteresowaniem, choć bez ekscytacji. Należałem do rodziny po stronie kobiet, nie z jego krwi, więc zachowywał pewną powściągliwość, co nie znaczy, że tylko zwyczajową gościnność pana domu. Poznałem też ich córkę i syna – dwoje młodych, nieco ode mnie młodszych, lecz – jak wynikało z rodzinnego rachunku – bliskich krewnych, jakby rodzeństwo. Po domu kręciła się też dwójka drobiazgu, maleńkich dziatek córki Linei.

Tak więc, w jednym miejscu zebrały się cztery pokolenia partyjskiej części tycjanowskiej całości! Siedząc tak miedzy nimi i rozprawiając o przeszłości, czułem się swobodnie, jak między swoimi. Historia zatoczyła niezwykle koło. Maes miał tu swoją ciotkę i siostrę, ja mam teraz swoje tego podobieństwo. Zdumiewająca ciągłość więzi rodzinnych, objawiona po tylu latach, nadawała temu spotkaniu szczególnej aury naturalnej bliskości, mimo tak wielkiej przecież między nami odległości w czasie i przestrzeni.

Najpierw dowidziałem się, skąd, i dlaczego trafili do Ktezyfonu. Gdy po wojnie z Krassusem, po poszukiwaniach Lucjusza, wydało się w końcu kim jest obcy, przechowywany w domu wojskowego medyka, kazano wodzowi Surenie, jeszcze nim skrócono go o głowę, oddać ich wszystkich do dyspozycji Orodesa. Po wykupieniu Marka, ojciec dziewczyny zyskał niezgorszą reputację i całkiem nieźle mu się wiodło, zrazu po cichu, potem już w dużym uznaniu. Wszelako z czasem utracił łaski króla, a to za sprawa greckich lekarzy, zazdrosnych o swą pozycję w stolicy. Odtąd rodzina żyła nieco na uboczu, choć już na dobre w Ktezyfonie, gdyż w pobliskiej Seleucji nie miała czego szukać, znów za przyczyną zawodowej zazdrości Greków. Ale że teść Maesa dobrze znal się żołnierskich chorobach i ranach, więc w tym wojskowym mieście nie brakowało mu zajęcia. Znajdował chętnych uczniów i zakorzenił się tu na dobre. Słuchając ich, pogubiłem się w licznych powiazaniach wszystkich krewnych z wielu lat, rozrzuconych od Syrii, aż po różne, tutejsze miasta.

Z kolei, moim opowieściom nie było końca, głównie o podróży i przygodach, jakie mi się przytrafiły. Ze zrozumiałych względów najbardziej interesowały ich te, w których pojawiały się ślady Maesa. Niezwykłe poruszenie wywołała historia z Batnei i postacie rzekomych, kolejnych kuzynów z dalekiej Syrii. Alena śmiała się jak dziecko, rozbawione popisami jarmarcznych wesołków.

– Wesoły chłopak, nie ma co! Ciekawe, ile on tego rozsiał po świecie. Nie dawały mu spokoju te baby. A lubił je, że hej – pohukiwała z uciechy.

Poważniej wysłuchali mego wspomnienia o wycieczce na pole pod Karrami. Niby nic tam się nie wydarzyło, lecz przecież tam wszystko się zaczęło.

– Gdyby nie twoja ciotka, ojciec Maesa przepadłby z kretesem. I nie byłoby mnie tu. W ogóle, wiele rzeczy by się nie wydarzyło. Dzielna musiała być z niej dziewczyna – zwróciłem się do Aleny, w nadziei, że coś sobie jeszcze przypomni.

– Uparta. Wiem tyle, co z opowieści matki. Ale ona też mało co pamiętała. Miała pięć lat, gdy to się wtedy działo. Dziadek ciężko przeżył wyjazd ukochanej córeczki. Zawziął się, nigdy nie wracał do tamtej awantury. Ale na starość zdążył jeszcze poznać rzymskiego wnuka. Strasznie się wtedy rozkleił. Wszystko jej wybaczył.

– U nas jest wręcz rodzinną legendą.

– Dobrze wam, widać, robią nasze kobiety – rzuciła Linea. – Może i ty byś sobie jaką tu znalazł? – dodała przekornie.

– Pomyślę. Ale jeszcze nie teraz

– On taki sam jak mój braciszek! – stwierdziła uszczypliwie Alena. – Przyznaj – zwróciła się do mnie – że też lubisz latać z kwiatka na kwiatek.

– Nie za bardzo. Zbyt to męczące – chciałem wykpić się żartem.. Coś jednak musiało być w moim głosie, ze zamilkła na chwilę, spojrzała podejrzliwie, po czym zaszła mnie od drugiej strony.

– A co z tą scytyjską dziewczyną? Wspomniałeś o niej, ale jakoś tak półgębkiem.

– A co, niby, miałoby być?

– Mój drogi, nie powiesz mi, że jechaliście razem taki szmat drogi, tyle czasu – i nic. Jak się zwała? – nie dała mi szansy na chwile zastanowienia.

– Asza.

– Dziwne, nosić imię po bogini, nie uważasz? Na dodatek, nie swojej. Bo to przecież perskie bóstwo.

– Nie pytałem, a ona się nie tłumaczyła.

– Ale przecież o czymś rozmawialiście – Linea włączyła się do tej przepytywanki. Jak by nie uważać na słowa, w sprawach miłosnych kobiety zawsze wyczują, że coś się za nimi kryje. I nie ustaną, aż nie wyduszą, co też to takiego być może.

– Pewnie o ujeżdżaniu koni – do matki dołączyła ze śmiechem jej córka, moja najnowsza siostra. – Scytowie to przecież wyborni jeźdźcy. Nie złość się – dodała szybko, widząc, jak się zżymam na ten niewybredny komentarz – sam to powiedziałeś.

Z opresji wybawił mnie mąż Linei, Surdyn. Spokojnie przysłuchiwał się żartom, lecz najwyraźniej uznał, że kobiety mocno już przesadzają.

– Dajcież wy mu spokój! Jak zechce, to opowie. Lepiej podajcie coś na stół. Już pora, zgłodniałem – rzucił tonem, nieznoszącym sprzeciwu.

Gdy odeszły, i zostaliśmy z nim sami, począł wypytywać o moje spotkanie z kapłanem na Cyprze.

– Zazdroszczę ci, Festusie. Miałeś okazję poznać największych medyków, o jakich wiemy.

– Nie rozmawialiśmy o sztuce lekarskiej. Nie mam o niej pojęcia.

– Oddałbym pół życia, żeby móc się u nich pouczyć. Choćby i krótko.

– A tutejsi Grecy?

– To nie to samo. Zresztą od jakiegoś czasu nie biorą już obcych do nauki.

– A inni medycy?

– Mamy już od dawna własnych mistrzów. Są i Persowie, też mają swoją wiedzę. Nie jest tak źle – skwitował z uśmiechem.

– Coś ci pokażę – w odruchu sympatii postanowiłem pokazać mu leki, jakie dostałem w Pafos. Wyjąłem z sakwy, z samego spodu, buteleczki i pudełko z maścią. – Popatrz, to dostałem od tamtych kapłanów. Obejrzyj sobie.

Surdyna niezwykle poruszył widok moich uzdrowicielskich skarbów. Ostrożnie brał je po kolei do rąk, otwierał, wąchał, oglądał pod światło. Kazał sobie wyjaśniać, co do czego służy. Gdym mu opowiedział o uleczeniu rannego na hyrkańskim stepie, kiwał głową z niedowierzaniem.

– Rzadko kiedy udaje się zaleczyć takie duże rany. I tak szybko.

– Jakoś się udało.

– Ten kapłan bardzo cię uszanował, skoro ci to dał. Nieznajomemu, na dodatek nie lekarzowi – wciąż kręcił głową.

Przyszedł mi do głowy pewien pomysł, niezbyt może chlubny, lecz nieprzekraczający granic dobrego smaku. Może uda się ubić z nim mały interes.

– Powiedz mi, czy masz wśród swoich klientów jakiegoś kupca, albo chociażby drobnego handlarza?

– O co ci chodzi? – spytał po dłuższej chwili. Moje pytanie nieco go zaskoczyło, patrzył na mnie ze zdziwieniem.

– Chętnie bym kogoś takiego poznał.

– Taki sam jak tamten! – od drzwi dał się słyszeć podniesiony głos Aleny. – Nie popuści – irytowała się. – Każda okazja dobra, byle coś ugrać dla siebie. Nawet nie odczekasz kilku dni, dla przyzwoitości. Wstydziłbyś się!

– Nie mam tu żadnych interesów, więc niepotrzebnie się tak złościsz – spróbowałem ją ugłaskać.

– Teraz nie masz, ale kto cię wie? – dalej pohukiwała ze złością.

– Przecież tylko pytam. A co mówiłaś wczoraj? –  przypomniałem wczorajszą jej aluzję.

– Co mówiłam, to mówiłam. Słyszałam, i swoje wiem – oznajmiła gromko i usiadła wyraźnie rozeźlona.

Poczułem się nieco głupio, i skarcony, nie bez pewnej słuszności. Tymczasem Surdyn uśmiechnął się, podniósł rękę, by nas uspokoić.

– Przestańcie się kłócić. Nic się nie stało. Ma swoje powody, to i pyta.

– Jeśli cię uraziłem, to wybacz, nie chciałem – rzekłem do niego ugodowo. – Może jakoś cię przebłagam, a ty zapomnisz urazy. – Teraz postanowiłem użyć argumentu nie do odrzucenia. –  Co byś powiedział, gdybym ci użyczył trochę tego, co ci pokazałem? – wskazałem na greckie leki, leżące jeszcze na stole.

– Patrzcie go, jaki hojny! – Alena nadal się boczyła, lecz naraz zaczęła się śmiać. – Umiesz się wyłgać! Dobry jesteś!

– To u nas rodzinne, babciu – wszedłem w jej kpiarski ton, zadowolony, że już po kłopocie.

Surdyn z miejsca przyjął propozycję z wielką ochotą. Poszliśmy do drugiej izby, gdzie przyjmował chorych, zastawionej wszelkim sprzętem, jaki medyk potrzebuje w pracy. Tam ostrożnie rozdzieliliśmy zawartość buteleczek i pudełka na połowę, a choć było tego niewiele, to gospodarz aż zacierał ręce z ukontentowania.

– Cóż ci mam powiedzieć? Dziękuję. A na babkę nie zwracaj uwagi, lubi czasami pogderać – dodał półgłosem. – Ale to dobra kobieta.

– Przecież widzę.

Drobna scysja zakończyła się powszechnym śmiechem, a ja zyskałem tyle, ze Surdyn umówił się ze mną na jutro, by odwiedzić pewnego właściciela sklepu, któremu niedawno wyleczył żonę z jakieś ciężkiej przypadłości.

– Jest pretekst, żeby sprawdzić, jak się wykurowała. Zajdziemy, niby po drodze.

– Tylko zyskasz na reputacji. Jako dbający o swoich klientów.

– Pod warunkiem, że nie weźmie pieniędzy – rzuciła złośliwie Linea.

Spotkanie rodzinne trwało jeszcze czas jakiś, lecz pora była się żegnać. Nadmiar wrażeń zmęczył mnie, chciałem sobie poukładać w głowie to, czegom się dowiedział, nadto czekała mnie jeszcze wcale niekrótka droga do gospody, a nazajutrz trzeba było wcześnie wstać, by zdążyć na umówione spotkanie z Surdynem. Rozstaliśmy się w doskonałych humorach, życząc sobie wszystkiego, co najlepsze.

Odwiedziny u handlarza niewiele dały, gdyż był to człowiek bez wyobraźni i owego szczególnego kupieckiego wyczucia, które znamionuje ogląd świata większy, niż podwórko własnego domostwa. Przedstawiony jako przyjezdny z daleka, ciekaw tutejszych zwyczajów i ostrożnie liczący na jakąś przyszłość w tutejszym handlu, nie znalazłem u niego żadnego obiecującego odzewu. Przekonawszy się, że nie mam nic na sprzedaż, niczego nie chcę kupić, ów lichy kramarz nie okazał żadnego zainteresowania dla mych aluzyjnie podpowiadanych konceptów. Szybko wiec dałem sobie z nim spokój i odczekawszy, aż Surdyn skończy medyczne oględziny swej klientki, wyszedłem razem z nim, srodze zawiedziony ta nieudaną dla mnie wizytą.

– Chyba się na nim zawiodłeś? – zauważył mój krewniak. – Cóż, tu ludzie, zwłaszcza tacy, raczej nie miewają wielkich fantazji – rzekł, gdyśmy się rozstawali. – Siedzą u Greków w kieszeni, a własnych pomysłów nie mają.

– Trudno. Ale i tak ci dziękuję – mimo rozczarowania, czułem dlań wdzięczność za poświęcony mi czas.

Po kolejnym dniu, spędzonym na włóczeniu się po nieciekawym Ktezyfonie, zdecydowałem, że wyjeżdżamy stąd jak najszybciej się da. Jedyne, co zyskałem – oczywiście, oprócz niezwykłości poznania rodziny – to nieco wiedzy dla Korbulona o tutejszych umocnieniach wojskowych, które sobie dość dokładnie obejrzałem. Z jego punktu widzenia najważniejsze było chyba to, że miasta nie da się zdobywać od strony rzeki, bo jest burzliwa, w zakolach zdradliwa dla dużych łodzi. Agis zaś zauważył, ze niełatwo podejść tu dużą armią, bo Partowie obwarowali miasto wielką ilością mądrze porozstawianych strażnic. Ponieważ strategia wojenna to nie moja rzecz, więc, odnotowawszy w pamięci, co warte było odnotowania, na dobre zaniechałem tematu.

Postanowiwszy o wyjeździe, nie zwlekałem już z ostatnimi przygotowaniami, szczególnie w uzupełnianiu ekwipunku i sprawdzenia stanu naszych zwierząt. Gdy wszystko było gotowe, zostały mi pożegnania rodzinne. Rankiem, w przededniu opuszczenia partyjskiej stolicy, wybrałem się rankiem do Aleny, by oznajmić jej, ze ruszam dalej, do Rzymu. Skryła swój żal za okazaną po kobiecemu troskliwością o drobiazgi, i żartobliwością w krótkiej już rozmowie o niezwykłym zrządzeniu losu, jaki dał nam możność poznania się w tak niezwykłych okolicznościach. Dopiero na sam koniec nieco się rozkleiła.

-. Polubiłam, cię. Dziękuje bogom, że dożyłam tej chwili. Pamiętaj, pilnuj nie interesów, ale samego siebie. Wiesz, o czym myślę. Szkoda, że więcej się nie zobaczymy

W tej sytuacji trudno było zaprzeczać, a jeszcze gorzej szukać taniego pocieszenia. Nie za bardzo wiedziałem, co powiedzieć, ale ta mądra i dobra kobieta zrozumiała stan mego ducha, więc tylko objęła mnie, wkładając w ten serdeczny gest więcej znaczenia, niż można by wyrazić słowami. Odprowadziła do drzwi, uśmiechnęła się, i nie patrząc, jak odchodzę, wróciła do swej izby. Czułem się nieswojo, jakby rozdarty, gdyż, zostawiając za sobą przeszłość Tycjanów, zabierałem ciepłe wspomnienia dzisiejszego, jakże już odmienionego Festusa.  I jedno, i drugie, każde z osobna, było niepowtarzalnym doznaniem, a obydwa łączyły się w ważne dla mnie doświadczenie, warte więcej, niż niejedna przygoda z odbytej dotąd podróży. Znów powróciła echem uwaga starego Marosa o tym, by pilnie baczyć nie tyle na sam cel wędrówki, ile na to, co się w niej wydarza, i kogo się w niej spotyka.

U Linei tez nie zabawiłem długo, gdyż była zajęta krzątaniną wokół domu i wnuków, które akurat zostawiła jej pod opieką córka. Pożegnanie nie miało w sobie tego posmaku ostateczności co u Aleny, gdyż obydwoje nie wykluczaliśmy przecież, ze jeszcze kiedyś się spotkamy. Wszak, co wątpliwe, nie jest niemożliwe, więc żegnaliśmy się ze szczerą na to nadzieją, wylewnie, wręcz wesoło. Życzyłem pomyślności całej jej gromadce, domowi, nadto sukcesów Surdynowi w jego pracy. Uściskała mnie, ucałowała, poklepała po ramieniu, rzuciła kilka dobrotliwych rad – i ze śmiechem wystawiła za drzwi.  Było w tym tyle naturalnej zwyczajności, że zdało mi się, iż rozstajemy się na krótko, ot na kilka dni, a gdy wrócę, posadzi mnie przy stole, każąc sobie opowiadać kolejne nowiny z wielkiego świata.

Nazajutrz, skoro świat, zebraliśmy się z Agisem sprawnie i szybko, po czym, wypoczęci i chętni do dalszej drogi, skierowali przez most na Tygerze, ku Seleucji, by stamtąd, wzdłuż Eufratu , ruszyć przez Partię do Syrii.

44. Los mi sprzyja

Teraz powrotna droga miała w sobie coś ze ścigania się z czasem. Od granic Syrii dzielił nas – licząc skromnie – miesiąc jazdy, oczywiście, jeśli obejdzie się bez większych niespodzianek. Potem drugie tyle, może trochę więcej, ku morzu, już przez ziemie pod rzymską władzą. Zapał do poznawania nowych miejsc, jaki gnał mnie dotąd przez krainy wschodu, teraz przygasał, ustępując coraz silniejszej chęci jak najszybszego zakończenia tej wielkiej wyprawy. Nie było już celu, jakiego bym szukał, dopełniłem powinności, zarówno rodzinnych, jak i wobec cesarza, wreszcie nie tylko odnalazłem ślady po Maesie, lecz i nasze partyjskie korzenie. Zawiązałem wiele obiecujących znajomości miedzy kupcami, wszelako zostałem także po trosze wplątany w politykę, co, prawdę mówiąc, choć ekscytujące, to jednak niezbyt mi się podobało. Zdążyłem bowiem się przekonać, że mnie ona nie pociąga, a to z braku ambicji do zmieniania świata i ochoty do czepiania się wirującego koła historii, które i tak kręci się po swojemu, wedle nieznanych nam praw własnego ruchu.

Coraz częściej rozmyślałem, co mnie czeka po powrocie do Rzymu. Z obowiązku przedstawię Tyberiuszowi zarówno perskie nadzieje jak i partyjskie intrygi, tak, jak je zrozumiałem, ale bez własnego wymądrzania się na ich temat. Dodam do tego wiedzę o Hanach, bo tej nikt u nas nie zna, ale to jedynie jako ciekawostkę, bez wielkiego raczej znaczenia – przynajmniej na dziś. O tym zaś, co dotyczy spraw kupieckich, zwłaszcza w Hyrkanii, Sogdzie i Baktrii, dowie się tylko ojciec i brat. Niech sami decydują, co z tego, i jak, może okazać się przydatne dla interesów naszego domu. Ciekawe, co wymyślą w sprawie rzekomego potomka Maesa? Zapewne każą Melosowi, by się przez kogoś ostrożnie rozeznał, czy ma to jaką przyszłość.

Co więc cesarskie, oddam cesarzowi, a co rodzinne – rodzinie. Lecz zostanie jeszcze to, co moje własne. Uczeń Strabona winien jest wszak zdać sprawę i z tego, co poznał w świecie dotąd nieznanego, niepewnego, co ma – lub mieć może – inny sens, niż tylko korzyści, liczone w złocie, czy polityce i podbojach. Oddam się więc dokładnemu spisywaniu tego, com widział w dalekich krajach, już tylko dla samej wiedzy i ku pożytkowi nauki. Zebrało się tego tyle, że będę miał zajęcie na wiele miesięcy, może nawet lat. Może wyjadę na czas jakiś do Aleksandrii, żeby tam przeszperać jeszcze jakie stare zapisy, zakopane w stertach zapomnianych zwojów. Tak czy owak, planowałem odsunąć się od spraw codziennych, by móc bez reszty poświęcić się zadaniu, dla mnie najważniejszemu w całej tej, rocznej już awanturze życiowej. A co będzie potem? Może znów puszczę się w jakąś nową przygodę? Fantazja podsuwała rozmaite pomysły, lecz czy można aż tak daleko patrzeć w przyszłość, nie wiedząc, czym skończy się najbliższy dzień i miesiąc?

Pierwsze, co nas teraz czekało, to wydostanie się ze zbiegu dwóch tutejszych wielkich rzek i wyjście na drogi, wiodące na zachód, a potem na północ doliną Eufratu. Po dłuższym zastanowieniu dałem sobie spokój z zatrzymywaniem się w samej Seleucji i ominąłem ją  dużym łukiem, bez wjeżdżania do miasta. Od nastania Partów, straciła na znaczeniu, a dawna wielkość niedalekiego Babilonu była już tylko wspomnieniem. Ludzie rozproszyli się, pozakładali mniejsze miasteczka, wszystko jakby się rozdrobniło, rozmyło, utraciło znaczenie i impet. Bogactwo z ziemi i handlu zagarniali nowi panowie, wespół z Grekami, którzy zachowali silną tu pozycję, mimo iż utracili wiele praw.

Podobnie i Żydzi, dotąd wielce znaczący, musieli spuścić z tonu, zadowalając się resztkami dawnych wpływów. Przenieśli się gromadnie do jednego z pobliskich miasteczek i trwali w przyczajeniu, by, przy pierwszej nadarzającej się okazji, odzyskać je i w dwójnasób wynagrodzić sobie ponoszone teraz straty. Trzeba przyznać, że wymyślili to bardzo dobrze, bo wokół sporego dopływu Eufratu, zwanego Benditem, przekopano znakomite kanały wodne, zapewniające urodzajność ziemi, a więc i obfitość darów natury. Chytrość polegała też na tym, że dzięki owym zaletom miejsce to było znakomitym postojem dla wędrownych kupców, z których, oczywiście, zdzierano niebagatelne opłaty miejskie. W moim odczuciu miasteczko to czekała znakomita przyszłość.

Po latach wojen i zamętów wszystko się tu przemieszało, lecz dostatek nie zmalał, gdyż kanałów dla upraw i hodowli było mnóstwo, a dzięki niezłym drogom towary szły wzdłuż Eufratu swobodnie i w dużych ilościach. Schodzą się tu szlaki z wszystkich stron świata, wiodąc do Syrii i Aleksandrii, a stamtąd już do Grecji i Rzymu. Oprócz tego, co przybywa z daleka, handluje się wszystkim, co rodzi ziemia. Budują tu też doskonałe łodzie, zwłaszcza w mieście Is, gdzie kopie się specjalne mazidło do ich uzdatniania i uszczelniania. Fetor z tego jest w okolicy wielki, ale zysk również, więc okoliczna ludność ma się całkiem dobrze i wcale z tego powodu nie narzeka.

Osady, miasta i miasteczka ciągnęły się jedne z drugimi, a granice między nimi dawały się poznać jedynie po odmienności plemion je zamieszkujących. Jechaliśmy spokojnie, bez przygód, raz tylko przyszło mi posłużyć się pierścieniem Tamisa, dla wywinięcia się z małej opresji w pewnej miejskiej gospodzie, w której stanęliśmy na noc.

Z jakiegoś błahego powodu doszło tam do strasznej bójki miedzy miejscowymi. Było zamieszanie, dwa trupy, przybyła straż, która po uspokojeniu walczących zaczęła uważnie przyglądać się obecnym przy tym widowisku. Byliśmy jedyni obcy, wiec chciano nas zabrać gdzieś na spytki, co nie wróżyło nic dobrego. Po wyjściu na zewnątrz odciągnąłem dowódcę na bok i bez zbytnich wstępów pokazałem mu tamisowy znak. Spojrzał spode łba, nic nie powiedział, potem skłonił się i puścił wolno, o nic już nie pytając. Widziałem, że robi to niechętnie, bo choć nic przeciw nam nie miał, zapewne liczył, ze z mocy swej tu władzy oskubie nas na jakieś pieniądze.

Niezwykłą osobliwością tamtejszych ludów jest oddawanie czci dziesiątkom bóstw, właściwie od wszystkiego – od każdego owocu, rośliny, zwierzęcia, nawet od gospodarskich sprzętów i garnków. Mimo tej obfitości sił wyższych ludzie się w nich nie gubią, wiedzą, co, kiedy i któremu złożyć w ofierze, choćby i najmniejszej. Wszelako nad wszystkimi wynoszą się bogowie tu odwieczni, przede wszystkim Marduk, Isztar, zwana tez Inaną, i Aszszur. Marduk to jakby nasz Jowisz, Aszszur to perski Mazda, a Isztar – Wenus. Ich świątynie i ołtarze, budowane od wieków, nowi zdobywcy i panowie oszczędzają, bo sami nie mają zbyt wiele w zamian do zaoferowania.

Nie wróży to im dobrej przyszłości, gdyż sama siła, by trwać, musi nieść ze sobą własny zamysł, większy, niż samo tylko branie łupów i ściąganie podatków. Ku mu memu zdumieniu, złapałem się na tym, że w tym osądzie powtarzam opinię Marosa z Cypru o Rzymie. Jako Grek, ma nas za odmianę barbarzyńców, co w rozmowie z nim wzbudziło mój gwałtowny sprzeciw. Lecz w drodze, w Syrii i Medii, przekonałem się, że tam, gdzie zdobywamy nowe ziemie, niewiele różnimy się od Partów w Persji i innych podbitych przez nich krainach. Kto poprzestaje tylko na rozboju, niczego trwałego nie stworzy.

Czymże jest więc barbarzyństwo? Czy tylko niszczeniem, dzikością życia i obyczaju, zwykłym używaniem tego, co się ma, lub zdobywa dla siebie za wszelką cenę? Czy może brakiem jakiegoś szczególnego tworzywa dla własnego świata, łączącego ludzi we wspólnoty? Łodzie z Is dlatego są tak dobre, że nasyca się je owym naturalnym spoiwem, dzięki któremu łatwo się nie rozpadają, ani nie nabierają wody Nie sztuka złożyć drzewo w jeden statek, rzecz w tym, by nie tonął sam z siebie.

Wielość bogów nikomu tu nie przeszkadza. Oczywiście, kapłanów, czyli – jak ich tu zwą – eribów, nie brakuje, bo tam, gdzie bogato, tam zawsze ich pełno. Jednakże ludzie układają się zgodnie, każdy ma to, co jego z urodzenia i zwyczaju, także to, co sam zechce sobie wybrać do ochrony i protekcji w każdej sprawie. Partowie korzystają z wszystkiego po trochu, ale głównie zdają się na bogów perskich, bliższym zarówno im, jak Medom, których tu jest wiele odmian. Tylko w dużych miastach poddali się żywiołom greckim, ale prosty lud jest Grekom niechętny, rad z tego, ze ukrócono ich rozpanoszenie się w obrocie towarami i złotem. Prawda, że zdany jest na nich w naukach, budowaniu i sztuce medycznej, lecz tylko miedzy możnymi. Grecy przejęli umiejętności po Babilonii, lecz nie ze wszystkim, gdyż wiele z dawnej wiedzy nadal zazdrośnie przechowywane jest w niedostępnych im świątyniach.

Przyglądałem się również rozmaitym miejscom, ważnym z powodów wojskowych, a to przez wzgląd na obietnicę, jaką dałem Korbulonowi. Drogi mają o wiele gorsze od naszych, ale mosty nie najgorsze i dobrze bronione. W miastach są mocne mury, trafiają się fortece, nieduże, ale zmyślnie położone. Mimo wszystko, zdobyć je można łatwo, byle tylko nie zrazić ku sobie mieszkańców, bo ci po większej części Partów nie lubią i łatwo dadzą się przeciw nim przekupić. Agis twierdził, że mądry wódz miałby tu szanse na łatwe zwycięstwa, byle umiał się z nimi dogadywać. Nie znam się na taktyce wojennej, wiec wierzyłem mu na słowo, tym bardziej, że – jak dla mnie – mówił zbornie i sensownie.

Trzymaliśmy się partyjskiej strony Eufratu, gdyż po drugiej stronie rozciągały się ziemie najrozmaitszych plemion pustynnych, wojowniczych i wszystkim niechętnych. Tworzyły jakby osobne, małe księstwa, skłócone ze sobą, lecz dla jakich racji – tego nie sposób było dokładnie się wywiedzieć. Zapewne szło o to samo co zawsze, i wszędzie – o zyski i łupy z rozbojów, także o te kawałki ziem, na których cokolwiek rosło i dawało się hodować. Wyrozumiałem sobie, że, tam górą są chyba ci, którzy mają własny i swobodny dostęp do wody. Ale były to tylko moje wyobrażenia, bo wiedzę o nich miałem więcej niż skąpą, nie mówiąc już o znajomości ich mowy.

Choć chciałem trzymać się ułożonego wcześniej planu powrotu, to jednak bogowie znów niespodziewanie wtrącili się w nie i wszystko mi odmienili, a to za sprawą pewnego człowieka, którego spotkałem w wielkim i słynnym mieście Dura, z grecka nazwanym Europos. Pobudowane na dużym wzniesieniu, również bez ładu i składu, mimo partyjskiej władzy wydawało się jednym wielkim pomieszaniem tego, co greckie, perskie i żydowskie, nawet syryjskie. Tu czuło się wielkie bogactwo, panował ogromny ruch, ale drapieżny, rozbójniczy, bez owego spokoju, jaki daje dostatek, niezagrożony otwartym łupiestwem. Miałem nieodparte wrażenie, że nad całą okolicą unosiły się demony chciwości, zawiści, podejrzliwości i podstępności. Było kolorowo, lecz nazbyt dla mnie wyzywająco, krzykliwie na pokaz, jakoś oszukańczo. Coś odpychało od tego miasta, nakazywało też ostrożność w poruszaniu się po nim. Zwykle lubiłem szukać znajomości w nowych miejscach, wdawać w rozmowy, tu natomiast wolałem tylko przyglądać się i nie odpowiadać na przypadkowe zaczepki.

Zdarzyło się jednak, że w dwa dni po przybyciu, odpoczywałem po południu przed gospodą, w jakiej stanęliśmy, zadowolony z łaźni, z jakiej właśnie wróciłem. Spostrzegłem obok mnie mężczyznę, skromnie odzianego, który zdawał się całkowicie nie przejmować tym, co dzieje się dokoła. Ponieważ zaciekawił mnie nieruchomym spokojem, oszczędnością ruchów, obojętnością w patrzeniu na otoczenie, wiec zacząłem w duchu zgadywać, kim też mógłby być. Widocznie wyczuł, że mu się przyglądam, bo spojrzał w moją stronę, odruchowo, zrazu bez większego zainteresowania. Tak już jednak bywa miedzy ludźmi, że pewne rzeczy dzieją jakby same z siebie. Drobne, mimowolne gesty, wyraz twarzy, skupienie wzroku i wiele innych jeszcze, podobnych drobiazgów powoduje, że w takich sytuacjach wyczuwamy albo odpychającą obcość, albo szczególne podobieństwo myśli i natury z nieznajomym, skłaniające do zastanowienia, czy aby nie warto wymienić z nim kilka słów. Tak też stało się i tym razem – to drugie przeważyło.

Jak skała z Magnesji, która podobno ma duszę i przyciąga pewne metale, a innych nie, tak samo przyciągają się pewne charaktery, choć właściwie nie wiadomo, na czym to polega. Od rzucanych, zdawkowych półsłówek do słów, od słów do krótkich zdań, potem do  żartobliwych uwag o tym, co akurat widać na ulicy – i rozpoczęła się rozmowa. Niezobowiązująca – ale wciągająca, powolna – ale nie leniwa, ostrożna – lecz bez podejrzliwej czujności. O nic się nie wypytywaliśmy, lecz i nie stroniliśmy od dzielenia się rozmaitymi, acz zdawkowymi porównaniami do własnych doświadczeń. Szybko wiec wydało się, że obaj dużo wędrujemy i że wiele widzieliśmy. Bez chwalenia się, oszczędnie wtrącaliśmy krótkie wspominki ze swych co mniej znaczących przygód, raczej wesołych, niż poważnych. Jednym słowem, ani się spostrzegliśmy, jak gawędziliśmy swobodnie, ot, dla zabicia czasu i zwykłego odpoczynku.

Ze strzępów tego, co mówił o swym podróżowaniu domyśliłem się, że wiele chodzi po okolicznych szlakach, głównie po drugiej stronie Eufratu.  Zatem, albo to handlarz, albo przewodnik, bo na zbrojnego nie wyglądał. Lecz czy handlarz siedziałby tak bezczynnie i jeszcze zabawiał się rozmową z nieznajomym, z którym nie ma żadnych spraw? Odrzuciłem też myśl, że mógłby być człowiekiem jakiej świątyni, wędrownym kapłanem, niskim urzędnikiem. Pozostawał jeszcze uczony, artysta, lub budowniczy, lecz sposób wysławiania się nie wskazywał na kogoś szczególnie wyedukowanego. Postanowiłem zaryzykować.

– Duża jest twoja znajomość świata i ludzi – rzuciłem ostrożnie, lecz bez pochlebstwa w głosie. – Lubisz wędrować.

– Robię, co umiem, I co daje zarobek.

– Jesteś przewodnikiem?

– Zgadłeś.

– Stąd?

– Z Tadmur.

– Czyje to miasto? – oszukałem w pytaniu, bo przecież widziałem, że swego czasu Germanik zajął je dla Rzymu. Dzisiaj nazywamy je Palmyrą.

– Swoje. Było, i jest swoje – rzucił wyzywająco.

Nie przeczyłem, by nie zadrażniać dumy, jaką okazał. Zastanowiło mnie, co tu robił? Skoro przyjechał, to zapewne będzie wracał. Może wtedy zabrałbym się z nim? Do Antiochii jest jeszcze dobre dwa miesiące podróży, potem podróż morzem do Aleksandrii, a stamtąd do Rzymu. Dużo tego.

– Daleko stąd?

– Kilka dni. Sześć, siedem, nie więcej.

– A stamtąd do Tyru? Albo do Judei, do Cezarei? – przypominałem sobie zapisy Strabona.

– Do Damaszku drugie tyle, a do Judei już mniej.

Gdybym wybrał taką drogę, to, licząc wszystko razem, skróciłbym podróż prawie o połowę. Nadto w Damaszku, wedle ugody z Rzymem przeciwko Partom, stoją rzymscy legioniści, więc mógłbym szukać u nich wsparcia. Wszak wciąż miałem list Tyberiusza. Dzięki temu mniej by mnie ta droga kosztowała. Samemu iść na pustynię niepodobna – ale gdyby zabrać się z tym tu człowiekiem, przynajmniej do Palmyry? Może czeka na jakich chętnych?

– A czemu pytasz? – jakby czytał w moich myślach.

– Zastanawiam się, jak najszybciej dostać się do Grecji, albo Rzymu.

– Daleko.

– Drogo?

– Nie mało.

– Co byś radził?

– Strasznie kręcisz – zaśmiał się. – Powiedz od razu, że chciałbyś kogo nająć.

– Nie mam za dużo pieniędzy.

– Ale jakieś masz?

– Nie wiem, czy starczy? Przecież potem też trzeba żyć. A jest nas dwóch – wskazałem na Agisa, który w międzyczasie dosiadł się do nas, i popijał coś, przysłuchując się w milczeniu rozmowie.

– A ile możesz dać?

Wymieniłem skromną sumę, co go wyraźnie rozbawiło. Przyjrzał mi się, podrapał w głowę, jakby coś przemyśliwał.

– Bogaty nie jesteś. Ale może znajdzie się sposób.

– Jaki?

Krótko wyjaśnił, w czym rzecz. Otóż przysłał go bardzo bogaty kupiec z Palmyry, by w przydanej eskorcie dowiózł stąd młodą dziewczynę, umówioną mu za żonę. Rodzina wyszykowała narzeczoną, i za dwa-trzy dni dziewczę wyrusza do przyszłego męża, w towarzystwie brata i kilku własnych zbrojnych,. Wszystko jest już domówione, zapłacone, przygotowane.

– Jeśli się zgodzą, mógłbyś się z nami zabrać. A my dogadamy się miedzy sobą. Co zapłacisz, to mój dodatkowy zysk.

– Co to za ludzie?

– Bogacze. I jedni, i drudzy. Teraz przez małżeństwo łączą interesy.

– Tak się często robi.

– Nie moja sprawa. Najęli mnie, bo jestem najlepszy.

Pomysł wydał mi się obiecujący, lecz czy się uda?? Kto zechce zabierać ze sobą obcego w tak szczególna podróż? Ale czemu by nie spróbować? Najwyżej mi odmówią.

Stanęło na tym, że zgodził się zaprowadzić mnie pod dom owych ludzi, a tam już miałem radzić sobie sam.

– Może ci się uda – rzekł, gdy następnego dnia, około południa, doszliśmy przed okazałą rezydencję w samym środku miasta. – Znajdź sobie jakiś dobry powód dla swej prośby.

– Co by się nadało?

– Nie wiem. Ale to ludzie próżni, lubią, jak im nadskakiwać.

Długo trwało zanim przebiłem się przez służbę, ale w końcu stanąłem przed miejscową znakomitością, kupcem – oczywiście, greckiego pochodzenia – który łaskawie zechciał mnie wysłuchać. Przedstawiłem się jako marnotrawny syn rzymskiego handlarza, powracający z dalekiej drogi, od Syrii po Partię. Wyjaśniłem, ze szukałem tam okazji, by wybić się w rodzinie na samodzielność, tyle że niezbyt mi się to powiodło. Starałem się jak najmniej kłamać, raczej zatajałem prawdę, mówiąc o sobie tylko tyle, ile wystarczyło, bym wyglądał wiarygodnie

Schlebiałem mu, acz bez uniżoności, wtrącając niekiedy uwagi o jego wielkim rozumie, planującym tak znakomity pomysł łączenia sił w interesach. Sprawa była tu powszechnie znana, więc moje słowa nie wzbudziły w nim żadnego podejrzenia. Udało mi się wywrzeć wrażenie, iż mam jakie takie rozeznanie w tych sprawach i podziwiam rozmach podjętego przezeń zamysłu. Cóż, gdy należycie schlebiać głupcom i pyszałkom, kupią najlichszy nawet towar, byle go odpowiednio wystroić i przyozdobić. Jednym słowem, obłaskawiłem go na tyle, że spoglądał już na mnie dość przychylnym okiem, choć wciąż nie bez pewnej nieufności. By nie wyjść na pochopnego w decyzji, marudził, podpytywał, okazywał różne wątpliwości. Ustąpił wreszcie, gdy oznajmiłem, że mam nieco pieniędzy, by zapłacić za siebie i swego sługę.

– To jest was dwóch? –zaniepokoił się.

– Mój towarzysz to bardziej przyjaciel, który mnie chroni, bo to dawny żołnierz. Służył w legiach, ale to Grek – dodałem, wiedząc, że ten argument, choć głupi, może mieć swoją wagę. Nie myliłem się.

– Grecki żołnierz! Dobrze wyćwiczony w Rzymie!. Przyda się jeszcze jeden, jakby co – wyraźnie mu się to spodobało, nadto od razu dostrzegł w tym dla siebie korzyść, i to darmową.

Ostrożnie, by nie go spłoszyć, zapewniłem o wielkiej wdzięczności, jeśli da zgodę na moją prośbę. Nie targowaliśmy się o pieniądze, więc nie było powodu do sporów.

– No, dobrze – rzekł na koniec, patrząc, czy należycie doceniam jego wspaniałomyślność. – A wiesz, może nawet mi się kiedyś nadasz – dodał wyniośle.

– Chętnie odwdzięczę się, stosownie do twej wielkiej, zaiste, przychylności. Na czym miałoby to polegać? – spytałem, nie dając poznać po sobie zdziwienia.

– Mam pewne plany. Daleko sięgają, nawet wprost do rzymskich faktorii w Egipcie i Syrii. Skoro twoja rodzina zajmuje się handlem, to niewykluczone, że kiedyś mi się do tego przyda. Dam wam szansę i wyjdzie na to, że twa wyprawa okaże się nie tak całkiem nieudana? – zarechotał z lekceważącą wyższością w głosie.

Czyż to nie fantastyczny wręcz zbieg okoliczności, że oto ja, Tycjan, stoję niczym marny klient, przed kupcem z dalekiej prowincji, który, być może, za jakiś czas, będzie szukał naszej protekcji i sam kłaniał się przed nami, prosząc o wsparcie? Czy to rzeczywiście tylko przypadek?  Wczorajsze spotkanie przewodnika z Palmyry, w tamtej chwil, w moim pojęciu, przypadkowe, przyniosło niespodziewany skutek, jakim będzie skrócenie podróży i przejazd przez tajemniczą i groźną pustynię. Czy z tego wynika, że bogowie postanowili skierować me kroki właśnie tam? Jeśli tak, do w jakim celu?

– Będzie to dla nas zaszczyt, panie – nie wychodziłem z roli skromnego petenta. Wyobraziwszy sobie jednak, że kiedyś przyjdzie mu stanąć naprzeciw tycjanowskiej potęgi – i jak wtedy zdziwi się, gdy usłyszy, z kim miał kiedyś do czynienia – omal nie wybuchnąłem śmiechem.

Wezwał syna, który miał wieść siostrę do Palmyry, i wydał stosowne polecenia. Ostrzegł mnie przy tym, bym nie ważył się zbliżać do jego córki, bo zostanę natychmiast skrócony o głowę. Mam mieć własne zapasy, zwłaszcza sól, bo potrzebna jest, by przetrwać gorąco podczas jazdy. Wszystkie ich pouczenia przyjmowałem z należycie okazywaną powagą, choć nie wiem, kto tu kogo miałby uczyć praktyki wędrowania. Kto doświadczył jazdy przez perskie stepy i pustynie, niczego nowego już dowiedzieć się nie może. Na koniec powiedziano mi gdzie i kiedy mam się stawić, by dołączyć do wyjazdowej grupy. Po licznych ukłonach i wyrazach wdzięczności, wyszedłem z lekkim sercem, i głową, pełną wesołych myśli.

Gdym oznajmi nowinę czekającemu nieopodal przewodnikowi, tylko się roześmiał. –  Musisz być niezły, skoro przekonałeś tego pyszałka – spojrzał na mnie z uznaniem, ale i sympatią. – Ale i tak mi zapłacisz, Choćby za pomysł.

Tak to już jest, że nic nie ma za darmo na tym świecie. Prawdę mówiąc, pieniądze nie były aż takim problemem, jak to przedstawiałem. Wszak mieliśmy luzaka, którego mogłem w każdej chwili sprzedać. Trzymałem go na czarną godzinę, więc gdyby przyszło co do czego, nie byłoby zbyt wielkiego kłopotu, choć wyzbywanie się resztek dobytku rozsądnym nie jest. Byle do Damaszku – a tam już jest nadzieja na rzymskie wojsko, więc i nasze bezpieczeństwo.

45. Na skróty

Dopuszczenie mnie do owej szczególnej karawany, z jednym tylko towarem na grzbiecie specjalnie przysposobionego kamelosa, było korzystne, aczkolwiek bardzo dla mnie niemiłe w stosunkach podróżnych. Traktowano nas podle, a synalek bogacza, przy byle okazji okazywał swą wyższość i nie pozwalał zapomnieć o łasce, jaką nam wyrządził jego ojciec. Pocieszałem się, że to tylko kilka dni, lecz złość we mnie narastała, i gdyby nie Agis, pewnie dałbym jej upust, nie bacząc na konsekwencje. Podobnie przewodnik, choć do niczego się nie wtrącał, gdy tylko mógł dawał po cichu znaki, bym zachował cierpliwość. Pokora wobec losu, niekiedy bolesna, to jedna rzecz, ale znoszenie bezczelności takiego chłystka, nawet jeśli z konieczności i wyrachowania, to wielka sztuka życia. Co innego ostateczność, na którą nie ma się wpływu, a co innego poddawanie się okolicznościom, które samemu się wybrało.- choćby i nieświadomym ich okropności.

Osobliwie więc, niejako nawet wbrew sobie, cieszyły mnie trudy podróży, gdyż zmęczenie zniechęcało do rozmów, nakazywało oszczędnie szafować siłami, a gdy już dochodziło do wymiany zdań, bywały one krótkie i zdawkowe. Trzymaliśmy się z boku, ostentacyjnie unikając zbliżania do kamelosa, wiozącego dziewczynę, a i do samego jej braciszka. Dwa razy nocowaliśmy w szczerym polu, trzy razy – w małych oazach. Tam też pokazywano nam, gdzie nasze miejsce, do wody dopuszczano na samym końcu, nawet po zwierzętach. Jedyną osobą, z którą się zbliżyłem, był przewodnik, chętnie słuchający opowieści o dalekich szlakach i dopytujący o rozmaite, a interesujące go szczegóły tamtych dróg. Prędzej już Agis znajdował zrozumienie u strażników, którzy uznali w nim doświadczonego żołnierza, mnie natomiast uważali wszyscy za marnego kupczyka, któremu z pańskiej łaski trafiła się okazja do taniego przejazdu przez pustynię.

Kobieta była nieznośna, bo co i rusz znajdowała pretekst do odpoczynku, kaprysiła i kazała się obsługiwać, niczym księżniczka w pałacu. Krzywiła się na każdą niedogodność, piszczała na widok pustynnego robactwa, omdlewała przy byle powiewie piaskowego wiatru. Jej przyszły mąż już na wyrost wart był współczucia – chyba że okaże stanowczość i twardą ręką poskromi tę próżną naturę. Mimo woli wspominałem Aszę, jej wytrzymałość, pomocność w podróży, nie mówiąc już o usposobieniu i naszych uczuciach. Choć od rozstania ze scytyjską wojowniczką minęło wiele czasu, wspomnienia wciąż powracały z dużą siłą. Dzika, barbarzyńska, lecz jakże była odmienna od tego rozpieszczonego dzieciaka w kobiecych szatkach.

Z wielką ulgą przyjąłem pierwsze oznaki zbliżania się do Palmyry, a gdyśmy już wjechali do miasta, pożegnałem się chłodno z pyszałkowatym młodzieńcem, wszelako, dla zachowaniu pozorów grzeczności życzyłem powodzenia siostrze, prosząc także o przekazanie wyrazów wdzięczności dla jego ojca. Odprawił mnie niczym udzielny książę, ja zaś dziękowałem bogom, że nareszcie skończyła się ta męka.

Inaczej miała się sprawa z naszym przewodnikiem. Polubiliśmy się, choć bez wylewności, jeszcze w drodze radził mi, gdzie się zatrzymać, na co uważać, co warte obejrzenia. Doskonale wyczuwał, że nie jestem tym, za kogo się podawałem, nawet trochę z tego kpił, gdyśmy byli sami na osobności.

– Chytry z ciebie człowiek. Zagadkowy. Skoro przejechałeś tak szmat drogi, zdrowo i w jednym kawałku, to dalej też nie zginiesz – powiedział któregoś dnia, słuchając mych wspominków z dalekich stron.

Przed dojazdem do miasta zaczęliśmy rozmowę o zapłacie. Nie targowaliśmy się zbytnio, ot, tak, dla zachowania zwyczaju. Przy okazji pochwaliłem jego pewność w prowadzeniu nas przez  kamienną i piaskową krainę, co przyjął jak rzecz mu należną, bez fałszywej skromności, ale i bez zarozumiałości.  Spytałem, czy ma syna, następcę.

– Czemu pytasz?

– Wszyscy przewodnicy, jakich gdziekolwiek spotkałem, szli z synami. Przyuczali ich. A ty jesteś sam.

– Mam. Też przyuczałem. Teraz dorósł.

– Chodzi już sam?

– Jeszcze nie. Ale zacznie.

Gdy rozstawaliśmy się, poprosiłem go o radę w sprawie sprzedaży konia. Pieniędzy zostało już mało, i kto wie, ile jeszcze przyjdzie zapłacić, i komu, za drogę do Damaszku. Sam przecież nie dałbym rady. No, i jeszcze trzeba było gdzieś się zatrzymać na najbliższe dwa-trzy dni. Powiedział, gdzie szukać gospody i handlarzy.

Powiesz, że cię przysyła Szapur, znają mnie – to dziwne, ale dopiero teraz poznałem jego imię. – Oszukają, ale nie tak, jak pierwszego lepszego obcego. A karczmarz lepiej cię obsłuży.

– Gdzie znaleźć kogo taniego, kto nas przeprowadzi dalej?

Spojrzał, zamyślił się, jakby coś kalkulował. Znał tu wszystkich, chyba zastanawiał się, kogo polecić.

– Za dwa dni czekaj na mnie w gospodzie, po południu. Coś wymyślę – tajemniczo się uśmiechnął

– Nie wiem, jak ci się wywdzięczę.

– Wiem, co robię.

Stało się tak, jak mówił. Zaraz po przyjeździe od razu poszedłem do łaźni, żeby zmyć brud i zmęczenie po pustynnej jeździe. Sprawiło mi to ogromna ulgę, ale rozleniwiło na tyle, że nigdzie już się po południu nie wybrałem. Wcześnie ległem spać, a wygodne łoże bardzo dobrze mi się nadało po wielu dniach mordęgi w siodle i znoszeniu humorów obrzydliwego rodzeństwa. Następnego dnia, z samego rana, poszliśmy na skraj miasta, gdzie w sąsiedztwie zwierzęcego targu odnalazłem polecanych handlarzy, i u jednego z nich, dzięki poleceniu Szapura, sprzedałem konia za całkiem znośną cenę. Nie było co wybrzydzać, bo zwierzę swoje przeszło i nie prezentowało się zbyt okazale. Agis trochę kręcił głową, mówiąc, że dałem je za pół darmo, lecz nie było dużego wyboru. Ważne, że mieliśmy teraz pieniędzy dość, by, wydając je oszczędnie, spokojnie myśleć o zakończeniu podróży aż w Cezarei.

Przez dwa kolejne dni włóczyłem się po Palmyrze, co raz popadając w duże zdziwienie. Była swego rodzaju wybrykiem natury, czymś na podobieństwo gigantycznej oazy w środku pustyni. Wody miała w bród z sąsiednich wzgórz i podziemnych studni, gorzej z jedzeniem, gdyż mało co rosło w pobliżu. Podobnie jak Dura, pobudowana była dziwacznie, bez prostej kolumnady, z ulicami, biegnącymi byle jak. Agora i forum nijak miały się do siebie, a domy, i te bogate, i te uboższe, postawiono gdzie popadło. Powiedziano mi, że zmienność i rozrzucenie zabudowy brały się z konieczności przystosowania życia do naporu pustyni, podobnie jak w miastach, które poznałem wcześniej na szlaku baktryjskim.

Obejrzałem sobie wielką świątynię Bela, starożytnego boga, ni to babilońskiego, ni to perskiego, pana ziemi i władcy demonów. Robiła wrażenie, lecz bardziej jako budowla, niż miejsce, chętnie nawiedzane dla składania ofiar. Miejscowi mało chyba przejmowali się swymi bóstwami, bardziej ze zwyczaju, niż z głębokiej do nich czci. Wszystkim rządził tu handel i pieniądz, złoto i towary płynęły zewsząd i odpływały w każdą stronę świata. Schodziły się tu drogi także i od morza południowego, a wiec i to, co zza niego przywożono. Od czasów odważnego żeglarza Hippalusa szły tędy rzadkie dobra od Indów, co dawało pośrednikom i kupcom ogromne zyski. Widziałem takie ilości korzeni, kamieni, balsamów, kadzideł i innych rzadkości, za jakie można by kupić pół Rzymu. Trafiał tu także i jedwab, który zaraz wykupywali Fenicjanie, by barwić go u siebie w Tyrze i Sydonie. Słowem, w tak małym mieście było tak wiele bogactwa, że trudno się dziwić, iż od dłuższego czasu biliśmy się z Partami o panowanie nad nim – zresztą, z całkiem niezłym, jak dotąd, skutkiem.

Trzeciego dnia, po południu, w towarzystwie Agisa czekałem na Szapura przy stole przed gospodą, tak jak się wcześniej umówiliśmy. Zobaczyłem jak nadchodził i od razu domyśliłem się, co mi szykuje. Szedł z nim bowiem młodzieniec, który ani chybu był jego synem, wyuczonym przez ojca do zawodu przewodnika. Podeszli, usiedli, po powitaniu podziękowałem za rady, jakich mi udzielił.

– To mój syn, Temar. Jeśli się zgodzisz na młodzika, to pójdzie z tobą do Damaszku – szybko przystąpił do rzeczy.

– Jeśli za niego ręczysz, to czemu nie?  – trochę mnie zaskoczył.

– Dorósł, to i pora, żeby zaczął chodzić sam. Droga łatwa, na początek w sam raz.

– Ile weźmie?

– Mniej niż ja bym wziął, ale nie za mało. Sprzedałeś konia, więc cię stać – dodał ze swoim kpiarskim tonem w głosie.

Cóż było robić? Chłopak dojrzał, a padło na mnie, żeby się wykazał. Odmówić nie mogłem, nie wypadało, choć nie ukrywałem niepewności.

– Mam nadzieję, że pójdzie dobrze – rzekłem ni to do ojca, ni do syna. – Kiedy ruszamy?

– Choćby i jutro – odparł ten drugi. – Ale lepiej sprawdzić, czy jest wszystko, co potrzeba.

– Domówicie się z mym towarzyszem, a potem zdecydujemy – spojrzałem na Agisa, który kiwnął potakująco głową.  Wiedziałem, że dogada się z chłopakiem, może nawet tak, jak niegdyś z Dolanem.

Na tym skończyliśmy rozmowę o tej jakże ważnej dla mnie sprawie. Agis z Temarem odeszli na bok i do koni, by omówić co trzeba, ja zaś wdałem się z  Szapurem w swobodną pogawędkę przy winie. Rozbawił mnie opowieścią o tym, jaki podniósł się rwetes, gdy rozkapryszona narzeczona, po dojechaniu na miejsce przeznaczenia, natychmiast zaczęła okazywać swe humory i żądania.

– Głupia kobieta, a jeszcze głupszy ten, kto ją sobie wziął – skwitował zakończenie tej historii.

– Czego się nie robi dla pieniędzy? – wtrąciłem sentencję znaną, ale zawsze aktualną.. – Ona wie, co jest warta przez swojego ojca, a on ma nadzieje na duże zyski.

– Z takim demonem w domu i zyski mu nie pomogą, bo wszystko z niego wyciągnie. Dobrze, jeśli ich nie przetraci..

– Podoba mi się twój syn – zmieniłem temat. – Jeśli będzie tak dobry jak ty, możesz być o niego spokojny.

– Jestem spokojny – rzekł z wyczuwalna ojcowską dumą.

I tak, przerzucając się różnymi jeszcze rozmówkami, w końcu rozstaliśmy się, życząc sobie tego, co dla każdego z nas najlepsze. Krótka ta znajomość sprawiła mi wiele zadowolenia, nie tylko z powodu szczęśliwego znalezienia przewodnika. Szapur był człowiekiem ciekawym, małomównym, ale z dużym rozsądkiem życiowym, w istocie z życzliwością, skrywaną pod maską ironicznej obojętności. Bez wątpienia, widział niejedno, mało co mogło go już zadziwić czy zaskoczyć, brał świat takim, jakim jest, bez specjalnego nad nim rozprawiania, utyskiwania na ludzi, czy użalania się nad własnym losem.  Miał w sobie coś z ludowego filozofa, nieuczonego, ale rozumnego, nie szukał zbyt wiele, ale wiele miał w sam w sobie.

Wrócił Agis, oznajmiając, że jest zadowolony, bo na jego ogląd chłopak zna się na rzeczy.

– Az rwie się do tej wyprawy, chce już wyjść spod ręki ojca. Będzie starał się pokazać, co jest wart.

– Oby z dobrym skutkiem.

Wyjechaliśmy w dwa dni później, o świcie. Na moje oko droga była łatwiejsza, niż poprzednia, miejscami na tyle wychodzona, że trudno byłoby zgubić kierunek. Młodzieniec, zrazu nieco speszony, dokładnie sprawdzał znaki, po jakich go rozpoznawał, i z każdą chwilą nabierał pewności siebie. Bardziej rozmowny, niż ojciec, wiedząc, że długo wędrowałem, sam zagadywał o dalekie kraje, także o osobliwości dalekich szlaków. Przy mnie powściągliwy i uważny w słowach, z Agisem rozmawiał swobodniej, czując w nim życzliwą mu duszę. Stary wojak, ojciec dobrze już wyrośniętych synów, obłaskawił go do siebie prostą, szczerą życzliwością, także objaśnianiem wielu praktycznych drobnostek z ekwipunkiem i jazdą, w czym miał przecież ogromne doświadczenie. Po prawdzie, mógłby się najmować jako dobry pedagog dla młodych chłopców z najlepszych nawet rodzin. Gdy mu to powiedziałem w żartach, roześmiał się zadowolony z pochwały, lecz zaraz pokręcił głową.

– Do tego trzeba nie tylko ojcowskiej ręki, ale i dobrej matki. Bez mojej kobiety sam bym sobie z moimi nie radził.

Ta odpowiedź skłoniła mnie do zastanowienia się nad zdrowym rozsądkiem zwykłych ludzi, nieraz skuteczniejszym, niż najmądrzejsze rady filozofów. Ci drudzy zwykli rozprawiać szumnie, gdy jednak przychodzi do radzenia sobie w codzienności, stają bezradni, gdyż, zanim rozważą swoje teorie i sylogizmy, sprawy szybko im uciekają, rozwiązując się same, zwykle wbrew temu, co głoszą, czy czego oczekują. Przypomniałem sobie Żydów w Tarsie przy studni i ich deliberowanie nad mądrymi regułami w sytuacji, w której wystarczyła tylko chwila zastanowienia i odrobina dobrej woli, by ją po ludzku rozwiązać. Tak to małe rzeczy, zestawiane ze sobą, pokazują ile daje się z nich wywieść dla ogólnej nauki o największych nawet życiowych problemach.

Bez nadmiernego pospiechu, ale i bez zwlekania, w kilka dni dojechaliśmy do Damaszku. Kilkakrotnie spotkaliśmy inne grupy podróżnych, idących w obydwie strony, zdarzyły się nawet krótkie z nimi rozmowy, bez wrogości, nawet podejrzliwości. Przekonałem się już dawno, że jest coś  takiego, jak wspólnota drogi, niepisany zwyczaj wzajemnego wspierania się, choćby i w drobnych gestach. Jeśli nie trafią się bandyci, pospolici rozbójnicy, wówczas zwyczaj nakazuje, by spokojnie zatrzymać się, wymienić kilka słów, rozpytać o okolicę, a gdy trzeba – w czymś wzajemnie pomóc, jeśli bez uszczerbku dla siebie.

Ludzie na szlakach rozpoznają, kto swój, a kto niepewny. To jakby osobne plemię szczególnych nomadów, ciągle w ruchu, do niego przypisanych z własnej woli, i – jak sadzę – z własnej, naturalnej potrzeby. Bez swego osobnego państwa, władzy i urzędów, za ojczyznę mają cały świat. Nieodparcie powracało we mnie pytanie, czy aby ja sam, choć rzymski obywatel, patrycjusz z wielkich Tycjanów, nie stałem się członkiem tej rozporoszonej społeczności, w niej znajdując większe upodobanie, niż w światku, z którego się wywodzę? Coraz bardziej czułem się do niej przynależny, swój wśród swoich. Tu byłem tylko Festusem, nieźle już sobie radzącym z trudami podróżowania, odnajdującym swe miejsce miedzy owymi osobliwymi wędrowcami z wyboru, nie konieczności.

Czy nie był taki Maes? Wszak zrezygnował z luksusów i pozycji dla tęsknoty za niezmierzoną przestrzenią, w której czuł się wolny, niepoddany rygorom światowej i towarzyskiej błazenady, gry o błyskotki. Zdobywał wielkie pieniądze, ale przecież na nich nie siedział. Były dla niego dodatkiem do życia, a nie życiem samym.

Jakże przenikliwie przejrzał mnie młody medyk i artysta w Antiochii, oddając w prostym szkicu to, co sam teraz dostrzegam w sobie, a co chyba upodabnia mnie do mego przodka. Może tak właśnie odzywa się – w dziwaczny, a i niepojęty sposób – krew partyjskich barbarzyńców i greckich zdobywców, biorąc górę nad rzymskim wychowaniem i ukształtowaniem charakteru? Czy skryta głęboko natura, przystrajana w rozmaite ozdobności, nie szuka dla siebie ujścia i w końcu je odnajduje, czyniąc z takich ludzi jak ja, swego rodzaju odmieńców we własnym świecie?

Z drugiej jednak strony nie wolno przecież lekceważyć dobrodziejstw, jakie daje wciąż doskonalący się umysł, zdolny poznawać i rozumieć zarówno siebie, jak i świat, w jakim żyjemy. To dzięki niemu oswajamy i jedno, i drugie, wyzbywając się zwierzęcej dzikości, nadto tworząc dzieła, poddające naszej woli drzemiące w naturze siły – na nasz pożytek, choć nieraz i zgubę. Łatwo mi deliberować nad wspaniałością wolnego wędrowca, gdy korzystam z pieniędzy rodzinnych, zdobywanych wszak przemyślnością bystrego rozumu i przy pomocy urządzeń, jakie dzięki niemu mamy. Jak więc Festus i Viatus maja się do Tycjana? Który mógłby bez którego – i bez czego – istnieć? I jak? W mych rozważaniach było sporo obłudy, lecz czułem, że jestem na dobrym tropie, by tę zagadkę rozwikłać. Tylko, czy jest ona w ogóle rozwiązywalna?

W Damaszku pożegnaliśmy się z Temarem, a ja, ze swej strony, dodałem w rozliczeniu jeszcze kilka srebrnych monet ponad to, na co się umówiliśmy, na dobry początek jego samodzielności. Z miejsca też zacząłem rozpytywać wokół, gdzie tu garnizon rzymskich żołnierzy. Ludzie patrzyli na mnie z niechęcią, unikali odpowiedzi, w końcu ktoś wskazał mi, gdzie ich szukać. Trochę trwało, nim odnalazłem wojsko, a tam zaraz kazałem prowadzić się do dowódcy. Przedstawiłem mu się prawdziwym imieniem, co nieco go zdziwiło, a już całkiem zgłupiał, gdym pokazał mu list z cesarską pieczęcią – prawda, że mocno już sfatygowany, lecz całkiem czytelny.

– W czym mogę ci pomóc, panie – nie zadawał zbędnych pytań, uznając słusznie, że i tak powiem mu tylko tyle, ile sam zechcę.

– Muszę jechać do Cezarei, do prefekta prowincji. Potrzebuje asysty, by dotrzeć tam jak najszybciej i najbezpieczniej – oznajmiłem tonem nieznoszącym sprzeciwu. Wysłannik cesarza powinien budzić szacunek, może żądać, z niczego nie musi się tłumaczyć – Jest ze mną jeszcze legionista z Syrii – dodałem, jakby Agis był czynnym żołnierzem, co było, oczywiście kłamstwem, ale przydawało mej tu obecności znaczenia jakby urzędowego, o sporym posmaku tajemniczości.

– To nie wiesz, panie, ze prefekta nie ma w Cezarei?  – spytał nieco nieufnie.

– Jadę z daleka, nie znam ostatnich nowin.

– Wyjechał do Jerozolimy na czas żydowskiego święta.

– Zatem i ja tam chcę jechać.

Trochę to gmatwało moje plany, ale niewiele, bo to przecież sąsiednie miasta, a dwa czy trzy dni zwłoki nie czyniło różnicy dla kogoś, kto przejechał pół świata. Zresztą, nie mogłem okazać wahania, bo miał wierzyć, że nie tyle Cezarea jest moim celem, lecz sam Piłat. Zagadkowy człowiek, z rekomendacją samego Tyberiusza, ze sprawą do władcy prowincji – dla wojskowego dowódcy to nakaz bezwarunkowego posłuszeństwa.

– Dobrze się składa, panie, by i my wysyłamy tam oddział zbrojnych – odparł służbiście. – Takie dostaliśmy rozkazy – dodał, tytułem wyjaśnienia.

– Skoro tak, to jadę z wami – oświadczyłem krótko i bezdyskusyjnie.

– Jak sobie życzysz, panie.

– Zajmijcie się naszymi końmi. Trzeba je obejrzeć, sprawdzić, wyszykować. I dajcie nam namiot na noc – choć nie nawykłem do rozkazywania, polecenia wydawać umiałem całkiem przekonywująco. Teraz byłem ważnym Tycjanem, i nikim innym.

Dowódca pokrótce wyjaśnił, w czym rzecz. Stoi tu centuria legionu italskiego z Judei, strzegąca rzymskiego porządku, zaprowadzonego jeszcze przez Pompejusza. Miejscowi Grecy i Syryjczycy są zadowoleni, bo ukróciło ono panoszenie się Żydów, wspieranych przez kapłanów z sąsiedniej Judei. Nasze wojska w tutejszych prowincjach tłumią żydowskie bunty, nieraz bardzo krwawo, niemniej niepokoje ciągle wybuchają od nowa, Właśnie przybył goniec z pisemnym rozkazem wysłania jednej turmy do Jerozolimy, dodając od siebie, że jest obawa religijnych tumultów, przez co Piłat ściąga dodatkowe siły dla wzmocnienia tamtejszego garnizonu. Mają się stawić jeszcze przed rozpoczęciem żydowskiego święta, które wypadało za cztery dni, więc nie było czasu na odpoczynek.

– Będziemy się spieszyć, panie, jazda będzie szybka – uprzedził dowódca.

– Nie martw się, damy radę.

– A konie?

– Wytrzymają. Muszą.

Rozbito dla nas mały namiot, nakarmiono, zwierzęta pod czujnym okiem Agisa poszły do czyszczenia i opieki. Uprzedziłem go, by mnie nie wydał z kłamstwem, jakie o nim powiedziałem, co go szalenie rozbawiło. Wszedł w swoją rolę tak, że nikt nie mógł mieć wątpliwości, ze ma przed sobą doświadczonego wojaka – zresztą, w tym akurat mój towarzysz nie musiał niczego udawać. Ja sam wstrzymałem się od dalszych rozmów, oprócz tego, co konieczne dla przygotowań na jutro. Ludzie wiedzieli co ich czeka, wszystko odbywało się na legionową modłę, karnie i sprawnie, bez zbędnego gadulstwa.

W tych okolicznościach musiałem zrezygnować z choćby pobieżnego obejrzenia miasta, ponoć jednego z najbardziej starożytnych w znanym świecie. Co dziwne, przyszło mi to całkiem łatwo. O Damaszku wiadomo dużo, więc niewiele nowego bym się dowiedział, a zobaczyć go może będzie jeszcze okazja, bo to przecież nie tak znów daleko, a – zważywszy nasze interesy w Tyrze – wybrać się tu da łatwo w każdej chwili.

Wyruszyliśmy wczesnym rankiem, od razu szybkim tempem. Nie zapomnę tej jazdy. W niczym nie przypominała przygody w Cylicji, gdzie siedziałem wygodnie na taborowym wozie, a piechota szła bez większego pośpiechu Tu jechaliśmy bez przerwy, między wzgórzami, tylko z krótkimi przerwani, by dać wytchnienie koniom. Na trzeci dzień bolały mnie kości, miałem zamęt w głowie, czekałem chwili, gdy ujrzymy mury miasta. Dowódca tak pokierował oddziałem, by ostatniego dnia tylko podjechać pod dalsze przedmieścia, a dojechać i wjechać nim za bramę wczesnym przedpołudniem..

– Musimy pokazać się wypoczęci, z całą siłą i impetem, żeby widzieli kto tu rządzi – oznajmił butnie. – Mają się nas bać. Tak tu mamy nakazane.

Po ostatniej nocy ruszyliśmy nie tak może prędko, ile już w szyku i z wielkim hałasem, roztrącając na drodze ludzi, których, w miarę, jak dojeżdżaliśmy do celu, pojawiało się coraz więcej. Zwróciłem uwagę, że jedni prowadzili do miasta małe jagnięta, inni znów, wracali stamtąd też z takimi zwierzątkami, tyle że już martwymi, niesionymi na plecach. Musiał to być chyba jakiś rytuał, zapewne ofiarny, związany ze zbliżającym się świętem. Dziwnie to wyglądało, zwłaszcza w tak dużej ilości – nigdy, i nigdzie przedtem czegoś choćby i podobnego nie widziałem.

Na koniec ujrzeliśmy samą Jerozolimę, z wielce okazałą wieżą świątynną i jej przyległościami, górującą nad miastem, niczym jaki fort. Idących przybywało, a wszyscy spoglądali na nas z nieskrywaną niechęcią, by nie rzec – nienawiścią.  Ustępowali z drogi, a choć tego nie widziałem, byłem pewny, że za naszymi plecami wygrażają nam pięściami. Żołnierze roztrącali ich, wręcz zadowoleni z takiego okazywania swej władzy. Strasznie zmęczony, nie miałem już ani siły, ani ochoty na myślenie o czymkolwiek innym, niż by czym prędzej podróż ta się skończyła. Z wielkim więc uczuciem ulgi dojrzałem bramę, ku której dowódca skierował nasz rozpędzony oddział. Lecz moje nadzieje na rychłe dotarcie do siedziby prefekta wystawione zostały na jeszcze jedną próbę. Przyszło mi bowiem poczekać na ich spełnienie, i to w nader niezwykłych okolicznościach.

46. Mroczne miasto

Wjechaliśmy najpierw przez mur zewnętrzny, a zaraz potem, ominąwszy wielkie, odkryte baseny, zatrzymaliśmy się na placu dla żołnierzy, przy tylnym wejściu do pretorium, obok murów świątynnych. Coś musiał się dziać, bo w oddali słychać było wrzawę, ruch panował duży, nie wiedziałem, jak się w tym odnaleźć. Nakazałem Agisowi, by zabrał konie, i czekał na mnie gdzieś około wartowni, gdzie go potem odszukam. Postanowiłem rozejrzeć się i sprawdzić, co jest przyczyną panującego zamieszania i hałasów. Odszukać w tych warunkach samego Piłata było nie sposób, uznałem więc, że mogę jeszcze trochę poczekać ze swoimi sprawami. Agis zaniepokoił się, że chcę sam gdzieś wchodzić miedzy ludzi, lecz uspokoiłem go, mówiąc, że nigdzie daleko się nie wybieram, a wojska tu tyle, że żadnego zagrożenia być nie może.

Stałem na koszarowym dziedzińcu, a przed sobą miałem coś jakby małą fortecę, z czterema wysokimi wieżami. Zapytany żołnierz rzucił w przelocie, że prefekt kończy sprawowanie sądu na prośbę kapłanów, i że jest tym chyba jakiś kłopot, bo każą im gotować się do pójścia na ulice, żeby pilnować porządku. Wskazał też, w którą stronę mam się kierować, by wyjść stąd na plac przed świątynią, i dalej, na miejskie uliczki. Wszędzie były schody, schodki, wąskie przejścia, trochę się w tym gubiłem, w końcu jednak wydostałem z tego zamętu – tylko po to, by zaraz wpaść w drugi.

Znalazłem się jakby za tłumem, głośno pokrzykującym, wyraźnie czymś podekscytowanym. Począłem go obchodzić od tyłu, lecz co raz wpadałem w jakieś przejścia miedzy domami, wciąż nie mogąc dostrzec, skąd ta wrzawa. Tak doszedłem do wysokiego muru, na którym stało wielu gapiów, gestykulujących, i pokazujących sobie coś palcami w dole. Udało i mnie się tam dostać, a idąc górą miedzy nimi, po kilku chwilach znalazłem miejsce, skąd wreszcie mogłem spojrzeć w dół, by sprawdzić, co też tam się takiego dzieje.

Uliczką, od świątynnego wzgórza, kilku żołnierzy prowadziło trzech młodych mężczyzn. Dwóch szło spętanych, trzeci, ku memu zdumieniu, niósł na ramionach ogromną, drewnianą belkę. Po obu stronach stłoczeni ludzie przyglądali się temu żałosnemu orszakowi, zostawiając w środku tylko tyle miejsca, by zmieścić się mogli owi nieszczęśnicy, popędzani batami strażników. Musieli to być skazańcy, na których wyroki wydał prefekt, wedle zwyczaju zatwierdzając to, co już wcześniej zdecydowali miejscowi. Nie było wątpliwości, jaka czeka ich śmierć za miejską bramą.

Dwaj skazańcy bez więzów niczym szczególnym się nie wyróżniali – ot, zwyczajni obszarpańcy, zapewne jacyś mordercy, albo pospolici rabusie, których wreszcie dosięgła sprawiedliwość. Jeśli nawet byli kiedyś butni i groźni, to teraz uszła z nich pewność siebie, spoglądali pod nogi, osłaniając się przed razami, jakich nie szczędziła im eskorta. Nie było w nich nic szczególnego, co zachęcałoby do przyglądania się im inaczej, jak tylko z obojętnym zrozumieniem dla słuszności wydanego wyroku. Inaczej jednak miała się sprawa z trzecim człowiekiem, z belką na ramionach.

Nigdy chyba jeszcze nie widziałem kogoś tak jak on skatowanego i umęczonego. Wiadomo, że złoczyńców poddaje się torturom, by zmusić ich do wyznania win, albo wydania wspólników. Niekiedy wymusza się trym sposobem fałszywe świadectwa, by mieć pretekst dla niszczenia tych, przeciwko którym są dawane. Lecz ofiary takich praktyk nie tak znów często wystawia się na widok publiczny. Owszem, jest zwyczaj – dla mnie wielce obrzydliwy – by obcinać głowy wrogom, pokonanym w walce i zawieszać je na drzewcach, dla wyniesienia zasług zwycięzców, ku przestrodze tych, którzy chcieliby kiedykolwiek podnosić rękę na siłę władców, lub państwa. Wszelako zawsze wtedy wiadomo, za co dokładnie spotkał ich zły los i co jest powodem aż takiego pohańbienia. A musi on być oczywisty, zwłaszcza dla pospólstwa, które lubi oglądać krwawe widowiska i cieszyć się upadkiem pokonanych.

Co uczynił ów nieszczęśnik, że tak go zmasakrowano? Kim był, że potraktowano z niebywałym okrucieństwem, nadto wywlekając w takim stanie przed gawiedź? Po co aż tak uniżano kogoś, kto i tak przecież za chwilę zawiśnie na drzewie? Może jest jakaś specjalna po temu przyczyna? A może to celowe ostrzeżenie? Lecz przed czym? Czy był niebezpiecznym buntownikiem, którego trzeba publicznie upodlić, by zastraszyć jego zwolenników lub przyszłych naśladowców? Czyniono by taką okropność z zimnej kalkulacji? A może tylko z prywatnej urazy, albo zemsty?  Ileż jednak wtedy zapiekłej nienawiści musiał czuć ten, kto rozkazał bicie niemal do umartwienia ciała?

Trudno szukać odpowiedzi na takie pytania, gdy nie ma się pojęcia ani o miejscowym prawie, ani zwyczajach, a już w ogóle o sprawach w Judei, i o tym, jak się one mają do nakazanych tu rzymskich porządków? Były tylko dwie możliwości – albo to się działo z decyzji miejscowych, albo prefekta. Piłat mógłby pójść na taki pokaz siły, gdyby szło o zagrożenie buntami w prowincji. Wtedy dawałoby się zrozumieć tę brutalność, choćby z uznania powinności władzy, jaką sprawował. A jeśli tylko zatwierdził wolę miejscowych sądów? Czy trzeba im było nie tylko śmierci winowajcy, lecz i okazania swego znaczenia? Skoro tak, to czemu pozostali dwaj złoczyńcy wydawali się być poturbowani dość łagodnie, jak na okoliczności, w jakich się znaleźli?

Aż dziw, że ktoś tak zmaltretowany mógł jeszcze iść o własnych siłach, a co dopiero nieść na sobie wielki przecież ciężar.  Przygarbiony, pociągał nogami, chwiał się, każdy krok musiał sprawiać mu nieznośny ból. Brudna szata, cała była w plamach zakrzepłej krwi, poranione ręce i stopy wskazywały, że przy biciu nie oszczędzono ani skrawka ciała. Lecz, jakimś niepojętym wysiłkiem woli, wciąż szedł, powoli, krok za krokiem, jakby na przekór prawom natury, nawet chwilami rozglądając się na boki, na skłębiony wokół tłum. Ludzie, jak to ludzie – jedni wznosili wrogie okrzyki, wygrażali pięściami, wytkali go palcami, inni stali w milczeniu, bez ruchu, albo rozmawiali po bramach o tym, co właśnie oglądali. Widziało się też płaczące kobiety, ale i ciekawskie dzieci, osłaniane przez matki przed żołnierzami, rozgarniającymi gawiedź dla zapewnienia przejścia skazańcom przez ciasną uliczkę.

W pewnej chwili, przy zakręcie, ów człowiek z belką potknął się i padł na ziemię. Idący za nim zatrzymali się. Podniosła się wrzawa, lecz zaraz ucichła, zapadła cisza, w oczekiwaniu, co też teraz się stanie. Strażnik podszedł do leżącego i zaczął go brutalnie poszturchiwać, nakazując, by wstał. Ten jednak leżał, ledwie się ruszając. Uniósł tylko głowę, i znad ulicznego bruku spojrzał na rząd ludzi po mojej stronie. Wtedy dojrzałem wyraźnie jego twarz, a jej widok niebywale mnie poruszył – ale i zaskoczył. Poraniona, opuchnięta, wykrzywiona cierpieniem, była jak krwawa maska, tchnąca grozą umęczenia. Na głowie ze zmierzwionymi włosami, zlepionymi krwią i potem, tkwił nasadzony wieniec z jakichś kolczastych gałęzi, co, przy każdym jej poruszeniu, musiało sprawiać dodatkowy ból. Jedyne, co było w nim jeszcze prawdziwie żywe i poruszające, to wzrok – choć przymglony, to wciąż silny, jakby zawzięty, okazujący gotowość sprostaniu wyzwaniu, jakie zgotował mu los za sprawą tych, którzy go skazali na takie upodlenie. Ta przeciwstawność zawartej w nim jakiejś utajonej siły wewnętrznej i zadanego mu upokorzenia, wydała mi się czymś zgoła niepojętym. Jakby duch przeczył ciału, nie poddając się udręce, jaką mu zadano.

Przez chwilę panowało małe zamieszanie. Strażnicy, nie mogą podnieść groźbami na nogi leżącego skazańca, wyciągnęli z tłumu jakiegoś młodego człowieka, nakazując mu batem, by podszedł i pomógł dźwignąć belkę. Opierał się, lecz cóż miał robić? Zmaltretowany nieszczęśnik, ciężko, z wielkim trudem, podniósł się w końcu z ziemi, przyjrzał przydanemu mu pomocnikowi, chyba nawet z cieniem nieśmiałego uśmiechu, po czym podstawił grzbiet pod ciężar, jaki teraz mieli razem nieść. Ruszyli dalej, a za nimi podążała część gapiów, tych najbardziej chętnych do uczestniczenia w widowisku, aż do jego ponurego zwieńczenia.

Cala ta sytuacja, choć trwała krótko, odebrała mi chęć do szukania kolejnych wrażeń, więc uznałem, że pora zawrócić i odnaleźć wreszcie prefekta, zapewne już wolnego po zakończeniu sprawowania sadów. Rzuciłem jeszcze okiem za oddalającym się pochodem skazańców, ich strażników i żądnych wrażeń gapiów. Znikali powoli, idąc w stronę odległej, otwartej bramy, za która dostrzegłem spore wzgórze, gdzie zapewne miał się dokonać ostatni akt tej ponurej historii. Zszedłem z muru i ruszyłem ku pretorium, tym razem już uliczkami, które zwolna pustoszały, jako ze miejscowi, zadowoliwszy się tym, co obejrzeli, rozchodzili się do codziennych zajęć i przygotowań do swego święta.

Na placu koszarowym wskazano mi budynek przy jednej z wież, gdzie zamieszkał Piłat na czas swego pobytu w Jerozolimie. Tam przedstawiłem się straży i kazałem oznajmić me przybycie. Ne minęło kilka chwil, gdy przybył sługa i wprowadził do środka, gdzie w sali tarasowej, przy dużym stole, siedział ów zarządca prowincji przy południowym posiłku. Nie raczył wstać na powitanie, za to dokładnie mnie sobie obejrzał, nieufnie spoglądając na mój niezbyt okazały płaszcz podróżny.

– Festus Tycjanus, obywatel rzymski w podróży, pozdrawia szlachetnego Poncjusza Piłata, prefekta Judei – odezwałem się zgodnie ze zwyczajem. – Wybacz panie mój skromny ubiór, lecz dopiero co przybyłem z Damaszku i postanowiłem bez zwłoki złożyć ci należny szacunek – dodałem już mniej oficjalnie.

– I ja witam cię, Festusie Tycjanie – podniósł się, uniósł rękę w powitalnym geście. – Jacyż to bogowie przygnali cię do tej zapowietrzonej krainy? – widziałem, że był nieco zaskoczony, acz zaciekawiony. – Nie mylę się, mniemając, że mam przed sobą członka znamienitej rodziny? – spytał jeszcze, by upewnić się, z kim ma do czynienia.

– Słusznie mówisz, panie, tej samej, o której myślisz – trzeba było teraz zachowywać formę, stosowną do mej pozycji. – Wracam z dalekiej drogi, i jest moim zamiarem zakończyć ją w Cezarei, a tam znaleźć statek, który zabierze mnie stąd do Aleksandrii, a potem już do Rzymu.

Wahałem się z pokazaniem cesarskiego listu, by go nie spłoszyć, chyba ze zmusi mnie do tego jakąś niechęcią albo podejrzliwością. Na pierwszy rzut okaz nie spodobał mi się, lecz wstrzymałem pochopność sądu. Słyszałem o nim co nieco jeszcze w domu, a nie były to dobre opinie. Na ten tu urząd mianował go Tyberiusz, za wstawiennictwem Sejana, chyba głównie, dlatego, że, podobnie jak jego protektor, nienawidził Żydów – bo przecież nie za własne zasługi.

Wywodził się z Pontu, ponoć z Samnitów, a to, po wojnie z nimi, nie sprzyjało awansom. Związał się ślepo ze zdradzieckim ulubieńcem cesarza, by szukać dla siebie miejsca w życiu publicznym, lecz niezbyt mu się wiodło, bo, zdaje się, nie grzeszył ani rozumem, ani talentami, ani obyciem. Brakowało mu pieniędzy, drzwi Senatu miał zamknięte, niemniej jakoś chytrze uczyniono zeń ekwitę. Zaczynał jako niższy rangą trybun wojskowy, potem wysłano go do Germanii, aż w końcu dostał namiestnictwo, tyle że w prowincji barbarzyńskiej, o podrzędnym znaczeniu, a i to w randze jedynie prefekta. Przypomniałem sobie, że Melos wspomniał kiedyś o nim, i to w najgorszych słowach. Cóż, prawdę mówiąc, nie interesowało mnie, jaki jest i jak sprawuje urząd, byle dał mi gościnę na kilka dni. A gdy nadarzy się okazja, dopytam go o dzisiejsze zdarzenie, którego byłem mimowolnym świadkiem, a które z jakiegoś powodu nie dawało mi spokoju.

Zaprosił, bym zasiadł, ugościł, ostrożnie zaczął wypytywać, skąd i dlaczego się tu wziąłem. Choć wyjaśniłem, że podróżuję w rodzinnych interesach, nie do końca mi chyba uwierzył. Był politykiem, prawda, że niższej rangi i jakby na wygnaniu, lecz, jak to polityk, odruchowo wręcz węszył, czy nie ma aby w mojej tu obecności czegoś ukrytego, zwłaszcza takiego, co mogłoby mieć związek z jego osobą. Tym bardziej, ze doskonale wiedział, iż Tycjanowie mocno są osadzeni w Syrii i oprócz prowadzenia spraw handlowych uważnie przyglądają się ogólnej sytuacji w prowincji. W pierwszym jednak rzędzie ciekaw był ostatnich nowin rzymskich, lecz dowiedziawszy się, jak dawno wyruszyłem w podróż, zaniechał dalszych pytań, gdyż więcej chyba wiedział o nich, niż ja. Ożywił się dopiero, gdym wspomniał o pobycie w Antiochii i poznaniu Steliona.

– Niezwykły to człowiek – mówił wręcz z zachwytem – i niezwykle bogaty. Ma szczególny dar, jak Midas, czego się tknie, zamienia w złoto. – Poznałem w jego oczach ów szczególny błysk chciwości, który u pewnych ludzi, nigdy nie gaśnie.

– Oby nie skończył, jak on – odparłem ironicznie, myśląc sobie w duchu, że nieźle musi tu łupić Żydów, odkładając dla siebie niezgorsze sumy.

– I kto to mówi? – zarechotał złośliwie, wydając się jako człowiek nie tylko mało grzeczny, ale zgoła prostacki.

Te niemiłe docinki przerwało wejście kobiety, którą przedstawił jako swoją żonę, Klaudię. Z wyglądu niebrzydka, lecz bez wdzięku, znamionującego delikatność charakteru. Okazała mi jednak większą uprzejmość, niż mąż, który polecił jej zajęcie się mną na czas mego u nich pobytu.

– Szlachetny Festusie, nie odmówisz mi przyjemności goszczenia cię pod mym dachem – rzucił z pańska, wstając przy tym od stołu. – Moja droga – zwrócił się do niej – każ wszystko tak przygotować, by wielcy Tycjanowie nie mogli zarzucić nam, żeśmy prowincjusze – zaśmiał się znów, wręcz obrzydliwie.

Poprosiłem, by zezwolił memu słudze, żołnierzowi, który mi towarzyszy, przynieść moje rzeczy, a samemu zakwaterować się w koszarach do czasu, gdy ruszymy do Cezarei.

– Ależ oczywiście, wydam stosowne zalecenie – zgodził się bez żadnej dodatkowej uwagi. – Muszę wracać do obowiązków – wzruszył ramionami – lecz spotkamy się przy wieczerzy – rzekł na odchodnym.

Kobieta, nie za bardzo wiedząc o czym ma ze mną rozmawiać, po krótkiej wymianie uprzejmości przeprosiła za niedogodności domu, po czym oddala mnie w ręce służby, nakazując, by spełniła wszystkie moje życzenia. Miałem ich niewiele, bo w tym momencie moim głównym celem był odpoczynek po ostatnich przeprawach przez syryjską pustynię.

Zszedłem na dół, do żołnierskich kwater, tam odnalazłem Agisa, po czym – rozmówiwszy się z nim co do najbliższych dni – wróciłem do wskazanego mi pokoju i zająłem przywracaniem się do równowagi ciała i ducha. Nie tak łatwo mi to przychodziło, zwłaszcza że wciąż miałem przed oczami scenę, jakiej niedawno byłe świadkiem.

Mimo woli porównywałem ją do obrazu Aszy, tryumfującej po potyczce na polach Hyrkanii. Mimo odmienności niemal we wszystkim, łączyło je jedno – dzikość w zapamiętaniu się nad ofiarą. Co prawda, tam były trupy, tu  jeszcze żywy człowiek, lecz ta sama aura okrucieństwa i mściwości zwycięzcy. Czymże więc scytyjskie barbarzyństwo różniło się w traktowaniu pokonanego, od poniewierania człowieka, choćby i winnego, przez sąd, odprawiony tu, w Judei? I nieważne czy przez kapłanów, czy rzymskiego prokuratora. Najwyraźniej skłonność do poniżania przegranych wszędzie jest taka sama. Czy zdobycie przewagi, wygrana w walce,  już samo w sobie nie wystarcza?

Po oporządzeniu się, kazałem dać sobie przybory do pisania, by napisać list do Melosa z zawiadomieniem, że jestem cały i zdrów, że  mam nadzieję za kilka dni wsiąść na statek w Cezarei, i że wszystko mu dokładniej opiszę, gdy wrócę do Rzymu. Poprosiłem też, by dobrze i godnie wynagrodził Agisa, którego zamierzałem odesłać do Antiochii. Nie szczędziłem pochwał memu towarzyszowi, wyrażając je tak, by faktor zrozumiał więcej, niż zawarłem to w słowach. Śmiałem się w myślach, wyobrażając sobie, jak też weźmie na spytki poczciwego Greka i wydusi z niego każdy szczegół naszej wyprawy. Dlatego darowałem sobie rozwlekłość opisów, ograniczając się jedynie do tego, co wydało mi się najistotniejsze.

Pod wieczór zeszliśmy się z gospodarzami przy biesiadnym stole, rozmowa potoczyła się wartko, choć Piłat wciąż wracał do tematów politycznych, co mnie nieco nudziło. Podszyty ukrytym niepokojem o własną pozycję, martwił się, co też o nim sądzą w Rzymie. Jego sztuczna życzliwość wobec mnie niewątpliwie miała na celu sprawienia dobrego wrażenia o sobie, jako o człowieku ze wszech miar znakomitego w sprawowaniu urzędu. Znając pozycję Tycjanów, chciał zaskarbić sobie moją przychylność przez okazywanie wielkiej atencji. Widział, jak wiele możemy u Tyberiusza, także w rzymskim światku, i że warto, bym wyrobił sobie o nim jak najlepszą opinie.  Żona bardzo go w tym wspierała, wręcz mi nadskakiwała i po kobiecemu użalała się nad tym, jak ciężko jest jej mężowi nieść odpowiedzialność w tej okropnej prowincji.

– Szkoda, ze nie we wszystkim znajduje zrozumienie na Palatynie – westchnęła. – Bardzo go to deprymuje – dodała, spoglądając na niego z ostentacyjną troską.

Gdym, dla podtrzymania rozmowy, okazał grzeczne tym zainteresowanie, dowiedziałem się, ze cesarz ostatnio nakazał odmienić kilka jego poczynań, jakie powziął był, dla zaznaczenia tu powagi Rzymu i siły jego władzy

– Zanieśli do Tyberiusza skargi za to, że nakazałem czcić naszych bogów i nasze znaki, a on je przyjął – nie ukrywał irytacji.

– Zapewne uczynił tak dla ważnych racji politycznych – odparłem, jak należy.

– Cesarz siedzi daleko, a tu się bez przerwy gotuje – nie ustępował . – Trzeba być stanowczym, bo inaczej Żydzi wejdą nam na głowę bez reszty – dodał, wyraźnie rozeźlony.- Choć to nie takie proste – uniósł ręce w geście rezygnacji.

– Wierzę, ze umiesz być roztropnym, prefekcie – skwitowałem jego słowa małym pochlebstwem. Niech się cieszy, ze go rozumiem.

– No, właśnie, choćby i dzisiaj. Ustąpiłem im w drobnej sprawie, choć bez przekonania. Ale spokój najważniejszy. W Jerozolimie łatwo o tumulty, wiec lepiej nie dawać do nich pretekstu, zwłaszcza gdy niewiele mnie to kosztuje.

– Czyżbyś mówił o wrzawie, jaką zauważyłem rano, zaraz po przyjeździe? – spytałem ostrożnie, nadstawiając jednak uważnie uszu, w nadziei, że czegoś się dowiem o tym, com zobaczył, stojąc na miejskim murze.

– Widziałeś to? – jakby się zaniepokoił.

– Niewiele. I z daleka, prowadzonych skazańców.

– Okropna historia! Nie dość, że zerwali mnie skoro świt, to jeszcze hardo obstawali przy swoim, choć nie mieli racji.

– Jakże to tak?

– Chcieli, żebym zatwierdził wyrok świątyni, na człowieka, który w moim przekonaniu był bez winy.

– I zatwierdziłeś?

– Byłem w kłopocie.  Przedstawili to tak, jakoby podburzał lud do buntów.

– Sprawdziłeś go?

– Kazałem trochę wybatożyć, myślałem, że się do czego przyzna. Ale nic to nie dało – mówił to tak lekko, jakby nie wiedział, że owo badanie skończyło się skatowaniem człowieka niemal na śmierć.

– I co wtedy?

– Rozmawiałem z nim. Podpytywałem. Ale był jakiś dziwny. Pytałem, czy to prawda, co mu zarzucają, że chce został królem żydowskim.

– Co on na to?

– Coś bełkotał, że jego królestwo jest nie tu, a gdzie indziej.  Nawet był zaczepny. Jakby podważał moją władzę. Ale wydał mi raczej jakimś mętnym gadułą, czy ja wiem, religijnym mądralą, niż groźnym buntownikiem. Myślałem, żeby go puścić wolno. Ale kapłani podnieśli krzyk.

– O co?

– Że jest niebezpieczny. Dla nich, dla cesarza, bo wzywa do niepłacenia podatków. Wreszcie sami zaczęli podburzać ludzi, robił się za duży szum. Mają teraz swoje święto, więc sytuacja była delikatna. Wolałem nie ryzykować z nimi awantury.

– I zgodziłeś się?

– Nie za bardzo miałem wybór.

– Niezbyt rozumiem? Ty, najwyższa tu władza?

– Widzisz, drogi Festusie, to wszystko jest polityka. W ostatnim roku podnieśli tu dwa bunty. I wierz mi, żołnierze naprawdę mieli co robić. Więc dla spokoju ustąpiłem, okazałem łaskawość dla ich życzenia. Ich wyrok – więc niech im będzie. Gdyby był mój, przeciw nim, nie mieliby szans. Dla nich winny – bardzo proszę!

– Czyli to sprawa świątyni?

– Na to wychodzi. U Żydów co i raz zjawiają się jacyś prorocy, kapłani pilnują, żeby zanadto się nie panoszyli i nie mącili ludziom w głowach. Widocznie ten nie był po ich myśli, pewnie zanadto już im dopiekł, więc umyślili, jak się go pozbyć. Raz na zawsze.

– Twoimi rękami.

– Przegnać go nie mogli, więc wzięli na się taki sposób. Im nie wolni skazywać na śmierć bez mojej zgody. No, to ją dostali. Ja mam spokój, oni też, ludzie się rozeszli świętować, jest porządek.

– Tak, czy owak, zawisł niewinny.

– Winny, niewinny! – zirytował się. – Jeden martwy Żyd nikomu nie zaszkodzi. Czasem trzeba poświęcić choćby i niewinnego, dla ogólnego dobra – zakończył swoje perory sentencjonalnie, niczym udzielny władca wielkiego imperium. Nie było co drążyć dalej, zresztą wystarczyło mi tego, com usłyszał. Lecz nie był to jeszcze koniec tej opowieści.

– Tu jest chyba coś jeszcze na rzeczy. Wyobraźcie sobie – rzekł do mnie i swej żony – że miałem w związku z tym skazanym dwie wizyty. Najpierw przyszedł jakiś człowiek, żebym zgodził się wydać ciało do pochówku. Nie odmówiłem, bo i czemu. Lecz najzabawniejsze było potem – potoczył po nas wzrokiem, zawieszając głos, jakby chciał wyjawić wielki sekret.

– Zaciekawiasz nas, panie – wtrąciłem pochlebnie, zachęcając do dalszego mówienia.

– Otóż kapłani przyszli z prośbą, żebym dał strażników do pilnowania grobu, w jakim pochowano tego nieszczęśnika.

– Rzeczywiście, trochę to dziwne.

– Nie tyle to, ile powód, dla jakiego to miałbym zrobić. Otóż chcą mieć pewność, że nikt nie wykradnie ciała – niemal zaniósł się ze śmiechu..

– Po co kto miałby to robić? Toż to nieobyczajność. Albo zwykła głupota.

– Otóż, drogi Festusie, nie dla nich. Maja swój powód, by się tego obawiać. Choć przyznam, że równie głupi.

– Czyli, jaki?

– Ponoć niektórzy wierzą, ze ten prorok w trzy dni wstanie z martwych. Podobno sam to zapowiedział! Rozumiesz?! Ożyje!

– Coś takiego mówiła mi moja służka, Fenicjanka – wtrąciła żona Piłata.

– Dajże spokój, kobieto! – huknął na nią. – Po co powtarzasz babskie brednie, i to jeszcze przy ludziach?

– Tylko tak, żebyś wiedział, co opowiadają na mieście – spokorniała, położyła uszy po sobie.

– Co mnie obchodzi, co ludzie gadają! Oczywiście, ożyje! – aż rozpierało go szyderstwo. – I sobie pójdzie, ukazując przez to boską moc – dalej drwił, wreszcie się uspokoił.. – Powiedz sam, drogi Festusie, czy można wymyślić większą bzdurę? – kręcił głową. – Nie wyglądał mi na mocarza, gdym go przepytywał – rzucił jeszcze pogardliwie.

– Dla fanatyków wszystko wydaje się możliwe.

– Właśnie!. Kapłani obawiają się, ze ktoś wykradnie ciało i pokaże pusty grób, na znak, że ów człowiek to naprawdę jakieś nowe żydowskie bóstwo. I że miał racje ze wszystkim, co głosił, nawet z tym królestwem. Strażnicy mają pilnować, żeby nikt się tam nie kręcił podejrzany i nie było żadnych chytrych sztuczek.

– I co?

– Oczywiście, dałem im wartowników. Żeby potem nie wybrzydzali, że jestem przeciwko nim, albo ze nie umiem uszanować ich religijnych praw. Oni są na to strasznie czuli.

Pośmialiśmy się jeszcze chwilę z tego pomysłu, który, rzeczywiście, wydawał się bez sensu, potem porozmawialiśmy o tym i owym, wreszcie zrobiło się już późno i gospodarz dal znak do udania się na spoczynek. Na odchodnym padła jeszcze miła dla mnie propozycja.

– Szlachetny Festusie, za dwa-trzy dni wracam do Cezarei. Zostań do tego czasu, a potem pojedziemy razem. Co ty na to? – spytał przyjaźnie, wręcz familiarnie.

– Wielka to z twojej strony wspaniałomyślność, prefekcie.

– Musimy się przecież wspierać, nie uważasz – spojrzał wymownie, patrząc, czy należycie doceniam zaproszenie.

 – Skoro nalegasz – to z przyjemnością skorzystam.

– Zatem, załatwione – ucieszył się, a ja udałem, że nie dostrzegam jego interesowności. Cóż, nie on jeden wszystko przekłada na tanie kalkulowanie, być ugrać dla siebie co się da. To prosta i powszechna praktyka. Ja coś tobie – ty coś mnie.

Miałem zatem kilka dni wolnego czasu, więc zamierzyłem sobie choć pobieżnie obejrzeć miasto, może nawet i bliskie okolice. O Judei pojęcie miałem niewielkie, a już najmniejsze o Jerozolimie. Prawdę mówiąc, nigdy mnie te strony szczególnie nie interesowały. W swych naukach zawsze wolałem wiedzę o Grecji, prędzej Egipcie, wschodzie, a nade wszystko dalekiej Azji. Zresztą, historia Żydów, ich zwyczaje, mity i religia, uchodzą u nas za mało ważne i nieciekawe.

Judea, z jej mniejszymi częściami, jest prowincją, może i politycznie czy wojskowo wygodną, ale dla naszych ludzi uciążliwą, ze względu na wielką między nami obcość i wszem znaną, wzajemną niechęć, nawet wrogość. Mało kto tu chce przyjeżdżać, czy służyć, cesarze nie podnosili jej zarządców do rangi namiestników, na równi z syryjskimi. Mają własnych władców, każdego niby niezależnego na swoim, lecz mało co znaczących w wielkich grach poza niewielkim skrawkiem ziemi, gdzie i tak gryzą się jedni z drugimi we własnej rodzinie. Handel też nie jest najlepszy, a Tycjanowie nie prowadzą tu zbyt wielu spraw, gdyż Żydzi niechętnie dają innym zarabiać. Są faktorie w Tyrze i Aleksandrii, lecz nie w Cezarei. Jeszcze stary Artus mawiał, że nie ma tu czego szukać, chyba że doraźnie, przez najmowanych pośredników spośród miejscowych Fenicjan z małych portów na judzkim wybrzeżu.

Rano odszukałem Agisa i zwolniłem go z obowiązku towarzyszenia mi w oglądaniu miasta. Urządził się miedzy żołnierzami, sprawiał z naszym ekwipunkiem, zajął końmi. Zaleciłem, by miał oczy otwarte, czyli żeby trochę dla mnie poszpiegował, ale ostrożnie. Może spostrzeże co ciekawego, tu, albo w pobliżu, o czym warto wiedzieć. Zaraz potem, ubrany zwyczajnie, jak w podróży, by nie wyróżniać się rzymskim strojem, wyszedłem z fortecy i niespiesznie wszedłem między jerozolimskie uliczki i zaułki.

Pierwsze, co mnie uderzyło, to brak zwykłej, codziennej krzątaniny i handlu. Żydzi świętowali po domach, było ich wielu przy świątyni, wszędzie panował spokój, czuło się podniosły nastrój, słychać było modlitewne śpiewy. Odruchowo skręciłem w stronę miejsca, gdzie wczoraj widziałem prowadzonych więźniów, a stamtąd doszedłem do bramy, przez którą przeszli na kaźń, wreszcie z ciekawości wyszedłem za miejski mur. Na wzgórzu dojrzałem puste krzyże, sterczące ponuro, niczym znaki ostrzegawcze, pokazujące, co czeka każdego, kto zechciałby pokusić się na popełnienie jakiej zbrodni.

W pewnym oddaleniu dostrzegłem grupkę ludzi przy zboczu wzniesienia, zastawionym wielkim kamieniem. Stało tam dwóch zbrojnych wartowników, z czego domyśliłem się, że musi to być chyba ów grób, o którym wspominał Piłat. Czy zebrani tam przyszli z ciekawości, czy rzeczywiście z wiary w prawdziwość zdumiewającej przepowiedni tego, który obiecywał, że powstanie z martwych? Wolałem tego nie sprawdzać, w obawie, by nie narazić się na jakieś niemiłe zaczepki czy obelgi. Odwróciłem się i ruszyłem w przeciwną stronę, wzdłuż muru, aż po kilku zakrętach natrafiłem na inną bramę, przez którą znów wszedłem do miasta.

Trafiłem do dzielnicy wyraźnie bogatszej, z osobnymi, sporymi willami, zadbanymi, nawet niebrzydko zdobionymi. Co dziwne, były tam aż dwa pretoria, co by oznaczało, że w Jerozolimie starannie zadbano, by mieszkańcy nie zapominali, kto tu rządzi. Krzyże na wzgórzu i straże w całym mieście dopełniały się w jedno ostrzeżenie przed każdym rodzajem nieposłuszeństwa – czy to wobec rzymskiej władzy, czy praw świątyni. Tak to sobie wyobraziłem, i nie za bardzo mi ta myśl przypadła do gustu. Uznaję porządek, rozumiem konieczność jego przestrzegania, lecz nazbyt dobitne przypominanie o koniecznych po temu rygorach, kłóci się z moją potrzebą pozostawania człowiekiem wolnym, który ogranicza sam siebie, jedynie z własnej woli, nakazu moralnego, i tylko dla bardzo ważkich racji. Nie chciałbym żyć tam, gdzie ciągle mam przed oczami znaki mej podległości, czy wręcz zniewolenia.

Zastanowił mnie również brak miejsc i budowli świątynnych, poświęconych obcym dla Żydów bogom. Wszędzie, gdzie bywałem, a gdzie żyli ze sobą ludzie wielu plemion i ludów, znajdowałem takich wiele, z widocznymi oznakami składanych ofiar. Nikomu ta wielość nie przeszkadza, choć, oczywiście, rodzime bóstwa zawsze mają u swoich pierwszeństwo. Nie zetknąłem się nigdy ani z wielkimi kłótniami religijnymi, ani z zapiekłością jednych przeciw drugim. Cześć, okazywana bogom, nie musi się zamieniać we wzajemne wybijanie ich wyznawców. Każdy znajduje coś dla siebie, zostawiając innych w spokoju i oczekując w tym względzie poszanowania dla własnego wyboru. Chyba żeby ktoś w bogów w ogóle nie wierzył – to budzi do takich odmieńców niechęć wszystkich bez wyjątku, gdyż jest wbrew naturze uważać, że świat jest jednym wielkim chaosem, a człowiek jego przypadkowym wytworem.

Na takich spacerach i rozmyślaniach zszedł mi niemal cały dzień, więc po powrocie do twierdzy, późnym popołudniem, z przyjemnością przyjąłem gościnę gospodarzy przy stole. Piłat opowiadał trochę o swoich sprawach, ja o swoi wrażeniach z miasta, zeszło też i na politykę. Gdy wspomniałem o mym zdziwieniu owym brakiem różnorodności miejsc ofiarnych, poniosła go złość.

– Oni uznają tylko jednego boga, resztę mają za nic, wręcz za niegodziwość, którą należy zwalczać.

– Kim jest ten ich bóg.

– Nie mają dla niego nawet jednego imienia. Nie wiadomo kim jest, ani skąd się wziął. Żadnych obrazów, pomników, posagów. Święta tajemnica, skryta w świątyni, do której dostęp maja tylko kapłani, a i to nie wszyscy. Trzeba go czcić, we wszystkim słuchać bez szemrania jego nakazów, czytać księgi i być im posłusznym.

– Bogom należy się cześć, choćby i jednemu. Ale to, rzeczywiście, dziwne.

– Jowisz nigdzie nie spisał, co mi wolno jeść, i kiedy – zakpił mało wyszukanie.

– Ale Zeus Tantala pokarał –przypomniałem, że należy jednak pamiętać, co się należy.

– Za bezczelną pychę

– Za to, że złamał prawo boskie i prawo natury.

– Ale jest jednak łaskawy ludziom. Groźny, lecz wyrozumiały. Ten jest tylko groźny. Trzeba się go wciąż bać. A w jego zastępstwie – bać się kapłanów. I o to chodzi! – zakrzyknął. – Oni swoich trzymają w ciągłym strachu przed sobą – wyłożył to krótko, ale nawet dobrze, jak na niego. Tam, gdzie idzie o władzę, ma wyczucie, bo sam jest jakby jej kapłanem, tyle że z cesarskiego nadania.. Reszta mało go interesuje.

– Ale są tu przecież inni? Grecy, Fenicjanie, Syryjczycy?

– Okazałych, publicznych świątyń nie mają. A co robią pod domach – to ich rzecz. Kiedyś chciałem postawić nasze posągi, ale miejscowi podnieśli straszny krzyk. Cesarz nakazał ustąpić, żeby ich zanadto nie drażnić. No to się rozbestwili, i teraz muszę uważać, jak choćby wczoraj.

– W istocie, trudne masz tu zadanie, prefekcie – nie chciałem już więcej dopytywać, żeby nie wdawać się w delikatne sprawy polityczne.

– Mam nadzieje, że to dojdzie do Tyberiusza i zostanie należycie docenione – nawet nie krył, czego ode mnie oczekuje.

Pokiwałem ze zrozumieniem głową, ale niczego nie obiecałem, nawet aluzyjnie. Nie było moją sprawą, ani zadaniem, mieszanie się do jakikolwiek urzędniczych kalkulacji. Niech sobie załatwiają je we własnym, gronie. Po powrocie, zgodnie z powinnością, spiszę cesarzowi same fakty z tego, com ujrzał w prowincjach, bez własnych komentarzy, a co on z tym zrobi, to już mało mnie będzie obchodziło. Zmieniliśmy temat, wieczór szybko mijał, rozeszliśmy się zgodnie, życząc sobie dobrego wypoczynku.

47. Poza granicą rozumu

Nazajutrz, z samego rana wezwałem przez służbę Agisa i kazałem mu przygotować konie do przejażdżki za mury. Chciałem wyrwać się na chwilę z tego dusznego i zatłoczonego miasta, z zamkniętej, piłatowej fortecy, pooddychać powietrzem, wolnym od fetoru i brudnego, miejskiego kurzu. Nie kłopotały mnie żadne troski, więc i nastrój miałem znakomity. Szybko wydostaliśmy się za bramę i ruszyliśmy dużym traktem przed siebie, bez planu, zdając się na to, co los zdarzy.

Szybko przekonałem się, że nie ma dokoła niczego, co by szczególnie odbiegało od zwyczajności ubóstwa, ciężkiej pracy i zniszczonych nią ludzi. Wzgórza, pola, małe zagajniki, piękne drzewa, ale małe wsie i osady, z taką samą jak wszędzie szarzyzną, udręczonymi kobietami, krzątającymi się wokół domów i rozbieganej dzieciarni. Przyglądano nam się niechętnie, bo tu wolny, konny jeździec musi być albo żołnierzem, albo jakim urzędowym posłańcem. Gdyby nie uroda natury, rzekłbym, iż to smutna kraina, z jakimś ukrytym niespełnieniem, jakby niewykończona przez brak ludzkiej radości życia. W porównaniu z tym, co widziałem na dalekim wschodzie, nawet w miejscach biedniejszych i prostych, tu miejscowi są jakby przygarbieni – a raczej niewyprostowani. Może to tylko moje wrażenie, lecz odmienność ta wydała mi się aż nadto widoczna.

Po niedługim czasie postanowiłem wracać, przejażdżka spełniła swoje zadanie, nie było czego tu więcej szukać. Zatrzymaliśmy się w ni to dużej wsi, ni to małym miasteczku przy głównym trakcie, by przez chwilę rozprostować kości i napoić konie przy studni, obok domu, który był chyba lichą gospodą dla tutejszych podróżnych. Przysiadłem na dużym kamieniu i dla ochłody ocierałem twarz zmoczonym rąbkiem płaszcza, leniwie rozglądając się dokoła.  W drzwiach gospody przez chwilę pojawił się jakiś człowiek, spojrzał na nas i zaraz schował się z powrotem w środku. Trwałem tak w oczekiwaniu aż Agis upora się ze swoim, było cicho, bo dom stał na samym skraju osady.

Miałem już wstawać, gdy wzrok mój dostrzegł w oddali, na widocznym końcu drogi, trzy sylwetki ludzi, niespiesznie idących w naszą stronę. Na ile się zorientowałem, dwóch z nich słuchało tego trzeciego, który coś im tłumaczył, spokojnie przy tym gestykulując. Owe gesty zwróciły moją uwagę, gdyż coś mi naraz przypomniały. Nie byłem pewny, lecz zdawało mi się, ze gdzieś już widziałem tak przemawiającego człowieka. Przebiegając w pamięci różne dawne zdarzenia, wreszcie wywołałem obraz owego popołudnia, gdym, na samym początku mej wyprawy, nieprzewidzianie zawędrował pod judejskie miasteczko, zwane, zdaje się, Betsaidą. Stałem się wtedy mimowolnym świadkiem sytuacji zgoła niemożliwej, a mianowicie rozdawania chleba i ryb wśród ogromnej rzeszy zgromadzonych tam ludzi. Nie umiałem sobie wtedy wyjaśnić zagadki pojawienia się tak ogromnych ilości owych darów, co mnie zirytowało, aczkolwiek zaniechałem – w pośpiechu, a i nie chcąc się ujawniać w obcym dla mnie otoczeniu – z próby porozmawiania z osobą, która zdawała się być głównym sprawcą tamtego wydarzenia.

Mam dobrą pamięć, ćwiczoną do rozpoznawania szczegółów, więc byłem niemal pewny, że widzę właśnie tę sama osobę, zmierzającą ku nam drogą. Wtedy stał bardzo daleko ode mnie, teraz też dzieliło nas sporo, niemniej zauważyłem podobieństwo ruchów, pochylenia głowy, unoszenia rąk. Postanowiłem poczekać, aż dojdą do mnie, po czym zaczepić go i spytać, czy to aby nie on stał wówczas na tamtym wzgórzu i przemawiał do tłumów. Gdyby potwierdził, odpytałbym go o wyjaśnienie sztuczki, jaką był wtedy uczynił.

Wędrowcy nadchodzili całkiem żwawo, zajęci sobą, nie rozglądali się na boki. Wreszcie podeszli na tyle blisko, że dało się widzieć ich twarze. I w tym momencie stało się ze mną coś, czego nie zapomnę do końca swoich dni! Poczułem, jak słupieję, wrastam, w ziemię, jakbym zatrzymał się w ruchu i trwał, w oczekiwaniu, aż ktoś zdejmie ze mnie czar. Czas stanął, wszystko zamarło, tylko myśli wirowały, szukając na gwałt wyjaśnienia dla tego, co pokazywały zmysły. To, co widziałem, nie mogło być prawdą – ale nią przecież było! Widziałem i słyszałem to, czego widzieć i słyszeć nie miałem prawa, bo przecież jakieś reguły rządza tym światem, a według nich niemożliwością powinien być widok, jaki ujrzałem przed sobą!

To była ta sama twarz! Ta sama, którą dwa dni temu widziałem lekko uniesioną nad jerozolimskim brukiem, w grymasie niebywałej udręki. Wtedy opuchnięta, wykrzywiona bólem, pokryta zakrzepłą krwią z zadanych ran – teraz cała, zdrowa, czysta, uśmiechnięta, jakby promieniejąca radością. I te same oczy! Już nie zawzięte, lecz z tą samą godnością spojrzenia. Dwa dni temu człowiek ten ledwo powłóczył nogami, dzisiaj szedł lekko, jakby nigdy po